The Complete Misunderstanding - Ola Rochowiak - ebook + książka
NOWOŚĆ

The Complete Misunderstanding ebook

Rochowiak Ola

3,5

29 osób interesuje się tą książką

Opis

On uczył ją pisać. Ona nauczyła go kochać.

Marisa Smith, dwudziestosześcioletnia analityczka z różowymi włosami, rzuca korporacyjne piekło i postanawia wreszcie żyć po swojemu. Pod wpływem chwili i wspomnień o nastoletnich latach, wymyśla dla siebie karierę pisarki i zapisuje się na kurs prowadzony przez znanego autora, Timoty’ego Bakera. Zimny i gburowaty pisarz nie ułatwia jej sprawy, zwłaszcza że od początku zdaje się wyjątkowo jej nie lubić. Niespodziewane spotkanie z dawną przyjaciółką, przyjaźń z innymi kursantami i dziwne napięcie, które rodzi się między mentorem i uczennicą, zaczynają jednak zmieniać spojrzenie Marisy na świat... i na samego Bakera.

Gdy mur, którym otoczył się mężczyzna, zaczyna pękać, pierwotna niechęć zmienia się w gorące uczucie. Kiedy jednak w komputerze Timoty’ego Marisa odkrywa coś, co bardzo ją rani, to wielkie nieporozumienie może zniszczyć wszystko, co zbudowali.

Bo najtrudniej stworzyć historię, w której jest się główną bohaterką. A czasem trzeba stracić wszystko, by wreszcie napisać własną historię miłosną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 341

Rok wydania: 2023

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
1
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Szymulka07

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
egrambor

Z braku laku…

Tragiczna postac kobieca. Niedojrzała, kaprysna, nudna.
01



Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska

Redakcja: Monika Baran

Korekta: Katarzyna Sarna

Projekt okładki, wyklejki i brzegów: Agata Łuksza

Ilustracje na okładce: Agata Łuksza

Grafika na stronach rozdziałowych: © Alexx / Stock.Adobe.com

Copyright © Aleksandra Rochowiak, 2026

Copyright © 2026, Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece

Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-796-9

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Tęsknota to nagroda, którĄ otrzymasz

w zamian za moŻliwość przebywania

przy kimś niezastĄpionym

Playlista

Nobody’s Son Sabrina Carpenter

Title Meghan Trainor

Good Luck, Babe Chappell Roan

Only Love Can Hurt Like This Paloma Faith

Happier Olivia Rodrigo

Angels Like You Miley Cyrus

Heart By Heart Joe Jonas

Next Summer Damiano David

Nothing Breaks Like a Heart Mark Ronson ft. Miley Cyrus

Reckless Madison Beer

Moral of the Story Ashe

Manchild Sabrina Carpenter

Still Into You Paramore

Taste Sabrina Carpenter

The Fate Of Ophelia Taylor Swift

Busy Woman Sabrina Carpenter

ZASADA NR

1

Praca w korporacji to piekło

Pocałujcie mnie wszyscy w dupę! – To były ostatnie słowa, które skierowałam do automatycznych drzwi, zasuwających się przed moim nosem.

Dokładnie kwadrans i dwanaście sekund temu sfinalizowałam jedną z najlepszych decyzji w całym swoim dwudziestosześcioletnim życiu i rzuciłam na biurko Petera Porka, mojego szefa i turbotyrana w jednym, wypowiedzenie wraz z wnioskiem o wykorzystanie zaległych trzech miesięcy płatnego urlopu.

Po trzech latach ganiania za jego ulubioną kawą, która w mojej opinii smakowała jak kwaśne szczyny (nie żebym kiedyś próbowała jakichkolwiek szczyn), wypełnianiu idiotycznych poleceń i kłanianiu się w pas z uśmiechem na ustach po każdym niewybrednym komentarzu dotyczącym moich sięgających połowy pleców różowych włosów uznałam, że dłużej tego nie zniosę. Przysięgam, że codziennie przed snem pod przymkniętymi powiekami migały mi wytłuszczone, typowe dla korporacyjnego bełkotu skróty, które nie tylko wywoływały we mnie obrzydzenie, lecz także od miesięcy działały na mnie jak woda święcona na diabła. Każde ASAP, KPI czy EOD w kolejnych mailach i SMS-ach od szefa przybliżały mnie do popełnienia przestępstwa, bo – jak mamę kocham – niewiele brakowało, bym w ostatnim tygodniu pracy wpadła do gabinetu Petera i dźgnęła go długopisem w miejsce, w którym jego za ciasna koszula rozchodziła się na boki, a nici podtrzymujące perłowe guziczki przechodziły testy wy­trzymałości.

Serio, firma tekstylna produkująca te tytanowe włókna powinna otrzymać laur konsumenta czy coś w tym stylu. Miałam mniej zaufania do samej siebie i swojego niewyparzonego języka niż mój szef do tego naprężonego zapięcia.

Od razu zaznaczę, że nigdy, przenigdy nie skrytykowałabym żadnej osoby za jej tuszę, ale wszystko, co składało się na postać Porka, wywoływało we mnie odruch wymiotny. Zapracował sobie na to swoim lenistwem (cóż za paradoks!) i podłym usposobieniem.

Ponieważ jednak nie chciałam skończyć w kryminale, mimo nieposkromionej chęci mordu postanowiłam wybrać mniejsze zło i odejść, a zakończenie korporacyjnej kariery zwieńczyć osiemdziesięcioma czterema cudownymi dniami płatnego urlopu.

– Nie może pani odejść. Pani Mariso, obowiązuje panią trzymiesięczny okres wypowiedzenia. – Pork mlasnął z niezadowoleniem, a biała grudka śliny, która prześladowała mnie w najgorszych koszmarach, jak zwykle zebrała się pomiędzy jego wysuszonymi wargami.

Czy ten facet nigdy nie słyszał o czymś takim jak balsam? Krem? Cokolwiek?!

– Zresztą nie mamy nikogo na pani miejsce – dodał, wyraźnie z siebie zadowolony.

Miałam już na końcu języka, że jego wielkie, spasione ego bez najmniejszego problemu zajmie dwa biurowe krzesła i tym samym zapełni zwolnione przeze mnie miejsce, jednak nie chciałam na ostatniej prostej otrzymać nagany. W końcu wystawione przez niego referencje mogły mi się do czegoś przydać.

– Przykro mi, ale podjęłam już decyzję. Moje zdrowie – a raczej twoje życie, dupku – jest zagrożone. Powinnam o siebie zadbać.

Teoretycznie nie kłamałam. W końcu nikt raczej nie osiąga szczytowej formy w więzieniu, prawda?

– Ja wszystko rozumiem, ale stawia pani firmę w trudnej sytuacji.

W trudnej sytuacji to znalazły się jego spodnie dzisiejszego ranka, kiedy wcisnął w nie swój brzuch napełniony pączkami kupionymi za pieniądze z mojej (niesłusznie) odebranej premii.

– Zdaję sobie z tego sprawę, ale moja decyzja jest nieodwołalna. Dołączam też wniosek o płatny urlop.

Którego nie pozwoliłeś mi wykorzystać w terminie, motywując swoje decyzje – jakżeby inaczej – dobrem firmy, która podobno upadłaby podczas mojej nieobecności.

Kiedy wczytywał się w wypełnione przeze mnie rubryki, mina wyraźnie mu zrzedła. Potarł się serdelkowatymi palcami po niedokładnie ogolonym podbródku, by po chwili powędrować nimi odrobinę wyżej i zetrzeć tę obleśną grudkę z dolnej wargi.

Chwała mu za to, wreszcie mogłam oderwać od niej wzrok!

To nieprawdopodobne, że człowiek ma w sobie tak wielkie pokłady autoagresji, że zamiast uciekać spojrzeniem gdziekolwiek indziej, wpatruje się w tak odstręczające szczegóły, przeżywając wewnętrzne tortury wymieszane z pokusą, by własnoręcznie wytrzeć ślinowego intruza.

– Muszę zadzwonić do kadr. Nie wiem, czy istnieje możliwość odbioru tylu zaległych dni łącznie. – Jak zwykle próbował uprzykrzyć mi życie.

Niedoczekanie.

– Rozmawiałam już z dziewczynami z kadr. Nie ma żadnych przeciwskazań, żebym dostała ten urlop. – Z trudem zamaskowałam wyraz tryumfu, który wkradł się na moją twarz.

Szach­-mat, szefuńciu.

Pork opadł ciężko na krzesło, które wydało z siebie żałosne jęknięcie. Szczerze współczułam bogu ducha winnemu meblowi pełnionej przez niego funkcji.

– Jest pani moją asystentką. – Zaczął rytmicznie uderzać dłonią o blat wypolerowanego (przeze mnie) biurka. – Musi pani przeszkolić kogoś, kto panią zastąpi. Tylko pani zna moje zwyczaje i upodobania.

Jaka szkoda, że twoje kawoszczyny przez jakiś czas nie będą smakować tak, jak powinny, pomyślałam, w duchu parskając śmiechem.

Adrenalina buzowała mi w żyłach. Otaczające mnie ściany, zastawione regałami, wreszcie przestały mnie przytłaczać. Wydeptana wykładzina pod stopami zdawała się mniej odstręczająca niż zwykle. Tłoczące się za oknem szklane wieżowce odbijały promienie słońca, kierując je prosto do gabinetu Petera, jakby chciały pokazać mi swoje poparcie. Jednym słowem, cały świat mi sprzyjał. Łącznie z małym guziczkiem, który nie wytrzymał napięcia powstałego na wysokości pępka i wystrzelił z koszuli mojego (już byłego) przełożonego, by odbić się rykoszetem od porcelanowej figurki Fortuny ustawionej na brzegu jego biurka.

Zanim się obejrzałam, mała rzeźba leciała w kierunku wykładziny, by sekundę później roztrzaskać się w drobny mak.

Twarz turbodupka poczerwieniała albo ze złości, albo ze wstydu, bo jego owłosiony pępek łypał na mnie złowieszczo spod zmarszczonych fałd wymęczonego materiału. Fortuna natomiast udała się na wieczny odpoczynek, ginąc śmiercią tragiczną od wystrzelonego pocisku w postaci zmaltretowanego guzika. Cóż, tym razem nie poszło jej zbyt… fortunnie.

– Pani Mariso, proszę to posprzątać! – rozkazał Pork.

Zerwał się z krzesła i próbował zakryć wielki brzuch odrobinę za małą granatową marynarką, co okazało się nie lada wyzwaniem.

Gdy dotarło do mnie jego polecenie, zalała mnie fala furii.

Co za pozbawiony taktu, obrzydliwy leń! Nie dość, że otrzymał właśnie moje wypowiedzenie i próbował mnie w kuriozalny sposób przekonać, bym nie rezygnowała, to jeszcze ma czelność prosić, bym w zaistniałych okolicznościach posprzątała syf, który sam zrobił?

O nie.

Jego postępowanie jedynie upewniło mnie, że moja noga nigdy więcej nie postanie na tej przeklętej wykładzinie żywcem wyłowionej z miejskiego szaletu.

– To nie należy i nigdy nie należało do moich obowiązków – odparłam, krzyżując ręce na piersi.

Z nosa tego gbura niemal buchnęły kłęby pary. Z poczerwieniałą ze złości twarzą i rozszerzonymi nozdrzami wyglądał jak rozwścieczony smok. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie i musiałam przyznać, że sprawiało mi to perwersyjną przyjemność.

– W takim razie kto się tym zajmie?!

– Pan. – Posłałam mu spojrzenie pełne pogardy, odrzuciłam na bok długie różowe loki, których tak nienawidził, i drugą ręką przesunęłam w jego stronę wypowiedzenie. – Poproszę jeszcze o podpis.

– Ale… – zająknął się.

Grudka śliny wróciła na swoje miejsce.

Ugh!

Zebrało mi się na wymioty. Jeśli zaraz stąd nie wyjdę, będzie musiał sprzątać nie tylko kawałki porcelany.

– Nie ma pan prawa mi tego odmówić. Odbyłam wiele rozmów z działem HR i konsultowałam się z prawnikiem. – To akurat ściema, ale nie musiał o tym wiedzieć. – Dziś jest mój ostatni dzień w pracy zgodnie z zapisem w aneksie, który popisałam trzy lata temu, gdy dostałam awans. Mam do wykorzystania urlop i zamierzam o niego wystąpić. Wszystkie wytyczne związane z moją posadą znajdzie pan w segregatorze, w szafce za pana plecami.

O ile dasz radę schylić się na tyle, by po niego sięgnąć, dodałam w myślach.

Czerwona twarz szefa zaczęła zmieniać barwę na purpurową. Przez chwilę bałam się, że dostał zawału. Albo przynajmniej doszło u niego do niedotlenienia. Na szczęście dla mnie i na nieszczęście dla trzeszczącego pod nim krzesła w końcu wypuścił powietrze z płuc i odwrócił się do regału, by wygrzebać z niego ten nieszczęsny plik dokumentów, o którym wspomniałam.

Sapiąc niczym przegrzana lokomotywa, rzucił go na blat biurka. Spod marynarki ponownie łypnął na mnie owłosiony pępek. Pospiesznie odwróciłam wzrok.

Na czole turbodupka zaczął kroplić się pot. Podobnie jak na górnej wardze, tuż pod nosem. Dawno nie czułam się tak niekomfortowo w jego towarzystwie. Czy mógłby mi oszczędzić tej niesmacznej szopki i puścić mnie wolno?

Przestępując z nogi na nogę w zabójczo wysokich szpilkach, które założyłam specjalnie na tę okazję, powoli traciłam cierpliwość. Całe szczęście, że nie miałam pod ręką długopisu, inaczej mimo wszystko mogłabym skończyć w celi z zarzutem spuszczenia powietrza z olbrzymiego balona, który zajmował miejsce brzucha mojego szefa.

– Nie ma tu nic o weekendach i kawie – prychnął, ocierając palcami wilgoć spod nosa.

Przełknęłam podchodzące mi do gardła śniadanie, szczerze wierząc, że mimo wszystko uda mi się je utrzymać w żołądku.

– Bo w weekendy nie pracuję. I nie jestem też baristką – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby, choć przez te wszystkie lata parzyłam mu tę przeklętą kawę, a w soboty i niektóre niedziele kiblowałam w biurze, gasząc wzniecone przez niego pożary.

– Ale istnieje coś takiego jak nadgodziny.

– Z których uzbierało mi się aż szesnaście dni urlopu, bo nie chcieliście za nie płacić – przypomniałam mu, chowając ręce za plecami, bo moje środkowe palce zaczęły niepokojąco układać się w pewien dość niecenzuralny gest.

– Więc proszę dopisać… – zaczął, jednak granica mojego opanowania właśnie została przekroczona. Niewiele było mi już trzeba, by wybuchnąć.

Założyłam za ucho różowy kosmyk, który od jakiegoś czasu łaskotał mnie w policzek, wysunęłam lewą dłoń, by ułożyć ją na blacie biurka, a prawą oparłam na wychylonym do tyłu biodrze, po czym przybliżyłam twarz do jego twarzy.

– Niczego nie dopiszę – warknęłam.

– Niech pani skończy tę idiotyczną dyskusję i zrobi, co mówię. Tylko tracę czas. Kiedy wszystkie informacje znajdą się w instrukcji, wrócimy do tej rozmowy.

– Nie! – Tym razem nie panowałam już nad głosem.

Pork podskoczył na krześle niczym rażony prądem, a jego podgardle zafalowało.

– Pani Mariso, co to za ton? – Oburzony położył tłuste palce na wysokości serca.

Kto by pomyślał, że jest taki delikatny!

– Taki, na jaki zasługujesz! – krzyknęłam, bo już straciłam cierpliwość.

Czułam się jak buldożer, który bez najmniejszego trudu zmiecie w powierzchni ziemi wszystko, co stanie mu drodze. Pech chciał, że na końcu zaplanowanej przeze mnie trasy czekał Peter Pork.

– Jesteś obrzydliwym, zadufanym w sobie, a w dodatku pozbawionym kompetencji kretynem, który wysługiwał się mną zdecydowanie za długo! Mam dość twoich nocnych telefonów i maili ze sprawami, które nie dotyczą firmy! Mam dość świecenia za ciebie oczami i ogarniania bałaganu, który wokół siebie robisz! Nie będę nigdy więcej twoją dziewczyną na posyłki i nigdy nie wrócę do naturalnego koloru – pociągnęłam się za jeden z kosmyków – tylko dlatego, że jakiś pretensjonalny, zapuszczony dziad uważa, że zaburzam jego poczucie estetyki! Nie jesteś wart ani jednej straconej przeze mnie minuty, więc jeśli zaraz nie podpiszesz tego wypowiedzenia, to przysięgam, wepchnę ci je…

– Wystarczy! – przerwał mi, podnosząc dłoń.

Przeraziło mnie, jak blisko moich ust się znalazła.

Odsunęłam się gwałtownie, gdy poczułam, jak po moim kręgosłupie wędruje dreszcz obrzydzenia, ale też strachu. Przez mój niekontrolowany wybuch właśnie straciłam szansę na referencje.

– Nie zamierzam wysłuchiwać obelg na swój temat. Nie chcę pani tu nigdy więcej widzieć, jest pani zwolniona!

Jego wielkie łapsko trzasnęło o blat, aż przyniesione przeze mnie dokumenty wzbiły się na chwilę w powietrze.

Czy on kompletnie oszalał? On mnie zwalnia? Przecież to ja odchodzę! Próbuję mu to wytłumaczyć od dziesięciu minut!

– Pomylił się pan. To ja się zwalniam. Czekam tylko na podpis.

– Wręcz przeciwnie. – Kropelki potu zebrane tuż pod nosem zaczęły skapywać na jego wargi, a poranna jajecznica, która jeszcze przed chwilą stacjonowała w moim żołądku, znalazła się niebezpiecznie blisko przełyku.

Nie miałam jednak czasu, by zastanawiać się nad stanem mojego układu pokarmowego, bo turbodupek nieoczekiwanie chwycił wypełnione przeze mnie wypowiedzenie, przedarł je na pół i zmiął w kulkę, po czym oznajmił z uśmiechem:

– Została pani zwolniona dyscyplinarnie za obrazę przełożonego w miejscu pracy oraz niewywiązywanie się z obowiązków, panno Smith.

No i się doigrałam.

– Słucham? – Mój Boże, po raz pierwszy w życiu mnie zatkało. – Nie może pan…

– Tak się składa, że mogę. – Wcisnął guzik wzywający ochronę. – Proszę wyprowadzić pannę Smith poza teren firmy. I nie zapomnijcie odebrać jej karty wstępu. Nie będzie jej potrzebować – poinstruował Hanka, naszego ochroniarza, którego mina jednoznacznie wskazywała na to, że nie wierzy w to, co słyszy. – Na co czekasz?

– Pan mówi poważnie? – upewniał się staruszek, z którym od czasu do czasu dzieliłam się drożdżówkami domowej roboty.

Zanim Pork mu odpowiedział, Hank przeniósł na mnie wyrażające niepewność spojrzenie.

Zbita z tropu i oszołomiona tym, jak wszystko poszło zupełnie nie po mojej myśli (no może nie wszystko, w końcu moja noga już nigdy nie postanie na terenie tego korpomordoru), skinęłam głową.

– Oczywiście, że tak! – Z gardła mojego byłego szefa wyrwał się skowyt będący połączeniem rechotu i kaszlu.

Znów zrobiło mi się niedobrze.

– W takim razie… – Hank wyciągnął rękę w moim kierunku.

– Sama trafię do wyjścia – oświadczyłam i by zachować resztki godności, ruszyłam w kierunku openspace.

Moje wysokie obcasy wbijały się w obrzydliwą zielonkawobrązową wykładzinę, którą przed laty musiał wybrać ktoś, kto szczerze nienawidził tego miejsca. Dopasowana spódnica odrobinę krępowała ruchy, a biała koszula unosiła się i opadała w rytm nerwowych oddechów.

Współpracownicy, którzy nienawidzili tej roboty równie mocno jak ja, rzucali mi zaciekawione spojrzenia, kiedy zgarniałam z biurka torebkę i niewielki karton wypełniony rzeczami osobistymi. Kiedy zmierzałam do windy z zamiarem wysadzenia w cholerę tego budynku tortur, drogę zaszła mi Alice. Moja najlepsza koleżanka, pracownica działu HR.

– I jak poszło? Pork padł trupem? – zachichotała, ukrywając usta za postawionym kołnierzykiem szarej marynarki.

Przewróciłam oczami i szybko streściłam jej tę małą katastrofę, do której przed chwilą doprowadziłam.

– Cholera – jęknęła, przeczesując palcami burzę czarnych jak heban, kręconych włosów. – Postaram się dowiedzieć, czy da się to jakoś odkręcić.

– Nie chcę tego odkręcać. Mam to gdzieś. – Wzruszyłam ramionami.

Mówiłam całkiem szczerze. Nie chciałam wracać do pracy w korporacji, więc – gdyby się nad tym głębiej zastanowić – referencje od Porka były mi tak potrzebne jak pokrowiec na składaną parasolkę, którego po pierwszym ściągnięciu nigdy potem nie używałam. Okej, może i niepotrzebnie wybuchłam, ale tyle miesięcy tłamsiłam w sobie tę nienawiść, że w końcu musiała znaleźć ujście. Miałam tylko nadzieję, że moje słowa zapadną w pamięć temu nieetycznemu niszczycielowi biurowych krzeseł.

I że nowa asystentka nie nauczy się parzyć tej jego obrzydliwej kawy.

Zresztą gdy podjęłam decyzję o odejściu, miałam w planach założenie własnej działalności. Nie chciałam już pracować pod czyjeś dyktando. Nie nadawałam się do tego. Zatrudniłam się u Porka na pierwszym roku studiów, niemal cztery lata siedziałam na recepcji, aż trzy lata temu ten tyran postanowił awansować mnie na swoją asystentkę. Na początku szalałam ze szczęścia! Niestety bardzo szybko okazało się, że zrobił to tylko po to, by móc się mną wysługiwać przy każdej możliwej okazji. Teraz jednak znów miałam głowę pełną pomysłów i duszę pełną pasji! Sama chciałam być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Bo kto mi zabroni?

Potrzebowałam tylko pieniędzy na rozruch i pomysłu, który zwali z nóg potencjalnych odbiorców w Wielkiej Brytanii.

– Chciałabym tylko dostać kasę za urlop. Albo chociaż jej część. – Zerknęłam niepewnie na Alice.

Pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Pogadam z górą. Może coś wykombinują.

Wiedziałam, że nie zostawi mnie samej.

– Jesteś aniołem. – Przytuliłam ją, a potem weszłam do windy.

– Wpaść do ciebie? – rzuciła jeszcze. – Mimo wszystko chyba mamy okazję do świętowania.

– Jasne. Tylko dzisiaj, dobrze? Jutro jadę do rodziców, mama ma urodziny.

– Będę o dwudziestej.

A kiedy po piętnastu minutach i dwunastu sekundach od złożenia wypowiedzenia znalazłam się na zewnątrz biurowca, wykrzyczałam słowa, które od dawna leżały mi na sercu, czując, że robię się lekka jak piórko.

ZASADA NR

2

W każdej rodzinie znajdzie się czarna owca

Na rodzinną imprezkę dotarłam z lekkim… no dobrze, z potwornym opóźnieniem. Okazało się, że wbrew temu, co starałam się sobie wmówić, nie jestem już nastolatką i zbyt duża ilość białego wina, które moje kubki smakowe najwyraźniej naiwnie pomyliły z lekkim soczkiem, działa na mnie niemal destrukcyjnie.

Poprzedni wieczór ja i Alice zaplanowałyśmy bardzo skrupulatnie. Moja przyjaciółka, profesjonalna księgowa, a z zamiłowania fanatyczka statystyki i obliczeń wszelakich, nie mogła sobie pozwolić na popełnianie jakichkolwiek błędów, dlatego nim przystąpiłyśmy do poszukiwań otwieracza do wina, którego – jak się później okazało – nie miałam (ups), w pierwszej kolejności rozpisała, ile dokładnie lampek boskiego trunku z prawie najniższej półki z Marks&Spencer mogłyśmy wypić, żebym z samego rana spokojnie dała radę wsiąść do metra, a po kilku stacjach rzucić się w rozpostarte ramiona ukochanej mamusi.

Niestety, wcześniej wspomniany otwieracz przepadł. No kamień w wodę!

Dlatego zamiast raczyć się sfermentowanym sokiem z winogron, które podobno dojrzewały w sycylijskim słońcu (w co szczerzę wątpię), musiałyśmy biec do najbliższej galerii, by w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego odnaleźć Świętego Graala w postaci zakręconego kawałka drutu, bez którego nasz babski wieczór nie miał szans się odbyć.

Przez to, że straciłyśmy niemal godzinę na bezsensowne poszukiwania, wcześniejsze obliczenia okazały się na tyle nieprecyzyjne, że Alice postanowiła ponownie zaplanować ilość spożytych procentów. Ja jednak, gdy tylko zobaczyłam, jak jej idealnie wypielęgnowana dłoń sięga po notatnik i długopis, omal nie odgryzłam jej głowy wciąż sfrustrowana rozmową z Porkiem.

– Nawet nie próbuj – ostrzegłam ją, wypełniając swój kieliszek po brzegi.

– Sama mówiłaś, że rano musisz jechać do rodziców. Nie chcesz mieć kaca.

– Dopiero dziewiąta. Kiedy słoneczko wzejdzie, będę jak jeden z jego lśniących, radosnych promyczków. – Machnęłam ręką i sięgnęłam po jej szkło.

– Mnie poło… – zaczęła, ale jak przystało na najlepszą koleżankę, oczywiście jej nie słuchałam.

– Pij. – Podałam jej kieliszek, z którego na miękką wykładzinę wylało się kilka kropli wina. – W końcu świętujemy pierwsze chwile mojej wolności.

Wzniosłyśmy toast, po czym ja wciągnęłam niemal trzy czwarte zawartości kieliszka naraz, a Alice jedynie umoczyła usta.

Mięczak.

– Nie zmieniłaś zdania? Wciąż chcesz pracować na własny rachunek? – dopytywała, kiedy odpalałyśmy Netfliksa, by obejrzeć jakiś niezbyt wymagający serial.

– Oczywiście, że tak. – Rozłożyłam się wygodnie na kanapie, którą pół roku wcześniej przywlekłam z pchlego targu.

Kilka sprężyn wbijało mi się niekiedy w tyłek, jednak nauczyłam się wyginać i wpasowywać w siedzisko na tyle, by ograniczyć do minimum kontakt z twardym metalem sterczącym pod gąbką. Jako asystentka Porka nie zarabiałam zbyt wiele, dlatego wymiana mebla na nowy w ogóle nie wchodziła w grę.

– I jaki masz na to pomysł?

Przewróciłam oczami i upiłam kolejny łyk. Zawartość kieliszka rozkosznie rozpływała się po moim układzie pokarmowym, posyłając w głąb ciała ciepłe impulsy.

– Jeszcze nie wiem. Planowałam ogarnąć to na urlopie. Płatnym.

Alice posłała mi spojrzenie pełne dezaprobaty. Nienawidziłam, kiedy to robiła. Nie dość, że czułam się winna, to jeszcze jej brwi łączyły się wtedy w jedną długą linię i wyglądały jak czarna włochata gąsienica.

– Nie mogę uwierzyć, że dałaś mu się wyprowadzić z równowagi. – Upiła łyk wina, kręcąc głową.

– Kisiłam to w sobie od lat! Musiałam w końcu wybuchnąć! Pork jest skończonym dupkiem. Specjalnie mnie prowokował i z premedytacją czekał, żeby odwrócić kota ogonem i mnie zwolnić. Żałuję, że nigdy nie naplułam mu do kubka, kiedy pięć razy dziennie parzyłam tę jego obrzydliwą kawę. I że nie dał mi dokończyć tego, co chciałam mu powiedzieć, bo wierz mi, dopiero się rozkręcałam! – Wplotłam palce we włosy i przypomniałam sobie czerwoną ze złości twarz Petera. Byłam niemal pewna, że ten świński grymas będzie prześladował mnie w najgorszych koszmarach. – Myślisz, że jest szansa, żeby…?

– Żeby wypłacili ci kasę za urlop? – Alice prychnęła. – Marna. Podpytałam dziewczyny i z tego, co mówiły, wynika, że jeśli Peter dotrzyma słowa i wypisze ci dyscyplinarkę, jesteś skończona. Regulamin firmy jest niepodważalny.

– A jeśli nie przyjmę zwolnienia?

Moja przyjaciółka westchnęła.

– Naprawdę chcesz się w to bawić?

– To prawie trzy miesiące płatnego urlopu, Alice. Muszę o siebie zawalczyć, bo nie będę miała za co żyć, dopóki czegoś nie wymyślę i nie rozkręcę własnej działalności. Do tej pory odłożyłam jedynie trzy tysiące funtów, a z czegoś muszę opłacać czynsz i jedzenie. Pork wystarczająco wiele razy pomniejszał moje wynagrodzenie.

Strapiona przyłożyła kieliszek do ust i wypiła jednym haustem całą zawartość. Po wszystkim skrzywiła się wymownie i otarła usta.

Moja dziewczyna!

– Sama jesteś sobie winna – oznajmiła, podstawiając mi szkło. – Ale postaram się dowiedzieć, co jeszcze możesz zrobić.

Dolałyśmy sobie wina i wzniosłyśmy kolejny toast. Tym razem za przyjaźń.

Później Alice zarządziła, że od tej pory obowiązuje nas kategoryczny zakaz rozmów na temat pracy. I turbodupka, który dręczył mnie przez ostatnie lata.

– Kto złamie zakaz, upija łyk wina – dodała na koniec, zadowolona z siebie.

Nie przewidziała jednak, że finalnie jej genialny pomysł okaże się dla nas gwoździem do trumny.

Kiedy alkohol na dobre rozgościł się w naszych krwiobiegach, przestałyśmy panować nad językami. Temat korporacji, w której Alice wciąż pracowała, wracał jak bumerang, a Peter Pork awansował na naczelnego bohatera naszych obraźliwych wypowiedzi – śmiało mogłybyśmy zorganizować jego publiczny roast. Finalnie zapasy wina skończyły się jeszcze przed północą. My natomiast dopiero się rozkręcałyśmy i zamiast iść grzecznie spać, pobiegłyśmy na stację benzynową po puszki whisky z colą.

Dlatego rankiem, zamiast pędzić jak na skrzydłach do domu mamy i składać jej najserdeczniejsze życzenia z okazji pięćdziesiątych ósmych urodzin, zapoznawałam moje wnętrzności z białą muszlą klozetową, pachnącą leśnym poszyciem.

Cóż. Jajecznica, która chciała zbiec z mojego żołądka już podczas rozmowy z Porkiem, w końcu dopięła swego i tak czy siak odzyskała wolność, dryfując w oceanie londyńskiej kanalizacji.

Wydarzenia poprzedniej nocy odbiły mi się nie tylko czkawką, lecz także czymś o wiele gorszym i zamiast od rana pławić się w cieple domowego ogniska i nakładać sobie kolejną porcję maminego jabłecznika, nakładałam trzecią już warstwę korektora pod oczy, by ukryć sine wory dorównujące rozmiarami i odcieniem kosmicznej czarnej dziurze.

Miałam niebywałe szczęście, że nad ranem pozbyłam się całej zawartości żołądka, ponieważ podczas podróży chwiejącym się na wszystkie strony metrem moje organy urządziły sobie huczną imprezę. W efekcie przyrzekłam sobie, że już nigdy – przenigdy! – nie tknę alkoholu. Z zaciśniętymi ustami i pulsującą z bólu głową wysiadłam w północnej części Londynu i przeklinając słabość swojego organizmu, ruszyłam niepewnym krokiem w stronę domu rodziców.

Kiedy dotarłam na miejsce, moja ukochana rodzinka właśnie kończyła drugie danie. Mama przywitała mnie z szerokim uśmiechem, przyglądając się uważnie mojej wymęczonej twarzy i zielonkawożółtej cerze. Ona prezentowała się jak zawsze ślicznie, tyle że nie miałam siły, by jej o tym powiedzieć. Zamiast tego uwiesiłam się na jej szyi, wtulając nos w wywinięte na zewnątrz jasne włosy, i przylgnęłam do znajomego pulchnego ciała.

– Wyglądasz okropnie – powiedziała rozbawionym głosem, poklepując mnie po plecach.

– I tak też się czuję – westchnęłam głośno.

– Co to w ogóle za pomysł, żeby pić przez całą noc?

– Pół, mamo. Pół nocy. I to w dodatku słabe jak oranżada wino z promocji.

To, że dobiłyśmy się whisky z colą wolałam zachować dla siebie.

– Najwyraźniej nie było aż tak słabe. – Zachichotała i odsunęła mnie na długość ramion.

Spojrzałam w jej pełne ciepła zielone oczy.

Jej cierpliwość i wyrozumiałość nie miały granic. Inna matka pewnie stroiłaby fochy, gdyby zobaczyła mnie w takim stanie.

– Hej, Marisa, siadasz z nami? – Anna, moja starsza o dwa lata, idealna siostra weszła do korytarza, by się ze mną przywitać.

Jęknęłam wymownie na jej widok.

– Boże, wyglądasz, jakby ktoś cię przeżuł i wypluł – oznajmiła, krzyżując ręce na piersi.

Jej długie do pasa czarne włosy zakołysały się delikatnie, otulając szczupłą, drobną sylwetkę.

– Bo tak było – prychnęłam i spiorunowałam ją wzrokiem. – Nie polecam, inaczej przeciwnym razie skończysz jak ja.

– Jesteś taka… – zawahała się, taksując mnie oceniającym spojrzeniem – …wulgarna.

– To ty zaczęłaś. Ale uspokoję cię, raczej do was nie dołączę.

– A to dlaczego? – John, jej bogaty, przystojny i apodyktyczny mąż, wyłonił się zza drzwi, by objąć żonę ramieniem.

Widziałam, że z trudem powstrzymuje się przed skomentowaniem mojego wyglądu.

Jeśli ktoś uważa, że na świecie nie istnieją dwie identyczne osoby, to nie spotkał nigdy mojej siostry i szwagra. Anna przez całe życie przyćmiewała mnie swoim perfekcjonizmem. Idealną aparycją, nienagannymi manierami, jasno określonymi celami. Była piękna, inteligentna i do bólu poważna. Chciałoby się rzec, że potrzebuje kogoś, kto ją rozrusza. Zedrze z niej tę wyuczoną poprawność, odkryje głęboko skryty optymizm i nutkę szaleństwa.

Wtedy jednak przed aplikacją zupełnie niespodziewanie zatrudniła się w kancelarii adwokackiej, gdzie trafiła na swój męski odpowiednik: prawnika Johna Grahama, który nie dość że wyglądał jak obrzydliwie proporcjonalny wytwór AI, to jeszcze wypowiadał się w taki sam sposób jak ona. Jakby codziennie przed snem czytali słownik i wyszukiwali z niego coraz to wymyślniejsze wyrazy, by zawstydzać innych ich nieznajomością. Oboje mieli też te same pragnienia i aspiracje: szybki ślub, okazałe mieszkanie w centrum Londynu, dwa takie same, ekonomiczne auta i nużąca, ale dobrze płatna praca. Byli jak klony! I to mnie od zawsze przerażało. Mogłam się założyć, że w domu nawet ze sobą nie rozmawiają, bo i tak myślą dokładnie o tym samym. Nie dostrzegałam w nich pasji. Gdy na siebie patrzyli, z ich oczu biła obojętność. Czasem wydawało mi się, że nigdy tak naprawdę się nie kochali. Podejrzewałam, że ich seks jest nudny jak oni sami, a w dodatku robią to tylko z przymusu.

– Marisa nie czuje się najlepiej – odpowiedziała mama i poprowadziła mnie w kierunku schodów, przy okazji odgarniając na bok moje skołtunione różowe pukle.

Kolejne, czego nie akceptowali moja siostra i jej mąż.

Podobnie jak mój były szef.

„Drag queen noszą takie peruki”, zawyrokowała Anna z odrazą, kiedy kilka miesięcy temu wróciłam od fryzjera z pięknymi różowymi falami, o których zawsze marzyłam.

Nie mogłam się powstrzymać, dlatego przybrałam zawstydzoną minę i powiedziałam teatralnym tonem, że nie chciałam, by dowiedziała się o tym w ten sposób, ale tak: mam penisa, uwielbiam brokat i buty na obcasie. Po moich słowach oburzona szeptała coś na ucho swojemu równie zniesmaczonemu mężowi. Zapewne wcześniej nikt nie użył w ich obecności tego strasznego, zakazanego słowa na literę P.

Nigdy nie zapomnę tego, jak na mnie zerkali tamtego dnia. Ich dezaprobata okazała się jednak moim paliwem napędowym, a róż zagościł na mojej głowie na stałe.

– Mamo, przepraszam – wyszeptałam jej do ucha, zanim wspięłam się na górę.

– Przestań. – Pocałowała mnie w policzek. – Dołączysz do nas później, gdy się prześpisz.

– Ale to twoje urodziny. Cholera, nawet nie złożyłam ci życzeń! – jęknęłam i ponownie rzuciłam jej się na szyję. – Wszystkiego najlepszego! Kocham cię najmocniej na świecie! A prezent mam w kurtce, pójdę po niego i…

– Spokojnie, to nie ucieknie – przerwała mi. – Idź odpocząć. Tata przyniesie ci miętę na żołądek. I nie przejmuj się Anną. Wiesz, jaka ona jest.

– Wiem, mamuś. Wiem.

Czy wspominałam już, jak uwielbiam tę kobietę?

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Playlista

Zasada nr 1. Praca w korporacji to piekło

Zasada nr 2. W każdej rodzinie znajdzie się czarna owca

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji