Szepty moich lęków - Mariusz Kanios - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Szepty moich lęków ebook i audiobook

Kanios Mariusz

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Kroniki policyjne w Krakowie dawno nie odnotowały tak makabrycznej zbrodni. Bandyci mordując kobietę i mężczyznę w ich własnym domu, odebrali rodziców dwójce małych dzieci. Na pierwszy plan w działaniu morderców przebija się motyw rabunkowy. Komisarz Alicja Romska podejrzewa jednak, że sprawa ma drugie dno. Policyjny zespół pod jej dowództwem działa nieszablonowo, ale skutecznie. Trop prowadzi śledczych do grupy młodocianych przestępców, wywodzącej się ze środowiska krakowskich kiboli. Członkowie gangu są brutalni, a ich światem rządzi przemoc, pieniądze i fałszywie pojęta lojalność. Jakub jest inny, ale czy na pewno?

 

https://piatemarzenie.pl/produkt/szepty-moich-lekow/

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 18 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,6 (493 oceny)
347
114
31
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
majkakufajka

Dobrze spędzony czas

Książka świetna, jak każda tego autora. Odejmuje jedną gwiazdkę za błędy, które mnie bardzo rażą. Nie zliczę literówek, ale było ich bardzo dużo. O pozostałych błędach nie będę już wspominać. Treść na 5+. Gdyby nie to, że uwielbiam Pana Mariusza, to pewnie odłożyła bym książkę po kilku błędach, bo niestety w moich oczach takie książki tracą na wartości. Ta nie straciła, bo kocham bez czytania ❤️
20
matwic

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka. Przemyślana fabuła. Akcja, która przez cały czas brnie do przodu, zawirowania, których czytelnik mógłby się domyśleć ale przecież na końcu domysły okazują się błędne... I klimat, który wciąga, którym oddychasz dopóki nie przeczytasz ostatniej strony, ostatniego zdania, dopóki nie pojawi się słowo Koniec Czekam na następną pozycję tego autora bo naprawdę warto.😉
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

Kryminał w środowisku kibolskim,pełen zwrotów akcji z ciekawym zakończeniem! Polecam!
10
Malwi68

Całkiem niezła

Książka o tajemniczym i niewiele mówiącym tytule "Szepty moich lęków " pozwala nam wejść w mroczny świat ludzi z marginesu społecznego. Powieść rozpoczyna się drastycznymi scenami, które potrafią rozłożyć na łopatki nawet najtwardsze osoby. Kogo nie wzruszyłaby sześciolatek mówiący do swojej młodszej siostry: mama umarła, a następnie scena, gdy ten malutki chłopiec idzie ulicą prowadząc wózek, chcąc pojechać do babci. " Chło­piec dło­nie i twarz miał ubru­dzo­ne krwią. Z za­ci­śnię­ty­mi usta­mi, za­pie­ra­jąc się z ca­łych sił no­ga­mi, pchał z mo­zo­łem dzie­cię­cy wózek po nie­rów­nym bruku. Miał za­le­d­wie kilka lat, nie było to więc dla niego łatwe za­da­nie. " Powieść pełna jest mrocznych i brutalnych opisów. Bohaterami są bowiem ludzie z półświatka, naciągacze, oszuści, złodzieje, alkoholicy. Mają oni problemy z prawem, są żądni zemsty, stosują przemoc w rodzinie. Pozbawieni lojalności, mordują i okradają robiąc z tego sposób na zarabianie pieniędzy. Nigdy nie pobrudzili sob...
Kakhime

Nie oderwiesz się od lektury

Gorąco polecam. Wyraziste postacie, wartka akcja, zaskakujące zakończenie. Świetny, rasowy kryminał.

Popularność



Kolekcje



Redakcja i korekta

Stella Bojczuk-Czachór/Wydawnictwo Samorządowe Sp. z o.o

Redakcja techniczna

Joanna Ardelli

Grafika na okładce

Przemysław Adamowski

@Jazzus76 • facebook.com/Jazzus76/

Projekt okładki

Joanna Ardelli

Opracowanie formatów mobilnych

Jakub Pilarski, eBooki.com.pl

Copyright © by Mariusz Kanios 2022

profil autorski: facebook.com/Mariusz Kanios Pisarz

Copyright © by Wydawnictwo PIĄTE MARZENIE 2022

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Epilog

Punkty orientacyjne

Okładka

Prolog

Ojciec nigdy go nie przytulił. Wciąż powtarzał, że chce wychować syna na prawdziwego mężczyznę, ale prawda była taka, że po prostu go nie kochał. Zawsze wytykał mu porażki, a sukcesy bagatelizował. Chłopiec cierpiał z tego powodu, bo w naturalny sposób brakowało mu w życiu ojcowskiego wsparcia i uwagi. Był za mały, żeby zrozumieć, że jest tylko narzędziem w okrutnej grze ojca, prowadzonej przeciwko matce. Mężczyzna z wyrachowaniem znęcał się nad synem psychicznie, wyśmiewając przy każdej okazji, bo wiedział, że w ten sposób sprawi żonie największy ból. Dzielnie znosiła obelgi pod swoim adresem, a nawet bolesne razy, ale nie mogła patrzeć, jak w ten perfidny sposób krzywdzi jej dziecko. Znalazł jej słaby punkt i uderzał w niego przy każdej okazji. Szyderstwem doprowadzał chłopca do łez i z chorą satysfakcją patrzył, jak matka próbuje synka pocieszyć. Dla niej było to wyjątkowo trudne, bo wiedziała, że mimo wszystko chłopiec go kochał i bardzo zależało mu na jego akceptacji. Z czasem w małym ugruntowało się przekonanie, że jest do niczego, nie potrafi sprostać ojcowskim oczekiwaniom i nie zasługuje na jego miłość. Rosło w nim poczucie winy. Marzył, że pewnego dnia zrobi coś wyjątkowego, coś, co będzie wymagało odwagi, i wówczas tata zobaczy, jakiego ma dzielnego syna. Ale w prawdziwym życiu to nie było takie proste, bo przecież był tylko małym chłopcem.

Patrzył teraz w sufit i nasłuchiwał, a serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. W końcu przełamał się i postanowił wyjść z pokoju. Musiał przezwyciężyć strach, a nie było to łatwe w spowitym mrokiem pomieszczeniu. Podszedł do drzwi i na kilka sekund zastygł w bezruchu. Po drugiej stronie było niepokojąco cicho. Nacisnął klamkę, drzwi były zamknięte. Przysunął cicho krzesło, wspiął się na nie i stanął na palcach. Po omacku znalazł klucz leżący na framudze, ukryty tam na wszelki wypadek przez matkę. Przekręcił teraz zamek i uchylił drzwi.

W całym domu panowała grobowa cisza. – Mamo! – chciał zawołać, ale głos uwiązł mu w gardle. W salonie nikogo nie było. Dostrzegł uchylone drzwi sypialni, podszedł powoli i zajrzał do środka. Nie ośmielił się zapalić lampy, między listwami żaluzji wpadała jednak do pomieszczenia delikatna poświata z ulicznej latarni. Mama leżała na łóżku. Ze zdziwieniem zauważył, że jest naga. Usiadł obok niej, odsunął opadające na pościel włosy i dotknął policzka. Jej twarz była zimna i jakaś dziwna, bez wyrazu, jak u plastikowej lalki. Ujął jej rękę, ale dłoń osunęła się bezwładnie. Wtulił się w nieruchome ciało i chwilę tak trwał. Naraz wzdrygnął się, bo poczuł, że prześcieradło jest mokre. Spojrzał na swoją rękę i zrozumiał, co się stało. Wstał i wrócił do pokoju. Zamknął drzwi, przekręcił klucz w zamku i odłożył go na swoje miejsce. Wsunął się pod koc obok siostrzyczki.

– Mama? – mała otworzyła na chwilę zaspane oczy.

– Nie, mama umarła – okrył ją i przytulił. – Śpij.

1

Chłopiec dłonie i twarz miał ubrudzone krwią. Z zaciśniętymi ustami, zapierając się z całych sił nogami, pchał z mozołem dziecięcy wózek po nierównym bruku. Miał zaledwie kilka lat, nie było to więc dla niego łatwe zadanie. Nierówno ułożone, wystające kostki chodnika co rusz blokowały małe, plastikowe kółka spacerówki. W wózku, z lekko rozchyloną buzią i rozrzuconymi nad głową rączkami spała mała dziewczynka. Stukot kół najwidoczniej nie przeszkadzał jej, bo drzemała spokojnie, okryta różowym kocykiem.

Było kilka minut po piątej, i mimo że słońce w ten lipcowy ranek wstało prawie godzinę temu, wokół wciąż panował przejmujący chłód. Z oddalonego o kilka przecznic centrum słychać było już szum budzącego się do życia miasta, ale tu, na jednym z osiedli, będącym sypialnią Krakowa, panowała jeszcze senna cisza. Pojedyncze postacie przemykały między blokami bezszelestnie niczym zjawy, jakby nie chcąc obudzić tych, którzy mogli dziś pospać dłużej. Na przystanku autobusowym zebrała się mała grupka pasażerów, czekających na pierwszy tego dnia autobus. Patrzyli gdzieś przed siebie zasępieni, bo wraz z nowym dniem budziły się ich wczorajsze problemy. Nie mieli ochoty na poranne pogaduszki, stali więc oddaleni od siebie, w odległości usprawiedliwiającej milczenie, i unikali wzajemnie swojego wzroku.

Turkot kółek wózka wśród panującej ciszy przykuwał uwagę i teraz oczy wszystkich skierowane były w tę samą stronę. Z rosnącym zaciekawieniem obserwowali zmierzającego w ich stronę chłopczyka. Mały zbliżył się, ale nie zatrzymał, nawet nie zwolnił. Ignorując zebranych ludzi, chciał po prostu przejść obok przystanku. Cały pochłonięty swoim zadaniem, popychał przed sobą wózek, wkładając w to niemało wysiłku.

– A ty gdzie tak maszerujesz? – pierwsza odezwała się starsza kobieta, przyglądając się umorusanej twarzy chłopca.

– Do babci Wandzi – odparł mały, nauczony, że kiedy dorośli pytają, należy grzecznie odpowiedzieć.

– A ta dziewczynka to twoja siostrzyczka? – zajrzała do wózka.

– Tak.

– Sami idziecie? – elegancki mężczyzna w garniturze wysunął się naprzód i zatrzymał wózek, blokując go delikatnie nogą. – A gdzie wasza mama?

– Mamusia umarła – malec bąknął pod nosem.

– Nie masz mamy? – starsza kobieta zmarkotniała. – A tatuś?

– Tata też jest nieżywy – chłopczyk wyszeptał smutno, próbując ominąć przeszkodę.

Na przystanku zapanowało poruszenie, wszyscy otoczyli dzieci. Teraz dopiero zdali sobie sprawę, że brunatne plamy na rękach i buzi malca to nie błoto, a zaschnięta krew. Kobieta obejrzała dokładnie jego małe dłonie, ale nie znalazła rany.

– To krew mojej mamy – chłopczyk spojrzał w dół, broda mu zadrżała, ale powstrzymał łzy.

Nadjechał autobus, nikt jednak do niego nie wsiadł. Ktoś spytał małego, jak się nazywa i gdzie mieszka. Ktoś inny zadzwonił na policję i stojąc z boku, z irytacją podawał swoje dane, zniecierpliwiony flegmatycznym zachowaniem funkcjonariusza przyjmującego zgłoszenie. Wszyscy poruszeni, głośno komentowali sytuację. Podniesione głosy obudziły dziewczynkę, a ta, widząc pochylone nad sobą twarze obcych ludzi, rozpłakała się rzewnie. Jedna z kobiet wyjęła ją z wózka i próbowała utulić, ale efekt był odwrotny – łzy popłynęły na dobre po pucołowatych policzkach. Dziecko zaniosło się przejmującym płaczem, wołając mamę. Chłopczyk ujął małą wpół i uniósł z wyraźnym trudem. Usiadł na ławce przystankowej wiaty, sadowiąc siostrę obok siebie. Dziewczynka wtuliła się w brata i już tylko cicho chlipała, nieufnie spoglądając na obcych. On objął ją, pogłaskał czule po jasnych, poczochranych lokach i pocałował na pocieszenie w buzię.

Wreszcie pojawił się radiowóz. Policjanci, młoda kobieta i starszy mężczyzna przez chwilę słuchali chaotycznych relacji przekrzykujących się ludzi, aż w końcu zniecierpliwiony sierżant uciszył zebranych.

– Powoli, nie wszyscy na raz – zrobił dwa kroki w tył. – Niech nikt się nie oddala. Po kolei będę wołał, spiszę dane i wstępne zeznania. Pan pierwszy – wskazał mężczyznę. – Reszta proszę usiąść na przystanku. Kryśka, zabierz dzieci do radiowozu – zwrócił się do podwładnej.

– Pomogę z wózkiem – mężczyzna w garniturze schylił się, ale policjantka w porę go powstrzymała.

– Proszę nie dotykać – złapała jego rękę. – To może być dowód rzeczowy i trzeba zachować ostrożność, żeby nie zatrzeć śladów.

Wyjęła ze schowka w radiowozie gumowe rękawiczki, założyła je i szybko wsunęła wózek do bagażnika policyjnego auta. Podeszła do siedzących dzieci, kucnęła i szeptem zamieniła kilka słów z malcem. Po chwili uśmiechnęła się i założyła mu na głowę swoją policyjną czapkę. Chwyciła chłopca za rękę, a drugą uniosła dziewczynkę i zarzuciła sobie na biodro. Mała wciąż była nieufna i przez chwilę wahała się, czy nie powinna się znowu rozpłakać, widząc jednak zadowoloną minę brata, też się uspokoiła i pozwoliła posadzić na tylnym siedzeniu radiowozu.

2

Jakub dłuższy czas szukał karty miesięcznej, uprawniającej do przejazdu miejskim tramwajem. W końcu znalazł ją wciśniętą w boczną przegródkę parcianego portfela i z ulgą podał kontrolerowi. Facet nie krył rozczarowania.

– Legitymację studencką jeszcze pokaż – sprawdził ważność uczelnianej pieczątki i resztki nadziei zgasły w jego oczach.

Oddał dokument bez słowa, nie siląc się nawet na krótkie podziękowanie. Było już po północy, w wagonie jechały tylko trzy osoby i, niestety, wszystkie miały ważne bilety. Kubie zrobiło się szkoda kanara i prawie poczuł się winny, bądź co bądź pozbawił mężczyznę satysfakcji z wykonywania tej niewdzięcznej pracy, a prawda była taka, że od dwóch miesięcy nie był już studentem. Patrzył teraz w okno, czując na sobie jego, jak mu się zdawało, pełen wyrzutu wzrok. Nagle ożywił się, bo zobaczył, jak z pobliskiego baru wypada trzech wyrostków i biegną co sił w nogach wzdłuż torów. Po chwili tramwaj wyprzedził czwartego pędzącego chłopaka, najwyraźniej uciekającego przed tamtymi. Motorniczy zwolnił, bo właśnie dojeżdżał do kolejnego przystanku. Kuba odwrócił się, mógł teraz z zatrzymanego pojazdu dokładnie obserwować całe zajście. Jeden z napastników był drobny i szybki. Powoli, ale konsekwentnie doganiał ofiarę, odległość między nimi zmniejszała się z każdą sekundą. Wyglądało, że lada chwila dopadnie uciekającego, a zaraz po nim doskoczą dwaj pozostali. Marny koniec biedaka wydawał się nieunikniony. Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego. Uciekinier zatrzymał się nagle, odwrócił i zanim pierwszy z goniących zdążył zareagować, powalił go na chodnik, trafiając krótkim uderzeniem w szczękę. Cios był wyprowadzony błyskawicznie, prawie bez zamachu, więc jego siła nie mogła być aż tak duża. Kuba dostrzegł jednak na zaciśniętej pięści błyszczący przedmiot. To kastet sprawił, że napastnik padł, jak rażony piorunem. Wszystko trwało sekundę, po czym chłopak znów rzucił się do ucieczki, bo dwaj pozostali byli już o kilka metrów od niego. Jeden zatrzymał się przy leżącym, ale drugi, mocno zbudowany, gnał dalej. Uciekający chłopak w ostatnim momencie zdążył wcisnąć się przez tylne drzwi tramwaju do środka. Osiłek biegł jeszcze chwilę za ruszającym wagonem, w końcu odpuścił, wściekły walnął pięścią w blachę, zatrzymał się i pozostał w tyle. Zgięty w pół, łapał powietrze otwartymi ustami. Ocalałego ogarnął euforyczny stan. Był zmęczony długim biegiem, ale adrenalina wciąż buzowała w jego żyłach. Śmiejąc się głośno, pocierał wygoloną głowę dłonią, a noga drżała mu nerwowo, stukając obcasem czarnego, wojskowego buta o podłogę. Pod obcisłymi, podwiniętymi u dołu spodniami mięśnie prężyły się jeszcze z wysiłku. Chłopak był szczupły, ale dobrze zbudowany. Spod rękawów białego podkoszulka wystawały tatuaże z nazistowskimi symbolami. Na jednym ramieniu widniała swastyka, na drugim portret Hitlera. Usiadł i wyjął ze spodni małe zawiniątko. Nie przejmując się obecnością pasażerów, poślinił językiem palec i dotknął białego proszku. Wtarł energicznie kokainę w dziąsła, ostrożnie zawiązał paczuszkę i schował z powrotem do kieszeni. Na efekty nie musiał długo czekać. Zacisnął mocno powieki, a po chwili otworzył oczy nienaturalnie szeroko, potrząsając głową. Zaklął i rozejrzał się wokół, szczerząc zęby w diabolicznym uśmiechu.

Dwójka pasażerów z końca tramwaju przesiadła się w pobliże kierowcy. Kontroler, widząc co się świeci, wysiadł już na poprzednim przystanku.

Kuba siedział sztywny ze strachu kilka miejsc przed chłopakiem. Szybko odwrócił głowę w stronę kierunku jazdy, bo rozpoznał go od razu, kiedy tylko tamten wsiadł do tramwaju. To był Kosa. Serce podeszło mu do gardła, miał nadzieję, że go nie zauważył. Ten młodociany wykolejeniec mieszkał w jego bloku i nie przepuścił żadnej okazji, by się nad nim pastwić. Czasem były to tylko wyzwiska, częściej siarczysty policzek czy kopniak. Był młodszy o kilka lat od Kuby, ale odkąd zmężniał i stał się przywódcą miejscowych kiboli, upatrzył sobie Jakuba i gnębił go przy każdym spotkaniu.

– A kto to sobie tu tak cichutko jedzie? – przerażony najpierw usłyszał szept tuż za sobą, a potem zobaczył, jak Kosa z rozmachem siada naprzeciwko. – I udaje, że nie zna kolegi z bloku, co?

Nim się zorientował, dostał cios z otwartej ręki w twarz, głowa bezwładnie poleciała w bok i uderzyła w szybę. Skulił się ze strachu i zasłaniając dłońmi, czekał na kolejne razy. Nie miał odwagi nawet podnieść wzroku, a co dopiero odpowiedzieć na zaczepkę. Nigdy nie odpowiadał. Teraz też nie zareagował.

– Co jest, kurwa, miękka fajo? – Kosa wrzasnął na cały wagon. – Obsrałeś się już?

Jakub jeszcze bardziej skurczył się w sobie. Żaden z pasażerów nie zareagował. Nikt nie kwapił się do pomocy. Motorniczy przyspieszył tylko, jakby chciał uciec przed odpowiedzialnością.

Policzek palił go żywym ogniem, a źródłem piekącego bólu były na równi siła uderzenia i dojmujący wstyd. Tym razem skończyło się na obelgach, paru prowokacyjnych szturchnięciach i uderzeniu w twarz. Jakub nie wyszedł jednak z tramwaju na swoim przystanku. Bał się. Wysiadł dwie ulice dalej, cofnął się, przemykając przez osiedle, i jeszcze kwadrans stał pod blokiem, obserwując okna na półpiętrach, w obawie, że on tam na niego czeka. W końcu z duszą na ramieniu, nasłuchując, uchylił drzwi do klatki schodowej i nie włączając światła, wbiegł po stopniach na czwarte piętro. Nigdy nie używał windy, Kosa mieszkał na ósmym, więc Kuba mógł być pewien, że nie spotka go na schodach. Teraz wszedł do domu i dopiero gdy zamknął za sobą drzwi mieszkania i przekręcił klucz, poczuł się wreszcie bezpieczny.

– Jesteś, Kubuś? – głos dochodził z dużego pokoju.

– Tak, mamo.

– Czemu dziś też tak późno? Znowu miałeś drugą zmianę? – w pokoju zaświeciła się nocna lampka, coś spadło z szafki. – Podgrzeję ci obiad.

– Nie trzeba, śpij. Rano idziesz do pracy – na stole w kuchni stały dwie puste butelki po winie. – Zjadłem w robocie hamburgera.

– Mówiłam ci, żebyś nie jadł tego świństwa, tyle tam chemii. Kopytka ci zrobiłam.

Światło zgasło i usłyszał skrzypienie sprężyn starej wersalki. – Dobranoc, synku.

– Dobranoc, mamo.

Cicho włożył butelki do kosza i poszedł do swojego pokoju. Tej nocy znów długo nie mógł zasnąć. Wściekły na siebie, patrząc w sufit, zastanawiał się, dlaczego jest takim tchórzem.

3

Antoni Wawer, szef wydziału kryminalnego krakowskiej komendy przy Mogilskiej, otworzył papierową teczkę z aktami. Wyjął i położył przed śledczymi służbową notatkę sporządzoną tego ranka przez policyjny patrol, na miejscu znalezienia dzieci. Był tam opis zatrzymania chłopczyka i dziewczynki, a także dane świadków z miejsca zdarzenia. Raport nie był zbyt obszerny, bo został napisany zwięźle i rzeczowo. Mimo to zajmował kilka stron. Naczelnik nie chciał czekać, aż oboje się z nim zapoznają, dlatego zanim przeszedł do wydawania poleceń, streścił im sprawę.

– Szczegóły ustalicie sami, ale pokrótce wygląda to tak: patrol przyjechał na Kruczą dziś wczesnym rankiem, wezwany przez przypadkowych przechodniów. Uwagę ludzi zwróciła dwójka małych dzieci bez opieki. Okazało się, że mieszkają na sąsiadującym z tamtejszymi blokami osiedlu domków jednorodzinnych. Chłopiec co prawda nie znał adresu, ale wskazał funkcjonariuszom swój dom. Drzwi były otwarte, a w środku policjanci znaleźli zwłoki matki i ojca. Kobieta leżała naga na łóżku w sypialni, z rozwaloną głową, a mężczyzna zginął od wielu ran kłutych.

Naczelnik zamilkł na chwilę, bo dawno nie mieli w wydziale tak makabrycznej sprawy. Przeciągnął w zamyśleniu dłonią po wąsach, które nosił od zawsze, niezależnie od panującej mody, i przeczesał palcami gęste, siwe włosy.

– Dom był splądrowany – kontynuował. – Przy wstępnym przeszukaniu nie znaleziono portfeli, gotówki czy kosztowności. Zginął też cały sprzęt elektroniczny: telefony i komputery. Wszystko wskazuje więc na motyw rabunkowy. Dorosłych prawdopodobnie zabili z obawy, że ich rozpoznają. Na szczęście skurwysyny oszczędzili chociaż dzieci – zakończył relację, zamilkł i spojrzał na siedzących przed nim policjantów.

– Technicy zabezpieczyli już dom? – aspirant Olkowski przerwał trwającą zbyt długo ciszę.

– Tak – Wawer skinął głową. – Są na miejscu od szóstej, pewnie będą już powoli kończyć czynności.

– A dzieci? – komisarz Romska nachyliła się nad stołem, ujęła w smukłą dłoń notatkę i przeleciała treść wzrokiem. – Gdzie są teraz?

– Rano zabrała je do siebie babka, znaczy matka ojca – naczelnik westchnął. – Psycholog pojechała z nimi, bo tak naprawdę to i ta kobieta wymaga pomocy. Uparła się jednak, że zaopiekuje się dziećmi.

– Trzeba szybko porozmawiać z małym, póki jeszcze może pamiętać szczegóły – policjantka odłożyła dokumenty. – Z notatki wynika, że ma dopiero sześć lat, ale pokazał, że jest roztropnym chłopcem. Jego zeznania mogą być kluczowe dla śledztwa.

– Adres babki jest w informacji z izby dziecka – wskazał palcem na papierową teczkę. – W środku.

Przełożony odczekał chwilę, po czym wyprostował się na krześle, jakby chciał podkreślić oficjalny charakter dalszej części rozmowy. Przez moment znów przyglądał się w milczeniu siedzącym przed nim policjantom, wciąż miał chyba wątpliwości, czy podjął właściwą decyzję.

– Poprowadzicie to śledztwo razem – odezwał się wreszcie mocnym, zdecydowanym tonem. – Komisarz Romska będzie je formalnie nadzorować i oficjalnie odpowiadać za wyniki. Liczę jednak na waszą pełną współpracę. Oboje macie na koncie sukcesy, ale też coś do udowodnienia. Sobie i mnie. Przekonajcie mnie, że dobrze zrobiłem, przyjmując was do mojego wydziału.

Wawer nie owijał w bawełnę, ale żadne z nich nie poczuło się urażone. Oboje wiedzieli, jak wiele mu zawdzięczają, on jeden zgodził się dać im drugą szansę. Alicję Romską znał z policyjnych szkoleń, na jednym była nawet prelegentką. Teoretycznie decyzja o jej zatrudnieniu była więc łatwa, ale naraził się nią kilku osobom na górze. O przyjęcie Jacka Olkowskiego poprosił go dawny kumpel, Andrzej Olkowski, starszy brat aspiranta. Teraz ta dwójka outsiderów miała szansę wrócić do gry i zmazać stare grzechy.

– Macie trzy miesiące – zabębnił palcami w blat biurka. – Chcę zobaczyć ich w kajdankach, zanim odejdę na emeryturę. I nie chodzi mi o uścisk dłoni komendanta, bo to mam w dupie. Chcę, żeby ponieśli karę.

Romska pomyślała, że trzy miesiące to mało czasu. Jeżeli zbrodni dopuściła się jakaś zorganizowana grupa doświadczonych przestępców, a bestialstwo bandytów na to wskazywało, to złapanie ich w tak krótkim czasie może być trudne. Nie wyraziła jednak głośno swoich wątpliwości, skupiła się na działaniu.

– Potrzebuję jeszcze osoby do analitycznej roboty – włożyła notatkę do teczki z pozostałymi dokumentami i przysunęła do siebie akta, jakby w ten sposób potwierdzając, że wie co naczelnik ma na myśli, podejmuje wyzwanie i postara się nie zawieść jego oczekiwań. – Kogoś uporządkowanego, kto przejrzy nagrania z kamer miejskiego monitoringu, sprawdzi bilingi i konta bankowe ofiar. Bez takiej osoby zakopiemy się w papierach i śledztwo utknie w miejscu.

– Ewa Kwiecień – naczelnik od razu znalazł w głowie właściwą osobę. – Powiem jej, żeby przekazała komuś swoje sprawy i dołączyła do waszego zespołu. Coś jeszcze? Jakieś pytania?

Spojrzeli po sobie, Romska pokręciła przecząco głową. Znaków zapytania było wiele, ale sami musieli znaleźć na nie odpowiedzi.

4

Była bardzo ładna. Chyba była najładniejszą dziewczyną, jaką Kuba kiedykolwiek spotkał. A przy tym miłą. Praca w tym fast foodzie miała niewiele zalet, a właściwie to tylko jedną. Była nią możliwość obcowania z Justyną. Niska pensja na pewno nie rekompensowała ciężkiej harówki w kuchni czy uciążliwych nocnych zmian. Nie było tu napiwków, a szefem był niejaki Jerzyk, z racji drobnej postury nazywany przez pracowników pieszczotliwie „małym kutasiną”, ale tylko w te dni, kiedy nie był upierdliwy i specjalnie się ich nie czepiał. W pozostałe, a było ich zdecydowanie więcej, nie byli już „tak mili”.

– Zrobiłam ci karmelową – idąc w jego kierunku Justyna uśmiechnęła się czarująco, co wywołało u Kuby falę gorąca.

– Dziękuję – wydusił, nie przestając pakować kolejnego hamburgera.

– Wiem, jak lubisz – dodała dwuznacznie i mrugnęła z kokieterią. – Mocno, to znaczy mocną.

Zaczerwienił się i speszony jej grą, nic więcej nie powiedział. Zawijał tylko jeszcze szybciej leżące obok kanapki. Chciał odpowiedzieć, zażartować. Spojrzeć jej głęboko w oczy, może nawet wziąć ją przy tym za rękę. Czasami nawet w przypływie odwagi zapraszał ją w myślach do kina. Nie zabrał jej tam jednak nigdy, nawet w marzeniach.

– Kubuś, mam do ciebie prośbę – przekrzywiła głowę jak ptaszek i zajrzała mu głęboko w oczy. – Mógłbyś jutro wziąć za mnie drugą zmianę? Ostatni raz, OK? Moja babcia znowu źle się czuje i muszę z nią zostać. Jak ty będziesz kiedyś potrzebował mieć wolny wieczór, to ci się zrewanżuję. Tylko nie na żadne randki, bo na to się nie zgadzam – zrobiła groźną minę i pogroziła mu palcem.

– Nie umawiam się z nikim na randki – znów spąsowiał.

– No, mam nadzieję – uśmiechnęła się perliście – To co, zgadzasz się? Mogę poprosić Jerzyka, żeby nas zamienił?

Skinął głową, szczęśliwy, że mógł wyświadczyć jej tę drobną przysługę.

– Dzięki – szepnęła mu do ucha zmysłowo, a ciepły oddech dziewczyny wywołał na jego szyi gęsią skórkę. – Od razu do niego pójdę, żeby zmienił w grafiku. Zostawię tu słuchawkę, jakby wołali mnie do kasy, to daj znać, bo znowu będzie kutasina pierdolił, że się obijamy, a grubasy mu chudną w kolejce.

Odpięła odbiornik od paska, położyła urządzenie na blacie obok niego i zniknęła na zapleczu. Twarz Kuby miała cały czas ten sam, pozbawiony emocji wyraz, ale uważny obserwator dostrzegłby, że oczy mu błyszczały. Takie chwile były rzadkie i dawały mu porcję radości, która musiała wystarczyć na długo. Przywoływał je później i celebrował w myślach, czasem też w wannie, podczas kąpieli. Nagle z zadumy wyrwał go skrzekliwy dźwięk w słuchawce. Rozpoznał głos Bożeny, pracownicy obsługującej dziś automat do kawy.

– I co, zgodził się? Jasne, że się zgodził, pewnie mu znowu stanął – zachichotała. – Ale za to plucie mu do kawy, to w piekle będziesz się, suko, smażyć! – znów zarechotała. – I wracaj już do kasy, bo przyszła jakaś baba ze stadem bachorów i sapie przy ladzie.

Przez chwilę zastygł w bezruchu i słuchał. Może miał problem z komunikacją, ale nie był idiotą. Przynajmniej tak mu się do tej pory wydawało. Teraz załapał, czemu zawdzięcza uprzejmość Justyny. Spojrzał na stojący obok kubek z kawą, zdjął wieczko, na górze unosiła się pianka. Nagle jakaś dłoń chwyciła go za ramię, zląkł się i omal nie wylał gorącego płynu.

– Załatwione – Justyna stała obok niego, cała w skowronkach. – Zgodził się.

– Super – wymamrotał.

– Uśmiechnij się – zbliżyła do niego twarz i wyciągnęła dłoń z telefonem, żeby uchwycić ich oboje. – Sweet focia na fejsa!

Zerknęła w ekran, aby sprawdzić, jak wyszła.

– Nie smakuje ci? – skinieniem głowy wskazała na kawę.

– Smakuje.

– To czemu nie pijesz?

– Pije – uniósł kubek i upił spory łyk, zamykając odruchowo oczy.

5

Komisarz Romska i aspirant Olkowski, po wyjściu z gabinetu naczelnika, przez chwilę razem stali na korytarzu, czekając na windę. Oboje pracowali w krakowskiej komendzie od niedawna i nie mieli jeszcze okazji zamienić ze sobą słowa. Nie znali się, ale Romska zwróciła na Jacka uwagę, bo był wyjątkowo przystojny. Nie zajmowało ją to jednak specjalnie, nie próbowała go poznać. Można powiedzieć, że odnotowała jedynie ten przypadek nietuzinkowej męskiej aparycji i na tym skończyło się jej zainteresowanie jego osobą. Ona z kolei była częstym tematem żartów w pokoju, który Jacek dzielił z dwoma innymi policjantami. Powodem były krążące na jej temat plotki i nadzwyczajna uroda pani komisarz. Mimo że właśnie przekroczyła czterdziestkę, miała figurę nastolatki, a dżinsy i T-shirt podkreślały jeszcze jej dziewczęcy wygląd. Czarne włosy wiązała w niedbały kok na czubku głowy, co optycznie wydłużało szyję i całą jej sylwetkę. Malowała się delikatnie, duże brązowe oczy odwracały uwagę od pojawiających się w ich kącikach pierwszych zmarszczek. Teraz mieli spędzać ze sobą wiele czasu, więc wypadało się przynajmniej przedstawić.

– Jak mam się do ciebie zwracać? – Olkowski postanowił przełamać pierwsze lody. – Pani komisarz? Czy po imieniu?

– To zależy – spojrzała w górę, był sporo wyższy od niej – czy masz problem z przyjmowaniem poleceń od kobiet.

– Nie, jeżeli nie są głupie.

– Kobiety czy polecenia?

– Jedno i drugie.

– OK, czyli na start trafił mi się szowinista dowcipniś – pokiwała głową z udawaną rezygnacją. – W takim razie ustalmy zasady naszej współpracy. Ja do roboty nie przychodzę dla jaj i w ogóle kiepsko u mnie z poczuciem humoru, więc jeżeli będziesz chciał opowiedzieć mi jakiś sprośny kawał, to musi on być naprawdę śmieszny.

– Zapamiętam – zaczerwienił się na twarzy. – I dla twojej wiadomości, nie jestem szowinistą. Ale widzę, że ty jesteś zagorzałą feministką.

– Tylko wtedy, kiedy muszę.

– Czyli sikanie na stojąco sobie odpuszczasz? – uśmiechnął się złośliwie. – Podobno tego najbardziej nam zazdrościcie.

– Wal się!

– Wzajemnie!

Zamilkli, bo zadźwięczał dzwonek, a po chwili drzwi windy otworzyły się. Wewnątrz stała młoda, korpulentna blondynka w okularach, z burzą loków na głowie i komputerem pod pachą.

– Dzień dobry – wychodząc z windy uśmiechnęła się szeroko. – Ja właśnie do pani komisarz. Naczelnik mnie poinformował, że dołączę do zespołu. Jestem Ewka Kwiecień – wyciągnęła przed siebie dłoń na przywitanie.

– I coś ty taka zadowolona, jakby ci ktoś w kieszeń nasrał? – ciśnienie po wymianie zdań z Olkowskim jeszcze z Romskiej nie zeszło, ale po chwili uścisnęła wyciągniętą dłoń dziewczyny. – Dwa trupy mamy, tu się nie ma z czego cieszyć!

– To moje pierwsze poważne śledztwo – wyjaśniła zbita z pantałyku.

– Żeby nie było ostatnie – rzucił złośliwie Olkowski, zostawiając Ewie pole do swobodnej interpretacji, czy miał na myśli to, że nie da sobie z dochodzeniem rady, czy też bohatersko polegnie w pościgu za mordercą. Oba scenariusze były dla niej mało optymistyczne.

– A ty co się dziewczyny czepiasz? – Alicja wiedziała, że pierwsza kłótnia w relacji kobiety z mężczyzną jest najważniejsza, a czuła, że nie poszło jej najlepiej. Chciała, żeby to do niej należało ostatnie słowo.

– Dobra – Jacek przewrócił oczami i wcisnął guzik, żeby przywołać windę, która zdążyła odjechać. – Idę po samochód.

– Wszyscy jedziemy na dół – komisarz kiwnęła na młodą panią aspirant. – Też przyda ci się rzucić okiem na miejsce zbrodni, żebyś miała motywację. Chociaż tobie, jak widzę, entuzjazmu nie brakuje.

Winda przyjechała, drzwi rozsunęły się i Olkowski wskazał szarmancko Ewie drogę. Ta weszła do środka, na wszelki wypadek już się nie odzywając. Kiedy Alicja chciała wsunąć się za nią, Jacek wyprzedził ją i wepchał się pierwszy ostentacyjnie. Zacisnęła zęby, ale nie odezwała się słowem, żeby nie dać mu dodatkowej satysfakcji.

Kwadrans później jechali nieoznakowanym radiowozem przez miasto, zatrzymując się co chwila na skrzyżowaniach. Olkowski kręcił głową i klął pod nosem zły i zirytowany brakiem synchronizacji świateł. Alicja odwróciła się, opuściła swoją szybę i spoglądała z ciekawością na zalany słońcem Kraków. Wciąż jeszcze poznawała to miasto. Wiatr rozwiewał kosmyki jej włosów, które wymknęły się gumce spinającej kok. Drażnił, łaskocząc nimi oczy i usta. Przy okazji wywiał z głowy złe emocje, nagromadzone podczas sprzeczki. Romską łatwo było wyprowadzić z równowagi, ale też wystarczyło niewiele, żeby poprawić jej nastrój. Dzień był wyjątkowo pogodny, słońce budziło w ludziach optymizm i dawało złudne wrażenie, że świat jest cudownym miejscem do życia. Jakaś para całowała się na środku chodnika, nie zwracając uwagi na spacerujących przechodniów, jakby tych dwoje było jedynymi mieszkańcami całej planety. Dziewczyna zatraciła się w pocałunku bez reszty i niebezpiecznie przechylała swój wafelek z lodem, co nie uszło uwadze Alicji. Wzbudziło w niej najpierw podświadomy niepokój, a później wzruszenie. Odwróciła się zła na siebie i stwierdziła, że romantyzm to jednak nieuleczalna choroba, a w jej przypadku występuje z poważnymi powikłaniami. Stali właśnie na kolejnych światłach, czekając na zielone. W samochodzie panowała cisza, słychać było tylko stukanie w klawiaturę laptopa na tylnym siedzeniu.

– Co ty tam tak dziobiesz w ten komputer? – Alicja odwróciła się teraz z przyjaznym uśmiechem.

– Konfiguruję model śledztwa – Ewa oderwana od swojego zajęcia poprawiła okulary.

– Jeszcze nie byliśmy na miejscu zbrodni, a ty już masz model śledztwa? – Romska była zaintrygowana zachowaniem podwładnej.

– Generalnie wszystkie sprawy, co do zasady, są do siebie bardzo podobne – Ewka kliknęła jeszcze kilka razy w klawisze i zamknęła komputer. – Można je opisać matematycznie na przestrzennym układzie współrzędnych, gdzie pierwsza oś to motyw potencjalnego sprawcy, druga to techniczna możliwość dokonania przez niego przestępstwa, a trzecia predyspozycje psychiczne delikwenta. Do modelu podstawia się dane poszczególnych podejrzanych, nadając im wartości w odpowiedniej skali, i ten, którego punkt znajduje się najbliżej początku układu współrzędnych, prawdopodobnie jest sprawcą.

– Rozumiesz coś z tego? – pani komisarz spojrzała pytająco na Olkowskiego, ten jednak nie zareagował, cały czas słuchał z uwagą, patrząc we wsteczne lusterko.

– I co? Takie to niby proste? – sceptycznie pokiwał głową. – A materiał dowodowy? Zeznania świadków? Cała nasza robota?

– To są zmienne stałe, które przesuwają wynik wzdłuż osi, ale nie mają znaczenia dla samej dynamiki modelu – Ewa ożywiła się, widząc jego zainteresowanie.

– To w końcu stałe czy zmienne? – Alicja próbowała nadążyć, nigdy nie była mocna z matematyki. – Zdecyduj się.

– Zmienne, które są stałe, bo nie ulegają zmianie – Kwiecień cierpliwe tłumaczyła pani komisarz oczywiste, jak się jej wydawało, kwestie. - Bez względu na podejrzanego.

– Dobra, ja się poddaję – Alicja uniosła ręce i odwróciła się w kierunku jazdy. – Mnie tego w szkole policyjnej nie uczyli.

– No nie, bo ja to sama wymyśliłam – wyrwało się Ewie w przypływie euforii. – To znaczy pracuję nad tą teorią – dodała speszona.

Policjanci spojrzeli po sobie, zaskoczyła ich oboje. Przyzwyczaili się już, że większość funkcjonariuszy robi tylko tyle, ile musi, żeby nikt się nie czepiał. Taka postawa wywołała u nich szacunek, mimo że do skuteczności samej teorii nie byli specjalnie przekonani.

6

Matka uchyliła drzwi do jego pokoju, jak zwykle bez pukania, niezmiennie wywołując tym jego irytację. Nie odezwał się jednak, nie zwrócił jej uwagi. Była siódma rano, a ona już wyglądała, jak po ciężkim dniu. Zapewne za sprawą kaca. Oparła się o framugę i pokręciła głową z dezaprobatą.

– Kubuś, ty jeszcze w łóżku? – weszła do środka. – Spóźnisz się do pracy!

– Nie idę dzisiaj – naciągnął mocniej kołdrę. – Źle się czuję.

– Co ci jest? – dotknęła jego czoła. – Gorączki nie masz.

– Brzuch mnie boli.

– Brzuch? – spojrzała podejrzliwie najpierw na niego, a potem na fiolkę z xanaxem stojącą na półce obok łóżka. – Leki wziąłeś?

– Tak.

– Na pewno?

– Tak!

Chwilę przyglądała mu się z uwagą. W końcu westchnęła ciężko i wstała powoli, z zatroskaną miną.

– To pewnie przez te hamburgery – rzucił za nią, podsuwając jej wyjaśnienie.

– Mówiłam ci, żebyś nie jadł byle czego – odwróciła się w drzwiach i jeszcze raz ukradkiem spojrzała na butelkę z pigułkami. – Zadzwoń do pracy i weź urlop, żeby cię nie wyrzucili. Ciężko by nam było związać koniec z końcem bez twojej pensji. Wiesz, jakie wszystko teraz drogie.

Nie miał zamiaru dzwonić do Jerzyka, bo i nie chciał już tam wracać. Na samą myśl o tym krew się w nim burzyła, a wspomnienie wczorajszego dnia paliło wstydem, jak żywym ogniem.

– Sama jesteś sobie winna – chciał jej dokuczyć i przelać w ten sposób na nią choć część swojego rozgoryczenia. – Jakby był z nami ojciec, byłoby ci łatwiej.

– Dlaczego tak mówisz – spojrzała na syna z wyrzutem. W jej spojrzeniu nie było złości, tylko smutek. – Przecież wiesz, jaki był. To nie był dobry człowiek.

– Może na to zasłużyłaś? – jej łagodność dodawała mu pewności siebie i pozwalała ranić dotkliwiej.

– Dziecko, co ty mówisz…

Wyszła, a on od razu pożałował swoich słów. Przecież miał tylko ją. Kochał matkę najbardziej na świecie, chociaż czasem obwiniał, za to, że zostali sami. Często wracał myślami do tamtych dni. Wspomnienia związane z ojcem były wciąż żywe. Wtedy miał sześć lat, teraz z perspektywy minionego czasu rozumiał dużo więcej.

***

Wracali we trójkę z meczu Wisły, ich zespół wygrał i awansował w jakichś ważnych rozgrywkach. Ojciec był wniebowzięty, zachowywał się jak mały chłopiec, który dostał cukierka. Matka śmiała się z niego i kiwała głową z politowaniem. Nigdy nie rozumiała, że piłka nożna to dla mężczyzn najważniejsza z nieważnych spraw. Po drodze wstąpili na lody i Jakub dostał aż cztery gałki – tyle, ile goli strzeliła ich drużyna. Matka protestowała, choć jakoś bez przekonania. Było naprawdę miło, aż do czasu, kiedy w tramwaju zauważyła tamtą kobietę. Kuba też ją poznał, mieszkała w ich bloku, gdzieś na wyższym piętrze. Często, kiedy wysiadali z windy, ona jechała dalej. Miała krótką spódnicę i bluzkę z falbanami, z dużym dekoltem. Ojciec spojrzał na nią ukradkiem i uśmiechnął się, a ona odwzajemniła uśmiech.

– Mógłbyś przynajmniej przy mnie nie podrywać tej flądry? – twarz matki stężała, rodzinna atmosfera zniknęła w jednej chwili. – Może ustąpię jej miejsce i siądzie sobie tutaj z tobą?

– O co ci chodzi?

– Tu się patrz! – przysunęła Kubę do siebie i obróciła go w jego stronę. – Tu masz swoją rodzinę!

– A co ja niby takiego robię? – udawał zdziwionego. – Przecież byliśmy razem na lodach.

– Dobrze wiesz co! – wysyczała przez zęby. – Latasz za nią jak pies za suką! Jakbyś mógł, to byś teraz podbiegł i powąchał jej dupę!

– No to pokazałaś kulturę – wydął usta z wzgardą. – Brawo, i to przy dziecku.

– Podobno połowa osiedla już z nią spała! – podniosła głos patrząc na kobietę. – Jak jakiś chłop rozporek rozsunie, to ona już jest!

– Ciszej, kurwa! – warknął na nią. – Nie rób przedstawienia, a z siebie większej idiotki, niż jesteś!

Ludzie patrzyli lekko rozbawieni, z zaciekawieniem obserwując małżeńską kłótnię. Tylko tamta kobieta wstała z siedzenia, zabrała siatkę z zakupami i przeszła na tył tramwaju.

7

Dostrzegł ich przez dużą szybę w witrynie osiedlowego baru. W środku można było nie tylko napić się piwa, ale i obstawić w sportowych zakładach. Knajpa pełna była stałych bywalców. Zakaz palenia obowiązywał w praktyce najwyraźniej tylko w lokalach w centrum Krakowa, bo tutaj pod sufitem snuły się kłęby papierosowego dymu. Rozsiedli się we trzech przy stoliku w kącie sali, gapiąc się w wiszący na ścianie telewizor. Frontem do okna siedział krępy osiłek, całe ręce, łącznie z wierzchem dłoni, miał pokryte tatuażami. Sąsiednie krzesło zajął jego kumpel, wysoki, ale bardzo chudy. Trzeci chłopak był drobnej postury, miał dziecięcą twarz i musiał być sporo od nich młodszy. Wszyscy mieli gładko ogolone głowy. Na stoliku przed nimi stały prawie puste kufle, na dnie każdego zostało tylko tyle napoju, żeby barman nie mógł ich zabrać. Na kolejne piwo nie mieli już pieniędzy, a siedzenie przy pustym stole było tu niemile widziane, musieliby opuścić lokal.

Wszedł do środka, usiadł przy barze i przyglądał się im, czekając na swoje zamówienie. W końcu wielka, umięśniona łapa barmana, zakończona małą, pulchną rączką, postawiła przed nim piwo. Zebrał się w sobie, nerwowo pogładził dłonią świeżo wygoloną czaszkę i wstał z barowego stołka. Zabrał z blatu swoją szklankę i ruszył w kierunku ich stolika.

– Cześć – spojrzał po zaskoczonych twarzach. – Można się dosiąść?

– Spierdalaj – osiłek był szczerze zdziwiony pytaniem, bo wyglądem raczej nie zachęcali do przyjacielskich zaczepek. – Nie znam cię.

– Z nim to się trochę poznaliśmy – wskazał na najmłodszego z siedzących. – Mordę ma nawet jeszcze spuchniętą.

– Kurwa! Bolo, to ten wiślacki cwel, cośmy go przedwczoraj gonili! Ten, co mi kastetem zajebał! – Chłopak zerwał się na równe nogi, omal nie wywracając stolika, i rzucił się z pięściami w stronę gościa.

– Czekaj, Synek! – Bolo podniósł się i odciągnął małego do tyłu. Też rozpoznał intruza i nie spuszczając z niego wzroku, zwrócił się do chudzielca. – Pilnuj drzwi. Dostanie po mordzie, ale nie tutaj, bo Eryk już bejsbola szuka.

Zza kontuaru przyglądał im się teraz uważnie wielki barman, jedną ręką sięgając pod ladę. Intruz postawił swoje piwo na ich stoliku.

– Czekam na zewnątrz – odwrócił się i bez pośpiechu wyszedł z baru, dając im w ten sposób do zrozumienia, że jest gotów do konfrontacji.

– Uważaj na niego – Bolo zwrócił się do wysokiego chudzielca. – Żeby nam znowu nie spierdolił.

Wyszli na ulicę, mały klął pod nosem, odgrażając się, ale nie robiło to na obcym żadnego wrażenia. Bolo, najwyraźniej wśród nich najważniejszy, był spokojny, cały czas jednak czujny. Seba, trzeci z ekipy, nie odzywał się, za to obserwował obcego w skupieniu, gotowy w każdej chwili zareagować i przeszkodzić w ucieczce. Przeszli na tyły lokalu, osiłek z przybyszem stanęli naprzeciwko siebie i bez zbędnych dyskusji przyjęli postawę do walki. Bolo nie lekceważył przeciwnika, choć miał przewagę fizyczną i opanowaną technikę, bo dwa lata trenował w Cracovii boks. Nawet dobrze się zapowiadał, ale wolał pięściami zdobywać szacunek na mieście, niż medale w ringu, więc wyrzucili go z klubu. Formę jednak zachował, bo okazji do szlifowania umiejętności na ulicy i pod stadionami nie brakowało.

Teraz ich pochylone sylwetki z uniesionymi, zaciśniętymi pięściami przez kilka sekund poruszały się rytmicznie na boki, jakby w jakimś rytualnym tańcu. Nagle Bolo zamarkował cios prawą i błyskawicznym, lewym sierpem trafił przeciwnika w skroń, a kiedy tamten oszołomiony opuścił gardę, prawą poprawił w brodę. Chłopak zachwiał się i całym ciężarem upadł do tyłu na stojące za nim plastikowe kubły. Wylądował na chodniku wśród resztek jedzenia i śmieci. Było po walce, poszło nadzwyczaj łatwo. Mały doskoczył jeszcze i kopnął leżącego kilka razy w brzuch.

– Zostaw, Synek – wysoki chudzielec odciągnął go za kaptur. – Starczy mu.

Kilka minut trwało, zanim pokonany odzyskał przytomność. Przez chwilę kasłał obolały, odkrztuszając z gardła zakrzepłą krew. Kiedy wstał, nikogo już w pobliżu nie było. Z trudem podniósł się, kręciło mu się w głowie. Bolała go szczęka i żebra. Zatoczył się i podpierając o ścianę powoli obszedł budynek dookoła i znów otworzył drzwi baru. Zauważyli go od razu i zdumieni wymienili między sobą spojrzenia. Bolo obserwował go z zaciekawieniem. Tym razem chłopak zamówił cztery piwa i chwiejnym krokiem znów ruszył w kierunku ich stolika, uważając, by nie rozlać.

Stanął obok nich bez słowa, czekając na przyzwolenie najważniejszego z ekipy. Patrzyli sobie w oczy, w końcu Bolo bez słowa podsunął mu nogą wolne krzesło. Chłopak powoli postawił piwa na blacie, usiadł i rozdał szklanki, stawiając po jednej przed każdym.

– Bić się nie umiesz, ale jaja masz – Bolo upił łyk i oblizał wargi z piany.

– Nie bądź taki pewny – obcy skrzywił się, czuł ból przy przełykaniu piwa. – Może się podłożyłem?

– Pierdolisz – zaśmiał się. – Niby po co?

– Jakbym wygrał, to raczej bym tu teraz z wami nie siedział.

Tamci znów wymienili spojrzenia, koleś był intrygujący. Jego irracjonalne zachowanie powodowało, że budził ciekawość, a odwaga zjednywała szacunek. Albo był niespełna rozumu, albo prawdziwy kozak.

– Coś tu śmierdzi – Bolo wyprostował się na krześle.

– Jeśli myślisz, że jestem z psiarni, to się grubo mylisz.

– Nie, normalnie gównem jedzie – spojrzał pod stół. – Sprawdźcie buty.

Obejrzeli po kolei podeszwy.

– Kurwa, Synek! – wysoki załamał ręce. – Ty to jednak jesteś jedyny!

– No co – mały podniósł wyżej prawego adidasa. – Musiałem za barem wleźć.

– Idź do kibla i to wyczyść – śmiali się teraz wszyscy. – Tylko porządnie, bo jak będzie jebało, to pójdziesz siedzieć do innego stolika.

– Pewnie któryś z was się tam zesrał – Synek próbował się odgryźć, zły, że jest obiektem drwin.

– Czekaj, podobno wdepnięcie w gówno przynosi szczęście – ich nowy kompan sięgnął do kieszeni i wyjął stuzłotowy banknot. – Zanim wyczyścisz, postaw za mnie, a jak wygram, to się z tobą podzielę kasą.

– Spoko – mały wziął pieniądze i już w dobrym nastroju ruszył w stronę kontuaru, gdzie przyjmowane były zakłady.

Okazało się, że stare porzekadła się sprawdzają. Pół godziny później siedzieli przy pełnym szklanek stoliku, zajadali kebaby i popijali je kolejnymi piwkami. Na środku stała też napoczęta butelka wódki. Impreza rozkręciła się, z wygranej starczyło jeszcze na działkę koksu, którą sprzedał im Seba. Jak się okazało, do pensji kasjera w Biedronce dorabiał sobie handlując narkotykami. Nad ranem rozstali się w uściskach i każdy poszedł w swoją stronę. Seba i Synek okazali się rodzeństwem, co było zaskakujące, bo ani charakterem, ani wyglądem zewnętrznym młody w niczym nie przypominał starszego brata.

– Fajny ten Kosa, co nie? – Synek czknął i zatoczył się lekko.

– Czy ja wiem – Seba szedł prosto, mimo wątłej postury miał mocną głowę. – Jakoś dziwnie mu z oczu patrzy.

8

Policjanci zaparkowali samochód na chodniku przed domem, bo stojąca w bramie karetka blokowała wjazd na posesję. Okna szoferki były uchylone, w środku siedziało dwóch sanitariuszy. Czekali, żeby zabrać ciała. Jeden zajadał bułkę, popijając maślanką, drugi ze znudzoną miną gapił się w telefon. Olkowski szedł przodem, machnął ratownikom na przywitanie. Minęli ich, schodząc na krótko przystrzyżony trawnik. Alicja obrzuciła dom pierwszym spojrzeniem. Ogród był zadbany, wśród drzew rosły ozdobne krzewy, a na rabatce przed wejściem kolorowe kwiaty. Sam budynek nie wyglądał jakoś specjalnie bogato. Zwykły dom jednorodzinny, jakich wiele na tym osiedlu. Z jakiegoś powodu jednak bandyci go wybrali, co mogło sugerować, że wiedzieli o właścicielach i ich majątku coś więcej. Coś, co czyniło w ich mniemaniu napad rabunkowy opłacalnym.

– Już do was schodzę!

Policjanci rozejrzeli się zdezorientowani, słyszeli głos, ale nie widzieli jego właściciela. Po chwili spojrzeli w górę, skąd dochodziło wołanie. Na balkonie nad ich głowami opierał się o barierkę starszy, chudy facet w białej koszuli i niemodnej marynarce w kratę. Ta ostatnia część garderoby prawdopodobnie miała w zamyśle dodawać właścicielowi elegancji, bo na pewno w taki upał nie była praktyczna. Alicja stwierdziła, że nic z tego jednak nie wyszło, marynarka wyglądała na znoszoną i co najmniej rozmiar za dużą. Wisiała na facecie, jak na kiju od szczotki. Pani komisarz pomyślała, że to samo można byłoby powiedzieć o jego cielesnej powłoce. Nawet z tej odległości widać było fałdy skóry na szyi, a ziemista twarz poorana była głębokimi bruzdami zmarszczek. Romska zgadła, że to patolog. Poczuła do niego podświadomą niechęć, zarówno za sprawą jego nieciekawej fizjonomii, jak i nieprzyjemnej profesji. Zganiła się za to w myślach, nie powinna oceniać ludzi po wyglądzie, a trupi zapach w jej zawodzie też nie był czymś obcym. Nic jednak nie mogła poradzić na to, że odruchowo w pierwszej kolejności zawsze doszukiwała się u ludzi negatywnych cech. Zboczenie zawodowe. Obok lekarza medycyny sądowej stał technik, miał zrzucony do tyłu kaptur białego kombinezonu i nasunięte na czoło okulary. Obaj powoli ćmili papierosy, co sugerowało, że zakończyli już swoją robotę.

– Proszę sobie spokojnie spalić – Romska spojrzała na nich, przysłaniając dłonią oczy przed rażącym ją słońcem. – Rozejrzymy się najpierw.

– Możecie już wszystkiego dotykać – wtrącił się technik. – Zdjęcia porobione, a wszystkie ślady zabezpieczyliśmy.

Alicja kiwnęła głową i skierowała się do wejścia. W przedpokoju panował względny porządek, dopiero kiedy weszli do salonu, zobaczyli efekt działania bandytów. Oczy, przyzwyczajone do blasku słońca, musiały teraz przywyknąć do panującego wokół mroku, bo rolety w pokoju były zasunięte. Technicy po zabezpieczeniu pomieszczenia zostawili je tak, jak zastali. Wszystkie regały były opróżnione, a na podłodze poniewierały się potłuczone bibeloty i porozrzucane książki. Obrazy ze ścian złodzieje ściągnęli, prawdopodobnie szukając ukrytych schowków. Poduszki kanapy i foteli były pocięte, wystawała z nich gąbka. Dywan rzucili w kąt, nawet ziemia z doniczek była wysypana na podłogę. Nie trzeba było być mistrzem dedukcji, żeby zgadnąć, co się tu wydarzyło. Z pokoju policjanci przeszli do sypialni, i tu dopiero poczuli tragizm wydarzeń. Podobnie, jak w salonie wokół panował półmrok.

– Nie świeć – Romska powstrzymała Olkowskiego, który odnalazł właśnie na ścianie włącznik.

Jej wyobraźnia pracowała już, próbując odtworzyć przebieg zbrodni, a jasne światło żarówki mogło ten tok myślenia zakłócić. Na dużym, małżeńskim łóżku, w nienaturalnej pozie, leżała martwa, naga kobieta. Górna część ciała ułożona była na prawym boku, jedna ręka zwisała z łóżka nad podłogą, druga była odrzucona w tył, odsłaniając piersi. Głowa ofiary zwrócona była w kierunku okna, włosy zakrywały częściowo twarz, przez co trudno było określić wiek zamordowanej. Blask wpadającego przez szczelinę między zasłonami światła odbijał się w martwym oku, a zatrzymane spojrzenie utkwione było w punkcie na ścianie. Dolna część ciała leżała na wznak, ułożenie nóg musiało być wynikiem upadku, bo rozrzucone, częściowo wystawały za łóżko.

– Fajna babka – żarówka rozbłysła nagle i do sypialni wszedł doktor. – Szkoda tylko, że martwa.

Przy jasnym świetle wszystko wyglądało trochę inaczej. Rozproszyło ono nie tylko panujące w sypialni ciemności, ale i nagromadzone ciężkie emocje. Oczom śledczych ukazały się za to nowe detale, których w półmroku nie można było dostrzec. Poszwa tuż obok głowy kobiety była zabarwiona na ciemnoczerwony kolor. Krwi musiało być więcej, ale wsiąkła w poduszkę. Na pościeli można było też dostrzec blado żółte plamy, na kołdrze i prześcieradle w okolicach krocza kobiety.

– To sperma? – Olkowski spojrzał na patologa, wskazując na zabrudzenia, a ten kiwnął twierdząco głową. – Uda się ustalić coś więcej?

– Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent już teraz mogę panu powiedzieć, że to nasienie mężczyzny – wykrzywił usta, zadowolony z żartu. – Chociaż teraz takie czasy, że nic nie wiadomo.

Nikt się nie roześmiał.

– Panie, weźże się pan… – Olkowski spojrzał na niego z dezaprobatą.

Romska zignorowała jego wygłupy zupełnie, zajęta nowym odkryciem. U wezgłowia łóżka dostrzegła dziwny, niewyraźny ślad, o nieregularnym kształcie. Podeszła bliżej, aby przyjrzeć się lepiej. Na pościeli zobaczyła krwawe odbicie małej rączki. Żal ścisnął jej serce. To dzieci pierwsze znalazły martwą mamę.

9

Matka nie przestawała walić pięścią w drzwi. Jakub siedział przy biurku wpatrzony w ekran komputera. Próbował ją ignorować, grając w jakąś grę, ale mimo słuchawek na uszach i tak dobiegały do niego jej krzyki. Podkręcił głośność dźwięku w komputerze, chcąc zagłuszyć jej wołanie, na niewiele to się jednak zdało.

– Kuba, wpuść mnie natychmiast! – w matczynym głosie słychać było złość, ale i troskę. – Jakub, ostatni raz cię proszę, otwórz te drzwi!

Bała się o niego, ale miał to gdzieś. Był pobudzony, bo znów nie wziął leków. Założył dzisiaj łucznik w drzwiach do swojego pokoju, kiedy była na dziennym dyżurze w szpitalu. Już nie będzie wchodzić bez pukania. Nie będzie musiał słuchać jej rad, tego ciągłego układania mu życia. Wywodów, że ma wyjść z domu, do ludzi. A ostatnio ciągłego nagabywania, dlaczego rzucił robotę. Bo przecież, jak uparcie twierdziła, tam na niego czekają.