Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Najnowszy zbiór felietonów znanego tłumacza i publicysty, autora kilkunastu książek.
Z okazji drugiej rocznicy ślubu biolog morski Chaz Perrone, materialista, cwaniak, tchórz i kobieciarz, zabiera swą piękną żonę Joey na rejs luksusowym wycieczkowcem. Pewnej nocy, tuż przed powrotem do portu, podstępnie zwabia ją na pokład i wypycha za burtę. Jest przekonany, że popełnił morderstwo doskonałe, ale nie wie, że Joey, świetnej pływaczce, udaje się uratować. Wściekła i zarazem zaskoczona niecnym czynem męża postanawia nie zgłaszać sprawy policji, lecz dokonać wyrafinowanej zemsty.
Trzymający w napięciu satyryczny kryminał, pełen humoru sytuacyjnego, z galerią barwnych postaci. Tłem akcji jest ukochana przez autora Floryda i zagrożone zniszczeniem rozlewiska Everglades.
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 503
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
szantaż zza
grobu
Nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazały się następujące powieści tego autora:
Słodycz zemsty, 2008
Piłką do dołka, 2009
CARL HIAASEN
szantaż zza
grobu
Z języka angielskiego przełożyła
Dorota Kaczor
Tytuł oryginału:SKINNY DIP
Copyright © Carl Hiaasen, 2004
Copyright © 2010 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2010 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga
Projekt okładki: Wydawnictwo Sonia DragaZdjęcie na okładce: Copyright © iStockphoto/ Oleg Mitiukhin
Redakcja: Mariusz KulanKorekta: Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz
ISBN: 978-83-7508-260-9
Sprzedaż wysyłkowa:www.merlin.com.plwww.empik.comwww.soniadraga.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-950 Katowicetel. (32) 782 64 77, fax (32) 253 77 28e-mail: [email protected]
Skład i łamanie:
DT Studio s.c., tel. 032 720 28 78, fax 032 209 82 25
Katowice 2010. Wydanie I
Druk:
Drukarnia Wydawnicza im.W.L. Anczyca, Kraków
Pamięci Warrena Zevona
Najbardziej jestem wdzięczny za rady, entuzjazm i talent Esther Newberg, Liz Donovan z „Miami Herald”, Bobowi Roe ze „Sports Illustrated”, Burlowi George’owi, Nathanielowi Reedowi, Seanowi Savage’owi, kpt. Mike’owi Collinsowi, tajemniczemu Sonny’emu Mehcie, mojej nieustępliwej siostrze Barb, fantastycznej żonie Fenii oraz dr. Jerry’emu Lorenzowi, jednemu z wielu niedocenionych bohaterów Everglades.
Ta książka to fikcja literacka. Wszystkie postacie zostały wymyślone, a opisane zdarzenia nigdy nie miały miejsca. Wyjątkiem jest degradacja środowiska naturalnego Parku Narodowego Everglades, a także przyjęcie ośmiomiliardowego planu ratowania tego, co pozostało.
Pewnego chłodnego kwietniowego wieczoru, punktualnie o jedenastej, kobieta nazwiskiem Joey Perrone wypadła za burtę luksusowego statku wycieczkowego „Księżna Słońca”. Lecąc w mroczną otchłań Atlantyku, była w zbyt wielkim szoku, żeby poczuć strach.
Wyszłam za sukinsyna, pomyślała, nurkując w fale oceanu. Siła uderzenia zdarła z niej jedwabną spódnicę, bluzkę, majtki, zegarek oraz sandały, ale Joey nie straciła przytomności. Jakżeby inaczej, na studiach była przecież kapitanem reprezentacji pływackiej. Ten drobny szczegół jej życiorysu najwyraźniej umknął pamięci męża.
Kołysząc się na spienionym kilwaterze, patrzyła, jak wesoło rozświetlona „Księżna Słońca” odpływa z prędkością dwudziestu mil morskich na godzinę. Było jasne, że tylko jeden z dwóch tysięcy czterdziestu dziewięciu pasażerów wiedział, co się stało, ale nie zamierzał nikogo o tym informować.
Drań, pomyślała Joey.
Zauważyła, że biustonosz zsunął się jej do pasa. Wyplątała się z niego. Na zachodzie okryte bursztynową poświatą majaczyło wybrzeże Florydy. Joey zaczęła płynąć.
Wody Prądu Zatokowego miały temperaturę nieco wyższą niż powietrze, ale rześki północno-wschodni wiatr tworzył nieprzyjemne fale. Joey płynęła powoli, równym rytmem. Żeby nie myśleć o rekinach, przywoływała z pamięci co ciekawsze momenty tygodniowego rejsu, którego początek był również mało obiecujący.
„Księżna Słońca” opuściła Port Everglades z trzygodzinnym opóźnieniem, ponieważ w kuchni znaleziono wściekłego szopa. Jeden z kucharzy zdołał wepchnąć toczące pianę stworzenie do dwustulitrowej puszki z sosem z guawy, ale szop podrapał go w twarz i z garbem na grzbiecie czmychnął, warcząc, w czeluście statku. Na pomoc przybyły miejscowe służby weterynaryjne, inspektorzy sanitarni oraz pogotowie. Ewakuowanych pasażerów uspokajano rumem i przekąskami.
Kiedy po wszystkim wracano na pokład, Joey minęła na trapie idących z pustymi rękami weterynarzy.
„Księżna Słońca” miała 260 metrów długości, a wyporności niewiele ponad 70 tysięcy ton. Joey wyczytała to w folderze, który znalazła w kabinie. Plan podróży obejmował wizytę w Puerto Rico, Nassau i na prywatnej wyspie na Bahamach, którą linia żeglugowa (jak głosiła plotka) kupiła od wdowy po brutalnie zamordowanym przemytniku heroiny. Ostatnim przystankiem przed powrotem do Fort Lauderdale miała być Key West.
Chaz sam wybrał ten rejs, mówiąc, że to prezent z okazji rocznicy ślubu. Pierwszy wieczór spędził na rufie, wybijając piłki golfowe do oceanu. Z początku Joey była zła, że na pokładzie statku jest driving range, nie mówiąc o sztucznej ściance wspinaczkowej i kortach do squasha. To samo mogli robić w Boca Raton, nie ruszając się z domu.
Podobnym absurdem było solarium, które jednak cieszyło się dużym wzięciem, ilekroć niebo pokryły chmury. Właścicielowi zależało, żeby każdy pasażer wrócił do domu albo opalony na brąz, albo spieczony na raka. Dowód tygodniowego pobytu w tropikach.
Jak się wkrótce okazało, Joey z zapałem wspinała się po ściance i w pełni korzystała z pozostałych atrakcji, w tym dwutorowej kręgielni. Poza tym mogła jeszcze zajeść się i zapić na śmierć, gdyż obżarstwo to główna rozrywka na takich statkach. „Księżna Słońca” słynęła z dobrze zaopatrzonych, czynnych całą dobę bufetów, i mąż Joey właśnie tam spędzał czas między kolejnymi portami.
Bydlak, pomyślała, zanurzając się w wodzie, żeby spłukać wodorost, który jej się owinął wokół szyi niczym świąteczna girlanda.
Każdy poranek ukazywał migotliwe wody nowej zatoki, lecz miasta, które odwiedzali, a zwłaszcza sklepy z pamiątkami wyglądały nużąco podobnie, jakby działały w ramach jednej sieci. Joey szczerze próbowała się zachwycać lokalnymi wyrobami, choć wiele z nich wyglądało, jakby zostały wyprodukowane w Korei bądź Singapurze. Poza tym, na co komu muszla przyłbicy nieudolnie podrasowana lakierem do paznokci? Albo skorupa kokosa z ręcznie malowaną podobizną księcia Harry’ego?
Rola turysty była tak męcząca, że Joey z niecierpliwością oczekiwała wizyty statku na „dziewiczej prywatnej wyspie”, jak zachwalano w folderze. Ale i ta przyniosła rozczarowanie. Armator kłamliwie zmienił jej nazwę na Rapture1Key, ale uczynił niewiele, żeby ją zrekultywować. Dominującą faunę stanowiły kury, kozy i zdziczałe świnie, które przeżyły swego gospodarza, przemytnika. Równiny wyspy pokrywały wraki zatopionych samolotów używanych przez gangi narkotykowe, a na plaży można było znaleźć najwyżej łuski po nabojach.
Ciągle dzielił ich ogromny dystans. Do czasu gdy „Księżna Słońca” przybiła do Key West, Joey i Chaz spędzali wspólnie zaledwie około godziny dziennie, zwykle kochając się lub kłócąc. Mniej więcej tak jak w domu.
I tyle z romantycznego wypadu, myślała Joey, żałując, że tak mało ją to smuci.
Kiedy mąż się wymknął do miasta, przez krótką chwilę zastanawiała się, czy nie uwieść jednego ze stewardów, przystojnego Peruwiańczyka imieniem Tico. W końcu jednak straciła ochotę i odprawiła zawiedzionego młodzieńca cmoknięciem w policzek i pięćdziesięciodolarowym napiwkiem. Nie czuła się na siłach zdradzić Chaza, nawet przez złośliwość, choć podejrzewała, że on zdradza ją często (prawdopodobnie też podczas rejsu).
Po powrocie na pokład Chaz zrobił się gadatliwy jak papuga.
Przy kolacji regularnie dolewał Joey wina, mimo jej protestów. Teraz wiedziała dlaczego.
I czuła to alkoholowe zmęczenie i odwodnienie. Mocno pracowała rękami i nogami, żeby pokonać fale, zmieniała style, lecz powoli zaczynała tracić i siły, i rytm. W końcu to nie był podgrzewany basen olimpijski na UCLA, tylko ocean. Zacisnęła powieki, żeby złagodzić pieczenie oczu wywołane słoną wodą.
Czułam, że już mnie nie kocha, pomyślała, ale to jest jakiś absurd.
Chaz Perrone nasłuchiwał plusku wody, ale jedynym dźwiękiem, jaki dobiegał jego uszu, było stłumione, uspokajające dudnienie silników statku. Stał samotnie przy relingu z lekko przechyloną głową, nieruchomy jak czapla.
Nie planował tego zrobić w tym miejscu. Liczył, że uda mu się wypchnąć Joey za burtę wcześniej, gdzieś między Nassau a San Juan, w nadziei że prądy zaniosą jej ciało na wody kubańskie, z dala od amerykańskiej jurysdykcji.
O ile wcześniej nie znajdą jej rekiny.
Niestety, w tej wczesnej fazie rejsu była wyśmienita pogoda i co wieczór wszystkie pokłady wypełniały zakochane pary o maślanych spojrzeniach. Plan Chaza wymagał odosobnienia. Już prawie tracił nadzieję, gdy nagle trzy godziny po wypłynięciu z Key West zaczęło padać. Wprawdzie tylko siąpiło, ale i tak wypłoszy to pasażerów - hurmem ruszą na sałatkę z homarów lub rzucą się na automaty do gry.
Drugim ważnym elementem planu było zaskoczenie, ponieważ Joey to kobieta silna i wysportowana, w przeciwieństwie do Chaza. Zanim ją wywabił na rufę pod pretekstem spaceru pod rozgwieżdżonym niebem, przypilnował, żeby wypiła sporo czerwonego wina. Cztery i pół kieliszka, jeśli dobrze policzył. Zwykle tyle jej wystarczało, żeby się wstawić.
- Chaz, przecież kropi - zauważyła, gdy podchodzili do relingu.
Trochę się zdziwiła, bo wiedziała, jak mąż nie znosi moknąć. Ten człowiek posiadał aż siedem parasoli.
Chaz udał, że jej nie słyszy, i poprowadził ją pod rękę przed siebie.
Chaz ukradkiem wyjął z kieszeni marynarki klucz od kabiny i upuścił go na deski pokładu.
Mógł się tylko domyślać, co przebiegło przez głowę żony, kiedy poczuła, jak chwyta ją za kostki. Pewnie pomyślała, że się wygłupia.
Przerzucenie jej przez reling nie było trudne. Ot, prosta zasada dźwigni. Stało się to tak szybko, że Joey nawet nie pisnęła.
Jeżeli chodzi o plusk, Chaz jednak wolałby go usłyszeć. Byłby to symboliczny sygnał obwieszczający koniec jego małżeństwa. Ale do wody było bardzo daleko.
Pozwolił sobie raz rzucić okiem, lecz zobaczył tylko spienione fale oświetlone rozedrganym blaskiem świateł statku. „Księżna Słońca” płynęła spokojnie dalej. Na szczęście. Nie odezwały się żadne syreny.
Chaz podniósł klucz, pośpiesznie wrócił do kabiny i zaryglował drzwi. Powiesił marynarkę, otworzył kolejną butelkę wina, napełnił dwa kieliszki i z obu upił połowę.
Na łóżku leżała otwarta walizka Joey - wcześniej ją przepakowywała. Chaz przeniósł ją na podłogę. Rozłożył swoją i zaczął szukać leku na nadkwasotę. Pod stosem starannie złożonych bokserek - musiał przyznać, że Joey była mistrzynią w pakowaniu - natknął się na pudełko zawinięte w kolorowy papier w szkocką kratę i przewiązane zieloną wstążką.
W środku znajdował się przepiękny komplet skórzanych pokrowców na kije golfowe oznaczonych jego inicjałami: C.R.P. Do tego była dołączona kartka: „Wszystkiego najlepszego z okazji drugiej rocznicy! Kochająca Joey”.
Podziwiając jedwabistą gładkość cielęcej skóry, Chaz poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Przeszło równie szybko jak zgaga.
Jego żona bez wątpienia miała klasę. Gdyby tylko nie była tak cholernie... spostrzegawcza.
Dokładnie za sześć godzin zgłosi jej zaginięcie.
Rozebrał się do bielizny, a ubranie rzucił w kąt. W torbie podręcznej miał egzemplarz Pani Bovary. Otworzył go na pierwszej lepszej stronie i położył na nocnym stoliku po stronie Joey.
Następnie nastawił budzik, przyłożył głowę do poduszki i zasnął.
Prąd Zatokowy znosił Joey na północ z prędkością prawie czterech węzłów. Wiedziała, że musi się bardziej wysilić, jeśli nie chce, aby znaleziono jej spuchnięte zwłoki gdzieś na mieliźnie w Karolinie Północnej.
Była jednak potwornie zmęczona.
Na pewno przez to wino. Chaz wiedział, że ma słabą głowę, i najwyraźniej z góry wszystko zaplanował. Niechybnie liczył, że wypadając ze statku, złamie nogę lub straci przytomność. A nawet jeśli nie, to i tak będzie bez szans - sama na środku oceanu, w ciemną noc, z dala od jakiegokolwiek lądu, śmiertelnie przerażona. Nawet gdyby wszczęto poszukiwania, nikt jej nie zauważy, a przed świtem straci siły i utonie.
Przypuszczalnie tak rozumował.
Joey sobie uświadomiła, że wcale nie zapomniał o jej dawnych sukcesach pływackich. Wiedział, że jeśli przeżyje upadek, zacznie płynąć. Wręcz na to liczył. Był przekonany, że jego zawzięta i ambitna żona „zajedzie się” na śmierć. Tymczasem powinna podkurczyć kolana i starać się utrzymać na wodzie, oszczędzając siły na rano Wtedy miałaby choć cień szansy, że zostanie dostrzeżona przez załogę jakiegoś przepływającego statku.
Czasem sama siebie zadziwiam, pomyślała.
W pewnej chwili mijał ją tankowiec, tak blisko, że przesłonił księżyc. Jego zwarta i kanciasta sylwetka przypominała przewrócony wieżowiec. Joey machała i krzyczała, ale nie było szans, żeby w huku silników ktokolwiek ją usłyszał. Wielka rdzawa ściana hałasu i spalin popłynęła dalej i Joey od nowa podjęła wysiłek.
Wkrótce zaczęły jej cierpnąć nogi, czuła „mrówki” wędrujące od stóp w górę. Skurcze mięśni by jej nie zdziwiły, ale powolne słabnięcie owszem. Coraz więcej wysiłku ją kosztowało utrzymanie głowy nad wodą, aż w końcu poczuła, że dolna połowa ciała całkiem przestała się poruszać. Joey zaczęła płynąć na plecach, a nogi ciągnęła za sobą niczym dwie zerwane liny.
Byliśmy małżeństwem dopiero dwa lata, myślała. Czym sobie zasłużyłam na coś takiego?
Żeby nie myśleć o śmierci, zaczęła wyliczać w głowie rzeczy, które się Chazowi w niej nie podobały:
Miała skłonność do rozgotowywania drobiu, zwłaszcza kurczaków, bo cale życie się bała salmonelli.
Krem nawilżający, którego używała na noc, śmierdział jak płyn na owady.
Zdarzało jej się zasypiać w trakcie transmisji meczów hokeja, nawet play-offów.
Nie chciała mu robić laski w czasie jazdy autostradą 95, Sunshine
State
Parkway ani żadną inną drogą, na której wolno było jechać szybciej niż osiemdziesiąt na godzinę.
Z łatwością mogła go ograć w tenisa.
Nie zawsze odkładała na miejsce płyty jego ukochanego George’a Thorogooda.
Bez entuzjazmu przyjęła propozycję zaproszenia jego fryzjerki do łóżkowego trójkąta.
Należała do weekendowego klubu czytelniczego.
Miała więcej pieniędzy od niego.
Zęby zamiast pastą myła sodą oczyszczoną.
Nie, to bez sensu, myślała. Facet nie decyduje się nagle zamordować żony tylko dlatego, że podała mu gumowatą potrawkę z kury.
Może chodzi o inną kobietę? Ale wtedy wystarczyłoby poprosić o rozwód.
Nie miała siły tego analizować. Wyszła za podłego dziwkarza, który podczas rejsu z okazji rocznicy ślubu wypchnął ją za burtę, i teraz ona się utopi i pożrą ją rekiny. A w tych wodach pływają same największe: rafowe, tygrysie, młoty, mako, żarłacze żółte, tępogłowe...
Boże, błagam, nie pozwól, żeby mnie zjadły żywcem, rozpaczała Joey.
W opuszkach palców poczuła to samo mrowienie. Wiedziała, że za chwilę ręce staną się równie bezużyteczne jak nogi. Usta jej spierzchły od soli, język spuchł jak parówka, a powieki były obrzmiałe i zaskorupiałe. A jednak, ilekroć wynurzała się ponad fale, w oddali migotały kusząco światła Florydy.
Walczyła więc dalej, wierząc, że wciąż istnieje cień szansy na przeżycie. Jeżeli pokona Golfsztrom, będzie mogła wreszcie odpocząć; zwinąć się w kłębek i dryfując, przeczekać do świtu.
Na chwilę zapomniała o rekinach, gdy nagle coś ciężkiego i szorstkiego otarło się ojej lewą pierś. Zaczęła się rzucać i okładać to coś pięściami, aż zupełnie opadła z sił.
Tracąc przytomność, doznała wizji, w której Chaz pieprzy w ich kabinie na statku jakąś blond krupierkę, a następnie udaje się na pokład wybić jeszcze jedno wiadro piłek.
Świnia, pomyślała.
Potem ekran w jej głowie zgasł.
W głębi duszy Chaz Perrone był bez wątpienia oszustem i kanalią, ale przemocą się brzydził. Nikt, kto go znał, nie podejrzewałby, że jest zdolny do zabójstwa. On sam był zdumiony, że się na to zdobył.
Gdy zadzwonił budzik, ocknął się z przekonaniem, że wszystko sobie wyobraził. Potem zobaczył puste miejsce obok siebie na łóżku. Wyjrzał przez bulaj, dostrzegł pirsy wyznaczające wejście do Port Everglades i już wiedział, że to nie sen. Naprawdę zamordował żonę.
Zdumiało go, jak bardzo jest opanowany. Sięgnął po telefon, odbył rozmowę, którą wcześniej ćwiczył, i przygotował się na to, co miało nadejść. Przepłukał gardło, ale zrezygnował z porannej toalety. Szalejący z niepokoju mąż nawet powinien być trochę rozchełstany.
Gdy tylko „Księżna Słońca” zawinęła do portu, zaczęły się przesłuchania. Najpierw się zjawił zatroskany szef ochrony statku, potem dwóch młokosów ze straży przybrzeżnej i wreszcie posępny detektyw z biura szeryfa okręgu Broward. W tym czasie przeczesywano statek, pewnie po to, aby wykluczyć kłopotliwą ewentualność, że pani Perrone zaszyła się gdzieś z innym pasażerem lub, co gorsza, członkiem załogi.
- Kiedy dokładnie pańska żona wyszła z kabiny? - zapytał detektyw.
Taka precyzja w kłamstwie była konieczna, żeby akcję poszukiwawczą rozpoczęto od innego rejonu oceanu. O tej porze statek powinien był się znajdować mniej więcej siedemdziesiąt mil na północ od miejsca, gdzie Joey wpadła do wody.
Detektyw, blady osobnik w typie nordyckim, zapisał jedno zdanie w swoim notesie. Wskazał na kieliszki stojące przy łóżku.
Chaz ostrożnie ważył odpowiedź. Nie spodziewał się, że tak wcześnie zostanie przyparty do muru.
- Czyli więcej niż jedną butelkę?
- Tak.
- Pana zdaniem żona była nietrzeźwa?
Chaz wzruszył ramionami.
- Pokłóciliście się tego wieczoru? - spytał detektyw.
- Skąd. - Tylko to było prawdą w wersji przedstawionej przez Chaza.
- To dlaczego nie wyszliście razem?
- Ojej, no, utknąłem w ubikacji. - Chaz udał zażenowanie. - Seviche, które podali na kolację, smakowało jak kocie rzygi, więc powiedziałem do Joey: „Idź sama, przyjdę za parę minut”.
- I wezmę ze sobą wino.
- Tak. Ale widocznie musiałem się położyć i zasnąłem. Więc w zasadzie wszystko przeze mnie.
- Co pan ma na myśli?
Chaz poczuł chwilowy ucisk w piersiach.
- No, jeżeli coś się stało Joey. Kogo będę winił, jeśli nie siebie?
- Dlaczego?
- Bo nie powinienem jej puszczać samej o tej porze. Myśli pan, że nie zdaję sobie z tego sprawy? Że nie czuję się w stu procentach odpowiedzialny?
Detektyw zamknął notes i wstał.
Detektyw uśmiechnął się obojętnie.
I jeszcze większy ocean, pomyślał Chaz.
Chaz zaśmiał się nerwowo i uniósł ręce.
- Znają, chciał pan powiedzieć - poprawił go detektyw.
Chaz złapał się na tym, że bez przerwy przygryza dolną wargę. To w gruncie rzeczy dawało korzystne wrażenie, że jest bardzo zaniepokojony losem żony.
Detektyw wziął do ręki Panią Bovary.
Idealnie, pomyślał Chaz.
Zanim „Księżna Słońca” wypłynęła z Key West, Chaz w słynnym barze Sloppy Joe’s sprawdził prognozę w telewizji. Wiedział, że o trzeciej trzydzieści, czyli w rzekomej porze zniknięcia jego żony, niebo miało być bezchmurne.
Zamilkł wyczekująco, jakby się spodziewał, że Chaz coś jeszcze doda.
I rzeczywiście.
- Aha.
- No i?
Później, kiedy prowadzony przez stewarda schodził po trapie, zobaczył dwa pomarańczowe śmigłowce startujące z lądowiska w bazie straży przybrzeżnej po drugiej stronie portu. Wzbiły się w powietrze, przechyliły i odleciały w kierunku Atlantyku, gdzie okręt i dwie mniejsze jednostki ratownicze już podjęły poszukiwania Joey. Jak zapewniono Chaza, planowano też wysłać do akcji samolot Falcon.
Chaz spojrzał na zegarek i pomyślał: trzynaście godzin w wodzie, już po niej.
Mogą szukać do woli.
Hank i Lana Wheeler mieszkali w Elko w stanie Nevada i posiadali dobrze prosperujące centrum rozrywkowe z kasynem, gdzie jedną z atrakcji były występy tańczących niedźwiedzi z Rosji. Hodowlą i tresurą misiów zajmowała się na wpół emerytowana domina występująca pod pseudonimem Ursa Major. Z czasem państwo Wheelerowie tak polubili Ursę, że traktowali ją jak członka rodziny. Gdy jeden z jej głównych podopiecznych, dwustukilogramowy wykastrowany niedźwiedź himalajski o imieniu Boris, miał problemy z zębem, Wheelerowie wynajęli prywatny odrzutowiec, żeby przetransportować zwierzę do słynnego weterynarza w Lake Tahoe. Sami też polecieli, trochę dla wsparcia, a trochę po to, żeby ukraść kilka godzin na stoku.
W drodze powrotnej coś poszło nie tak i samolot rozbił się w górach Corteza. Śledczy federalni później ustalili, że z niewiadomych przyczyn niedźwiedź w chwili katastrofy znajdował się na siedzeniu drugiego pilota. Na kliszy z odzyskanego aparatu fotograficznego Wheelerów było kilka zdjęć Borisa wciśniętego w fotel za sterami. Na jednym z ujęć Ursa Major zwijała się ze śmiechu na kolanach zwierzęcia, przykładając mu do pyska butelkę Bailey’s. Na następnym Boris pozował ze słuchawkami na uszach i w ciemnych okularach.
Zapisy rozmów z wieżami kontrolnymi potwierdziły, że na pokładzie odrzutowca Wheelerów panowała wybitnie wesoła atmosfera, która mogła rozpraszać uwagę pilota. Nadal nie wiadomo, dlaczego samolot nagle spadł, choć asystentka Ursy przypuszcza, że pogodny nastrój niedźwiedzia mógł się raptownie ulotnić, jak tylko przestała działać ksylokaina. Gdy samolot spadał korkociągiem ku skałom, kontrolerzy usiłujący nawiązać łączność z załogą usłyszeli w odpowiedzi tylko dziwne prychnięcia i powarkiwania.
Państwo Wheelerowie zostawili spory majątek, który po zatwierdzeniu testamentu podzielono równo między ich dwoje małych dzieci. Joey Wheeler (nazwana tak na cześć aktorki i piosenkarki Joey Heatherton) w dniu śmierci rodziców miała zaledwie cztery lata, a jej brat Corbett (to po komiku Corbetcie Monice) sześć. Każde z nich stało się nagle właścicielem około czterech milionów dolarów, a na dodatek mieli gwarantowane udziały w zyskach z działalności kasyna rodziców.
Joey i Corbett wychowywali się w południowej Kalifornii pod opieką bliźniaczej siostry Lany Wheeler, która zawzięcie, lecz bezskutecznie kombinowała, jak się dobrać do funduszu powierniczego, w którym ulokowano spadek. I tak, choć osierocone dzieci Wheelerów, wkraczając w dorosłość, zachowały majątek, ich niewinność doznała uszczerbku.
Corbett przeprowadził się do Nowej Zelandii, a Joey na Florydę. Tam nikomu nie przyznała się do swego bogactwa, nawet maklerowi giełdowemu, który został jej pierwszym mężem. Z Benjaminem Middenbockiem spotykała się pięć lat, po ślubie byli razem jeszcze cztery, aż w ich życie wtargnął okrutny los pod postacią spadochroniarza, który pewnego słonecznego popołudnia zwalił się niczym worek cementu prosto na głowę Benny’ego wypróbowującego akurat w ogrodzie nową wędkę. Po tej tragedii Joey została sama, otępiała i bogatsza niż kiedykolwiek dzięki siedmiocyfrowej sumie odszkodowania wypłaconej przez ubezpieczyciela nieszczęsnego skoczka.
Po raz drugi w swym młodym życiu niechcący zarobiła na śmierci kogoś bliskiego i trudno jej było nawet myśleć o pieniądzach, a co dopiero je tknąć. Nieuzasadnione wyrzuty sumienia skłoniły ją do zaangażowania się w działalność charytatywną i prowadzenia skromnego życia, choć pozostała jej słabość do włoskich butów. Miała nadzieję, że kiedyś będzie normalnie żyć wśród normalnych ludzi, a przynajmniej sprawdzi, czy to w ogóle możliwe.
Chaza Perrone’a poznała pewnego styczniowego popołudnia na parkingu przed Królestwem Zwierząt w Disney-worldzie. Właśnie dopadła nastolatka, który chwilę wcześniej gwizdnął torebkę belgijskiej turystce. Chłopak był uczestnikiem wycieczki młodzieżowej, którą Joey się opiekowała. Podobno miał chroniczne problemy ze skupieniem uwagi. Dziwne, że w gęstym tłumie turystów potrafił z łatwością skupić się na oryginalnej torebce Prady i ani na chwilę nie odwrócił uwagi od jej właścicielki, starszej pani - śledził ją od wybiegu mrówkojada aż do DinoLandu, gdzie porwał łup.
Joey ruszyła w pościg za pryszczatym złodziejem, dogoniła go za bramkami biletowymi i z całą siłą powaliła na rozgrzany chodnik. Czekając na ochroniarzy, wytrząsnęła z jego kieszeni jeszcze breloczek od Gucciego i zapalniczkę od Tiffany’ego. To wzbudziło dodatkowe wątpliwości co do natury jego upośledzenia.
Chaz Perrone, który obserwował całe zdarzenie z wagonika odjeżdżającej właśnie kolejki, wyskoczył, żeby pogratulować Joey odwagi. Wydał jej się niesamowicie przystojny, więc nie broniła się przed flirtem. Chaz się pochwalił, że jest biologiem i przyjechał na kongres wybitnych naukowców, którzy pracują nad ratowaniem mokradeł Everglades. Potem wyznał, że powinien być teraz na specjalnej wycieczce dla VIP-ów po Królestwie Zwierząt, ale się wymknął, żeby pograć w golfa na Bay Hill, ulubionym polu samego Tigera Woodsa.
Chaz pociągał Joey nie tylko swoim wyglądem, ale przede wszystkim zaangażowaniem w tak szlachetną ideę, jak ratowanie zagrożonej przyrody Florydy przed chciwymi trucicielami. Wtedy wydał się jej idealną partią, dopiero z perspektywy czasu zrozumiała, że jej osąd zniekształcały złe doświadczenia z przeszłości. Zanim poznała Chaza, była kolejno porzucana przez profesjonalnego tenisistę, ratownika i wreszcie zawieszonego w zawodzie farmaceutę. Ta ponura seria zachwiała jej samooceną i obniżyła standardy.
Z zapałem, żeby nie powiedzieć na oślep, rzuciła się zatem w nowy związek. Okres narzeczeństwa upłynął pod znakiem kolacji przy świecach, listów miłosnych, obsypywania kwiatami i szeptania czułości do ucha. Chaz miał nieodparty urok, więc Joey z łatwością mu ulegała. Najbardziej wyrazistym wspomnieniem z pierwszego roku małżeństwa stały się dla niej sceny namiętnego seksu. Jak się okazało, to był jedyny prawdziwy talent Chaza. A także jego obsesja. W drugim roku małżeństwa, kiedy nieco otworzyły jej się oczy, zdała sobie sprawę, że niezmordowaną chęć męża do spółkowania mylnie brała za wielką miłość, gdy tymczasem on traktował to bezosobowo, jak gimnastykę. Przekonała się też boleśnie, że Chaz nie uważa małżeństwa za jedyny możliwy układ seksualny.
Inne żony pewnie dawno by uciekły, ale Joey była zbyt ambitna i dumna. Postanowiła całkowicie zanurzyć się w świecie męża i zostać tym, co w poradnikach psychologicznych nazywają „prawdziwym partnerem życiowym”. Chciała stać się mu potrzebna do tego stopnia, że skończyłby z wybrykami i zmienił swoje zachowanie.
Rocznicowy rejs wydawał się dobrą okazją, by wcielić w życie ten plan, więc Joey przyjęła zaproszenie z dużymi nadziejami. Cieszyła się, że na nowo zbliżą się do siebie; tak radzą specjaliści od związków. Największe wyzwanie stanowiło wciągnięcie Chaza w choć jedną intymną rozmowę, która nie będzie dotyczyła niezrównanej długotrwałości jego erekcji.
Niestety, odkąd wypłynęli, odpowiedni moment jakoś nie chciał nadejść. A może i nadszedł, ale Joey zabrakło motywacji. Pomijając seks, Chaz był po prostu niezbyt fascynującym facetem. Im dłużej Joey się wsłuchiwała w to, co mówi, tym większą pustkę czuła w środku. Jak na naukowca był zanadto beztroski, samolubny i skupiony na rzeczach materialnych. Rzadko opowiadał o swojej pracy w Everglades i sprawiał wrażenie, jakby los naszej planety niewiele go obchodził. Nie oburzały go plany prowadzenia odwiertów ropy w dzikich rejonach Alaski, za to potrafił złorzeczyć przez bitą godzinę (plując przy tym na wpół przeżutymi kawałkami małżów), kiedy usłyszał od innego pasażera, że Titleist podnosi ceny piłek golfowych.
Joey zdała sobie sprawę, że może do końca życia udawać entuzjazm dla zainteresowań męża, a jego i tak niewiele to obejdzie. Po jakiego więc diabła się z nią ożenił? Miała zamiar zadać mu to pytanie podczas nocnego spaceru po pokładzie, ale potem zmieniła zdanie. Ołowiane chmury na niebie i mżawka przygnębiły ją i pragnęła tylko wrócić do kabiny i paść na łóżko.
Wpatrywała się w dal, w kierunku wybrzeży Afryki, zajęta myślami, gdy nagle Chaz upuścił coś na pokład i schylił się, żeby to podnieść. Mówił, że klucze. Kiedy poczuła wilgotne dłonie zaciskające się wokół jej kostek, trochę się przestraszyła, ale pomyślała, że Chaz chce jej rozsunąć nogi, aby uskutecznić szybki numerek na świeżym powietrzu. Lubił takie akcje. Na pewno jednak nie spodziewała się, że ją wyrzuci za burtę.
Co za bydlak.
Przez niego tu jestem, myślała. Skrajnie wyczerpana, na wpół ślepa, i trzymam się kurczowo tego samego rekina, który chciał mnie pożreć.
Co jest zupełnie niedorzeczne, więc albo już umarłam, albo jestem blisko...
Chaz wiedział, że nie ma szans na położenie łapy na moich pieniądzach, nawet jeśli coś mi się stanie. Wiedział od samego początku, że mój spadek jest nienaruszalny. Czemu więc to zrobił?
Joey Perrone nic nie rozumiała. To wszystko nie miało żadnego sensu: Chaz, ten nieruchawy rekin o szorstkiej skórze i słodkawym zapachu, oszalałe mewy drące się nad głową - czy człowiek nawet umrzeć nie może w spokoju?
A już zupełnie niezrozumiały był narastający warkot silnika, plusk fal uderzających o... czyżby burtę łodzi? Joey, nie wierz swoim uszom, pomyślała. Skąd by się tu wzięła łódź?
Nie, to niemożliwe. Niemożliwe, żeby słyszała z oddali męski głos, który wołał: „Wytrzymaj, mała. Jeszcze chwilkę!”.
I potem ten sam głos mówiący: „Już dobrze, mam cię. Teraz możesz się puścić, nie bój się”.
Coś ją uniosło do góry, jakby nic nie ważyła. Kiedy wynurzała się z wody, lśniące krople spłynęły jej po nogach, a czubki palców musnęły pianę fal.
Później było już tylko rozkoszne ciepło, zapach świeżej pościeli i sen głęboki prawie jak śmierć.
- Proszę się nie ruszać - powiedział nieznany mężczyzna.
Mężczyzna się roześmiał.
- I jadu meduz.
Joey delikatnie dotknęła piekących powiek. Pewne jakaś aretuza otarła się o jej twarz, kiedy dryfowała na wodzie.
Joey wsunęła rękę pod kołdrę; miała na sobie bluzę z polaru i spodnie od dresu.
A więc byli zupełnie sami: Joey i nieznajomy wybawiciel.
Joey była zbyt zmęczona, żeby się bać. Spodobał się jej głos tego człowieka. Nie sprawiał wrażenia psychopaty ani przestępcy seksualnego. Z drugiej strony nieraz się przekonała, że pierwsze odczucia bywają mylące.
Poczuła zapach cytryny i smak mocnej gorącej herbaty. Wypiła cały kubek. Potem była zupa jarzynowa, którą też zjadła do końca.
Kompletnie gołą, obejmującą wór trawki, pomyślała z zażenowaniem Joey. Ciepło zupy rozlewające się po całym ciele przyprawiło ją o dreszcze. Przez chwilę się bała, że zwymiotuje. Mężczyzna zabrał kubek i ułożył jej głowę na poduszce.
Bolało, kiedy się uśmiechała, tak bardzo miała suchą i napiętą skórę na twarzy.
Mężczyzna gwizdnął i zaraz się rozległ energiczny tupot łap po drewnianej podłodze. Wilgotny nosek dotknął szyi Joey. Pogłaskała zwierzaka po głowie, po czym mężczyzna przywołał go z powrotem.
Joey dotknęła kciukiem palca serdecznego lewej dłoni
- Aha.
W pokoju zapanowała trudna do zinterpretowania cisza. Joey uniosła głowę i obróciła ją w stronę, gdzie jak sądziła, siedzi mężczyzna.
Joey opowiedziała wszystko ze szczegółami.
Usłyszała, że mężczyzna wstaje i odsuwa krzesło od łóżka. Spytała, dokąd idzie.
Jego glos dobiegał teraz z większej odległości; Joey wiedziała, że stoi w drzwiach i mówi tak tylko, żeby ją zbyć.
- I tak zadzwonisz, prawda? Jak tylko zasnę, wymkniesz się i zawiadomisz policję.
Z uśmiechem opadła na poduszkę. Boże, jestem okropna, pomyślała.
Straż przybrzeżna rozszerzyła obszar poszukiwań do prawie ośmiu tysięcy kilometrów kwadratowych, choć przede wszystkim koncentrowała się na trapezoidalnym sektorze na północ od linii brzegowej okręgu Miami-Dade, kierując się fałszywymi wskazówkami Chaza Perrone’a. On sam nadal był przekonany, że ratownikom nie uda się odnaleźć Joey, ale trochę się obawiał, że jeśli rekiny się nie spisały, jej poszarpane zwłoki mogą wypłynąć na brzeg gdzieś w okolicach Keys. To by oznaczało sporą lukę w jego fikcyjnej chronologii i wzbudziło podejrzliwość irytującego detektywa z Broward.
Zaledwie w godzinę od zejścia ze statku Chaz przeżył chwilę grozy. W swoim pokoju w hotelu Harbor Beach Marriott miał włączony telewizor i nagle usłyszał zapowiedzi wieczornych wiadomości: załoga statku rybackiego niedaleko Ocean Reef zahaczyła podczas trollingu o ludzkie zwłoki - szczegóły po przerwie!
Chaz bez tchu wybiegł z łazienki, gdzie bezskutecznie próbował się onanizować nad stertą duńskich świerszczyków. Przez trzy minuty reklam środków przeczyszczających trząsł się ze strachu, czy to nie jego żonę wyłowili zaskoczeni wędkarze.
Relację rozpoczęto od szarpanego ujęcia z helikoptera pokazującego zakotwiczony jacht. Potem było zbliżenie na ciało przykryte żółtą płachtą, wciągane na noszach na pokład kutra straży przybrzeżnej. Następnie, już w porcie, zapytany przez reportera mat z pechowej łodzi, młody blondyn, powiedział o ponurym znalezisku: „Od razu wiedzieliśmy, że to nie żaglica, bo się nie szarpała”.
W końcu prezenter oznajmił posępnym głosem, że ofiarą jest turysta z Newport, którego od trzech dni poszukiwano, po tym jak się rozbił wypożyczonym skuterem wodnym, wjeżdżając w parę kopulujących żółwi karetta. Chaz opadł na łóżko z głośnym westchnieniem ulgi - jego żona nadal była uznawana za zaginioną na morzu.
Chaz postanowił spędzić noc w Marriotcie, bo znajdował się blisko portu i posterunku straży przybrzeżnej. Mógł wrócić do domu, to tylko pół godziny jazdy stamtąd, ale uznał, że jeśli pozostanie pod ręką i do dyspozycji policji oraz służb ratowniczych, zwiększy swoją wiarygodność. Niech widzą, że chce pomóc.
Był zaskoczony, kiedy namierzyła go dziennikarka z „Sun Sentinel”, ale nie stracił zimnej krwi. Kobieta zadzwoniła do niego i wyjaśniła, że przeglądając raporty policji, natrafiła na zgłoszenie o zaginięciu kobiety, a tam jako kontakt do jej męża podano telefon do hotelu.
Odparła, że nie.
- Doktorze Perrone - poprawił ją.
Chaz opowiedział dziennikarce to samo co detektywowi, tylko w skróconej wersji. Nie wydawała się szczególnie zainteresowana. To dobrze, bo Chaz najmniej pragnął teraz szumu medialnego.
Kiedy skończył rozmowę, pobiegł do holu i z automatu telefonicznego zadzwonił do Rikki.
Po drugiej stronie zapadła cisza, którą Chaz natychmiast rozszyfrował.
-Naprawdę. Słuchaj, muszę kończyć...
Korciło go, żeby się zgodzić, ale Ricca była dość głośną kochanką. Co najmniej trzykrotnie jej orgazmiczne jęki i krzyki były powodem interwencji hotelowych ochroniarzy, którzy wpadali do pokoju przekonani, że ktoś kogoś morduje za pomocą szpikulca do lodu. Dziś Chaz nie mógł ryzykować takiego zamieszania. Nie wygląda to dobrze, kiedy mąż zostaje przyłapany na bzykaniu kochanki w niespełna dobę po zaginięciu żony.
Chaz wstąpił do baru i zamówił martini. Tam go zastał Karl Rolvaag, detektyw okręgu Broward.
Chaz przelał drink do plastikowego kubka i razem z Rolvaagiem wyszli na zewnątrz. Słońce już zachodziło, było wietrznie i dość ciepło. Pogoda identyczna jak poprzedniego wieczoru. W hotelu odbywało się wesele, na dziedzińcu przy bujnie kwitnących bugenwillach panna młoda pozowała do zdjęć. To była ponętna, dziewiętnasto-, może dwudziestoletnia Kubanka. Chaz złapał się na tym, że snuje nieprzyzwoite fantazje o czekającym ją miodowym miesiącu.
- Aha.
- I nie wątpię, że pan to zrobi. Tak na marginesie, doktorze Perrone.
Detektyw spojrzał na niego z pewnym zaciekawieniem, po czym drążył dalej.
Chaz mu przerwał.
Chaz się uśmiechnął.
Detektyw zapytał o wartość majątku Joey. Chaz zgodnie z prawdą odpowiedział, że dokładnie jej nie zna.
Zapomniał dodać, że podpisał tę intercyzę w przekonaniu, że po jakimś czasie zostanie unieważniona. W swej niezachwianej próżności sądził, że jego urok osobisty skłoni w końcu świeżo poślubioną małżonkę do podzielenia się ogromnym spadkiem. Wyobrażał sobie, że ta intymna uroczystość odbędzie się w sypialni (jakżeby inaczej) po nocy pełnej szalonego seksu. Wciąż promieniejąca Joey rozłoży intercyzę i zbliży ją do płomienia pachnącej świecy. Nic takiego jednak nie nastąpiło i prawie po dwóch latach oczekiwania Chaz porzucił nadzieję. Nawet nie chodziło o to, że Joey jest skąpa, ona po prostu nie przykładała wagi do swego majątku. Chaz uważał to za przestępstwo przeciw naturze. Jaki sens, pytał sam siebie, ma życie u boku bogatej kobiety, skoro ona nie potrafi i nie chce korzystać ze swojego majątku? Odpowiedź brzmiała: żadnego.
Tymczasem dotarli do plaży i brnęli po piasku w stronę pirsów. Chaz był zadowolony ze sposobu, w jaki wybrnął ze sprawy telefonu. Detektyw chyba to kupił.
Nagle Rolvaag stanął i oparł rękę na ramieniu Chaza.
Przez jedną straszną chwilę Chaz bał się podnieść wzrok. A więc nie była to niewinna przechadzka - detektyw w okrutny sposób go wystawił. Kolana się pod nim ugięły.
Okazało się jednak, że Rolvaag nie pokazywał spuchniętych zwłok Joey wyrzuconych na plażę, czego obawiał się Chaz. Wskazywał na migotliwą sylwetkę statku wypływającego z portu.
Chaz powoli wypuścił powietrze z płuc, starając się ukryć dziką radość i nieopisaną ulgę, jaką poczuł w tej chwili.
- Więc na pewno wpadła do wody.
- Tak należałoby przypuszczać.
Całkiem nieźle mu to wyszło. Opłacało się trenować.
Poszli z powrotem w stronę hotelu.
W środku aż dusił się ze śmiechu.
Mick Stranahan stanął na pomoście, przymocował do żyłki sztuczną muchę i zarzucił wędkę. Była to dla niego swego rodzaju terapia, a przy okazji świeża ryba przyda się na kolację. Trochę czasu minęło, odkąd na wyspie mieszkała kobieta i Stranahan nie bardzo widział, co zrobić z Joey Perrone.
Nie miał powodu, żeby wątpić w jej opowieść, ale też nie miał powodu, by w nią wierzyć. Z całą pewnością nie powinien się w to mieszać, bo to by się odbiło na jego zdrowiu. Przede wszystkim oznaczałoby częstsze wizyty na lądzie, a dla Stranahana każda minuta spędzona w mieście to męczarnia. Zawsze stamtąd wracał z takim bólem głowy, jakby ktoś mu ściskał czaszkę w imadle.
Obecnie jeździł do Miami tylko po to, żeby uzupełnić zapasy i odebrać rentę inwalidzką, przyznaną mu za zabicie skorumpowanego sędziego, który strzelił do niego pierwszy podczas jego aresztowania. Mick Stranahan w żadnym razie nie był inwalidą, lecz biuro prokuratora stanowego potrzebowało przekonującego pretekstu, by go odesłać na emeryturę w sędziwym wieku trzydziestu dziewięciu lat. Rana postrzałowa świetnie się do tego nadawała.
Stranahan nie chciał rezygnować z pracy, ale dyskretnie mu wytłumaczono, że ze względów politycznych prokurator nie może utrzymywać na stanowisku oficera śledczego (choćby i skutecznego), który zabił legalnie wybranego sędziego (choćby i nieuczciwego). Stranahan zgodził się więc na ten śmiechu warty układ, kupił stary drewniany dom na palach nad zatoką Biscayne i żył tam sobie w spokoju wiele lat, aż przyszedł huragan Andrew i rozwalił wszystko w drzazgi.
Tamtego dnia przebywał w Coconut Grove u swojej siostry, ponieważ jej beznadziejny mąż był zbyt zajęty imprezowaniem na kongresie prawników w Bostonie, żeby przylecieć do domu i zamontować okiennice. Dwa dni później, gdy wszystko ucichło, Stranahan odpalił motorówkę i wśród dryfujących śmieci i szczap drewna popłynął do Stiltsville. Tam, gdzie kiedyś stał jego dom, ujrzał tylko osiem gołych pali sterczących z wody. Okrążył je raz, po czym skierował łódź na południe.
Zatrzymał się przy jakiejś wysepce, właściwie fragmencie rafy koralowej, niewiele większej od stojącego na niej skromnego piętrowego domu w kształcie litery L. Betonowa konstrukcja świetnie zniosła atak huraganu, lecz napór fal wybił szyby i zmiótł wszystko, co było w środku, łącznie z lokatorem, opiekunem nieruchomości. Mick z chęcią najął się na jego miejsce.
Właścicielem był ceniony meksykański pisarz, którego skomplikowane życie osobiste zmuszało od czasu do czasu do szukania schronienia poza granicami kraju. W ciągu ośmiu lat pokazał się na wyspie tylko cztery razy i nigdy nie zostawał dłużej niż kilka dni. Podczas ostatniej wizyty Stranahan zauważył u niego dziwną bladość i wyryte na twarzy zmęczenie. Kiedy go spytał, czy na coś choruje, pisarz się roześmiał i postawił milion pesos, że pokona Micka na rękę.
Mimo to Stranahan przewidywał, że pewnego dnia przypłynie strażnik z pismem, że stary pisarz zmarł i wyspa zostanie sprzedana Służbie Parków Narodowych. Ale na razie zamierzał pozostać w betonowym domu, dopóki go oficjalnie nie eksmitują.
Jedynym jego stałym towarzyszem był doberman, którego dwa lata temu w październiku znalazł na brzegu po przejściu cyklonu. Podejrzewał, że wypad! komuś z łodzi, ale nikt się nie zgłosił. Stranahan dał mu na imię Strom. Pies okazał się uparty i głupi jak but, ale w końcu zdołał się nauczyć dwóch rzeczy, do których dobermany są genetycznie predysponowane - szczekania i toczenia piany z pyska. I byłby z niego całkiem przyzwoity stróż, gdyby nie słaby wzrok i ogólna niezdarność. Stranahan często przywiązywał go do palmy, bo ten cymbał się rzucał na widok każdej przepływającej łodzi i łatwo mógłby się ześliznąć z nabrzeża.
Mick zerknął z sympatią na psa drzemiącego w skrawku cienia pod drzewem. W wiadrze trzepotały się trzy tłuste lucjany szare, ale doberman nawet nie drgnął. Wykazywał godny pochwały brak zainteresowania większością poczynań Stranahana, w tym łowieniem ryb i okazjonalnymi romansami. Gości płci żeńskiej witał pobieżnym obwąchaniem, a potem zazwyczaj ignorował. Zupełnie jakby wiedział, że są tu tylko na krótko i nie warto się przywiązywać.
Wbrew opinii psa Mick Stranahan nie uważał się za ekscentryka ani pustelnika, mimo że w wieku pięćdziesięciu trzech lat mieszkał samotnie na wyspie na skraju Atlantyku, bez telefonu, telewizji i komputera. To jednak smutna prawda, że przybywające tu kobiety rzadko wytrzymywały dłużej niż kilka miesięcy. Potem nieustanny spokój i cisza doprowadzały je do szału. Stranahan żegnał je z przykrością, ale tak było dla nich lepiej, niż gdyby się z nimi żenił, co miał w zwyczaju, gdy jeszcze mieszkał na półwyspie.
O Joey Perrone nie wiedział nic, ale był pod wrażeniem jej siły i psychiki. Niejeden pływak po takiej nocy spędzonej na oceanie byłby w stanie katatonii lub bełkotałby od rzeczy, a ona zachowała pełną jasność umysłu. Stranahan postanowił dać jej trochę czasu. Wiedział, jak to jest ledwo ujść z życiem. O ile to, co mówiła, jest prawdą.
Korciło go, żeby się dowiedzieć czegoś więcej, zadać jej szereg pytań, powęszyć jak za dawnych lat, ale mądrzejszy wewnętrzny głos radził, żeby tego nie robić. Pani Perrone i jej problemy małżeńskie wkrótce znikną z jego życia, a potem sprawą zajmie się policja.
W końcu jestem na emeryturze, pomyślał, zdejmując z haczyka następną rybę.
Emeryt.
Minęło parę lat, a to wciąż brzmiało jak żart.
- Co ty właściwie tam robiłeś? - zapytała Joey.
Stranahan kolejno zanurzał filety w roztrzepanym jajku.
Każdy filet wędrował do miski z bułką tartą, a potem na patelnię. Joey słyszała skwierczenie, kiedy lądowały w gorącym tłuszczu - naliczyła ich osiem i zastanawiała się, czy wystarczy dla nich obojga. W życiu nie była tak głodna.
Stranahan zrobił ją z ręcznika. Odciął pasek, zamoczył go w chłodnej wodzie z wyciągiem z aloesu i delikatnie zawiązał Joey wokół oczu. Godzinę wcześniej, kiedy uparcie próbowała się samodzielnie poruszać po domu, potknęła się o worek z psią karmą i mało nie skręciła nogi.
Stranahan pokręcił głową.
Skrzywiła się pod wpływem blasku słońca, więc poradził jej nie odsłaniać oczu. Nie miała problemów z odszukaniem talerza. Pochłonęła cztery panierowane filety oraz dwie porcje fasolki z ryżem. Potem Mick przyniósł jej kawałek ciasta cytrynowego i zimne piwo.
Joey poruszyła się niespokojnie.
- A co?
Stranahan się roześmiał.
Joey zatkało. Napiła się piwa.
Joey zachichotała.
Joey Perrone oparła się na krześle i zwróciła twarz ku słabnącemu światłu.
- No już, weź mnie za rękę.
Stranahan milczał. Był ekspertem od wypalonych związków. Ta dojmująca pustka, która zalega między dwojgiem ludzi, dopóki któreś nie zrobi pierwszego ruchu.
Chyba mam, pomyślał Stranahan. Pytanie wisiało w powietrzu, więc je zadał:
Joey potrząsnęła głową tak gwałtownie, że o mało nie spadła jej opaska.
Stranahan przyznał, że w sądzie mogłoby się zrobić nieprzyjemnie.
Zapytała Micka, co by zrobił na jej miejscu.
Zmieszana Joey zsunęła platynowy krążek z palca i schowała go w dłoni.
- Co?
Stranahan zajrzał pod stół.
Detektyw Karl Rolvaag doszedł do wniosku, że jego miejsce jest jednak na Środkowym Zachodzie. Zawsze to czuł i każdy kolejny dzień w pracy go w tym utwierdzał.
Właściwie wszędzie indziej byłoby dobrze, w Michigan, w Wisconsin, w Minnesocie czy nawet w którejś z Dakot. Tam przestępstwa są proste i oczywiste. Ich motorem jest chciwość, pożądanie lub alkohol. Floryda jest bardziej skomplikowana i radykalna, tu racjonalne hipotezy zawodzą. Każdy bandzior w Ameryce prędzej czy później tu trafia, tyle jest okazji do popełnienia przestępstw.
Kapitan nazywał się Gallo. Lubił Rolvaaga, bo ten poprawiał wyniki wydziału - detektyw rozwiązywał wiele trudnych spraw. Prywatnie był raczej mrukiem.
Rolvaag wzruszył ramionami.
Pili kawę w barze na stacji benzynowej przy drodze numer 84. Zbliżała się północ, Rolvaagowi się śpieszyło, bał się, że szczury się rozpierzchną po całym samochodzie.
Gallo zmarszczył brwi.
Detektyw przeprowadził się do Fort Lauderdale z St. Paul, ponieważ jego żona z niewiadomych przyczyn zapragnęła pomieszkać w tropikach. Dziesięć lat później się rozwiedli, ona wróciła do Minnesoty, a on nadal tkwił na Florydzie, pocąc się jak mysz przez jedenaście i pół miesiąca w roku.
W teczce chował jednak bilet do wolności. Był to list od szefa policji w Edinie, uroczym miasteczku na przedmieściach Minneapolis. Proponowano mu pracę w wydziale najcięższych przestępstw, których wiele tam nie ma. Rolvaag zamierzał wręczyć Gallo wypowiedzenie, gdy tylko przyjdzie odpowiednia chwila.
- I nie sądzę, żeby któryś z pasażerów cokolwiek widział lub słyszał - powiedział Gallo. - Ładna laska wypada za burtę, a wszyscy smacznie śpią.
Rolvaag wyjaśnił bez cienia sarkazmu, że nie miał czasu przesłuchać wszystkich dwóch tysięcy czterdziestu ośmiu pasażerów ani członków załogi.
Gallo kręcił na palcu kluczykami od samochodu.
Galio uśmiechnął się krzywo.
Rolvaag był świadom, że Gallo, który sam ma kilka kochanek, może być trochę nieobiektywny w temacie cudzołóstwa.
Gallo się roześmiał.
Rolvaag wykrzywił się w wymuszonym uśmiechu.
Większość mieszkańców bloku miała małe psy i bardzo się bała, że pytony Rolvaaga uciekną. Sprawy sądowe kosztowały go już przeszło sześć tysięcy dolarów.
- Chryste, Karl, przecież to gady. Czemu się tego cholerstwa nie pozbędziesz?
Galio powiedział, że zna pewną tancerkę topless z Oakland Park, która zawsze chciała występować na scenie z wężami.
Zwłaszcza w sześć dni, pomyślał z irytacją Rolvaag.
Jadąc do domu z pudłem pełnym szczurów, przypomniał sobie o liście w teczce. Wkurzył się na siebie, że nie wspomniał o nim szefowi. Gallo mógłby już zacząć przygotowywać niezbędne dokumenty.
Obiecał sobie, że to zrobi w poniedziałek z samego rana. Nie mógł się wprost doczekać, żeby uciec z tego parującego ścieku i wrócić do Minnesoty.
Charles Regis Perrone został biologiem przez zaniedbanie.
Pierwotnym celem była medycyna, a dokładniej radiologia, po której, jak sobie wyobrażał, nie będzie się musiał przepracowywać. Służbą zdrowia zainteresował się, licząc na dostatnie życie, ale ponieważ był okropnym hipochondrykiem, odstręczała go perspektywa bezpośredniego kontaktu z chorymi ludźmi. Co innego przeglądanie klisz rentgenowskich w zaciszu laboratorium we względnie higienicznych warunkach. To znacznie atrakcyjniejsze rozwiązanie, no i pozostawia dużo wolnego czasu na rozrywki.
Niestety, wielki plan się nie powiódł. Chaza zgubiło zamiłowanie do uciech cielesnych. Podczas studiów przygotowawczych na Uniwersytecie Florydzkim więcej czasu spędzał w kondomach niż w książkach. W rezultacie z trudem je ukończył z mało imponującą średnią ocen. Niewiele akademii medycznych przyjmuje trójkowych studentów, lecz Chaz wcale się nie załamał. Już wcześniej doszedł do wniosku, że praca lekarza może w zbyt dużym stopniu przeszkadzać w życiu towarzyskim i powinien wymyślić inny sposób na wzbogacenie się.
Tymczasem wypłynął w świat uzbrojony w urodę Kena, męski urok oraz dyplom licencjacki z przedmiotu, którego nienawidził - biologii. Trzy miesiące po skończeniu studiów niechętnie wrócił do domu, do matki, której nowy mąż, lekko stuknięty były pilot RAF-u imieniem Roger, z upodobaniem dręczył Chaza osobliwymi psikusami. Ilekroć ten zamykał się w łazience, żeby się onanizować (czyli kilka razy dziennie), Roger puszczał na cały regulator płytę Irish Rovers, szarpał za klamkę i śpiewał upiornym falsetem: „Bad Monkey! Bad Monkey!”.
Chaz cierpiał, mieszkając pod jednym dachem z matką, ale jako bezrobotny nie miał innego wyjścia. Tylko jeden pracodawca wykazał cień zainteresowania jego kwalifikacjami - Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt okręgu Bay. Szukali osoby, która dwa razy dziennie zmyje szlauchem klatki.
Chaz zrozumiał, że dopóki nie zdobędzie tytułu magistra, jest skazany na kiepsko płatne posady, więc wykupił kurs korespondencyjny w jednej z popularnych fabryk magistrów w Kolorado. Ośmiotygodniowy kurs gwarantował zdobycie dyplomu (z wyróżnieniem) za jedyne 999 dolarów. Sumę tę bez skrupułów wycyganił od matki. Tematem pracy mogło być cokolwiek, byle w jakiś sposób związane z biologią. Jedyny wymóg formalny to podwójne odstępy między wierszami. Dzieło Chaza, oparte na badaniach wykonanych w jedno popołudnie na stoisku warzywnym lokalnego supermarketu, nosiło tytuł Analiza porównawcza późnych odmian pomarańczy, różowych grapefruitów i owoców tangelo.
Po dziesięciu dniach od wysłania ukończonego rękopisu (z załączonym czekiem) otrzymał list polecony z informacją, że uczelnię zamknięto, pozbawiono ją uprawnień do kształcenia i wyrzucono z centrum handlowego, gdzie miała „siedzibę”.
Chaz, rad nierad, pogodził się z faktem, że aby zdobyć tego magistra, będzie musiał jednak fizycznie uczestniczyć w zajęciach. Matka, natknąwszy się na co bardziej niesmaczne egzemplarze kolekcji pism pornograficznych syna, przyśpieszyła jego wyprowadzkę, podrzucając go krewnemu, który wykładał w Instytucie Oceanografii i Klimatologii Uniwersytetu w Miami. Mimo że wyniki egzaminu wstępnego miał nie lepsze od średniej ocen z college’u, nepotyzm wziął górę i przyjęto go na studia magisterskie.
Do kampusu uczelni na Virginia Key przybył student pełen zapału i energii. Wyobrażał sobie, że będzie pływał szkunerem po tropikalnych morzach i śledził stada delfinów butlonosych. Widział sobie z lornetką w jednej ręce i kieliszkiem margarity w drugiej.
Gdyby mu się zachciało wcześniej przejrzeć program studiów, nie dobiłaby go tak strasznie nudna rzeczywistość badań terenowych. Jego pierwszym zadaniem było asystowanie doktorantowi w badaniach nad przybrzeżnymi koloniami tak zwanych wszy morskich. To doświadczenie na nowo obudziło w nim wstręt do przyrody i wszystkich stworzeń.
Do jego obowiązków należało między innymi zbieranie oślizgłych kęp wodorostów, w których chronią się owe maleńkie organizmy. To nie są prawdziwe wszy, lecz larwy meduzy z gatunku Linuche unguiculata.
