Szabrownik - Schmidt Kilian - ebook + audiobook + książka

Szabrownik ebook

Schmidt Kilian

4,3

Opis

Rok 1945, fronty w Europie powoli milkną. Wojna trwa jednak dłużej od działań zbrojnych – pozostaje obecna w psychice ludzi nią doświadczonych. Do takich należy główny bohater powieści – inteligent z Warszawy – który poddając się zwątpieniu w dawne ideały opuszcza rodzinę i samotnie wyrusza na tereny świeżo utracone przez Niemców, aby tam parać się szabrem. Nawet jako szabrownik nie jest jednak wolny od swoich przedwojennych upodobań i wiedzy – z wielości porzuconych przedmiotów skrupulatnie wybiera przede wszystkim rzeczy wiekowe i piękne, dzieła sztuki i antyki.

 

W Elblągu – na wpół zrujnowanym mieście, gdzie tytułowy szabrownik prowadzi swoje poszukiwania – roi się od czerwonoarmistów, hitlerowskich niedobitków, złodziei, bandytów i głodujących autochtonów. Zza zakrętów codzienności stopniowo wyłaniają się osoby, które wpłyną na jego dalsze perypetie – opuszczony starzec, jowialny rosyjski maruder, pełen entuzjazmu młody komunista, zaradny niemiecki chłopiec, a nawet... postać z XVI-wiecznego obrazu. W szarości ruin zaczynają się pojawiać nowe barwy...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 238

Rok wydania: 2016

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
1
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
GrzegorzDW

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca dla mnie wychowanego na pograniczu Dolnego Śląska i Łużyc a mieszkańca Katowic tym bardziej wciągająca jestem pod wielkim wrażeniem mam nadzieję że autor nie poprzestanie na jednej książce chętnie dał bym się tak pochłonąć kolejnej publikacji.
10



ROZDZIAŁ I

Ryk samolotów wciąż grzmi w moich uszach. Gdy zamykam oczy, widzę ich ciemne sylwetki, które jak feniksy ze stali raz po raz odradzają się na rozżarzonym niebie. Powietrze dygoce, płomienie wypełzają z okien i dachy budynków zgryzione gorącem składają się na podobieństwo karcianych szałasów. Wtedy widzę niemalże śmierć taką, jaką ją kreślili dawni drzeworytnicy – koścista sylwetka odziana w czerń przemierza ulice na chudym koniu, tnie na oślep i galopem przeskakuje barykady. Nade mną jednakże nie posiada władzy, bo nie znajduje we mnie cienia strachu, który jak magnes ciągnąłby jej ostrze do siebie.

Nie boję się, gdyż bać się nie mam o kogo. Moje dzieci i żona są bezpieczni – posłałem ich zawczasu daleko stąd, we względnie spokojne wiejskie zacisze, aby w domu dalekich krewnych przeczekali szykującą się gehennę. Ja sam mam walczyć, kulami lub bagnetem rozdzierać ciała wrogów, aby zespolić się z narodem w pragnieniu lepszego jutra – ale tracę tę wiarę, która w cieniach teraźniejszej nocy każe wypatrywać jutrzejszego brzasku. Przeczuwam, że jutra nie będzie, bo otrzymaliśmy już śmiertelne rany – nasz naród i lud naszego wroga – i tam, gdzie padamy, pokrywa nas pył nieurodzajnej ziemi, która nie wyda z siebie latorośli zmartwychwstania.

Uciekam z walczącej Warszawy i ruszam w drogę uzbrojony przeciwko każdemu, kto spróbowałby mnie zatrzymać, niezależnie od tego, czy byłby mi wrogiem, czy rodakiem. Długo tułam się bez celu, lecz wciąż oglądam się za siebie – w końcu wracam, poznaję popioły wyludnionej stolicy i dymiące gruzy naszego dawnego domu. Spotykam ludzi, którzy brodzą pośród ruin i ku poprawie własnego bytu dopełniają zniszczenia rozpoczętego przez wojnę, wyszarpując z nich resztki cudzego dobytku. Otaczają mnie zgliszcza – zgliszcza domów, zgliszcza zmarnowanych oczekiwań. Ich marność usuwa mi sprzed oczu wszelkie spóźnione żale.

Pojąłem, że cywilizacja jest już tylko słowem wypłowiałym z treści, frazesem wyrytym na epitafium, które niemo wspomina obumarłe istnienie. Ona zachwiała się pod pierwszym strzałem Wielkiej Wojny, ogłuchła wraz z pierwszym świstem szrapnela na niebie rozwidnionym kanonadą, ugrzęzła w błocie pierwszego okopu i wplątała się w pierwszy ciernisty zasiek, który stanął na jej drodze bez ostrzeżenia. Odratowana cudem, przez dwie ulotne dekady egzystowała w paraliżu pod respiratorem naszej woli, z odroczonym wyrokiem w cieniu nieuniknionego. Stopniowo rozcieńczana w agonalnym uporze zmieniała kształt aż do chwili, gdy będąc nieforemną, stała się ciężarem – w końcu więc zgłosili się po nią kaci, aby znieczulić nas na jej obecność i pogrążyć we śnie, który nie zna wczoraj ani jutra. Wywlekli ją wtedy ze śmiertelnego łoża i postawiwszy pod murem, serią stalowych kul rozcięli ostatnie cherlawe tchnienie. Ścianę zaś, pod którą padła, pokrytą kraterami strzałów, oprawili w złotą ramę i tak nam pokazawszy, kazali czcić jako ostatnie arcydzieło jej dorobku, po którym nie miało już nastać nic doskonalszego.

Staję się więc jedną z sierot po nieboszczce cywilizacji, błądzących w poszukiwaniu jej płowych śladów i w miejscach, gdzie ją wcześniej widziano, pytających o pamiątki jej zakończonej bytności. Jestem tułaczem zdążającym przed siebie w poprzek dróg, pod wiatr i prądy rzek, albo powietrzem, które niesie ogromna pustka równiny, pozbawionej choćby jednego drogowskazu. Jestem wolny nie znając lęku, ponieważ utraciwszy siebie, nie boję się już żadnej innej straty – a będąc niczym, jestem wszystkim.

Wiem jedno – nie jestem tchórzem, bo chociaż łatwiej jest mi nazwać właśnie to, kim nie jestem, niż to, kim jestem, określiłbym siebie jako kogoś, kto nie rozumiejąc strachu, nie wierzy w istnienie odwagi. To jest jednakże zbyt niepojęte, abym mógł to wyjaśnić ludziom – moja żona, syn i córka wierzą, że walcząc, przeżyłem z łaski Opatrzności, kiedy Warszawa obracała się w gruzy. To właśnie im mówię, kiedy przekraczam progi ich wiejskiej ostoi, która dla mnie jest tylko przystankiem na drodze – i oznajmiam, że idę dalej, na obce ziemie wrogów, którym wydrę kontrybucję na poczet naszego przyszłego dobrobytu. Przysięgam, że do nich wrócę, niosąc nowy majątek pod fundament domu, który wyrośnie dla nas na polskiej ziemi.

Jest marzec. Morze ciągnie się przede mną i za mną, krajobraz przełamuje horyzont mgłą. Jedynie pnie bezlistnych, poszarzałych drzew, które wyciągają konary w niebo – jakby w prośbie o pomstę dla tej pokrzywdzonej ziemi – znaczą miejsca, gdzie pod powierzchnią wody ciągnie się szosa. Ona zaś wiedzie mnie ku sytej uczcie z resztek upadłych ze stołu kończącej się już wojny. Mój trakt ciągnie się przez zalane Żuławy, krainę senną, wyludnioną, zasuniętą oparami wydychanymi z wodnistych pól. Kulawa chabeta brodzi w wodzie po kolana i z każdym swym mozolnym krokiem ledwie odrywa kopyta od drogi ukrytej pod powierzchnią – towarzyszy temu akompaniament tępego chlupotu, drgania zaznaczają szlak za koniem i mącą bezruch owego sztucznego jeziora, które rozlało się tutaj, kiedy wycofujący się Niemcy wysadzili wały przeciwpowodziowe. Dwukołowy wóz, który znalazłem w rowie i do którego zaprzęgłem konia – porzuconego zapewne przez armię ze względu na swoje kalectwo – ugrzązł już dawno w błocie, a skoro zmuszony go byłem porzucić, jadę dalej na oklep na grzbiecie zmęczonego zwierzęcia.

Nie posiadam już nic poza tym, co mam na sobie, i oprócz pakunku przytroczonego do siodła, w którym ukrywam chleb i wierną pepeszę. Ona będzie towarzyszką mojej samotności, a wszystko inne, co wkrótce okaże mi się potrzebne do życia, wstanie nazajutrz wraz ze słońcem gdzieś na horyzoncie, w zasięgu jej kul i moich rąk.

Wyrasta przede mną karykatura miasta, milczący cień dumy wielowiekowego grodu. Wiatr z Żuław zawiewa go mgłą i zamyka w jej bezkonturowej masie. Gęstwina ruin, nad którą wynosi się zniszczona wieża kościoła, rozlewa swoją amorficzną mnogość nad wodami rzeki, która – skądkolwiek płynęła i dokądkolwiek zmierzała – wydaje się teraz unieruchomiona, jakby dostrzegła bezcelowość swych odwiecznych zmagań. Oto, jak wita mnie Elbląg – niby poczerniały, zachwaszczony ogród rozwinięty za bramą cmentarza, gdzie nie czeka nic oprócz takiej ciszy, która opatula sobą świat nie znający czasu, wdrożony w dzisiejszość bez końca i początku i podporządkowany wyłącznie prawom umarłych. To miejsce okazuje się więc takie, o jakim nawet nie marzyłem – dalekie od moich wstępnych wyobrażeń, a przy tym nawet od nich właściwsze, gdyż bardziej do mnie równoległe. Jego zgliszcza zdają się być tłem dla ruin, które przyniosłem w sobie, jakby scalały się w jedność, wzajemnie uzupełnione i tożsame.

Moim żywiołem jest noc, wlewająca się w miasto potokami niebezpieczeństw. Sierp księżyca wyostrza obrysy domostw, ujawniając cienie i sylwetki, które przemykają bezszelestnie przez załomy ulic. Jakiś człowiek z tobołem zwiniętym z prześcieradła i przerzuconym przez zgarbione plecy umyka na mój widok i gdzieś za rogiem unika księżycowego światła, które obnażyło jego obecność. Drugi, niosący walizkę, wbiega do na wpół zburzonej kamienicy, w ciemność korytarza pozbawionego wejściowych drzwi. To szczury, które w nocy wychodzą na żer, oprychy biorące miasto we władanie w godzinach ciemności. Inni, zamknięci w swoich domach i pogrążeni w męczących snach, wyczekują nadejścia poranka – kto jeszcze zachował w sobie przyzwoitość, temu lęk i wstręt do ryzyka nie pozwalają opuszczać kryjówki, choć nie ma przecież takiej, która dawałaby zupełną rękojmię bezpieczeństwa. Nikt też, kto nie gardzi własnym życiem i w kim tli się jeszcze odrobina rozsądku – lub przynajmniej zwierzęcego instynktu, bo tylko to ostatnie pozostało w każdym – nie wypuszcza się w ciemność nieuzbrojony. Pod osłoną czarnych ścian, pokruszonych murów, stert gruzu i opustoszałych domów mijają się ostrożnie zaciekli wrogowie, rywale w woli przetrwania na terenie wspólnego żerowiska. Miasto przeistacza się w leśny gąszcz, który uznaje tylko pierwotne prawa, nie sprzyjając bezsile i błogosławiąc tylko mocnemu.

Przez jedno z okien, pozbawionych szyb przez armatnie salwy, wystaje nasiąknięty kurzem strzęp firany. We wnęce tej dostrzegam krótkotrwałe mgnienie światła – ktoś najwyraźniej krąży po pustym pokoju, przyświecając sobie w mroku podczas szukania łupów. W tym samym czasie ktoś inny skrada się ulicą, ale zdradza go skrzypienie kół taczki, którą popycha przed sobą z pośpiechem. To jeden z tych, którzy chcąc mieć zbyt wiele, tracą wszystko – zaraz też słychać pojedynczy strzał i spłoszony człowiek jak cień umyka wzdłuż ściany, jednym gibkim susem przesadza mur i znika gdzieś w ciemności, porzucając wszystkie swoje zdobycze. Tamten zaś, który przed chwilą strzelał, podbiega i rozwidniając karbidówką to, co ma przed sobą, pośpiesznie wybiera z bezpańskiej już taczki wszystko, co jest w stanie unieść w rękach. Zaraz potem, zgasiwszy światło, czmycha sam pomiędzy drzewa i dziurawe płoty. Kilka przecznic dalej, przed drzwiami kamienicy – która zachowała się w całości, strasząc jedynie wyszczerbioną elewacją – stoi wojskowa ciężarówka. Poświata jej reflektorów wychwytuje z cienia pośpieszne ruchy kilku postaci: jedne z nich wynoszą z budynku meble i wartościowe sprzęty domowe, podczas gdy inni odbierają znaleziska i bez ceremonii zrzucają je na pakę samochodu, nie zważając bynajmniej na gruchot łamanego drewna. Ci są Rosjanami – robią to samo, co wszyscy ci, którzy tu i ówdzie przemykają ukradkiem, lecz kradnąc, w przeciwieństwie do innych nie muszą się kryć, mając nad sobą ochronny patronat władzy. Im też przypada lwia część, i dopóki nie będą syci, sępy i hieny nie mają śmiałości krążyć w pobliżu – byli tu jako pierwsi, od początku więc to oni wydzierają tej ziemi najcenniejsze skarby, nie mając równej sobie konkurencji. Nie rozróżniają dnia i nocy, biorąc co chcą, skąd chcą i kiedy zapragną, tam zaś, gdzie się zjawią, wszelka istota wstrzymuje oddech, chroniąc swą obecność przed ich uwagą. I mnie nie widzą, gdy bezszelestnie pogrążam się w ciemności. To ona staje się powietrzem, które unosi mnie z dala od wrogich oczu, płaszczem dla mojego ciała i tarczą przeciw kulom, które dzięki niej mnie nie dosięgną – kiedy prawo jej żywiołu wyjmuje mnie spod władzy słońca, noc i ja stajemy się jednością.

Jestem szabrownikiem. A jednak nie nazwałbym siebie złodziejem, jak nazywa się tych, którzy ściągają do Elbląga zwabieni łatwym zyskiem, niewybrednie wybierających wszystko, co śladem Sowietów uznali za wartościowe. Zegarki, rowery, maszyny do szycia, pościel, biżuteria, radia, aparaty fotograficzne i telefoniczne – oto najwyższe, zaśnieżone szczyty ich marzeń, śmietanka, którą łakomie się tuczą, innych oczekiwań nie mając w zanadrzu. Nie gardzę tym wszystkim, bo to najłatwiej jest sprzedać, a ja – jak każdy człowiek – wszak potrzebuję pieniędzy i chleba. Dla mnie jednak łupy tego sortu noszą na sobie znamię przypadku – to uboczne efekty mych uważnych poszukiwań, mało znaczące przedmioty, które biorę beznamiętnie, kiedy się wproszą pod moją rękę. Przybyłem do Prus Wschodnich wiedziony myślą o innych rzeczach. Szukam tego, czego wartości jestem świadom jako jeden z niewielu w tej mnogości bezrefleksyjnych osobników: opryszków, maruderów i desperatów pozbawionych wiedzy i smaku. Ja jestem koneserem, szabrownikiem-koneserem.

***

Stare Miasto i Śródmieście to dzielnice, które od pocisków artyleryjskich ucierpiały najbardziej. Niektóre budynki jednakże, jakimś dziwnym trafem, zdołały przetrwać w nie najgorszym stanie. Do tych ostatnich należy część szerokiej ulicy noszącej prowokacyjnie brzmiącą nazwę Adolf-Hitler-Straβe[1]– jeżeli wierzyć tabliczce na jednej ze ścian, której jeszcze nie zerwano chyba tylko dlatego, iż jest przytwierdzona nader mocno. Sądząc zarówno po nazwie, jaką Niemcy bynajmniej nie chrzcili podrzędnych alejek, oraz po nagromadzeniu banków i sklepów, które – jak głoszą tutejsze szyldy – mieściły się przy niej, musiała to być jedna z reprezentacyjnych ulic Elbląga, a jako taka zapewne budziła niebagatelne zainteresowanie Rosjan w pierwszych dniach po opanowaniu przez nich miasta. Nie jestem więc szczególnie zaskoczony, odkrywając sukcesywnie, iż budynki się tu znajdujące zostały już uprzednio splądrowane. Również mieszkanie, do którego właśnie wchodzę, nie pozostawia w tej kwestii złudzeń – z całą pewnością ktoś mnie ubiegł. Po podłodze wiją się zniszczone sprzęty – potrzaskane meble, rozrzucone kartki papieru i brudne szmaty. Podobnie jak w mieszkaniach sąsiednich, które tej nocy odwiedziłem, wnętrze tutaj jest przestronne, wysoko sklepione, z wielkimi oknami, które za dnia musiały wydzielać mieszkańcom hojne porcje słońca.

Wyraźne ślady dewastacji nie zrażają mnie jeszcze, jestem bowiem świadom, jak wiele cennych przedmiotów jest w stanie przeoczyć oko nieznającego ich wartości przypadkowego rabusia, który widzieć potrafi tyle, ile mu oglądać pozwala wódka płynąca w żyłach zamiast krwi. Unoszę wyżej lampę naftową, a jej płomień, dygocąc, rozjaśnia kolejne ściany. Widać na nich blade prostokąty, zdradzające, w których miejscach jeszcze do niedawna wisiały obrazy lub oprawione w ramy fotografie, pod które nie dostał się pył wojennej zamieci, skażający szarością każdy odsłonięty milimetr tynku.

W następnym pomieszczeniu zastaję truchło obrazu, w odruchu obronnym przed upadkiem ze ściany krzywo uchwycone jedynym gwoździem. Materia płótna, rozerwana długim cięciem bagnetu, wywija na zewnątrz poszarpane krawędzie i, jakby się skarżąc na tę ranę, pokazuje próżnię w swoim centrum. Zdejmuję ramę ze ściany i układam na podłodze, aby na płaskiej powierzchni zbezczeszczony obraz ułożył się na powrót w dawną kompozycję. Światło lampy migoce na malowidle i z ciemności wyłaniają się kolory zimowego, alpejskiego landszaftu. W prawym dolnym rogu znajduje się sygnatura artysty, kaligrafowana drobnym, czarnym gotykiem. Nazwisko wprawdzie nie mówi nic, ale zręczne pociągnięcia pędzla i kunsztowne użycie koloru wstawiają się za anonimowym malarzem, aby nie odmawiać mu talentu i wprawności w rzemiośle. Olej, pierwsza połowa XIX wieku – to wszystko, co potrafię odgadnąć, kiedy walka ciemności ze skąpym światłem przenośnej lampy ogranicza moją spostrzegawczość – lecz wiem na pewno, że ten obraz miał swoją cenę, nie będąc jarmarcznym bohomazem zdobytym za jedną markę od wędrownego kramarza. Teraz jednak nie posiada już wartości materialnej, bezmyślnie zasztyletowany przez jakiegoś profana. Pozostanie tu, gdzie go zastałem, dzieląc poniewierkę z innymi śmieciami.

Na przeciwległej ścianie wisi inna rama, mniejsza od tamtej i pozbawiona złoceń. Z jej krawędzi wygryzają się ostre kawałki szkła, reminiscencja stłuczonej szybki. Fotografia Führera zerka na mnie władczymi oczyma sponad wąskiego wąsika. Na zdjęciu wygląda on bardzo żywotnie i jakby nic nie robił sobie z tego, że jego wizerunek podziurawiło już parę kul – z właściwym sobie fanatycznym uporem ciągle trzyma się pomiędzy deseczkami ramy. Niektórzy zdają się wierzyć, że skoro jeszcze nie udało się zgnieść tego znienawidzonego wroga, trzeba przynajmniej dobijać oddzielnie każdy jego portret, unieszkodliwiać każdy znak i symbol, w którym czaić się może cząstka jego diabelskiej duszy. Tych licznych cząstek zabraknie jednak nieprędko – każda przecież niemiecka rodzina, uważająca się za ostoję prawdziwie nordyckiego ducha i piewcę doskonałego porządku, taki właśnie obraz – ikonę germańskiego bożyszcza – wieszała w domu na honorowym miejscu z namaszczeniem i czcią połączoną z porównywalnym brakiem smaku, jaki był udziałem religijnych oleodruków w chatach i mieszkaniach polskich. Cóż się zatem dziwić Rosjanom, którzy weszli przede mną do tego mieszkania, gdzie niespodziewanie powitał ich niemiecki wódz o gniewnym i zuchwałym spojrzeniu? Musieli go ukarać, rozstrzeliwując w napadzie złości choćby to zwyczajne zdjęcie, nadrukowane na tekturce i zamknięte za szybą. W tym kontekście nie zaskakuje mnie również, że ofiarami ich gniewu padły podobnie inne, bardziej wartościowe obrazy, których jedynym przewinieniem było to, że wisząc w sąsiedztwie Führera, zdawały się z nim kolaborować. Już zresztą poczyniłem ogólną obserwację, iż wewnątrz domów, które takim antytalizmanem ściągają na siebie mściwość zwycięzców, nic właściwie nie zwykło zachowywać się w jednym kawałku.

Jeszcze nie przerywam poszukiwań, instynktownym uporem gnany do innych pokoi. Omijając ostrożnie resztki mebli – które jak włócznie sterczą znad podłogi, czekając tylko okazji, aby wbić drzazgi w czyjeś ciało – docieram do masywnego kredensu. On jeden, w przeciwieństwie do krzeseł i szafek, oparł się furii zdobywców, nie dając się obalić i roztrzaskać na fragmenty. Ten mebel ucierpiał w inny sposób – nie ma w nim ani kawałka szyby z oszklenia chroniącego półki, których zawartość wygląda, jakby przemiotło ją tornado. Skorupy naczyń i figurek wyrzuconych stamtąd chrzęszczą pod moimi podeszwami. Inne leżą we fragmentach, ścieląc pokotem te same półki, na których stały wtedy, gdy jeszcze były całe. Mam mimo to wrażenie, że trafiłem na wyjątek, kiedy biała filiżanka z subtelnymi złoceniami przyciąga mój wzrok. Oglądam ją ze wszystkich stron, aby w końcu ją odrzucić, kiedy rozczarowany odkrywam oderwane ucho. Jest tam jednak jeszcze coś – porcelanowa figurka. W najdalszym kącie półki chowa się jak lis, który umknął do nory na przekór myśliwskiej nagonce. Obracam w dłoni mlecznobiałą, miejscami lekko barwioną postać damy z biskwitu – urokliwe dzieło manufaktury z tradycją, za punkt honoru mającej dbałość o szczegóły. Jako że figurka wydaje się nietknięta, odwracam ją do góry dnem, by rozpoznać sygnaturę, która na spodzie naznaczona jest wgłębieniem. Przedstawia dwa skrzyżowane miecze wewnątrz trójkąta – znak Miśni sprzed roku 1813.

Zdejmuję z ramienia ciężar wiszący na skórzanych paskach, które dorobiłem do dużej, podróżnej walizki, aby móc ją dźwigać, nie zajmując sobie niepotrzebnie rąk. Ostrożnie, aby nie uszkodzić zawartości, układam ją na podłodze, odpinam zamki i unoszę wieko. Oświetlone lampą, majaczą we wnętrzu kontury przedmiotów złożonych tam przeze mnie wcześniej statuetek, sztućców, zrolowanych płócien owiniętych w szarą bibułę. Znajduję między nimi miejsce dla figurki i ubieram ją w papier, aby delikatna dama nie musiała utyskiwać na niewygodę, i aby żadne stłuczenie czy rysa nie skaziły jej jasnej, biskwitowej cery. Układam ją w walizie jakby w wielkim sarkofagu, po czym pogrążam w ciemności.

Przed wojną byłem człowiekiem kultury, wiernym powabom tej muzy, która szumnie zwie się sztuką – pracownikiem jednego z muzeów stolicy. Miałem się za piewcę tradycji, która wówczas jeszcze posiadała swe uzasadnienie i cel – lecz to już się stało przeszłością, iskra herezji zapaliła moje myśli przeciw dawnej wierze. Pamięć jednak pozostała przy mnie, gdyż wojna, która wzięła wszystko inne, nie zdołała odebrać mi wiedzy. To właśnie ona szepce mi teraz, co jest warte uwagi, daje świadomość, iż to, co tak pieczołowicie wybieram spomiędzy przedmiotów pogardzonych przez złodziejskie ręce, posiada większą wartość od wszystkiego, co lśni najjaśniej i blaskiem tombaku przyciąga niewprawne oko amatora.

Nie mam złudzeń – dziś nikt nie doceni wartości tych rzeczy, nie spojrzy łaskawym okiem na to, czego nie da się zjeść lub przetopić na karabinowe kule, skoro dotąd nie dogasły wszystkie wojenne ogniska. Wkrótce jednak skończy się ten chaos i nastanie cisza, jaka pojawia się po gradobiciu, nakazując milczenie nad połamanymi kwiatami w ogrodach pielęgnowanych przez wieki. W owym dniu, gdy kurz bitewny opadnie i wypalą się iskry, które się jeszcze tlą w rumowiskach, rzednące dymy wyłonią spośród siebie próżnię, jakiej niczym zapełnić nie można i której nie sposób zabarwić. Przed nią nie będzie ucieczki poza brnięciem w ułudę, nostalgicznym spoglądaniem w przeszłość i zatraceniem się razem z tym, co już się przebrało w pośmiertny strój. Wtedy wzgardzone zabytki i dzieła sztuki powrócą do łask i powróci ich pieniężna wartość, dając mi możliwość korzystnej sprzedaży tego, co teraz zdobywam. Może nawet sami Niemcy będą wówczas potrzebować tych szczątków, pożądać relikwii kultury, którą sami kreowali i którą wymazali własnoręcznie. Powojenni dorobkiewicze, starzy znawcy i dyletanci-kolekcjonerzy, zaczną polowanie na wspomnienia po umarłym świecie, nerwową obławę na pamiątki zdradzonej tożsamości swych narodów i ziem – oni będą płacić za wszystkie intelektualne proszki, które miałyby uśmierzać ich bolesne niedookreślenie, pomagać w oszukiwaniu siebie samych, jakoby nie wszystko było już przegrane i ze strzępów wydartych ubiegłym latom dało się pozszywać przyszłość. Tak oto utrudzonym ciężarem prawdy ulży zwodnicze mniemanie, że wrak kontynuacji, którym regresywne wiry rzuciły już o dno, mógłby jeszcze wypłynąć w chwale pełnych żagli.

[1] Obecna ulica 1 Maja

ROZDZIAŁ II

Noc wycofuje swoje wojska przez siłami poranka, które, jak zwykle o tej porze, obległy miasto od wschodu. Kończę swój połów, póki niebem włada jeszcze mój sojusznik, księżyc. Powracam do Haus – tak bowiem nazywam swoje tymczasowe lokum, niemieckie domostwo. Tą nazwą odróżniam je od tego, co godne jest miana domu, czyli naszego mieszkania w Warszawie, które już nie istnieje, i od tego domu, który jeszcze nie istnieje, lecz który – zgodnie z obietnicą złożoną żonie – zbuduję po wojnie, by przy rodzinie spędzić następne lata i udawać tego, kim byłem, a kim być przestałem.

Przechodząc przez park Rosengarten[1], przyglądam się połamanym krzewom i pozostałościom klombów. Gdzieniegdzie wszystko jest zmiażdżone, jakby pochód czołgów przejechał w poprzek tego zacisznego zieleńca i bezlitośnie staranował kruche rośliny – możliwe zresztą, że właśnie tak było. Dostrzegam tu róże, które próbują wypuszczać pierwsze wiosenne liście – ich wysiłek zdaje się być jednak wymuszony i skażony próżnością. Nieprędko przecież napotkają spojrzenia, które uniosłyby się zachwytem nad tym, czym są w istocie – nietrwałą kroplą barwy w morzu skostniałej szarości. Zresztą, nieopodal widzę rzecz ciekawszą od różanych krzewów – kamienne putta w beztroskich, sielankowych pozach przysiadają na środku suchej fontanny. Rzeźba jest pięknie wykonana i zabrałbym ją pewnie, gdyby tylko dała się unieść.

Trafiam do swojej kryjówki. Nerwowo, niczym ćma, trzepoce w porannej szarości biało-czerwona flaga, którą zatknąłem przy płocie wzorem innych przybyszów z Polski, aby choć trochę zmniejszyć ryzyko włamania. Niewątpliwie jest w tym jakiś rys ironii, że i dom szabrownika może nie uniknąć szabru.

Zanoszę walizkę na ciasny stryszek, rozkładam znaleziska po kufrach i zakurzonych kątach, gdzie zebrałem już niemały antykwariat. Gdyby ktoś włamał się do domu pod moją nieobecność, być może nie zajrzałby na poddasze, mniemając błędnie, że prócz nieużytecznych gratów nic cennego w tym składzie nie powinno być schowane.

Na dole wczesnowiosenny chłód snuje się nisko przy podłodze, krążąc od kąta do kąta jak uwięziony na łańcuchu kundel, który z poczucia obowiązku obszczekuje każdego przechodnia. Żar w piecu całkowicie już wygasł, co wprawia mnie w irytację. W końcu zamieszkałem tutaj – zamiast jak bezdomny sypiać byle gdzie – po to właśnie, aby po całonocnym wędrowaniu móc zapaść w odprężający sen, jaki gwarantuje tylko ogrzana izba.

– Stary, napal w piecu! – wrzeszczę po niemiecku, aby mnie zrozumiał leciwy szwab.

Niemieckim i rosyjskim władam zgrabnie. Wojna zrobiła ze mnie poliglotę, może więc, o ironio, za to jedno jestem jej winien wdzięczność.

Nasłuchuję chrzęstu klamki w sąsiednim pokoju, skrzypnięcia zawiasów i powolnych kroków starca, który w wytartej piżamie w paski opuszcza swój barłóg, narzuca płaszcz na nocne odzienie i wychodzi po drewno. Wreszcie wraca i stękając boleściwie, kuca pod piecem, otwiera drzwiczki i układa za nimi opał.

Nigdy nie myślałem, że będę mieszkał z Niemcem pod jednym dachem – to dzieło przypadku. Rzekłbym jednak, że stary Albert Hoffmann nie jest moim współmieszkańcem, a raczej meblem szczególnego rodzaju, ruchomym gratem, wchodzącym w skład wyposażenia, jakie tu zastałem i przejąłem razem z domem. Nie mam wprawdzie z niego wiele pożytku, ale też w niczym specjalnie mi nie przeszkadza, kiedy umiejętnie uchodzi przed moim wzrokiem.

Przybywszy do Elbląga, dotarłem na jedno z najnowszych tutaj osiedli, przez Niemców nazywane Erich-Koch-Siedlung na cześć wschodniopruskiego gauleitera. Tutaj najchętniej osiedlają się teraz Polacy, i również mnie to miejsce przypadło do gustu. W porównywalnych odstępach, niczym warzywa na grządkach, rosną obok siebie robotnicze, jednorodzinne domy. Wszystkie są do siebie podobne, jakby rysowane przez kalkę, co je wpasowuje w socjalistyczny ideał aryjskich rodzin żyjących w identycznych domach, czytających identyczne gazety pełne identycznie brzmiącego bełkotu i dla chwały wielkich Niemiec posiadających identyczne, jasnowłose potomstwo. Wiedziałem jednak, że jeśli zajmę nazbyt wykwintny i duży dom, niechybnie rzuci się on w oczy rabusiom lub może odbierze mi go wojsko – pijana masa ludzka, która gnieździć się lubi w najdostojniejszych budynkach, obyczajem srok zawsze wpatrzona w błyskotki, również te architektoniczne. Tak więc domy na Erich-Koch-Siedlung[2] – niemal nienaruszone w czasie niedawnych walk i zdające się być zdatnymi do natychmiastowego zamieszkania – przyciągnęły moją uwagę swoją programową prostotą. Szukając domu odpowiedniego, by się w nim zatrzymać na dłużej, zaglądałem najpierw do tych pustych, które jeszcze zimą porzucili mieszkańcy, w panice uchodzący przed frontem – odkryłem jednak z rozczarowaniem, że kanalizacja jest w nich niesprawna. Pomyślałem wtedy, że wskutek braku ogrzewania w czasie ostrego mrozu zamarzły i popękały instalacje, i przez jakieś roztargnienie nie przyszło mi wówczas do głowy, że w całym mieście najzwyczajniej nie działają wodociągi. W bezowocnym poszukiwaniu cywilizacyjnej wygody, jaką byłby dostęp do bieżącej wody, sprawdzałem więc dom po domu, aż wreszcie zainteresowałem się jednym, wciąż jeszcze zamieszkanym, który zwabił mnie kuchennym oknem, gdzie świeczka na parapecie tliła się ciepło i zachęcająco. Tam właśnie zastałem Hoffmanna, jedynego mieszkańca, którego nie zdołałem się pozbyć, choć z taką początkowo nosiłem się chęcią. Stary okazał się bowiem człowiekiem nazbyt zrezygnowanym, by jakakolwiek groźba z mojej strony zdolna była obudzić w nim lęk. Jedyne więc, co mogłem zrobić, to zastrzelić go, wygnać przemocą albo tolerować, i chociaż jemu było już właściwie wszystko jedno, do pierwszych dwóch rozwiązań nie byłem przekonany. Jego rodzina uciekła do Rzeszy na początku stycznia, w pośpiechu opróżniając dom z najcenniejszych ruchomości i porzucając niepotrzebny balast – ojca familii przygniecionego zaawansowanym wiekiem. Nie jestem tu jednak po to, aby użalać się nad starcem, który z wytęsknieniem, niby łaski, wyczekuje zgonu – wtóruję mu biernie w tym oczekiwaniu. Z reguły zresztą nikomu kto wierzy, iż umrze wkrótce, nie jest dane się mylić.

Z trudem dochodzę do porozumienia ze Starym. Wprawdzie on sam rozumie dobrze, co ja mówię do niego, lecz mnie jego dykcja nastręcza sporych trudności – podeszły wiek i brak większości zębów plączą mu język, zlepiając wypowiadane słowa w niewyraźny gęgot. Ponadto, jak zgaduję, musi on pochodzić z dalszych jeszcze wschodnich rubieży Niemiec, gdyż posługuje się narzeczem dla mojego ucha bynajmniej nie identycznym ze szkolną niemczyzną. Unikam zatem wchodzenia z nim w dyskusje, na które obaj i tak nie mamy większej ochoty. Rozmowy nasze są rzadkie także ze względów skądinąd obiektywnych, bo kiedy on budzi się rano, ja z reguły zasypiam po całonocnej aktywności. Przypuszczam też, że Stary skrycie żywi do mnie nienawiść – wychwytuję to w jego niechętnym spojrzeniu, kiedy na zawołanie zjawia się z pozoru posłusznie, aby spełnić jakieś moje polecenie. Nie śmie jednak narzekać, mając pewnie na uwadze, że kiedy zamieszkuje z jednym nieproszonym gościem, wówczas mniejsza jest szansa wproszenia się innego, który być może obszedłby się z nim w inny, surowszy sposób.

Obserwuję Starego przez uchylone drzwi kuchni. Widzę, jak bierze miskę z wodą, potem otwiera szafkę, stamtąd wyjmuje kawałek suchego chleba i powolnym, artretycznym ruchem sadza swoje ciało na krześle przy stole. Zaglądałem przedtem do tamtej szafki – leży w niej kilkanaście czerstwych jak kamień bochenków, które zapewne przed swoją ucieczką zostawiła mu łaskawa rodzina, aby przedłużyć jego głodowe bytowanie. Nie wiem jednak, w jaki sposób krewni starca zorganizowali tyle pieczywa – mogę jedynie przypuszczać, że mieli znajomości w piekarni, ponieważ w innym wypadku kartki na racjonowaną żywność utrudniłyby – o ile nie uniemożliwiły – zrobienie długoterminowych zapasów w takiej ilości. Stary odprawia właśnie swój rytuał, który powtarza co dnia – bierze pojedynczą, kamieniście twardą kromkę, zanurza w misce i trzyma, przyciskając ją dłonią do dna przez kilka minut. Potem wyjmuje z wody rozmoczony, pozbawiony smaku chleb, unosi do ust i z mozołem zaczyna przeżuwać swoimi na poły bezzębnymi ustami. Ogólna cisza pozwala mi słyszeć, jak krople wody skapują z pieczywa z powrotem do miski i jak Stary chrząka pomiędzy jednym a drugim wymuszonym kęsem. Mierżą mnie te odgłosy. Wiem, że będzie tak siedział przynajmniej pół godziny, a ja chyba nie zasnę od razu, choć jestem zmęczony – dalej doskwiera mi chłód, bo pokój jeszcze nie zdążył się nagrzać.

Na ścianie obok pieca wisi kartonikowa fotografia oprawiona w kremowe passe-partout, na którym aż tłoczno od secesyjnych ozdobników. Młody mężczyzna w scenerii atelier, w pruskim mundurze i z szablą huzarską przy boku stoi sztywno i patrzy przed siebie niewidzącym, czarno-białym wzrokiem. Monstrualne wąsy zajmują połowę jego twarzy, więc trudno mi mieć pewność, czy rozpoznaję te gładkie rysy – mogę się jednak domyślać, że papier fotograficzny uwiecznił na sobie nie kogo innego, jak mojego obecnego współmieszkańca i jego najlepsze lata, niepodobne wcale do starości czerstwej jak ten chleb, który jeszcze go trzyma przy życiu.

[1] Obecnie Park Kajki. „Ogród Różany” był przed wojną podzielony na dwie części: Klein Rosengarten oraz Gross Rosengarten.

[2] Obecne Osiedle Marynarzy.

Redakcja: Paweł Pomianek

Korekta: Katarzyna Czapiewska

Okładka, ilustracje: Pamela Jaworska

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

© Kilian Schmidt i Novae Res s.c. 2013

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7722-700-8

 

NOVAE RES — WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl

 

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.