Sztuka upodlenia - Rafał Olender - ebook + książka

Sztuka upodlenia ebook

Rafał Olender

5,0

Opis

Każdy chce być myśliwym. Dopóki sam nie stanie się trofeum.

Komisarz Marcin Gruczyński nie jest idealnym stróżem prawa. Lata spędzone pośród zbrodni sprawiły, że sam coraz częściej posuwa się o krok za daleko. Mimo to trudno znaleźć lepszego policjanta.

Norbert wychował się w Warszawie i zna ją jak własne podwórko. Ciemne interesy, brudne pieniądze i świat, w którym strach bywa cenniejszy od lojalności, są jego codziennością. To gangster, który nie zna kompromisów i zawsze gra do końca. Ich drogi przecinają się zbyt często, by mógł to być przypadek… obaj wiedzą, że nie skończy się na remisie.

Ale gdzieś w tle jest jeszcze ktoś. Ktoś, kogo nie widać ani w świetle dnia, ani w gęstym mroku miasta. Człowiek przez lata spychany na margines, karmiący się gniewem i upokorzeniem, który w pewnym momencie przestaje nad sobą panować.

„Sztuka upodlenia” to mroczny kryminał psychologiczny o tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy zbyt długo traktuje innych jak zdobycz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 417

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Donatak2007

Nie oderwiesz się od lektury

Wyjątkowo dobra książka. Mam ogromną nadzieję,że losy głównego bohatera,Marcina ,zaskoczą mnie jeszcze wiele razy na kartach kolejnych części.
00



ROZDZIAŁ I

PŁYTKI ODDECH

1.

Dźwięk wody spod prysz­ni­ca i ko­bie­cy śpiew do­bie­ga­ją­cy z ho­te­lo­wej ła­zien­ki obu­dził Mar­ci­na. Czuł, jak gło­wa mu pul­su­je, a po chwi­li do­tarł do nie­go tak­że po­tęż­ny ból. Cierp­ki po­smak w ustach i su­chość spo­wo­do­wa­ły, że się­gnął ręką po coś do pi­cia na noc­ną szaf­kę przy łóż­ku, ale tra­fiał je­dy­nie w pust­kę.

Otwo­rzył po­wo­li oczy – świa­tło dnia mo­men­tal­nie go ośle­pi­ło i za­ję­ło mu dłuż­szą chwi­lę, za­nim się do nie­go przy­zwy­cza­ił. Spraw­dził go­dzi­nę na te­le­fo­nie i już wie­dział, że jest spóź­nio­ny. Tym bar­dziej nie miał za­mia­ru się spie­szyć – opieprz od na­czel­ni­ka miał mu­ro­wa­ny.

Był pe­wien, że ten prze­ogrom­ny kac, któ­ry go drę­czył, to efekt mie­szan­ki szam­pa­na i whi­sky. I wie­dział, że nie od­pu­ści mu do koń­ca dnia.

Pod­niósł się na łóż­ku, pod­pie­ra­jąc się sil­ny­mi ra­mio­na­mi, ro­zej­rzał się po po­ko­ju, któ­ry wy­glą­dał jak po­bo­jo­wi­sko. Z tru­dem od­na­lazł spodnie – jego rze­czy były wy­mie­sza­ne z dam­ski­mi ciu­cha­mi kel­ner­ki, któ­rą po­znał ze­szłej nocy. Zła­pał bu­tel­kę wody sto­ją­cą na ho­te­lo­wym sto­li­ku i wy­pił ją dusz­kiem.

Mar­cin wie­dział, że to nie tyl­ko al­ko­hol. Am­fe­ta­mi­na, któ­rą przy­jął, mia­ła po­pra­wić seks z nowo po­zna­ną dziew­czy­ną, ale te­raz mści­ła się okrut­nie.

Drzwi od ła­zien­ki się otwo­rzy­ły i sta­nę­ła w nich nie­zbyt wy­so­ka blon­dyn­ka o ład­nej, mło­dej twa­rzy. Była wy­raź­nie młod­sza od Mar­ci­na, ale to mu nie prze­szka­dza­ło, gdy ją po­zna­wał.

Wy­szedł tyl­ko do baru, żeby wy­py­tać o bój­kę, któ­ra mo­gła mu się przy­dać w jed­nej ze spraw – i wła­śnie wte­dy po­znał Mar­tę. Z ta­kich oka­zji po­tra­fił ko­rzy­stać bez wa­ha­nia. Miał zresz­tą układ z re­cep­cjo­ni­stą w No­vo­te­lu – kie­dyś przy­ła­pał go na po­sia­da­niu, więc w za­mian za umo­rze­nie spra­wy re­cep­cjo­ni­sta od tam­tej pory udo­stęp­niał mu po­kój na po­dob­ne noce.

Mar­cin spoj­rzał na dziew­czy­nę, uśmiech­nął się.

– Je­steś ład­niej­sza niż wczo­raj. Mu­szę le­cieć. Za­dzwo­nię.

– My­śla­łam, że zje­my ra­zem śnia­da­nie – od­po­wie­dzia­ła.

– Nie jem śnia­dań, kot­ku. Pa. – Po­ca­ło­wał ją w czo­ło i wy­szedł z po­ko­ju.

Gło­wa pul­so­wa­ła mu co­raz moc­niej. Ból nie po­zwa­lał ra­cjo­nal­nie my­śleć, ale miał tyl­ko je­den cel: do­trzeć na ko­men­dę. Nie­smak al­ko­ho­lu w ustach wy­wo­ły­wał od­ruch wy­miot­ny, ale się po­wstrzy­mał.

Scho­dząc do re­cep­cji, po­ma­chał zna­jo­me­mu re­cep­cjo­ni­ście, zgar­nął bu­tel­kę wody z lady i wy­szedł z ho­te­lu. Wsiadł do tak­sów­ki i ru­szył w stro­nę Ko­men­dy Głów­nej Po­li­cji.

Wie­dział, że jest w ta­ra­pa­tach. Woda i gumy Or­bit, któ­re do­stał od tak­sów­ka­rza, nie ura­tu­ją go przed kon­se­kwen­cja­mi. Ale Mar­cin był przy­zwy­cza­jo­ny. To nie był pierw­szy raz. Wczo­raj­sza noc była jed­nak inna – dziew­czy­na mia­ła nie­ziem­skie cia­ło i usta, któ­re sa­mym wspo­mnie­niem po­bu­dza­ły go na nowo.

Idąc ko­ry­ta­rzem, miał na­dzie­ję, że uda mu się prze­mknąć do po­ko­ju kry­mi­nal­nych. Nie­ste­ty, na­czel­nik jak­by na nie­go cze­kał.

– Gru­cha! Chcę cię u sie­bie na­tych­miast!

Jego ton mó­wił wszyst­ko – wie­dział już, że Mar­cin się spóź­nił. Nie było sen­su się tłu­ma­czyć.

Za­pu­kał do drzwi i wszedł bez cze­ka­nia.

– Dzień do­bry, pa­nie na­czel­ni­ku.

– Kur­wa mać, Gru­cha! Zno­wu nie było cię na od­pra­wie! Ile razy mam kryć two­ją dupę?!

– Spo­tka­łem się z in­for­ma­to­rem. Mógł tyl­ko rano.

– Ten in­for­ma­tor ma cho­ciaż osiem­na­ście lat? Kogo ty chcesz oszu­kać, Gru­cha?

– Ma, oczy­wi­ście. Ma mi dać waż­ne in­for­ma­cje, pa­nie na­czel­ni­ku.

– I dla­te­go je­bie od cie­bie wódą i dam­ski­mi per­fu­ma­mi?

– Taka spe­cy­fi­ka pra­cy – rzu­cił z uśmie­chem ko­mi­sarz.

Na­czel­nik ode­tchnął cięż­ko.

– Mar­cin, je­steś świet­nym gli­ną. Ale suk­ce­sy nie przy­kry­ją two­ich wy­bry­ków. Wiesz, że nie mogę cię cały czas ra­to­wać?

– Ja­sne, ro­zu­miem. Coś waż­ne­go z od­pra­wy?

– Nie. Ale zaj­mij się tą spra­wą po­bi­cia i wy­łu­dzeń. To może być po­wią­za­ne z Ksa­we­rym.

– Ja­sne. Jak coś będę miał, dam znać.

– I na li­tość bo­ską, weź prysz­nic, za­nim ko­men­dant cię po­czu­je. Śmier­dzisz go­rza­łą.

– Roz­kaz.

Mar­cin opu­ścił ga­bi­net na­czel­ni­ka, wszedł do po­ko­ju, któ­ry dzie­lił z ko­le­gą, ale ten jesz­cze się nie po­ja­wił. Włą­czył czaj­nik, na­sy­pał kawy do kub­ka i usiadł przy biur­ku. Ręce mu się trzę­sły, pot lał się z czo­ła. „To nie bę­dzie efek­tyw­ny dzień” – po­my­ślał.

Z za­my­śle­nia wy­rwał go szum go­tu­ją­cej się wody. Za­lał kawę, usiadł z po­wro­tem. Pierw­szy łyk po­ru­szył żo­łą­dek. Po­czuł, jak za­czy­na go pusz­czać – cie­pły płyn prze­su­wa­ją­cy się przez gar­dło do pu­ste­go żo­łąd­ka da­wał chwi­lo­wą ulgę.

Spoj­rzał na po­kój, po­tem na pla­kiet­kę z na­pi­sem „Ko­mi­sarz Mar­cin Gru­czyń­ski”.

– Co ty ze sobą ro­bisz, Gru­cha…? – mruk­nął i wziął ko­lej­ny łyk.

Już wie­dział, że tego dnia nie zro­bi nic kon­struk­tyw­ne­go. Kac – pul­su­ją­cy, roz­ry­wa­ją­cy gło­wę, sku­tek al­ko­ho­lu i am­fe­ta­mi­ny – był nie do wy­trzy­ma­nia. Po­sta­no­wił: pod pre­tek­stem pra­cy w te­re­nie po­je­dzie do domu.

Otwo­rzył drzwi, zdjął buty i po­szedł do kuch­ni. Z gór­nej pół­ki wy­jął ku­fel, otwo­rzył jed­ną z pu­szek piwa, któ­re ku­pił po dro­dze, na­lał i usiadł w sa­lo­nie.

Roz­ło­żył się na ka­na­pie i włą­czył ja­kiś mecz. Wie­dział, że nie może tak funk­cjo­no­wać, ale od cza­su do cza­su wpa­dał w cug. Wziął po­tęż­ny łyk, opróż­nia­jąc pół ku­fla. Cmok­nął za­do­wo­lo­ny.

„Ju­tro bio­rę się do ro­bo­ty” – po­my­ślał.

2.

Po­czuł, jak pie­cze go cała we­wnętrz­na część dło­ni – to od ude­rze­nia roz­mów­cy w twarz. Spoj­rzał na jego po­li­czek: lewa stro­na ro­bi­ła się czer­wo­na, a na skó­rze wy­raź­nie od­bi­ły się śla­dy pal­ców. Ale to nie uko­iło jego wście­kło­ści.

Szyb­kim ru­chem wy­mie­rzył ko­lej­ny cios otwar­tą dło­nią, a za­raz po­tem na­stęp­ny. Ból w ręce na­ra­stał, jak­by dłoń pa­rzy­ła od środ­ka. Na twa­rzy chło­pa­ka po­ja­wi­ła się krew – roz­cię­ty po­li­czek pękł od trze­cie­go ude­rze­nia.

– Mó­wisz, że nie masz dla mnie ani kasy, ani to­wa­ru, śmie­ciu?! – wrza­snął Ksa­we­ry.

– Ale sze­fie… to nie moja wina, nie za­pła­ci­li mi moi dłuż­ni­cy… – wy­ją­kał prze­ra­żo­ny chło­pak.

– Gów­no mnie to ob­cho­dzi! Da­łeś się okraść ja­kimś lesz­czom? Da­jesz w kre­dyt? Co ty je­steś, kur­wa, osie­dlo­wy Żab­son?! – syk­nął Ksa­we­ry, co­raz bar­dziej wście­kły.

– Sze­fie… pro­szę o dwa dni. Zor­ga­ni­zu­ję wszyst­ko… tyl­ko o tyle pro­szę. – Mło­de­mu głos się ła­mał, oczy nie­mal bła­ga­ły o li­tość.

– Gów­no, nie dwa dni! Dam ci dwóch swo­ich lu­dzi i dzi­siaj po­zbie­rasz całą kasę. Plus od­set­ki, lesz­czu. Zro­zu­mia­łeś mnie?!

– Ja­sne… co tyl­ko szef każe…

– Masz szczę­ście, że nie każę cię wła­śnie te­raz wy­wieźć do lasu. Spier­da­laj mi stąd.

Chło­pak od­wró­cił się i ru­szył do auta, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Ksa­we­ry ode­tchnął gło­śno i ski­nął gło­wą na dwóch swo­ich lu­dzi, któ­rzy przez całą tę sce­nę sta­li za nim jak po­są­gi. Ob­ser­wo­wa­li upo­ko­rze­nie chło­pa­ka z lo­do­wa­tą cier­pli­wo­ścią, jak­by już daw­no przy­wy­kli do prze­mo­cy.

Wska­zał im wzro­kiem, by po­szli za chło­pa­kiem i do­pil­no­wa­li, żeby wró­cił z pie­niędz­mi – wszyst­ki­mi.

Sam Ksa­we­ry wcią­gnął głę­bo­ko po­wie­trze i spoj­rzał w nie­bo. Cięż­ko od­dy­chał. Po chwi­li, jak gdy­by nic się nie sta­ło, wszedł do lo­ka­lu za sobą i skie­ro­wał się pro­sto do ga­bi­ne­tu.

Usiadł za biur­kiem i za­czął roz­ma­so­wy­wać dłoń. Do­pie­ro te­raz na­praw­dę po­czuł, jak bar­dzo go pie­cze. Się­gnął po te­le­fon, za­dzwo­nił do baru i ka­zał przy­nieść so­bie whi­sky i lód.

W du­chu da­lej go go­to­wa­ło. Je­den z jego lu­dzi pró­bo­wał wy­krę­cić się z kasy. Nie mógł na to po­zwo­lić – nie jako szef.

„Kasa musi się zga­dzać. Za­wsze. Po­zwo­lisz się okraść raz, będą pró­bo­wać cały czas” – po­my­ślał, pa­trząc w prze­strzeń.

Spra­wa z po­bi­ciem przed lo­ka­lem wciąż wi­sia­ła w po­wie­trzu. Kil­ku jego lu­dzi spu­ści­ło ło­mot ja­kie­muś ko­le­sio­wi i choć do­sko­na­le wie­dział za co, nie zmie­nia­ło to fak­tu, że po­li­cja za­cznie wę­szyć. A gli­nia­rze to ostat­nia rzecz, ja­kiej te­raz po­trze­bo­wał. Już i tak miał ich wię­cej na kar­ku, niż by chciał.

Chciał tyl­ko ro­bić swo­je in­te­re­sy. Brud­ne, ale sku­tecz­ne. Kasa, kon­tro­la i spo­kój – to był jego świat.

Z za­my­śle­nia wy­rwa­ło go pu­ka­nie do drzwi.

– Wejść – rzu­cił szorst­ko.

– Sze­fie, to ja. Przy­nio­słam whi­sky, jak szef lubi, i wia­der­ko lodu – ode­zwał się mięk­ki ko­bie­cy głos.

– Po­staw na sto­li­ku. Za­raz so­bie na­le­ję.

Dziew­czy­na – mło­da, ład­na bar­man­ka – zro­bi­ła, co ka­zał, ale nie umknę­ło jej to, że Ksa­we­ry miał czer­wo­ne pal­ce i gry­mas bólu na twa­rzy.

– Sze­fie, coś się sta­ło? Może trze­ba opa­trzyć rękę?

– Nic mi nie bę­dzie. Po­staw i wra­caj do baru – od­burk­nął zi­ry­to­wa­ny.

Kie­dy wy­cho­dzi­ła, rzu­cił na nią bez­czel­ne spoj­rze­nie. Wi­dok jej tył­ka po­pra­wił mu hu­mor szyb­ciej niż al­ko­hol.

Wstał od biur­ka, pod­szedł do sto­li­ka, na­lał so­bie po­rząd­ną por­cję whi­sky. Wy­pił jed­nym hau­stem. Al­ko­hol nie­mal na­tych­miast roz­grzał mu wnę­trze.

„Mo­gła­byś mi po­móc… ale w zu­peł­nie inny spo­sób” – po­my­ślał z roz­ba­wie­niem i sam do sie­bie się za­śmiał. Głu­pio. Ale szcze­rze.

3.

Mar­cin pod­je­chał pod ko­mi­sa­riat. Wie­dział, że dzi­siaj musi w koń­cu coś zro­bić w spra­wie po­bi­te­go chło­pa­ka, któ­rą na­czel­nik mę­czył go już wczo­raj.

Wziął dwóch po­li­cjan­tów z pre­wen­cji i po­sta­no­wił je­chać pod lo­kal, gdzie do­szło do zda­rze­nia. Do­sko­na­le wie­dział, że La Joya na­le­ży do Ksa­we­re­go. To nie była spra­wa, za któ­rą mógł­by go za­mknąć, ale lu­bił utrzeć nosa temu gang­ste­ro­wi, z któ­rym od dłuż­sze­go cza­su było mu nie po dro­dze.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach ra­dio­wóz za­par­ko­wał przed klu­bem. Cała trój­ka we­szła do środ­ka. Mar­cin już z da­le­ka po­ka­zał le­gi­ty­ma­cję służ­bo­wą i ka­zał za­pro­wa­dzić się do sze­fa.

Bar­man­ka, za­sko­czo­na na­głym wej­ściem po­li­cjan­tów, nie zdą­ży­ła na­wet za­re­ago­wać, gdy ko­mi­sarz bez­par­do­no­wo ru­szył w stro­nę ga­bi­ne­tu i wpa­ro­wał z im­pe­tem do środ­ka.

– Dzień do­bry, ko­mi­sarz Gru­czyń­ski. Mam kil­ka py­tań – rzu­cił pew­nie.

Zdez­o­rien­to­wa­ny męż­czy­zna sie­dzą­cy za ma­syw­nym drew­nia­nym biur­kiem w skó­rza­nym fo­te­lu wy­glą­dał na kom­plet­nie za­sko­czo­ne­go wi­zy­tą.

– Pan za­wsze tak wcho­dzi? Bez pu­ka­nia? Co to za ma­nie­ry w po­li­cji? – rzu­cił zbul­wer­so­wa­nym to­nem.

– Już taki ze mnie dżen­tel­men – od­parł iro­nicz­nie Mar­cin. – A więc… pan Nor­bert Wal­czak?

– Zga­dza się.

– Wła­ści­ciel tego klu­bu, jak mnie­mam?

– Ale z pana by­strza­cha, pa­nie ko­mi­sa­rzu – za­żar­to­wał Ksa­we­ry, pró­bu­jąc prze­jąć kon­tro­lę nad roz­mo­wą.

– In­te­re­su­je mnie spra­wa po­bi­cia mło­de­go męż­czy­zny w mi­nio­ny week­end. Świad­ko­wie twier­dzą, że to pana ochro­nia­rze go po­bi­li. A na ich nie­szczę­ście chło­pak to syn wy­so­ko po­sta­wio­ne­go urzęd­ni­ka, więc spra­wa nie zo­sta­ła za­mie­cio­na pod dy­wan.

– Pa­nie ko­mi­sa­rzu, ja za­wsze chęt­nie współ­pra­cu­ję z po­li­cją. Ale je­stem te­raz za­ję­ty, mam spo­tka­nie. Moja bar­man­ka udo­stęp­ni wam na­gra­nia z ka­mer. Choć, nie ukry­wam, dzi­wi mnie, że sam się pan fa­ty­gu­je w ta­kiej spra­wie.

– Ja­sne, pro­szę za­ła­twiać swo­je in­te­re­sy. Na­gra­nia obej­rzy­my sami. A tak poza tym… i tak wiesz, że cię do­rwę, Wal­czak – do­dał Mar­cin po­waż­nym to­nem.

– Tak, pa­nie ko­mi­sa­rzu. Ale na ra­zie nic pan na mnie nie ma, więc… pro­szę się ba­wić w mo­ni­to­ring.

Ksa­we­ry wstał, na­rzu­cił na sie­bie czar­ną skó­rza­ną kurt­kę i wol­nym kro­kiem od­pro­wa­dził ko­mi­sa­rza do baru. Po­le­cił bar­man­ce, żeby prze­ka­za­ła na­gra­nia, ob­rzu­cił jesz­cze wszyst­kich chłod­nym spoj­rze­niem i wy­szedł przed lo­kal. Wsiadł do cze­ka­ją­ce­go sa­mo­cho­du i od­je­chał.

Mar­cin ode­brał na­gra­nia z ka­mer. Mimo że do­sko­na­le wie­dział, kim jest Nor­bert Wal­czak, pseu­do­nim Ksa­we­ry, i że stoi za więk­szo­ścią prze­stępstw w mie­ście, ta spra­wa mo­gła go nie do­ty­czyć bez­po­śred­nio. Nie był prze­cież od­po­wie­dzial­ny za każ­de­go mię­śnia­ka, któ­re­go za­trud­niał, a wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że to wła­śnie oni po­ła­ma­li chło­pa­ka – i to pew­nie z ja­kie­goś bła­he­go po­wo­du.

Już miał wy­cho­dzić z lo­ka­lu, kie­dy z za­ple­cza wy­szła Mar­ta. Dziew­czy­na ob­da­rzy­ła go cie­płym uśmie­chem i po­de­szła do baru.

– Chy­ba mnie uni­kasz po na­szej ostat­niej nocy – po­wie­dzia­ła ko­kie­te­ryj­nie.

– By­łem za­ję­ty… ale dziś wie­czo­rem mam wol­ne.

– Jak za­dzwo­nisz, to może coś wy­my­śli­my – od­par­ła, po­pra­wia­jąc de­kolt.

Mar­cin tyl­ko się uśmiech­nął, ski­nął gło­wą po­li­cjan­tom, któ­rzy mu to­wa­rzy­szy­li, i ru­szył z na­gra­nia­mi na ko­men­dę.

Wie­dział, że musi usta­lić przy­naj­mniej, kto po­bił chło­pa­ka – resz­tę, czy­li za­trzy­ma­nia, zle­ci ko­muś in­ne­mu. Chciał tyl­ko, żeby na­czel­nik wresz­cie się od nie­go od­cze­pił.

W dro­dze na ko­men­dę zdą­żył jesz­cze na­pi­sać SMS-a do Mar­ty i umó­wić się na wie­czor­ne spo­tka­nie.

4.

Nor­bert do­sko­na­le wie­dział, że ko­mi­sarz Gru­czyń­ski ma­rzy o tym, żeby go do­rwać – w sen­sie czy­sto praw­nym oczy­wi­ście. Gdy­by tyl­ko mógł, za­kuł­by go w kaj­dan­ki i po­słał na kil­ka­na­ście lat do wię­zie­nia za ja­kąś gru­bą afe­rę. Ale Ksa­we­ry był zbyt spryt­ny, żeby dać się zła­pać w tak oczy­wi­sty spo­sób.

Miał świa­do­mość, że za­wsze może coś pójść nie tak, że wy­star­czy jed­na po­mył­ka, je­den głu­pi błąd i wszyst­ko może się po­sy­pać jak do­mek z kart. Ale na ra­zie nie było ku temu żad­nych po­wo­dów.

Wszyst­ko dzia­ła­ło jak w szwaj­car­skim ze­gar­ku – od nar­ko­ty­ków, przez lewe fak­tu­ry VAT, aż po „le­gal­ne” biz­ne­sy. Każ­da dzia­łal­ność była osło­nię­ta pa­pie­ra­mi, słu­pa­mi, fir­ma­mi krza­ka­mi i lo­jal­ny­mi ludź­mi. Nikt nie był w sta­nie po­wią­zać go z ni­czym bez­po­śred­nio.

Sie­dząc wy­god­nie w tyl­nej czę­ści swo­je­go SUV-a, wska­zał kie­row­cy kie­ru­nek. Mie­li je­chać na spo­tka­nie w spra­wie za­ku­pu du­żej nie­ru­cho­mo­ści poza mia­stem. Trans­ak­cja mia­ła mu po­móc w le­ga­li­za­cji go­tów­ki i za­in­we­sto­wa­niu w coś, co przy oka­zji przy­nie­sie zysk.

Pla­no­wał otwo­rzyć tam pry­wat­ny lo­kal, może na­wet ka­sy­no. A może miej­sce do pro­wa­dze­nia ci­chych spo­tkań z ludź­mi, któ­rych le­piej nie wi­dy­wać za dnia.

Wie­czo­rem za­mie­rzał wró­cić do La Joyi, do­pil­no­wać do­sta­wy al­ko­ho­lu i na­pić się spo­koj­nie w swo­im ga­bi­ne­cie. To był jego ry­tu­ał.

W mie­ście nie miał wro­gów. Czuł się sil­ny. Był jed­nym z naj­więk­szych gang­ste­rów w kra­ju, a bez wąt­pie­nia naj­więk­szym w War­sza­wie. Miał wszyst­ko pod kon­tro­lą – klu­by, ochro­nę, lo­kal­ny ry­nek nar­ko­ty­ko­wy, szem­ra­ne nie­ru­cho­mo­ści.

Nikt nie wcho­dził mu w dro­gę. Nikt – poza po­li­cją.

A wła­ści­wie poza jed­nym upar­tym gli­ną.

Z Gru­czyń­skim ście­rał się już nie raz. Ten pie­przo­ny ko­mi­sarz za­mknął kil­ku jego lu­dzi, ale ża­den nie pu­ścił pary z ust. Ksa­we­ry za­dbał o to, żeby im się to opła­ci­ło. Do­brze za­pła­co­ne mil­cze­nie było war­te wię­cej niż naj­lep­szy ad­wo­kat.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się przed śred­niej wiel­ko­ści pa­ła­cy­kiem pod War­sza­wą.

Nor­bert wy­siadł, po­pra­wił koł­nierz czar­nej kurt­ki i ro­zej­rzał się spo­koj­nie. Słoń­ce świe­ci­ło, nie­bo było czy­ste – po­go­da ide­al­nie pa­so­wa­ła do jego na­stro­ju.

Przed drzwia­mi już cze­kał przed­sta­wi­ciel de­we­lo­pe­ra, go­to­wy opro­wa­dzić go po ca­łej po­se­sji.

Ksa­we­ry jed­nak już wie­dział, że ją kupi.

Cena dzie­wię­ciu mi­lio­nów zło­tych za taki bu­dy­nek była wręcz oka­zją – a on miał wo­bec tej nie­ru­cho­mo­ści kon­kret­ne pla­ny.

Lo­kal­ne ka­sy­no w ta­kim miej­scu mo­gło stać się jego ko­lej­ną ma­szyn­ką do pra­nia pie­nię­dzy. Spo­tka­nie z de­we­lo­pe­rem było więc je­dy­nie for­mal­no­ścią. Tyl­ko po to, żeby do­piąć szcze­gó­ły i nie wzbu­dzić po­dej­rzeń.

5.

Kry­stian wła­śnie za­koń­czył noc­ną zmia­nę; pra­co­wał jako ochro­niarz w fir­mie zaj­mu­ją­cej się prze­twór­stwem dro­biu. Jego pra­ca była mo­no­ton­na, po­zba­wio­na wra­żeń – co ja­kiś czas ob­chód, poza tym pa­trze­nie w ekra­ny mo­ni­to­rin­gu.

Cie­szył się, że uda­ło mu się zna­leźć to za­ję­cie. Po wyj­ściu z domu dziec­ka przez dłu­gi czas nie mógł zna­leźć pra­cy – nikt nie chciał go za­trud­nić z po­wo­du przy­zna­nej mu gru­py in­wa­lidz­kiej. A on uwa­żał się za cał­ko­wi­cie nor­mal­ne­go.

Psy­cho­log, któ­ra wy­sta­wia­ła mu opi­nię, zdia­gno­zo­wa­ła u nie­go za­bu­rze­nia oso­bo­wo­ści. Na tej pod­sta­wie przy­zna­no mu świad­cze­nie, któ­re Kry­stian uwa­żał za nie­spra­wie­dli­we styg­ma­ty­zo­wa­nie.

Był szczu­płym, wy­so­kim męż­czy­zną o wą­skich bar­kach i chu­dych ra­mio­nach – ide­al­ny cel żar­tów dla ko­le­gów z pra­cy. Twarz miał po­kry­tą trą­dzi­kiem, krót­kie wło­sy ostrzy­żo­ne ma­szyn­ką, ru­chy sztyw­ne, spoj­rze­nie ner­wo­we.

Był jed­nym z nie­licz­nych Po­la­ków w za­kła­dzie, któ­ry za­trud­niał głów­nie Ukra­iń­ców i Bia­ło­ru­si­nów. Mimo to czę­sto sta­wał się obiek­tem zło­śli­wych do­cin­ków – o jego wy­glą­dzie, rze­ko­mym dzie­wic­twie, bra­ku ja­kie­go­kol­wiek ży­cia pry­wat­ne­go.

Naj­bar­dziej bo­la­ły go ko­men­ta­rze na te­mat ko­biet. Choć usi­ło­wał, nie po­tra­fił na­wią­zać żad­nej głęb­szej re­la­cji. Każ­da pró­ba koń­czy­ła się od­rzu­ce­niem albo ci­szą.

Tego dnia, wy­cho­dząc z pra­cy, na­tknął się na Ma­rię – mło­dą Bia­ło­ru­sin­kę, któ­ra nie­daw­no do­łą­czy­ła do za­ło­gi. Jej dłu­gie czar­ne wło­sy, śnia­da cera i kry­sta­licz­nie zie­lo­ne oczy roz­pa­la­ły mę­skie spoj­rze­nia w ca­łym za­kła­dzie. Ale ona igno­ro­wa­ła wszyst­kich.

Kry­stian był nią za­uro­czo­ny. Wy­da­wa­ła mu się isto­tą z in­ne­go świa­ta. Ni­g­dy nie od­wa­żył się z nią po­roz­ma­wiać – wie­dział, że dla niej był­by ni­kim. A może na­wet nie za­uwa­ży­ła, że ist­nie­je.

Miesz­kał sa­mot­nie na wy­na­ję­tym stry­chu w sta­rym domu na obrze­żach Ma­rek. Star­sza ko­bie­ta, wła­ści­ciel­ka, nie mia­ła ro­dzi­ny i rzad­ko opusz­cza­ła miesz­ka­nie. W za­mian za po­moc w obej­ściu po­zwa­la­ła mu miesz­kać ta­nio i bez ogra­ni­czeń.

Po po­wro­cie do domu, wy­czer­pa­ny po noc­nej zmia­nie, od razu po­szedł na górę. Rzu­cił ubra­nia na krze­sło, ro­ze­brał się i po­ło­żył na swo­im cien­kim ma­te­ra­cu. Pla­no­wał tyl­ko się zdrzem­nąć, ale jego my­śli znów po­bie­gły w stro­nę Ma­rii.

Jej smu­kłe cia­ło, sub­tel­ne rysy twa­rzy, uśmiech, któ­ry po­ja­wiał się rzad­ko, ale zo­sta­wał w gło­wie na dłu­go – wszyst­ko to bu­dzi­ło w nim nie­po­ko­ją­ce pra­gnie­nia.

Nie za­sta­na­wiał się dłu­go. Się­gnął po te­le­fon, wy­szu­kał jej pro­fil na Fa­ce­bo­oku i za­czął prze­glą­dać zdję­cia.

Po­cząt­ko­wo tyl­ko pa­trzył. Ale z każ­dą ko­lej­ną fo­to­gra­fią czuł, jak w jego cie­le ro­śnie na­pię­cie.

Wy­obraź­nia zro­bi­ła resz­tę. Za­tra­cił się w ob­ra­zach, któ­re sam wy­twa­rzał w gło­wie – do­tyk jej skó­ry, za­pach wło­sów, spo­sób, w jaki się po­ru­sza.

Nie kon­tro­lo­wał już tego. Ręka za­czę­ła dzia­łać me­cha­nicz­nie. Gdy za­mknął oczy, wszyst­ko sta­ło się bar­dziej in­ten­syw­ne, jak­by na­praw­dę tam był.

W koń­cu wy­try­snął. Otwo­rzył oczy. Po­kój wró­cił do mil­cze­nia.

Spoj­rzał na mo­kre prze­ście­ra­dło, odło­żył te­le­fon bez sło­wa i od­wró­cił się na bok.

W cią­gu kil­ku se­kund za­snął. Jak­by nic się nie wy­da­rzy­ło.

6.

Gru­cha, jak so­bie po­sta­no­wił, tak zro­bił. Przej­rzał cały mo­ni­to­ring, jaki do­stał, i uda­ło mu się spraw­nie wy­ty­po­wać po­dej­rza­nych. Ze­bra­ny ma­te­riał prze­ka­zał śled­czym. Zgro­ma­dził dla nich tak ob­szer­ny ma­te­riał do­wo­do­wy, że funk­cjo­na­riu­sze mu­sie­li tyl­ko po­je­chać do lo­ka­lu i zgar­nąć męż­czyzn do wy­ja­śnie­nia.

Był z sie­bie dum­ny, więc od razu wy­brał się do na­czel­ni­ka, li­cząc na to, że ten za­po­mniał już o jego wy­bry­kach.

– Dzień do­bry, pa­nie na­czel­ni­ku.

– Gru­cha! Do­brze cię wi­dzieć!

– Skąd ta ra­dość na mój wi­dok? – za­py­tał zdzi­wio­ny ko­mi­sarz.

– Co ze spra­wą tego chło­pa­ka? Ko­men­dant się pie­kli. Mó­wi­łem ci?

– Za­ła­twio­ne. Prze­ka­za­łem wszyst­ko, co ze­bra­łem. Śled­czy mu­szą tyl­ko zgar­nąć ich z klu­bu.

– Na­praw­dę? Tak szyb­ko? Bra­wo. Jak chcesz, to po­tra­fisz. Mam tu dla cie­bie kil­ka in­nych spraw. Wy­bierz so­bie ja­kąś i masz w su­mie na dziś wol­ne.

– Ja­kaś na­gro­da za tak szyb­kie roz­wią­za­nie spra­wy?

– Gru­cha, ty nie prze­gi­naj! No ucie­kaj, za­nim zmie­nię zda­nie i każę ci pa­tro­lo­wać uli­ce!

Mar­cin cie­szył się, że na­czel­nik już nie jest na nie­go wście­kły. A do tego mógł wcze­śniej skoń­czyć służ­bę.

Po­sta­no­wił ku­pić ja­kieś chiń­skie je­dze­nie, tro­chę al­ko­ho­lu i po­je­chać do ho­te­lu, gdzie umó­wił się z Mar­tą.

Od razu po wej­ściu skie­ro­wał się do re­cep­cji. Chło­pak wy­dał mu klucz do wol­ne­go po­ko­ju. Mar­cin ski­nął mu tyl­ko gło­wą i ru­szył na pię­tro, któ­re było wska­za­ne na klu­czu.

Kil­ka mi­nut po nim do po­ko­ju we­szła dziew­czy­na.

– My­śla­łam, że już ni­g­dy się nie ode­zwiesz.

– Jak mam chwi­lę, to za­wsze o to­bie pa­mię­tam – za­żar­to­wał Mar­cin.

Nie wią­zał z tą re­la­cją żad­nych więk­szych pla­nów. Lu­bił mieć ja­kąś ko­bie­tę przy so­bie. Nie zno­sił sa­mot­nych wie­czo­rów. Twier­dził, że ktoś musi zaj­mo­wać się jego po­trze­ba­mi sek­su­al­ny­mi.

Nie zdą­ży­li na­wet wy­pić do koń­ca pierw­sze­go drin­ka, a dziew­czy­na już za­czę­ła się roz­bie­rać.

Mar­cin po­my­ślał w głę­bi du­cha, że wie­czór za­po­wia­dał się do­kład­nie tak, jak to so­bie za­pla­no­wał.

*

Kry­stian wstał przed wie­czo­rem. Do­pie­ro te­raz do­tar­ło do nie­go, co zro­bił wcze­śniej. Jego po­żą­da­nie było sil­niej­sze od nie­go.

Fakt, że ni­g­dy nie miał ko­bie­ty i był w swo­im wie­ku pra­wicz­kiem, do­pro­wa­dzał go do wście­kło­ści. Nie ro­zu­miał, cze­mu ko­bie­ty nie chcą mieć z nim nic wspól­ne­go.

Nie­któ­re na­wet nie chcia­ły z nim roz­ma­wiać.

Wstał cięż­kim kro­kiem. Spoj­rzał w po­pla­mio­ne lu­stro – krzy­we zęby, twarz po­kry­ta bli­zna­mi i wy­pry­ska­mi, tłu­ste wło­sy.

Jego apa­ry­cja nie przy­cią­ga­ła spoj­rzeń, jed­nak w głę­bi du­szy uwa­żał się za do­bre­go fa­ce­ta. My­ślał o so­bie: „Był­bym dla niej do­bry. Dbał­bym o swo­ją ko­bie­tę”.

Ale w jego du­szy wzbie­ra­ła złość. Złość i sa­mot­ność.

Mu­siał się ubrać. Był umó­wio­ny, że za­wie­zie va­nem kil­ka rze­czy na sta­re wy­sy­pi­sko. Chciał to za­ła­twić, za­nim cał­ko­wi­cie się ściem­ni.

Ubrał się w swo­je ro­bo­cze ubra­nia. Za­pa­ko­wał wszyst­ko, co chciał wy­wieźć z po­se­sji. Za­ję­ło mu to wię­cej cza­su, niż się spo­dzie­wał.

Cie­pły let­ni wie­czór spra­wił, że cały się spo­cił z wy­sił­ku.

Za­cho­dzą­ce słoń­ce, spo­koj­ny śpiew ostat­nich pta­ków i lek­ki, cie­pły wiatr da­wa­ły ilu­zję spo­ko­ju i bez­pie­czeń­stwa.

Nad­cho­dzą­ca noc bu­dzi­ła mia­sto do ży­cia – lu­dzie ru­sza­li na noc­ne eska­pa­dy ze zna­jo­my­mi. Let­nie noce były stwo­rzo­ne do ro­man­sów i za­ba­wy.

Spa­ko­wał sta­re ru­pie­cie na vana i wy­wiózł je na nie­le­gal­ne wy­sy­pi­sko, znaj­du­ją­ce się ka­wa­łek dro­gi od jego domu.

Kie­dy wró­cił zmę­czo­ny, zro­bił so­bie her­ba­tę i usiadł na sta­rym ogro­do­wym krze­śle przed do­mem.

Cie­pły po­dmuch let­nie­go wia­tru sma­gał jego rzad­kie czar­ne wło­sy i bla­dą cerę.

Za­mknął oczy i wcią­gnął głę­bo­ko świe­że po­wie­trze.

7.

Nor­bert Wal­czak sie­dział w swo­im ga­bi­ne­cie. Ruch na sali był dość duży, bo wszy­scy szy­ko­wa­li się do ko­lej­nej piąt­ko­wej im­pre­zy. Cały ze­spół bar­ma­nek i ochro­nia­rzy za­czy­nał się już scho­dzić. Nor­bert po­pi­jał zim­ne­go drin­ka, de­lek­tu­jąc się do­brą whi­sky. Wy­śmie­ni­ty obiad, któ­ry zjadł, po­rząd­na whi­sky i go­rą­ce dziew­czy­ny, któ­re miał za­miar so­bie dziś spra­wić, wpra­wia­ły go w zna­ko­mi­ty na­strój.

Jego sie­lan­kę prze­rwa­ły na­głe krzy­ki z sali. Od­sta­wił szyb­ko drin­ka na stół i wy­biegł spraw­dzić, co się dzie­je. Zo­ba­czył kil­ku­na­stu po­li­cjan­tów szar­pią­cych się z jego ochro­nia­rza­mi.

– Co tu się wy­pra­wia?! – krzyk­nął.

– Pro­szę się od­su­nąć. Pań­scy lu­dzie mu­szą zo­stać za­trzy­ma­ni – od­po­wie­dział mu ja­kiś głos.

– A kim ty je­steś, żeby o tym de­cy­do­wać? – od­parł z po­gar­dą Wal­czak.

– Pro­szę pana, je­stem sze­fem gru­py śled­czej. Wy­ty­po­wa­li­śmy pań­skich lu­dzi jako spraw­ców po­bi­cia i będą za­trzy­ma­ni do wy­ja­śnie­nia.

– Na­praw­dę? Ma pan ja­kieś do­ku­men­ty? Od­zna­kę, żeby się wy­le­gi­ty­mo­wać?

– Oczy­wi­ście.

Męż­czy­zna szyb­ko za­pre­zen­to­wał Wal­cza­ko­wi na­ka­zy za­trzy­ma­nia trzech jego ochro­nia­rzy. Po­ka­zał le­gi­ty­ma­cję i spo­koj­nym to­nem wy­tłu­ma­czył, dla­cze­go funk­cjo­na­riu­sze mu­szą ich za­brać. Wal­czak prze­jął do­ku­men­ty i zer­k­nął na nie z miną eks­per­ta. Nie ro­zu­miał ani sło­wa z tego praw­ni­cze­go beł­ko­tu, ale chciał wy­glą­dać po­waż­nie przed po­li­cjan­tem. Spraw­dził rów­nież jego le­gi­ty­ma­cję – czy­sto sym­bo­licz­nie – żeby za­zna­czyć, kto tu niby rzą­dzi. Zmarsz­czył czo­ło, za­sta­no­wił się przez chwi­lę i rzu­cił do swo­ich lu­dzi:

– Nie sta­wiaj­cie opo­ru.

– Ale, sze­fie, jak to? Da pan nas za­trzy­mać?

– Jedź­cie z pa­na­mi. Złóż­cie ze­zna­nia. Dziś przy­ja­dą do was praw­ni­cy, więc o nic się nie mar­tw­cie. Za­dbam o wszyst­ko.

Męż­czyź­ni spoj­rze­li tyl­ko po so­bie, ale jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki prze­sta­li sta­wiać opór. Resz­ta ochro­nia­rzy rów­nież się od­su­nę­ła i po­li­cjan­ci spo­koj­nie mo­gli za­ło­żyć za­trzy­ma­nym kaj­dan­ki, a na­stęp­nie od­pro­wa­dzić ich do ra­dio­wo­zów.

Za­raz po ich wyj­ściu Wal­czak wy­brał nu­mer swo­je­go praw­ni­ka i na­ka­zał mu zor­ga­ni­zo­wać po­moc praw­ną dla za­trzy­ma­nych. Zgro­mił resz­tę eki­py, żeby wszy­scy bra­li się z po­wro­tem do pra­cy, i wró­cił do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Roz­siadł się na krze­śle, wziął ko­lej­ny łyk whi­sky. Do­pie­ro te­raz uświa­do­mił so­bie, że z tak bła­hej spra­wy roz­krę­ci­ło się nie­złe pie­kło. „Mo­głem nie po­zwa­lać temu gów­nia­rzo­wi han­dlo­wać” – po­my­ślał. Ale te­raz było już za póź­no. Musi to ja­koś na­pra­wić.

Po­li­cja przy­jeż­dża do jego lo­ka­lu zde­cy­do­wa­nie za czę­sto. Do­szedł do wnio­sku, że trze­ba bę­dzie wy­skro­bać coś na ła­pów­kę dla ro­dzi­ców chło­pa­ka albo po­kryć kosz­ty jego le­cze­nia, żeby spra­wa uci­chła. Ina­czej ni­g­dy nie da­dzą mu spo­ko­ju. A jego brud­ne pie­nią­dze nie zno­szą roz­gło­su.

Wy­pił dusz­kiem drin­ka do koń­ca, na­sy­pał so­bie kre­skę ko­ka­iny, wcią­gnął ją i wy­ło­żył nogi na biur­ko. Był zmę­czo­ny, ale nie chciał koń­czyć tak tej nocy. Za­mie­rzał się dziś jesz­cze do­brze za­ba­wić.

*

Drzwi po­miesz­cze­nia się otwo­rzy­ły i do po­ko­ju pro­ku­ra­to­ra Fi­li­pa An­drzej­cza­ka wszedł jego asy­stent. Pro­ku­ra­tor na­wet nie pod­niósł wzro­ku znad ster­ty do­ku­men­tów za­le­ga­ją­cych na jego biur­ku.

Do­pie­ro stłu­mio­ny głos asy­sten­ta ode­rwał go od pra­cy, któ­rą wy­ko­ny­wał.

– Pa­nie Fi­li­pie… – za­czął asy­stent.

– Tak? Na­wet nie za­uwa­ży­łem, że wsze­dłeś – za­śmiał się An­drzej­czak.

– Przy­go­to­wa­łem do­ku­men­ty, jak pan ka­zał. Będę się zbie­rał do domu. I panu ra­dzę to samo.

– Świet­nie, dzię­ku­ję. Ja mu­szę jesz­cze po­sie­dzieć nad jed­ną spra­wą – od­po­wie­dział pro­ku­ra­tor.

– Do po­nie­dział­ku w ta­kim ra­zie – rzu­cił asy­stent.

– Do zo­ba­cze­nia.

Fi­lip miał w ostat­nim cza­sie wy­jąt­ko­wo na­pię­ty gra­fik. Wie­le spraw, któ­re się na­gro­ma­dzi­ły, wy­ma­ga­ło pil­ne­go roz­wią­za­nia. Zaj­mo­wał się wła­śnie spra­wą po­bi­cia syna swo­je­go ko­le­gi z mi­ni­ster­stwa. Chciał jak naj­szyb­ciej prze­słu­chać po­dej­rza­nych. Był za­do­wo­lo­ny, że po­li­cjant z Ko­men­dy Głów­nej szyb­ko wy­ty­po­wał spraw­ców.

W ak­tach spraw­dził, kto pro­wa­dził spra­wę – i uznał, że czę­ściej bę­dzie mu­siał pro­sić ko­men­dan­ta o ta­kich fa­chow­ców. Gło­wa pę­ka­ła mu już od na­tło­ku my­śli, pa­ra­gra­fów i ar­ty­ku­łów. Spa­ko­wał swo­ją tecz­kę i po­sta­no­wił rów­nież iść do domu.

W dro­dze do auta wy­jął te­le­fon, żeby za­dzwo­nić do cór­ki. Ta jed­nak – jak czę­sto się zda­rza­ło – nie ode­bra­ła. Po­sta­no­wił wziąć coś na wy­nos, zjeść ko­la­cję z żoną w domu i na­pić się wina.

8.

Kry­stian wła­śnie za­je­chał pod swój za­kład pra­cy. Week­end, jak w więk­szo­ści przy­pad­ków, mi­jał mu na sa­mot­nym ga­pie­niu się w te­le­wi­zor albo wy­ko­ny­wa­niu do­mo­wych obo­wiąz­ków. Nie miał wie­lu za­jęć ani żad­ne­go hob­by, więc czas wol­ny spę­dzał ra­czej le­ni­wie.

Zo­sta­wił swo­je­go vana na par­kin­gu i ru­szył na ob­chód po za­kła­dzie przed swo­ją noc­ną zmia­ną. Lu­dzie z noc­nej zmia­ny już pra­co­wa­li na sta­no­wi­skach ob­rób­ki mię­sa. Dźwięk ma­szyn do kro­je­nia, ćwiar­to­wa­nia oraz mie­le­nia mię­sa przy­pra­wiał o za­wrót gło­wy. Kry­stian cie­szył się, że jego obo­wiąz­ki ogra­ni­cza­ją się do pa­tro­lo­wa­nia, a nie pra­cy w tym ha­ła­sie i za­pa­chu.

Kie­dy szedł obok ta­śmy prze­sy­ło­wej, zo­ba­czył ją – Ma­rię. Sta­ła ubra­na w bia­ły kom­bi­ne­zon z czep­kiem na gło­wie i pil­no­wa­ła, by li­nia pro­duk­cyj­na szła rów­no. Za­trzy­mał się i wbił w nią wzrok. Do­pie­ro te­raz przy­po­mniał so­bie swój nie­chlub­ny czyn z wczo­raj­sze­go po­ran­ka. Za­wsty­dze­nie ści­snę­ło mu żo­łą­dek – zro­bił to, pa­trząc na jej zdję­cie… To był im­puls, chwi­la sła­bo­ści.

Ob­ser­wo­wał ją z da­le­ka, za­po­mi­na­jąc, że zno­wu sta­je się ła­twym ce­lem dla in­nych pra­cow­ni­ków.

– A ty na kogo tak się ga­pisz? – za­py­tał go je­den z pra­cu­ją­cych nie­opo­dal męż­czyzn.

Te sło­wa bły­ska­wicz­nie wy­bi­ły go z le­tar­gu. Obej­rzał się i do­strzegł gru­pę męż­czyzn pa­trzą­cych na nie­go z nie­wiel­kiej od­le­gło­ści. Nie lu­bił ich. To byli Ukra­iń­cy, któ­rzy za­wsze mie­li coś do po­wie­dze­nia na każ­dy te­mat.

– Na nic – wy­ją­kał z tru­dem Kry­stian.

– A ja my­ślę, że jed­nak coś ob­ser­wu­jesz – cią­gnął te­mat męż­czy­zna.

– Wy­ko­nu­ję swo­ją pra­cę, ro­bię ob­chód.

– A nie zer­kasz na tę ślicz­ną Bia­ło­ru­sin­kę Ma­rię? – rzu­cił ko­lej­ny pra­cow­nik.

– To nie two­ja liga, wiesz o tym? Po­patrz na nią i po­patrz na sie­bie – za­kpił na­stęp­ny.

– Pew­nie ro­bisz na nią spro­śne rze­czy, co, Kry­stian? – do­dał inny.

Kry­stian po­czer­wie­niał. Złość wez­bra­ła w nim jak fala, ale nie miał od­wa­gi od­po­wie­dzieć. Męż­czyź­ni za­czę­li śmiać się na głos i po­ka­zy­wać go pal­ca­mi.

„Nie mogą prze­stać, za­wsze mu­szą zna­leźć ko­goś do gnę­bie­nia” – prze­mknę­ło mu przez myśl. Od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył w stro­nę po­miesz­cze­nia z ka­me­ra­mi. „Ko­lej­ny raz mnie upo­ko­rzy­li” – po­my­ślał w du­chu. Wie­dział jed­nak, że i tak nic z tym nie zro­bi. Nie miał w so­bie ani siły, ani od­wa­gi.

W po­ko­ju z ka­me­ra­mi sie­dział dru­gi ochro­niarz – jego ko­le­ga Adam. Gdy za­uwa­żył, w ja­kim sta­nie Kry­stian wró­cił z ob­cho­du, od razu za­py­tał:

– Zno­wu się z cie­bie na­bi­ja­li?

– Nie­waż­ne – mruk­nął Kry­stian.

– Mu­sisz coś z tym zro­bić. Moja rada: albo im się po­staw, albo w koń­cu za­ga­daj do tej dziew­czy­ny, a nie ga­pisz się na nią jak ja­kiś psy­cho­pa­ta.

– To nie ta­kie ła­twe. Nie chcę o tym roz­ma­wiać – od­burk­nął Kry­stian, od­wró­cił się ple­ca­mi do ko­le­gi i uda­wał, że prze­glą­da ka­me­ry.

W głę­bi du­szy wie­dział, że tyl­ko Adam w tej fir­mie roz­ma­wia z nim po ludz­ku. Tyl­ko on ży­czył mu do­brze. Ale w tej chwi­li nie miał ocho­ty na rady ani dys­ku­sje. Za­ło­żył słu­chaw­ki, żeby nikt mu nie prze­szka­dzał, usiadł na fo­te­lu i wy­łą­czył się na chwi­lę, pa­trząc bez­na­mięt­nie w ekra­ny mo­ni­to­rin­gu.

9.

Mar­cin wła­śnie wsia­dał do swo­je­go auta, kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon. W pierw­szej chwi­li miał ocho­tę zi­gno­ro­wać po­łą­cze­nie, ale coś mu pod­po­wie­dzia­ło, że to może być waż­ne. Się­gnął po ko­mór­kę i spoj­rzał na wy­świe­tlacz – na­czel­nik.

– Ko­mi­sa­rzu, mamy mor­der­stwo. Po­da­ję ad­res, tech­ni­cy już jadą, pan też musi się tam na­tych­miast sta­wić – usły­szał w słu­chaw­ce chłod­ny, służ­bo­wy ton.

Mar­cin wes­tchnął prze­cią­gle.

– Sze­fie, mam dziś wol­ne… – pró­bo­wał jesz­cze opo­no­wać.

– Nie dziś. To roz­kaz.

Po­łą­cze­nie za­koń­czy­ło się szyb­ciej, niż się za­czę­ło. Mar­cin za­klął pod no­sem. Nie tak wy­obra­żał so­bie nie­dziel­ny wie­czór po bez­sen­nej nocy, któ­rą spę­dził z Mar­tą. Li­czył na sen, ci­szę i nic­nie­ro­bie­nie.

Dziew­czy­na co­raz bar­dziej mu się po­do­ba­ła – co rzad­ko się zda­rza­ło. Zwy­kle nie spo­ty­kał się dwa razy z tą samą ko­bie­tą. Mar­ta była inna. Stu­dio­wa­ła pra­wo i do­ra­bia­ła w ba­rze, bo nie chcia­ła być od ni­ko­go za­leż­na – a do tego była cho­ler­nie pięk­na. Mia­ła w so­bie coś z ognia – jej spoj­rze­nie wbi­ja­ło się pod skó­rę, a zgrab­ne cia­ło wy­raź­nie świad­czy­ło o re­gu­lar­nym wy­sił­ku fi­zycz­nym.

Nie do­wie­dział się jed­nak, jaki sport upra­wia – zbyt mało było w ich spo­tka­niach miej­sca na roz­mo­wy. Ich wie­czo­ry wy­peł­nia­ły seks, al­ko­hol i ulot­na na­mięt­ność.

Zre­zy­gno­wa­ny wsiadł do auta i ru­szył w stro­nę ad­re­su po­da­ne­go przez na­czel­ni­ka. Zno­wu nie­dzie­la, zno­wu krew. Prze­kli­nał w du­chu, że zbrod­nie nie mają har­mo­no­gra­mu. Choć sta­ty­sty­ki po­ka­zy­wa­ły, że week­en­dy by­wa­ją naj­gor­sze, on wciąż na­iw­nie li­czył na to, że tym ra­zem bę­dzie ina­czej.

Na miej­scu cze­kał już pro­ku­ra­tor An­drzej­czak – wy­so­ki si­wie­ją­cy męż­czy­zna o wiecz­nie zmę­czo­nym spoj­rze­niu, któ­ry wy­glą­dał, jak­by każ­dy dzień był dla nie­go jed­no­cze­śnie po­nie­dział­kiem i piąt­kiem.

– Do­bry wie­czór – przy­wi­tał się Mar­cin.

– Do­bry… ra­czej nie­do­bry – burk­nął pro­ku­ra­tor. – Tech­ni­cy już są, ale musi być ktoś od śled­czych. Mu­si­my coś usta­lić, resz­tę po­pchnie­my ju­tro. Też chcę w koń­cu usiąść do ko­la­cji.

– Do­bry plan – przy­tak­nął Mar­cin.

Wspię­li się po skrzy­pią­cych scho­dach sta­rej ka­mie­ni­cy na Pra­dze. W kuch­ni za­sta­li cia­ło męż­czy­zny. Krew była wszę­dzie – na sto­le, bla­cie i pod­ło­dze. Wśród krwa­wych plam wa­la­ły się bu­tel­ki po ta­nim al­ko­ho­lu, reszt­ki chip­sów i nie­do­pał­ki.

– Co mamy? – rzu­cił Mar­cin do jed­ne­go z tech­ni­ków.

– Męż­czy­zna, oko­ło trzy­dziest­ki. Wy­glą­da na ofia­rę ata­ku no­żem. Wie­le ran kłu­tych w klat­ce pier­sio­wej. Wię­cej po sek­cji.

– Czy­li nie sa­mo­bój – wtrą­cił pro­ku­ra­tor.

– Zde­cy­do­wa­nie nie.

– Do­bra, czy­li szu­ka­my spraw­cy. Na­pisz mi coś do rana, resz­tą zaj­mie­my się ju­tro – rzu­cił pro­ku­ra­tor z wes­tchnie­niem. – Mam jesz­cze de­ser cze­ko­la­do­wy w lo­dów­ce.

– Do­brze, pa­nie pro­ku­ra­to­rze – od­parł Mar­cin. Z ulgą przy­jął wia­do­mość, że nie bę­dzie się dziś grze­bał w pa­pie­ro­lo­gii. Ju­tro też jest dzień.

Kie­dy spi­sy­wał no­tat­ki, An­drzej­czak przy­glą­dał mu się uważ­nie. Wy­obra­żał so­bie ko­goś in­ne­go, gdy my­ślał o po­li­cjan­cie, któ­ry miał­by mu po­móc zła­pać Ksa­we­re­go. Ale może wła­śnie ten typ – spo­koj­ny, z chłod­nym spoj­rze­niem i zmę­czo­ną twa­rzą – oka­że się naj­sku­tecz­niej­szy.

Ze­szli na dół, na we­wnętrz­ne po­dwór­ko. Mie­li już się roz­cho­dzić, gdy pro­ku­ra­tor za­trzy­mał go py­ta­niem:

– Mogę mieć do ko­mi­sa­rza proś­bę?

– To za­le­ży jaką – od­po­wie­dział ostroż­nie Mar­cin.

– Wiem, że za­trzy­mał pan spraw­ców po­bi­cia tego chło­pa­ka… Szyb­ko panu po­szło. Chło­pak się wy­bu­dził, może ze­zna­wać. Jego oj­ciec to mój zna­jo­my, wy­so­ko po­sta­wio­ny urzęd­nik w Mi­ni­ster­stwie Spra­wie­dli­wo­ści. Czy mógł­by pan jesz­cze raz się tym za­jąć?

– Ale… prze­ka­za­łem spra­wę in­nym śled­czym. Zro­bi­łem swo­je – od­parł za­sko­czo­ny Mar­cin.

– Tak, ro­zu­miem, ale bar­dzo bym pro­sił. Będę pana dłuż­ni­kiem. A to cza­sem się przy­da­je.

Mar­cin przez chwi­lę mil­czał. Wie­dział, że może od­mó­wić. Jed­nak w tej bran­ży do­bre re­la­cje z pro­ku­ra­to­ra­mi by­wa­ły bez­cen­ne. Może kie­dyś role się od­wró­cą i to on bę­dzie po­trze­bo­wał przy­słu­gi.

– Ja­sne. Sko­ro pan pro­ku­ra­tor tak ład­nie pro­si… za­ła­twię to ju­tro.

– Świet­nie, bar­dzo dzię­ku­ję. Ju­tro jak naj­bar­dziej pa­su­je.

Uści­snę­li so­bie dło­nie. Po­tem wsie­dli do sa­mo­cho­dów i od­je­cha­li w dwa róż­ne kie­run­ki – je­den w stro­nę ele­ganc­kie­go domu z ko­la­cją i wi­nem, dru­gi do ka­wa­ler­ki z zim­ną piz­zą i ścia­ną no­ta­tek.

10.

Kry­stian wró­cił po pra­cy do domu. Cięż­ka i dłu­ga noc­ka, któ­rą wła­śnie skoń­czył, była wy­jąt­ko­wo wy­czer­pu­ją­ca. Je­den z pra­cow­ni­ków zo­stał przy­ła­pa­ny pod wpły­wem al­ko­ho­lu i ochro­nia­rze mu­sie­li go usu­nąć z za­kła­du, co na­tych­miast wy­wo­ła­ło kon­flikt z resz­tą za­ło­gi, któ­ra sta­nę­ła w obro­nie zwol­nio­ne­go.

Jed­nak kie­row­nik zmia­ny był nie­ugię­ty – ka­zał na­tych­miast wy­rzu­cić typa z te­re­nu za­kła­du i w try­bie dys­cy­pli­nar­nym za­koń­czyć współ­pra­cę. Kry­stian, bę­dąc ra­czej drob­nej po­stu­ry, dłu­go si­ło­wał się z tę­gim męż­czy­zną. Gdy­by nie po­moc Ada­ma, nie dał­by so­bie rady. Od­cho­dząc, pi­ja­ny ro­bot­nik rzu­cał w ich stro­nę groź­by i prze­kleń­stwa, ale obaj ochro­nia­rze po­sta­no­wi­li to zi­gno­ro­wać.

Przez całą tę sy­tu­ację Kry­stian nie mógł spę­dzić cza­su na ob­ser­wo­wa­niu Ma­rii przez ka­me­ry. A ro­bił to za­wsze, gdy tyl­ko miał chwi­lę spo­ko­ju.

Do domu wró­cił, gdy za oknem już świ­ta­ło. Po­wie­trze było cie­płe i lek­kie – pach­nia­ło lipą, ku­rzem i po­ran­kiem. Świat zda­wał się wła­śnie bu­dzić do ży­cia, a on ma­rzył tyl­ko o tym, by na chwi­lę je wy­łą­czyć.

Za­raz po wej­ściu do kuch­ni na­tknął się na pa­nią Ja­dzię – wła­ści­ciel­kę miesz­ka­nia. Star­sza ko­bie­ta, nie ma­jąc ro­dzi­ny w oko­li­cy, po­zwo­li­ła mu za­miesz­kać na stry­chu w za­mian za do­raź­ną po­moc wo­kół domu.

Pani Ja­dzia, choć w po­de­szłym wie­ku, była wciąż za­ska­ku­ją­co ru­chli­wa. Kie­dy mia­ła lep­sze dni, już od rana krzą­ta­ła się po miesz­ka­niu, go­tu­jąc lub pie­kąc roz­ma­ite przy­sma­ki, któ­ry­mi chęt­nie dzie­li­ła się z Kry­stia­nem. On sam – z bra­ku umie­jęt­no­ści, ale i z le­ni­stwa – rzad­ko za­pusz­czał się do kuch­ni. Ja­dał głów­nie mro­żon­ki albo go­tow­ce, za co star­sza ko­bie­ta nie­ustan­nie go kar­ci­ła. Gdy tyl­ko mia­ła siły, go­to­wa­ła mu coś do­mo­we­go. Kry­stian do­ce­niał tę re­la­cję. Dbał o nią, po­ma­gał jej w na­pra­wach, no­sił za­ku­py, wy­no­sił śmie­ci. Ich współ­ist­nie­nie przy­po­mi­na­ło ci­chą, peł­ną sza­cun­ku sym­bio­zę.

Cza­sem miał wra­że­nie, że pani Ja­dzia była dla nie­go kimś wię­cej niż tyl­ko go­spo­dy­nią. Była jak… wer­sja mat­ki, któ­rej ni­g­dy nie znał.

Kry­stian ni­g­dy nie po­znał swo­ich ro­dzi­ców. Je­dy­ne, co pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa, to po­nu­ry dom dziec­ka, z któ­re­go sta­rał się uciec naj­szyb­ciej, jak tyl­ko mógł. Uda­ło mu się to za­raz po osiem­na­stych uro­dzi­nach.

Dom dziec­ka ko­ja­rzył mu się wy­łącz­nie z krzyw­dą, bó­lem i cier­pie­niem, któ­rych do­świad­czył ze stro­ny star­szych wy­cho­wan­ków. Opie­ku­no­wie rów­nież nie oka­zy­wa­li współ­czu­cia. Dla­te­go wspo­mnie­nie dzie­ciń­stwa było w jego pa­mię­ci czar­ną, roz­my­tą pla­mą, do któ­rej wo­lał nie wra­cać. Na samą myśl prze­cho­dzi­ły go ciar­ki.

Pani Ja­dzia, kie­dy tyl­ko zo­ba­czy­ła Kry­stia­na, uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko swo­imi sztucz­ny­mi zę­ba­mi i od razu za­pro­si­ła go do kuch­ni.

– Kry­stian, wi­taj, tak na cie­bie cze­ka­łam. Upie­kłam świe­że bu­łecz­ki, zje­my ra­zem na śnia­da­nie, do­brze?

Kry­stian od­po­wie­dział uśmie­chem. Wie­dział, że nie po­tra­fi so­bie od­mó­wić jej do­mo­wych wy­pie­ków.

– Oczy­wi­ście. Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. Na­wet mam w tor­bie mle­ko, to może i kawa się znaj­dzie?

– Ojj ty, za­wsze pa­mię­tasz o ta­kich rze­czach. Je­steś ko­cha­ny.

Te sło­wa go roz­czu­li­ły. Rzad­ko sły­szał coś cie­płe­go pod swo­im ad­re­sem. Wsta­wił czaj­nik, roz­ło­żył dwa ta­le­rzy­ki i już po chwi­li sie­dzie­li ra­zem przy ku­chen­nym sto­le, je­dząc bu­łecz­ki i cze­ka­jąc na kawę.

Choć star­sza ko­bie­ta była mu cał­kiem obca, sta­ła się w jego ży­ciu kimś bli­skim – je­dy­ną oso­bą, z któ­rą na­praw­dę roz­ma­wiał. Poza nią i Ada­mem nikt nie trak­to­wał go życz­li­wie. Dla resz­ty był dzi­wa­kiem. Ci­chym, ni­ja­kim, ła­twym do ośmie­sze­nia.

Po śnia­da­niu Kry­stian wspiął się na górę do swo­je­go po­ko­ju na stry­chu. Był wy­koń­czo­ny po noc­nej zmia­nie, ale za­nim za­snął, przy­po­mniał so­bie, że obie­cał jed­ne­mu z są­sia­dów wy­wieźć śmie­ci. To była do­dat­ko­wa for­ma za­rob­ku – za nie­wiel­ką opła­tą wy­ko­ny­wał drob­ne zle­ce­nia: prze­wóz me­bli, wy­wóz rze­czy, cza­sem drob­ne na­pra­wy.

Wła­śnie dla­te­go ku­pił swo­je­go sta­re­go Sprin­te­ra. Mimo że był wy­słu­żo­ny, ide­al­nie spraw­dzał się w pra­cy. Kry­stian do­ra­biał, jak mógł. Pen­sja ochro­nia­rza nie wy­star­cza­ła na zbyt wie­le.

Po­ło­żył się na łóż­ku. Za­sło­nił małe da­cho­we okno gru­bą za­sło­ną, ale mimo wszyst­ko nie mógł za­snąć. Wier­cił się, prze­wra­cał z boku na bok, czuł go­rą­co, roz­draż­nie­nie, na­pię­cie.

Zno­wu my­ślał o Ma­rii. Jej twarz, jej ru­chy, spo­sób, w jaki po­pra­wia­ła wło­sy pod czep­kiem ochron­nym – wszyst­ko to po­wra­ca­ło jak nar­ko­tyk. Krew pul­so­wa­ła mu w skro­niach. Ale coś było ina­czej. Tym ra­zem w jego gło­wie po­ja­wił się ob­raz Ka­tii.

Ta dziew­czy­na z pra­cy. Za­wsze uśmiech­nię­ta, za­wsze pierw­sza do żar­tów – szcze­gól­nie z nie­go. To Ka­tia mó­wi­ła, że wy­glą­da, jak­by nie spał od ty­go­dnia, że pa­trzy na lu­dzi jak psy­cho­pa­ta i że pew­nie w domu gada sam do sie­bie. Śmia­ła się ra­zem z in­ny­mi, a cza­sem naj­gło­śniej ze wszyst­kich. Na­gle wszyst­kie cie­płe uczu­cia wo­bec Ma­rii za­czę­ły ga­snąć, jak­by ktoś za­krę­cił ku­rek. Za­miast nich po­ja­wi­ła się złość. Zim­na, lep­ka i wpeł­za­ją­ca pod skó­rę.

Chciał, żeby Ka­tii zro­bi­ło się głu­pio. Żeby prze­sta­ła się śmiać. Żeby zo­ba­czy­ła, że on też coś zna­czy.

Wziął te­le­fon i zna­lazł jej pro­fil na In­sta­gra­mie. Prze­glą­dał zdję­cia – z wa­ka­cji, ze zna­jo­my­mi, w bi­ki­ni, z drin­kiem na tle mo­rza. Po­czuł, jak wzbie­ra w nim na­pię­cie. Nie mia­ło w so­bie nic z czu­ło­ści – tyl­ko wście­kłość i po­gar­dę. Nie chciał jej do­ty­kać. Chciał, żeby cier­pia­ła. Jak on.

Wy­obraź­nia za­czę­ła pra­co­wać. W jego gło­wie ro­dził się sce­na­riusz ze­msty. Ob­ra­zy były gwał­tow­ne, brud­ne, dusz­ne. O niej. O tym, że już się nie śmie­je. Że pa­trzy na nie­go ze stra­chem, a nie z kpi­ną.

„Kto te­raz jest prze­gry­wem?” – sły­szał w gło­wie swój wła­sny głos, gar­dło­wy, obcy.

Dy­szał. Dło­nie mu drża­ły. W gło­wie krą­ży­ły sło­wa, któ­rych ni­g­dy nie wy­po­wie­dział­by na głos. Za­mknął oczy. Przez mo­ment czuł się, jak­by rze­czy­wi­stość prze­sta­ła ist­nieć. Jak­by zo­stał sam ze swo­ją fu­rią, pod­nie­ce­niem i po­gar­dą.

Do­szedł szyb­ko. Zbyt szyb­ko. I z za­sko­cze­niem. Otwo­rzył oczy, wpa­trzo­ny bez­na­mięt­nie w su­fit. Na­gle wszyst­ko uci­chło. Tyl­ko pul­so­wał mu kark, a w gło­wie pa­no­wał ba­ła­gan.

– Czy ja je­stem cho­ry? – wy­szep­tał sam do sie­bie.

Nie znał od­po­wie­dzi. Może już daw­no prze­sta­ło to mieć zna­cze­nie.

Odło­żył te­le­fon. Le­żał nagi na łóż­ku. My­śli krą­ży­ły w kół­ko.

Gdzieś po­mię­dzy jawą a snem wy­po­wie­dział jesz­cze jed­no zda­nie. Ci­cho, jak mo­dli­twę:

– Tak bar­dzo bym chciał cię uka­rać, Ka­tia.

Za­snął twar­dym, nie­ru­cho­mym snem. Jak gdy­by coś w nim zo­sta­ło wy­łą­czo­ne.

11.

Gru­cha wszedł do ko­mi­sa­ria­tu. W jed­nej ręce trzy­mał ku­bek kawy, dru­gą po­pra­wiał roz­pi­na­ną blu­zę. Na scho­dach mi­nął ko­le­gę z wy­dzia­łu, któ­ry rzu­cił mi­mo­cho­dem:

– Szu­ka cię na­czel­nik.

Nie była to żad­na no­wość. Na­czel­nik za­wsze cze­goś chciał. A szcze­gól­nie od nie­go. Mar­cin wes­tchnął, zmie­nił kie­ru­nek i za­miast iść do swo­je­go ga­bi­ne­tu, ru­szył pro­sto pod drzwi prze­ło­żo­ne­go. Za­trzy­mał się na chwi­lę, ze­brał my­śli, za­pu­kał zde­cy­do­wa­nie.

– Wejść – usły­szał zza drzwi.

Otwo­rzył je szyb­kim ru­chem, wszedł jesz­cze pew­niej i bez cze­ka­nia na za­pro­sze­nie usiadł na krze­śle.

– Sły­sza­łem, że mnie pan na­czel­nik szu­kał?

– Gru­cha… ty dużo wiesz, ale cza­sa­mi jesz­cze wię­cej nie wiesz.

– Nie bar­dzo ro­zu­miem. Mówi pan za­gad­ka­mi, pa­nie na­czel­ni­ku.

– Za­mknij się. Po­trze­bu­ję od­po­wie­dzi, nie dys­ku­sji.

– To słu­cham py­tań – rzu­cił Mar­cin z bez­czel­nym uśmie­chem.

– By­łeś wczo­raj na tej miej­sców­ce, co cię tam wy­sła­łem?

– Zga­dza się.

– Zro­bi­łeś ra­port?

– Skoń­czę za trzy­dzie­ści mi­nut. Za­pew­ne pan na­czel­nik nie za­uwa­żył, była nie­dzie­la, czy­li mój wol­ny dzień. Kie­dy wszy­scy grza­li ka­na­pę, ja je­cha­łem na ja­kąś do­mo­wą rzeź.

– Ty mi się tu nie mą­drzyj. Wy­sła­łem cię, bo ostat­nio spie­przy­łeś kil­ka spraw i by­łeś, de­li­kat­nie mó­wiąc, nie­kom­pe­tent­ny. To było two­je od­ku­pie­nie.

– No do­bra, do­bra. Żar­tu­ję. Se­rio, za­raz sią­dę i to zro­bię.

– Dru­ga kwe­stia: kto tam był z tobą?

– Tech­ni­cy i ja­kiś pro­ku­ra­tor… za­po­mnia­łem na­zwi­ska, mam za­pi­sa­ne.

– Za­po­mnia­łeś? A je­steś pe­wien, że masz tam kawę w tym kub­ku? – Na­czel­nik zmru­żył oczy i spoj­rzał po­dejrz­li­wie.

– Może pan spraw­dzić. – Mar­cin pod­su­nął mu ku­bek pod nos.

– Za­bie­raj mi to sprzed twa­rzy. Spra­wa jest taka: ten pro­ku­ra­tor na­pi­sał na cie­bie po­chwa­łę. Po­wie­dział, że wy­ka­za­łeś się wzo­ro­wym po­dej­ściem. Mało tego, po­pro­sił ko­men­dan­ta, że­byś to ty prze­słu­chał chło­pa­ka, któ­ry się wy­bu­dził. Coś ci to mówi?

– Mó­wił, że pro­sił­by, że­bym się tym za­jął. Ale o po­chwa­łach nic nie wspo­mi­nał. Może ja­kaś pre­mia się szy­ku­je? – Gru­cha zno­wu uśmiech­nął się bez­czel­nie.

– Prze­słu­chaj tego chło­pa­ka. Sam nie wiem, cze­mu to dla nich ta­kie waż­ne, ale sko­ro ko­men­dant aż się go­tu­je, to może coś w tym jest. A kto by się spo­dzie­wał, że An­drzej­czak – aku­rat on – cię po­chwa­li. No ale wi­docz­nie ta­kie cha­rak­te­ry się przy­cią­ga­ją.

– Ja­kie cha­rak­te­ry? – Mar­cin spoj­rzał głup­ko­wa­to.

– Mo­żesz odejść. Ra­port i prze­słu­cha­nie to two­je za­da­nia na dziś. Od­mel­do­wać się, Gru­czyń­ski.

Mar­cin bez sło­wa wstał i wy­szedł z ga­bi­ne­tu. Przed na­czel­ni­kiem nie za­mie­rzał tego oka­zy­wać, ale w środ­ku był nie­co za­sko­czo­ny. Po­chwa­ła? Za co? Prze­cież nie zro­bił nic wiel­kie­go poza da­niem sło­wa, że prze­słu­cha chło­pa­ka. A jed­nak – już mu się to opła­ci­ło. „Do­bra de­cy­zja” – po­my­ślał.

Za­sta­na­wia­ło go jed­no: kie­dy pro­ku­ra­tor zdą­żył wy­sto­so­wać po­chwa­łę i za­ła­twić for­mal­no­ści w po­nie­dział­ko­wy po­ra­nek? Czy ten czło­wiek w ogó­le sy­pia? Prze­bie­gło mu to przez gło­wę, ale po­sta­no­wił się tym nie przej­mo­wać. Przed nim był pra­co­wi­ty dzień, a wie­czo­rem pla­no­wał wy­sko­czyć na piwo z chło­pa­ka­mi z wy­dzia­łu. Nie chciał sie­dzieć w ro­bo­cie do póź­na.

Za­raz po skoń­cze­niu ra­por­tu wy­słał go na­czel­ni­ko­wi, spa­ko­wał gra­ty do ple­ca­ka, wło­żył kurt­kę i ru­szył do wyj­ścia. Na scho­dach spo­tkał ko­mi­sa­rza Da­wi­da Ko­nop­skie­go, swo­je­go part­ne­ra z sek­cji.

– Wy­cho­dzisz dzi­siaj z nami na piwo? – rzu­cił Da­wid.

– Ja­sne. A gdzie idzie­my?

– Kie­dyś by­śmy po­szli do La Joyi, ale po ostat­niej ak­cji z ochro­nia­rza­mi… śred­nio by to wy­glą­da­ło.

– No fakt, tro­chę kwas. Ale nie było wyj­ścia. Na­pisz mi SMS-a, gdzie bę­dzie zbiór­ka. Do­ja­dę.

– Może uda się coś po­de­rwać na mie­ście – za­śmiał się Da­wid.

– Może. Do­bra, lecę. Do póź­niej.

Mar­cin wsiadł do służ­bo­we­go BMW i ru­szył w stro­nę szpi­ta­la, gdzie prze­by­wa­ła ofia­ra po­bi­cia – mło­dy chło­pak, któ­ry cu­dem prze­żył.

12.

Ksa­we­ry sie­dział w swo­im biu­rze. Zjadł śnia­da­nie i spraw­dzał fak­tu­ry. Mimo że wpa­try­wał się w rzę­dy cy­fe­rek, kom­plet­nie nie mógł się na nich sku­pić.

W koń­cu wstał od du­że­go, ma­syw­ne­go, dę­bo­we­go biur­ka i pod­szedł do sza­fy. Wy­cią­gnął szklan­kę, na­lał so­bie whi­sky i wy­pił dusz­kiem. Się­gnął do kie­sze­ni kurt­ki po pa­pie­ro­sy i od­pa­lił jed­ne­go. Usiadł na ka­na­pie sto­ją­cej w rogu po­ko­ju.

Cięż­ki, gry­zą­cy dym pa­pie­ro­so­wy uno­sił się w po­wie­trzu. Biu­ro na za­ple­czu, po­zba­wio­ne okna, oświe­tla­ne je­dy­nie gołą ża­rów­ką, wy­glą­da­ło jak cela prze­słu­chań – cia­sne, przy­du­szo­ne, mrocz­ne. Dym za­wisł w po­wie­trzu, spra­wia­jąc, że po­miesz­cze­nie wy­da­wa­ło się jesz­cze ciem­niej­sze.

Ksa­we­ry wziął głę­bo­ki od­dech i za­czął ner­wo­wo cho­dzić po po­ko­ju. Zbyt wie­le spraw za­czę­ło się sy­pać.

Naj­pierw ten gów­niarz w klu­bie. Na po­cząt­ku wy­da­wa­ło mu się to bła­host­ką, te­raz wie­dział, że mogą wy­nik­nąć z tego po­waż­ne pro­ble­my. Mimo że wy­słał trzech praw­ni­ków dla swo­ich ochro­nia­rzy, do tej pory nie opu­ści­li aresz­tu. Pro­ku­ra­tor wy­dał de­cy­zję, że mają tam sie­dzieć.

„Pie­przo­ny urzę­das” – po­my­ślał gang­ster.

Do tego jesz­cze za­trzy­ma­nie ca­łe­go trans­por­tu nar­ko­ty­ków ze wschod­niej gra­ni­cy. Nie dość, że nie do­tarł to­war, to jesz­cze cały wkład po­szedł się je­bać. Cały czas pró­bo­wał roz­gryźć jed­no py­ta­nie: ja­kim cu­dem cel­ni­cy wie­dzie­li, kie­dy i któ­rę­dy idzie trans­port?

Nie da­wa­ło mu to spo­ko­ju. Pę­tla się za­ci­ska­ła, a on nie zno­sił, gdy coś wy­my­ka­ło mu się spod kon­tro­li.

Szyb­kim ru­chem wstał, otwo­rzył ner­wo­wo sza­fę i na­lał so­bie ko­lej­ną por­cję whi­sky.

My­ślał, że może któ­ryś z ochro­nia­rzy pu­ścił parę z gęby, ale prze­cież nie wie­dzie­li o trans­por­cie. Nie byli w to wta­jem­ni­cze­ni.

Na do­miar złe­go ten Gru­cha cały czas sie­dział mu na ogo­nie. Od mie­się­cy pró­bo­wał go do­rwać, ale do tej pory ni­cze­go nie uda­ło mu się udo­wod­nić.

Skoń­czył drin­ka. Nie mógł się sku­pić na fak­tu­rach. Wi­dział tyl­ko, że week­end był uda­ny – zy­ski w klu­bie wy­glą­da­ły oka­za­le. Cho­ciaż tyle. Taka ilość go­tów­ki za­wsze da­wa­ła pole do ma­new­ru. I do pra­nia.

Wstał w koń­cu od sto­łu, otwo­rzył drzwi.

– Ka­ro­li­na! – za­wo­łał jed­ną z kel­ne­rek.

– Tak, sze­fie – do­bie­gło z od­da­li.

– Po­wiedz kie­row­cy, żeby szy­ko­wał auto. Mu­szę gdzieś pod­je­chać.

Wie­dział, że z trans­por­tem nie­wie­le już da się zro­bić. Ca­łość prze­pa­dła, ale może uda się od­zy­skać choć skra­wek – co­kol­wiek, co nie wpa­dło w ręce cel­ni­ków. Mu­siał spró­bo­wać.

Po­sta­no­wił od­wie­dzić czło­wie­ka, któ­ry za­ła­twiał wszyst­ko na gra­ni­cy. Może coś się da wy­tar­go­wać. Może za do­dat­ko­wą go­tów­kę… a je­śli to nie za­dzia­ła – prze­moc za­wsze była sku­tecz­na. Spraw­dza­ła się wcze­śniej, spraw­dzi się i te­raz.

Ta myśl go uspo­ko­iła. Przy­wró­ci­ła mu po­czu­cie kon­tro­li.

Z lek­kim uśmie­chem wy­szedł na ze­wnątrz. Auto już cze­ka­ło – sil­nik mru­czał, kie­row­ca miał wzrok wbi­ty w lu­ster­ko.

Ksa­we­ry wsiadł bez sło­wa i za­trza­snął za sobą drzwi.

13.

Mar­cin za­je­chał pod szpi­tal, za­par­ko­wał auto i ru­szył w stro­nę wej­ścia. Już przy drzwiach mło­da pie­lę­gniar­ka po­in­for­mo­wa­ła go, gdzie leży jego pa­cjent, i ko­mi­sarz skie­ro­wał się pro­sto do po­ko­ju nu­mer sto dwa­dzie­ścia.

Sta­nął przed drzwia­mi, za­pu­kał i wszedł do środ­ka. Mło­dy męż­czy­zna le­żał przy sa­mym oknie i ga­pił się w te­le­wi­zor. W sali było jesz­cze dwóch in­nych pa­cjen­tów – ra­zem z nim w mil­cze­niu oglą­da­li ja­kiś pro­gram.

Po­miesz­cze­nie było nie­du­że, ale urzą­dzo­ne no­wo­cze­śnie. Łóż­ka, po­ściel, te­le­wi­zor – wszyst­ko wy­glą­da­ło, jak­by do­pie­ro co zo­sta­ło tu wsta­wio­ne. Zu­peł­nie nie tak wy­obra­żał so­bie szpi­tal. W jego gło­wie te miej­sca za­wsze były sza­re, cuch­ną­ce i z cza­sów Gier­ka.

Mar­cin pod­szedł do chło­pa­ka. Przy­su­nął so­bie ta­bo­ret, usiadł i na­chy­lił się nad nim.

– Se­we­ryn Bor­kow­ski?

Chło­pak ob­ser­wo­wał go od mo­men­tu, gdy tyl­ko wszedł do sali. Mar­cin zda­wał so­bie z tego spra­wę, ale nie prze­jął się tym szcze­gól­nie. To­wa­rzy­sze nie­do­li Bor­kow­skie­go też pa­trzy­li. Ich wzrok śle­dził każ­dy ruch ko­mi­sa­rza, jak­by byli jego pry­wat­ny­mi ochro­nia­rza­mi. Mar­cin czuł ich spoj­rze­nia na kar­ku.

Se­we­ryn da­lej nie od­ry­wał od nie­go wzro­ku. Wpa­try­wał się bez­na­mięt­nie, bez sło­wa.

– O ile wiem, na ra­zie nie mo­żesz cho­dzić – rzu­cił chłod­no Mar­cin. – Ale mó­wić mo­żesz. To jak się na­zy­wasz?

– Se­we­ryn Bor­kow­ski – od­po­wie­dział ci­cho chło­pak, nie kry­jąc zdzi­wie­nia.

– Su­per. To naj­waż­niej­sze mamy już usta­lo­ne.

Mar­cin nie mógł znieść pa­lą­ce­go spoj­rze­nia współ­lo­ka­to­rów mło­de­go męż­czy­zny. Od­wró­cił się do nich, spoj­rzał wy­mow­nie, wy­cią­gnął le­gi­ty­ma­cję służ­bo­wą i rzu­cił:

– Pa­no­wie, będę mu­siał tu prze­słu­chać tego mło­de­go czło­wie­ka. Czy mo­gli­by­ście opu­ścić po­kój? Te­le­no­we­lę obej­rzy­cie so­bie na po­po­łu­dnio­wej po­wtór­ce. Dzię­ku­ję.

Nie cze­kał na re­ak­cję. Od­wró­cił się z po­wro­tem do chło­pa­ka. Po chwi­li usły­szał je­dy­nie skrzy­pie­nie łó­żek i dźwięk za­my­ka­nych drzwi. Do­pie­ro te­raz przyj­rzał się do­kład­nie Se­we­ry­no­wi.

Jed­na ręka w gip­sie. Obie nogi rów­nież. Twarz – poza si­nia­kiem pod okiem – wy­glą­da­ła na nie­tknię­tą, ale ban­daż okrę­co­ny wo­kół gło­wy su­ge­ro­wał, że to tyl­ko po­zo­ry. Tur­ban z bia­łe­go ma­te­ria­łu był prze­siąk­nię­ty lek­ką smu­gą krwi tuż przy kar­ku. Uciekł śmier­ci o mi­li­me­try.

– Ale cię urzą­dzi­li, co? Dłu­go się bę­dziesz ku­ro­wał.

– Le­ka­rze mó­wią, że i tak mia­łem szczę­ście… ja­kiś we­wnętrz­ny wy­lew, uraz gło­wy… Fart, że prze­ży­łem.

– Za co cię tak sko­pa­li?

– Nic wiel­kie­go. – Chło­pak wy­raź­nie się za­wsty­dził; spu­ścił wzrok.

– Słu­chaj. Będę z tobą szcze­ry. Twój sta­ry to duża szy­cha. Do­sta­łem zle­ce­nie, żeby cię prze­słu­chać. Ja, szcze­rze, mam w du­pie, kim jest twój oj­ciec. Ale mój ko­men­dant już nie. Ja mam ro­bić swo­je. Je­śli przez cie­bie wdep­nę w gów­no, bo nic mi nie po­wiesz, to wró­cę do tych osił­ków, po­wiem, że mi na­ga­da­łeś na nich głu­pot, i wpier­do­lą ci dru­gi raz. Masz wy­bór: albo ga­dasz ze mną, albo z nimi. Tyl­ko że oni sie­dzą już w aresz­cie i ra­czej nie są w na­stro­ju do roz­mów.

– Co? Za­mknę­li­ście ich za to? To mam prze­je­ba­ne… – jęk­nął chło­pak, bla­dy jak ścia­na.

– Jesz­cze nie masz. Jak mi po­wiesz, o co po­szło, to ogar­nę te­mat. Ale mu­szę wie­dzieć, co się wy­da­rzy­ło. No, Se­we­ryn?

Chło­pak prze­łknął śli­nę. Spoj­rzał w bok. Na mo­ment za­milkł. W tle grał ci­cho te­le­wi­zor – ja­kiś se­rial, śmie­chy z offu. Tu, w tej sali, śmiech był jak obca mu­zy­ka.

– Ja i ko­le­ga han­dlo­wa­li­śmy dla jed­ne­go z di­le­rów Ksa­we­re­go. Je­den klient nie za­pła­cił i się ulot­nił. Tam­ten stwier­dził, że to my go wy­sta­wi­li­śmy. Po­wie­dział wszyst­ko sze­fo­wi. Chcia­łem to wy­ja­śnić w klu­bie, ale ci ochro­nia­rze już wie­dzie­li, co mają ro­bić. No i mnie po­bi­li.

– Ech… Wy­tłu­macz mi jed­no. Twój sta­ry to gru­ba ryba. Za­ra­bia kupę kasy. A ty się pa­ku­jesz w ta­kie gów­no?

– Chcia­łem za­im­po­no­wać zna­jo­mym… a poza tym sta­ry nie daje mi tyle, co pan my­śli. Mu­sia­łem się ja­koś usta­wić.

– To co te­raz?

– Nie wiem. Co ja mam zro­bić?

– Nic. Ja to za­ła­twię. Ale kasę mu­sisz mu od­dać. Jak wi­sisz sia­no, to od­da­jesz, wte­dy ja to za­ła­twię. Ja­sne? Po­życz od ojca, mło­dy. Bo jak nie za­pła­cisz, to oni cię… sam wiesz, co zro­bią.

Z cięż­kim wes­tchnie­niem Se­we­ryn wbił wzrok w koł­drę. Już wcze­śniej roz­wa­żał tę opcję, ale coś go po­wstrzy­ma­ło. Te­raz wie­dział, że nie ma wyj­ścia.

– Do­bra – po­wie­dział ci­cho.

– Za­ła­twię ci tro­chę cza­su. Ale mu­sisz się ogar­nąć – pod­su­mo­wał Mar­cin.

– Zgo­da – rzu­cił Se­we­ryn.

Mar­cin wstał, od­su­nął ta­bo­ret nogą, ski­nął gło­wą chło­pa­ko­wi i wy­szedł z sali.

Przed drzwia­mi sta­li współ­lo­ka­to­rzy Se­we­ry­na. Naj­wy­raź­niej pod­słu­chi­wa­li całą roz­mo­wę.

Mar­cin rzu­cił im wy­mow­ne spoj­rze­nie. Przez chwi­lę wy­glą­da­ło, jak­by chciał coś po­wie­dzieć – już otwie­rał usta, ale osta­tecz­nie tyl­ko wes­tchnął, ob­ró­cił się i ru­szył w stro­nę wyj­ścia.

Wsiadł do auta, od­pa­lił sil­nik i skie­ro­wał się w stro­nę ko­men­dy.

W dro­dze za­dzwo­nił do pro­ku­ra­to­ra An­drzej­cza­ka i po­in­for­mo­wał, że spra­wa z Se­we­ry­nem zo­sta­ła za­ła­twio­na. An­drzej­czak wy­raź­nie się ucie­szył – w jego gło­sie sły­chać było ulgę, może na­wet sa­tys­fak­cję. Po­pro­sił o spo­tka­nie, chciał znać wię­cej szcze­gó­łów.

Mar­cin jed­nak prze­ło­żył to na ju­tro – dziś miał jesz­cze kil­ka rze­czy do za­ła­twie­nia i nie miał ocho­ty na roz­mo­wy w czte­ry oczy z urzęd­ni­kiem, któ­ry za­wsze pach­niał kosz­tow­ny­mi cy­ga­ra­mi i mar­twym su­mie­niem.

Póź­nym po­po­łu­dniem, gdy opusz­czał ko­men­dę, ma­rzył tyl­ko o szyb­kim prysz­ni­cu, zim­nym pi­wie i łóż­ku. Ple­cy go bo­la­ły, gło­wa pul­so­wa­ła od nad­mia­ru in­for­ma­cji, a ubra­nie za­czy­na­ło cią­żyć jak zbro­ja.

W ostat­niej chwi­li przy­po­mniał so­bie jed­nak o po­ran­nej obiet­ni­cy – spo­tka­niu z chło­pa­ka­mi na pi­wie. Za­klął w du­chu, że się na to zgo­dził, ale te­raz było mu głu­pio się wy­co­fać. Wes­tchnął i skie­ro­wał się w stro­nę Sta­re­go Mia­sta, do baru, któ­re­go lo­ka­li­za­cję po­de­słał mu w SMS-ie jego part­ner Da­wid.

W dro­dze na miej­sce do­stał jesz­cze wia­do­mość od Mar­ty.

Otwo­rzył SMS-a.

„Może szyb­ki seks u cie­bie?”.

Pro­po­zy­cja brzmia­ła jak speł­nie­nie ma­rzeń po cięż­kim dniu. Przez se­kun­dę się za­wa­hał, pa­trząc na ekran.

Ale nie od­pi­sał. Dziś po­trze­bo­wał cze­goś in­ne­go. Ci­szy mię­dzy ha­ła­sem. Mę­skie­go wie­czo­ru, kil­ku piw i choć­by odro­bi­ny nor­mal­no­ści.

14.

Adam wszedł do ich po­ko­ju z ka­me­ra­mi. Za­stał już tam swo­je­go ko­le­gę, któ­ry sie­dział przy biur­ku, po­pi­ja­jąc her­ba­tę i sku­pia­jąc się na mo­ni­to­rach. Kry­stian czę­sto przy­cho­dził wcze­śniej.

Adam po­dej­rze­wał, że wy­ni­ka­ło to z bra­ku obo­wiąz­ków do­mo­wych i z tego, że Kry­stian był sin­glem. Pra­ca wy­da­wa­ła się waż­ną czę­ścią jego ży­cia – może naj­waż­niej­szą.

Adam nie miał ta­kie­go kom­for­tu. Żona i dwój­ka dzie­ci spra­wia­ły, że na roz­ryw­kę miał nie­wie­le cza­su, a dla sie­bie – jesz­cze mniej. Za­wsze było coś do zro­bie­nia w domu.

Ale nie na­rze­kał. Lu­bił czas spę­dza­ny z ro­dzi­ną, ce­nił sta­bil­ność i ru­ty­nę. Wie­dział, że ma szczę­ście – po pra­cy cze­ka­ło na nie­go coś wię­cej niż ci­sza i ścia­ny.

– Zro­bisz mi tę her­ba­tę? – rzu­cił zdy­sza­ny, za­my­ka­jąc za sobą drzwi do po­ko­ju mo­ni­to­rin­gu.

– Ja­sne – od­po­wie­dział Kry­stian i bez sło­wa wsta­wił wodę.

– Sły­sza­łeś new­sa? – za­py­tał Adam, sia­da­jąc na swo­im krze­śle.

– Nie. Co się sta­ło?

– Bie­drzyc­ki po­sta­no­wił zor­ga­ni­zo­wać im­pre­zę in­te­gra­cyj­ną dla wszyst­kich pra­cow­ni­ków.

– Na­praw­dę? – Kry­stian uniósł brwi i na­pił się her­ba­ty.

– Tak. Po­dob­no w ze­szłym roku za­ro­bił kupę kasy i stwier­dził, że może coś za­fun­do­wać ze­spo­ło­wi. Idziesz?

– Nie wiem. Ra­czej nie… – rzu­cił Kry­stian obo­jęt­nym to­nem.

– Ja bym po­szedł. Chy­ba cały nasz ze­spół się wy­bie­ra. Wy­rwiesz się gdzieś w koń­cu. A może wresz­cie po­ga­dasz z tą Bia­ło­ru­sin­ką? – do­dał Adam z lek­kim uśmie­chem.

Kry­stian nic nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał w ekran, jak­by coś ana­li­zo­wał, ale jego ko­le­ga do­brze wie­dział, że tra­fił w czu­ły punkt.

Kry­stian się za­czer­wie­nił. Za­wsze tak re­ago­wał, gdy ktoś wspo­mi­nał imię dziew­czy­ny, któ­ra mu się po­do­ba­ła – a te­raz wła­śnie tak było z Ma­rią.

Nie po­tra­fił tego ukryć – ru­mie­niec zdra­dzał wię­cej, niż chciał­by przy­znać.

Jed­nak sama myśl o pry­wat­nej roz­mo­wie z nią, poza biu­ro­wym kon­tek­stem, była ku­szą­ca. Może zbyt ku­szą­ca, by cał­ko­wi­cie ją zi­gno­ro­wać. Bez sło­wa po­sta­wił ku­bek z go­rą­cą her­ba­tą na biur­ku ko­le­gi i usiadł na krze­śle.

Adam to za­uwa­żył.

– Po­myśl, to już w na­stęp­ny pią­tek. Ro­ze­rwie­my się, wy­pi­je­my kie­li­cha, bę­dzie faj­nie – rzu­cił z en­tu­zja­zmem i klep­nął Kry­stia­na w ple­cy. Uśmiech­nął się przy tym szcze­rze, bez cie­nia zło­śli­wo­ści.

Chło­pak wziął łyk her­ba­ty. Uśmiech­nął się pod no­sem, ale nie chciał tego po­ka­zać.

Nie był ty­pem, któ­ry się od­sła­nia. Ale nie po­tra­fił też cał­kiem zi­gno­ro­wać ob­ra­zu, jaki za­czął po­wo­li ukła­dać mu się w gło­wie. Per­spek­ty­wa, któ­rą przed­sta­wił Adam, na­praw­dę wy­glą­da­ła ku­szą­co.

Może to fak­tycz­nie do­bra oka­zja, żeby po­ga­dać z Ma­rią. Może je­dy­na.

Ta myśl utkwi­ła w gło­wie Kry­stia­na jak za­dra, któ­rej nie spo­sób się po­zbyć.

15.

Mar­cin gnał wła­śnie na ko­men­dę. Im­pre­za z ko­le­ga­mi skoń­czy­ła się dość szyb­ko, więc za­wi­nął się do domu. Mimo że wy­pił kil­ka piw i kil­ka kie­lisz­ków wód­ki, czuł się tak, jak­by wczo­raj nie wy­pił ani kro­pli.

Po dro­dze wstą­pił jesz­cze po kawę. W tym sa­mym cza­sie za­dzwo­nił te­le­fon – na­czel­nik po­in­for­mo­wał go, że na ko­men­dzie cze­ka już na nie­go pro­ku­ra­tor. Mar­cin obie­cał, że bę­dzie naj­szyb­ciej, jak się da.

Do­my­ślał się, któ­ry to pro­ku­ra­tor – An­drzej­czak – i nie po­tra­fił po­jąć, dla­cze­go zno­wu cze­goś od nie­go chce. Prze­cież wczo­raj po prze­słu­cha­niu chło­pa­ka w szpi­ta­lu przy­go­to­wał ra­port i wy­słał go do na­czel­ni­ka, żeby nikt nie za­rzu­cił mu dzia­ła­nia na wła­sną rękę. A ten da­lej cze­goś chce?

Za­czy­na­ło go to mę­czyć. My­ślał, że jed­na przy­słu­ga wy­star­czy, a wy­glą­da­ło na to, że wcią­ga go to w coś wię­cej. Ale za­raz skar­cił się w du­chu – jesz­cze na­wet nie wie­dział, cze­go An­drzej­czak chce. Może to bła­host­ka. Może.

Za­je­chał na par­king, za­par­ko­wał auto i spo­koj­nym kro­kiem ru­szył scho­da­mi na górę do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Drzwi były otwar­te. Da­wid sie­dział przy biur­ku, stu­ka­jąc w kla­wia­tu­rę. Przy jego sta­no­wi­sku, jak­by zu­peł­nie nie­przy­pad­ko­wo, sie­dział pro­ku­ra­tor An­drzej­czak.

Mar­cin udał za­sko­cze­nie i rzu­cił zdu­mio­nym to­nem:

– Pan pro­ku­ra­tor… tu­taj?

– Dzień do­bry. Tak, chcia­łem omó­wić pew­ne kwe­stie i… w dro­dze do pro­ku­ra­tu­ry po­sta­no­wi­łem zaj­rzeć oso­bi­ście.

– Ja­sne, śmia­ło. Kawa? Her­ba­ta?

– Nie, dzię­ku­ję. Pana ko­le­ga już pro­po­no­wał – od­mó­wi­łem. Ja tyl­ko na se­kun­dę.

– Pan pro­ku­ra­tor wie, my tu wszy­scy je­ste­śmy uprzej­mi – rzu­cił pół­żar­to­bli­wie Mar­cin i spoj­rzał po­ro­zu­mie­waw­czo na Da­wi­da.

– Tak, wiem, pa­no­wie… ale czy mo­że­my po­roz­ma­wiać na osob­no­ści?

– Da­wid, zo­sta­wisz nas?

Part­ner tyl­ko kiw­nął gło­wą, wstał i wy­szedł z po­miesz­cze­nia. Drzwi za­mknę­ły się ci­cho.

Mar­cin pod­szedł bli­żej, usiadł i skrzy­żo­wał ra­mio­na.

– A więc słu­cham. Coś nie zga­dza się w ra­por­cie? Prze­słu­cha­łem chło­pa­ka dość sta­now­czo, jak pan chciał.

– Tak, wszyst­ko w po­rząd­ku. Wi­dzia­łem. Dzię­ku­ję. Ale bra­ku­je mi…

– Cze­go? – prze­rwał mu znie­cier­pli­wio­ny Mar­cin. Ton pro­ku­ra­to­ra nie wró­żył nic do­bre­go.

– Za­bra­kło mi cze­goś, co mo­gło­by ob­cią­żyć Ksa­we­re­go.

Mar­cin spoj­rzał na nie­go uważ­nie.

– Co ma pan na my­śli?

– Chciał­bym, żeby chło­pak po­wie­dział wprost, od kogo ku­po­wał nar­ko­ty­ki. Kto nimi han­dlu­je. Co wie o Ksa­we­rym.

– Pan żar­tu­je?

Pro­ku­ra­tor nie od­po­wie­dział. Tyl­ko pa­trzył. Spo­koj­nie. Wy­cze­ku­ją­co. Jak gracz, któ­ry wie, że ma lep­sze kar­ty, ale jesz­cze ich nie wy­kła­da.

Mar­ci­na za­szo­ko­wa­ło to, co usły­szał. Jako ko­mi­sarz po­li­cji do­sko­na­le wie­dział, ja­kie kon­se­kwen­cje mogą przy­nieść ta­kie ze­zna­nia. Ja­kie pie­kło może spaść na chło­pa­ka, je­śli ten na­praw­dę syp­nie Ksa­we­re­go. Po­mi­ja­jąc fakt, że i tak mu­siał zwró­cić gang­ste­ro­wi nie­ma­łą sumę – wię­cej pro­ble­mów by­ło­by dla nie­go jak wy­rok.

– Nie, mó­wię śmier­tel­nie po­waż­nie – od­parł pro­ku­ra­tor chłod­no. – Chciał­bym, żeby zło­żył ta­kie ze­zna­nia. Je­śli nie, do­bi­je­my mu wy­rok za han­del.

– My­śla­łem, że to syn pań­skie­go zna­jo­me­go? – Mar­cin zmru­żył oczy. – Wie pan, że je­śli ten gów­niarz na­ka­blu­je na ta­kie­go gra­cza, bę­dzie skoń­czo­ny? Oni go za­tłu­ką.

– Zna­jo­my jak zna­jo­my. A po dru­gie, w koń­cu bę­dzie­my coś mie­li na Ksa­we­re­go. Ty nie chcesz zła­pać tego ban­dzio­ra?

– Chcę… – Mar­cin mó­wił już ci­szej, ale z co­raz więk­szym na­pię­ciem. – Ale ja­kim kosz­tem, pa­nie pro­ku­ra­to­rze?

Od­po­wiedź przy­szła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wał. I była zim­na jak lód.

– Każ­dym kosz­tem, pa­nie ko­mi­sa­rzu. Pro­szę go do­kład­nie prze­słu­chać. A naj­le­piej zrób­my to ra­zem. W szpi­ta­lu. Za­dzwo­nię, żeby usta­lić ter­min.

Ton An­drzej­cza­ka się zmie­nił. Był te­raz twar­dy, roz­ka­zu­ją­cy. Mar­cin po­czuł, że to już nie proś­ba. To był roz­kaz. Służ­bo­wy, chłod­ny i jed­no­znacz­ny.

Chciał coś do­dać, spró­bo­wać od­bić roz­mo­wę w inną stro­nę – ale nie zdą­żył.

– Za­dzwo­nię. Do wi­dze­nia.

Pro­ku­ra­tor otwo­rzył drzwi i wy­szedł. Zo­sta­wił Mar­ci­na sa­me­go, w tej sa­mej po­zie – z rę­ka­mi zło­żo­ny­mi, jak­by wciąż pró­bo­wał zro­zu­mieć, co się wła­śnie wy­da­rzy­ło. Ko­mi­sarz przez chwi­lę nie mógł się ru­szyć. Jak­by ta roz­mo­wa go za­mro­zi­ła. Chciał się ode­zwać, rzu­cić cho­ciaż sło­wo, ale mil­czał.

Ton i za­cho­wa­nie tego mięk­kie­go do tej pory pro­ku­ra­to­ra wpra­wi­ły go w osłu­pie­nie.

To nie była roz­mo­wa, na jaką li­czył. Jego plan po­szedł w gru­zy. Roz­mo­wa po­to­czy­ła się do­kład­nie tak, jak chciał tego An­drzej­czak.

W gło­wie Mar­ci­na za­czę­ły się pię­trzyć py­ta­nia. Jed­no za dru­gim.

Dla­cze­go An­drzej­czak tak bar­dzo chce do­paść Ksa­we­re­go? Cze­mu te­raz? Cze­mu w taki spo­sób? I dla­cze­go to wła­śnie on, Mar­cin, miał­by być na­rzę­dziem?

Mimo że dziś miał z Da­wi­dem kil­ka spraw do ogar­nię­cia, po­sta­no­wił jed­no – do­wie­dzieć się, o co na­praw­dę cho­dzi pro­ku­ra­to­ro­wi. I cze­mu tak upar­cie po­trze­bu­je wła­śnie jego.

Do po­ko­ju wszedł jego part­ner. Mar­cin szyb­ko wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści i po­sta­no­wił nie dzie­lić się z ko­le­gą swo­imi od­czu­cia­mi po tej roz­mo­wie. Gdy Da­wid za­py­tał o cel wi­zy­ty pro­ku­ra­to­ra, rzu­cił tyl­ko krót­ko:

– Sta­ra spra­wa… Mu­szę mu do­słać za­le­głe pa­pie­ry.

Da­wid przy­jął to bez wy­py­ty­wa­nia, a Mar­cin usiadł za biur­kiem, od­chy­lił się na krze­śle i za­pa­trzył się w su­fit. Wie­dział, że coś się za­czy­na. I nie miał po­ję­cia, czy chce być tego czę­ścią.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Sztu­ka upodle­nia

isbn: 978-83-8423-662-8

© Ra­fał Olen­der i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ma­rze­na Kwiet­niew­ska-Ta­lar­czyk

ko­rek­ta: No­vae Res

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.