Tam, gdzie kwitną pomarańcze - Paulina Brzezińska - ebook

Tam, gdzie kwitną pomarańcze ebook

Paulina Brzezińska

5,0

Opis

Zosia ma trzydzieści cztery lata, dom w Milanówku i narzeczonego, którego pewnego majowego popołudnia zastaje we własnej sypialni z własną podwładną. Dwa miesiące później leci na Kefalonię na czternaście dni. Wraca w ciąży. A potem zaczyna się to, o czym nikt jej nie uprzedził: żeby wyjechać, musi najpierw stanąć przed sądem — i powiedzieć wszystko na głos. Powieść o kobiecie, którą przez cztery lata uciszano, i o tym, ile czasu zajmuje odzyskanie własnego głosu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 622

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Paulina Brzezińska

Tam, gdzie kwitną pomarańcze

© Paulina Brzezińska, 2026

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Mojemu mężowi za każdy gest wsparciaw chwilach zwątpienia…

Spis treści

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział 1. Kto sieje wiatr, burzę zbiera…

Rozdział 2. Kuj żelazo póki gorące…

Rozdział 3. Szydła w worku nie ukryjesz…

Rozdział 4. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła…

Rozdział 5. Kto czeka, ten się doczeka…

Rozdział 6. Do odważnych świat należy…

Rozdział 7. Co w sercu, to na języku…

Rozdział 8. Apetyt rośnie w miarę jedzenia…

Rozdział 9. Prawda w oczy kole…

Rozdział 10. W winie prawda…

Rozdział 11. Gdzie serce, tam dom…

Rozdział 12. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje…

Rozdział 13. Nie od razu Kraków zbudowano…

Rozdział 14. Miłość niejedno ma imię…

Rozdział 15. Kto pyta, nie błądzi…

Rozdział 16. Kto odchodzi, ten zabiera serce…

Rozdział 17. Milczenie jest złotem…

Rozdział 18. Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada…

Rozdział 19. Miłość nie zna granic…

Rozdział 20. Kochać, to nie pytać o nic…

Rozdział 21. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie…

Rozdział 22. Nieszczęścia chodzą parami…

Rozdział 23. Co się stało, to się nie odstanie…

Rozdział 24. Cierpliwość jest gorzka, lecz jej owoc słodki…

Rozdział 25. Po burzy zawsze wychodzi słońce…

Rozdział 26. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie…

Rozdział 27. Jedną nogą tu, drugą tam…

Rozdział 28. Co kraj, to obyczaj…

Rozdział 29. Miłość przenosi góry…

Rozdział 30. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…

Epilog

O autorce

Okładka

Strona tytułowa

Początek lektury

Spis treści

Prolog

Nawet nie wiem, jak się tu znalazłam… ale jednego jestem pewna, jest pięknie…

Stałam tu jak wryta. Mały biały domek, ukryty pomiędzy kefalońskimi wzgórzami. Droga do domu prowadziła przez niesamowity sad pomarańczowy. Miałam wrażenie, że ten wszechobecny zapach otula mnie i delikatnie wnika każdym zakamarkiem mojego ciała.

— Podoba ci się? — zapytał mnie delikatnie Makis.

— Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo! — odpowiedziałam mu zachwycona.

— To dobrze. Chodź ze mną. — Wziął delikatnie moją dłoń i pociągnął mnie w kierunku drzwi wejściowych do domku.

Wnętrze było jasne, proste, a w pomieszczeniach panowała biel i odcienie niebieskiego — typowe kolory dla Grecji, choć nie dla Wysp Jońskich…

Z kuchni przechodziło się do sporego salonu, w którym stała szara sofa i dwa puchate fotele. Nie zauważyłam telewizora, co mnie zdziwiło jak na dzisiejsze czasy. Generalnie Makis miał tu bardzo mało elektroniki.

— A gdzie telewizor? — zapytałam.

— To moje Shangri-La, ja tu nie potrzebuję telewizora… Wystarczy mi zapach pomarańczy, świeże powietrze i widok…

— Widok? — zapytałam.

— Tak. Chodź, pokażę ci na górze…

Rozdział 1Kto sieje wiatr, burzę zbiera…

— Grzesiek! Wróciłam do domu! Byłam po drodze w sklepie i kupiłam butelkę wina. Może zrobimy sobie dziś romantyczną kolację i wypijemy wino na tarasie? Chyba że masz ochotę wyjść na spacer wieczorem?

Cisza.

— Grzesio? Gdzie jesteś? — Chodziłam po domu i szukałam mojego wspaniałego narzeczonego.

— Tutaj! — usłyszałam z gabinetu na górze…

— Grzesiu, ty jeszcze pracujesz? — Patrzyłam na niego zdziwiona. — Przecież jest prawie dwudziesta!

— Dali mi dziś nadgodziny… — odparł sucho.

— Słyszałeś, co mówiłam? — zapytałam.

— Tak, ale nie mam czasu teraz z tobą rozmawiać. Jak będziesz wychodziła, to zamknij, proszę, drzwi…

— Ale… Grzesio…

— Czy mogłabyś zamknąć wreszcie te cholerne drzwi?! — zapytał rozdrażniony.

— Tak, mogłabym. Już sobie idę…

Zamknęłam drzwi i w ponurym nastroju zeszłam na dół. Było mi cholernie przykro, że mnie tak potraktował. Czułam, że muszę odreagować dzisiejszy dzień.

W pracy mam teraz bardzo trudny okres. Moi pracownicy pracują nad nową kampanią marketingową dla greckiej firmy z Santorini, która musi przedstawić ich hotel w jak najlepszym świetle i przyciągnąć jak największą liczbę gości. Zadanie trudne, ale mam bardzo zgrany zespół ludzi, którzy gdy potrzeba, staną na uszach, żeby wszystko dopiąć. Szczególnie ostatnio moją uwagę zwróciła nowa pracownica, Helena. Wyróżniała się z całego zespołu nie tylko wysoką kreatywnością, ale również urodą. Była wysoka, bardzo szczupła, miała piękne blond włosy sięgające jej do pośladków i to spojrzenie…

Gdybym była facetem, na pewno chciałabym ją uwieść…

Helenę wyróżniała nie tylko uroda i kreatywność, ale też inteligencja. Podczas rozmowy rekrutacyjnej ta dziewczyna po prostu rozwaliła system… Była jedną spośród czterdziestu osób, które zaprosiłam na rozmowę, i gdy wyszła, od razu wiedziałam, że to ją chcę mieć w swoim zespole. Od pierwszego dnia dała się poznać tylko z najlepszej strony. Dobrze dogadywała się z całym zespołem, chętnie brała udział w projektach i szybko się uczyła. Byłam z niej naprawdę zadowolona…

Ale coś nie dawało mi spokoju w jej osobowości…

Trzeba przyznać, że o sobie mówiła bardzo mało, nigdy nie wdawała się w dyskusje dotyczące jej przeszłości, rodziny ani innych znajomych. Nie była jak otwarta księga, z której można czytać. Ta jej tajemniczość kojarzyła mi się trochę z enigmą. Taki też przydomek nadałam jej w myślach.

Włożyłam wino do lodówki i wzięłam się za przygotowywanie mojej ulubionej sałatki greckiej… Wstawię do lodówki, może Grzesio będzie głodny, jak skończy pracę, to sobie zje.

Spojrzałam za okno, było już ciemno, ale stwierdziłam, że skoro muszę wyjść na spacer z psem, to przy okazji założę dres i pobiegam.

— Badi! Gdzie jesteś, piesku? Badi! Chodź na spacerek!

Z góry usłyszałam tumult, jakby przeszło tamtędy co najmniej tornado, i w jednej chwili na dole zmaterializował się piesek Grześka, choć wydaje mi się, że i tak bardziej kochał mnie niż jego. Grzesiek w ogóle się nim nie zajmował, rzadko wychodził z nim na spacer, jeść dawał tylko wtedy, gdy miska była już wylizana do czysta…

— Co, pieseczku? Idziemy pobiegać na spacerku?

Badi mało co nie posikał się ze szczęścia, złapał smycz w zęby i usiadł grzecznie przy drzwiach.

— Dobrze, dobrze, już idę.

Założyłam adidasy i wzięłam od niego smycz.

— Grzesio, idę z Badim na dłuższy spacer! Jakbyś zgłodniał, to masz sałatkę grecką w lodówce! — wykrzyczałam w kierunku jego gabinetu.

Odpowiedziała mi głucha cisza…

— No nic! Idziemy, Badi!

Milanówek był piękny wieczorami. Światło latarni lekko wystających spomiędzy okazałych dębów, wszechobecna cisza i od czasu do czasu samochód mijający mnie na ulicy. Kochałam to miasto, mieszkałam tu od dziecka. Nie wszystko mi się podobało, ale atmosfera panująca tutaj i ta ekskluzywność miasta bardzo mi odpowiadała.

Wychowałam się na południowej stronie miasta, która jest mniej zadrzewiona i charakterystyczna niż północna. Tam przede wszystkim znajdują się duże sklepy i targ, z którego mieszkańcy bardzo chętnie korzystają. Gdy finanse mi na to pozwoliły, kupiłam dom w północnej części i byłam dumna, bo udało mi się go znaleźć na najbardziej elitarnej ulicy miasta.

Biegłam z Badim najpierw ulicą Krasińskiego, potem skręciłam w Mickiewicza, żeby następnie znów skręcić w ulicę Spacerową i dobiec do torów kolejowych. Stamtąd Krakowską pobiegłam w kierunku centrum i zawróciłam w stronę domu.

Po drodze spotkałam kolegę z gimnazjum — Damiana.

— O! Cześć, Zośka! Ty tutaj? — zapytał, wyraźnie zaskoczony.

— Damian? To ty? Kopę lat! Co ty tu robisz? — zapytałam nie mniej zaskoczona niż on.

W gimnazjum lubiliśmy się. Damian był świetny z informatyki, ale łobuz i częsty gość na dywaniku u dyrektora. Nie znosił się uczyć, ale kolegą był świetnym, zawsze można było na niego liczyć.

— To twój pies? — Spojrzał na Badiego.

— Nie, mojego narzeczonego, Grześka — odparłam.

— Aha. Wygląda, jakby był twój, bo tak przy tobie cały czas i grzecznie czeka… Może wskoczymy na kawę do kawiarni? — zaproponował.

— Kawę o tej porze to ja piję tylko w Grecji, tutaj co najwyżej herbatka z melisy. Badi też chętnie odpocznie.

Weszliśmy do kawiarni i usiedliśmy. Kelner zmaterializował się natychmiast i przyjął nasze zamówienie.

— Opowiadaj! Co u ciebie?

— W sumie to bez zmian — zaczął. — Właśnie wróciłem z Bydgoszczy.

— A co tam robiłeś? Praca? Żona? — dopytywałam.

— Ha! Praca. Przygotowywałem instalację elektryczną do nowo otwartego baru. A żona? Hmm… żony nie mam. Od kilku lat jestem sam. Miałem jakiś czas temu taką jedną Asię, ale nie ułożyło nam się i teraz jestem sam. A co u ciebie? — zapytał.

— U mnie? Od pięciu lat pracuję jako menedżerka w agencji marketingowej… — zaczęłam.

— Ooo! Menedżerka, to już coś! — skomentował.

— Tak, ale co z tego, jak moje życie prywatne się nie układa? Z moim narzeczonym, Grześkiem, jesteśmy od siedmiu lat razem, ale dopiero od dwóch jesteśmy zaręczeni…

— A kiedy ślub? — zapytał.

— Wiesz co? On chyba o tym na razie nie myśli. Dostał ostatnio awans i jest niesamowicie pochłonięty pracą.

— A czym się zajmuje?

— Pisze programy dla Samadani Corp. Jest w tym naprawdę świetny, ale odkąd dostał ten awans, praktycznie w ogóle nie wychodzi z gabinetu. Nawet Badi to odczuł.

— Czemu?

— Bo go zaniedbuje. Gdybym psinie nie szykowała co rano miski z jedzeniem i wodą, to biedne głodowałoby. Na dwór też w ciągu dnia nie raczy z nim wyjść, tyle co wypuści go na podwórko i wraca do gabinetu…

— Może z nim porozmawiaj?

— Po dzisiejszej akcji, wierz mi, nie mam już chęci z nim rozmawiać — odparłam smutnym tonem.

— A co się stało? — dopytywał.

— Wróciłam z pracy po ciężkim dniu, po drodze zrobiłam zakupy i kupiłam butelkę wina, no wiesz… Miałam nadzieję na miły wieczór spędzony razem, może oglądanie gwiazd? A on bezceremonialnie zatrzasnął mi przed nosem drzwi…

— Uuuuu… znając ciebie, wkurzyłaś się na maksa…

— Żebyś wiedział! Jak można tak potraktować bliską sobie osobę? Nie rozumiem, co ja byłam mu winna?

— Ty? Nic. Daj spokój, Zośka! Taka piękna i mądra dziewczyna jak ty nie powinna się przejmować takimi bzdurami.

— Hau, hau, hau… — zaszczekał Badi.

— No, czas się zbierać, Badi już się niecierpliwi. Dziękuję ci za spotkanie, Damian.

Podniosłam się z krzesła, daliśmy sobie przyjacielskie buziaki w policzki i wyszłam z kawiarni. Biegłam ulicą Kościuszki w stronę domu. Na wysokości skwerku przy Krasińskiego natknęłam się na grupkę młodzieży świętującą coś na ławce. To, że byli pijani, było oczywiste, ale że siedzieli tak blisko posterunku policji i urzędu miejskiego, a nikt nie zadał sobie trudu, żeby ich stamtąd ściągnąć, wydawało mi się już dziwne…

— Ej, lala! Przyłącz się do nas! — krzyczeli.

Udałam, że ich nie słyszę, i pobiegłam w stronę domu.

Było dobrze po dwudziestej drugiej, gdy wróciłam. Badi był przeszczęśliwy z wieczornego spaceru i od razu pognał do swojej miski. Poszłam na górę w nadziei, że mój narzeczony wreszcie łaskawie znajdzie dla mnie chwilę czasu. Na próżno! Gdy weszłam do sypialni, Grzesiek już spał.

„Nie chcesz pić wina? Trudno!” — pomyślałam.

Zeszłam na dół po butelkę do lodówki i ku mojemu zdziwieniu odkryłam, że jej tam nie ma!

„Przecież ją tu zostawiłam przed wyjściem” — zastanawiałam się.

Zauważyłam też, że w lodówce brakuje całej miski sałatki greckiej, którą zrobiłam przed wyjściem na spacer. Czyżby Grzesiek był tak głodny, że zjadłby całą i wypił wino? Stwierdziłam, że zajrzę do śmietnika, i tak jak podejrzewałam, znalazłam pustą butelkę.

No nic. Stwierdziłam, że pooglądam sobie gwiazdy na tarasie, a że noc była ciepła, umyłam się, przebrałam w koszulę nocną i poszłam na dół. Nie wiem, ile tam siedziałam, ale musiałam zasnąć, bo obudził mnie poranny śpiew ptaków i delikatne promienie słońca, leniwie przedzierające się przez drzewa dębowe. Pierwszą osobą, która mnie tego dnia przywitała, był Badi, który już czekał cierpliwie na swoje śniadanko przy miskach.

— Co, głodny jesteś, pieseczku? Już daję ci śniadanko. — Pogłaskałam go po głowie.

— Hau, hau! — zaszczekał z radością.

Była dziś sobota, ciepło na dworze, więc postanowiłam, że zapytam Grześka, czy nie miałby ochoty wyskoczyć nad jakieś jezioro na jeden dzień na biwak.

Poszłam na górę, by zbudzić księcia ze snu. Gdy doszłam do drzwi sypialni, usłyszałam dziwne jęki zza drzwi…

— Oooo… taaak! Misiu, jeszcze! Jesteś boski! — dochodziło z pokoju.

Delikatnie uchyliłam drzwi, żeby sprawdzić, co się dzieje w środku. Grzesiek nie robił nic innego, jak dogadzał sobie przy udziale filmów pornograficznych!

— Grzesiek! Co ty do cholery robisz?! — Wparowałam do pokoju zdenerwowana.

— Kurwa, Zośka! Puka się! — odparował.

— Puka się?! To mój dom, nie twój, więc nie muszę! — wykrzyczałam. — Wczoraj chciałam się do ciebie zbliżyć, ale ty ordynarnie wywaliłeś mnie za drzwi. Gdy wyszłam z psem, wpieprzyłeś całą sałatkę i wychlałeś butelkę wina, a potem jak gdyby nigdy nic poszedłeś spać, nie czekając na mnie! A teraz jeszcze brandzlujesz się w moim łóżku przy pornosach?! Jak śmiesz!

— Zośka, daj spokój! Ja też płacę rachunki, więc to również mój dom i mogę w nim robić, co chcę i kiedy chcę! — odpalił.

— Twój to będzie, jak cię wpiszę w akt notarialny po ślubie! A na razie to ty mieszkasz u mnie i trudno, żebyś nie płacił rachunków, skoro używasz pokoju, łóżka, wody, prądu i produkujesz śmieci. Zatem wybacz, że niszczę twoje chłopięce marzenia o posiadaniu własnego domu i robieniu w nim, co się tylko chce! — Gotowałam się dosłownie ze złości.

Jak on śmiał?! Nie dość, że wyrzucił mnie za drzwi, nażarł się i ochlał wińskiem, to nawet nie zainteresował się, czy wszystko ze mną w porządku!

— Nawet nie zadzwoniłeś! A jakby mi się coś stało? Pomyślałeś o tym?! — wypaliłam.

— Przecież miałaś ze sobą psa, co mogłoby ci się stać? Milanówek to dziura, w której nic się nie dzieje. Nawet komisariat zamykają o dwudziestej, bo policjanci nie mają nic do roboty.

— Coś ty powiedział?

— No, Badi był z tobą, więc nie musiałem się martwić, bo wiedziałem, że w razie czego cię obroni. A poza tym nie było cię tylko dwie godziny, nie przesadzaj już! Lepiej idź i zrób mi śniadanie, jak na porządną narzeczoną przystało. Podwójne espresso ze szklaneczką zimnej wody i jajecznicę z pięciu jajek poproszę. A teraz, jeśli możesz, wyjdź, dokończę, co zacząłem, i zejdę na dół — wyrecytował jakby na jednym tchu.

— Słucham?! Ja mam ci robić śniadanie, a ty będziesz się brandzlował w łóżku swoim kutasem?! A pierdol się!

Wyszłam z pokoju, trzasnęłam drzwiami i zeszłam na dół, wściekła jak osa. Jak on nie ma wstydu?! I jeszcze te jego wymagania — co ja, służącą jestem? Będzie, jebany, chodził głodny!

Zrobiłam sobie śniadanie, po czym wpakowałam namiot do samochodu i wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy.

— Chodź, Badi! Pojedziemy sobie na biwak, nie zostawię cię tu z nim sam na sam. — Poklepałam tylne siedzenie samochodu.

Badiego nie trzeba było długo prosić, jak strzała wskoczył od razu do auta i rozłożył się grzecznie na tylnej kanapie, wyraźnie szczęśliwy. Wzięłam smycz, miski, trochę suchej karmy i wsiadłam do auta.

— Zośka! A ty dokąd?! Gdzie moje śniadanie?! — usłyszałam za plecami.

Odwróciłam się jak rażona piorunem i odparowałam:

— Spierdalaj, chamie jeden! Sam sobie zrób, tylko nie zapomnij po sobie posprzątać!

Po czym otworzyłam bramę, nacisnęłam gaz i z piskiem opon wyjechałam z domu, zostawiając Grześka samego, z rozdziawioną japą i w gaciach, stojącego w garażu…

— Halo? — usłyszałam w słuchawce.

— Cześć, Tośka. Wybieram się na weekend na biwak, jedziesz ze mną? — zapytałam.

— Zośka, chętnie, ale nie biwak, tylko hotel. Ja w namiocie spałam ostatni raz w podstawówce i nie zamierzam wracać do tego doświadczenia. Poza tym nie jestem spakowana, dopiero co mnie obudziłaś, nie zdążę, a chyba Grzesiek jest z tobą, to po co ja wam tam? — mówiła zaspana.

— Słuchaj, wyjechałam dopiero co z Milanówka, w Żyrardowie będę za jakieś trzydzieści minut. Dasz radę się ogarnąć, najwyżej chwilę zaczekam pod blokiem. Grześka nie ma ze mną, pokłóciłam się z nim i mam tylko Badiego ze sobą. Dawaj!

— O mój Boże! No to grubo! Dobra, to spakuję gacie, jakąś bluzkę i jedziemy! Ale, Zocha — hotel. Znam jeden w Uniejowie, mają termy i psy przyjmują. Zadzwoń i rezerwuj, bo cię znam, jeszcze rozbijesz ten namiot gdzieś w krzakach nad rzeką — odpowiedziała i rozłączyła się.

Namiot został w bagażniku. Nigdy go stamtąd nie wyjęłam.

Tośkę poznałam parę lat temu, na początku nie zaiskrzyło między nami. Miałam u niej opinię gwiazdy, dopiero później bardzo się polubiłyśmy i tak jest do dziś. Stoimy za sobą murem w każdej sytuacji. Tośka jest też jedyną osobą, która potrafi mnie skutecznie opieprzyć, gdy przyjdzie na to chwila, a gdy za bardzo bujam w obłokach, skutecznie mnie z nich ściągnąć.

Po czterdziestu pięciu minutach Tośka, gotowa do drogi, siedziała w moim samochodzie i gadała o swoim poprzednim wieczorze, pełnym przygód, zakończonym lekkim kacem.

— Jesteśmy na miejscu. Tośka, weźmiesz ze sobą Badiego? Ja zajmę się zameldowaniem i dopięciem szczegółów. Poczekajcie na mnie w hallu.

Tośka skinęła tylko głową, zapięła smycz Badiemu i poszła w kierunku skórzanych kanap za recepcją.

— Dzień dobry, Czy ma Pani rezerwację? — uprzejmie powitała mnie recepcjonistka.

— Dzień dobry pani — odpowiedziałam grzecznie. — Nie, czy są dostępne jakieś pokoje? Jeśli tak, proszę o jakiś apartament z widokiem na wodę.

— Dobrze. Czy w opcji all inclusive, czy podstawowej?

— All inclusive poproszę i proszę do tego doliczyć pełny pakiet do waszego spa dla dwóch osób — powiedziałam.

Czułam, że po przejściach z Grześkiem muszę się bardzo zrelaksować, a poza tym miałam ochotę wydać trochę pieniędzy.

— Oczywiście. Dodatkowo za pieska będzie również opłata.

— Rozumiem. Jaki będzie koszt całkowity?

— Za dwie doby to będzie razem dwa i pół tysiąca złotych.

Ale zaszalałam, pomyślałam sobie… ale co tam! Grzesiek mieszka w moim domu, zjada moje jedzenie, a do rachunków właściwie dokłada się tyle co nic.

— Zapłacę kartą — powiedziałam.

I z premedytacją wyciągnęłam kartę Grześka, którą podarował mi, gdy zaczęliśmy być narzeczeństwem. Przez ten cały czas nigdy jej nie użyłam, ale dziś? Nie miałam oporów.

— Dziękuję bardzo, płatność się powiodła. Zapraszam do apartamentu od strony wody, numer A1, to ten najbardziej na środku. Jeśli chodzi o spa, proszę pamiętać, że obowiązują rezerwacje.

— Oczywiście, dziękuję bardzo.

Zabrałam karty do pokoju i poszłam do Tośki.

— No, to dziś zaszalejemy, Tośka! Grzesiek stawia!

— A! No to bomba! Dawaj, czyścimy go do końca! — odpowiedziała z uśmiechem. — Prawda, Badi? — Spojrzała na psa. — Ale nie martw się, pieseczku, dla ciebie też coś ogarniemy.

— Hau, hau! — zaszczekał radośnie i polizał Tosię po twarzy.

— Zocha! Pośpiesz się no! — Tośka stała pod drzwiami od łazienki z Badim obok i darła się na cały regulator…

— Hau! Hau! — wtórował jej Badi.

— No już, już idę! — zawołałam zza drzwi, trzymając w jednym ręku niebieską kredkę do oczu, a w drugim mascarę.

— Po co ty się malujesz? Przecież idziemy na termy! — zawołała.

— A ja wiem, kto tam będzie? — ucięłam krótko.

— Aaaaa, to ja już rozumiem, po co był ten wypad. Będzie lans, bans, drineczki i może się jakiś seksik trafi? Grzesiek musiał cię porządnie wkurwić, skoro masz takie podejście — mrugnęła okiem.

Tośka znała mnie już szmat czasu, była jak moja rodzona siostra, wiedziała o mnie wszystko i bezbłędnie umiała czytać moje emocje. Była bystra, bezpośrednia, lubiła piwo, facetów i dobre imprezy, szczególnie te, które kończyły się zajebistym numerkiem. Jak każdy miała swoje wady, ale ja kochałam tę dziewuchę. Bez niej mój świat byłby szary, nudny i pozbawiony jakichkolwiek ploteczek towarzyskich, bo Tośka mogłaby skutecznie robić za jednoosobową rozgłośnię radiową. Kiedyś nawet chciałam ją ściągnąć do swojego działu w pracy, ale odmówiła.

— Co się właściwie wydarzyło? Opowiadaj, bo ja zaczęłam gadać o sobie, a zapomniałam, że ty masz doła i chcesz się wygadać — zaczęła.

— Nie, ja nie mam doła — zaprotestowałam.

— Weź, Zocha, przestań! Znam cię na wylot! Mnie nie oszukasz. Gadaj, co się wydarzyło! — odpowiedziała.

„Cholera, naprawdę jest świetna, normalnie jak wariograf…” — pomyślałam.

— Ok, ale najpierw muszę strzelić sobie szota… — zaczęłam. — Chodź, usiądźmy tam na leżakach.

Wskazałam palcem zakątek przy zewnętrznym basenie termalnym, gdzie stały dwa wolne leżaki. Woda parowała lekko w wieczornym powietrzu, choć dzień był ciepły. Usiadłyśmy i od razu przy nas zmaterializował się kelner.

— Dzień dobry paniom, co podać? — zapytał grzecznie.

— Co macie tu najmocniejszego? — zapytałam.

— Cóż… mamy Negroni na bazie ginu Bombay Sapphire, Old Fashioned na bourbonie, Cykadę na żytniej, Whisky Sour na dwudziestopięcioletniej whisky oraz nasz autorski przepis, Gwiaździste Niebo, na słynnej polskiej wódce Belvedere. Pozostałe są standardowe i raczej dużo słabsze — zakończył.

— Dla mnie Negroni, Cykada i duże piwo — powiedziała Tośka.

— A ja poproszę to Gwiaździste Niebo — odpowiedziałam.

— Dobrze. Czy życzą sobie panie cytrynę lub pomarańczę do drinków? — zapytał.

— Tak, poprosimy — odpowiedziała Tośka.

Kelner wystukał zamówienie w telefonie i rozpłynął się w powietrzu, aby za dwadzieścia minut zjawić się ponownie z naszym zamówieniem. Upiłam łyk i poczułam, jak ciepło rozlewa się po gardle i tworzy bardzo przyjemny, nieco pikantny posmak na języku.

— Ale to jest zajebiste! — zachwycała się Negroni Tośka. — Spróbuj! — Dała mi do ręki szklankę.

Upiłam trochę i faktycznie miała rację. Było dużo mocniejsze od mojego, ale czegoś takiego jeszcze nie piłam. Połączenie ziołowego ginu z wermutem i Campari dało lekko gorzkawy, wyrazisty i ziołowy posmak z wyraźnie wyczuwalną nutą pomarańczy i cytryny. Jak ja kochałam zapach i smak pomarańczy. Zawsze marzyłam, żeby mieć mały biały domek z pomarańczowym sadem, no ale w Polsce pomarańcze i cytryny nie rosną.

— No! Opowiadaj! — wyrwała mnie z zamyślenia Tośka.

— Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że Grzesiek ma mnie centralnie w dupie, wiesz? — zaczęłam.

— Czemu? — drążyła.

— Od momentu, gdy zaczęliśmy formalizować nasz związek, nasza relacja stopniowo się ochładza, a gdy Grzesiek otrzymał awans, zmienił się nie do poznania. Jak kiedyś potrafił zabierać mnie na wycieczki, przynosić mi kwiaty, pisać do mnie listy miłosne czy po prostu wyjść ze mną do kina, tak teraz traktuje mnie jak zło konieczne. Wczoraj udało mi się wyjść wcześniej z pracy, kupiłam po drodze wino, zrobiłam sałatkę grecką…

— Yhymm… liczyłaś na bzykanko wieczorem — skomentowała.

— Może nie od razu, ale w perspektywie reszty wieczoru tak. No więc przygotowałam wszystko i poszłam do Grześka do pokoju. Gdy zaproponowałam mu miły wieczór, nakrzyczał na mnie i kazał wypierdalać z pokoju. Gdy wciąż stałam w drzwiach, chyba bardziej zszokowana niż wkurwiona, wstał, wypchnął mnie z pokoju i zatrzasnął mi drzwi przed nosem…

— Zośka, mówiłam ci przecież, że to bydlę jest… Nie dość, że go dosłownie przypomina z tym wiszącym bebzunem, to charakter również ma taki — skwitowała.

— Wiem, że miałaś rację, ale wiesz…

— No co, wiem?! Że jest z tobą tylko z wygody? A dokłada się chociaż do rachunków?

— Tak, ale nie bardzo mu to pasuje. Najlepiej to jakby mieszkał, żarł i chlał za darmo jak u Tereski…

— Tereski? — Podniosła brew.

— Jego mamusi. Syneczkowi to nieba by przychyliła, gdyby tylko mogła. Ale to jeszcze nic! Słuchaj dalej…

Opowiedziałam jej, jak to rano brandzlował się kutasem przy pornosach w moim łóżku i jeszcze miał pretensje, że weszłam do pokoju bez pytania. Powiedziałam jej, jak to wychlał sam całe wińsko i wpieprzył sałatkę, a potem położył się spać, nie interesując się, gdzie jestem późno w nocy.

— A to jebana świnia! Buchaj pierdolony! Jak wrócimy, to go zjebię tak, że mu gały z orbit wyskoczą — zaczęła kląć.

— Tośka, nie rozpędzaj się — przystopowałam ją. — Załatwimy go w inny sposób. — Mrugnęłam, machając jego kartą kredytową.

— Aha! — W lot zrozumiała, o co mi chodzi. — Czyli my imprezujemy po całości, a Grzesiek spłaca kredyt. Zajebiście!

— Cóż, kto sieje wiatr, burzę zbiera… — skomentowałam.

Rozdział 2Kuj żelazo póki gorące…

Drugie Negroni smakowało Tośce jeszcze lepiej niż pierwsze, a kolejne Gwiaździste Niebo zaczynało mocniej wchodzić mi w krew. Chociaż? Sama już nie wiem, a może to ta wódka, którą wypiłam w międzyczasie? Leżałyśmy z Tośką rozwalone na leżakach, szczęśliwe, jakby świat wokół nas nie istniał, i dobrze podchmielone.

W pewnym momencie za plecami usłyszałam męskie głosy, z których jeden przypominał mi dobrze znany grecki akcent. Celowo nadstawiłam uszu, aby posłuchać, o czym rozmawiają…

— Zośka, co ty! — krzyknęła Tośka.

— Cicho! — powiedziałam. — Jeden z nich jest Grekiem mówiącym po polsku.

— Skąd wiesz? — zapytała.

— Rozpoznaję grecki akcent, wiesz przecież, że mówię biegle po grecku.

— No tak. Ty i ta twoja miłość do Grecji… — skwitowała z przekąsem.

— Zygmunt! Kurwa! Ty naprawdę jesteś zdrowo pojebany, chłopie! Jakbyś odjebał taki numer w Grecji, a ta laska miała tylu braci co ta tutaj, to gwarantuję ci, że żywy byś stamtąd nie wrócił.

— Zdradzę ci pewien sekret, Yannis… — zaczął Zygmunt. — Mój kutas ma szósty zmysł i doskonale wie, którą cipkę ma wyruchać, a której lepiej nie ruszać. Poza tym jak do tego ma towarzystwo w postaci kreatywnego łba, a dupcia jest najebana w trzy dupy i do tego łatwowierna, to zabawa robi się coraz ciekawsza.

— Ja pierdolę. Jakbym taki numer wywinął kiedyś mojej Marcie, to wypierdoliłaby mnie z domu znacznie wcześniej — wtórował im trzeci męski głos.

— No bo widzisz, Olek, trzeba mieć trochę oleju we łbie i nie żenić się z przypadkową laską tylko dlatego, że ci gumka pękła w trakcie i zrobiłeś jej dzieciaka. Mówię wam, chłopaki, bycie singlem to jest zajebiste życie! Pieprzę, kogo chcę, gdzie chcę, i żadna baba nie wisi mi na karku, a bachor nie płacze w domu — skomentował Zygmunt.

— Ja pierdolę, jaki lamus — żachnęła się Tośka.

— Takim to tylko uciąć jaja — skwitowałam.

— Swoją drogą, ciekawe, co to za akcję odwalił z tym ruchaniem? Musi być naprawdę świetny w łóżku, skoro kobiety wieszają się na nim jak pchły pod obrożą — drążyła dalej moja ciekawska kumpela.

Zdążyłam zauważyć, jak przez dłuższą chwilę Tośka nie spuszczała oka z przystojnego Greka. Coś w tym było. Yannis był wysportowanym, czarnowłosym facetem o oliwkowej skórze. Nie był za wysoki, ot, taka Tośka, ale jego sześciopak wystający spod lnianej koszuli, która była rozpięta o jeden guzik za nisko, sprawiał, że i ja na dłuższą chwilę zatrzymałam na nim wzrok.

„Kurwa, że też Grzesiek nie mógł tak o siebie zadbać" — pomyślałam.

Tośka momentalnie złapała mój kontekst myślenia i wypaliła:

— Zajebisty jest, co? Dam sobie rękę uciąć, że teraz porównujesz go do tej pierdolonej masy tłuszczu, Grześka!

— Tośka! Gdzie tam! — zaprotestowałam.

— Dobra, dobra, takie pierdolety to możesz temu mułowi pasiastemu w domu wciskać, ale nie mnie! — zawołała.

— Wiecie co? Chodźcie do baru przy basenie, napijmy się jeszcze raz za dzisiejszy sukces, chłopaki — powiedział Yannis.

— Racja! Nie co dzień opierdala się kontener oliwy i wina — zawołał Olek.

Panowie wstali i wesołym krokiem ruszyli w stronę baru, przy okazji mijając nasze leżaki. Gdy przechodzili obok, Tośka włączyła swoje magnetyczne, kocie spojrzenie i ordynarnie gapiła się na Yannisa, czym zwróciła uwagę Zygmunta, który nie omieszkał wykorzystać takiej okazji na podryw.

— Dobry wieczór, drogie panie. Czemu siedzicie tutaj same? Gdzie wasi panowie?

— Naszym jedynym panem, jak to określiłeś, jest pies leżący obok leżaka — odezwała się Tośka, wskazując na Badiego.

Badi podniósł łeb, skanując nowych towarzyszy czujnym, psim okiem, po czym, stwierdzając, że jesteśmy bezpieczne, wyciągnął się obok leżaka Tośki.

— No faktycznie, obrońca na medal — wtrącił Olek.

— Co tu robicie samot… — zaczął Zygmunt, ale nie dokończył, ponieważ do akcji wkroczyła Tośka i jej magnetyczne oko.

— Może postawicie nam drinki i spędzimy razem trochę czasu? — wypaliła.

— Tośka! — zasyczałam.

— No co? Nawiązuję znajomość! — odpowiedziała. — To jak, panowie? Napijemy się?

Wstała z gracją kocicy w rui i ponętnym krokiem przeszła obok Yannisa, oczywiście przypadkowo trącając jego ramię…

Usiedliśmy w piątkę przy barze i zamówiliśmy kolejne drinki. Olek od razu zaczął opowiadać jakąś historię o transporcie oliwy, który utknął na granicy przez trzy dni, a cała opowieść co chwilę zbaczała w stronę żartów o jego byłej teściowej, którą — jak twierdził — straż graniczna powinna była zatrudnić, bo żaden przemytnik nie ośmieliłby się z nią zadzierać. Zygmunt typowym dla siebie stylem macho próbował chwalić się swoimi ostatnimi miłosnymi podbojami, licząc, że zapatrzona w Yannisa Tośka zwróci na niego uwagę. A Yannis?

Yannis siedział obok Tośki i w pewnym siebie, czarującym stylu, bez zbędnych ceregieli ją uwodził, mając nadzieję, że dzisiejszy wieczór skończy się dla niego o wiele przyjemniej, niż zakładał na początku dnia.

— Wiesz, że masz najpiękniejszy uśmiech, jaki widziałem w Polsce? — powiedział, patrząc jej prosto w oczy.

— Wiesz… to niewiele mówi, mając na uwadze, że jesteś tu od trzech dni — zauważyła.

— To prawda — skwitował z uśmiechem i spojrzeniem godnym samego Brada Pitta. — Niemniej jednak swojego zdania jestem pewny w stu procentach.

Tośka, adorowana przez trzech facetów naraz, kwitła z radości, a że była już zdrowo wstawiona, lada moment czekał mnie przymusowy samotny spacer z Badim do pokoju. Obserwowałam to wszystko z boku, popijając już trzeciego drinka, i musiałam przyznać, że Yannis, mimo tej swojej nieco zbyt pewnej siebie maniery, miał w sobie coś, co przyciągało uwagę. Był dokładnym przeciwieństwem Grześka — głośny tam, gdzie Grzesiek milczał, otwarty tam, gdzie Grzesiek zamykał się w gabinecie.

Wieczór zszedł nam na rozmowach, śmiechu i kolejnych rundach drinków, które — ku mojej cichej satysfakcji — wciąż szły na kartę Grześka. Gdzieś koło północy, gdy Zygmunt zasnął już na leżaku z pustą butelką żubrówki pod pachą, a Olek stwierdził, że musi wykonać pilny telefon, i zniknął gdzieś w krzakach, Yannis nachylił się w stronę Tośki i powiedział coś, czego nie usłyszałam, ale co sprawiło, że spojrzała na niego z takim błyskiem w oku, jakiego dawno u niej nie widziałam.

— Chodź, pokażę ci gwiazdy na tarasie, które widać z mojego pokoju — powiedział Yannis i pewnym ruchem wyciągnął dłoń w kierunku Tośki.

Ta w lot zrozumiała aluzję i odpaliła:

— A czy na tym tarasie masz może dobre wino? — mrugnęła.

— Oczywiście! Noc jest taka piękna i przyjemnie ciepła, a gwiazdy świecą dziś wyjątkowo jasno — powiedział chrapliwym tonem Yannis.

Zanim zdążyłam się odezwać, Tośka już wstawała z krzesła barowego i poprawiała sobie kieckę z gracją drapieżnika idącego na łowy. Ujęła dłoń Yannisa, po czym odwróciła się do mnie i powiedziała:

— Zocha, idź już do pokoju, nie czekaj dziś na mnie, kochana. Coś czuję, że to oglądanie gwiazd będzie miało dla mnie bardzo naukowy kontekst…

— Hmm, naukowy, powiadasz? — mrugnęłam do niej porozumiewawczo.

— Ja su, Zocha! — powiedziała i zniknęła z Yannisem w budynku hotelu.

„Taka to pożyje„ — pomyślałam. — „No nic! Chodź, Badi, idziemy do pokoju."

Pogłaskałam psa po łebku i ruszyliśmy brzegiem rzeki do apartamentu. Noc była faktycznie bardzo gwiaździsta, światło księżyca odbijało się w tafli wody, tworząc wprost magiczną aurę. Szłam brzegiem i nuciłam sobie po grecku piosenkę…

I proti mou agapi itan kyma, i defteri agapi…

Rankiem okazało się, że moja głowa odmawia podniesienia się z poduszki…

— O kurwa, zaraz mi rozsadzi łeb — mruczałam pod nosem, wijąc się od bólu głowy. — Nigdy więcej takiego picia, Zośka! — skarciłam siebie w duchu.

Odruchowo spojrzałam na łóżko Tośki. Było puste.

„Chyba noc była wyjątkowo udana, skoro jeszcze jej nie ma? Ciekawe, czy ją łeb boli tak samo jak mnie?" — zadawałam sobie pytanie.

Cudem podniosłam się z łóżka, poszłam do łazienki, wzięłam zimny prysznic, licząc, że ból głowy minie, ale na próżno.

— Gdzie ja, kurwa, wsadziłam ten ibuprofen? — klęłam pod nosem, grzebiąc w kosmetyczce.

Łyknęłam proszek, dałam Badiemu jeść i stwierdziłam, że spróbuję dowlec się na śniadanie, chociaż w tym momencie jedyną rzeczą, jaką mogłam w siebie wcisnąć, był kawałek arbuza…

Idąc hotelowym korytarzem, mijałam różnych, dziwnych ludzi. Jednych spokojnych i biegnących gdzieś, innych strofujących swoje niegrzeczne dzieciaki i jeszcze innych, którzy próbowali ukryć, jak to dobrze bawili się minionej nocy. Moją uwagę przykuła postać siedząca okrakiem na tarasowym leżaku. Zaintrygowana skręciłam w tamtą stronę. Gdy wyszłam na taras, zobaczyłam, że tą postacią była moja Tośka. Siedziała tam w samej koszuli, z całą pewnością należącej do Yannisa, z włosami w totalnym nieładzie i miną kogoś, kto właśnie przeżył najlepszą noc w swoim życiu.

— Widzę, że patrzenie w gwiazdy miało faktycznie bardzo naukowy wydźwięk — powiedziałam, siadając obok niej.

— Zocha, ja nie wiedziałam, że ludzkie ciało jest zdolne do takich rzeczy… Pięć razy! Rozumiesz? Pięć razy! Przerobił ze mną chyba całą kamasutrę… Słowo daję, jeśli reszta Greków pieprzy się tak samo dobrze jak Yannis, to ja się tam, kurwa, przeprowadzam na stałe! — odpowiedziała.

— Yhymm… rozumiem, że twój zadek wkroczył w nową fazę rozciągania? — zażartowałam.

— Żebyś, kurwa, wiedziała! — zripostowała. — I wiesz co? Do tej pory zawsze uwielbiałam jeźdźca, ale od dzisiejszej nocy pokochałam pieska. No mówię ci, stara, takie doznania…

— Ja ci dam „stara"! — żachnęłam się.

— No co? Masz już trzydzieści cztery lata, nie? Poza tym odmłodniejesz w dniu ślubu jako panna młoda — żartowała dalej. — Wracając do tematu, Zośka… wyginałam się jak niejedna zajebista akrobatka, a on? Prowadził ten seks, jakby miał w tej dziedzinie jakiś, nie wiem, tytuł mistrzowski co najmniej!

Tośka paplała i paplała, aż w pewnym momencie zesztywniała. Zerknęłam w bok i zobaczyłam Yannisa, znów w za bardzo rozpiętej koszuli, który delikatnie smyrał ją ręką po szyi, po czym nachylił się i subtelnie zaczął ją po niej całować, mrucząc przy tym jak rasowy kocur…

— Mrrr… dzień dobry, moja piękna. Jak twój poranek? Wypiłaś już kawę? — zapytał.

Tośka na te gesty odwróciła się jak porażona i odpowiedziała mu równie mruczącym dźwiękiem, lepiąc się do niego jak pszczoła do miodu…

— Mmmm… dzień dobry, przystojniaku. Wręcz doskonale. A kawy jeszcze nie piłam, bo musiałam dojść do siebie po twojej zacnej edukacji z astronomii.

Ugryzła go w płatek ucha i delikatnie pocałowała. Ten nie pozostał jej obojętny.

— Ekhmm… wiecie, że tu jestem i patrzę na wasze migdalenie się? — zagaiłam sytuację.

— No i co? Ucz się! Może Grześkowi pokażesz, co to znaczy dobre pieprzenie się? — odparowała Tośka.

— Tak, uważaj, bo pędzę! Nie mam najmniejszej ochoty na jakikolwiek seks z nim… — odpowiedziałam. — Wiesz co? Skoro jeszcze nie piłaś kawy, to ci ją tu przyniosę. Yannis, ty też chcesz? — zapytałam.

— Hmm… chyba to nie będzie konieczne — odpowiedziała mi Tośka. — Yanni, może udzielisz mi korepetycji z astronomii? Wiesz, już trochę zapomniałam — zamruczała, wciąż siedząc na nim okrakiem i lepiąc się do jego sześciopaku.

— Pani Antonino, skoro potrzebuje pani tych korepetycji, to chętnie ich pani udzielę — odpowiedział słodko.

— Wybacz, Zocha, ale mam dużo lekcji do nadrobienia — mrugnęła Tośka, wstając z kolan Yannisa. — Do zobaczenia na obiedzie albo na podwieczorku?

Pomachała mi i poszła z Yannisem do pokoju.

— Tośka, pamiętaj, że wyjeżdżamy dziś po osiemnastej z hotelu! — zawołałam za nią.

— Dobrze, dobrze, pani idealna! Pa! — odkrzyknęła mi.

No cóż… pomyślałam, trzeba iść zjeść, a potem spakować się. Po tym ociekającym seksem poranku z Tośką i Yannisem w roli głównej zupełnie zapomniałam o męczącym mnie bólu głowy, choć ku swojemu zaskoczeniu okazało się, że zniknął.

Poszłam na śniadanie, nałożyłam sobie dwa jajka sadzone, kromkę chleba z masłem i oczywiście obowiązkowo sałatkę grecką. Nie zapomniałam również o kawie, koniecznie czarnej i koniecznie mocnej. Usiadłam do stolika i nagle słyszę za plecami…

— Cześć, Zosieńko. Jak tam minęła noc? Mam nadzieję, że lepiej niż mnie i Olkowi.

Za moimi plecami stał Zygmunt z kubkiem mocnego americano w dłoni.

— A gdzie Yannis i Tośka? — zapytał Olek.

— Spotkałam ich na tarasie rano, wymęczonych, ale zaraz poinformowali mnie, że nie będą jeść śniadania, tylko idą nadrabiać zaległości — odpowiedziałam im.

— Aha! Czyli Yannis tak dobrze pierdolił Tośkę w nocy, że rano wrócili na powtórkę z rozrywki. To jebaka jeden! Nie spodziewałem się takiej energii po nim — wtrącił bezpośrednio Zygmunt.

Osiemnasta zbliżała się wielkimi krokami. Spakowałam walizkę, posprawdzałam wszystkie zakamarki, wzięłam smycz Badiego i razem z nim poszłam do recepcji, aby się wymeldować. W hallu zastałam Tośkę, ale nie samą. Yannis trzymał jej walizkę, jakby był jej osobistym bagażowym. Na jego twarzy malował się wyraz mężczyzny, który chce jak najbardziej odwlec moment pożegnania. Dawno nie widziałam faceta z taką miną. A Tośka? Jak zwykle uśmiechnięta i wyluzowana — teraz była tylko wyluzowana.

— No to jak, pani Antonino? — powiedział Yannis, odstawiając walizkę na ziemię i delikatnie ujmując obie dłonie Tośki. — Naprawdę wsiądzie pani do tego samochodu i zniknie z mojego życia?

— No, taki jest plan, przystojniaku — odpowiedziała, choć głos jej lekko zadrżał, co zdarzało się u niej raz na ruski rok.

— Wiesz, co pomyślałem, gdy leżałem dziś rano obok ciebie? — powiedział.

— Że czysta jednak bardziej poniewiera człowieka niż wasze ouzo? — zażartowała, choć nie z pełnym uśmiechem na twarzy.

— Ha, nie. — Odpowiedział z powagą, która zupełnie nie pasowała do charakteru faceta poznanego przez nas dwa dni temu. — Pomyślałem, że chcę, abyś za miesiąc wsiadła w Warszawie w samolot i przyleciała do mnie, na Kefalonię. Nie chcę, żebyś zniknęła mi z oczu jak piękny sen. Przyjedź do mnie. Prowadzę na Kefalonii hotel i winnicę mojego ojca, ale wierz mi, moja piękna, że będę miał sporo czasu, aby udowodnić ci, że to, co się wydarzyło tej nocy, te pięć razy, to była tylko rozgrzewka.

Tośka spojrzała na mnie wzrokiem, jakby chciała potwierdzić, że to, co przed chwilą usłyszała, było prawdziwe. A potem odwróciła głowę do Yannisa i palcem wskazała na mnie, mówiąc do niego:

— A ona? Co z Zośką? Bez niej nigdzie nie jadę.

Yannis spojrzał na mnie tym swoim szelmowskim uśmiechem à la Brad Pitt i powiedział:

— Na Kefalonii brakuje pięknych Polek. Jak przyjedziecie obie, ucieszą się wszyscy. Poza tym mam tam przyjaciela, Makisa. Totalny dzikus i w dodatku samotny jak palec. Ma swój dom na zboczu góry Ainos i sad pomarańczowy, a po dziadku odziedziczył gaj oliwny. Jestem przekonany, że chętnie oprowadzi Zosię po wyspie, gdy ja będę bardzo zajęty tobą.

Zaśmiałam się, być może ciut za głośno, bo stojąca za kontuarem recepcjonistka zganiła mnie uprzejmym spojrzeniem.

— Dom w górach i sad pomarańczowy? To brzmi jak bajka, a nie prawdziwe życie — skwitowałam.

— Cała Kefalonia wygląda, jakby była z bajki. Przekonasz się, kiedy tam przylecisz — odpowiedział mi Yannis, puszczając dłonie Tośki, żeby spojrzeć na zegarek. — Kiedyś sama powiesz, że miałem rację.

Nie miałam wtedy pojęcia, że wystarczy parę dziwnych telefonów do Grześka, jedna delegacja za dużo i klucz przekręcony w drzwiach o niewłaściwej godzinie, żebym za kilka miesięcy stanęła naprzeciwko domu, o którym Yannis opowiadał teraz, jakby opisywał raj na ziemi, do którego wciąż posiada klucz.

— Zośka, powiedz coś… — szturchnęła mnie Tośka. — Bo moje majtki już same się zapakowały do walizki na tę podróż.

Oprzytomniałam i powiedziałam:

— Powiem wam tylko jedno: do osiemnastej mamy piętnaście minut. Jeśli chcecie się pożegnać jak należy, sugeruję zrobić to szybko i najlepiej w miejscu, gdzie nie zobaczy was recepcja.

Tośce nie trzeba było dwa razy powtarzać. Kuła żelazo, póki gorące.

Rozdział 3Szydła w worku nie ukryjesz…

Jechałyśmy w totalnej ciszy, co było jak na nas naprawdę nienormalne. Sądzę, że każda z nas analizowała słowa Yannisa na swój sposób i zastanawiała się, jaką decyzję powinna podjąć…

Tośkę zostawiłam po drodze w Żyrardowie i sama z Badim wróciłam do domu. Gdy tam dotarłam, na progu czekał na mnie Grzesiek — już nie w gaciach, a w białej koszuli, z bukietem małych, żółtych różyczek w dłoniach, które najwyraźniej kupił w jakimś markecie, bo etykieta z ceną wciąż widniała na folii osłaniającej kwiaty.

— Zosiu, przepraszam — powiedział. — Zachowałem się jak totalny idiota. Nie mogłem spać przez cały weekend. To dla ciebie, skarbie.

Po czym wręczył mi bukiecik…

— Wiesz, co mnie najbardziej wkurwiło? — zapytałam.

— Wiem, kochanie. Wszystko. Zeżarta sałatka, wychlane wino, brak zainteresowania twoją osobą, wywalenie cię za drzwi, pornosy i to, że potraktowałem cię jak służącą, czy wręcz moją matkę. Wiem, Zosiu, jestem totalnym debilem i bardzo tego żałuję. Obiecuję ci, że się zmienię, tylko daj mi szansę — powiedział.

Nie powiem, żeby te słowa mnie nie ruszyły. Każdy zakochany człowiek chce wierzyć, że osoba, z którą planuje życie, potrafi zrozumieć swoje błędy i się zmienić.

Przeprosiny przyjęłam, kwiaty też, a Badi przyjął z radością fakt, że tego wieczora na spacer wyjdzie z nim ktoś inny niż zazwyczaj.

W poniedziałek poszłam normalnie do pracy, jak gdyby piątkowe wydarzenia w ogóle nie miały miejsca.

— Dzień dobry, pani Zofio — usłyszałam, wchodząc do swojego gabinetu.

Helena zachowywała wobec mnie duży dystans i nie powiem — podobało mi się to, że traktuje mnie jak przełożoną, a nie jak koleżankę.

— Skończyliśmy z zespołem pracę nad kampanią marketingową dla hotelu na Santorini. Chciałaby się pani z nią zapoznać już teraz, czy mamy zaczekać do spotkania? — zapytała.

— Dziękuję za informację, pani Heleno. Zaczekam… — odpowiedziałam i zamknęłam za sobą drzwi.

Gdy już ogarnęłam się przy biurku, wyszłam po kawę. Przy okazji zdecydowałam, że zaproszę zespół odpowiedzialny za Santorini na spotkanie o dwunastej.

Okazało się, że klienci bardzo dobrze przyjęli naszą propozycję i wdrożą ją jeszcze w tym sezonie, a nie, jak planowali, w przyszłym. Na spotkaniu zabrakło mi Heleny. Dziwne… Rano była i pytała o nie, zaproszenie na poczcie też przyjęła, a teraz jej nie ma? Nie wypisywała się przecież, że wychodzi wcześniej z pracy… Może stało się coś niespodziewanego i nie miała czasu? Zapytam ją o to jutro.

Kolejnego dnia, gdy tylko Helena przyszła do pracy, od razu wezwałam ją do siebie na rozmowę.

— Dzień dobry, pani Zofio. Chciała mnie pani widzieć — powiedziała, wchodząc.

— Dzień dobry, pani Heleno. Tak, chciałam. Interesuje mnie, gdzie była pani wczoraj o dwunastej, gdy trwało spotkanie w sprawie Santorini. Miała je pani w kalendarzu, rano pytała o nie, a ostatecznie nie pojawiła się ani na nim, ani potem w pracy. Nie widziałam też, żeby wpisała się pani w książkę wyjść. Czy stało się coś złego?

— Wszystko w porządku. Wczoraj po prostu dostałam telefon od sąsiada, że znalazł moją mamę nieprzytomną na klatce schodowej i wezwał pogotowie. Nie miałam czasu na formalności, wybiegłam z pracy tak, jak stałam. Przepraszam, to się więcej nie powtórzy.

— O matko! Mam nadzieję, że z pani mamą już lepiej — odpowiedziałam. — Oczywiście rozumiem, ale następnym razem proszę napisać chociaż SMS-a komuś z nas, żebyśmy się nie martwili.

— Czy projekt został przyjęty przez klientów? — zapytała.

— Tak, byli bardzo zadowoleni. Dziękuję za pani wkład. Proszę uzupełnić książkę wyjść i zawnioskować w systemie o rozliczenie czasu pracy.

— Dobrze, dziękuję bardzo i przepraszam.

Zabrała książkę wyjść i bezszelestnie wycofała się z mojego gabinetu.

Wróciłam do domu i ku mojemu zdziwieniu Grzesiek czekał na mnie z obiadem.

„Musiała być tu Tereska, sam by tego nie ugotował” — pomyślałam, ale udawałam zaskoczoną.

— Sam to wszystko ugotowałeś? — zapytałam.

— Tak, specjalnie dla ciebie, kochanie — odpowiedział.

— Dobrze, umyję ręce i zaraz przyjdę zjeść.

Poszłam do łazienki. Na nieszczęście Grześka znalazłam tam bransoletkę jego mamy, którą kiedyś sama jej podarowałam na urodziny. Miałam więc już pewność, że mnie okłamał, ale postanowiłam, że nie będę psuła tego wieczoru i robiła mu wyrzutów.

Trzeba przyznać, że Teresa umiała gotować. Mięso rozpływało się w ustach, a purée ziemniaczane było delikatne jak nigdy wcześniej. Do tego sałatka grecka. Obiad na medal.

— To wszystko jest przepyszne, kochanie — powiedziałam najsłodziej, jak się dało. — A ta sałatka grecka jest rewelacyjna. Jak ci się udało ją tak doskonale pokroić?

— Yyy… widzisz, jeśli chodzi o sałatkę, to… — zaczął niezdarnie, drapiąc się po brodzie. — Ją akurat zamówiłem w knajpie, bo tutorial w internecie zwyczajnie mnie przerósł…

— Aha. A w której, jeśli można wiedzieć? — zapytałam.

— Aegean Taste, w Warszawie. To nowa knajpa w śródmieściu.

— I chciało im się jechać czterdzieści kilometrów do Milanówka z jedną sałatką? — Nie dowierzałam w to, co słyszę.

— Skoro tu dotarła, to najwyraźniej tak — uśmiechnął się szeroko i kontynuował obiad.

— Byłeś już z Badim na spacerze? — zapytałam.

— Tak, byliśmy dziś w centrum na drobnych zakupach. — Pogłaskał psa po łebku i dał mu kawałek gotowanej wołowiny.

Wieczorem, gdy wyszłam z łazienki i położyłam się do łóżka, Grzesiek przyszedł do sypialni zupełnie nagi i zaczął się do mnie przytulać…

— Mrrr… Zosiu, dziś mnie bardzo kręcisz, wiesz? — mruczał.

— Ty mnie też, skarbie — skłamałam.

— Wypnij się, kochana. Chcę popatrzeć na twój cudowny tyłeczek — powiedział.

Zgodnie z prośbą wypięłam się, ale gdy wszedł we mnie od tyłu, nie poczułam ekscytacji, a sam ból. Zaczęłam płakać w poduszkę, co nie uszło jego uwadze.

— Zosiu, czemu ty płaczesz? Zrobiłem coś nie tak? — zapytał.

— Nie, to ze szczęścia — odparłam.

— Ze szczęścia?

— Tak. Że wreszcie jest między nami dobrze — skłamałam ponownie.

Przez kolejne tygodnie Grzesiek był naprawdę ideałem faceta. Kończył pracę o normalnych godzinach, gotował, a raz nawet poszedł ze mną na sesję jogi, choć wytrzymał tylko połowę zajęć, resztę czasu sapiąc na macie jak zdyszany słoń. Dbał o Badiego i nawet zaproponował mi wspólny wyjazd. To akurat zabolało najbardziej, bo doskonale wiedział, jak bardzo kocham Grecję — a mimo wszystko wybrał miejsce, które ciągnęło mnie najmniej. Ibizę.

Na pozór wiedliśmy normalne, spokojne życie. Bez sporów, bez awantur, takie zwyczajne… ale we mnie coś gasło. Gdy leżałam pod nim, a on starał się mnie zaspokoić, myślami byłam gdzie indziej. Na leżaku, na tarasie z kubkiem freddo w ręku… wszędzie, tylko nie tutaj. Gdy mnie dotykał, czułam coś bliższego obrzydzeniu niż pożądaniu — nie jak na początku, gdy z każdym jego dotykiem traciłam oddech.

Robiłam więc to, co robi osoba, która jeszcze w jakiś sposób kocha, ale bardziej z przyzwyczajenia niż z pożądania. Złapałam się na tym, że pilnuję tabletek antykoncepcyjnych staranniej niż kiedykolwiek. Jeszcze tego brakowało, żebym skrzywdziła niewinne dziecko, dając mu takiego ojca jak Grzesiek — choć on pewnie nie posiadałby się z radości, gdybym zaszła w ciążę. Po każdym wspólnym seksie czułam do siebie niewyobrażalną pogardę. Dokładnie taką samą, jaką czułam do niego miesiąc wcześniej.

„Zośka, opanuj się! To przez pracę, minie” — karciłam siebie w duchu.

Nie minęło. Świat, w którym szłam za rękę z Grześkiem, umarł bezpowrotnie.

Na początku maja zaczęły się drobiazgi. Telefon Grześka, który do tej pory ładował się ekranem do góry, nagle zaczął ładować się ekranem w dół. Z początku myślałam, że to przypadek, ale kiedy zaczęło się powtarzać, zaczęłam się temu przyglądać.

Grzesiek zaczął wyjeżdżać raz w tygodniu w delegacje — a to do Gdańska, a to do Krakowa — choć Samadani Corp. nie wysyłała programistów w delegacje częściej niż dwa, trzy razy w roku. Gdy wychodził wyrzucić śmieci, wracał po czterdziestu minutach, pachnąc papierosami, których przecież nie palił od czasów studenckich.

— Grzesiu, czemu nagle tyle tych wyjazdów? — zapytałam, gdy pakował się na kolejny.

— Otrzymaliśmy bardzo ważny projekt i klient wymaga od nas obecności na miejscu — odparł, wciskając do torby koszulę, której nawet porządnie nie złożył.

— A długo to jeszcze potrwa?

— Nie wiem. Miesiąc, może dwa? A czemu pytasz? Nie ufasz mi? — Zamknął torbę i zestawił ją z łóżka.

Ufałam. Przynajmniej chciałam mu ufać. Potem zaczęły się wieczorne SMS-y, które Grzesiek odczytywał wyłącznie zamknięty w toalecie, i nocne wideorozmowy, po których wracał do łóżka z wypiekami na twarzy.

Któregoś razu zapomniał zablokować telefon, gdy poszedł się myć. Sprzątałam sypialnię, gdy przyszedł SMS. Nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam go.

„Misiu, tęsknię już za tobą” — brzmiała treść wiadomości z nieznanego numeru.

Gdy Grzesiek wyszedł z łazienki, pokazałam mu ją. Zdenerwował się bardzo.

— Czytasz moje wiadomości?! Jak śmiesz?! — wypalił.

— Nie czytam. Sprzątałam sypialnię, a to akurat przyszło. Nie zablokowałeś telefonu. Możesz mi to jakoś wyjaśnić? — powiedziałam.

Poczerwieniał, po czym powiedział, że mają w biurze nowego kolegę, kawalarza, co wszystkim non stop robi numery, a poza tym nie będzie mi się tłumaczył z każdego SMS-a, którego dostanie.

Takie sytuacje zdarzyły się jeszcze parokrotnie, a wersja wydarzeń za każdym razem była inna od poprzedniej. Nauczyłam się już, że kto kłamie, ten zwykle nie patrzy w oczy i miota się w zeznaniach. Dokładnie tak jak Grzesiek.

Podejrzewałam, że ma kochankę, ale zakładałam, że to może być każda — laska z naprzeciwka, klientka z targów IT, nawet jego koleżanka z zespołu. Do głowy by mi wówczas nie przyszło, że powinnam szukać bliżej.

W pracy też zaszły zmiany. Helena, która z początku wydawała się pracowita i obowiązkowa, zaczęła znikać w ciągu dnia albo przesiadywać za długo na przerwach lunchowych. O wiele częściej chodziła do lekarza i brała wolne.

Nikomu nic nie mówiłam, nawet Tośce, która od powrotu z Uniejowa miała głowę pełną Yannisa i codziennych wideorozmów do trzeciej nad ranem. Zaczęłam robić notatki i porównywać szczegóły. Dni, w które Grzesiek wyjeżdżał w delegacje, i te, w które Helena brała wolne. Godziny, w których niby załatwiał sprawy na mieście, i jej przedłużające się przerwy lunchowe.

Pokrywały się. Wszystkie.

Był dwudziesty ósmy maja. Tego dnia nie mogłam się skupić na niczym w pracy. Szczególnie gdy zobaczyłam wypacykowaną Helenę, w mocniejszym makijażu niż zazwyczaj i w mocniejszych perfumach. A gdy o jedenastej poprosiła, żebym zamknęła za nią wszystkie dzisiejsze zadania, bo musi wyjechać za miasto do lekarza na rehabilitację, podejrzenia tylko się wzmogły. Jakby tego było mało, Grzesiek rano oświadczył, że będzie pracował dłużej, bo klient robi problemy i potrzebne jest dodatkowe wsparcie techniczne.

Siedziałam przy biurku i gapiłam się pustym wzrokiem w ekran, na którym miałam otwarty brief kampanii dla firmy z Poznania. Nie byłam w stanie przeczytać nawet jednego zdania. Coś nie dawało mi spokoju i mówiło, żebym wzięła kluczyki i pojechała do domu. Nikogo nie uprzedziłam, powiedziałam jedynie Tomkowi, mojemu zastępcy, że wychodzę wcześniej, bo dopadła mnie straszna migrena — co z perspektywy czasu okazało się prawdą.

Całą drogę jechałam autostradą z plecami mokrymi od potu. Gdy wjechałam do Milanówka, serce zaczęło mi walić jak młotem, tym bardziej że minionej nocy śnił mi się Grzesiek obmacujący jakąś kobietę, której widziałam tylko zarys.

Pod naszą bramą stał czerwony opel corsa.

Zostawiłam samochód dwa domy dalej, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń, i prawie bezszelestnie przekręciłam klucz w drzwiach wejściowych. Weszłam na palcach, jakbym bała się spłoszyć coś, czego jeszcze nie widziałam. Badi oczywiście wybiegł mi na spotkanie, ale uciszyłam go kawałkiem suszonej wołowiny, którą wprost uwielbiał.

Z góry dobiegały odgłosy, których nie sposób było pomylić z niczym innym. Już nie telewizor, nie telefon, nie pornos… tylko najprawdziwsza prawda.

Weszłam na górę. Drzwi do naszej sypialni były zamknięte. Na wszelki wypadek włączyłam w telefonie nagrywanie, po czym je otworzyłam.

Moim oczom ukazał się widok, którego nie chciałaby zobaczyć żadna kobieta. Helena leżała na moim łóżku, z rękami przywiązanymi do ramy i opaską na oczach. W mojej pościeli, którą kupiłam pół roku temu, z włosami rozrzuconymi na mojej ulubionej poduszce. A nad nią nie kto inny jak mój Grzesiek.

Zanim mój mózg oprzytomniał z pierwszego szoku, zauważyłam, że pieprzy ją dokładnie w taki sam sposób jak kiedyś mnie. Ten sam ruch bioder. Ten sam jęk, o którym jeszcze niedawno myślałam, że należy tylko do mnie.

— O Boże, Grzesiu, tak! Jak dobrze! Pieprz mnie mocniej, kochanie! — jęczała, wijąc się pod nim.

— Podoba ci się, malutka? — odpowiadał.

Oboje zupełnie nie zdawali sobie sprawy, że stoję za nimi i wszystko nagrywam.

— GRZESIEK?! HELENA?! Co wy tu do kurwy nędzy wyprawiacie?!

— O mój Boże, Zosia?! — zawołał Grzesiek, wyskakując jak oparzony z Heleny i szarpiąc się ze sznurkami.

— Pani Zofia?! Co pani tu robi?! — zawołała przerażona Helena, zrywając sobie opaskę z oczu i próbując zakryć pościelą coś, co i tak już zostało nagrane.

— Zosiu, to nie tak, jak myślisz — tłumaczył Grzesiek z miną dziecka przyłapanego z ręką w słoiku dżemu.

Stał przede mną nagi, próbując jednocześnie znaleźć jakieś gacie.

— Nie tak, jak myślę?! — odparowałam. — To jest ten twój klient, który sprawia kłopoty?! A ty?! — zwróciłam się do Heleny. — To jest ta twoja REHABILITACJA za miastem?! Na co jesteś chora? Na obcych narzeczonych czy po prostu lubisz się pierdolić po kątach?!

— Zosia, ja tej pani tylko pomagałem. Zasłabła pod bramą, więc położyłem ją w łóżku — tłumaczył Grzesiek.

— Zasłabła? I dlatego ma ręce przywiązane do mojego łóżka, a ty pieprzysz ją w dupę?!

Helena, wciąż owinięta w moją kołdrę, wybąkała, że przeprasza i że jakoś samo się to stało.

— Samo się stało? — Podeszłam do łóżka z wciąż włączonym nagrywaniem. — To znaczy co? Szłaś sobie ulicą, potknęłaś się i znalazłaś się na kutasie mojego narzeczonego?! A za tobą szedł on — wskazałam Grześka palcem — również się potknął i ups, wpadł ci prosto między nogi?!

Grzesiek, wciągając bokserki, próbował wyglądać na kogoś, kto panuje nad sytuacją, ale robiąc te dwie rzeczy naraz, wyglądał naprawdę żałośnie.

— To są te twoje wizyty u lekarzy, migreny, omdlenia mamy i przedłużające się przerwy lunchowe?! — Patrzyłam na nią z wściekłością. — Rozumiem, że Grzesiek pierdolił cię także w naszym biurze, tuż pod moim nosem, tak?

Helena miała minę zwierzyny złapanej w sidła i cichutko odparła:

— Tak, przyjeżdżał również do pracy…

— Helena! Jak możesz!? — zawołał oburzony.

— Co chcesz z tym zrobić więcej?! Przecież już się wydało! — odparowała mu, po czym spojrzała na mnie już pewniejszym wzrokiem. — Tak, Zofio. Grzesiek pierdolił mnie pod twoim nosem, w każdej służbowej toalecie, w schowku na miotły, nawet w sali konferencyjnej piętro niżej. I wiesz co? Był tak dobry, że jęczałam głośniej niż ty, kiedy pieprzył ciebie.

— A skąd ty to niby wiesz? — zapytałam.

— Nagrywał wasz seks. Nigdy ci o tym nie powiedział, bo wiedział, że byś się na to nie zgodziła. On potrzebował KOBIETY, a nie płaczącej amatorki.

W tym momencie coś we mnie pękło. Podniosłam rękę i wymierzyłam jej siarczysty policzek.

— Ile to już trwa? — zapytałam.

— Od marca. Poznaliśmy się na targach IT we Wrocławiu i wtedy też pierwszy raz poszliśmy ze sobą do łóżka — odpowiedziała mi roześmiana.

Marzec. Rozmowy rekrutacyjne prowadziłam na początku kwietnia.

— Wypierdalaj z mojego domu, ty dziwko! W pracy nie masz po co się pokazywać, dopilnuję, żebyś wyleciała z niej tak szybko, jak się da! — krzyczałam.

— Ha! Naprawdę myślisz, że Leszek ci na to pozwoli? — zaśmiała się.

— Leszek? Od kiedy ty jesteś z dyrektorem na ty?

— Od pierwszego dnia, kiedy postanowił mnie wyruchać w swoim gabinecie! — odpowiedziała z triumfalnym uśmiechem.

— Mogę to wyjaśnić, Zosiu — zaczął Grzesiek.

— Nie! — Podniosłam rękę w obronnym geście. — Nie chcę słuchać żadnych tłumaczeń. Masz się spakować i wypierdalać z mojego domu jeszcze dziś. A ty? Wyjdziesz sama, czy mam ci w tym pomóc? Oboje macie wsiąść do tego kurewskiego opla i zniknąć z mojego życia raz na zawsze.

— A co z Badim? Pomyślałaś o nim? On cię kocha! Nie rób mu tego! — błagał Grzesiek.

— Badi to twój pies. Owszem, kocham go bardzo, ale zawsze przypominałby mi osobę, która zraniła mnie najbardziej — odpowiedziałam. — A teraz masz trzy godziny na spakowanie się. Do wieczora ma cię tu nie być. Klucze zostaw w skrzynce na listy.

Odwróciłam się na pięcie i wyszłam. Za plecami słyszałam jeszcze, jak Helena coś do mnie woła, ale nie odwróciłam się już ani razu.

— Tośka! Ratuj mnie! — zadzwoniłam spłakana.

— Pewnie! Przyjeżdżaj! Czekam! — I rozłączyła się.

Sama nie wiem, jak dojechałam w tym stanie do Żyrardowa, ale gdy Tośka otworzyła drzwi, zawołała:

— Matko Boska, Zocha! Co ci się stało?! Wchodź! — Posadziła mnie na kanapie w salonie. — Zrobić ci melisy czy trzeba coś mocniejszego?

Nie czekając na moją odpowiedź, pobiegła do kuchni. Herbata, którą przyniosła, smakowała, jakby wlała do niej pół butelki brandy, ale przyznam — od razu poczułam się lepiej. Potem okryła mnie kocem jak małą dziewczynkę, która dopiero co wróciła z podwórka pobita przez starszych kumpli.

— No dobra. Mów wszystko od początku i ze szczegółami — powiedziała tonem, który nie zwiastował nastroju do żartów.

Opowiedziałam jej wszystko, nie pomijając ani jednego szczegółu, a potem pokazałam nagranie z telefonu. Tośka słuchała i ani razu się nie odezwała, a gdy obejrzała nagranie, tak się wkurwiła, że aż zbielały jej kłykcie. Potem wybuchła:

— Ja pierdolę! Zocha! JA PIERDOLĘ! Zabiję go, kurwa, osobiście! Pojadę do tego Milanówka i urwę mu jaja gołymi rękoma, a potem nakarmię nimi Badiego! Przynajmniej wtedy się na coś przyda!

Już chciała się podnosić z kanapy i ubierać do wyjścia, ale złapałam ją za rękę i powstrzymałam.

— Tośka, daj spokój! — powiedziałam.

— Poważnie? Chcesz, żeby uszło mu to płazem?! — zapytała. — A ta Helena? Wiedziałaś, że jest zdolna, sprytna, ładna, ale że jest kurewską suką, to na pewno nie. Mówisz, że gdzie się poznali? We Wrocławiu?

— Tak. Powiedziała, że od marca się pieprzą.

— Wiesz, na moje oko to wygląda tak, jakby specjalnie zatrudniła się u ciebie w firmie. Jestem pewna, że Grzesiek, pierdoląc ją, wyklepał, gdzie pracujesz i że jesteś jego narzeczoną, a ta zwęszyła okazję na bogatego chłopa i postanowiła ci go odbić! Uważam, że planowała to od samego początku…

To akurat nie przyszło mi do głowy, ale gdy Tośka powiedziała to na głos, poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Może rzeczywiście? Może ta „Enigma”, którą w niej widziałam, była dokładnie tym, na co wyglądała — osobą, która od pierwszego dnia miała na mnie plan, tylko nie taki, jak myślałam.

— I co teraz zrobisz? — zapytała, nalewając mi kolejną herbatę i już bez ukrywania dolewając do niej solidną porcję brandy.

— Sama nie wiem, ale z całą pewnością nie chcę go więcej widzieć na oczy. Jutro pójdę do prawnika i zapytam o te nagrania, bo jeśli faktycznie Grzesiek nagrywał nas bez mojej wiedzy, to mam prawo wiedzieć, gdzie one są, i żądać ich usunięcia.

— Dobry pomysł! — odpowiedziała Tośka. — A co z Leszkiem?

— Z Leszkiem nie wiem. Ale jeśli pieprzy podwładną, którą sam zatrudnił, i robi to bez skrupułów w biurze, to problem jest znacznie większy niż moje osobiste cierpienie…

— To znaczy? — dopytywała.

— To znaczy, że to problem całej firmy. Grozi utratą wiarygodności na rynku, a nawet jej zamknięciem.

— I widzisz? To jest właśnie ta Zocha, która rozjeżdża rekrutacje jak walec, a nie posłusznie robi jajecznicę facetowi, który się przy niej brandzluje do pornosów!

Pierwszy raz tego wieczora się zaśmiałam. I choć serce krwawiło, a śmiech szybko zamienił się w szloch, wiedziałam, że muszę się wziąć w garść.

— Wiesz, co ci powiem? — Tośka usiadła bliżej i objęła mnie ramieniem.

— No co?

— Pierdol to wszystko! Grześka, Leszka, Helenę — całe to bagno. Zrób sobie wolne i wyjedź gdzieś, gdzie jeszcze nigdy nie byłaś.

— Łatwo ci mówić. Ty jesteś szczęśliwa, masz swojego Yannisa… — odpowiedziałam smutno.

— No właśnie łatwo, bo mam na to konkretny plan. — Uśmiechnęła się tym swoim szelmowskim uśmiechem, który oznaczał, że już coś knuje. — Yannis dzwonił dziś rano i pytał, kiedy przylatujemy.

— Jak to „my”? — zapytałam.

— No ty i ja! Powiedziałam mu, że na razie nie wiem, bo moja przyjaciółka przechodzi skomplikowany okres w życiu osobistym. A wiesz, co on na to?

— Co? — dopytywałam, wciąż nie dowierzając w to, co słyszę.

— Że im szybciej, tym lepiej, bo on już strasznie za mną tęskni, a Makisa zaintrygowała piękna, nieznajoma Polka, która spodobała mu się już z samego opisu.

— Tośka, ja nie mogę tak po prostu spakować się i wyjechać do Grecji. Mam tu pracę, dom i obowiązki… — protestowałam.

— Ależ możesz! Właśnie uwolniłaś się od faceta, który mieszkał u ciebie praktycznie za darmo, udawał, że cię kocha, a pod twoim nosem pieprzył twoją podwładną. Masz okazję jedną na milion, żeby zamienić ten cały ból i cierpienie na spełnione marzenia. Możesz polecieć tam, gdzie być może ktoś czeka na ciebie z małym białym domkiem w sadzie pomarańczowym, a nie z pretensjami, że jajecznica nie jest zrobiona z pięciu jajek, tylko z trzech.

— Tośka, muszę to przemyśleć… — powiedziałam.

Rano załatwiłam sprawy z prawnikiem i wróciłam do domu, w którym jeszcze wczoraj nakryłam Grześka w łóżku z Heleną. Teraz stał pusty. Weszłam do sypialni i rozejrzałam się. Rzeczy Grześka zniknęły. Badiego też nie było.

Zeszłam na dół, usiadłam do komputera i napisałam wypowiedzenie umowy o pracę ze skutkiem natychmiastowym. Wysłałam je Leszkowi na służbowego maila, informując, że jutro zjawię się w pracy tylko po to, żeby zabrać swoje rzeczy. A potem wzięłam telefon i zadzwoniłam do Tośki.

— Halo? — odezwała się.

— Tośka, dzwoń do Yannisa i powiedz, że przylatujemy…

— No i to jest moja Zocha! Cieszę się, że tak postanowiłaś! — powiedziała z nieukrywaną radością w głosie. — Na kiedy mam szukać biletów?

— Jak najszybciej… — odpowiedziałam.

Sądziłam, że to koniec przygód z Heleną w roli głównej. Dopiero następnego dnia rano dowiedziałam się, jak bardzo było to mylne przekonanie.

Zjawiłam się w pracy punkt dziewiąta. Najpierw poszłam do Tomka i pozostałych, żeby się pożegnać.

— Jak to odchodzisz, Zocha? Co się stało? Co z nami będzie? Kto teraz przejmie twoje stanowisko? — pytali jeden przez drugiego.

— O tym decyduje pan dyrektor, ale coś mi mówi, że będzie to Helena — powiedziałam im.

— Patrzcie no, a to podstępna suka. Kopała pod tobą, a potem wkradła się w łaski dyrektora, wszystko po to, żeby przejąć twoje stanowisko! — powiedział Tomek.

Posiedziałam z nimi jeszcze chwilę, a potem skierowałam się do swojego gabinetu. Gdy doszłam do drzwi, do moich uszu dobiegło znajome pojękiwanie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że dochodzi z mojego gabinetu.

Otworzyłam drzwi i stanęłam jak wryta…

Na mojej kawowej kanapie siedział Leszek, a na nim Helena, wciąż w bluzce, którą widziałam na niej rano na korytarzu.

— Czy wy postradaliście rozum?! W moim gabinecie?! — wykrzyczałam.

— Zofio, to nie jest odpowiedni moment — wydusił Leszek, zasłaniając się poduszką z mojej własnej kanapy.

— Nie, panie dyrektorze. To jest dokładnie ten moment.

Na korytarzu zrobiło się cicho, a chwilę później w drzwiach za moimi plecami stanęła połowa działu. Tomek. Kinga. Mateusz i inni. Wszyscy zobaczyli dokładnie to samo co ja.

— O kurwa… — powiedział tylko Tomek.

Helena zsunęła się z kolan dyrektora i zaczęła gorączkowo poprawiać spódnicę, ale było już po wszystkim. Nie dlatego, że ktokolwiek cokolwiek nagrał. Dlatego, że stało tam siedem osób.

— Wypowiedzenie ma pan w skrzynce od wczoraj — powiedziałam. — Rzeczy zabiorę w piętnaście minut. A to, co się tu przed chwilą wydarzyło, widziało akurat tylu ludzi, że nie będzie pan musiał się martwić, czy ktoś w to uwierzy.

Wyszłam z gabinetu z kartonem pod pachą i nie obejrzałam się ani razu.

Dwa tygodnie później, gdy siedziałam już na walizkach, zadzwonił Tomek.

— Zocha, siedzisz? Bo jeśli nie, to lepiej usiądź.

— Mów.

— Leszka nie ma. Zarząd wszczął postępowanie dyscyplinarne następnego dnia. Kinga złożyła zeznania, ja też, potem jeszcze dwie dziewczyny z księgowości, o których nikt nie miał pojęcia. Okazało się, że nie byłaś jedyną osobą, która coś podejrzewała, tylko każdy siedział cicho, bo to był dyrektor.

Milczałam chwilę, przetrawiając.

— A Helena?

— Odeszła sama, tego samego dnia. Ale słuchaj, bo to jest najlepsze. Kadry robiły porządek w dokumentacji i wyszło, że jej aplikacja wpłynęła do nas ósmego kwietnia. Sama z siebie, nie przez żadną agencję, nie z ogłoszenia na portalu. Prosto na naszą skrzynkę rekrutacyjną, z dopiskiem, że interesuje ją praca akurat w twoim dziale.

Ósmego kwietnia. Trzy tygodnie po targach we Wrocławiu.

Siedziałam z telefonem przy uchu i patrzyłam przez okno na dąb rosnący przed domem, który miałam za kilka dni zostawić za sobą. Czekałam, aż zrobi mi się przykro. Aż poczuję tę samą falę, która przewracała mnie na kolana przez ostatnie dwa tygodnie.

Nie przyszła.

— Wiesz co, Tomek? — powiedziałam w końcu. — Chyba mi to już wisi.

— To dobrze — odpowiedział. — Naprawdę dobrze. Kiedy lecisz?

— W czwartek.