84 osoby interesują się tą książką

Opis

3. miejsce w plebiscycie Lubimy Czytać w kategorii horror!

 

Trybecz, pasmo górskie na Słowacji. Od dziesięcioleci krążą o nim legendy z powodu tajemniczych zaginięć. Niektóre ofiary zostały znalezione martwe. Niektóre zniknęły bez śladu. A jeszcze inne powróciły ranne i niezdolne do życia.


Igor zdobył tytuł magistra. Po pięciu latach wreszcie może zacząć karierę jako robotnik budowlany. Na swojej pierwszej budowie odkrywa tajemniczy sejf. Znajduje w nim płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat. Słyszy na nich głos człowieka, który przez ponad trzy miesiące błąkał się w górach Trybecza.
Legenda, mistyfikacja czy przerażająca rzeczywistość?


Świetna powieść najpopularniejszego słowackiego pisarza. Jozef Karika staje twarzą w twarz z legendą Trybecza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 464

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dziękuję Kamilowi Hambálkowi za pomoc w potwierdzeniu niektórych informacji i faktów przedstawionych w tej książce.

PRZEDMOWA AUTORA

To nie jest nic dla ciebie. Do dziś pamiętam to zdanie. Igor spojrzał na mnie, uniósł brwi i powiedział: „To nie jest nic dla ciebie".

Zaciekawił mnie ton jego głosu. Do tamtej chwili byłem pewien, że cała sprawa to tylko kawał, głupi żart – albo że mam do czynienia z wariatem lub desperatem, który za wszelką cenę chce zwrócić na siebie uwagę.

Kiedy jednak wypowiedział swoje: „To nie jest nic dla ciebie", po raz pierwszy zacząłem mieć wątpliwości. Nie twierdzę, że zmieniłem zdanie.

Właściwie nawet teraz, ponad rok po naszym spotkaniu, nie jestem pewien, czy mówił prawdę. A jeśli zmyślał, to w jakich proporcjach jego fantazje mieszały się z rzeczywistością. Niektóre elementy jego historii są bez wątpienia prawdziwe – dokładnie to sprawdziłem, lecz pozostałe… Zresztą sami się przekonacie.

Na wstępie chcę podkreślić, iż nie twierdzę, że to, co przeczytacie, wydarzyło się naprawdę. Nie twierdzę jednak też, że chodzi o zamierzoną konfabulację czy spowiedź szaleńca. Tak naprawdę moja opinia nie jest tu istotna. Najlepiej będzie, jeśli na podstawie lektury stworzycie sobie własne zdanie, własną perspektywę, i sami zdecydujecie, czy macie do czynienia z fikcją, czy z rzeczywistymi zdarzeniami.

Ja jako autor dokonałem jedynie zapisu i beletryzacji. Właśnie o to poprosił mnie Igor. Nie chodziło mu, zresztą mnie też nie, o przekonywanie, ujawnianie jakichś tajemnic czy tworzenie legendy.

Chciał jedynie utrwalić przerażające, tragiczne wydarzenia, w których brał udział i, co podkreślał, przekazać te informacje ludziom. Jak powiedział: „Żeby to wszystko nie poszło na marne".

Ale wróćmy do początku.

„To nie jest nic dla ciebie" – powiedział Igor, wyglądając na rozczarowanego.

Nie wiem, co sobie o mnie pomyślał, ale ewidentnie nie spełniałem jego oczekiwań. Może przejrzał mnie i wyczuł, że uważam go za wariata lub mitomana. Miałem jednak ku temu kilka dobrych powodów.

Jakieś pół roku po publikacji mojej powieści Strach dostałem dziwny e-mail. Nieznajomy facet, podpisujący się jako Igor M., twierdził w nim, że niektóre sceny z książki są wręcz rażąco podobne do tego, co rzekomo sam przeżył.

Wzbudziło to moją czujność, bo od czasu do czasu dostaję takie wiadomości, często kończą się one oskarżeniami o plagiat albo autor listu domaga się, żebym przyznał, że opisałem jego osobiste doświadczenia.

Tok rozumowania niektórych ludzi bywa naprawdę dziwaczny, dlatego nie dziwcie mi się, że byłem ostrożny. Oprócz oskarżeń o plagiat czy podkradanie cudzych żyć groziła mi jeszcze jedna nieprzyjemna możliwość – wspaniały pomysł na książkę. Takich ofert dostaję naprawdę sporo („dam panu świetny pomysł na książkę, a pan mi zapłaci"). Często męczy mnie wyjaśnianie, że pomimo iż dobry pomysł jest ważny, to sam w sobie stanowi najmniej wartościowy budulec w procesie powstawania powieści. W zanadrzu mam kilkadziesiąt własnych świetnych pomysłów, ale biorąc pod uwagę realne możliwości czasowe i moje moce przerobowe, formy książkowej doczeka się w najlepszym razie jakieś piętnaście procent z nich.

Co więcej, te świetne pomysły niejednokrotnie proponują mi ludzie przekonani, że potrafią nawiązać telepatyczny kontakt z kosmitami, odkryli ogólnoświatowy spisek, którego korzenie sięgają aż do wsi Tepliczka nad Wagiem albo od ponad dwunastu lat toczą bohaterski bój z mafią z urzędu miasta w sprawie sprzątania psich odchodów.

Dlatego Igorowi uprzejmie odpisałem (zgodnie z prawdą), że powieść Strach to wytwór mojej wyobraźni i że aktualnie nie jestem zainteresowany żadnymi pomysłami na książki, gdyż nie nadążam ze spisywaniem własnych. Jednocześnie podkreśliłem, iż zjawiska paranormalne czy historie mrożące krew w żyłach interesują mnie wyłącznie pod względem artystycznym lub beletrystycznym i że w podobne rzeczy nie wierzę i zbytnio mnie one nie ciekawią. Wręcz przeciwnie, jestem nastawiony do nich sceptycznie i nieufnie.

Igor jednak nie dał się zniechęcić i obstawał przy swoim: sceny ze Strachu, w którym zdezorientowani bohaterowie błąkają się po lesie, doświadczając zaburzeń postrzegania czasu i przestrzeni, są uderzająco podobne do tego, co sam naprawdę przeżył. Dołączył nawet link do jakiegoś artykułu w Internecie i zrobionego przez siebie zdjęcia. Na razie nie zdradzę, o jaki artykuł chodziło ani co było na zdjęciu – wkrótce do tego dojdziemy. Teraz zdradzę jedynie, że gdy zobaczyłem tę fotografię i przeczytałem artykuł, wyczułem w nich naprawdę dobrą historię.

Będę szczery, straszność i absurdalność tego, co sugerował Igor, zainteresowały mnie. Ciągle jednak pamiętałem, że może chodzić o żart lub czyjąś chorobę psychiczną. Wydawało się to nawet znacznie bardziej prawdopodobne niż inne możliwości.

Z reguły nie umawiam się na takie spotkania, lecz tym razem coś podpowiadało mi, by zrobić wyjątek. Pojechałem więc do Żyliny, spotkałem się z Igorem i wysłuchałem historii, od której mój mózg prawie się przepalił.

Opisałem ją w niniejszej książce najlepiej, jak umiałem. Po początkowej nieufności przekonałem bowiem Igora, że mimo wątpliwości i sceptycyzmu opracuję jego historię uczciwie. Nie oczekiwał ode mnie niczego więcej. Nie wmawiał mi, że mówi prawdę. Nie przekonywał, żebym nie traktował go jak wariata. Wręcz przeciwnie, sam przyznawał, że może jest wariatem, nawet momentami wydawało mi się, że taka wersja przyniosłaby mu ulgę.

Nie chcę przedłużać, sam jestem ciekaw, co powiecie o tej historii, ale mam jeszcze kilka drobnych informacji. Całość zarejestrowałem podczas sześciu spotkań. Igor wszystko opowiadał mi twarzą w twarz. Czasem był rzeczowy i spokojny, a innym razem bardzo poruszony, rozemocjonowany i zagubiony. Na stole pomiędzy nami leżał włączony dyktafon.

Następnie zbeletryzowałem te kilka godzin naszej rozmowy. Dokładnie tak jak życzył sobie tego Igor. To znaczy – niektóre fragmenty tekstu są dosłownymi cytatami, a inne zostały nieco dopasowane do potrzeb powieści. Nigdy jednak nie zmieniałem treści ani w żaden sposób nią nie manipulowałem. (Jedyny wyjątek stanowią imiona i nazwiska głównych bohaterów – one wszystkie zostały zmienione). Jeśli coś w tekście wymagało doprecyzowania, stosowałem przypisy objaśniające. Moim celem było zachowanie autentyczności nagrań w największym możliwym stopniu, przedstawienie tej historii tak, jak Igor mi ją opowiedział, a jednocześnie opracowanie jej w sposób atrakcyjny dla czytelnika.

Otwarcie przyznaję, że praca nad tą książką była dla mnie psychicznie wyczerpująca. Ta historia oraz jej ustny, bezpośredni przekaz słyszany od zwykłego człowieka poruszyły jakąś moją czułą strunę – nie wiem, czy można to nazwać przerażeniem, ale z pewnością wywołały we mnie niepokój, a momentami dość mocno wyprowadzały z równowagi. Podczas przepisywania, niejednokrotnie w uszach pobrzmiewały mi słowa Igora, którymi podsumował mnie na pierwszym spotkaniu: „To nie jest nic dla ciebie".

Może miał rację.

Jozef Karika

PIERWSZA SERIA NAGRAŃ (nagrana między 18.04. a 16.05.2015)

Powinienem był odwrócić się i wyjść, zostawić to czarne monstrum w spokoju. Przeklęte cholerstwo! Oczywiście, teraz to jestem mądry. Ale skąd, do cholery jasnej, mogłem wiedzieć, dokąd mnie to znalezisko zaprowadzi? I nie tylko mnie… Jebane stalowe drzwiczki, jak mogłem przewidzieć, co za nimi jest?!

Chciałem tylko zdobyć trochę dodatkowego hajsu, myślałem, że zwinę kilka starych szpargałów i opchnę je w lombardzie za rogiem albo w antykwariacie na rynku. Kto mógłby się spodziewać, że zamiast tego znajdę… Nawet nie wiem, jak to nazwać, rozumiesz?

Ale po kolei, wszystko od początku, za chwilę i tak, chcąc nie chcąc, dojdę do stalowego potwora i tego, co w nim znalazłem.

Skończyłem studia, kierunek nieistotny. Trzy miesiące temu obroniłem pracę, więc to chyba oczywiste, że teraz gniję w pośredniaku, nie? Muszę płacić za mieszkanie, wprawdzie moja dziewczyna coś tam zarabia, ale na wszystko nie wystarcza; musimy mieć na jedzenie, ubranie i całą resztę, na pewno wiesz, o czym mówię. Dlatego biorę różne prace dorywcze, co ci będę gadał, większość jest gówniana.

Wtedy też tak było – inwestor kupił stary budynek na Hurbanovej, planował remont generalny, więc ktoś musiał posprzątać cały syf. Kto to zrobi? Oczywiście, że absolwenciaki z urzędu pracy. Niech wiedzą, że nie uczyli się tyle lat na darmo. Pani urzędniczka proponuje staż – trzy albo cztery miesiące, za hojne sto trzydzieści euro miesięcznie. Chcesz, to bierz, nie to nie, jej wszystko jedno. Ale jak nie weźmiesz, to masz minusa, że niby nie współpracujesz i przy najbliższej okazji wywalą cię na zbity pysk. A do tego jeszcze usuną z ewidencji, żebyś nie psuł statystyk. Tak wygląda polityka prospołeczna w praktyce. Jestem więc robolem, nic innego mi nie pozostaje, i zapieprzam z nadzieją, że na dwusetne wysłane cv ktoś mi wreszcie odpowie.

Wkurza mnie to, ale do rzeczy. To wszystko zaczęło się właśnie tam. Fakt, wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem, ale w ruderze na Hurbanovej rozpoczęło się wielkie odliczanie. Tykało po cichu, póki gra się nie skończyła, a ja razem z nią.

Game over, man, o tak, szybko i prosto (pstryknięcie palcami). I bynajmniej nie dotyczyło to tylko mnie…

Jeszcze innych w to umoczyłem, już wiesz, jak to się wszystko skończyło, więc mnie rozumiesz. Ale chcę opowiedzieć ci wszystko od początku. Możesz myśleć, co chcesz, nawet to, że robię cię w chuja, mam to gdzieś.

Czyli ten cholerny dzień. Rano wstałem normalnie, Mia była już w kuchni. Ma na imię Miroslava, ale dla mnie to po prostu Mia; zaczęliśmy się spotykać na trzecim roku i tak już zostało.

Słyszałem, że szykuje śniadanie, stukały kubki, lubi robić kakao. Ja za nim nie przepadam, ale trudno. Jak mieszkasz z kimś w miniaturowej kawalerce, to nie możesz przejmować się pierdołami. Sprawdzona mądrość z akademika, obowiązująca także w tym przypadku. Wstałem, włączyłem lapka i sprawdziłem bloga. Lubię sobie poblogować, ale to już wiesz.

W nocy przybyło parę komentów, przeleciałem je szybko wzrokiem, nie chciało mi się wdawać w dyskusje. Jakiś pajac z nickiem Kochczera jak zwykle mnie trollował. Nigdy nie karm trolli. Sprawdziłem statystyki, nie było najgorzej. Najpopularniejszy post o doświadczeniach ze słowacką koleją miał ponad sto tysięcy wyświetleń, reszta trochę mniej, ale i tak całkiem sporo.

 – Dzień dobry. – Podeszła do mnie, poczułem zapach kakao. Położyła mi dłonie na ramionach, zacisnęła palce i zaczęła masować. Często budzę się połamany, dlatego dobrym masażem nigdy nie pogardzę. Mia jest w tym niezła, skończyła kurs. Ona też jest po studiach, więc żeby sobie dorobić, musi zajmować się takimi pierdołami. To mi się właśnie w niej podoba. Jak jest źle, ja zaczynam psioczyć, czasem niepotrzebnie wybucham, a ona wprost przeciwnie, nie narzeka, tylko szkoli się, żeby zarobić dodatkowe kilka euro. Z punktu widzenia kasy fajnie, ale nie zachwyca mnie, że musi dotykać jakichś staruszek, starców i obcych facetów. To nic przyjemnego, ale do rzeczy.

– Nie zaczytuj się, za czterdzieści pięć minut musisz być w pracy – przypomniała mi i pocałowała we włosy.

Super, jakbym nie wiedział, co mnie dziś czeka. Najchętniej zostałbym w domu, ale już się zgłosiłem i gdybym nie przyszedł, pracodawca poinformowałby o tym pośredniak. Poza tym Mia nie może płacić za wszystko, źle się z tym czuję.

Nigdy niczego mi nie wypomniała, ale nawet nie musiała. Wystarczy, że masuje tych wszystkich ludzi. Nie chcę być sępem, więc zjem śniadanie i pójdę do roboty.

Poranek taki sobie, zaczynał się wrzesień, na zewnątrz było dość zimno. Miasto budziło się do życia, spotkałem tylko kilka osób. Przechodząc na rynku pod arkadami, zwanymi przez miejscowych Podcieniami, nie widziałem prawie nic, dookoła unosiła się mgła. Taka jesienna, która do południa zniknie i może się jeszcze rozpogodzić. Na razie jednak trudno było to przewidzieć. Renesansowe i barokowe domy wynurzały się z oparów, atmosfera jak z filmu fantasy – czułem się jak w Grze o tron.

Przy odrapanym kościele skręciłem w bok i ulicą Dolny Val dotarłem na Hurbanovą. Byłem już blisko, na myśl o pracy nie odczuwałem żadnej radości, wręcz przeciwnie, nogi ciążyły mi przy każdym kroku. Gdybym lepiej słuchał swojego ciała, jak często radziła mi Mia, odwróciłbym się i wróciłbym do domu. Szkoda, że go nie posłuchałem.

Kroczyłem dalej bez życia jak Otik ze Wsi moja sielska, anielska – dawna synagoga, akademia medyczna jeszcze bardziej zniszczona niż kościół na rynku, skręciłem w prawo i…

Dotarłeś do celu – powiedziałaby nawigacja, gdybym jakąś posiadał.

W tej dzielnicy znajdowało się kiedyś sporo budynków, willi i pałacyków z początku dwudziestego wieku. Część z nich została ładnie odnowiona, a część zburzono – na ich miejscu powstały nowoczesne bloki i parkingi. Kilka budowli pozostało jednak w swoim pierwotnym stanie. Właśnie do takiej willi zmierzałem. Stała za zielonym internatem. Z chodnika nie było jej prawie widać, przez chwilę zastanawiałem się, czy dobrze trafiłem.

Przeszedłem wąskim przejściem między bursą i budową pensjonatu. Roztoczył się przede mną nieoczekiwany widok – secesyjna willa podobna do sąsiedniego internatu, tyle że mniejsza. Też zapewne pochodziła z początku dwudziestego wieku, ale w odróżnieniu od zielonego budynku przy chodniku nie została odnowiona. Lata świetności miała już dawno za sobą. Zaskoczyło mnie to, nigdy wcześniej jej nie widziałem, chociaż przechodziłem tędy chyba z milion razy. Ale w sumie nic dziwnego, od frontu zasłaniała ją bursa, a z boku – od ulicy Andreja Kmeta – długi blok. Nie wiedziałem, czy inwestor chciał willę odremontować, czy zburzyć, by uzyskać lukratywną parcelę w centrum miasta.

Szczerze mówiąc, miałem to gdzieś, niech sobie robi, co chce. Znacznie bardziej martwiło mnie, co w ciągu najbliższych dni będę robić ja.

Nic przyjemnego, stary. Jeśli trafiła ci się kiedyś taka podła fucha, to wiesz, o czym mówię. Czekała tam na mnie ekipa równie podekscytowanych współpracowników, jeden albo dwóch facetów od inwestora i konkretny zapierdziel. Już pierwszy dzień dał mi w kość, a to były dopiero prace przygotowawcze. Willa na zewnątrz nie wyglądała na dużą – dwa piętra, niewysoka ozdobna wieżyczka, popękany tynk z masą jakichś płaskorzeźb i innych pierdółek.

Ale w środku było dużo gorzej. Śmierdziało starością i stęchlizną, a do tego wszędzie unosił się pył. Poranna mgła zaczęła się przerzedzać, a przez brudne okna zaglądało ostre słońce. Wolałbym, żeby nie wschodziło. W jego promieniach widziałem unoszące się tumany pyłu, miałem wrażenie, że to nie pojedyncze ziarenka się w nich unoszą i wirują, ale całe kłęby. Całkiem niedawno czytałem na jakimś blogu ciekawy artykuł o pasożytach żyjących w kurzu; całość uzupełniały zdjęcia mikroskopijnych organizmów w powiększeniu. Przypominały mi się za każdym razem, gdy drobinki pyłu drażniły mój nos albo dostawały się do gardła.

Ale to był dopiero początek. Dwóch świrów od inwestora kazało nam wywlec przed willę wszystkie meble. Wtedy po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, co tu tak właściwie kiedyś było? To nie był dom prywatny – pokoje i ich wyposażenie przypominały coś zupełnie innego.

– Kiedyś tu był internat – wysapał mój kolega, gdy męczyliśmy się na długim korytarzu z ciężkim skrzypiącym metalowym łóżkiem.

– Tak myślisz? – zapytałem z niedowierzaniem.

– Internat, jak w tym budynku przy ulicy.

Fakt, parter i piętra przecinał główny korytarz z kilkorgiem drzwi. Wszystkie prowadziły do niewielkich pokoi wyposażonych w skromne meble i jedno albo dwa łóżka. I to kurewsko ciężkie, jak się okazało.

– Czy ja wiem. – Pokręciłem głową. – Raczej szpital albo jakiś zakład.

– Oż w dupę, gruźliki – wymamrotał kolega, wykrzywiając twarz z obrzydzeniem.

W głowie natychmiast pojawiły mi się kolejne wspaniałe możliwości. Gdzieś czytałem, że na przykład bakterie cholery są w stanie przeżyć nawet dziesiątki lat.

– Albo syfilicy, to wtedy też było powszechne – dodałem na poprawę humoru.

– Ale syfa nie można złapać z powietrza, nie?

– No… nie wiem. – Udałem niepewność, mając z kolegi ubaw. Oprócz tego przyszło mi do głowy, że z dzisiejszego dnia mógłby być niezły tekst na bloga. Wyjąłem smartfona i zrobiłem zdjęcie zdewastowanego korytarza zakończonego wysokim oknem.

Trochę odżyłem, ale nie na długo. Do willi dotarła kolejna ekipa. Faceci mieli profesjonalne kombinezony i niezły sprzęt. Prawdziwi robotnicy, a nie tacy amatorzy po studiach jak my.

Moje obawy wkrótce się potwierdziły – w jednym z piwnicznych pomieszczeń zaczęli rozwiercać podłogę i ściany. Zapewne szukali instalacji wodnej, pionu albo czegoś w tym rodzaju. Cokolwiek to było, efekt był jeden – potworny hałas. Co najmniej dwa młoty pneumatyczne. Do tego kucie ścian jakimś dłutem, po prostu piekło. Cały budynek drżał, czułem, jak podłoga wibruje mi pod stopami. Na to nikt mnie nie przygotował, pani z urzędu nie miała bladego pojęcia, gdzie nas wysyła.

Po pół godzinie kompletnie nie było czym oddychać, z parteru dolatywały kłęby pyłu i głośne wyzwiska. Istnieją dwa typy robotników budowlanych – apatyczni i nerwowi. Pierwsi spokojniutko dzióbią sobie swoją pracę, nie zwracając uwagi na szczegóły czy szerszą perspektywę, na przykład, że zawala się na nich budynek. A ci drudzy robią tragedię nawet z wymiany żarówki. Ci tutaj należeli do tej drugiej grupy, bo zaczynali bluzgać coraz głośniej, dobitniej i częściej.

Mimo trudności kontynuowaliśmy pracę i opróżniliśmy prawie wszystkie pokoje na pierwszym piętrze. Nie było ich wiele, tylko cztery czy pięć, ale spróbuj znieść po schodach kilka metalowych łóżek. A do tego, oczywiście, szafki, stoliki, półki…

O dziesiątej myślałem, że się przekręcę. Nie tylko ja, moi koledzy też coraz częściej zostawali na powietrzu, pokaszliwali, charczeli albo wręcz przeciwnie – doprawiali swoje już mocno zasyfione płuca porcjami nikotyny z leczniczego papieroska. Ja nie palę i jeśli tylko mogłem, to z radością odpuszczałem sobie kurs tam i z powrotem po schodach. Zostawałem na piętrze, otwierałem okno i wychylając się przez nie, łapałem świeże powietrze.

Uprzątnęliśmy przedostatni pokój. Koledzy, a nawet nasi fachowcy od budowlanki, wyszli na dwór. Willa ucichła. Zostawiłem otwarte okno, przeszedłem się po korytarzu i jeszcze raz sprawdziłem opróżnione pokoje. Niczego nie przegapiliśmy, pierwsze piętro było czyste, została tylko jedna klitka.

Kiedy do niej wszedłem, z zaskoczenia aż uniosłem brwi. Nie było tam metalowego łóżka ani tanich mebli. Stały w niej szafy i masywny mahoniowy stół. Wszystko ładnie rzeźbione i stylowe. Przy eleganckim stoliku kawowym stał skórzany fotel, który pokrywała tak gruba warstwa pyłu, że na wszelki wypadek zrobiłem krok do tyłu.

Jakieś biuro. Jeśli kiedyś był tu zakład leczniczy, to w tym pomieszczeniu swój gabinet musiał mieć dyrektor albo ordynator. Na ścianach zauważyłem kilka jaśniejszych prostokątów, kiedyś zapewne wisiały tam obrazy. Nawet tapety były luksusowe i chociaż pokrywał je kurz, ozdobne wzory mieniły się gustownymi kolorami.

Wysokie półki na ścianach świeciły teraz pustką, ale kiedyś służyły jako kartoteka, bo zostały na nich tabliczki z literami alfabetu. Zmierzyłem je wzrokiem, zatrzymałem się dopiero przy oknie.

W kącie siedziało monstrum. Kanciasty czarny sejf, pielgrzym z odległych czasów, z pewnością pamiętający monarchię austro-węgierską. Nad drzwiczkami widniało ozdobne, rzeźbione godło, korona i dwie mityczne postaci zwierzęce w towarzystwie ascetycznego napisu Anton Maly Wien. Mimo dziesiątek lat, które przetoczyły się przez sejf i mimo osadu, który go pokrywał, litery delikatnie połyskiwały.

Jakby czekał. Jakby czuwał i czekał.

Zahipnotyzował mnie. Żeby to zrozumieć, musiałbyś zobaczyć ten kanciasty kształt z zaskakująco delikatnymi krawędziami. Per fekcyjny design, byłem oczarowany, totalnie urzeczony stylem epoki.

Podszedłem bliżej – dziurkę od klucza zakrywała ozdobna osłonka.

Pod nią z metalowych drzwiczek wystawała obrotowa rączka.

Chwyciłem ją – zimna.

Zacisnąłem palce, próbując ją przekręcić, ale ani drgnęła. Najpierw trzeba było włożyć klucz do zamka i otworzyć go, innej możliwości nie było.

Bez niego nie było szans, żeby dostać się do sejfu – potwierdzał to nawet jego kształt, emanowała z niego jakaś surowość i niedostępność. Już sam wygląd odwodził od próby przeniknięcia do wnętrza siłą.

Ciekawe co jest w środku? – pomyślałem.

Gabinet już dawno został uprzątnięty, zabrano wszystkie papiery, dokumenty, wyposażenie, talerze i sztućce. Zostały tylko meble, nic więcej. Ale skoro nikomu nie udało się otworzyć sejfu i nie pozwolił on sobie odebrać tajemnicy, to może zostało w nim coś z czasów, kiedy jeszcze…

– Na co się gapisz? – krzyknął kolega z pośredniaka.

Nie słyszałem, kiedy wszedł, prawie dostałem zawału, ale szybko nad sobą zapanowałem.

– Zastanawiam się, co z tym zrobimy. – Wskazałem na sejf.

– Boże, co za bydlę!

– Gruba stal, wpuszczony w podłogę, może zabetonowany…

– Ja tego nosić nie będę!

– Mam nadzieję, że ja też nie – przytaknąłem, biorąc do ręki smartfona, żeby zrobić zdjęcie stylowemu czarnemu monstrum. Jak człowiek bloguje, to cały czas musi myśleć o tym, co mogłoby zainteresować followersów.

Sielanka, niestety, nie trwała długo. Chwilę później na parterze odezwały się młoty pneumatyczne, ściany zaczęły drżeć i wróciliśmy do piekła.

Właściwie, naprawdę źle zrobiło się dopiero wtedy, gdy zaczęliśmy znosić po schodach masywne półki i stół. Huk, tumany kurzu i ciężary – dokładnie tak wyobrażałem sobie swój start na rynku pracy, gdy rozwiązywałem skomplikowane zadania na studiach.

Na szczęście podobne męki miały czekać mnie jeszcze tylko jutro. Później zaczyna się weekend. Dwa dni przeleżę na kanapie, tylko telewizor i laptop, nic więcej.

I Mia, oczywiście.

Za każdym razem po wytaszczeniu jakiegoś mebla przed willę i powrocie do gabinetu mój wzrok padał na czarny sejf.

Co w nim może być, co w sobie skrywa?

Nie miałem wątpliwości, że nie jest pusty. Szczerzył się do mnie swoimi kanciastymi drzwiczkami, uchwytem przypominającym nos i jednym jedynym świecącym okiem. Drażnił mnie. Wyglądał, jakby do mnie mrugał.

Co skrywasz w bebechach? – zastanawiałem się.

To mogło być cokolwiek. Na pewno przeleżało tam cholernie długo, co najmniej kilka dekad.

Kiedy chłopaki pobiegli na fajkę, ja wróciłem do niego, żeby lepiej mu się przyjrzeć.

Zauważyłem rysy na drzwiczkach, także wokół miejsc, gdzie znajdowały się ukryte zawiasy.

Bez wątpienia nie jestem pierwszym, którego zainteresowała zawartość metalowej skrzyni.

Co tam w sobie masz?

Kilku desperatów przyszło z łomami lub innymi narzędziami. Nic z tego, sejf przetrzymał wszystkie najazdy, to była porządna robota mistrza Antona Malego z Wiednia. Przynajmniej tak wytłumaczyłem sobie napis nad drzwiczkami.

Ktoś tu mocno się napracował, szukając szczelin, w które można by wsadzić łom. Wyglądało nawet na to, że próbował odgiąć krawędź drzwiczek jakimś dłutem. Kiedy okazało się, że nie tędy droga, próbował roztłuc betonowy cokół, w którym osadzono sejf. To także nie pomogło i poszukiwacze przygód odeszli z pustymi rękami.

Co tam w sobie masz?

Cały czas chodziło mi to po głowie.

Mogło tam być cokolwiek, ale powiedzmy sobie szczerze – co jest najbardziej logiczne?

Co wkłada się do kasy pancernej?

Dokładnie, coś cennego!

Coś, co nie może trafić w niepowołane ręce. Coś wartościowego.

Dokładnie tak rozumowałem, to według mnie miało sens, a ja stawałem się coraz bardziej rozdrażniony.

Stare pieniądze, biżuteria, jakieś drogocenne przedmioty?

Nie pogardziłbym niczym.

Zacząłem coraz bardziej fantazjować, praca przy przeprowadzkach jest do tego wprost stworzona. Im większy i morderczy wysiłek, tym żywsze i barwniejsze fantazje.

Oczami wyobraźni już widziałem, jak odkrywam kolekcję złotych pierścionków. Przynoszę je do domu, Mia jest zachwycona, wytrzeszcza oczy, z radości przyciska dłoń do ust. Albo, jeszcze lepiej, opycham je w lombardzie na rynku, biorę pieniądze i kupuję swojej ukochanej prawdziwy prezent – modną biżuterię albo luksusowe perfumy Calvina Kleina, o których już od dłuższego czasu dyskretnie wspomina.

Świetnie, moja przeprowadzkowa droga krzyżowa będzie miała jednak szczęśliwe zakończenie. Trzeba tylko…

Otworzyć sejf.

Cudowna wizja nagle wyparowała, nie otworzę tego metalowego potwora, nie mam żadnych szans. Ani dłuto, ani łom nie dały rady, więc moje pobożne życzenia tym bardziej go nie otworzą.

To było dziwne, ale ocknięcie się z zamyślenia powaliło mnie silniej niż cios w szczękę. Już od rana czułem się gówniano, dobijała mnie rzeczywistość, ale jeszcze jakoś się trzymałem. Wykończyła mnie dopiero chwila zapomnienia. Ale tak to bywa, możesz być niestrudzony, zawzięcie opierać się wrogiej rzeczywistości, jak długo tylko chcesz, a w końcu i tak przegrasz z własną głową. Uświadomiłem sobie bowiem, od jak dawna nie sprawiłem Mii żadnej radości. A tak między nami, to w ogóle nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz coś takiego miało miejsce.

Mój pierwszy dzień w nowej pracy zakończył się nieszczególnie. Pościągaliśmy jeszcze meble z drugiego piętra i rozeszliśmy się do domów. Bez pożegnania, praca nas nie zbliżyła, wszyscy nawzajem mieli się w dupie. Gdybyśmy nie byli do tego zmuszeni, nikt z nas dobrowolnie by tu nie przyszedł.

W domu też bez szału. Mia wprawdzie nic nie powiedziała, ale widziałem jej spojrzenie. Już to dobrze znam, umiem poznać, kiedy jest przerażona. Może kiedy indziej roześmiałaby się, widząc mnie w takim stanie. Może kiedy indziej…

Pył z betonu, który osadzał się na mnie przez cały dzień, przykleił mi się do ubrań, włosów i twarzy. Wyglądałem jak ten typek z komedii, który przez cały dzień musiał przerzucać węgiel z jednej piwnicy do drugiej.

I dokładnie tak też się czułem.

Nic nawet nie powiedziałem, tylko bez słowa poszedłem do łazienki, zrzuciłem z siebie stwardniałe od brudu spodnie robocze i wszedłem pod prysznic. Dokładnie szorowałem głowę, by pozbyć się z włosów całego kurzu. Lepkie ziarenka i grudki udało mi się w końcu zmyć, w głowie jednak coś pozostało.

Otworzyć sejf…

Po kąpieli też nie chciało mi się gadać. Mia na szczęście nie drążyła tematu i zostawiła mnie w spokoju. Włączyłem laptopa, zgrałem zdjęcia z komórki i zabrałem się za przeglądanie dzisiejszych zdobyczy. Kilka z nich było dość interesujących, więc zamieściłem je na blogu, próbując dorzucić parę dowcipnych komentarzy. Ponieważ nie miałem zbyt dobrego nastroju, szło mi to jak po grudzie, ale jeśli nagle przestaniesz karmić followersów dawką emocji, do jakiej są przyzwyczajeni, to natychmiast znikną.

Rozumiesz, ludzie kochają autentyczność i otwartość, ale do tego musisz być dowcipny i mieć dystans. Możesz psioczyć na życie, kraj albo dziewczynę, ale zawsze dowcipnie. Gdybym zaczął się nad sobą użalać, nie pisałbym już dla dziesiątek tysięcy czytelników, ale dla dziesięciu, może dwudziestu neurotyków z podobnymi problemami. Fanom chodzi o ich własne przeżycia i odczucia, które jesteś w stanie w nich wywołać, a nie o ciebie. To trzeba zrozumieć, ale ty żyjesz z pisania, więc pewnie nie muszę ci tego tłumaczyć. Lepiej przejdę do rzeczy – drugiego dnia zaczęło się robić gorąco. To moja wina, bo w głowie ciągle szalał mi ten idiotyczny pomysł.

Otworzyć sejf…

***

– I co, chłopaki, zbzikowaliście już? – pokrzykiwał na nas jeden z robotników za każdym razem, gdy znosiliśmy syf z drugiego piętra.

Początkowo nie reagowaliśmy, nie byliśmy w nastroju. Fero, mój współcierpiętnik, też był tuż po studiach, więc łączyła nas nić porozumienia. Nic tak nie cieszy świeżo utytułowanego absolwenta, jak robotnik robiący sobie z niego jaja. Parę miesięcy temu obrona, wielki sukces i poczucie zadośćuczynienia – można sobie dodać parę literek przed nazwiskiem, coś się osiągnęło. Jakiś tydzień euforii, potem otrzeźwienie. Nawet nie zdążysz się obejrzeć, a wyśmiewa się z ciebie zwykły robol z młotem pneumatycznym w ręce. Na dodatek w sumie ty też już nim jesteś, ale możesz się pocieszać, że pracowałeś na to przez pięć lat studiów.

Ekipa miała ubaw po pachy, nie przepuścili żadnej okazji i za każdym razem, gdy znosiliśmy kolejną turę, raczyli nas jakąś nową uwagą lub pytaniem.

– A jaki masz tytuł? – zacieszali.

– Magister – wystrzelił Fero ze złością. To był błąd, powinien nad sobą zapanować, nie dawać im satysfakcji.

Zaczęli rechotać, jakby powiedział nie wiadomo jaki dowcip.

– Magik? To jesteś na właściwym miejscu.

– Niby czemu? – warknął Fero, podchodząc do ekipy. Nie był potężny, raczej żylasty, ale w jego głosie brzmiała wściekłość. Nawet się nie dziwię, we mnie też kipiało.

– Daj spokój – uspokajał go starszy robotnik. – My tak tylko, żeby czas szybciej zleciał.

– Aha.

– To odpowiednie miejsce dla dla takich magików i świrów, bo kiedyś był tu psychiatryk.

– Psychiatryk? – wtrąciłem się.

– No – przytaknął facet. – W piwnicy znaleźliśmy jakieś papiery. Psychiatryk.

– Zakład dla chorych umysłowo – dodał starszy mężczyzna, robiąc przy tym bardzo inteligentną minę. Z pewnością był z siebie dumny, że wypowiedział tyle mądrych słów.

– A gdzie są te papiery? – Nie dawało mi spokoju.

– A co cię to? Chcesz sprawdzić, czy trafiłeś pod właściwy adres?

Znów zaczęli rechotać. Machnąłem ręką i ruszyłem z powrotem na schody. Fero poszedł w moje ślady, dialog społeczny został zakończony.

– Tam żeśmy je pieprznęli na kupę, jak chcesz zobaczyć – krzyknął za nami starszy robotnik, wskazując na podwórko.

Na drugim piętrze pracowało nas sześciu, ale nie wszyscy razem. W każdym pokoju po dwóch, roboty było od cholery, bo z jakiegoś powodu to piętro służyło jako magazyn. Pomieszczenia zawalone były meblami, ale poniewierały się w nich też worki ze starymi ubraniami i szmatami.

– Myślisz, że naprawdę był tu psychiatryk? – sondował Fero.

– Może tylko robili sobie z nas jaja.

– Ale to wygląda jak jakiś szpital. – Pokazał palcem na obtłuczone sanitariaty.

– A słyszałeś kiedyś o nim?

– W sumie to nie, nawet jak byłem mały. Mieszkam na Starym Mieście, znam tę okolicę i często tędy przechodzę, ale od kiedy pamiętam, to była tylko ruina.

– Jeśli był tu jakiś zakład leczniczy, to naprawdę dawno temu – stwierdziłem.

– Może na początku dwudziestego wieku albo przed wojną. Psychiatryk w tamtych czasach… – Nie skończył, ale twarz wykrzywiła mu się w obrzydzeniu.

– A co ty właściwie studiowałeś?

– Andragogikę.

– Co to jest?

– Nieważne. – Machnął ręką. – Ale miałem egzamin z czegoś takiego, historia opieki nad pacjentami psychiatrycznymi i tak dalej.

– To już rozumiem, skąd się tu wziąłeś. – Wbiłem mu szpileczkę.

– Ha ha, bardzo śmieszne. Wiesz, jak na początku wieku leczono choroby umysłowe?

– Elektrowstrząsami?

– To dopiero później, najpierw próbowano innych metod. Dość popularne było wyrywanie pacjentom wszystkich zębów, co do jednego.

– Co? – Zmarszczyłem czoło.

– W medycynie istniała taka teoria, że szaleństwo spowodowane jest infekcją mózgu, a jej ognisko znajduje się w którymś zębie albo korzeniu. Więc logiczne rozwiązanie: wyrwać wszystkie zęby.

– Super – rzuciłem zniesmaczony. – Pomagało?

– Nie, ale na jakiś czas uciszało pacjentów, więc metodę stosowano przez długi czas.

– Trudno, żeby nie uciszało, jak im wyrwali wszystkie zęby.

– No właśnie.

Wzięliśmy worki wypchane ubraniami i ruszyliśmy z powrotem na dół. Schody skrzypiały, w powietrzu unosił się pył i drażniący smród, a gdy do tego wszystkiego wyobraziłem sobie, że kiedyś był tu psychiatryk, willa stała się jeszcze bardziej odrażająca. Bóg raczy wiedzieć, co się tu działo i jakich pacjentów tu zamykano.

Wyszliśmy na zewnątrz, pogoda była jeszcze wstrętniejsza niż poprzedniego dnia, delikatnie siąpiło. Doszliśmy do rosnącej sterty śmieci, rzuciliśmy worki i ruszyliśmy z powrotem. W willi też był zimno jak w psiarni, ale przynajmniej nie kapała na nas woda, a powietrze nie było lepkie i wilgotne.

Nie wiem nawet dlaczego, ale obejrzałem się za siebie. Mój wzrok padł na rozsypane papiery. Pożółkłe kartki A4 leżały rozrzucone na skraju między śmieciami a górą gruzu z piwnicy. Siąpiły na nie krople deszczu, wkrótce zupełnie by rozmokły.

– Poczekaj, rzucę na coś okiem – powiedziałem do kumpla.

Zaskoczony spojrzał na mnie spod kaptura, nie rozumiejąc, o co chodzi.

– Chcę zerknąć na te dokumenty – dodałem.

– Wali mnie to – wymamrotał, machnął ręką i przygarbiony ruszył do budynku.

Zostałem sam, chyba zaczynałem już fiksować, zamierzałem na deszczu studiować jakieś stare papiery.

Nie miałem kaptura ani czapki, za kołnierz wpadały mi zimne krople.

Musiałem nawdychać się szaleństwa, które unosiło się w powietrzu, inaczej nie potrafię tego wyjaśnić. Po prostu wydawało mi się, że z tych dokumentów można wykroić całkiem spoko wpis na bloga.

Inżynier zapieprzający w starym psychiatryku – brzmi nieźle, co?

Podszedłem do sterty, przykucnąłem i wziąłem kilka kartek. Papier był przemoczony i delikatny, rozpadał się w rękach. Mimo to wyjąłem komórkę i zrobiłem parę zdjęć. Stare dokumenty błyszczały od deszczu – wyglądało to nieźle.

Z ciekawości zacząłem czytać, ale nie odkryłem niczego sensacyjnego. Zwykłe nudne księgi rachunkowe, same cyfry i niezrozumiałe słupki.

Jedyną rzeczą godną uwagi był nagłówek.

Zakład dla umysłowo i nerwowo chorych, ul. J.M. Hurbana 41, Żylina.

Czyli naprawdę kiedyś znajdowało się tu wariatkowo!

Szybko spojrzałem na dół strony, byłem ciekaw, czy zobaczę datę.

Na pierwszej kartce jej nie było, ale kiedy przerzuciłem następne dwie, znalazłem to, czego szukałem.

12.10.1936

Dokładnie tak, jak typował Fero. Nie wiadomo, od kiedy istniał ten zakład, ale z pewnością był tu w latach trzydziestych dwudziestego wieku.

Międzywojenny dom wariatów, wspaniale!

Sfotografowałem nagłówek z adresem i datę, już zastanawiając się nad tym, jaki dorzucę do nich komentarz.

Odwróciłem się i pstryknąłem też willę – spowita mgłą i jesienną mżawką wyglądała wyjątkowo klimatycznie. Wilgotne mury, połyskujący dach kryty gontami, krople na oknach – wyobraź to sobie. A w wieżyczce za oknem duch w białym fartuchu.

Dobra, żartuję, wybacz, już będę poważny. Nie było żadnej zjawy, świruję, bo nie chce mi się mówić o tym, co było później. Ale już do tego dochodzę, nie ma odwrotu, zatem do rzeczy.

Wyprostowałem plecy z myślą, że czas wracać do środka, i rzuciłem papiery na stertę. Upadając, odsłoniły kilka kolejnych arkuszy, pod którymi coś delikatnie błysnęło.

Po głowie ciągle chodziły mi antyki i inne cenne przedmioty, więc odgarnąłem kartki podeszwą buta.

Nic ciekawego – parę starych sztućców, garść zardzewiałych spinaczy – zapewne zawartość jakiejś szuflady wysypana przez robotników.

Gruby pęk kluczy.

Przysięgam, między tym złomem leżał pęk kluczy! Najpierw przebiegłem po nim wzrokiem, a dopiero sekundę później w głowie włączył mi się sygnał alarmowy.

Klucze.

Otworzyć sejf…

Coś zgrzytnęło, w moim mózgu połączyły się wszystkie styki, właśnie tak zgrzytną drzwiczki, gdy otworzę ją jednym z tych kluczy.

A sranie w banie! – Przyszło mi nagle do głowy. Takie przypadki się nie zdarzają. Odwróciłem się i zamierzałem odejść.

Takie przypadki się nie zdarzają.

Chciałem pójść do willi, ale nie zrobiłem nawet dwóch kroków. Odwróciłem się na pięcie, przyskoczyłem do sterty śmieci i złapałem pęk. Zadzwonił mi w dłoni, dźwięk przypominał brzęczenie starych monet.

Starych drogocennych monet.

Warto spróbować. W końcu nie było wiadomo, co stało się z tym szpitalem, w jakich okolicznościach został zamknięty. Może podczas wojny, w pośpiechu? Ordynator albo dyrektor mógł być Żydem, któregoś ranka przyszedł do pracy, a tu już na niego czekali. Prosto do transportu, kto wie. Oddał klucze, gdzieś je zapodziali, a szpital wkrótce został zamknięty.

Albo tak: ordynator lub dyrektor miał niemieckie pochodzenie, a kiedy zaraz po wojnie deportowano stąd Niemców, nie zdążył się nawet pożegnać. Trudno powiedzieć, co się dokładnie stało, nie pokładałem w tych kluczach zbyt wielkich nadziei, ale jeden z nich spokojnie mógł pasować do sejfu.

Całe przedpołudnie siedziałem jak na szpilkach. Klucze niecierpliwie pobrzękiwały mi w kieszeni, chciałem jak najszybciej zejść piętro niżej i sprawdzić, czy któryś z nich rozprawi się z czarnym monstrum.

Jak wytresować smoka – fajna bajka, widziałeś? Oglądaliśmy kiedyś z Mią; mamy taką niepisaną umowę, że filmy wybieramy na zmianę. Równowaga w związku, rozumiesz.

Chodzi mi o film animowany, w którym występował czarny smok – mówili na niego Szczerbatek. Na początku wszyscy się go bali, siał popłoch i nikt nie był w stanie go pokonać. W końcu jednak poskromił go zwykły chłopak, po którym nikt by się tego nie spodziewał.

Dokładnie tak samo będzie ze mną i z tym sejfem – fantazjowałem. Wielu próbowało szczęścia, ale nikomu się nie udało. Dopiero ja go poskromię i wytresuję tak, żeby otworzył ładnie paszczę i pokazał, co połknął.

Najchętniej od razu bym tam pobiegł, ale przecież nie urwałem się z choinki. Jeśli naprawdę drzwiczki zgrzytną (a jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści) i odkryję coś cennego, to jak miałbym to niepostrzeżenie wynieść? Po willi kręciło się za dużo ludzi, do gabinetu mógł w każdej chwili ktoś wejść, nie uda mi się tego ukryć.

Oskubią mnie, nawet nie będę wiedział kiedy. Albo przybiegnie przedstawiciel inwestora, oświadczy, że zawartość sejfu należy do właściciela i po zabawie. Nie, nie jestem idiotą ani żadnym wariatem, chociaż akurat znajduję się w wariatkowie. Mam tytuł i dyplom, więc nie będę robić za głąba. Poczekam do przerwy obiadowej. Wprawdzie z ciekawości aż się we mnie gotuje, ale jakoś wytrzymam, muszę!

Ekipa na parterze zaczęła demolować łazienkę, skuwając popękane płytki na ścianach i podłodze. Udało im się przy tym rozbić okno, więc zawołali nas na dół, żebyśmy pozbierali rozbitą szybę i uprzątnęli gruz. W piekielnym huku i pyle wrzuciliśmy kawałki szkła i cegieł na taczki i wywieźliśmy na zewnątrz. Prawie wykaszlałem sobie płuca i oskrzela, koszmarnie mnie dusiło; pył wydrapał mi błony śluzowe, w nosie i gardle czułem okropne szczypanie. Najchętniej zostalibyśmy na zewnątrz, Fero miał czerwone podrażnione oczy, a po policzkach ściekały mu stróżki łez. Z pewnością nie wyglądałem dużo lepiej, nie miałem najmniejszej ochoty wracać do epicentrum. Ale wystarczyła chwila zwłoki i z tej cholernej willi już odzywało się gwizdanie.

– Ruchy, inteligenciki, robota czeka! – wyśmiewali nas budowlańcy.

Przed tym koszmarem nie było ucieczki, myślałem o sejfie i odliczałem czas. Jeszcze czterdzieści pięć minut i zacznie się przerwa obiadowa.

Kaszel, skrzypienie kółka w taczce, wysypanie gruzu.

Gwizdanie z willi, kolejne docinki.

Jeszcze pół godziny.

Im bliżej upragnionej przerwy, tym wolniej płynął czas. Ostatnie minuty były nie do wytrzymania. Nie miałem już siły, ale znacznie bardziej niż zmęczenie zżerała mnie ciekawość.

Czy któryś z kluczy będzie pasować do zamka?

Co znajdę w sejfie, co tam na mnie czeka?

Znów zobaczyłem siebie, jak daję Mii drogą biżuterię kupioną za zdobyte pieniądze. Cieszyła się, a mnie za każdym razem, kiedy aż śmiała się ze szczęścia, serce podskakiwało z radości.

Niech to się już stanie, jeszcze pięć minut!

Czułem się jak wtedy, gdy w podstawówce kolega z klasy nagrał mi najlepsze porno w jakości HD. Nie mogłem się doczekać, żeby je włączyć, w głowie szalały mi dzikie fantazje, co tam zobaczę. Ale musiałem poczekać, aż mama z tatą wyjdą z mieszkania. Szli do teatru, ubierali się, a ja miałem wrażenie, że specjalnie wszystko przeciągają. Niecierpliwie chodziłem po mieszkaniu, boleśnie gotowałem się w kroczu i poganiałem rodziców wzrokiem.

Niech już idą, niech wreszcie sobie pójdą!

Z taką samą gorliwością obserwowałem teraz robotników. Znikajcie stąd, na miłość boską, idźcie już!

W końcu rozległo się podwójne gwizdnięcie oznaczające przerwę obiadową. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, na około godzinę zostanę w willi sam, ewentualnie z jednym czy dwoma budowlańcami, palącymi szlugi na podwórku.

– Idziesz na obiad? – zapytał Fero, ale ledwo go rozumiałem, bo gardło miał zapchane, a twarz białą od wszechobecnego pyłu.

– Dziś nie, muszę coś załatwić.

– Chodź coś przegryźć – nalegał.

– Serio nie, mam jedzenie z domu. – Pokazałem w stronę szatni. Nie miałem. Mia jest świetna, ale jeśli chodzi o przygotowanie obiadu do pracy, to nie można na niej polegać. Do końca zmiany będę głodny, ale w tamtej chwili było mi to obojętne.

– Jak chcesz. To na razie – pożegnał się Fero.

Nikt inny się mną nie interesował, a to było mi na rękę. Budowlańcy i reszta robotników przemyli się, po czym ruszyli do miasta. Kilku jeszcze kręciło się przed willą, ale to mi nie przeszkadzało. Budynek ucichł, tylko krople deszczu bębniły o szyby. Nadeszła moja chwila.

Pada deszczyk, pada, deszczu już za wiele, pójdę do przedszkola, bo mi tam weselej.

Ruszyłem schodami na górę, z każdym krokiem słysząc pobrzękiwanie kluczy w kieszeni.

Pożycz mi babuniu swego parasola, chociaż deszczyk pada, pójdę do przedszkola.

Nie czułem się jakoś szczególnie, bycie samemu w tym miejscu nie należało do zbytnich przyjemności. Walenie w ściany zrobiło swoje, tynk w wielu miejscach popękał, a gdzieniegdzie odpadł. Wydało mi się, że widzę jakieś bazgroły nagryzmolone na cegłach. Personel zapewne nie upilnował któregoś z pacjentów.

Okna były tak brudne, że prawie nie przepuszczały słońca, a z zewnątrz przenikało jedynie matowe światło, w którym wirowały ziarnka opadającego kurzu.

Wszedłem na pierwsze piętro i ruszyłem przez korytarz, luźna podłoga nieprzyjemnie trzeszczała mi pod nogami. Nie patrzyłem ani w stronę pomieszczeń po prawej, ani po lewej stronie – nie mam wprawdzie jakiejś bujnej wyobraźni, ale wolałem nie kusić losu. Gdybym zobaczył ducha jakiegoś świra wystawiającego ręce w moją stronę, to pewnie bym uciekł.

Może zamykali tu też dzieci – przyszła mi do głowy taka myśl, lecz szybko się jej pozbyłem. Zbliżałem się do końca korytarza, nie chciałem marnować czasu.

Serce mi waliło, choć przecież nic szczególnego się nie działo. Wtedy to jeszcze naprawdę nie było nic szczególnego, ale moje idylliczne życie właśnie dobiegało końca.

Wszedłem do gabinetu – cztery gołe ściany pokryte staromodną tapetą. Żadnych mebli, całkowita pustka.

Tylko czarne monstrum kulące się pod tylną ścianą.

Sejf spoglądał na mnie nieprzyjaźnie, wyglądał jak pantera gotowa do skoku. Pewnie przeczuwał, że mam coś, co w końcu go pokona.

Wyjąłem klucze i zważyłem je w dłoni.

– No, Szczerbatku, bierzemy się do roboty – zagadnąłem.

Byłem pewien, że mnie nie ugryzie, w końcu wyrwali mu wszystkie zęby, podobnie jak tutejszym pacjentom.

Metalowe zębiska wisiały na obręczy, którą trzymałem w ręce.

Może sejf też się tu leczył, może też był pacjentem – przyszła mi do głowy taka absurdalna myśl.

W sejfach zamyka się wartościowe przedmioty, ich chronienie wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Co jeśli przez tę presję sejf zwariuje? Co się z nim stanie?

Zamkną go w wariatkowie.

Odwalało mi, taki był tam klimat. Szaleństwo wisiało w powietrzu, bzyczało we wszystkich ścianach i wylatywało z podłogi jak jakiś rój rozwścieczonych os. Wystarczyło nadstawić uszu, przez chwilę wstrzymać oddech i można było go usłyszeć. Ale ja nie słuchałem i to był właśnie mój błąd.

Zamiast tego podszedłem do sejfu i oglądając zamek, zastanawiałem się, czy któryś z kluczy mógłby pasować.

Byłem pewien, że czarne monstrum nie może mnie pogryźć.

Błąd, wielki błąd. Właśnie szykowało się do odgryzienia mi głowy, i nawet to zrobiło, tyle że jeszcze przez jakiś czas o tym nie wiedziałem.

Wyjąłem pierwszy klucz, włożyłem do dziurki i spróbowałem go przekręcić.

Bez skutku.

Nie szkodzi, trochę ich jeszcze mam.

Wypróbowałem drugi, trzeci, czwarty, ale ciągle nic.

Wprawdzie w willi było chłodno, ale z monstrum biło wręcz lodowate zimno, dostałem gęsiej skórki. Kto wie, z czego zrobiony był ten sejf, w każdym razie ilekroć go lekko dotykałem, obezwładniał mnie swoim chłodem.

Piąty, szósty, siódmy…

Zaczęły mnie ponosić nerwy. Za bardzo nakręciłem się, że znajdę coś cennego. Im mniej niewypróbowanych kluczy mi pozostawało, tym bardziej oczywistym stawało się, że takie cudowne przygody nie zdarzają się naprawdę.

Ósmy, dziewiąty, dziesiąty…

Może chociaż parę ciekawych fotek na bloga. Wrzucę je razem z dowcipnymi komentarzami o tym, jak prawie odkryłem sekret starego domu wariatów. Może...

Zgrzyt.

To spadło jak grom z jasnego nieba! Jedenasty klucz pasował idealnie, przekręcił się w zamku i z głośnym szczęknięciem otworzył stalowe drzwiczki.

Wytrzeszczyłem oczy, mój oddech przyśpieszył, nie mogłem w to uwierzyć. Spociły mi się dłonie, już prawie z powrotem przekręciłem kluczyk, żeby zamknąć sejf. Co jeśli go otworzę, a on będzie pusty? Nagle właśnie to wydało mi się najbardziej prawdopodobne. Czułem się jak dziecko ponoszone przez fantazję.

Zaczęło mnie ogarniać złe przeczucie, przez chwilę miałem wrażenie, że ze stalowej skrzyni dobiega ostrzegawczy pomruk. Brzmiał gardłowo i głęboko, przypomniała mi się puszka Pandory. Co czyha za drzwiczkami, co wypuszczę na świat?

Ciekawość zwyciężyła, gdyby nie ona, ludzie mieliby mniej problemów. Ja z pewnością.

Ale wtedy nie mogłem wiedzieć, jak skończę przez to odkrycie. Gdybym to przeczuwał, zatrzasnąłbym je, zamknąłbym na wszystkie spusty, klucz wyrzuciłbym w przepaść, a sam spieprzałbym do domu, jakby goniła mnie śmierć. Kilka tygodni później naprawdę mnie goniła, ale do tego jeszcze dojdę.

Mogłem zrobić wiele rozsądnych rzeczy, ale zamiast nich otworzyłem drzwiczki. Zaskoczył mnie ich ciężar. Najpierw pojawiła się tylko czarna szczelina – musiałem nieźle się namęczyć, żeby ją rozszerzyć. Wciąż jednak niczego nie widziałem, więc pociągnąłem jeszcze mocniej. Drzwiczki nie dawały za wygraną, zawiasy skrzypiały, z pewnością przez kilkadziesiąt lat nikt ich nie oliwił.

Jak wytresować smoka – dokładnie tak się czułem, rozciągałem tę czeluść, żeby przeniknąć do trzewi.

W końcu się udało, szpara rozwarła się i mogłem zajrzeć do środka.

Nachyliłem się, żeby lepiej zobaczyć i…

Sejf był pusty.

– Boże! – Wypuściłem z siebie powietrze. Gdyby w tej chwili ktoś zrobił mi zdjęcie, można by umieścić je w słowniku pod hasłem rozczarowanie.

Dziecko, które poniosła wyobraźnia.

Zgarnę coś cennego, sprzedam i kupię Mii jakąś drogą biżuterię.

No, na pewno, śnij dalej.

Półki w sejfie były puste, prawie mnie ta pustka udusiła. Stanęła mi w gardle w poprzek i nie chciała ruszyć się ani w jedną, ani w drugą stronę.

Nachyliłem się jeszcze bardziej, rozpaczliwie wbijając wzrok w ciemne wnętrzności.

Puste półki, zupełnie puste – nie licząc małego stosu kartek na najniższej z nich.

Klejnoty, antyki, stare pieniądze…

Zamiast tego tylko parę świstków. Na szczęście dobry humor mnie nie opuszczał, nawet z takiej kijowej sytuacji można wynieść coś dobrego. Wyjąłem telefon i sfotografowałem uchylony sejf.

Skok stulecia. Jak zostałem milionerem. Do głowy przychodziły mi komentarze, które miałem zamiar dorzucić do fotek na blogu.

Sięgnąłem do rozdziawionego przełyku, bił z niego chłód, ale nawet przez sekundę nie pomyślałem, że wkładam rękę prosto do piekła.

Wziąłem papiery, były to jakieś druki. Nie będzie z nich żadnego pożytku, ale przynajmniej zrobię im zdjęcie. Gdy je podnosiłem, coś pod nimi zabrzęczało, leżało tam coś jeszcze.

Na sekundę zapłonęła we mnie nadzieja, ale po chwili znów zgasła.

Pod kartkami skrywało się kilka starych płyt gramofonowych. Właściwie to nawet nie wyglądały jak współczesne winyle, były to takie niewielkie krążki z dziurami pośrodku.

– Coraz lepiej – mamrotałem. Wciąż wyglądałem, jakbym pozował do zdjęcia przedstawiającego rozczarowanie.

Wyjąłem kartki, nie były zbytnio zakurzone, sejf musiał być bardzo szczelny. Poczułem się, jakbym trzymał w dłoni ropuchę. Moja wyobraźnia nie próżnowała, przez chwilę miałem wrażenie, że wiją się jak węże, a nawet po cichu syczą.

Ktoś jednak opróżnił sejf, skrupulatnie wyniósł całą zawartość. Oprócz druków i płyt. Dlaczego je tu zostawił?

Bo nie chciał ich nawet dotykać! Przysięgam, że tak właśnie pomyślałem, jakiś szósty zmysł podpowiadał mi, że trzymam w ręce odbezpieczony granat. Ale kto traktowałby poważnie przeczucia, nie?

Pobieżnie przejrzałem pożółkłe arkusze, mogły to być informacje o jakichś zapomnianych rachunkach albo coś w tym stylu.

Nic spektakularnego się jednak nie wydarzyło, żadnych wspaniałych odkryć – wyglądało na to, że to po prostu dokumentacja medyczna.

Zwykła dokumentacja medyczna z datami, notatkami po badaniach i pewnie jakichś sesjach terapeutycznych.

Każdy nagłówek głosił: Zakład dla umysłowo i nerwowo chorych, ul. J.M. Hurbana 41, Żylina. Pod nim na maszynie napisane były daty. Na każdym arkuszu inna.

03.06.1939

12.07.1939

20.08.1939

Dokumentacja medyczna z psychiatryka z datami do końca lat trzydziestych dwudziestego wieku.

Okej, dlaczego nie?

Już miałem unieść komórkę, żeby sfotografować tę godną pożałowania zdobycz, gdy zauważyłem dziwny szczegół.

Daty na kartach wprawdzie się zmieniały, ale nazwisko badanego i leczonego pacjenta pozostawało to samo.

Walter Fischer.

Nie mówiło mi to nic prócz tego, że brzmi jak niemieckie albo żydowskie. Jakiś ówczesny celebryta? Znany aktor, polityk? Prominent, którego tu leczono i, chcąc zachować to w tajemnicy, ukrywano dokumentację w sejfie?

Przejrzałem dokumenty, zaintrygowało mnie to obce nazwisko, chciałem dowiedzieć się, o kogo właściwie chodzi. Ale ani z tego, co było napisane na maszynie, ani z odręcznych notatek nie potrafiłem niczego tak na szybko wywnioskować.

Drewniane schody głośno skrzypnęły, wzdrygnąłem się.

Ktoś był na parterze i wchodził na górę. W pierwszej chwili skamieniałem ze strachu, nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak długo byłem cały napięty.

– Już nigdzie nie łaź, czubku, trza zapierdzielać! – odezwał się tubalny głos robotnika.

Ekipa wróciła z przerwy obiadowej – ktoś wchodzi na piętro, pewnie Fero, kogo innego zaszczyciliby takim określeniem.

Przestałem myśleć, no, kurwa, przestałem myśleć!

Instynktownie wsadziłem kartki pod kurtkę, zatrzasnąłem grube drzwiczki, przekręciłem klucz i wybiegłem na korytarz.

Nawet nie zrobiłem zdjęcia tym pieprzonym płytom, które zamknąłem w sejfie.

Gdyby tego dnia przydarzył mi się jakiś szczęśliwy wypadek i złamałabym sobie rękę albo nogę, mogłyby zostać tam na zawsze.

Ale wszystko potoczyło się inaczej. Plik kartek wsadziłem do torby, po czym zabrałem się za popołudniówkę – harowałem jak dziki osioł, ale niestety żaden wypadek mi się nie przydarzył.

Uprzątnęliśmy skute kafle i kawałki rozwierconego betonu. Robotnicy nas poganiali, przed weekendem chcieli dokończyć cały parter. Według planu w poniedziałek mieli wejść na pierwsze piętro i powtórzyć całą operację.

Do domu wróciłem zajechany jak koń po westernie. Wziąłem prysznic i zdrzemnąłem się pół godzinki, obudziła mnie Mia.

– Obiecałeś, że pójdziemy na zakupy – oznajmiła bez entuzjazmu.

Rzeczywiście obiecałem, że pójdziemy razem, bo zawsze dręczyły mnie wyrzuty sumienia, kiedy Mia sama mordowała się z ciężkimi piątkowymi zakupami. Wprawdzie po dwóch dniach zapieprzu miałem straszne zakwasy, ale obietnica to obietnica, więc ogarnąłem się i poszliśmy do pobliskiej galerii. Nie szastaliśmy kasą, sukcesem było, że w ogóle mieliśmy za co kupić jedzenie i środki czystości na kolejny tydzień.

Po powrocie zwaliłem się na kanapę. Chciałem wrzucić coś na bloga, ale nie byłem w stanie. Mia przygotowała kolację, którą zjedliśmy przy dokumencie Pavla Barabasza o Tatrach – moja dziewczyna uwielbia wspinaczkę i wszystko, co jest związane z górami. Ja też lubię pobyć blisko natury, ale nie mogę równać się z Mią. Najbardziej lubi zdobywać długie, wymagające łańcuchy, najlepiej z kilkoma nocami spędzonymi pod gołym niebem.

Było nam dobrze, leżeliśmy obok siebie na kanapie. Gładziłem ją, wiesz o co chodzi, od jednego przeszliśmy do drugiego… Po wszystkim zasnęliśmy, a kiedy się przebudziłem, na zewnątrz było już ciemno. Mia też się obudziła i ospale poszła do sypialni. Chciałem iść za nią, ale po takiej drzemce nieprędko bym zasnął, a nie chciałem jej przeszkadzać przewracaniem się na łóżku.

Leżałem i patrzyłem w sufit, bolało mnie całe ciało. Nagle przypomniała mi się moja zdobycz. Dokumenty wciąż czekały w torbie zostawionej przy drzwiach wejściowych – czyhały tam jak jadowite węże. Wstałem, po cichu poszedłem do przedpokoju, wyjąłem plik kartek i wróciłem na kanapę. Włączyłem małą lampkę, założyłem słuchawki i puściłem muzykę z komórki. Parov Stelar, album Seven and Storm, jak by cię to interesowało.

Dokumenty były wymieszane, zapewne ktoś już w nich grzebał. Może ten, kto wyjął z sejfu resztę rzeczy. Przejrzał je i włożył z powrotem, nie zabierając ze sobą. Albo go nie zainteresowały, albo coś go zniechęciło, trudno powiedzieć.

Na szczęście można je było łatwo ułożyć chronoligicznie według dat pod nagłówkiem. Zrobiłem to, po czym zabrałem się za lekturę. Pierwszy arkusz był czymś w rodzaju dokumentu przyjęcia z datą 03.06.1939. Dalej wyglądało to mniej więcej tak:

Imię i nazwisko: Walter Fischer

Data urodzenia: 04.02.1893

Miejsce zamieszkania: Povażany, powiat Nowe Miasto nad Wagiem, Słowacja

Wykonywany zawód: robotnik (Fabryka Obuwia Bati, Szimonovany – Batovany)

Uwagi: Pacjent przywieziony po trzytygodniowej hospitalizacji w Batovanach, podejrzenie nietypowej parafrenii.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Thriller psychologiczno-sądowy.

Jedna z najważniejszych powieści grozy ostatnich lat.

Szkocja, 1869 rok. W zapomnianej przez Boga i ludzi osadzie zostaje popełnione potrójne morderstwo. Do winy przyznaje się siedemnastoletni Roderick Macrae. Czy rzeczywiście jest odpowiedzialny za zbrodnię. Co mogło sprawić, że postanowił zrealizować swe krwawe zamiary?

Finalista Nagrody Bookera 2016

Zdobywca Nagrody Saltire 2016 w kategorii Najlepsza Powieść 2016 Zdobywca Nagrody Vrij Nederland w kategorii Najlepszy Thriller 2017 Finalista Nagrody Los Angeles Times w kategorii Najlepsza Książka Grozy 2017

Finalista Sunday Herald Culture Awards w kategorii Autor Roku 2017

NAJLEPIEJ SPRZEDAJĄCA SIĘ CZESKA KSIĄŻKA 2015 ROKU!

Pamiętnik surrealistyczny. Gwarancja czeskiego humoru.

Przewrotny humor i galeria nietuzinkowych osobowości gwarantują dobrą zabawę. Obok historii opowiedzianej w taki sposób nie można przejść obojętnie. Mamy do czynienia z jedną z najzabawniejszych książek XXI wieku!

Rodzina Kostków powraca z Ameryki do Czech, by przejąć dawną siedzibę rodu – zamek Kostka. W zamku zastają dotychczasowych pracowników: kasztelana, ogrodnika oraz kucharkę. Jak nowi właściciele poradzą sobie w nowej rzeczywistości? Jak odnajdą się w rolach dotychczas nieodgrywanych?

UWAGA: CZYTANIE W MIEJSCACH PUBLICZNYCH NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Jakie wydarzenie najbardziej zmienia świat dorosłego mężczyzny? Oczywiście narodziny dziecka.

Dziecko w wieku przedszkolnym to zbiór opowieści napisanych przez tatę trzyletniej Wiki. M. M. Cabicar opisuje rodzicielską rzeczywistość bezkompromisowo, czasem dosadnie, ale przede wszystkim z rozbrajającą szczerością i kapitalnym poczuciem humoru. Nie zdejmuje różowych okularów nawet w najbardziej kłopotliwych sytuacjach, wychowując dzięki temu niezwykle pogodne dziecko!

Ta powieść chwyta za gardło i trzyma do ostatniej strony!

Zmęczony metropolią Wiktor wyjeżdża z Pragi, by zostać kasztelanem morawskiego zamku. Pragnie odnaleźć wewnętrzną równowagę i zażegnać kryzys małżeński. Jednak wizja spokojnego życia wśród zabytkowych mebli i dzieł sztuki szybko odchodzi w zapomnienie. Na zamku czeka dość zagadkowy personel oraz… demony przeszłości.

Tajemnicze odgłosy i niewyjaśnione zdarzenia przejmują władzę nad Wiktorem i jego rodziną. Czy mają swoje wytłumaczenie? Czy racjonalny umysł Wiktora rozwikła tajemnicę zamku?

Pamiętajcie: niczemu się tutaj nie dziwcie!

Zabawna powieść o kobietach i mężczyznach. Tę książkę kupił co setny Czech!

Ekożona stawia wiele aktualnych pytań: Czego oczekujemy od swoich partnerów? Jakie jest znaczenie porodu naturalnego? Co tak naprawdę oznacza życie w zgodzie z naturą i z samym sobą? Czy naturalny jest na przykład ogród? Albo małżeństwo?

Poruszane przez autora poważne tematy zostały ubrane w brawurową narrację. Szczerość, autoironia i humor sprawiają, że mamy do czynienia z powieścią niezwykle inteligentną i nowoczesną.

Kiedy Mojmirowi pęka aorta, jego świat oraz światopogląd ulegają gwałtownym zmianom. Mojmir zmienia się z butnego racjonalisty… no właśnie, w kogo?

W tej brawurowej narracji pełnej ciętych ripost Michal Viewegh z humorem i autoironią opowiada o byciu pacjentem VIP oraz o poszukiwaniu nowej drogi życiowej po osobistym kataklizmie.

Ekomąż to jedna z najważniejszych powieści najpopularniejszego czeskiego pisarza.

Jeden na milion to zbiór czternastu opowiadań jednego z najpopularniejszych czeskich prozaików. Martin Reiner zabiera nas na łąki pełne hipisów, na próby chóru więziennego, do Ameryki – a szerokiemu wachlarzowi tematów towarzyszą różnorodne formy literackie. Lektura dla smakoszy!

MISTYCZNY PORNO-GASTRO THRILLER Z XIX-WIECZNEJ PRAGI

Nadchodzi nowy rok. Kiedy praski Orloj wybija północ, odkryta zostaje bestialska zbrodnia. Śledztwo w tej sprawie prowadzi ekscentryczny komisarz Durman. Czy jego nietypowe metody doprowadzą do ujęcia sprawcy? Jak powstrzymać mordercę, który zawsze o krok wyprzedza policję? I czym jest tajemnicze Ordo Novi Ordinis?

Pewien praski bankier z braku innego pomysłu kupuje synowi na Boże Narodzenie świnkę morską. Jak dalece to niewinne wydarzenie zmieni życie rodziny? Jakie sekrety skrywa bank narodowy? I czy przed kryzysem finansowym można schować się w beczce?

W żadnym innym utworze literatura czeska nie zbliżyła się do twórczości Franza Kafki tak bardzo, jak w Świnkach morskich. (Milan Exner)

Powracający w rodzinne morawskie góry praski dziennikarz dokonuje bilansu swojego życia.

Siekiera jest dowodem na to, że sytuacja człowieka w społeczeństwie i w rodzinie nie zmieniła się w przeciągu ostatniego półwiecza tak bardzo, jak zwykliśmy sądzić. Ta powieść wciąż jest niezwykle aktualna.

Mistyczny thriller przesiąknięty strachem.

Po rozpadzie kilkuletniego związku Jożo Karski powraca do rodzinnego Rużomberka. Tam czeka na niego puste mieszkanie rodziców, najmroźniejsza od kilku dziesięcioleci zima i podnóże góry skrywające mroczną tajemnicę.

Wkrótce w sąsiedztwie zaczynają znikać dzieci.

Pamiętacie, jak to jest: mieć czternaście lat i być zagubionym, wrażliwym, lekkomyślnym, romantycznym i niezwykle napalonym nastolatkiem? Przypomni Wam to Nick Twisp – młody buntownik, którego zna cała Ameryka!

Miłość, bunt, inicjacje seksualne, młodzieńcze przyjaźnie, problemy w szkole, problemy w domu – i szalone wakacje. A to wszystko doprawione czarnym humorem i przezabawnymi dialogami.

Uczniowie Cobaina to pełna dzikich przygód i humoru historia grupy nastolatków uwielbiających Johna Lennona i Kurta Cobaina. Razem przeżywają imprezy, zakładają zespoły rockowe i próbują osiągnąć sukces.

To również – a może przede wszystkim – poszukiwanie źródeł wyalienowania i bezradności w dzisiejszym świecie. Co czeka bohaterów, gdy karuzela młodości nieubłaganie się zatrzyma?

Puchar od Pana Boga to zbiór tekstów, w których sport stanowi pretekst do opowieści o sprawach najważniejszych: życiu i śmierci, miłości, przyjaźni i pasji. Ota Pavel mówi o zwycięstwach i porażkach równie pięknie, jak o sarnach i rybach.

Lektura dla czytelników w każdym wieku i wspaniała lekcja życia.

Lucynka, Macoszka i ja to opowieść o sile przeszłości, o miłości do dziecka i tęsknocie za samym sobą. Ta książka – choć w dużej mierze oparta na prawdziwych wydarzeniach – zabiera czytelników do innego świata. Znacznie piękniejszego.

Czytelnik ma tu do czynienia z prozą niemal doskonałą. (Pavel Janoušek, „Tvar”)

Chcesz wygrać z Barceloną, a potem zostać mistrzem świata w piłce nożnej? Musisz być biednym rolnikiem i mieć jedenastu synów. Załóż drużynę piłkarską, a potem będzie już z górki. Rozgrywki ligowe, mistrzostwo kraju...

Książka mądra, z uśmiechem. Podróże, relacje z meczów, niekłamane emocje.

Świetna dla dzieci. Wciągająca dla dorosłych.

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
PRZEDMOWA AUTORA
PIERWSZA SERIA NAGRAŃ (nagrana między 18.04. a 16.05.2015)
Karta redakcyjna

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Trhlina

Copyright © Jozef Karika, 2016

Copyright © for Polish edition by Stara Szkoła Sp. z o.o., 2018

Cover design © Neil Johnston, 2017

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, udostępnianie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów bez pisemnej zgody wydawnictwa zabronione.

Tłumaczenie: Joanna Betlej

Redakcja: Mirosław Śmigielski

Korekta: Dagmara Ślęk-Paw, Ewa Żak

Opracowanie typograficzne: Dagmara Ślęk-Paw

This book was published with a financial support from SLOLIA, Centre for Information on Literature in Bratislava.

Książka została wydana dzięki wsparciu finansowemu SLOLIA, Centre for Information on Literature in Bratislava.

Wydawca:

Stara Szkoła Sp. z o.o.

Rudno 16, 56-100 Wołów

[email protected]

www.stara-szkola.com

ISBN 978-83-66013-11-7

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek