Wiatr - Jozef Karika - ebook
NOWOŚĆ

Wiatr ebook

Jozef Karika

2,5

67 osób interesuje się tą książką

Opis

Jozef Karika, słowacki mistrz grozy nie zwalnia tempa, wręcz przeciwnie!

Zabiera nas w szaleńczą jazdę. I to do Polski! Nie możecie tego przegapić!

 

Nudny sobotni wyjazd służbowy. Opuszczony parking przydrożny. A na nim… porzucona kamera samochodowa. Jakie tajemnice może skrywać?

 

Odcinek drogi, na którym dochodzi do wielu śmiertelnych wypadków.

 

Kobieta w czerni, chodząca wzdłuż szosy.

 

Szkolna miłość. Dorosłe rozczarowania. Tajemnice umysłu.

 

W tej książce znajdziecie wszystko, za co uwielbiacie Jozefa Karikę!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 257

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,5 (8 ocen)
1
1
2
1
3



Śmierć jest wszędzie. Mogą nią być światła samochodu znajdującego się na odległym wzgórzu. Przez chwilę widoczne, potem znikające w ciemności, jakby zostały zmiecione. Po chwili pojawiające się na innym wzgórzu i znów znikające. To są światła na głowie śmierci. Śmierć wkłada je jak kapelusz, po czym rusza galopem. To są światła galopującej śmierci, doganiającej nas, zbliżającej się coraz bardziej. Śmierć nigdy się nie zatrzymuje. Czasem tylko wyłącza światła.

Carlos Castaneda, Odrębna rzeczywistość

Tłum. Zbigniew Zagajewski, Monika Pilarska

Wówczas przyszło mi do głowy mroczne podejrzenie: cóż, jeżeli w końcu nasze życie niczym innym nie jest, jak takim strzępkiem papieru? Czy to nie jaki niewidzialny, nieuchwytny wiatr pomiata nami w tę i ową stronę — i nadaje kierunek naszym czynom, gdy nam roi się w zaślepieniu, że idziemy za naszą własną wolną wolą? Cóż, jeżeli nasze życie niczym więcej nie jest, jak zagadkowym wiatrem wirowym?

Gustav Meyrink, Golem

Tłum. Antoni Lange

Nie cierpię przydrożnych parkingów. Bywają brudne, tchną samotnością. Przerażają mnie. Kuszą, by się na nich zatrzymać, trochę się przejść, udają bezpieczne.

Kolorowe ławeczki, place zabaw, okrągłe stoliki…

Jakby zostały stworzone do miłych posiłków. Tak się wydaje – ale tylko z daleka. Kiedy wysiądziesz i przyjrzysz się im z bliska, pożałujesz, że dałeś się nabrać. Owionie cię coś niezdrowego. Czasem smród: moczu, kału, gnijących resztek jedzenia. Innym razem twój nos nie poczuje żadnego zapachu, ale rozkład i tak wisi w powietrzu. Farba łuszczy się z ławek i placów zabaw, przepełnione kosze wymiotują śmieciami, na asfalcie wśród niedopałków walają się zużyte prezerwatywy. Wystawiają białe nadęte brzuszyska, aż wzdrygasz się z obrzydzenia. Iluzja miłej okolicy rozpada się ostatecznie, gdy zauważasz, że żółta trawa i udeptana ziemia wokół krzaków są usłane brudnymi chusteczkami, strzępami gazet i kawałkami papieru toaletowego. Nic, tylko usiąść i zajadać, wyciągnąć kanapkę z kiełbasą i się w nią wgryźć. Smacznego.

Ja w nic się nie wgryzałem. Nie jestem wielbicielem przygód. W zupełności mi wystarczyło, że w ciągu niecałych trzech miesięcy już po raz trzynasty jadę do Bańskiej Bystrzycy. Z początku, kiedy jeszcze nie znałem tej trasy zbyt dobrze, nie było nawet tak źle. Najpierw przejeżdżałem przez Dolny Liptów, potem przez Donovaly i po krętej drodze aż na Staré Hory. Stąd już tylko rzut beretem. Kiedy jedzie się tędy pierwsze kilka razy, droga przykuwa uwagę: na przemian lasy i wioski, przed oczami co chwilę pojawia się piękny widok. Wysokie masywy górskie, zielone doliny, wartkie potoki…

Ale zanim się człowiek obejrzy, już przy czwartej, piątej jeździe, wszystko powszednieje i zlewa się w jedną nieciekawą, szarą masę. W człowieka wgryza się nuda. Przeżuwa go przez cały czas, bite dwie godziny. A jeśli trafi się na kolumnę wlekących się tirów, to jeszcze dłużej. Może to dlatego zjechałem na parking, choć nie cierpię ich z całego serca. Musiałem chociaż na chwilę wysiąść z auta, rozprostować plecy i zdrętwiałe nogi. Wszystko, byle tylko uciec przed nudą, która przygniatała mnie w niewielkiej kabinie.

Wąski miniparking, bez stacji benzynowej, restauracji czy przydrożnej knajpy. Tylko kilka miejsc parkingowych, dwa stoliki z ławeczkami, poobijany kontener. Oczywiście przepełniony śmieciami.

Nie stały tam żadne inne auta, ruch był wyjątkowo mały. Sobotnie przedpołudnie – kto nie musi, ten nie jedzie. Tylko ja tłukę się jak idiota do Bystrzycy po wykazy.

Zaparkowałem swoje dziesięcioletnie suzuki na skraju. Starałem się zmieścić dokładnie między liniami. Myślę o innych, czasem do przesady. Konsekwentny, perfekcjonista, ktoś mógłby powiedzieć, że wręcz aptekarsko dokładny. To moje prawdziwe ja.

Otworzyłem drzwi, wysiadłem i przeciągnąłem się z ulgą. Mżyło, ale tylko trochę, podczas jazdy nawet nie włączałem wycieraczek. Zaczerpnąłem zimnego powietrza. Aromat pobliskiego lasu mieszał się w nim ze smrodem ołowiowych spalin. W dali widniały zarysy Niżnych Tatr, ich szczyty tkwiły wbite w lecące nisko chmury, ciężkie od wody, wypełniające całe niebo. To cud, że jeszcze nie lało.

Zamknąłem auto – oprócz tego, że myślę o innych, jestem też przesadnie ostrożny – i ruszyłem w kierunku stolików i pozostałości dziecięcej piaskownicy. Przy każdym kroku stawałem na palcach, żeby napiąć i rozluźnić uda, bo zawsze strasznie mi drętwieją, kiedy prowadzę. Obróciłem się, spojrzałem na swoje auto. Czarne suzuki stało na spękanym asfalcie, z maski ściekały krople deszczu. Wymowny obraz. Ścisnęło mi się serce, przeszył mnie szary smutek. Zrobiło mi się żal tego wozu – parkingi to królestwa opuszczenia. Gdy zatrzymasz się na nich o nieodpowiedniej porze, samotność rzuci się na ciebie raz-dwa.

Oczywiście tak naprawdę nie było mi żal tego rzęcha. Żałowałem sam siebie. Parkingi zawsze tak na mnie działają, i właśnie dlatego ich nie znoszę. Dziś było jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Widok suzuki zwolnił zapadkę bezpieczeństwa, z pamięci wyłoniły się wspomnienia. Wysypały się jak śmieci z przepełnionego kontenera, o który musiałem się oprzeć, żeby nie upaść.

Wycieczka do Bańskiej Bystrzycy, wspólny wyjazd do Pragi, niedzielne wyjazdy na Górną Orawę i do Polski…

To tylko chwilowe mdłości, wystarczy głęboko oddychać i przejdą.

Tania, Tania, Tania…

W aucie się śmialiśmy, rozmawialiśmy, całowaliśmy się i kochaliśmy. To ostatnie tylko w ograniczonym zakresie – niski dach i wąskie siedzenia uniemożliwiały rozwinięcie skrzydeł. Cały związek z Tanią istniał w ograniczonym zakresie.

Cztery lata nieśmiałego, ostrożnego szczęścia i niewypowiedzianych nadziei. Nigdy się nie odważyłem jej powiedzieć, że odkąd ją poznałem, nie szukam już nikogo innego, nawet podświadomie, po prostu w ogóle.

Okolica się rozszumiała, deszcz gęstniał. Spadały na mnie fale kłujących kropel. Ruszyłem do auta, zrobiłem trzy kroki, stanąłem.

Rusz się, bo przemokniesz.

Stałem niezdecydowany, nagle straciłem chęć na chowanie się w zamkniętej przestrzeni.

Rusz się, bo przemokniesz i się przeziębisz!

W aucie podarowałem kiedyś Tani damski zegarek Wellington. Nigdy nie zapomnę błysku w jej oczach i tej czystej, prostej radości.

Puste auto było pełne duchów. Nudny parking wydał mi się nagle bardziej przyjazny niż ciemna przestrzeń za oknami.

Chwilowe mdłości, oddychaj głęboko i przejdą. Na pewno.

Wystarczy głęboki oddech, a duchy znikną. Kiedy tylko minie atak czułości, szybko zagonimy je z powrotem w zapomnienie.

Wytrzymać, chwilę wytrzymać i nie wsiadać do auta. W przeciwnym razie mnie dopadną, zawładną mną i nie puszczą przez resztę drogi.

Postawiłem kołnierz, dmuchnąłem w dłonie i zrobiłem kilka niezdecydowanych kroków. Doszedłem do ostatniego miejsca parkingowego. Właśnie się odwracałem i zamierzałem wracać, kiedy to zauważyłem.

Czarny przedmiot na mokrym, lśniącym asfalcie.

Ładna, kwadratowa obudowa.

Przymrużyłem oczy, podszedłem bliżej. Zdradliwa pierwszoplanowa ciekawość.

Co tam leży? Regularny kształt rzucał się w oczy, wyróżniał się wśród nieforemnych śmieci.

Przyjrzałem się lepiej i spostrzegłem, że z obudowy wystaje kabel. Ciemny, zlewał się z kolorem asfaltu.

Wtedy mnie oświeciło.

Pewnie nawigacja, którą ktoś tu zgubił. Wyglądała na dość drogą.

Schyliłem się, podniosłem urządzenie i strzepnąłem z niego wodę. Nie była to nawigacja, tylko kamera samochodowa marki Eltrinex. Świetny gadżet. Przymocowuje się ją do przedniej szyby i nagrywa przebieg jazdy. Od dawna chcę sobie kupić coś takiego. Jest to dość droga zabawka, ale opłaca się – gnojów na drogach jest coraz więcej. Kiedy coś się przydarzy, to bez dowodów można potem przekonywać policję do upadłego. Jesteśmy na Słowacji, rację ma ten, kto jest jednym z nas lub kto ma więcej pieniędzy. Ani jedno, ani drugie mnie nie dotyczy. Tania powtarzała mi to tysiące razy.

Rozejrzałem się, czy nie ma kogoś w pobliżu. Gdyby był, od razu oddałbym mu kamerę. Wspominałem już, że czasem przesadnie myślę o innych?

Tyle że stałem tam sam. Urządzenie ciążyło mi w dłoniach, przełknąłem ślinę. Co teraz? Jasne, że taka kamerka by mi się przydała… Ale wziąć ją sobie tak po prostu?

Złodziej!

Cały ja. Jeszcze nic nie zrobiłem, a już na siebie wrzeszczę, że jestem Bóg wie jakim przestępcą.

Poza tym natrafiłem na tę kamerę przypadkiem, a właściciela ani widu, ani słychu. Przecież to nie jest żadna kradzież, nic podobnego!

Znów się rozejrzałem. Wszędzie pusto.

Wsunąłem kamerę do kieszeni, szybko podszedłem do auta, wsiadłem i przymknąłem drzwi. Odczekałem chwilę, czy nie pojawi się właściciel. Dałem mu dwie minuty. Dokładnie, co do sekundy. Potem już nie zwlekałem. Oblizałem wargi, włączyłem silnik i z piskiem opon uciekłem z parkingu.

Do domu wróciłem dopiero wieczorem, nieprzytomny ze zmęczenia. Wycieńczyła mnie jazda i banalne czynności zawodowe. Lecz nie to było najważniejsze. Najwięcej sił zabrały mi wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobiłem. Od zawsze byłem taki strachliwy. W przedszkolu ukradłem Emilowi Druskowi kilka widokówek z Bułgarii i nawet teraz co jakiś czas to wspomnienie wraca i nie daje mi spokoju.

Przywłaszczenie sobie kamery było poważną sprawą. Nieważne, że ją po prostu znalazłem. Tak czy inaczej, nie należała do mnie, zwinąłem ją. Chyba mam przesadnie aktywne superego, które według teorii Freuda wciąż pilnuje, czy zachowujemy się moralnie. Zwinięcie kamery mu się nie spodobało. I wrzeszczało na mnie przez resztę trasy.

Złodziej, złodziej, złodziej!

Kiedy wreszcie zdarło sobie gardło, zaczęło szeptać, co okazało się jeszcze gorsze.

Ucieszyłbyś się, gdybyś zgubił coś cennego, a ktoś inny by to sobie przywłaszczył?

Nie mogłeś jeszcze chwilę poczekać na powrót właściciela?

Jesteś z siebie dumny?

Fale pytań, jedno boleśniejsze od drugiego. Najchętniej wyrzuciłbym tę kamerę przez okno jeszcze podczas jazdy, ale nie zdobyłem się na to. Przecież nigdy wcześniej nie znalazłem nic tak drogiego. Nigdy w życiu. A po tym dzikim rodeo, przez które przeszedłem z Tanią w ostatnich miesiącach, zasłużyłem chyba na jakiś uśmiech losu. Wmawiałem to sobie, powtarzałem to sobie uparcie.

Opadłem z sił szybciej niż to przeklęte superego. Nie dawało mi spokoju, nie milkło ani na chwilę, rozpraszało mnie i przeszkadzało w kierowaniu. Pomyślałem, że się od tego uwolnię, że to po prostu zakończę. Zatrzymałem się na stacji benzynowej pod Harmancem i podłączyłem kamerę do ładowania.

I tak na pewno jest zepsuta – zapewniałem sam siebie. Zawilgotniała na deszczu albo uszkodziła się, kiedy wypadła komuś z auta. A może po prostu się zepsuła i dlatego ktoś wyrzucił ją na parkingu.

Jest zepsuta – powtórzyłem. Przy moim szczęściu, czy raczej nieustającym pechu, przywykłem do niedobrych wieści. Wprawdzie w niczym mi to nie pomagało, ale przynajmniej unikałem rozczarowań. Tylko z Tanią popełniłem ten błąd i uparcie wierzyłem, że wszystko się jeszcze naprawi. Ta nadzieja spotęgowała późniejszy ból.

Obejrzałem kamerę. Mała, plastikowa obudowa. Z jednej strony obiektyw, a z drugiej matowy, ciemny ekran. O dziwo, nie był stłuczony ani pęknięty, jedynie brudny od rozmazanych błotnistych kropel. Przetarłem go i wcisnąłem włącznik.

Jest zepsuta.

Ekran się rozjaśnił, przywitała mnie krótka melodia. Wydała mi się najradośniejsza na świecie. Nawet kolęda by mnie tak nie ucieszyła.

Działa. Ta kamera działa!

Czułem, jak unoszą mi się kąciki ust. Same z siebie. Przynajmniej raz mam trochę szczęścia, przynajmniej raz się do mnie uśmiechnęło.

Lecz nie cieszyłem się długo. Superego też złapało drugi oddech. Tym razem już nie zadawało pytań, tylko wykrzykiwało oskarżenia.

Ukradłeś działającą kamerę!

Taka droga rzecz, a ty ją zabrałeś!

I specjalnie zwiałeś z piskiem opon. Nie chciałeś, żeby właściciel ci ją zabrał!

Miałem już tego po dziurki w nosie, czasami siebie nie znoszę. Odłączyłem kabel od zapalniczki samochodowej, zwinąłem go i włożyłem urządzenie do schowka. Przynajmniej nie będę na nie patrzeć.

Z powodu tego zamieszania dotarłem do Bystrzycy z dwudziestominutowym opóźnieniem. Zdenerwowało mnie to, bo zazwyczaj jestem punktualny. Zawsze i wszędzie, jestem na to wyczulony.

Klient miał to gdzieś, cieszył się, że jestem. Nikt inny w sobotę nie zawracałby sobie nim głowy. Ja też nie byłbym taki skłonny do poświęceń, gdybym miał wybór. Ale nie mogę wybrzydzać, przyda się każdziutkie euro. W końcu w dzisiejszych czasach niewiele osób prowadzi firmową księgowość w tak staroświecki sposób jak ten facet.

Załatwiłem to, co było do załatwienia, załadowałem do auta stosy dokumentów i wyruszyłem w drogę powrotną. Możesz trzy razy zgadywać, o czym przez cały czas myślałem.

Jak kamera znalazła się na parkingu? Ktoś ją tam wyrzucił? Jeśli tak, to dlaczego? Przecież działała i na pewno była bardzo droga. Takich urządzeń nie wyrzuca się ot tak sobie, a już na pewno nie w podróży.

Może nie pozbył się jej celowo. Może wypadła niezauważona? Na przykład taka rodzinka: małżeństwo, dwoje dzieci i pies. Zatrzymali się na parkingu, wysiedli, żeby w pobliskich krzakach ulżyć przepełnionym pęcherzom. A kamerka ześlizgnęła się z pokrowca fotela i wypadła. Nie zauważyli jej, wsiedli z powrotem i ruszyli ku szczęściu.

Takie wyjaśnienie było możliwe, choć nie wydawało mi się prawdopodobne. Cała ta sytuacja wyglądała dziwnie. Przewijałem w głowie różne scenariusze, całkowicie mnie to pochłonęło. Lecz wciąż nie podejrzewałem nic złego, nie ostrzegło mnie żadne przeczucie. Kiedy odzywał się instynkt ostrzegający przed niebezpieczeństwem, natychmiast zostawał przekrzyczany przez rozszalałe superego.

Zbawienna myśl przyszła mi do głowy dopiero po powrocie do domu. Na kolację podgrzałem sobie parówki z supermarketu. Tak żyłem. Bezsmakowe półprodukty plus pakowany chleb. Moja teraźniejszość, a najwyraźniej też przyszłość.

Może w kamerze coś się nagrało – pomyślałem, kiedy zmywałem talerz. Mistrzowski ruch mojej rozbujałej świadomości. Podsunęła mi pomysł, któremu nie potrafiłem się oprzeć. Przecież w kamerze samochodowej nagrywa się jazda. Właśnie do tego służy: do archiwizowania na wypadek potrzeby. Może te nagrania coś wyjaśnią. Przy odrobinie szczęścia, jeśli dziś nie wyczerpało się na dobre, dowiem się, jak urządzenie znalazło się na parkingu. Jak i dlaczego. Może nawet – kto je zgubił? Jeśli kamera podrzuci mi informacje, na podstawie których zidentyfikuję właścicieli, to oddam ją jak wzorowy obywatel.

Chyba nie byłbyś aż taki głupi – przekonywałem sam siebie.

Na próżno.

Podpiąłem swoją nową zabawkę do prądu i włączyłem. Ekran się rozjaśnił i zaproponował kolorowe menu. Wybrałem opcję „Archiwum". Pokazało się kilka folderów oznaczonych datami. Najnowszy sprzed dwóch dni: 8.10.2017. Okej, wszystko idzie jak po maśle.

Otworzyłem folder, a na ekran wysypały się filmiki. Kamera nie nagrywała jednego dużego pliku, tylko tworzyła krótsze, dwudziestominutowe fragmenty.

Kliknąłem pierwszy, żeby nie tracić czasu.

Ktoś włączył silnik, a przymocowana do przedniej szyby kamera zaczęła nagrywać. Na ekranie pojawiła się godzina 17:03. Filmik był bez głosu, ale poznałem miejsce – był to brzeg Liptowskiej Mary. Niedaleko Bobrovníka, na małym parkingu przy murach średniowiecznego kościoła. Znane miejsce, często parkują tam wędkarze, letnicy i turyści. W październiku mogłem od razu odrzucić drugą i trzecią kategorię – o tej porze roku chodzą tam tylko miejscowi.

Kiedy auto ruszyło, kamera nagrała pusty parking.

Potwierdziły się moje przypuszczenia: jesienią okolice zalewu bywają wyludnione. Nie ma się czemu dziwić. Niesprzyjająca pogoda, chłodny wiatr ciągnący od Tatr Zachodnich, ciemna, zmierzwiona powierzchnia wody.

Auto stanęło tyłem do zalewu i się zatrzymało.

Kierowca na kogoś czeka – pomyślałem.

Następnie przed maską, dokładnie przez całą szerokość ekranu, przeszedł jakiś facet. Dobrze zbudowany, brodaty, w czapce z daszkiem. Wędkarz, miałem rację. Mozaika zaczynała się układać w całość. Najwyraźniej dwaj miłośnicy ryb: przyjechali nad zalew, spędzili czas na swoim hobby, a teraz wracają do domu. W samą porę, bo przecież za godzinę zacznie zapadać zmrok, a za dwie będzie całkiem ciemno.

Obraz zadrżał, bo facet wsiadł i zamknął drzwi. Auto ruszyło.

Znów zaczęło trząść na wyboistej drodze. Szkoda, że kamera nie nagrywa też dźwięku – na pewno usłyszałbym jakieś przekleństwo. Lecz wydarzenia rozgrywały się w wersji niemej. Mogłem się tylko domyślać, jak miejscowy wędkarz skomentował to, że jego opona wpadła w dziurę. Na pewno w bardzo dystyngowany sposób, jak mają w zwyczaju ludzie z tych okolic.

Poza tym nic ciekawego. Faceci wyjechali na drogę prowadzącą do Bobrovníka. Jechali powoli, chyba rozmawiali. Albo uważali, bo jezdnia jest tam wąska i kręta. Nigdy nie wiadomo, co wyskoczy zza zakrętu. Sądząc po falach i rozkołysanych krzakach, wiał porządny wiatr. Może dlatego byli tacy ostrożni. Po niebie gnały chmury, ale na razie nie padało – przedniej szyby nie moczyły krople, a kierowca nie włączył wycieraczek.

Auto przejechało przez Bobrovník i skręciło w lewo na skrzyżowaniu. Jasne jak słońce. Po wędkowaniu wracają do domu, do którejś z okolicznych wiosek albo do Rużomberka. Zagadka rozwiązana. Tylko dlaczego znalazłem kamerę tak daleko od ich trasy, aż na parkingu pod Donovalami?

Zobaczymy, pewnie zaraz się wszystko wyjaśni.

Na razie nudy, wciąż jadą. Górzysta okolica, rozległe zbocza, za nimi lasy Gór Choczańskich. Z naprzeciwka nic nie jechało, pustka. Ruszały się tylko drzewa i krzaki szarpane przez wiatr.

Auto minęło tablicę na granicy powiatów rużomberskiego i mikułaskiego. Gwałtowny zjazd po stromym zboczu. Piękne widoki na Kotlinę Liptowską i Niżne Tatry w oddali.

Na dole ostry zakręt, a za nim prosty odcinek. Wzdłuż szosy szła kobieta, wreszcie jakaś żywa istota. Auto zwolniło, mężczyzna objechał ją szerokim łukiem. Chyba był ze starej szkoły, bo większość gna tu jak po torze wyścigowym. Staruszka dreptała z trudem, zgarbiona, cała na czarno, z chustą na głowie. Kiedy przejeżdżali obok niej, obróciła się w kierunku auta. Chyba miała nadzieję, że ją podwiozą.

Lecz kierowca nie okazał się aż tak uprzejmy. Mieszkańcy Liptowa są skorzy do pomocy, ale nigdy się nie narzucają. Gdyby kobieta zamachała, pewnie by się zatrzymał. Ale sam z siebie tego nie zrobił. Ostrożnie ją ominął, a potem dodał gazu.

Przejechali przez wieś Potok i zbliżali się do Beszeniowej. Nad drogą wznosiły się skały trawertynu, a na nich kamienny krzyż, często biczowany górskimi ulewami.

Malownicza wycieczka po województwie, ale zaczynało mnie to już nudzić. Poczekałem jeszcze, czy nie zatrzymają się w Beszeniowej, która jest tak blisko mojego domu, że Bóg mi świadkiem, pojechałbym tam oddać tę kamerę.

Jeśli się nie zatrzymają, przełączę na następne nagrania. Albo dam sobie z tym spokój. Chorobliwy atak dobrotliwości mijał. Całe szczęście.

Jechali przez miasto, zatrzymali się na skrzyżowaniu ze światłami. Kierowca zjechał na pas prowadzący w prawo – na Liptovską Teplę, Lúčky, Turík i Liskovą. Albo na położony dalej Rużomberk.

Właśnie wyciągnąłem rękę, żeby wyłączyć kamerę, gdy nagle się to stało.

Facet wcisnął gaz do dechy i gwałtownie ruszył. Na czerwonym świetle.

Zarzuciło go, szarpnął za kierownicę, nie skręcił w prawo. Wystrzelił na skos przez skrzyżowanie – na zjazd na autostradę. Szaleńczo. Ledwo wykręcił, z nadmierną prędkością wpadł na D1.

Co on robi? Co się dzieje? Nie rozumiałem.

Gnał, jakby zapadała się za nim ziemia.

Odbiło mu? Przestraszył się czegoś? Ktoś go goni?

Dokładnie tak to wyglądało. Ktoś depcze mu po piętach, a ten facet próbuje go zgubić.

Po chwili przyszło mi do głowy inne wyjaśnienie. Dużo normalniejsze, nie trzeba od razu fantazjować. Do kierowcy lub pasażera ktoś zadzwonił. Coś pilnego, nagłego, niecierpiącego zwłoki. Dlatego ruszył jak oszalały. Po prostu pojechał gdzie indziej, niż pierwotnie zamierzał.

Tak, pali mu się grunt pod nogami. Ale napędza go potrzeba, a nie prześladowca.

Cudowne wyjaśnienie. Logiczne, naturalne.

Wytrzymało sześć minut. Dopóki auto nie dotarło do Rużomberku.

Przed miastem, przy dymiących papierniach był remont drogi. Zwężenie do jednego pasa. Około dziesięciu samochodów czekało przed robotnikiem w pomarańczowym kombinezonie z czerwonym lizakiem w dłoni. Gestem zatrzymał ruch, skinął ręką i puścił auta z drugiej strony.

Chwyciłem kamerę i przysunąłem ją bliżej, żeby lepiej widzieć.

Kierowca zwolnił, stanął w kolumnie aut. Przynajmniej tyle dobrego.

Minęło dziesięć, piętnaście sekund. Nic się nie działo. Cholera, dlaczego nie włączyli nagrywania z dźwiękiem? Królestwo za usłyszenie, o czym rozmawiają.

Obraz zadrżał, facet za kierownicą znów wcisnął gaz. Auto ruszyło i o milimetry minęło stojącego przed nim mercedesa.

Znów mu odwala?

Na to wyglądało.

Gnał po skraju szosy jak psychopata. Cud, że nie ocierał się o stojące samochody.

Pomarańczowy kombinezon machał na niego wściekle, z miną wyrażającą złość i zaskoczenie.

Nie pomogło. Gnał wprost na spotkanie aut jadących z naprzeciwka.

Zrozumiałem, że to się skończy zderzeniem.

Srebrna skoda ledwo się wyratowała, wjeżdżając w plastikowy pachołek.

Robotnicy na drugim pasie gapili się zdziwieni.

Kierowca przedarł się przez zwężenie, prawie potrącając faceta w kombinezonie. Minął go dosłownie o włos.

Wystrzelił w kierunku miasta, nie zawracał sobie głowy ograniczeniem prędkości w terenie zabudowanym.

Albo goni go rozwścieczona albańska mafia, albo dowiedział się czegoś okropnego przez telefon i każda minuta jest na wagę złota. Dziecko w szpitalu, jakiś wypadek… Coś w tym stylu.

Na następnym skrzyżowaniu miał szczęście – akurat zapaliło się zielone światło, nawet nie hamował.

Zjechał na drogę wylotową.

Jednak nie jedzie do Rużomberku? Teraz to już naprawdę nie trzymało się kupy. Dokąd tak pędzi? I po co?

Przemknął obok osiedla Roveň. Nie skręcił też do szpitala wojskowego, tylko wciąż gnał do granicy miasta.

Co potem? Liptowska Osada, Donovaly, Bańska Bystrzyca?

Przynajmniej się wyjaśniło, jak dotarł na parking przy przełęczy. Tylko po kiego wała tam tak gnał?

Minutę później kolejne zaskoczenie. Za Białym Potokiem zwolnił. Przejechał obok przydrożnej knajpy Wilczy Dwór i zjechał na parking.

Zatrzymał się, jakby na coś czekał.

Może zwariował, może naprawdę mu odbiło. Tylko dlaczego ten drugi, pasażer, go nie pacyfikuje? Przecież widziałem go, zanim ruszyli, przemaszerował przed kamerą, kawał chłopa. Gdyby kierowca oszalał, pasażer na pewno by sobie z nim poradził. Albo by wysiadł. Przecież na przykład teraz, kiedy stali, nic go tam nie trzymało.

Ale obraz nie zadrżał, drzwi nie trzasnęły, nikt nie wyskoczył z kabiny.

Na ekranie coś się poruszyło. Do zaparkowanego nieopodal volkswagena zbliżał się starszy mężczyzna. Wyszedł z baru, zamierzał wsiąść do swojego SUV-a i kontynuować podróż.

Zamiast tego stanął i patrzył w obiektyw kamery.

Trochę się nachylił, jakby słuchał.

Jasne, wędkarze opuścili okno i coś do niego krzyczeli.

Dwa królestwa za nagranie z dźwiękiem!

Oglądałem to nieme przedstawienie i wściekałem się z frustracji. Gdyby tak usłyszeć choć jedno zdanie, choć kilka słów.

Facet wyglądał na zmieszanego, ich rozmowa wydawała mu się dziwna. O coś spytał, jakby chciał się upewnić, czy się nie przesłyszał. Potem się rozejrzał, wyciągnął szyję i patrzył gdzieś za ich auto.

Pokręcił głową, wzruszył ramionami.

Podszedł do volkswagena, nacisnął kluczyk, otworzył drzwi.

Chyba wciąż coś do niego krzyczeli, bo machnął ręką, żeby dali mu już spokój. Wsiadł, zamknął drzwi i włączył silnik. Volkswagen ruszył. Kiedy mężczyzna przejeżdżał obok wędkarzy, odwrócił wzrok.

Wygrażali mu, lżyli, wykrzykiwali bzdury? Najwyraźniej nie chciał mieć z nimi nic wspólnego.

A przecież to nie byli wygłupiający się nastolatkowie, tylko mężczyźni w średnim wieku. Przynajmniej ten, którego widziałem, wyglądał na jakieś pięć dyszek.

Auto wędkarzy ruszyło, zawróciło i wyjeżdżało z parkingu.

Spodziewałem się, że skręci w prawo i będzie kontynuować jazdę do Bystrzycy.

Ale gdzie tam. Jeśli już mają być zaskoczenia i chaos, to porządne.

Kierowca skręcił w lewo – z powrotem do Rużomberku!

Totalny psychol. Żegnajcie, resztki rozsądku.

Przejechał przez Biały Potok, znów minął osiedle Roveň. Tym razem z przeciwnej strony. Co z tego wynikało? Wszystko i nic.

Nie kierował się w żadne konkretne miejsce. Jeździł bez celu. Moja teoria o nagłym telefonie upadła.

I nikt go nie gonił, bo w przeciwnym razie na pewno nie wracałby tam, skąd uciekł. To podważało wizję wściekłego prześladowcy.

Co mi pozostawało? Jakie wyjaśnienie?

Podrapałem się po potylicy, przeszły mnie dreszcze. Magazyn wyjaśnień pusty. Do ostatniej sztuki, całkowita wyprzedaż.

Włączyło się kolejne nagranie, dwudziestominutowe fragmenty następowały automatycznie jeden po drugim.

Kierowca skręcił za Kauflandem na Štiavničkę. Podejrzewałem, że tym razem ominie zwężenie przy papierni, na którym niemal rozjechał pracujących robotników.

Przynajmniej w tym miałem rację. Przejechał przez wioskę i skręcił na wylotówkę, którą przed chwilą wjechał do miasta. Ale już za remontowanym odcinkiem, więc nie musiał zwalniać i przymusowo czekać. Tak jakby z jakiegoś powodu bał się zatrzymać i musiał być w ciągłym ruchu.

Dlaczego?

Bóg raczy wiedzieć, to było całkowicie bez sensu. Dwaj dorośli faceci, wiejscy wędkarze, mieszkańcy Liptowa z dziada pradziada. Zazwyczaj stąpający twardo po ziemi, rozsądni ludzie. Nie jacyś stuknięci hipsterzy, nic z tych rzeczy.

Owszem, podczas łowienia mogli sobie golnąć, nikt tu nie wylewa za kołnierz. Ale facet, którego widziałem przed kamerą, szedł pewnym krokiem. Nie zataczał się, nie przechylał. W poczynaniach kierowcy też nie było ani śladu spożycia alkoholu. Wręcz przeciwnie, dobrze radził sobie na zakrętach, przez zwężenie przedarł się z zimną krwią, bez najmniejszego zawahania.

Wydawali się być przy zdrowych zmysłach. A jednocześnie niepoczytalni.

Zagadka, paradoks, rozgrzewka dla zwojów mózgowych.

Nieprzyjemne uczucie. Oglądanie zachowania dwóch mężczyzn, które nie zdradza choćby promila logiki, nie należy do przyjemności. Trochę ściśnięty żołądek, przyśpieszone tętno.

Jeszcze kilka minut temu wydawało mi się, że przynajmniej wiem, jak znaleźli się na parkingu przy Donovalach. Teraz nie wiedziałem już nawet tego – przecież oni znów się oddalali, jechali w przeciwnym kierunku. Kamera nagrywała pustą dzielnicę przemysłową, Góry Choczańskie i odległe Tatry.

Półmrok gęstniał, okolicę przykrywała ciemność.

Przy Ivachnovej znów wjechali na autostradę. Samochód przyśpieszył, mknęli wzdłuż zbiornika Liptowska Mara. Czyżby wybrali się na wycieczkę w Wysokie Tatry? Nie można tego wykluczyć. Bez wątpienia obserwowałem czyste szaleństwo, które ogarnęło obu mężczyzn jednocześnie. Tylko co je wywołało?

W Liptowskim Mikułaszu kolejne zaskoczenie. Kierowca skręcił, przejechał nad autostradą i wrócił na nią – w przeciwnym kierunku! Wracali do Rużomberku. Znów ciemna powierzchnia zalewu, zamglone szczyty i dymiąca, a tym razem już także oświetlona, papiernia. Zjazd na Štiavničkę, Roveň, tym razem nie zatrzymali się za Białym Potokiem. Jechali w góry, na Bystrzycę.

Wreszcie dojrzałem w tym choć krztynę logiki. Z jakiegoś powodu nie mogli lub nie chcieli zatrzymywać się na dłużej. Ale jednocześnie pozostawali w regionie, który znali. Jeśli w okolicy Donovalów zawrócą, moje domysły się potwierdzą.

Dokładnie tak się stało. Wykorzystali duży donowalski parking do efektownego zawrócenia i znów zmienili kierunek. W górach zapadał już zmrok, więc włączyli światła drogowe. Niekiedy działali bezsensownie, innym razem – całkiem logicznie.

Skrócę to, już jako tako się w tym zorientowałem. Jeździli tak z góry na dół, wyglądało to strasznie. A przecież wystarczyłoby się zatrzymać i mieliby spokój. Albo wrócić do domu. Nie zrobili żadnej z tych rzeczy, zamiast tego wprowadzając w życie swoją dziwaczną wizję ruchu wahadłowego.

Tymczasem zrobiło się całkiem ciemno. Widziałem już tylko szosę, wijącą się przerywaną linię i dwa stożki reflektorów.

Kierowca był coraz bardziej zmęczony, prowadził coraz gorzej. Ledwo wyrabiał zakręty, co jakiś czas wjeżdżał na przeciwny pas, tracił pewność ruchów. Nie zmienił się z kolegą, zauważyłbym to.

Szosa, przerywana linia, stożki światła. Wokół gęsta czerń, z której co jakiś czas wyłaniały się znaki drogowe. I nic poza tym, monotonia do potęgi.

Przewinąłem nagranie, nie miałem nerwów na oglądanie całości. Może w końcu skończy się benzyna. Ale nic z tego – faceci zatankowali przed wyprawą. Przezorny zawsze ubezpieczony. Już nie wiedziałem, gdzie dokładnie się znajdują. Możliwe, że oni też nie wiedzieli. Ugrzęźli w ciemności, zabłądzili w czarnym atramencie swojego dziwnego szaleństwa.

Szosa, przerywana linia, stożki światła…

Godzinami. Szkoda, że nie zatrzymała ich policja. Ciekawe, co by się stało.

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Scenarzysta serialowy postanawia spędzić Boże Narodzenie w górskiej chacie, by uciec od problemów w domu i w pracy. Jedno pozornie niegroźne zdarzenie zmienia jego pobyt w cyklon porywający głównego bohatera i czytelników!

Jozef Karika – autor thrillerów, horrorów i powieści sensacyjnych, laureat wielu nagród literackich, najpopularniejszy pisarz słowacki. Jego powieść Szczelina przekroczyła nakład stu tysięcy egzemplarzy. Stała się najpopularniejszą książką w historii literatury słowackiej i zdobyła trzecie miejsce w plebiscycie Lubimyczytać.pl na Książkę Roku w kategorii Horror.

Trybecz, pasmo górskie na Słowacji. Od dziesięcioleci krążą o nim legendy z powodu tajemniczych zaginięć. Niektóre ofiary zostały znalezione martwe. Niektóre zniknęły bez śladu. A jeszcze inne powróciły – ranne i niezdolne do życia. Igor zdobył tytuł magistra. Po pięciu latach wreszcie może zacząć karierę jako… robotnik budowlany. Na swojej pierwszej budowie odkrywa tajemniczy sejf. Znajduje w nim płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat. Słyszy na nich głos człowieka, który przez ponad trzy miesiące błąkał się w górach Trybecza.

Legenda, mistyfikacja czy przerażająca rzeczywistość? Świetna powieść najpopularniejszego słowackiego pisarza. Jozef Karika staje twarzą w twarz z legendą Trybecza.

Szczelina zdobyła najważniejszą słowacką nagrodę literacką ANASOFT LITERA w kategorii NAGRODA CZYTELNIKÓW!

W lasku miejskim na peryferiach Pragi zostaje zamordowana młoda kobieta. Czy jej podobieństwo do córki mieszkającej w pobliżu dziennikarki jest przypadkowe? Śledztwo rozpoczyna inspektor Bergman.

Powieść Michaeli Klevisovej to doskonałe studium psychologiczne i obraz społeczeństwa, w którym pod powłoką pozornej normalności skrywają się tajemnice i pragnienia.

Inspektor Bergman – dwukrotnie rozwiedziony miłośnik kotów, wielbiący porządek i rzeczowość. Empatyczny, stanowczy i systematyczny. W pracy pomagają mu podwładni: Sylwia Rolnik i Adam Danesz.

Kroki mordercy to pierwsza część cyklu z inspektorem Bergmanem.

Anna Walenta to główna scenarzystka najpopularniejszego czeskiego serialu telewizyjnego „Podwórze". Dzięki pracowitości i ambicji odnosi duże sukcesy, lecz pod powłoką wielkomiejskiego blichtru skrywa sekrety, których nie wyjawia prawie nikomu.

Ester Czarna prowadzi pensjonat na peryferiach Pragi. Kiedy pewnego dnia odwiedza ją przyjaciółka Anna, w nocy zostaje popełnione morderstwo. Na jaw zaczynają wychodzić demony przeszłości oraz tajemnice teraźniejszości, a śledztwo prowadzi inspektor Bergman. Jak poradzi sobie w środowisku niekończącego się serialu telewizyjnego, w którym trwa nieustanna walka o władzę i wpływy? Czy mordercą okaże się gwiazda srebrnego ekranu, czy może prawda leży gdzie indziej?

Intryga bez nadmiaru brutalnych scen i z rozbudowaną psychologią postaci to znak firmowy Michaeli Klevisovej – królowej czeskiego kryminału, dwukrotnej zdobywczyni nagrody dla najlepszej powieści detektywistycznej!

Horror 2017 roku według wielkibuk.com

Jożo Karsky wraca do domu rodziców po rozpadzie kilkuletniego związku. Na peryferiach Rużomberka czeka na niego pusty pokój dziecięcy, stare kasety wideo, mróz i wspomnienia. Mnóstwo wspomnień. Kiedy w okolicy zaczynają ginąć dzieci, budzą się demony przeszłości.

Jedna z najpopularniejszych słowackich książek ostatnich lat.

Jedna z najważniejszych powieści grozy ostatnich lat.

Wiele nagród i nominacji. Pierwszy thriller w finale Nagrody Bookera!

Dziewiętnastowieczna Szkocja. Wyżyny zapomniane przez Boga i ludzi. Potrójne morderstwo.

Do zbrodni przyznaje się młody rolnik – Roderick Macrae. Czy naprawdę jest winien? I co tak właściwie oznacza wina? Obrony Rodericka podejmuje się pan Sinclair, prowincjonalny adwokat. Robi wszystko, by dowieść, że Roderick nie zasłużył na szubienicę.

Jego krwawe zamiary to trzymająca w napięciu powieść, która nikogo nie pozostawi obojętnym. W obliczu ludzkiej tragedii autor szuka prawdy o zbrodni. Tylko czy prawda istnieje?

Kiedy tłumaczka Sonia przeprowadzała się do osady Białe, leżącej w Kotlinie Kłodzkiej, spodziewała się ciszy i spokoju. Stary dom oczarował ją atmosferą, a dziki ogród dawał iluzję harmonii z przyrodą. Jednak już kilka dni później okolica zaczęła odkrywać przed nową mieszkanką swoje sekrety.

Karina to młoda policjantka, która po znajomości dostała pracę w kłodzkim wydziale kryminalnym. Trafia do zespołu niezbyt pracowitych samców alfa. Jeden z nich postanawia zawładnąć jej życiem.

Sprawdź, czy ktoś za tobą nie stoi. Bo nie wszystkie historie mają dobre zakończenie.

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Wiatr
Karta redakcyjna

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Smršť

Copyright © Jozef Karika, 2020

Copyright © for Polish edition by Stara Szkoła Sp. z o.o., 2021

All rights reserved

This book was published with a financial support from SLOLIA,

Centre for Information on Literature in Bratislava.

Książka została wydana dzięki wsparciu finansowemu SLOLIA,

Centre for Information on Literature in Bratislava.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, udostępnianie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów bez pisemnej zgody wydawnictwa zabronione.

Projekt okładki: František Hříbal

Tłumaczenie: Mirosław Śmigielski

Redakcja: Agnieszka Madyńska | AD FONTES

Korekta: Ewa Żak

Wydawca:

Stara Szkoła Sp. z o.o.

Rudno 16, 56-100 Wołów

[email protected]

www.stara-szkola.com

ISBN 978-83-66013-53-7

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek