48 osób interesuje się tą książką

Opis

Scenarzysta serialowy postanawia spędzić Boże Narodzenie w górskiej chacie, by uciec od problemów w domu i w pracy. Jedno pozornie niegroźne zdarzenie zmienia jego pobyt w cyklon porywający głównego bohatera i czytelników!

 

Jozef Karika - słowacki mistrz grozy. Jego powieść Szczelina przekroczyła nakład stu tysięcy egzemplarzy. Stała się najpopularniejszą książką w historii literatury słowackiej i zdobyła trzecie miejsce w plebiscycie Lubimy Czytać na Książkę Roku w kategorii Horror.

 

Józef Karika jest mistrzem w tworzeniu pułapek, z których nie ma wyjścia. Znów przeraża. Znów zachwyca. A w bezsenną zimową noc obezwładnia strachem.

Olga Kowalska, WielkiBuk.com

 

Każda kolejna powieść Kariki jest wydarzeniem na rynku literackiego horroru w Polsce. Historie przez niego stworzone wynoszą czytelnika na nowy wymiar grozy. Jozef Karika ma niesamowity dar straszenia!

Sebastian Sokołowski, Okiem na Książki

 

Żaden miłośnik grozy nie powinien przejść obok tej książki obojętnie. Nie po raz pierwszy Karika udowodnił mi, że opanował do perfekcji sztukę zaglądania tam, dokąd większość nie ma odwagi skierować wzroku... w głąb naszych umysłów.

Maciej Bachorski, Dzika Banda

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dzień pierwszy

I

Skrzypienie śniegu kłuło w uszy, prawie biegłem, już nie mogłem się doczekać, aż dotrę na miejsce. Zapadałem się przy każdym kroku i sapałem jak wół. Lał się ze mnie pot.

I świetnie, w ostatnich tygodniach nie spotkało mnie nic lepszego!

Każde skrzypnięcie oznaczało, że jestem o kilkadziesiąt centymetrów dalej od miasta.

Nie mogłem już tam wytrzymać, choć próbowałem i starałem się z całego serca, ale bez skutku. Naprawdę nie dałem rady, a świętowanie Bożego Narodzenia w takich warunkach przekraczałoby moje siły.

Każda godzina spędzona z Natalią w naszym wspólnym mieszkaniu kosztowała mnie mnóstwo wysiłku. W porównaniu z tamtym życiem brodzenie w śniegu było przyjemnym niedzielnym spacerkiem. Nie żałowałem wylanego potu, wykorzystania ostatnich dni urlopu, nie smuciło mnie, że święta spędzę samotnie i że przez najbliższy tydzień nie zamienię z nikim ani słowa. Niczego nie żałowałem, wręcz przeciwnie, czerpałem energię z każdego haustu mroźnego powietrza.

Słowo „rozwód" na razie między nami nie padło. Przynajmniej nie na głos, ale w myślach pojawiało się codziennie. Nasze małżeństwo nie było złe, bynajmniej, pierwsze trzy lata po ślubie minęły bez problemów. Dopiero potem coś się spieprzyło, w sumie nie wiem co – nagle pojawiły się zgrzyty, a próby naprawienia związku nie skutkowały, wręcz przeciwnie: im bardziej się staraliśmy, tym gorzej układało się między nami. Ostatnie półrocze było prawdziwym czyśćcem. A właściwie to mam gdzieś te wszystkie ostrożne sformułowania: nie czyśćcem, tylko piekłem!

Kłóciliśmy się prawie codziennie. Nie chcieliśmy tego, oboje pragnęliśmy chwili spokoju, choćby krótkiej chwili, bo przecież padaliśmy z wyczerpania. Lecz kiedy tylko zostawaliśmy w mieszkaniu sam na sam, powietrze zaczynało drżeć, atmosfera gęstniała. Nie potrzebowaliśmy wiele czasu – zazwyczaj już po kilku minutach, a jeśli oboje zagryzaliśmy zęby, to po kilku godzinach – cicha nerwowość zmieniała się w niezadowolenie, a niezadowolenie w opryskliwość.

Wkurzał mnie każdy ruch Natalii, każdy oddech i każde słowo wypuszczane z ust. Ona czuła wobec mnie to samo, przeszkadzałem jej cały, całkowicie. Prędzej czy później któremuś z nas puszczały nerwy, rzucałem jakąś nieprzyjemną uwagę, a czasem obywaliśmy się nawet bez tego. Wystarczało jedno zwyczajne słowo wypowiedziane czepialskim tonem i już zaczynał toczyć się kamyczek zmieniający się po kilku minutach w lawinę i gwałtowną, pełną nienawiści, wyczerpującą kłótnię. Za każdym razem tak samo.

Dwoje dorosłych ludzi, którzy nie chcą się kłócić. Klik, przewinięcie o cztery minuty do przodu – dwie niepanujące nad sobą istoty pozbawione wszelkiej godności, wykrzykujące najgorsze, najohydniejsze obelgi, trzaskające drzwiami, a w razie potrzeby tłukące wazy, szklanki lub talerze.

Próbowałem zawrzeć z Natalią rozejm, dałem jej do przeczytania poradnik małżeński, ale rzuciła nim we mnie tak mocno, że róg twardej oprawy zranił mnie do krwi.

Przyznaję – bo przecież teraz, kiedy idę po zaśnieżonym zboczu, mogę sobie na to pozwolić – że zacząłem bać się żony. Nieważne, że to ja jestem facetem, po prostu się bałem. Stawała się coraz bardziej agresywna i rzucała we mnie coraz bardziej niebezpiecznymi rzeczami. Kilka razy obudziłem się na kanapie w pokoju dziennym i widziałem, że Natalia stoi na progu. Po prostu stała i patrzyła na mnie. W koszuli nocnej, o drugiej w nocy. Kiedy zauważała, że nie śpię, odwracała się bez słowa i wracała do sypialni.

Myślałem o jej mściwości, opowiadała mi o niej na początku naszego związku. Z mojej pamięci wynurzały się opowieści o tym, jak na wycieczce w liceum wylała kolegom cały alkohol lub jak w internacie zalała pokój wkurzającym ją dziewczynom. Niezłe numery – myślałem wtedy. Ale teraz nie wydawały mi się już takie zabawne. Strach przed uśnięciem we własnym mieszkaniu, budzenie się z niespokojnego snu i sprawdzanie, czy w drzwiach nie stoi postać w koszuli nocnej, nie należą do najlepszych rozrywek.

Niepokój i potyczki słowne wyczerpywały mnie, nie mogłem się przez nie skupić. A zarabiam na życie właśnie myśleniem. Niektórzy uważają, że praca scenarzysty to łatwizna – siedzenie w ciepełku, stukanie w klawiaturę i zgarnianie za to olbrzymiej kasy. Jasne. Takim ludziom życzyłbym, żeby potyrali sobie trochę przy serialu z codzienną emisją. Opracowywali wszystkie wątki, tworzyli codzienną porcję emocji i dramatów, ale odwracalną i niezbyt wielką, przecież serial nie może zdenerwować widzów, musi trwać, wciąż niezmienny, a jednocześnie codziennie inny. Dziesiątki, czasem setki odcinków, teoretycznie w nieskończoność. Panie i panowie, spróbujcie sami, spróbujcie coś stworzyć, mądrale, kiedy w głowie wam huczy, palce drżą, a wskutek stresu małżeńskiego serce zaczyna walić przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Na przykład kiedy żona wstaje zaparzyć wam herbatę. Ziołową, bez cukru i miodu, bo wnętrzności macie rozstrojone i każdy dodatkowy składnik mógłby spowodować skurcze lub sprint do toalety.

Nie wyrabiałem, przysięgam, musiałem wyjechać. Nie zrobiłem tego tylko dla siebie, Natalia była w podobnym stanie, też ciągnęła resztką sił. Tyle że kiedy ja popełniałem błąd w pracy, producentka odrzucała mój scenariusz i po prostu nie zarabiałem ani grosza. Ale gdyby błąd popełniła Natalia, skutki mogłyby być dużo poważniejsze. Pracowała w aptece jako farmaceutka – wydawała leki na receptę, przygotowywała różne ohydztwa, ekstrahowała substancje lecznicze. Kilka razy widziałem to w jej małym laboratorium na zapleczu. Zawsze mnie to wzruszało – jej skupienie i precyzja mnie zaskakiwały. Kiedy stała tam w białym fartuchu i rozdrabniała w moździerzu zioła, znów mógłbym się jej oświadczyć. Bez względu na wszystko. Bez względu na ostatnie półrocze.

Czy mnie nienawidziła? Nie wiem, chyba darzyliśmy się nawzajem podobnymi uczuciami. Czasem było to straszne chamstwo, wręcz nienawiść, a kiedy indziej intensywne przebłyski miłości. Żona nawet po gwałtownej kłótni zawsze przynosiła mi z apteki herbatę ziołową na żołądek, coś na uspokojenie i krople nawilżające, bo oczy wysychały mi od ciągłego ślęczenia nad scenariuszami. Nie, nie bądź śmieszny, nie mogłaby mnie otruć. Wprawdzie taka możliwość przyszła mi do głowy, ale Natalia nie jest aż taką bestią. Przynajmniej kiedyś nie była, teraz nie jestem już tego taki pewien.

I właśnie dlatego spakowałem się i wyjechałem. Potrzebuję odpoczynku, oddam pół królestwa za kilka dni relaksu. Wrzuciłem do plecaka trochę suchego prowiantu, żeby przetrwać w nieprzyjaznych warunkach, kosmetyczkę, kilka sztuk bielizny, dres, podkoszulki, sweter, butelkę nafty, zapałki, notes i dyktafon, a do plecaka przywiązałem śpiwór. Nie potrzebowałem nic więcej. Resztę ubrań włożyłem na siebie – w góry chodziliśmy często, nawet zimą, wiedziałem, jak się przygotować. Kiedy już wychodziłem z mieszkania, stanąłem w progu. Odezwało się we mnie jakieś przeczucie. Chciałem je zlekceważyć i wreszcie uciec od tych brzęczących ścian, ale zwyciężyło moje tchórzliwsze ja. Wróciłem do pokoju dziennego, otworzyłem sejf i wyciągnąłem matowy rewolwer Taurus z krótką lufą. Sprawdziłem bębenek, było w nim pięć naboi o kalibrze 0,38 mm.

Może się przydać – pomyślałem i dorzuciłem broń do plecaka.

II

Mój ojciec kupił tę drewnianą górską chatę na północnym skraju Małej Fatry w 1984 roku. Natrafił na nią podczas jednej z wędrówek, oczarowała go od pierwszego wejrzenia. Stała na bezludziu na górze Sokolie, oczywiście nie pośród dziewiczej przyrody, bo w parku narodowym nie można niczego budować, ale mimo to do najbliższych wiosek, czyli Niskich Kamieńców lub Beli, szło się dobrą godzinę. A w zimie nawet dwa razy dłużej.

Ojciec ciągał nas do tego lasu prawie co roku, do dziś nie wiem, czym ten domek tak go ujął. Zwykła drewniana chatka z murowanymi fundamentami. Oczywiście po ponad dziesięciu latach remontów i poprawek, które ojciec robił, dopóki wystarczało mu sił, wyglądała dużo lepiej. Może to dlatego nie pozbyłem się jej po jego śmierci.

Z Natalią byłem tam tylko dwa lub trzy razy, zawsze na krótko. Wprawdzie moja żona lubiła okazjonalne gór skie wycieczki, ale należała raczej do mieszczuchów, długi pobyt na łonie natury bynajmniej jej nie kusił. Zresztą ja też nie czułem się w chacie przyjemnie. Nawiedzały mnie tam miłe, lecz przesadnie sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa: pobyty z rodzicami, potrawy z darów lasu czy szczypiący dym z murowanego pieca. Czułem go nawet teraz, ten smród zdecydowanie nie poprawiał mi nastroju.

Lecz mimo to wręcz unosiłem się nad ziemią. Kilka dni ciszy i spokoju od wszystkiego i wszystkich, time out – cóż za rajska wizja. Wyszedłem z rana, żeby nie tracić czasu. Auto zostawiłem przed blokiem. Nie chciałem wywoływać kolejnych sporów i niepotrzebnie podnosić Natalce ciśnienia. Zostawiłem na stole kartkę, że wyjeżdżam. Na tydzień. To wystarczy, nie musi wiedzieć więcej. Wsiadłem do autobusu dalekobieżnego i pojechałem do Terchowej. Stamtąd do Kamieńców był już tylko rzut kamieniem. To tu zaczynała się prawdziwa wędrówka.

Dotarłem do podnóża góry Sokolie, wszedłem w dolinę i zanurzyłem się w masywy górskie. Do chaty nie prowadziła żadna trasa turystyczna, wiodły tam tylko dzikie dróżki, teraz zaśnieżone i pokryte śladami zwierzyny leśnej. Na szczęście dobrze znałem drogę, za punkty odniesienia służyły mi sąsiednie szczyty oraz ukształtowanie terenu. Nie było trudno tam trafić, ale nie było też przesadnie łatwo. Musiałem prześlizgnąć się obok kilku skalisk, ostrożnie przejść przez oblodzony przesmyk nad stromym i głębokim urwiskiem, a nawet przeczołgać się pod kilkoma przewróconymi drzewami. Kiedy obszedłem górę i znalazłem się na jej południowym zboczu, najgorszą część trasy miałem za sobą. Czekała mnie jeszcze stroma, ale przyjemna wędrówka przez gęsty las.

Z każdym krokiem czułem się coraz lepiej, swobodniej, nigdy wcześniej nie zbliżałem się do tej chaty z taką radością. Brnąłem w górę, byłem już dość wysoko, między drzewami co jakiś czas przebijał wspaniały widok na wąską dolinę pode mną. Mówi się na nią Wielka Branica, w dzieciństwie ta nazwa wydawała mi się bardzo zabawna.

Minąłem dwie kolejne zamarznięte sterty gruzu i znalazłem się w około dwóch trzecich wysokości góry. Teraz pójdę już po równince, tylko chwilę, nie dłużej niż dwadzieścia minut. Górskie powietrze działało na mnie świetnie, skrzypienie śniegu przestało mnie drażnić, wręcz przeciwnie, uspokajało mnie. Zatrzymałem się i spojrzałem na południe, na główną grań. Z mroźnych oparów wystawały zaśnieżone szczyty Małej Fatry: Wielki i Mały Krzywań. Słońce oświetlało je pod takim kątem, że wyglądały, jakby ktoś obsypał je błyszczącymi kryształkami. Zadowolony wypuściłem powietrze i obserwowałem obłoczek pary unoszący się z moich ust.

Cisza, doskonała i niczym niezmącona cisza, idealna widoczność, czyste powietrze – dokładnie tak to sobie wyobrażałem. Ruszyłem dalej, chciałem pokonać ostatni odcinek jak najszybciej. Okazało się jednak, że zajęło mi to dużo więcej czasu, niż przewidywałem. U podnóży góry leżało niewiele śniegu, ale już pod szczytem zapadałem się w nim aż po uda. Dałem sobie porządny wycisk. Brodzenie przez polanę było nie lada wysiłkiem. Plecak też wydawał mi się coraz cięższy i z każdym krokiem mocniej obcierał moje spocone plecy. Ale było warto. Gdy ujrzałem między drzewami znajomy dwuspadowy dach, zmęczenie natychmiast zniknęło. Dotarłem do celu, chata stała przede mną zaśnieżona, ale i tak poznała mnie i skrzypnęła na powitanie stareńkimi belkami.

III

– Cześć, staruszko – przywitałem się i pomachałem. Ojciec zawsze tak się z nią witał.

Przeszedłem przez polanę, chata była usytuowana frontem na wschód. Zatrzymałem się przed grubymi drzwiami zbitymi z desek i pieńków młodych drzew. Nie mogłem się powstrzymać – obróciłem się, by jeszcze raz nacieszyć oczy okolicą. Polana kończyła się stromym zboczem, za którym rozlewało się falujące morze świerkowych wierzchołków. Las był tu gęsty, tak gęsty, że do chaty chodziło się okrężną drogą.

Lecz scenografia wynagradzała te niedogodności – przecież to właśnie dla niej ktoś się natrudził i zbudował chatę w tak odległym miejscu. Oczywiście w okolicy znajdowały się też inne domki. Wiedziałem, że są tu jeszcze dwie lub trzy podobne chatki, choć nie w bezpośrednim sąsiedztwie. Kiedy byłem mały, chodziliśmy tam na spacery. Już nie pamiętam drogi, ale jeśli się nie mylę, te wyprawy trwały godzinkę lub dwie, nie groziło mi zatem, że ktoś zakłóci mój spokój. Spojrzałem na skalisty szczyt Wielkiego Rozsutca, majaczący na wschodzie.

– Cudownie, po prostu cudownie – odetchnąłem zadowolony, wyciągnąłem stare żelazne klucze i zacząłem otwierać dwa masywne zamki. Nie poddawały się łatwo, zawsze trzeba było trochę z nimi powalczyć, miały już przecież swoje lata, śniedź i rdza zrobiły swoje. Jednak w końcu ustąpiły, a drzwi poruszyły się ze skrzypnięciem.

Owionęły mnie stare i znajome zapachy, nie wszystkie należały do przyjemnych. Pachniało tu dzieciństwem i gościnnością, ale wyczułem też nutę pleśni, a nawet rozkładu – pewnie jakiś zdechły nietoperz lub mysz. Wnętrze nie wyglądało zbyt kusząco, nie był to hotel pięciogwiazdkowy. Jedno pomieszczenie, na wszystkich ścianach wisiały półki, pod oknem stała ława. Stół z krzesłami, szafa, w kącie dwa zsunięte razem łóżka. Pośrodku stał piec z rurą prowadzącą do komina i schowkiem na drewno. Na szczęście opału leżało tam sporo. Chata oczywiście była wyziębiona i wiedziałem, że będzie się nagrzewać przez kilka godzin. Ściągnąłem plecak, wypakuję go później, najpierw trzeba rozpalić ogień.

Udało mi się to zaskakująco szybko. Drzazgi i grubsze polana były dobrze wysuszone, wystarczyło podłożyć pod nie papier i zapałkę. Kiedy płomienie urosły, a ogień przyjemnie strzelał, zamknąłem drzwi wejściowe, ciąg powietrza nie był już konieczny. Chata powoli się nagrzewała, ale wiedziałem, że kurtkę, czapkę i szal ściągnę dopiero wieczorem.

Ozdoby na oknach malował nie tylko mróz, ale również spora warstwa kurzu, więc wziąłem szmatę z półki i trochę je przetarłem. Zobaczyłem, że zaczyna się ściemniać. Było przed piętnastą, ale najjaśniejsza część dnia dobiegała końca. Od teraz słońce zacznie chować się za górami, a najpóźniej za dwie godziny polanę, którą otaczają świerki, pochłonie mrok.

Zaburczało mi w brzuchu – nic dziwnego, przecież od rana zjadłem tylko kawałek sera, szynki i rogalika. Nie szkodzi, byłem zaopatrzony. Wziąłem odpowiedni garnek, wyszedłem przed chatę, nabrałem śniegu i wróciłem do pieca. Z plecaka wyciągnąłem opakowanie ryżu w woreczkach, wystarczy go przegotować. Nie zapomniałem nawet o mrożonych warzywach.

– Dziękuję bardzo, Natalko, dzięki tobie rozwinąłem umiejętności kulinarne – mruknąłem i posłałem jej powietrznego całusa. Po kwadransie nieprzyjemne zapachy całkowicie zniknęły, a chata wypełniła się wonią warzywnego risotto, na myśl o którym już ciekła mi ślinka.

Zanim zjadłem, mlaskając bez krępacji, zapadł całkowity mrok. Wiedziałem, że w chacie jest zapas nafty, ale nic nie pozostawiłem przypadkowi i przywiozłem kolejną butelkę. Wystarczyłoby na całą noc polarną. Zdmuchnąłem kurz z obtłuczonej lampy, przy której kiedyś grywałem z rodzicami w chińczyka. Gdybym porządnie przeszukał półki, prawdopodobnie znalazłbym drobne plastikowe pionki. Ale nie chciało mi się wracać do przeszłości, człowiekowi czasem w zupełności wystarcza teraźniejszość, nie musi wbijać sobie pod paznokcie drzazg wspomnień miłych chwil, dawno minionych.

Zamiast tego napełniłem zbiorniczek lampy aż po brzeg, uważając przy tym, by nie nawdychać się oparów, od których zawsze chce mi się wymiotować. Płomyczek z początku wił się i syczał, wydawał czerwono-żółtą poświatę, jakby złościł się, że go obudziłem. Jednak po chwili uspokoił się, ucichł, urósł, a światło zmiękło i delikatnie pożółkło. Po stole i ścianach rozbiegły się nowe pajęczyny cieni. Przednią część chaty oświetlał ogień strzelający w piecu, natomiast tylną, przy łóżkach i stole – lampa.

Wreszcie zaczęło się robić ciepło, rozgrzało mnie też lekkie, ale pożywne jedzenie. Rozpiąłem kurtkę i zacząłem wypakowywać plecak, otworzyłem nawet skrzypiącą szafę, której w dzieciństwie strasznie się bałem. Zawsze myślałem, że wyjdzie z niej potwór, zresztą teraz też otwierałem ją z respektem. W środku nie było nikogo. Układałem ubrania i zastanawiałem się, co tak bardzo mnie w niej przerażało. Nie doszedłem do niczego konkretnego i postanowiłem nie zagłębiać się dalej w ten temat – po prostu mieszkało w niej straszydło, kropka. Zachciało mi się siku, więc wyszedłem przed chatę. Na niebie lśniły tysiące gwiazd tak jak przed laty. Nic się nie zmieniło – gwiazdy w górach zawsze świecą jaśniej, takiego widoku nie uświadczysz w mieście. Sikałem i zachwycony obserwowałem nieruchomy niebiański spektakl.

Na zewnątrz nie byłem długo, bo za piękno zimowych gór trzeba płacić podatek – nadchodząca noc już teraz była mroźna, wiał nieprzyjemny wiatr. Taki niezbyt gwałtowny, ale jeśli się przed nim nie zabezpieczysz, po chwili przenika cię do szpiku kości. Wróciłem do środka, wprawdzie przemarznięty, ale zadowolony – dawno nie czułem się tak przyjemnie. Westchnąłem z ulgą. Nikt się mnie nie czepiał, nie musiałem ciągle się pilnować, nie groziła mi żadna kłótnia ani mniej lub bardziej skrywana nienawiść. Gęsta ciemność za oknem mnie rozczuliła.

Ciekawe, co porabia Natalia? Było to dziwne, ale przysięgam, że przez chwilę nawet mi jej brakowało. Tylko przez moment, przez sekundę, ale jednak.

– Człowiek to dziwne stworzenie – mruknąłem do siebie.

Cisza nie działała mi na nerwy, wręcz przeciwnie, była balsamem na moją duszę. Zresztą bynajmniej nie panowała tam absolutna cisza: w piecu strzelało drewno, co jakiś czas skrzypiały belki, w kominie gwizdał wiatr. Trochę przeszkadzało mi łomotanie drzwi pod naporem powietrza, za każdym razem wzdrygałem się, jakby ktoś miał zaraz wejść. Lecz nikt nie nadchodził, byłem sam, zupełnie sam.

Wstałem, podszedłem do plecaka, wyciągnąłem rewolwer i położyłem go na półce.

Może się przydać.

W otwartym plecaku zauważyłem notes i pióro. Rzeczywiście, dobrze byłoby coś napisać, bo w takim melancholijnym nastroju pisanie idzie mi najlepiej. Podszedłem do stołu i zacząłem czytać notatki z kilku ostatnich dni. Zazwyczaj wrzucam scenariusze od razu do komputera, tak jest praktyczniej, ale najbardziej lubię pisać ręcznie. Tak zaczynałem, gdy w dzieciństwie zapisywałem pierwsze opowieści.

Kartkowałem notes, wciągnąłem się, ale zaczęły mnie piec oczy. Są wrażliwe i często wysuszone, dziś dostały szczególny wycisk, biel śniegu robi swoje, nawet kiedy ma się na nosie porządne okulary przeciwsłoneczne. Znów wstałem, wróciłem do otwartej szafy i wyciągnąłem z plecaka kosmetyczkę. Były w niej żyletki, szczoteczka i pasta do zębów, rolka papieru toaletowego, mydło oraz witaminy i krople do oczu. Sięgnąłem po krople, wróciłem do oświetlonego stołu i zamierzałem kontynuować pracę. Tyle że ta przechadzka rozproszyła moją koncentrację, a kiedy tylko usiadłem, ogarnęło mnie straszne zmęczenie. Dał o sobie znać mój wiek – jeszcze chodzę po górach, ale już nie z taką łatwością jak kiedyś. Rozbolały mnie ramiona i plecy, zaczęły mi się kleić oczy, po ciele rozlało się zmęczenie.

Stwierdziłem, że tego dnia już nie napiszę ani słowa, i zamknąłem notes. Zamiast pracować, sprawdziłem, czy drzwi są dobrze zamknięte, podłożyłem do pieca, zgasiłem lampę, opadłem na łóżko i w minutę zasnąłem twardym snem.

Dzień drugi

I

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Po śmierci ojca Eliza Caine postanawia porzucić Londyn i objąć stanowisko guwernantki w posiadłości Gaudlin Hall. W starym domu nie zastaje jednak pracodawcy.

Wita ją tylko… dwoje dzieci.

Tajemnica, o której nikt nie chce mówić. Klaustrofobiczna atmosfera angielskiej prowincji. I seria wypadków wskazujących na siły nadprzyrodzone. Kiedy wychodzi na jaw tragiczny los poprzednich guwernantek, Eliza Caine pojmuje, że w Gaudlin Hall stoczy bój o życie swoje i swoich podopiecznych.

Wzorowa rodzina: matka nauczycielka, ojciec przedsiębiorca, dwoje dzieci. Jednak pozorna idylla zmienia się w koszmar, gdy córka Alicja po raz pierwszy sięga po narkotyki i wsiada na szaleńczą karuzelę kręcącą się coraz szybciej. Czy stało się tak za sprawą jednej złej decyzji, czy wieloletnich błędów uznawanych powszechnie za błahe? Jak rodzice mogą ustrzec dzieci przed narkotykami? Jak one same mogą się przed nimi bronić?

Mam na imię Alicja. Jestem narkomanką to pierwsza część trylogii pod tytułem Dziewczyny na smyczy poświęconej problemom nastolatek.

Jedna z najpopularniejszych brytyjskich komedii literackich!

Kiedy Reginald I. Perrin, pracownik Słonecznych Deserów, obudził się pewnego czwartkowego poranka, bynajmniej nie zamierzał nazwać swej teściowej hipopotamem. Lecz później wszystko uległo diametralnej zmianie.

Reggie poczuł, że musi zmienić swoje życie. Nie chciał,

by ograniczało się do nudnej pracy i przewidywalnego małżeństwa. Przewraca więc swój świat do góry nogami. Czy to pozwoli mu odwrócić złą kartę?

Brytyjski humor w najlepszym, starym stylu!

Czwarta część najpopularniejszego literackiego sitcomu ostatnich lat!

Spokój na zamku zostaje zakłócony. Personel musi zmierzyć się z falą przestępstw przetaczających się przez Kostkę.

Czy w obliczu tak dramatycznych wydarzeń można zachować dobry humor? Oczywiście! Nowi bohaterowie, nowe wątki i kolejna dawka doskonałej rozrywki. Evžen Boček mistrzowsko bawi się konwencją, serwując gagi i humor sytuacyjny, za które pokochały go setki tysięcy czytelników!

Pamiętnik surrealistyczny. Gwarancja czeskiego humoru.

Przewrotny humor i galeria nietuzinkowych osobowości gwarantują dobrą zabawę. Obok historii opowiedzianej w taki sposób nie można przejść obojętnie. Mamy do czynienia z jedną z najzabawniejszych książek XXI wieku!

Rodzina Kostków powraca z Ameryki do Czech, by przejąć dawną siedzibę rodu – zamek Kostka. W zamku zastają dotychczasowych pracowników: kasztelana, ogrodnika oraz kucharkę. Jak nowi właściciele poradzą sobie w nowej rzeczywistości? Jak odnajdą się w rolach dotychczas nieodgrywanych?

Thriller psychologiczno-sądowy.

Jedna z najważniejszych powieści grozy ostatnich lat.

Szkocja, 1869 rok. W zapomnianej przez Boga i ludzi osadzie zostaje popełnione potrójne morderstwo. Do winy przyznaje się siedemnastoletni Roderick Macrae. Czy rzeczywiście jest odpowiedzialny za zbrodnię. Co mogło sprawić, że postanowił zrealizować swe krwawe zamiary?

Finalista Nagrody Bookera 2016

Zdobywca Nagrody Saltire 2016 w kategorii Najlepsza Powieść 2016 Zdobywca Nagrody Vrij Nederland w kategorii Najlepszy Thriller 2017 Finalista Nagrody Los Angeles Times w kategorii Najlepsza Książka Grozy 2017

Finalista Sunday Herald Culture Awards w kategorii Autor Roku 2017

Trybecz, pasmo górskie na Słowacji. Od dziesięcioleci krążą o nim legendy z powodu tajemniczych zaginięć. Niektóre ofiary zostały znalezione martwe. Niektóre zniknęły bez śladu. A jeszcze inne powróciły – ranne i niezdolne do życia.

Igor zdobył tytuł magistra. Po pięciu latach wreszcie może zacząć karierę jako… robotnik budowlany. Na swojej pierwszej budowie odkrywa tajemniczy sejf. Znajduje w nim płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat. Słyszy na nich głos człowieka, który przez ponad trzy miesiące błąkał się w górach Trybecza.

Legenda, mistyfikacja czy przerażająca rzeczywistość?

Świetna powieść najpopularniejszego słowackiego pisarza. Jozef Karika staje twarzą w twarz z legendą Trybecza.

Szczelina zdobyła najważniejszą słowacką nagrodę literacką

ANASOFT LITERA w kategorii NAGRODA CZYTELNIKÓW!

Jakie wydarzenie najbardziej zmienia świat dorosłego mężczyzny? Oczywiście narodziny dziecka.

Dziecko w wieku przedszkolnym to zbiór opowieści napisanych przez tatę trzyletniej Wiki. M. M. Cabicar opisuje rodzicielską rzeczywistość bezkompromisowo, czasem dosadnie, ale przede wszystkim z rozbrajającą szczerością i kapitalnym poczuciem humoru. Nie zdejmuje różowych okularów nawet w najbardziej kłopotliwych sytuacjach, wychowując dzięki temu niezwykle pogodne dziecko!

Jeremiasz jest inny. Żyje w świecie, w którym dni tygodnia mają swoje kolory, a najlepszą zabawką jest zamek błyskawiczny. Jeremiasz wychodzi z domu tylko z olbrzymią pokrywką.

Jeremiaszem opiekuje się siostra Pamela. Dlaczego to właśnie ona rozumie go najlepiej? Chłopiec, jego siostra oraz ich mama przeprowadzają się do kolejnego miasta. Muszą rozpocząć życie na nowo. Czy tym razem im się to uda?

Ta pełna ciepła i humoru historia łamie serca i uczy zrozumienia.

Ta powieść chwyta za gardło i trzyma do ostatniej strony!

Zmęczony metropolią Wiktor wyjeżdża z Pragi, by zostać kasztelanem morawskiego zamku. Pragnie odnaleźć wewnętrzną równowagę i zażegnać kryzys małżeński. Jednak wizja spokojnego życia wśród zabytkowych mebli i dzieł sztuki szybko odchodzi w zapomnienie. Na zamku czeka dość zagadkowy personel oraz… demony przeszłości.

Tajemnicze odgłosy i niewyjaśnione zdarzenia przejmują władzę nad Wiktorem i jego rodziną. Czy mają swoje wytłumaczenie? Czy racjonalny umysł Wiktora rozwikła tajemnicę zamku?

Pamiętajcie: niczemu się tutaj nie dziwcie!

Zabawna powieść o kobietach i mężczyznach. Tę książkę kupił co setny Czech!

Ekożona stawia wiele aktualnych pytań: Czego oczekujemy od swoich partnerów? Jakie jest znaczenie porodu naturalnego? Co tak naprawdę oznacza życie w zgodzie z naturą i z samym sobą? Czy naturalny jest na przykład ogród? Albo małżeństwo?

Poruszane przez autora poważne tematy zostały ubrane w brawurową narrację. Szczerość, autoironia i humor sprawiają, że mamy do czynienia z powieścią niezwykle inteligentną i nowoczesną.

Kiedy Mojmirowi pęka aorta, jego świat oraz światopogląd ulegają gwałtownym zmianom. Mojmir zmienia się z butnego racjonalisty… no właśnie, w kogo?

W tej brawurowej narracji pełnej ciętych ripost Michal Viewegh z humorem i autoironią opowiada o byciu pacjentem VIP oraz o poszukiwaniu nowej drogi życiowej po osobistym kataklizmie.

Ekomąż to jedna z najważniejszych powieści najpopularniejszego czeskiego pisarza.

Jeden na milion to zbiór czternastu opowiadań jednego z najpopularniejszych czeskich prozaików. Martin Reiner zabiera nas na łąki pełne hipisów, na próby chóru więziennego, do Ameryki – a szerokiemu wachlarzowi tematów towarzyszą różnorodne formy literackie. Lektura dla smakoszy!

MISTYCZNY PORNO-GASTRO THRILLER Z XIX-WIECZNEJ PRAGI

Nadchodzi nowy rok. Kiedy praski Orloj wybija północ, odkryta zostaje bestialska zbrodnia. Śledztwo w tej sprawie prowadzi ekscentryczny komisarz Durman. Czy jego nietypowe metody doprowadzą do ujęcia sprawcy? Jak powstrzymać mordercę, który zawsze o krok wyprzedza policję? I czym jest tajemnicze Ordo Novi Ordinis?

Pewien praski bankier z braku innego pomysłu kupuje synowi na Boże Narodzenie świnkę morską. Jak dalece to niewinne wydarzenie zmieni życie rodziny? Jakie sekrety skrywa bank narodowy? I czy przed kryzysem finansowym można schować się w beczce?

W żadnym innym utworze literatura czeska nie zbliżyła się do twórczości Franza Kafki tak bardzo, jak w Świnkach morskich. (Milan Exner)

Powracający w rodzinne morawskie góry praski dziennikarz dokonuje bilansu swojego życia.

Siekiera jest dowodem na to, że sytuacja człowieka w społeczeństwie i w rodzinie nie zmieniła się w przeciągu ostatniego półwiecza tak bardzo, jak zwykliśmy sądzić. Ta powieść wciąż jest niezwykle aktualna.

Mistyczny thriller przesiąknięty strachem.

Po rozpadzie kilkuletniego związku Jożo Karski powraca do rodzinnego Rużomberka. Tam czeka na niego puste mieszkanie rodziców, najmroźniejsza od kilku dziesięcioleci zima i podnóże góry skrywające mroczną tajemnicę.

Wkrótce w sąsiedztwie zaczynają znikać dzieci.

Pamiętacie, jak to jest: mieć czternaście lat i być zagubionym, wrażliwym, lekkomyślnym, romantycznym i niezwykle napalonym nastolatkiem? Przypomni Wam to Nick Twisp – młody buntownik, którego zna cała Ameryka!

Miłość, bunt, inicjacje seksualne, młodzieńcze przyjaźnie, problemy w szkole, problemy w domu – i szalone wakacje. A to wszystko doprawione czarnym humorem i przezabawnymi dialogami.

Uczniowie Cobaina to pełna dzikich przygód i humoru historia grupy nastolatków uwielbiających Johna Lennona i Kurta Cobaina. Razem przeżywają imprezy, zakładają zespoły rockowe i próbują osiągnąć sukces.

To również – a może przede wszystkim – poszukiwanie źródeł wyalienowania i bezradności w dzisiejszym świecie. Co czeka bohaterów, gdy karuzela młodości nieubłaganie się zatrzyma?

Puchar od Pana Boga to zbiór tekstów, w których sport stanowi pretekst do opowieści o sprawach najważniejszych: życiu i śmierci, miłości, przyjaźni i pasji. Ota Pavel mówi o zwycięstwach i porażkach równie pięknie, jak o sarnach i rybach.

Lektura dla czytelników w każdym wieku i wspaniała lekcja życia.

Lucynka, Macoszka i ja to opowieść o sile przeszłości, o miłości do dziecka i tęsknocie za samym sobą. Ta książka – choć w dużej mierze oparta na prawdziwych wydarzeniach – zabiera czytelników do innego świata. Znacznie piękniejszego.

Czytelnik ma tu do czynienia z prozą niemal doskonałą. (Pavel Janoušek, „Tvar”)

Chcesz wygrać z Barceloną, a potem zostać mistrzem świata w piłce nożnej? Musisz być biednym rolnikiem i mieć jedenastu synów. Załóż drużynę piłkarską, a potem będzie już z górki. Rozgrywki ligowe, mistrzostwo kraju...

Książka mądra, z uśmiechem. Podróże, relacje z meczów, niekłamane emocje.

Świetna dla dzieci. Wciągająca dla dorosłych.

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Dzień pierwszy
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Dzień drugi
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Dzień trzeci
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Dzień czwarty. Wigilia
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Dzień piaty. Boże Narodzenie
Rozdział I

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Tma, 2015

Copyright © Jozef Karika

Copyright © for Polish edition by Stara Szkoła Sp. z o.o., 2020

All rights reserved

This book was published with a financial support from SLOLIA, Centre for Information on Literature in Bratislava.

Książka została wydana dzięki wsparciu finansowemu SLOLIA, Centre for Information on Literature in Bratislava.

Tłumaczenie: Mirosław Śmigielski

Redakcja: Dagmara Ślęk-Paw

Korekta: Ewa Żak

Projekt okładki: Radosław Bączkowski

Wydawca:

Stara Szkoła Sp. z o.o.

Rudno 16, 56-100 Wołów

[email protected]

www.stara-szkola.com

ISBN 978-83-66013-25-4

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek