The Invitation - Adriana Locke - ebook
NOWOŚĆ

The Invitation ebook

Adriana Locke

4,0

336 osób interesuje się tą książką

Opis

Nienawidzę Ripleya Brewera.

Dlaczego więc siedzę mu na kolanach i wpatruję się w jego błękitne niczym ocean oczy, podczas gdy kamery śledzą każdy nasz ruch?

Aby ocalić karierę, moja przyjaciółka potrzebuje pomocy. Zrobiłabym dla niej wszystko. Poza tym nagrywanie reality show brzmiało dla mnie zabawnie… dopóki się nie okazało, że Ripley ma odgrywać rolę mojego fikcyjnego chłopaka.

Jak zwykle od razu zaczynamy się kłócić. Playboy miliarder oskarża mnie o ustawkę, ale twierdzę uparcie, że wolałabym żyć w świecie bez węglowodanów, niż spędzić z nim choć minutę.

Podczas sprzeczki podpisujemy kontrakt. Drażni mnie ta niemal sześciostopowa góra mięśni o szerokich barach. I gardzę jego arogancją. Ale skoro teraz mój największy wróg został moim amantem na niby, muszę udawać, że się w nim zakochuję.

Ripley również okazuje się dobrym aktorem. Jego delikatny dotyk na moich plecach sprawia, że serce mi przyspiesza. A uwodzicielski uśmieszek wydaje się przeznaczony jedynie dla mnie. Powinnam odczuwać wstręt do każdego słowa, które przechodzi przez te stworzone do pocałunków usta.

Czy to wszystko podstęp, czy Ripley chce zakończyć ten odcinek Invitation, przechodząc od wrogów do kochanków? Bo teraz nie jestem przekonana, czy potrafię go dłużej nienawidzić.

 

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                                                                                                                             Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 332

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agabodz1982

Nie oderwiesz się od lektury

Całkiem fajna
00



TłumaczenieEdyta Misiewicz-Hulewska

Tytuł oryginału: The Invitation

Copyright © Adriana Locke 2024

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Magdalena Magiera

Korekta: Joanna Błakita, Emilia Ziarnik, Martyna Janc

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-705-0 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Osoby

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

EPILOG

Podziękowania

O autorce

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Osoby

Rodzice

Rory Brewer: głowa rodziny, rozwiedziona, ponownie umawia się na randki

Reid Brewer: głowa rodziny, przebywa w więzieniu, skazany za poważne przestępstwa

Rodzeństwo

Gannon Brewer: najstarszy z rodzeństwa, prezes Brewer Group

Jason Brewer [The Arrangement]: prezes Brewer Air; były wojskowy, pracownik prywatnej firmy ochroniarskiej

Renn Brewer [The Proposal]: emerytowany gracz rugby

Ripley Brewer [The Invitation]: trener personalny

Bianca Brewer [Flame]: była tymczasowa prezes Brewer Group; przeprowadziła się na Florydę i wyszła za mąż

Tate Brewer: dyrektor operacyjny Brewer Group

ROZDZIAŁ 1

GEORGIA

– Jak się udała randka? – pyta Sutton, sięgając po Martini.

Pomimo przytłumionego światła w barze kamień na serdecznym palcu jej lewej dłoni błyszczy. Boże, ale zachwycający pierścionek.

Swill, ulubiony lokal Sutton w nowej, eleganckiej dzielnicy Nashville, w której zamieszkała z narzeczonym, okazuje się zupełnie innym miejscem, niż się spodziewałam. Przyjaciółka utrzymywała, że posiedzimy w zwykłej knajpie i nadrobimy zaległości po dwóch zabieganych tygodniach, podczas których nasza przyjaźń ograniczała się do wymiany jednowyrazowych SMS-ów. Zakładając, że faktycznie spotkamy się w niewyszukanym lokalu, włożyłam krótkie dżinsowe szorty, bluzkę odsłaniającą ramiona i ulubione fioletowe kowbojki.

Na miejscu zastałam parkingowego i trzystronicową kartę win.

I co począć?

Nic dziwnego, że mam problemy z zaufaniem.

– Wczorajsza randka? – pytam, sięgając po zapiekane ravioli z talerza między nami. – Odwołałam.

– Nie zrobiłaś tego.

– A tak, zrobiłam. – Wrzucam przekąskę do ust. – Kiedy uświadomiłam sobie, że wolę umyć włosy i wyregulować brwi, niż spotkać się z nim na kolacji i drinku, dałam nogę.

– Nie mogę uwierzyć, że odwołałaś randkę z Bennetem Copelandem. Co się z tobą dzieje? – wzdycha Sutton i kręci głową.

– Obecnie? Bezrobocie, ceny wina i fakt, że pozwalasz mi się pojawiać w takim lokalu ubranej w to.

– Cóż, gdybym miała twoje nogi, ciągle chodziłabym w szortach. Przyciągnęłaś wszystkie spojrzenia, kiedy wchodziłyśmy do środka. – Szczerzy się w uśmiechu.

– Tak, pewnie dlatego, że w porównaniu z pozostałymi gośćmi wyglądam, jakbym brała za godzinę i spędzała sporo czasu na klęczkach.

– Przymknij się – mówi, po czym wybucha śmiechem.

Wzruszam ramionami i sięgam po kolejny pierożek.

Sutton McKenzie poznałam pierwszego dnia w liceum Waltham Prep. Moi rodzice rozwiedli się poprzedniego lata. Mama, chcąc wyciągnąć od ojca jak najwięcej forsy, męczyła go, aby opłacił mi czesne w ekskluzywnej prywatnej szkole średniej. Z punktu widzenia naszych finansów w ogóle nie powinnam tam trafić. Wcale się nie cieszyłam, że zostawiam przyjaciół w klasie maturalnej ani że muszę nosić niewygodny mundurek i zrezygnować z malowania paznokci. Jednak promienny uśmiech Sutton i jej zaproszenie, abym usiadła obok niej na lunchu, wyleczyły mnie z poczucia całkowitej bezradności.

Od tego momentu zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami.

– Czym więc Bennet zasłużył sobie na łatkę „nie w moim typie”? – pyta Sutton.

– Niczym specjalnym. – Chichoczę, kiedy przewraca oczami. – Szczerze? Chyba nie zrobił niczego konkretnego. Po prostu znudziło mi się udawanie zainteresowanej jego portfolio. Ten facet naprawdę lubi się przechwalać.

– Posłuchaj, wiem, że wciąż masz fazę „bogaci faceci to dupki”, ale musisz to przemyśleć. Uwierz mi. O wiele łatwiej przepracować traumę, nosząc diament od Siggy i robiąc zakupy w Halcyon, niż siedząc w domu w dresie i wcinając ramen.

– Chyba nie jadłaś dobrego ramenu.

– Wiesz, co mam na myśli, mądralo.

– Jasne. Po prostu mam inne zdanie. – Wybucham śmiechem.

– Jesteś taką pesymistką.

– Raczej realistką.

– Sami kreujemy własną rzeczywistość.

Sutton zaczyna się rozwodzić, jak to życie jest niczym glina, którą trzeba formować według swojego upodobania. Wyłączam się, pozwalając jej głosowi wtopić się w śmiechy rozlegające się przy otaczających nas stolikach.

Tak wiele razy słyszałam jej wywody, że potrafię powtórzyć je słowo w słowo. Nie chodzi o to, że udziela okropnych rad czy się myli. Podziwiam jej punkt widzenia i podejście z czystym kontem do każdego dnia. Nie żywi urazy. Negatywne doświadczenia nie są w stanie kształtować jej przyszłości. Naprawdę wierzy, że czekają ją jedynie dobre doświadczenia.

Może i ma rację, skoro prowadzi życie jak z bajki. Mój dziadek mawiał, że ludzie jej pokroju mogliby wytaplać się w świńskim gównie, a i tak pachnieliby jak róża.

To musi być miłe uczucie.

Chciałabym być bardziej podobna do przyjaciółki. Być tak ufną, uroczą, pozytywną istotą, która wiecznie się uśmiecha i nosi w sercu miłość. Kiedy jednak próbuję założyć różowe okulary, aż kłują mnie w oczy i przypominają, że najlepszym wieszczem przyszłości jest przeszłość.

Moją przeszłość wypełniali bogaci, manipulanccy kretyni, którzy nie mają pojęcia, czym jest miłość. Czasem sama nie jestem pewna, co oznacza to słowo, więc raczej nie powinnam nikogo osądzać.

– Hej, a jak tam twój projekt w pracy? – pytam, by odciągnąć uwagę od mojego rzekomego życia miłosnego. – Zwabiłaś mnie tutaj obietnicą wielkich nowinek, więc mnie oświeć.

– Pamiętasz pomysł na reality show, który w zeszłym roku przedstawiłam szefowi? – W jej oczach pojawia się błysk.

– Oczywiście. Zabawny i kompletnie oryginalny.

– Cóż, jakiś czas temu pokazał to zarządowi. Na wszelki wypadek spędziłam kilka miesięcy na rozbudowaniu pomysłu i dobieraniu nazwisk do odcinka pilotażowego… – urywa, a jej uśmiech staje się coraz szerszy.

Moje zaciekawienie rośnie z każdą sekundą.

– Udało mi się, Georgia. Kilka dni temu dostałam potwierdzenie, że ruszamy z projektem. Piłkarz i influencerka, o których zabiegaliśmy, podpisali umowy, a finansowanie przeszło.

– Żartujesz! To niesamowite! – piszczę z ekscytacji i czuję, jak mój kasztanowy kucyk smaga górną część pleców.

– Dziękuję. – Przechyla się z podekscytowaniem na krześle. – Jestem przeszczęśliwa. Ale skoro to tylko pilot, to będziemy kręcić z jedną parą i niskim budżetem. W następnym tygodniu zaczynamy zdjęcia, dlatego ostatnio byłam zawalona robotą.

– Jestem z ciebie taka dumna, Sutton.

Chwytam za szklankę i wznosimy toast.

Serce puchnie mi z zachwytu. Niesamowite jest dzielenie tej chwili z przyjaciółką i bycie świadkiem, jak rumieniec wypływa na jej policzki. Zasłużyła na to. Rzadko się cieszy swoimi osiągnięciami. Woli wspierać innych.

Rozsiadam się wygodnie i daję jej przestrzeń, aby mogła pochwalić się sukcesem.

– Szczerze mówiąc, rozpiera mnie duma – przyznaje. – Włożyłam w ten pomysł serce i duszę, a patrzenie, jak się urzeczywistnia, a także świadomość, że bardziej doświadczeni ode mnie ludzie w niego wierzą, daje mi wiele satysfakcji. – Nabija ravioli na widelec i macza w sosie Marinara. – Poczuję satysfakcję, kiedy rodzice Jeremiaha się o tym dowiedzą i uświadomią sobie, jakim jestem cennym nabytkiem dla ich rodziny. Przestaną mnie traktować jak głupiutką naciągaczkę.

– Zrób to dla siebie. Nie dla nich. Niczego nie musisz tym ludziom udowadniać. – Mój uśmiech blednie.

– Amen. – Unosi szklankę i stuka w moją.

– Kiedy zostaniesz sławną producentką, pamiętaj, że to ja cię wspierałam, kiedy byłaś nikim.

– Dzięki, chyba – odpowiada i wybucha śmiechem. – A co u ciebie? Któraś z rozmów o pracę wypaliła?

Dopijam Martini i opadam na siedzenie.

Kiedy dwa miesiące temu zostałam zwolniona, nie spodziewałam się, że poszukiwanie nowej pracy będzie się tak przeciągać. Mam licencjat z komunikacji społecznej i skończone dziennikarstwo jako specjalizację dodatkową. Mogę się pochwalić solidnym CV, świetnymi kontaktami w branży medialnej, a także znakomitymi referencjami. Odbyłam wiele rozmów kwalifikacyjnych i ubiegałam się o różne posady, od stanowiska autorki newsów po – w akcie desperacji – pogodynkę. Jestem pewna, że to ostatnie stanowisko sprowadza się jedynie do czytania prognozy pogody. A nawet jeśli nie, to potrafię równie dobrze jak każdy inny zgadywać, kiedy będzie padać.

Jakieś propozycje? Cisza jak makiem zasiał.

To wzbudza mój niepokój.

– Wczoraj miałam rozmowę o pracę w wytwórni muzycznej – oznajmiam. – A dziś rano spotkałam się na kawie z podcasterem. Obie rozmowy poszły mi świetnie, ale wątpię, że się odezwą.

– Dlaczego tak twierdzisz?

– Przeczucie. – Wzruszam ramionami.

– Okej, posłuchaj.

Wyrywa mi się jęk.

– Mam pewien pomysł – oświadcza.

– To mnie przeraża.

– I powinno. – W jej oczach tańczy rozbawienie. – Pamiętasz, jak w zeszłym roku spędziłam samotny weekend w Utah?

Powoli kiwam głową. Nie jestem pewna, w jakim kierunku zmierza nasza rozmowa, ale wiem, że przyprawi mnie o ból głowy.

– Cóż, większość czasu spędziłam, określając swoje życiowe cele. Marzyłam o wielkich rzeczach, tworzyłam tablice marzeń, zagłębiałam się w to, kim jestem i kim chciałabym być. Gdzie widzę się w życiu osobistym? Zawodowym? Emocjonalnym? Duchowym?

– Czy to pytania retoryczne? – rzucam i szczerzę się w uśmiechu.

– Drocz się ze mną do woli, ale wszystkie moje marzenia się spełniły.

Prostuje się i krzyżuje ramiona na piersiach. Na jej twarzy maluje się zarozumiały uśmieszek.

– I bardzo się cieszę – mówię, zauważając wiadomość od mamy. – Ale niepokoi mnie składanie nadziei i marzeń w ręce… Czy wszechświat w ogóle ma ręce?

Na ślicznej twarzy Sutton wyraźnie odznacza się poirytowanie wywołane moim niepoważnym traktowaniem jej wynurzeń.

– Cieszę się, że ci się udało – zapewniam. – Ale bardziej ufam konkretnym działaniom niż tablicom marzeń czy weekendowym warsztatom.

– Rozumiem. A dokąd ostatnio zaprowadziły cię te konkretne działania?

Wzdycham.

– To bezczelność – rzucam, jednak nie mogę udawać, że nie ma racji, więc znowu wzdycham i dodaję: – Cóż, ale też słuszna uwaga.

– Dziękuję. A teraz daj się przekonać. Jakie jest twoje największe marzenie? Co chciałabyś zobaczyć, gdybyś mogła spojrzeć na swoje życie za trzy lata?

– To proste. Zatrudnienie. Tanie wino. I nową garderobę dopasowaną do ciała, na które zasłużyłam, solidnie ćwicząc pięć razy w tygodniu, a nie przesiadując na parkingu przed siłownią i spierając się w myślach z samą sobą, czy wejść do środka, czy pojechać na nuggetsy.

Sutton mruży oczy i kręci głową. Jej gniewny grymas przerywa pojawienie się kelnera Bobby’ego, który serwuje nam kolejne drinki. Moja przyjaciółka mamrocze coś, co go rozbawia.

Alkohol mnie rozgrzewa i rozluźnia mięśnie karku. To miłe wytchnienie od stresu, który przeżywam od kilku tygodni.

Zastanawiam się nad pytaniem przyjaciółki, podczas gdy ona ucina sobie pogawędkę z Bobbym. Co jest właściwie moim największym marzeniem? Takie proste pytanie nie powinno wywoływać nawet lekkiego ucisku w piersi, a jednak tak się dzieje. Jeśli teraz tego nie powstrzymam, napięcie będzie narastało.

Ostatnio często nad tym rozmyślałam. Przez kilka ostatnich lat przestałam dążyć do spełnienia jakiegokolwiek marzenia. Nie tylko odpuściłam sobie ambicje, lecz także w ogóle przestałam marzyć.

Życie, złamane serce i strach mają na nas taki wpływ. Nikt o tym nie mówi głośno. Nie ma modnych powieści ani podcastów dla tchórzy pozbawionych marzeń.

Ktoś musi to zmienić.

– Okej – oznajmia Sutton, kiedy Bobby zmierza znowu za bar. – Wróćmy do twoich pragnień. No, śmiało.

– Szczerze, to nie wiem. Mogłabym opowiadać ci brednie.

– Masz w ogóle jakieś marzenia? – Marszczy brwi.

– Właściwie nie. Wiem, że to problem – przyznaję. – Muszę rozgryźć, co chcę począć z własnym życiem, ale to się nie stanie z dnia na dzień. Więc porozmawiajmy o czymś radośniejszym… jak na przykład twój ślub. – Uśmiecham się. – Ustaliliście już datę?

Twarz Sutton się rozjaśnia. Opiera ręce o blat stolika.

– W pewnym sensie. We wrześniu lub październiku następnego roku. Letnie wesele w Tennessee odpada. Nie mam ochoty być zlana potem. A wiosna to za szybko. Poza tym jesienne liście są piękne i ponoć wtedy są większe szanse wynajęcia na ceremonię posiadłości Knopf.

– Cóż, mam teraz masę wolnego czasu. Jeśli potrzebujesz pomocy przy planowaniu, jestem do dyspozycji.

– Mam nadzieję, że zostaniesz moją druhną.

Wybucham śmiechem.

– Będziesz miała poważne kłopoty, jeśli to nie mnie spotka ten zaszczyt.

– Obiecujesz?

– Tak, oczywiście. Czemu pytasz? – Żołądek zaciska mi się na widok jej wyrazu twarzy.

Skubie dolną wargę.

– Jeremiah wybrał drużbę.

– No i?

Sutton wypuszcza przeciągle powietrze.

– Wybrał Ripleya.

Nie, to niemożliwe.

Gryzę się w język, aby stłumić krzyk protestu.

– Postanowiliśmy z Jeremiahem, że zrobimy co w naszej mocy, abyście nie musieli niczego wspólnie uzgadniać – wyznaje szczerze. – Ale ja musiałam wybrać ciebie, a on Ripleya. Czułabym się źle, gdyby któreś z nas było zmuszone szukać kogoś innego.

Próbuję wyglądać na opanowaną, spokojną, ale w głębi duszy krzyczę.

Moja burzliwa przeszłość z Ripleyem Brewerem rozpoczęła się piątego dnia nauki w Waltham Prep. W parny piątkowy wieczór w West Gymnasium odbywało się spotkanie klas maturalnych – wtedy Ripley upokorzył mnie na oczach całej klasy.

To wydarzenie wyznaczyło ton naszej relacji.

Nie wiem dlaczego, ale chyba jestem jedyną kobietą na świecie, która potrafi dostrzec, co się kryje za jego seksownym uśmieszkiem, i pozostać niewzruszoną na jego urok chłopaka z sąsiedztwa. Nikt nie jest taki doskonały. Zamiast podważać jego wizerunek złotego chłopca, nasi przyjaciele go akceptują. Zachwycają się jego zdolnościami gawędziarskimi, absurdalną hojnością, a nawet tym, że uronił łzę, pokazując zdjęcie Arla, swojego nowo narodzonego bratanka.

Wszyscy są tak żałośnie zachwyceni Ripleyem.

Dlaczego nie dostrzegają w nim aroganckiego, kłótliwego dupka?

Pewnego razu spieraliśmy się niemal godzinę o liczbę schodów w domu Jeremiaha. Przyjaciele musieli nas rozdzielić. Innym razem zażarcie debatowaliśmy o tym, czy na przyjęciu z okazji czwartego lipca będą ogórki kiszone. Niemal polała się krew. Nasza najsłynniejsza kłótnia dotyczyła jednak ulotki promocyjnej z supermarketu, w którym żadne z nas wcześniej nie postawiło nogi. Czy promocja dziesięć za dziesięć oznacza, że trzeba kupić dziesięć produktów, aby za każdy zapłacić po dolarze? Zadzwoniłam do sklepu, by udowodnić, że mam rację, ale supermarket był zamknięty.

– To dlatego mnie tu zaprosiłaś? – pytam, kiedy wraca Bobby. – Chciałaś mnie upić, zanim zaserwowałaś wiadomość o zdradzie Jeremiaha?

– Zdradzie? – pyta kelner, szeroko otwierając oczy.

– Dramatyzuje – prycha Sutton.

Opieram podbródek o dłonie i przyglądam się ciemnookiemu mężczyźnie podającemu Sutton dokładkę sosu Marinara.

– Nie dramatyzuję, Bobby. Jej narzeczony właśnie wybrał szatana na drużbę. Czy byłabym dobrą przyjaciółką, gdyby mnie to nie martwiło?

– Szatana, hmm? – Bobby szczerzy się w uśmiechu.

– Tak. Szatana – potwierdzam i smutno wzdycham. – Sutton próbuje wspierać przyszłego męża i szanuję to. Ale ktoś musi za nią walczyć.

– I ty jesteś tą osobą? – pyta.

– Tak, ja. Przez Ripleya wszystko na ich ślubie będzie kręciło się wokół niego. Widziałam to już wcześniej setki razy. Serio – zapewniam kelnera.

– Kiedy? – pyta Sutton, po czym wybucha śmiechem. – Wymień choć jeden raz.

– Och, pomyślmy – zastanawiam się. – Może na meczu hokeja, na którym siedzieliśmy w loży jego rodziny?

– Cóż, ta loża należała do nich – odpowiada powoli Sutton.

– Zgoda. A może kiedy świętowaliśmy urodziny Jeremiaha nad jeziorem, a on przywiózł jacht…

– To nie był jacht!

– Ma jacht? – Bobby unosi wysoko brwi.

– Nie – oznajmia Sutton, kiedy upieram się przy czymś przeciwnym.

Przewracam oczami.

– Zaufaj mi, Bobby. Ten mężczyzna znajdzie sposób, aby cała uwaga skupiła się na nim. Gdy Ripley nie jest w centrum uwagi… Cóż, kto wie, co się dzieje, bo to nigdy nie miało miejsca.

Kelner z rezerwą kiwa głową, a na jego twarzy pojawia się bezczelny uśmieszek.

– Rozumiem, o co ci chodzi, ale jeśli ma jacht…

Moje westchnienie go rozśmiesza.

– Mniej zabawni klienci czekają – oznajmia. – Wrócę za chwilę.

– Dzięki – wtrąca Sutton i posyła mu delikatny uśmiech. Kiedy Bobby się oddala, przyjaciółka odwraca się do mnie. – Posłuchaj, wiem, że to nie jest idealna sytuacja, ale czy to będzie aż taki problem? Nie musisz go lubić…

– Dobrze, bo to niemożliwe.

– Po prostu zachowuj się przyzwoicie. Zrób to dla mnie.

– Tak, tak – mówię i upijam łyk Martini.

Sutton wychyla się z krzesła i uśmiecha szeroko.

Odwracam się, aby sprawdzić, co przyciągnęło jej uwagę, ale zamieram w połowie ruchu. Włosy na karku stają mi dęba, a gęsia skórka pokrywa ciało. Powiew drogiej wody kolońskiej – cedru i wanilii, o ile się nie mylę – otacza mnie, próbując uśpić czujność. Zaciskam zęby i przygotowuję się na najgorsze.

O wilku mowa…

– Cześć, Sutton – wita się za moimi plecami Ripley.

– Cześć – odpowiada moja przyjaciółka.

Przy stole zapada przedłużająca się kłopotliwa cisza.

Wstrzymuję oddech, odmawiam przełamania lodów.

– Cześć, Georgia.

Uff.

Ma ciepły, głęboki i aksamitny głos. Moje imię spływa z jego rozdwojonego języka niczym pieszczota. Te dwie sylaby są miękkie i seksowne. Nienawidzę tembru jego głosu i choć bardzo tego nie chcę, ten jednak na mnie działa. On tylko gra przed Sutton, a mimo to mi się to podoba.

Drań.

Przybieram obojętny wyraz twarzy i jeszcze nie zdążam się całkiem obrócić, kiedy para błękitnych niczym ocean oczu chwyta mój wzrok w niewolę.

– Przeszkadzam? – Uśmiecha się zarozumiale.

– Nie, skądże – oznajmia ostrzegawczym tonem Sutton. – Tylko rozmawiamy.

– Wyglądało to na intensywną dyskusję – oznajmia Ripley, wciąż nie odrywając ode mnie wzroku. – O co chodziło?

– O szatana. – Mrużę oczy.

ROZDZIAŁ 2

GEORGIA

– No i się zaczyna – mamrocze Sutton, a ramiona opadają jej w geście rezygnacji.

– O szatana? – Ripley uśmiecha się szerzej. – To co tam u twojej rodziny?

– Jesteś przekomiczny – odpieram z nutą sarkazmu w głosie. – Nie masz gdzieś czegoś do roboty? Na przykład w piekle?

– Właśnie wkroczyłem w jego otchłanie. Zawsze tak uroczo mnie witasz. Nie dają ci wolnego? – Wyszczerza się w uśmiechu. W jego spojrzeniu pojawia się jasny, szyderczy błysk.

Otwieram usta, ponieważ ciśnie mi się na nie cięta riposta, ale dostrzegam milczące błaganie Sutton. Przyjaciółce zależy, abym zachowywała się w cywilizowany sposób.

Sama myśl, że pozwoliłabym Ripleyowi wygrać naszą utarczkę słowną, jest bolesna. Jeśli zamilknę, będzie napawał się zwycięstwem w ciszy, bo jesteśmy w miejscu publicznym. Jednak oboje będziemy świadomi jego wygranej, a życie z tą myślą wydaje się nieznośne nawet w teorii.

Mimo to pełen nadziei wzrok Sutton dźga mnie w serce. Przyszłam do Swill, aby spędzić z nią czas i uczcić jej nowy projekt oraz zaręczyny. Przyjaciółka nie prosi mnie o wiele i w przeciwieństwie do Ripleya jest dla mnie ważna.

Uff.

Siadam, biorę głęboki wdech i staram się, aby mój wyraz twarzy wyrażał spokój.

Sutton natychmiast się odpręża.

– To twój szczęśliwy dzień – mówię przez na wpół zaciśnięte zęby.

Z udawaną swobodą, która tak naprawdę jest zarozumiałą celebracją odniesionego zwycięstwa, Ripley zwraca uwagę na kobiety zajmujące stolik po drugiej stronie sali. Te omdlewają pod jego spojrzeniem.

Mimo mojej jawnej niechęci do tego mężczyzny i frustracji, że nikt nigdy nie dostrzega jego osobowości skrytej pod przyjemną powierzchownością, rozumiem je. Umięśnione uda, wąska talia, lśniące, miedziane włosy, które wyglądają, jakby przez cały dzień przeczesywał je palcami. Ripley jest podręcznikowym wcieleniem uroku. Poza tym charakteryzuje go urzekająca aura przystępnego dżentelmena z nutą niegrzecznego chłopca. Dopóki nie pozna się go lepiej.

Mam tego świadomość.

Rozumiem to.

Nie znoszę tego.

Góruje nade mną w szytych na miarę szarych spodniach garniturowych i śnieżnobiałej koszuli. Rękawy ma podwinięte do połowy przedramion, co naturalnie podkreśla siłę wypracowaną przez lata uprawiania sportu i kariery trenera personalnego. Nie chcę tego przyznać, ale jest niesamowicie przystojny. Gdyby nie otwierał ust, byłby dziesiątką.

– A może pójdziesz pogadać ze swoim fanklubem i zostawisz nas w spokoju? – zwracam się do niego.

– Zazdrosna? Nie złość się. Pozwolę ci dołączyć do klubu. – Zwraca na mnie uwagę.

– Och, proszę.

– Kocham, kiedy błagasz.

Jego usta wykrzywia sardoniczny uśmiech, a w oczach połyskuje figlarność. Czeka na mój wybuch.

Pochylam się do przodu, ignorując nuty głupiej wody kolońskiej, i napotykam jego spojrzenie. Posyłam mu delikatny uśmiech.

– Ostrożnie, Ripley. Twoja podświadomość znowu płata ci figle.

– Serio tak myślisz?

– Oczywiście. Ale nic się nie stało. To tylko drobne przejęzyczenie. – Słowa same wypływają mi z ust, zanim jestem w stanie je powstrzymać. Wzdrygam się, bo wiem, że właśnie wpadłam w pułapkę, którą sama zastawiłam.

– I komu teraz podświadomość płata figle? – droczy się ze mną.

Cholera jasna.

– Możesz już iść? – pytam, po czym prycham z niezadowoleniem.

– Nie. Za kilka minut spotykam się tu z moim bratem Tate’em. Jeśli ci się to nie podoba, droga wolna.

– Nie zmarnowałabym takiego doskonałego drinka.

Ripley sięga po mój kieliszek i nim zaprotestuję, wychyla go, nie odrywając ode mnie wzroku.

Zaciskam zęby, by nie wyrzucić z siebie potoku przekleństw, które cisną mi się na usta. On właśnie tego pragnie. Chce, abym straciła nad sobą panowanie. Tłumię złość pod pozorem obojętności, co kosztuje mnie wiele samokontroli.

– Czemu jesteś takim fiutem? – pytam.

Ripley pochyla się wystarczająco blisko, abym mogła wyczuć słodki cytrusowy zapach Martini w jego oddechu.

– Naprawdę powinnaś przestać myśleć o moim fiucie, Brzoskwinko.

Podnosi mi się ciśnienie, bo doskonale wie, że nie znoszę tego przezwiska.

– Naprawdę powinieneś zejść mi z oczu, dupku.

Nasze spojrzenia się krzyżują. Niemal błaga mnie wzrokiem, abym mrugnęła albo odeszła. Ja jednak przysuwam się do niego.

Zmysły wariują od jego bliskości, gdy jednocześnie walczą o utrzymanie równowagi. Muszę się hamować, aby nie rzucić mu się do gardła.

– Ripley, wspomniałeś, że umówiłeś się tu z Tate’em? – przerywa nam Sutton głosem o kilka decybeli wyższym niż to konieczne. – Nie widziałam go od jakiegoś czasu. Co u niego?

Mężczyzna prostuje się i z taką miną odrywa ode mnie wzrok, jakby zdzierał zbyt mocno przyklejony plaster.

Oddycham głęboko, mając nadzieję, że świeże powietrze nieco ukoi moje nerwy. Jak będzie wyglądał dzień ślubu, skoro Ripley jest taki przez cały czas? Czy zostanie poproszony o uprzejme zachowanie?

Serce bije mi jak szalone w jego obecności. Instynkt „walcz lub uciekaj” zawsze daje o sobie znać i chwilę trwa, zanim dochodzę do siebie. Nie znoszę tego. Nienawidzę go.

– Sporo podróżuje. Też prawie się nie widujemy – wyjaśnia Ripley.

– Podróżuje w interesach czy dla przyjemności? – dopytuje Sutton.

– Chyba Tate idealnie łączy te dwie opcje. – Mężczyzna wybucha śmiechem.

Sutton mu wtóruje. Aby sprawić przyjemność przyjaciółce, przywołuję na twarz wymuszony uśmiech, który znika, kiedy tylko Ripley na mnie spogląda. Nie chcę, aby odniósł mylne wrażenie, że się do niego szczerzę.

– Tate przed sfinalizowaniem zakupu Tennessee Royals chce poznać moją opinię na temat kilku kwestii.

– Chodzi o drużynę rugby? – pytam.

Zerka na mnie ponad ramieniem. Przypuszczalnie czeka, aż coś dodam, aby móc rzucić mi się do gardła, ale milczę. Zachowuję się uprzejmie, nawet jeśli wywołuje to ucisk w klatce piersiowej.

– Tak. Kupujemy z rodzeństwem tę franczyzę. Mój starszy brat Renn grał zawodowo.

– Myślisz, że zaliczam się do niewielkiej grupy kobiet na świecie, które nie szukały w sieci zdjęcia Renna Brewera bez koszulki?

Ripley wykrzywia usta w cierpkim grymasie.

Na przestrzeni lat odkryłam jedną słabość w fasadzie Ripleya, a dotyczy ona jego rodzeństwa. Cała szóstka słynie z tego, że trzymają się razem. Ripley broni ich zaciekle, niezależnie od tego, czy mają rację. Nasi przyjaciele twierdzą, że niemal pobił ojca, kiedy dowiedział się o sprzeczce starego z Blakely, która obecnie jest żoną Renna. Jest lojalny do przesady.

Zauważyłam jednak, że choć jest oddany rodzeństwu i dumny z nich, to bracia i siostra stanowią drażliwy temat. Gdy wspominam, że Renn jest seksowny, Ripley się spina. Tak samo, gdy komentuję, że Tate jest zabawny albo że ich starszy brat Gannon prezentuje… wyjątkowe umiejętności w sypialni. Nie ma znaczenia, że Ripley jest z nich najprzystojniejszy i najzabawniejszy. Cechuje go rodzaj seksapilu, który zaciekawił mnie raz czy dwa. On zdaje sobie sprawę z tego wszystkiego poza ostatnim. Dzięki Bogu.

Nie potrafię się powstrzymać, aby od czasu do czasu się z nim podroczyć i zaleźć mu za skórę.

– Przepraszam was na chwilę, ale muszę wykonać szybki telefon – oznajmia przyjaciółka i wstaje z komórką w ręku. – To nie potrwa długo.

Ripley wsuwa dłoń do kieszeni, odchyla się na piętach i obserwuje Sutton przemieszczającą się między stolikami w stronę baru. Światło lampy doskonale podkreśla jego wysokie kości policzkowe, szerokie ramiona i idealnie proste zęby. To niesprawiedliwe. Ja nie jestem w stanie znaleźć dobrego ustawienia w doskonałym oświetleniu i jeszcze potrzebuję retuszu. Ten dupek stoi na środku baru, a dobry kąt odnajduje go sam.

Sięgam po Martini, ale przypominam sobie, że kieliszek jest pusty.

– Płacisz za to – informuję go, postukując paznokciem w szkło.

– Ripley kupuje Georgii drinka? – pyta z przesadnym wyrazem zaskoczenia Tate, który pojawia się nagle u boku brata. – Co tu się dzieje? Nie było mnie tak długo, że piekło zdążyło zamarznąć?

– Bardzo zabawne – mówię i uśmiecham się do młodszego Brewera.

W przeciwieństwie do Ripleya Tate jest brylantem. Nie ma w nim niczego pretensjonalnego, a autoironiczne poczucie humoru łagodzi jego ego. W czarujący sposób sprawia, że każdy czuje się dostrzegany. Zawsze zachowuje się uprzejmie i dobrodusznie. Najwyraźniej osobowość nie jest kwestią genetyki.

– Twój brat wypił moje Martini tylko po to, aby mnie wkurzyć – tłumaczę. – Więc kazałam mu za nie zapłacić.

Tate unosi brew i spogląda na Ripleya.

– Nie wypiłem go, aby ją wkurzyć – tłumaczy się mężczyzna. – Powiedziała, że nie może wyjść, bo nie skończyła drinka. Pomogłem jej więc.

– Na pewno – stwierdza Tate, kręcąc głową. – Nie wiem, czy odczuwam ulgę, czy rozczarowanie, że wasza dwójka nie zaczęła nowego rozdziału w życiu. To zakończyłoby bardzo rozrywkową erę, chociaż ciekawi mnie, jak to mogłoby wyglądać.

– Cóż, nie miej zbyt wielkich nadziei – oznajmia Ripley, spoglądając na mnie z góry. – Jak zwykle jest niereformowalna.

– Och, bez przesady – mówię. – To on wypił mojego drinka. Ja tylko tu siedziałam.

– W fioletowych kowbojkach – oznajmia Ripley, unosząc wysoko głowę.

– Czyż nie są śliczne? – Wykręcam nogę na bok, prezentując mu but… i kawałek uda.

– Inne słowo ciśnie mi się na usta – odpowiada, a jego wzrok wędruje nieco powyżej kowbojek.

– A skąd! – oznajmia Tate, puszczając do mnie oczko. – Gdzie się podziewa Sutton?

– Cześć, Tate! – wita się moja przyjaciółka, która właśnie wróciła do stolika. – Dobrze cię widzieć.

Niechciany rumieniec wkrada się na moje policzki i chowam nogę z powrotem pod stolik.

Ripley i ja obrzucamy się groźnymi spojrzeniami, kiedy Sutton zaprasza mężczyzn, aby do nas dołączyli. Przesuwam się w lewo, by utrzymać stosowną odległość od Ripleya, jako że obawiam się, że mogłabym go dźgnąć w nogę widelcem, jeśli znajdziemy się zbyt blisko siebie.

Tate zatrzymuje naszego kelnera i zamawia dwa razy Martini oraz piwa dla siebie i brata.

– Co porabiałeś? – pyta go Sutton. – Nie widzieliśmy cię od wieków. Jeremiah chce wkrótce zaprosić cię na kolację, skoro już urządziliśmy się w nowym domu.

– Byłoby świetnie. Dajcie znać kiedy, a się zjawię.

Tate uśmiecha się życzliwie do Sutton. Nie mogę się przestać zastanawiać, dlaczego Ripley nie może być bardziej podobny do brata. Słodki. Czarujący. Ludzki.

– Ostatnie trzy tygodnie żyłem w biegu i ledwo miałem czas na złapanie oddechu – ciągnie Tate. – Przyjechałem tu prosto z lotniska. – Przeczesuje palcami odrobinę jaśniejsze od Ripleya włosy. – Jestem gotowy spędzać więcej czasu w domu i wrócić do rutyny. Tęskniłem za swoim łóżkiem. Brakowało mi siłowni. W pewnym sensie nawet stęskniłem się za Gannonem.

Ripley wybucha śmiechem.

– Skoro mowa o siłce, to przebiegłaś już te pięć kilometrów, o których rozmawialiśmy na urodzinach Jeremiaha? – pyta mnie Tate.

– Masz dobrą pamięć – odpowiadam. – Ale nie. Okazuje się, że żaden ze mnie biegacz.

– Powinnam była ci to powiedzieć, zanim kupiłaś pierwszą parę butów sportowych – żartuje Sutton.

Pokazuję jej język.

– Poszłam za twoją radą i zaczęłam podnosić ciężary. Mogę zadać ci pytanie? – zwracam się do Tate’a.

Ripley poprawia się na krześle.

– Pewnie – oznajmia Tate.

– Ćwiczyłam na lekkich ciężarach przy dużej liczbie powtórzeń, ale trener na siłowni doradził mi, żebym podnosiła cięższe ciężary z mniejszą liczbą powtórzeń – wyjaśniam. – Teraz nie jestem pewna, co robić.

– Wiesz, że zajmuję się fizjologią wysiłku – wtrąca Ripley.

– Wiem – odpowiadam i posyłam mu uśmiech, którego nikt nie uznałby za przyjazny. – Tak czy siak, Tate, jestem główną druhną na zbliżającym się weselu i chcę wyglądać wyjątkowo seksownie. A skoro nie jestem fanką cardio, muszę jakoś ogarnąć trening siłowy.

Tate z wyraźnym uśmieszkiem kątem oka przygląda się bratu.

Sutton wybucha śmiechem i grozi mi palcem.

– Czy kilka minut temu nie twierdziłaś, że w dniu ślubu to ja powinnam przyciągać uwagę wszystkich? A teraz mówisz, że chcesz wyglądać wyjątkowo seksownie? – Kręci głową. – Ty hipokrytko.

– Posłuchaj – tłumaczę się, próbując powstrzymać śmiech. – Nie powiedziałam, że chcę cię przyćmić. To niemożliwe, nawet gdybym próbowała. Pragnę jedynie, aby żaden samotny mężczyzna na przyjęciu nie mógł mi się oprzeć.

– Nie spotykasz się już z Donovanem Templesmanem? – pyta Tate.

Odbieram drinka od kelnera i dziękuję.

– Zakończyliśmy to kilka miesięcy temu. – Właściwie to ja z nim zerwałam.

– Co się stało? – drąży Tate.

Ripley przechyla butelkę piwa i udaje, że nie słucha.

– No właśnie – mówi Sutton, walcząc z uśmieszkiem. – Co się stało, Georgia?

Upijam łyk i czekam, aby alkohol rozgrzał mnie od środka. Przyjemny szum łagodzi poirytowanie i pomaga mi się odprężyć.

– Krótko mówiąc, dopuścił do tego, że skończyły się ciasteczka – wyjaśniam.

– Co takiego? – pyta osłupiały Ripley.

– Dopuścił do tego, aby skończyły się ciasteczka – powtarzam. – Wiem, jak dziwacznie i niedorzecznie to brzmi, ale to dla mnie ważne.

Tate próbuje zrozumieć, co mam na myśli.

– Zerwałaś z mężczyzną, bo dopuścił, żeby skończyły mu się ciasteczka? Prawdziwe ciasteczka, tak? To nie eufemizm?

Wzdycham.

– Uwielbiam takie z białą czekoladą i orzechami makadamia, okej? To moje ulubione, zwłaszcza te miękkie. Kiedy tylko Donovan się o tym dowiedział, trzymał je w kuchni. Zawsze. Bez wyjątku.

– Łatwa zdobycz – mamrocze Ripley.

Przewracam oczami w jego stronę i kontynuuję:

– Donovan zaczął nalegać, abym się do niego wprowadziła, a ja nie chciałam. Sądziłam, że jest za wcześnie i nie jest to właściwy moment na taki krok. To go rozwścieczyło. Gdy odmówiłam, przestał kupować ciasteczka.

Z uśmiechem pełnym aprobaty Sutton kiwa głową.

– Nie przez nie z nim zerwałam – wyjaśniam, mieszając drinka w kieliszku. – To było… Nie wiem, chciał mnie ukarać?

Donovan bez namysłu odebrał mi coś małego, co pokazywało, że się o mnie troszczył. Nie wydarzyło się nic ważnego, ale to zachowanie ujawniło istotną cechę jego charakteru. Nie mogłam dostać wyraźniejszego ostrzeżenia.

– Tak czy siak, nie zamierzałam wiązać się z kimś, kto zachowuje się dziecinnie tylko dlatego, że coś układa się nie po jego myśli – oświadczam i wzruszam ramionami.

Ripley obserwuje mnie, marszcząc brwi, co wzbudza mój niepokój, więc odwracam wzrok.

Mój leżący na stole telefon wibruje, a na ekranie wyświetla się imię mamy. Wiem, że chce porozmawiać o Charity Club, ale to może poczekać. Dostarcza mi jednak doskonałej wymówki do wyjścia, zwłaszcza że wkrótce Sutton również zechce się stąd wyrwać.

Dopijam Martini i wyjmuję z portfela kilka banknotów.

– Mówiłaś, że musisz wyjść przed siódmą trzydzieści, Sutton. Już pora, a ja też muszę się zbierać.

Sprawdza godzinę.

– Masz rację. Jeremiah wkrótce wróci z pracy i zabiera mnie dzisiaj do tajskiej knajpki.

Rzucam gotówkę na stolik.

– Zapłacę za wasze drinki – oznajmia Ripley.

– No pewnie – stwierdzam. – Przynajmniej tyle możesz zrobić za przerwanie nam babskiego wieczoru i wypicie mojego Martini. Po prostu dorzucam się do napiwku.

– Okej, cieszę się, że się nie pogodziliście. Oglądanie waszych sprzeczek to darmowa rozrywka. – Tate wybucha śmiechem.

– Miło, że podobało ci się przedstawienie – oświadczam.

Wstaję i obciągam brzegi szortów. To niewiele pomaga – nie są za długie – ale lepsze to niż nic.

Ripley wpatruje się przed siebie, celowo odrywając ode mnie wzrok.

Dobrze.

– Powiedziałabym, że miło było cię znowu spotkać, Ripley, ale to byłoby kłamstwo – mówię.

– Nawzajem.

Odwraca głowę i nasze spojrzenia ponownie się krzyżują. Coś migocze w jego błękitnych oczach… prawdopodobnie to nic takiego.

Sutton żegna się z chłopakami i opuszczamy Swill. Na wypadek gdyby Ripley mi się przyglądał, kołyszę biodrami nieco bardziej, niż jest to konieczne.

Nie żeby mnie to obchodziło. Wiem jednak, że mój tyłek prezentuje się świetnie w szortach, a nie przepuszczę najmniejszej okazji, aby doprowadzić tego mężczyznę do szaleństwa.

ROZDZIAŁ 3

RIPLEY

Ta kobieta doprowadza mnie do szału.

Perfumy Georgii unoszą się w powietrzu długo po jej wyjściu. Słodycz miodu i ciepło wanilii są irytujące i upajające, zupełnie jak ona.

Usilnie próbuję ją lekceważyć, ponieważ za bardzo załazi mi za skórę. Jest tak od pierwszego dnia klasy maturalnej. Szła korytarzem do swojej szafki, z książkami przyciśniętymi do piersi i kołyszącym się kucykiem. Przez ulotną chwilę jej miękkie nakrapiane złotem oczy napotkały mój wzrok i się zachwiałem. Ta piękna dziewczyna zarówno mnie przyciągała, jak i przerażała. Nigdy wcześniej nie czułem niczego podobnego.

To prawdopodobnie był ostatni raz, kiedy spojrzała w moją stronę bez czającej się w oczach groźby, że udusi mnie gołymi rękami.

– Chyba już poszła – oznajmia Tate.

– Kto?

– Georgia.

Odwracam się do niego i lekceważę jego konspiracyjny uśmieszek.

– Siedziałeś ze wzrokiem wlepionym w wyjście – oznajmia. – Zacząłem myśleć, że czekasz, aż wróci.

Wzdycham i podnoszę piwo do ust.

– Byłem zaskoczony, kiedy zobaczyłem, jak rozmawiacie w cywilizowany sposób – stwierdza swobodnie brat. – Przez chwilę sprawialiście wrażenie, jakbyście się dogadywali.

– Tak, cóż, trafiłeś na dziesięć sekund, kiedy nie była kompletnym potworem.

– Więc zauważyłeś, że nie emanuje tymi wibracjami co zazwyczaj, i postanowiłeś się przywitać?

Prycham na jego sugestię.

– Niezupełnie. Próbowałem jej uniknąć, ale Sutton dostrzegła mnie, zanim się ukryłem.

– Bawi mnie, że chowasz się przed Georgią Hayes. – Wybucha śmiechem.

– Myślisz, że się jej boję?

– A jest inaczej?

Rzucam mu kąśliwe spojrzenie, a jego uśmiech staje się szerszy.

– A co z tobą? – pytam, bawiąc się etykietą na butelce piwa. – Zostaniesz dłużej czy Gannon każe ci wyjechać w następnym tygodniu?

– Chyba moje ciągłe podróże powoli dobiegają końca. Presja zelżała, odkąd tata przyjął ugodę i został skazany. Ludzie zaczynają o tym zapominać. Gannon świetnie sobie radzi z prowadzeniem firmy, a to pomaga odzyskać zaufanie inwestorów. Czeka nas trochę roboty, głównie wizerunkowej, ale robimy postępy. Nie muszę już tak mocno walczyć.

– Dobrze, bo kiepski z ciebie wojownik. – Uśmiecham się.