Tamtego dnia zgasło niebo - Stykała Magdalena - ebook + książka

Tamtego dnia zgasło niebo ebook

Stykała Magdalena

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Przepiękna historia miłości, którą przeciął czas mroku.

W czasach, gdy na Pomorzu mniejszość niemiecka była częścią tych terenów, a mieszane małżeństwa codziennością, polska dziewczyna i niemiecki chłopak pochodzący z tej samej wsi zakochują się w sobie. Wkrótce Lucas wyjeżdża na studia do Berlina, gdzie daje się porwać ideologii „nowego porządku świata”. Gdy wybucha wojna, oddaje duszę diabłu i wstępuje w szeregi Wehrmachtu, niszcząc tym samym przyszłość swoją i swojej ukochanej.

Dwa pokolenia później przeszłość upomina się o swoje. Znalezione w lesie szczątki niemieckiego żołnierza, odkryte na strychu domu przedwojenne listy i niemiecki chłopak w roli turysty odmieniają życie Meli. Wciąga się ona w rozwiązywanie tajemnic przeszłości swojej rodziny, a wszystkie wątki prowadzą do jednej historii, której dziewczyna jest częścią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 305

Data ważności licencji: 3/28/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Moim Rodzicom, w podziękowaniu –

za sto procent podkarpackiej krwi w żyłach,

za to, że wybrali Bukowiec Pomorski na swoje miejsce na ziemi,

za żartobliwy tekst mojego Taty, który słyszałam od dziecka:

– „Ty to już jesteś śledź pomorski”.

Jestem.

Dziękuję Wam za wszystko.

 

 

 

Copyright © Magdalena Stykała

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja · Joanna Podolska

 

Korekta · Julia Dałek

 

Projekt okładki · Iza Szewczyk

 

Skład i łamanie · Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej · Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68742-34-3

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected] | www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystko, co ich łączyło, przecięło ostrze tego mrocznego czasu.

Ten sam grot przecina to, co mogłoby być między nami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lipiec 2024, Klonowo

 

 

 

Mela i Zuza zeszły ze schodków pociągu relacji Bydgoszcz-Tuchola i stanęły na peronie małej wiejskiej stacji.

– Witamy na Pomorzu! – powiedziała Mela, uśmiechając się szeroko, po czym rozłożyła ramiona i ukłoniła się głęboko.

Zuza rozejrzała się dookoła. Jej wzrok zatrzymał się na wzniesionym z czerwonej cegły budynku dworca, wokół którego rosły rozłożyste klony dające początek szerokiej alei prowadzącej do centrum wsi.

– O właśnie! Z tym kojarzy mi się Pomorze – rzekła.

Mela podążyła za jej wzrokiem, lecz nie była pewna, o czym mowa.

– Z tym? To znaczy? – zapytała.

– Czerwone budynki – odparła Zuza. – Byłam na północy tylko raz w życiu na wycieczce szkolnej i zapamiętałam głównie ten rodzaj architektury. Urządzili nam wtedy taką objazdówkę: Gdańsk, Toruń i Malbork, potem jeszcze chyba Gniew i jakiś mały zamek w Świeciu. Jest takie miasto? – zapytała i zanim usłyszała odpowiedź, podsumowała: – W każdym razie miałam wrażenie, że cały ten świat zbudowany jest z czerwonej cegły.

– Jest takie miasto jak Świecie, i to całkiem blisko. Organizują tam fajny Bieg Rycerski, ale żeby wziąć w nim udział, musiałybyśmy przyjechać w połowie maja. I nie myliłaś się co do tej czerwonej cegły. Ona jest fundamentem tych stron. – Mela zaśmiała się.

– Na to wygląda. Bo to zapamiętałam najbardziej – potwierdziła przyjaciółka. – Potem już tu nie wróciłam. Rodzice uważali, że Bałtyk jest za zimny, a zwiedzanie krzyżackich posiadłości, jak mówił tata, jakoś ich nie kręciło. Jeździliśmy do Bułgarii albo do Chorwacji.

– No tak, z Sandomierza macie trochę bliżej – odrzekła Mela. – My czasem wybieraliśmy się nad nasze morze, ale szczerze mówiąc niezbyt często.

– Jak się mieszka nad wielkim jeziorem w Borach Tucholskich to po co zimne morze – stwierdziła Zuza, a potem dodała: – Pokażesz mi to wszystko? To jezioro i bory. Tyle się od ciebie nasłuchałam, ale opowieści to nie to samo. Już nie mogę się doczekać, żeby to zobaczyć na własne oczy! Czuję się trochę, jakbym trafiła na inną planetę, chociaż to ten sam kraj.

– Droga do domu prowadzi wzdłuż jeziora, więc zobaczysz je od razu. – Mela uśmiechnęła się. – Mamy swój mały pomost i dwie łódki, to będziemy mogły popływać. A las… No cóż, rośnie dookoła. Jakbyś chciała, to jest ścieżka przyrodnicza wiodąca przez objęte ochroną obszary w celu zachowania określonych typów siedlisk. Albo jak wolisz, to możemy iść zupełnie na dziko, tam, gdzie chodzą tylko miejscowi. Może zobaczymy łosia? – Trąciła przyjaciółkę w bok. – A, i wiem, gdzie jest gniazdo bielików, ale trzeba być ostrożnym, to piekielnie czujne ptaki, lecz warto je wyczekać, bo są absolutnie olśniewające! W ogóle w tych naszych lasach można napatrzeć się na cuda natury. Tęsknię za tym, gdy jestem daleko.

– O proszę! Brzmi jak wstęp do artykułu z „National Geographic”. – Zuza zaśmiała się. – Skoro miałaś to wszystko na wyciągnięcie ręki, dlaczego pojechałaś na studia do Rzeszowa?

– Niech pomyślę. – Mela udała, że się zastanawia. – Bo Politechnika Rzeszowska jest świetną uczelnią?

– To oczywiste! Ma przecież dwie świetne studentki – odparła Zuza i dumnie uniosła głowę, a po chwili dodała: – Ale tak na serio, mogłaś wybrać architekturę na innej uczelni. Bliżej domu i tych lasów. Nie musiałabyś tęsknić.

Mela kiwnęła głową.

– Mogłam – przyznała. – Ale studia w Rzeszowie pozwalają mi łagodzić inną tęsknotę. Tę, którą odczuwałam przez wszystkie lata liceum, odkąd pierwszy raz je zobaczyłam…

– No tak… Jak mogłam zapomnieć! – Zuza klepnęła się lekko w czoło, udając, że doznała olśnienia. – Bieszczady!

– Oczywiście – potwierdziła przyjaciółka. – Z Rzeszowa to „żabi skok”, a stąd kawał drogi. Wiedziałam, że wybiorę uczelnię najbliżej tych gór, bo jestem z tych, co mówią, że „w Bieszczady jedzie się raz, a potem już tylko się wraca”. Zakochałam się w nich.

– To mało powiedziane – Zuza przewróciła oczami. – Wyciągnęłaś mnie tam jakieś pięć razy.

– Sześć – poprawiła Mela. – I kilka razy pojechałam sama. Weekend na szlaku i wszystko wraca na właściwe tory. Tam ładuję moje życiowe baterie.

– Ale do domu też lubisz wracać – przypomniała przyjaciółka.

– Bardzo lubię, lecz te wizyty zostawiam na święta czy wakacje, a w góry jadę na dwa lub trzy dni. I chciałabym, by ten układ się utrzymał. Nie chcę, by było na odwrót: w domu bywać co tydzień i czekać cały rok na wyjazd w Bieszczady. Teraz jest idealnie.

– A ja cieszę się, że tym razem przyjechałyśmy tutaj.

– Ja też. Do domu zawsze wracam z radością. I fajnie, że jesteś ze mną. Będę twoją przewodniczką, tak jak ty byłaś moją w Sandomierzu i we Lwowie. No i wykorzystam cię jako fachową pomoc. – Uśmiechnęła się. – Pomożesz mi z tym zagraconym strychem, a potem ocenimy, czy uda się rozpocząć mój wymarzony remont. Mówię ci, tam jest fantastyczna przestrzeń! Będziemy miały pole do popisu.

– Super, aż żałuję, że mogę zostać tylko na dwa tygodnie. W połowie lipca muszę wracać do Sandomierza. Będę świadkową na ślubie siostry.

Mela pokiwała głową.

– I z tego co wiem, walczyłaś o tego przystojnego świadka u boku. – Mrugnęła porozumiewawczo.

– Inaczej bym się nie zgodziła. – Zuza zachichotała. – Musiałam się uciec do szantażu. Powiedziałam, że jeśli Maciek nie będzie świadkiem, to ja nie będę świadkową.

– Udało się, jak rozumiem?

– Oczywiście – potwierdziła dziewczyna.

– To świetnie. Prześlesz mi potem całą galerię fotek. Ja mam trochę mniej huczną uroczystość, ale za to bardzo ważną. Setne urodziny prababci! I myślę, że może być całkiem fajnie.

Dziewczyny szły klonową aleją. Potężne drzewa zamykały nad nimi swoje gałęzie niczym zielone, łukowate sklepienie. W niektórych miejscach przez gęste liście przebijały się promienie słońca, rzucając na ziemię smugi światła.

– Piękna jest ta droga – zauważyła Zuza. – Te drzewa są niesamowite. Prawie jak te w Avatarze.

Mela uśmiechnęła się, słysząc to porównanie.

– Tak, tylko inna skala. Tamte były gigantyczne. Ale wiesz co? Koło mojego domu rośnie ogromna wierzba i kiedy zimą jej gałęzie pokrywa mróz lub szadź, a blask zachodzącego słońca oświetla każdą z tych delikatnych, długich witek, wygląda jak filmowe Drzewo Dusz. Z tego co wiem, jest bardzo stara. Zdaje się, że posadzili ją ponad sto lat temu.

– O proszę. Więc może w swoim rdzeniu neuronowym przechowuje wszystkie wspomnienia waszej rodziny? – Zuza trąciła przyjaciółkę w bok, a potem złapała za koniec jej jasnego jak len warkocza i pomachała niezaplecioną częścią. – Splatałaś już tę końcówkę z gałązkami tej wierzby? Skoro jest taka stara, może zdradzi ci tajemnice waszego klanu?

Mela pokręciła głową.

– Niestety, nie jesteśmy ludem Omatikaya – odrzekła ze śmiechem. – Nie mamy żadnych sekretów z przeszłości. Mieszkamy tutaj od pokoleń, w tym samym miejscu, w tym samym domu i wszyscy znamy historię rodziny. Jest zwyczajna. Prababcia Emilka jest jedyną ze swojego pokolenia. Była najmłodsza spośród swojego rodzeństwa i tylko ona z całej rodziny przeżyła wojnę.

– Wojnę? Drugą wojnę światową? – dopytała Zuza.

– No przecież, że nie pierwszą. – Mela zaśmiała się. – Przeżyła więc tę wojnę, a nawet podczas jej trwania urodziła dwie córki. Jedną z nich była moja babcia, ale ona zmarła kilkanaście lat temu, a jej mąż, czyli mój dziadek, jeszcze wcześniej. Za to prababcia cieszy się dobrym zdrowiem i wygląda wspaniale, chociaż bardzo przeżyła śmierć swoich córek, bo druga też nie żyje. Mimo że obie miały blisko siedemdziesiąt lat, gdy odeszły, prababcia mówiła, że dla niej zawsze były jej małymi dziewczynkami.

– Sto lat… To niesamowite! – uznała Zuza. – Nigdy nie rozmawiałam z nikim w tym wieku, ani nawet nikogo takiego nie widziałam. Twoja prababcia wygląda jak ta stulatka z Titanica? – zainteresowała się.

Mela przechyliła głowę.

– Może rzeczywiście jest trochę podobna, ale wiesz, w tym wieku wszyscy już wyglądają podobnie. Białe włosy, siateczka zmarszczek, kruchość ciała. Tylko oczy nadal ma błękitne.

– Czyli twój ciemniejszy kolor nie jest jej dziedzictwem.

– Wygląda na to, że nie. – Mela uśmiechnęła się.

– Ale tak w ogóle to super mieć kogoś takiego w rodzinie. Sto lat, to niesamowite! – powtórzyła Zuza kolejny raz.

– Tak, to prawda. Świetna sprawa. Ale z tego co wiem, w Polsce żyje ponad trzy tysiące stulatków, więc aż takim wielkim ewenementem moja prababcia nie jest. I powiem ci, że wcale nie jest zachwycona swoją długowiecznością.

– Dlaczego? – zdziwiła się Zuza.

– Bo uważa, że to niewłaściwe, że przeżyła swoje dzieci.

– No tak. To na pewno nie jest łatwe. Na szczęście ma was.

– Tak, wnuczki i prawnuczki. Jest nas spora gromadka.

– Nie połapię się w tych waszych relacjach. Boję się, że pomylę imiona i będzie mi wstyd – rzekła Zuza.

– Spokojnie, w domu są tylko rodzice i prababcia. Paweł, mój brat, pomieszkuje u swojej dziewczyny albo jest w pracy.

– Ten brat policjant? – upewniła się przyjaciółka, a Mela kiwnęła głową. – A ten drugi brat?

– Piotrek mieszka w Chojnicach. Przyjedzie pewno dopiero na urodziny prababci. Niedaleko nas mieszkają jeszcze brat mojej mamy z rodziną, no i rodzina ze strony siostry mojej babci, tej, co też urodziła się w czasie wojny, ale również nie żyje. Więc są ciocie i wujkowie, kuzyni i kuzynki…

– Nie. Nie dam rady tego spamiętać – uznała Zuza.

Mela poklepała ją po ramieniu.

– Nie martw się. To do niczego niepotrzebne. Nie musisz się uczyć na pamięć naszego drzewa genealogicznego. – Zaśmiała się. – W razie czego będę cię informować na bieżąco.

– Tak będzie najlepiej – stwierdziła Zuza, a potem jeszcze raz spojrzała w górę na rozłożyste gałęzie wielkich drzew i wróciła do tematu, który poruszyła, gdy wchodziły w aleję: – Teraz rozumiem, skąd nazwa Klonowo. To od tych drzew. Tak jak w Bieszczadach są Buk i Bukowiec od rosnących tam buków.

– Koło naszego Świecia też jest Bukowiec – odrzekła Mela. – I masz rację, że nazwa miejscowości pochodzi od drzew, ale nie wydaje mi się, że od tej alei.

– A od czego innego?

– Czerwone Wzgórze – odrzekła Mela. – Tam jest najwięcej klonów.

Zuza spojrzała z ukosa.

– Chyba Zielone Wzgórze? – upewniła się. – Jak w książce o Ani z Zielonego Wzgórza. Jeśli od klonów, to zielone. – Wskazała liście nad ich głowami. – No chyba, że jest jesień to złote i żółte, a nie czerwone.

Mela pokręciła głową.

– Czerwone Wzgórze – powtórzyła pewnie. – To takie miejsce w naszej wsi, za jeziorem. W tej chwili jest tam mały hotel i restauracja. Wiesz, taki zaciszny pensjonat w środku Borów Tucholskich, gdzie miastowi przyjeżdżają na grzyby, na ryby, aby pochodzić po lesie z kijkami lub pojeździć rowerami po wyznaczonych trasach. Można wziąć łódkę czy rower wodny albo posiedzieć na pomoście lub wieczorem przy ognisku czy grillu.

– No dobrze, ale co to ma wspólnego z nazwą Klonowo, skoro to Czerwone Wzgórze?

– Bo teren położony jest na łagodnym wzgórzu porośniętym czerwonymi klonami, które stoją również niczym ogromne kolumny wzdłuż całej drogi wjazdowej od wielkiej bramy aż do hotelowego wejścia.

– Czerwone klony? – zapytała Zuza. – Dziwne. Kojarzę oczywiście czerwony liść we fladze Kanady, ale u nas? Raczej zielone.

– Tam rosną wyłącznie te czerwone. To przepiękna odmiana. Ich liście mają zachwycające ubarwienie, bo to nie jest zwykła czerwień, ale zmienna sezonowo, co prezentuje się absolutnie spektakularnie. Wiosną są purpurowo-czerwone, potem ciemnopurpurowo-zielone, a jesienią jaskrawoczerwone.

– Czyli wszystko kręci się wokół czerwieni. O każdej porze roku.

– Tak, ale jesienią jest najlepiej. Wiesz, widziałam w necie jesienne zdjęcia tego hotelu z lotu ptaka, pewnie z dronu. Wyglądało to niesamowicie.

– Teraz już wiem, skąd Czerwone Wzgórze. To znaczy, że nazwa wsi od tamtych klonów, a nie tych tutaj. – Zuza zatoczyła ręką.

Mela pokiwała głową.

– Dokładnie.

Zuza zamyśliła się na chwilę.

– No ale w takim razie dlaczego Klonowo, a nie Czerwone Wzgórze?

– Roter Berg – powiedziała Mela.

– Co? – przyjaciółka nie zrozumiała.

– Roter Berg to po niemiecku czerwona góra – wyjaśniła.

– No i…?

– Tak nazywało się Klonowo w czasie zaborów, a potem podczas wojny. Chyba rozumiesz, że kiedy wróciło do Polski, mieszkańcy nie chcieli nazwy, która przypominałaby im o tamtych czasach.

Zuza pokiwała głową.

– No tak, tutaj działa się zupełnie inna historia niż u nas.

– Zdecydowanie – przytaknęła Mela. – Ten zabór, potem okupacja. Przed wojną mieszkało tutaj podobno bardzo dużo Niemców.

– Niemców? – zdziwiła się Zuza. – Jak to?

Mela wzruszyła ramionami.

– Normalnie. Po zaborach zostali w swoich domach i na ziemi, którą zamieszkiwali od pokoleń. Wiesz, mniejszość narodowa, chociaż tutaj było ich chyba pół na pół.

– Naprawdę? Niemcy w Polsce? Po co zostali? To dziwne.

– Oj Zuza, a u was jak było? Pamiętasz, jak opowiadałaś o swoich przodkach, co mieszkali pod Lwowem? Tam z kolei byli Ukraińcy, Rusini czy kto tam. Też różne narodowości w jednej wsi.

– No tak, ale tam język jakoś bardziej podobny i w ogóle niby słowiański świat – zaśmiała się. – A tutaj musiało być zupełnie inaczej.

– Nie. Żyli normalnie. Całkiem zgodnie, jak mi się wydaje. Było przecież nawet sporo mieszanych małżeństw.

– Skąd wiesz? Twoja prababcia pamięta tamte czasy i tych Niemców, co tutaj mieszkali? Opowiadała ci? – zapytała Zuza.

Mela zaprzeczyła ruchem głowy.

– Nie, akurat o Niemcach i jak wtedy było, nie chce mówić. Myślę, że to dlatego, że w czasie wojny straciła całą rodzinę.

– Nie ma się co dziwić, że nie lubi tych tematów – stwierdziła przyjaciółka. – Ale w takim razie skąd wiesz to wszystko?

– Po prostu wiem. – Mela uśmiechnęła się. – Wychowałam się tutaj. Wszyscy wiedzą, że Czerwone Wzgórze przed wojną należało do bogatej niemieckiej rodziny. Nazywali się Roterberg.

– Coś mi się wydaje, że cała wieś do nich należała, skoro tak się nazywała po niemiecku.

– Możliwe, że kiedyś to były w całości ich ziemie, ale przed wojną mieli tylko to Czerwone Wzgórze, pola, sady, sporą winnicę i chyba jeszcze tartak.

– Tylko? – Zuza uśmiechnęła się pobłażliwie. – Ładne mi „tylko”.

– Fakt. Może już nie całą wieś, ale i tak sporo.

– A potem? Skąd ten hotel?

– A to oczywiście jak wszędzie: Niemcy umarli, zginęli czy odeszli po wojnie, nie wiem dokładnie, co się z nimi stało.

– Na pewno zabili ich ruscy – wtrąciła Zuza. – Oni wszystkich mordowali. Tak mówiła moja babcia.

– Możliwe – przyznała Mela. – W każdym razie potem było tutaj jakieś państwowe gospodarstwo i wtedy oczywiście nie nazywało się Czerwone Wzgórze.

– Na bank zrobili z tego pegeer, a co innego. Jak wszędzie – rzekła przyjaciółka.

– A jak komuna padała i to wszystko się rozwaliło, to przez jakiś czas Czerwone Wzgórze popadało w ruinę, ale zjawił się jakiś gość z walizką pieniędzy i kupił to od państwa, a potem przez kilka lat robił z tego ten hotel. W sumie dobrze, że ktoś taki się trafił, bo dzięki temu jest tam naprawdę pięknie, a gdyby nie on, pewnie wszystko by zmarniało. Ja w ogóle nie pamiętam, jak było wcześniej, bo kupił to na początku lat dziewięćdziesiątych, jeszcze zanim się urodziłam albo, jak mówi prababcia: „Zanim o mnie ptaszki śpiewały”. – Zaśmiała się.

– Moja babcia też tak mówiła, kiedy opowiadała o czymś, co działo się przed moim urodzeniem: „Jeszcze o tobie wtedy ptaszki nie śpiewały.”

Dziewczyny roześmiały się równo.

– A Niemcy? – przypomniała sobie Zuza.

– Jacy Niemcy?

– No właściciele. Wrócili? Jakiś potomek się upomniał o swoje?

Mela machnęła ręką.

– Niemcy nie wrócili, mówiłam ci, że chyba zginęli podczas wojny.

– Wszyscy? – dopytała Zuza. – A może to ten nowy właściciel?

– Nie, on jest z Torunia. A jakby ktoś z tych Roterbergów żył, to myślę, że pojawiłby się tutaj. Zwłaszcza po upadku komuny. Zdarzało się, że do niektórych z domów, które stoją w Klonowie od najstarszych czasów, przyjeżdżali potomkowie dawnych właścicieli.

– Naprawdę?

– Tak. Odwiedzić „stare kąty” – powiedziała Mela z przekąsem.

– Takie spotkanie musiało być smutne dla obu stron.

– Też tak uważam i nie wiem, po co fundować sobie i obecnym mieszkańcom takie emocje.

– Na pewno kierowali się sentymentem.

– Proszę cię – Mela wzniosła ocz ku górze – jakim sentymentem? Nikt ich tutaj nie zaprasza, a jadą jak do siebie.

Zuza zamyśliła się na chwilę.

– Poniekąd jadą do siebie. Ja też we Lwowie szukałam szkoły, do której chodziła moja prababcia, a w tej wiosce pod miastem ich domu. Tak samo jak oni tutaj.

– To zupełnie co innego – uznała Mela. – Twoja rodzina nie zawiniła, przeżyli koszmar wojny, a potem wygonili ich z domów i tam już nie było Polski.

– No tak, żeby pozostać Polakami, musieli wyjechać i znaleźli się w Sandomierzu, a gdyby zostali pod Lwowem, musieliby przyjąć radzieckie obywatelstwo.

– Otóż to. A tutaj to kompletnie inna bajka. To oni wywołali wojnę, więc za te straty mogą winić tylko siebie.

– Mela, brzmisz, jakbyś miała „Niemcofobię”. – Zuza zaśmiała się. – Wrzucasz ich do jednego worka, a przecież wszystko jest kwestią indywidualną. Może tacy, co tutaj przyjeżdżają szukać swoich korzeni, nie są niczemu winni? Może ich też spotkało nieszczęście? Tak jak moich przodków.

Mela spojrzała na przyjaciółkę z ubolewaniem.

– Puknij się w czoło. Niemcy niczemu winni? Słyszysz, co mówisz?

– Słyszę, że jesteś na nich strasznie najeżona. – Zuza trąciła przyjaciółkę w bok. – Masz to we krwi czy nabyte? A może…

– Co może? – Mela zmarszczyła brwi.

– Może u was też byli tacy, co szukali domu swoich przodków i nie zrobili na tobie dobrego wrażenia?

Mela wstrząsnęła się.

– Jeszcze czego! Nic z tych rzeczy. Przecież mówiłam ci, że nasza rodzina od pokoleń mieszka w jednym miejscu, w jednym domu. Jeszcze wtedy, gdy były tutaj Prusy, więc nie pojawili się i nie pojawią żadni dawni właściciele.

– To dlaczego masz do nich taką awersję?

– Nie wiem. Może po prostu jestem ksenofobką? – Mela uśmiechnęła się niewinnie.

Zuza pokręciła głową.

– No co ty! W żadnym wypadku. A może masz to w genach?

– Co w genach?

– Czytałam taką książkę, w której piszą, że „nie zaczęło się od ciebie”, że przeżycia przodków cały czas odzywają się echem w kolejnych pokoleniach. Może twoja rodzina została skrzywdzona przez Niemców i siedzi w tobie pamięć jakiejś traumy?

– Weź przestań. Co to za psychoanaliza? Mówiłam ci, że tutaj raczej zgodnie było i nie ma śladu żadnych zbrodni międzysąsiedzkich na tle narodowościowym.

– No, ale może małe, prywatne zatargi?

– Nic o tym nie wiem.

– To na pewno coś w genach – zawyrokowała Zuza. – Może po prostu nikt nigdy nic ci nie mówił.

– Oj Zuza, czytasz nieodpowiednie książki i trafiasz jak kulą w płot – zaśmiała się Mela. – Jeśli chodzi o geny, to mówiono mi wszystko, ale jest coś, co obali tę twoją teorię.

– Co takiego?

– Babcia mojej prababci była Niemką.

Zuza otworzyła szeroko oczy.

– Nigdy nie mówiłaś! – odrzekła zaskoczona.

– A jest o czym? – zdziwiła się sztucznie Mela.

– No przecież to geny! Masz w sobie niemiecką krew.

– Ej! Tylko bez takich. To jakaś kropla, która dawno się rozmyła, ale chodzi o to, że ta twoja teoria jest błędna. Nie noszę w genach awersji do Niemców.

– Bo sama w jakiejś części jesteś Niemką.

– Zuza, no weź! W jednej trzydziestej drugiej, ale mniejsza o to, po prostu nie pałam do nich sympatią. Denerwuje mnie, że jak tu przyjeżdżają szukać tych swoich korzeni – przewróciła oczami – to ani słowa po polsku nie powiedzą, a jak pytają o drogę, to pierwsze, co słyszysz, to: „Sprechen Sie Deutsch?”

– A co to znaczy?

– „Czy mówisz po niemiecku?”. Jakby to było oczywiste, że my musimy się dostosować do nich, a to raczej oni powinni do nas, no nie?

– Chyba tak – Zuza zgodziła się niepewnie.

– Pewnie, że tak – kontynuowała przyjaciółka. – Moja dawna nauczycielka od niemieckiego w takich sytuacjach robi za tłumacza. Ona jest bardzo miła, nigdy nie odmawia pomocy, więc jak ktoś się pojawia, to odsyłamy go do niej, chociaż ja uważam, że ci tak zwani „goście zza granicy”, jadąc tutaj, mogliby się nauczyć chociaż paru zwrotów. Ja się przy takich nie przyznaję, że znam niemiecki. – Zachichotała. – Chociaż zdawałam maturę z tego języka i dogadałabym się spokojnie. Niech się trudzą, a co mi tam. W Polsce mówimy po polsku, no nie? Ciekawe, czy w Londynie lub Paryżu też pytają, czy tam mówią po niemiecku? A wyobrażasz sobie, że my jedziemy do Berlina i pytamy się przechodniów, czy mówią po polsku? Niewyobrażalne!

Zuza zamyśliła się na chwilę.

– Wiesz, to chyba się zmienia zgodnie z podróżowaniem z zachodu na wschód, a w drugą stronę niestety nie działa.

– Z zachodu na wschód? – zdziwiła się Mela.

Zuza pokiwała głową.

– Pamiętasz, jak byłyśmy we Lwowie? – zapytała.

– No pewnie! Było super.

– My też nie starałyśmy się mówić po ukraińsku, to oni mówili po polsku, żeby nam było łatwiej. I raczej tego oczekiwałyśmy, no nie? Tak to już jest.

Zuza milczała przez moment.

– Może masz trochę racji – przyznała. – Ale to i tak mnie nie przekonuje do ułatwiania sprawy niemieckim turystom.

– Kto ci zabroni? – odpowiedziała ze śmiechem Zuza.

 

Dziewczyny znalazły się w centrum wsi, a gdy mijały kolejne budynki, Mela odpowiadała na pytania przyjaciółki, która co kilka chwil przypominała o tym, że Klonowo idealnie odzwierciedla obraz Pomorza, jaki zachował się w jej pamięci, czyli świat zbudowany z czerwonej cegły.

– To po prostu specyfika tego rejonu – stwierdziła Mela. – Standardowa pruska zabudowa. Po pierwsze czerwona cegła, po drugie mur pruski, po trzecie szachulec.

– Wiem, co to mur pruski i szachulec! – Zuza ucieszyła się. – To ściana szkieletowa na drewnianej konstrukcji wypełniona murem z cegły albo w tym drugim przypadku gliną z trzciną. Widziałam zdjęcia Młynów Rothera i Spichrzy nad Brdą. Prezentują się pięknie. Szkoda, że nie miałyśmy czasu w Bydgoszczy, żeby je zobaczyć.

– Możemy pojechać, jeśli chcesz. Zobaczysz, zrobisz fotki i kupisz sobie magnesy z tymi budynkami, bo jest ich cała masa. – Mela uśmiechnęła się. – A tutaj znajdziesz taką samą zabudowę, tylko nie te gabaryty oczywiście. Na Czerwonym Wzgórzu stare stajnie i wszystkie gospodarcze budynki są z muru pruskiego lub szachulca.

– Te domy też są piękne – zauważyła Zuza, gdy mijały okazałą willę z czerwonej cegły. – Spójrz na ten balkon i drewniane wykończenia! Jak koronka!

Mela podążyła za jej wzrokiem.

– To dawna apteka, nie muszę chyba mówić, że poniemiecka? Podobnie jak kościół, bo kiedyś był oczywiście ewangelicki. Stara mleczarnia też, no i biblioteka, w której wtedy była szkoła. Nową szkołę w stylu peerelowskim wybudowali ze dwadzieścia lat po wojnie.

– Kurczę! Gdzie się nie obejrzysz coś niemieckiego. Nie straszą was tutaj jakieś germańskie duchy? – zaśmiała się przyjaciółka.

– Skąd! Nic z tych rzeczy. Na co dzień nikt o tym nie myśli ani się nad tym nie zastanawia – zapewniła Mela. – To przez ciebie tyle o tym gadam. – Uśmiechnęła się. – Chyba nigdy nie powiedziałam na ten temat tak dużo. A właśnie, jest jeszcze cmentarz ewangelicki, tutaj w Klonowie, i to nawet całkiem zadbany. A w lasach są małe opuszczone cmentarzyki, bo oni chowali swoich zmarłych blisko domów, zaraz przy wiosce. No a na Czerwonym Wzgórzu jest cmentarz rodziny Roterbergów. Ten właściciel hotelu go odchwaścił, naprawił kute ogrodzenie i wyczyścił kamienie z napisami. To znaczy nie on sam osobiście, wynajął ludzi, ale wygląda to ładnie. Może dlatego, że te poniemieckie mogiły nie są zapuszczone, nic nas nie straszy i w Halloween dzieciaki biegają za cukierkami po całej wsi.

– Fascynujące to wszystko – uznała Zuza. – Tak jak mówiłam, jest trochę, jakbym trafiła na inną planetę.

– Z twojej perspektywy może tak być – przyznała Mela wesoło. – To jeszcze musisz wiedzieć, że nasz język ma drobne naleciałości z niemieckiego, chociaż sami Niemcy by tego raczej nie wyłapali, słysząc nasze rozmowy.

– To znaczy? – zainteresowała się przyjaciółka.

– Na przykład dzieci u nas zamiast kanapek lub kromek chleba jedzą sznytki, od niemieckiego Schnitte, czyli właśnie kromka lub plaster. Nie mówimy za rogiem, tylko za winklem, od niemieckiego Winckel, czyli kąt. Jest tego całe mnóstwo.

– Rozumiem. To akurat oczywiste. U nas też jest dużo słów o wschodnich korzeniach.

– Sto dwadzieścia trzy lata niewoli zrobiło swoje, no a potem jeszcze druga wojna. To wszystko zostawiło ślady do dziś.

– Najbardziej ta architektura, bo to od razu rzuca się w oczy – stwierdziła Zuza. – W sumie to fajnie, że są różnice. Jest ciekawie. Nie musiałam wyjeżdżać z Polski, żeby trafić do innego świata.

Mela po raz drugi tego dnia ukłoniła się głęboko i powtórzyła zdanie, które powiedziała zaraz po wyjściu z pociągu:

– Witamy na Pomorzu!

Roześmiały się obie, a potem, idąc spacerem wzdłuż jeziora, rozmawiały o otaczającej ich przyrodzie i pięknie Borów Tucholskich.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej