Systemy doskonałe - Beata Ziaja - ebook
NOWOŚĆ

Systemy doskonałe ebook

Beata Ziaja

0,0

Opis

„Wolność to ułuda, towarzyszu!”

Czy istnieje doskonały system władzy? Czy za fasadą obietnic szczęścia, bezpieczeństwa i

powszechnego dobrobytu zawsze muszą kryć się manipulacja, przemoc i bezwzględna

kontrola? I czy w świecie, w którym pragnienie wolności staje się przestępstwem, jedyną

szansą na przetrwanie jest posłuszne oddanie się w ręce władców?

„Systemy doskonałe” to zbiór fantastycznych opowieści o wolności utraconej, który

czyta się jednym tchem. Utrzymane w baśniowej konwencji uniwersalne historie

demaskują mechanizmy cynicznej manipulacji, którym żądni władzy despoci poddają

zarówno jednostki, jak i całe społeczeństwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 182

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN: 978-83-68817-75-1

IKamienny labirynt

Wielka ciemna sala z reflektorem skierowanym na metalowe krzesło pośrodku… Kto na nim siedzi? To ja, jeden z ostatnich więźniów politycznych w tym kraju. Mąciciel i wykolejeniec, brużdżący w tej dobrze zorganizowanej ojczyźnie szczęśliwych ludzi, którym system tak wygodnie układa życie! Indywidualiści miłujący wolność nie są tu potrzebni.

Stół, przy którym obraduje Trybunał, tonie w mroku. Nie czuję się bezpieczny w jasnym stożku światła, jestem jak zwierzyna wydana na żer drapieżnikom! Widzę tylko zarysy postaci przystrojonych w togi, arogancko rozpartych przy prezydialnym stole… Ktoś spośród siedzących każe mi wstać. Wiem, że obok czuwają uzbrojeni funkcjonariusze reżimu i tylko czekają na okazję, aby rzucić się na mnie i zaspokoić prymitywną żądzę przemocy. Wstaję więc i słucham „wyroku”, który nareszcie zakończy tortury wielogodzinnych przesłuchań połączonych z powtarzaniem w kółko tych samych oskarżeń. Zawikłane formuły prawne mnie nudzą! Ale wreszcie słyszę werdykt: „…i zostaje skazany na przebycie kamiennego labiryntu”, a wtedy krew odpływa mi z twarzy, a nogi miękną.

Spodziewałem się wyroku śmierci, ale kamienny labirynt to coś o wiele gorszego — los tych, których tam wtrącono, jest znany tylko ich oprawcom! Nikt nie wie, gdzie leży ten osławiony labirynt… Nikt nie wie, gdzie się zaczyna, nikt nie wie, gdzie się kończy… Oto kolejna hipokryzja systemu — prawo stanowi, że jeśli skazanemu uda się przedrzeć przez tę wymyślną pułapkę, będzie wolny — tyle tylko, że nie widziano jeszcze nikogo, kto by stamtąd powrócił, żywy czy umarły.

Mam dosyć tego udawania, dosyć znęcania się nade mną, więc krzyczę na cały głos:

— Wystarczy tej zabawy! Tchórze, którzy bawicie się ludzkim nieszczęściem, zakończcie wreszcie tę farsę! Miejcie odwagę i skażcie mnie na śmierć!

Kątem oka widzę, że z mroku wyłania się jakiś ciemny kształt… Potem drugi… Nagle dostaję mocno pałką po głowie! Zataczam się, a oprawcy biorą mnie pod ręce i wywlekają z sali. Później wrzucają mnie jak worek do metalowego pojazdu. Tylne drzwi się zatrzaskują i ruszam karetką więzienną w moją ostatnią drogę.

Upadając, uderzyłem chyba głową o metalową ścianę, bo teraz bardzo boli! W pojeździe jest ciemno i śmierdzi, chyba wielu, których tu przewożono, załatwiało swoje potrzeby na podłogę. Robi mi się niedobrze i wymiotuję. A potem nieoczekiwanie popadam w omdlenie…

Budzi mnie dopiero otwarcie drzwi. Strażnicy każą mi wyjść, naśmiewając się z mojego wyglądu i przykrego zapachu. Jest mi bardzo zimno, dostaję dreszczy, ale nie ma to w tej chwili znaczenia! Jesteśmy gdzieś daleko, na zupełnym odludziu… W oddali słychać szum morza. Auto stoi przy wysokim murze. Jest za nim jakiś ogród albo park, bo na przesyconym świetlistą szarością niebie widzę nagie konary drzew, które kołyszą się lekko na wietrze… Kiedy tak stoję i przyglądam się tej ponurej okolicy, jeden ze strażników odmyka masywną bramę i wpycha mnie na drugą stronę, przerzuca tam także niewielki plecak.

— To twoje żarcie na drogę do wolności! — rechoce.

Jego kolega wtóruje mu ochoczo, a potem dodaje:

— Lepiej się pospiesz z wejściem do labiryntu, bo w nocy wypuszczają na ten cmentarz psy! W środku masz większe szanse na przeżycie, he, he, he!

Potem pospiesznie zamykają wrota. Słyszę, jak zaskakują zapadki w potężnym zamku. Za chwilę auto odjeżdża z piskiem i tak zostaję sam — sam w mrocznym ogrodzie, pełnym zeschłych krzewów i drzew… Przypomina mi to o przemijaniu i o czającej się gdzieś w pobliżu śmierci. Obsadzona drzewami alejka, ciągnąca się od bramy w głąb parku, prowadzi mnie w stronę otworu w murze. To musi być przejście do labiryntu, bo innych drzwi tu nie ma! Patrząc na nie, uświadamiam sobie, że widzę najprawdopodobniej wejście do własnego grobowca. Ta myśl raczej nie cieszy, ale może istnieje chociaż nikła szansa na ocalenie? Życie, które tak wiele razy ochoczo stawiałem na szali, jest mi teraz niesłychanie drogie!

Rozglądam się wokoło. Wkrótce staje się dla mnie jasne, że nie ma szans na wydostanie się z ogrodu — na gałęziach wiszą kamery, które śledzą każdy ruch, a skądś — z bardzo bliska! — dobiega szczekanie sfory psów. Podnoszę plecak i rozglądając się na boki, powoli zmierzam w stronę ponurego wejścia. Ciemny otwór przyciąga z magiczną siłą! Chcę mieć to już za sobą, więc przekraczam próg, przechodząc ze zmierzchu w ciemność. Natychmiast zapada za mną metalowa ściana, odcinając mnie od zewnętrznego świata. Wnętrze labiryntu jest teraz rozjaśnione słabym poblaskiem, dzięki któremu niewyraźnie dostrzegam kamienne ściany i posadzkę pustego korytarza biegnącego gdzieś w dal. Jego koniec tonie w mroku…

Zaczynam powoli iść przed siebie… Myślałem, że po miesiącach przesłuchań i wyszukanych psychotortur niewiele może mnie jeszcze przestraszyć, a jednak tak bardzo się boję! Cały czas dotykam ręką ściany z prawej strony, bo kiedyś przeczytałem, iż to wypróbowany sposób na przebycie labiryntu… Ciekawe, ile kroków dzieli mnie jeszcze od śmierci? Może koniec czai się tuż za rogiem? Niestety, żadne źródła nie mówią, co czeka wędrowca w tym ponurym miejscu. Ja także nie będę mógł się podzielić z nikim nabytą wiedzą, jeśli pozostanę tu na zawsze!

Kiedy roztrząsam ten pozorny paradoks, nagle rozlega się Szept. Nie wiem, czy dochodzi z korytarza, czy słychać go tylko w mojej głowie. Szept szemrze przymilnie:

— Na pewno uda ci się odnaleźć wyjście! Musisz tylko zrozumieć labirynt, a wtedy odnajdziesz właściwą drogę. I będziesz wolny!

Zaraz potem cichnie.

***

— Skazany jest w środku, towarzyszu! Którą procedurę uruchomić?

— Na razie obserwujcie.

***

Kontynuuję trwożną wędrówkę w absolutnej ciszy, która aż dzwoni w uszach. Stąpając ostrożnie jak kot, nieśpiesznie posuwam się do przodu… Obawiam się ukrytych pułapek i zapaści, ale na razie żadna się jeszcze nie ujawniła… Wszystkie korytarze są podobne do siebie, ściany biegną gdzieś w dal, a potem nagle załamują się pod kątem prostym… Zatracam poczucie czasu, a od mdłego światła, bijącego od szarych płaszczyzn, zaczyna mnie boleć głowa. W końcu docieram do rozległej sali, częściowo pogrążonej w mroku. Siadam na podłodze i zamykam oczy. Chce mi się pić. Ktoś cały czas mnie obserwuje, bo znowu odzywa się usłużny Szept:

— Sprawdź, co dostałeś na drogę.

Posłusznie otwieram plecak. Są w nim jakieś konserwy w puszkach i kilka flaszek wody. Niewiele tego, ale wystarczy, aby przez jakiś czas nie umrzeć z głodu i pragnienia. Ale może to podstęp? Może ta żywność jest zatruta i gdy ją spożyję, skonam w mękach? Może to właśnie jeden ze sposobów na sprawne uśmiercenie skazańca?!

Przemagam wreszcie lęk i otwieram najmniejszą z konserw. Ma lekko chemiczny zapach… Jem powoli, popijając wodą z butelki. Czuję najpierw przypływ energii, a potem nagle ogarnia mnie gwałtowne zmęczenie… Zamykam oczy i zapadam w głęboki sen…

Na jak długo? Nie wiem! Ale gdy się budzę, nie ma wokoło labiryntu! Widzę za to przed sobą ogród pełen zimozielonych roślin… Wiatr lekko porusza liśćmi, a w powietrzu pachnie późną jesienią… W głębi parku dostrzegam dom z kamiennym tarasem, częściowo zarośniętym mchem. Przywołuje wspomnienie tego, co dawno przeminęło i co zawsze pragnąłem wymazać ze swej pamięci. W szeroko otwartych drzwiach na taras stoi starszy mężczyzna… Ze zdumieniem poznaję w nim swojego ojca! Powoli podchodzę bliżej…

On zauważa mnie, ale nadal stoi nieruchomo, nie wychodzi mi na spotkanie. Spogląda tylko w moją stronę i nic nie mówi. Za nim widać wnętrze biblioteki w naszym starym domu.

„Jak to możliwe?!” — zastanawiam się, bo przecież wiem, że i biblioteka, i ten dom dawno zniknęły z powierzchni ziemi. Zostały rozjechane buldożerami, ponieważ system upatrzył tu sobie miejsce dla nowego urzędu. „Co tu się dzieje? Nic z tego nie rozumiem!”.

— Tato! — mówię w końcu głośno. — Co ty tu robisz?!

Ojciec nie odpowiada. Cofa się w głąb pokoju i zaczyna powoli zamykać szklane drzwi. Podchodzę bliżej i widzę, że stoi przy nim mój młodszy brat. To jeszcze mały chłopiec. Ojciec uśmiecha się do niego ciepło, a potem pochyla się nad dzieckiem i czule je obejmuje. Obydwaj podnoszą głowy i patrzą w moją stronę, a ojciec kiwa mi grożąco palcem.

Nie mogę tego dłużej znieść, zaczynam wściekle uderzać pięściami o szybę, która nagle pęka, a jej ostry odłamek przecina mi rękę. Tryskająca z rany krew zalewa szkło agresywną czerwienią. Jednak moi najbliżsi nie zwracają na to w ogóle uwagi. Widzę jeszcze, jak odwracają się spokojnie i powoli odchodzą w głąb domostwa, by w końcu zniknąć w ciemnym korytarzu… Natomiast ja nadal nie mogę wejść do środka. Krew uchodzi ze mnie tak szybko jak wtedy z mojego brata — narkomana. Bo ten słodki chłopczyk stoczył się, gdy podrósł, i kiedyś rzucił się na mnie z nożem!

Stało się tak w czasie gwałtownej kłótni, która wywiązała się, gdy znowu nachalnie zażądał pieniędzy na swoje „proszki”, a ja mu odmówiłem. Broniąc się, popchnąłem go wtedy — niestety zbyt mocno — na okienną szybę, która pękła pod ciężarem nastolatka. Kawałek szkła wbił mu się głęboko w udo. Zanim przybyła fachowa pomoc, brat wykrwawił się na śmierć. To wtedy ojciec zerwał ze mną kontakt…

Znów przeżywam z niezwykłą intensywnością powtórkę tej strasznej sceny, którą na lata wparłem w głębinę niepamięci. Tyle tylko, że teraz to ze mnie ucieka życiodajna krew. Szarpie mną rozpacz, bo czuję, że szybko kończy się życie, nie wiem już, czy moje, czy mojego brata… Dopiero po dłuższej chwili przerażonego konania uświadamiam sobie, że ten koszmar nie może być realny, bo przecież to wszystko wydarzyło się w dalekiej przeszłości. Uciskając ranę na ręce, krzyczę:

— Ale wy przecież nie żyjecie! To było dawno i minęło! Minęło na zawsze!

Wtedy na moich oczach szyba matowieje i zamienia się w taflę lodu, który pęka na tysiąc drobnych kawałków. Lodowa gładź rozpada się i wejście do domu staje otworem… Nagle uderza zima i do środka wdziera się lodowaty wicher, zasypując wnętrze tumanami śniegu! Walczę, aby utrzymać się na nogach, bo wściekłe podmuchy wiatru uderzają we mnie raz po raz. Jednak w końcu siły mnie opuszczają i przewracam się w śnieżną zaspę na progu tarasu. Tam szybko przykrywa mnie świetlisty puch… Jest coraz zimniej i senniej… W pewnym momencie tracę przytomność.

Kiedy przychodzę do siebie, leżę na zimnej, zakurzonej posadzce labiryntu. Nigdzie nie ma śniegu! Jest cicho i pusto, a ściany korytarza jarzą się niezmiennie szarawą poświatą. Podnoszę rękę i oglądam ją z uwagą. Nie ma śladów uszkodzeń. Gdy wydaję westchnienie ulgi, znowu słyszę Szept. Podskakuję, bo nerwy mam napięte jak postronki. Tymczasem Szept syczy rozkazująco:

— Dostałeś właśnie wskazówkę. Wstawaj i idź dalej! No, idź!

***

— Skazaniec zbiera się, ale raczej powoli. Pomóc mu?

W tle słychać nieprzyjemny śmiech.

— Nie, na razie zostawcie go w spokoju. Niech idzie dalej w swoim tempie.

***

Po tym przeżyciu jestem jak w transie. Posłusznie zbieram się z podłogi, podnoszę plecak i wspierając się o prawą ścianę, chwiejnym krokiem ruszam dalej. Cały czas rozmyślam o tym, czego właśnie doświadczyłem. Prawdopodobnie do jedzenia domieszane były jakieś środki halucynogenne, które sprawiły, że dawno zapomniana trauma wróciła. Wygląda to na kolejną wyrafinowaną torturę systemu mającą przedłużyć moje męki! Niestety, nie mogę przestać jeść i pić, bo inaczej stracę nawet tę bardzo nikłą szansę na wydostanie się z kamiennego grobowca. Trzeba zatem przygotować się na dalsze omamy… Powoli daje mi się we znaki klaustrofobia, ale walczę z budzącym się lękiem. Aby się ratować, przymykam co pewien czas oczy i wyobrażam sobie szary bezkres oceanu z gromadami fal popychanych przez zimny wiatr. To pomaga.

Muszę wziąć się w karby, bo panika sprowadziłaby na mnie rychły koniec, a tak bardzo — coraz żarliwiej, coraz drapieżniej! — chcę przeżyć. Ciało i duch zdumiewająco zgodnie współpracują w walce o zachowanie istnienia. Nigdy nie przypuszczałem, że instynkt przetrwania może aż tak bardzo zdominować myślenie człowieka i zredukować wszystkie jego dążenia do tego jednego celu.

Błądzę kolejne godziny w szarych katakumbach. Jestem coraz bardziej zmęczony, spragniony i głodny. Próbuję jednak odwlec chwilę, kiedy będę znowu spożywał naszpikowaną narkotykami żywność. W końcu język przysycha mi do podniebienia i muszę szybko napić się wody. Po paru łapczywych łykach tracę siły. Nieubłaganie przychodzi narkotyczny sen…

Gdy się z niego przebudzam, wokoło nie ma już ponurego labiryntu. Przede mną rozciąga się teraz wesoły, młody las. Chyba jest wiosna, bo przez muskane wiatrem liście prześwieca psotne słońce, a w pobliżu słychać melodyjne głosiki ptaków. Spoczywam na leśnej polanie, na posłaniu z miękkiego mchu… Przede mną stoi drzewo — bardzo przypomina to ulubione, do którego biegałem jako dziecko. Silny wiatr nadłamał je, gdy było jeszcze małe. Aby zamknąć ranę, kora wykształciła z jednej strony zgrubienie na kształt stołeczka. Uwielbiałem na nim siadywać i przyglądać się stamtąd leśnemu życiu…

Gwałtownie pragnę przywołać beztroskie chwile, kiedy świat był taki piękny i bezpieczny. Rozmarzam się i przymykam oczy… Kiedy w końcu niechętnie rozchylam powieki, widzę ze zdziwieniem, że na drzewnym siodełku siedzi piękna Julia, moja pierwsza miłość z nastoletnich czasów. Julia uśmiecha się zalotnie, pokazując równy rząd białych ząbków. Jej długie ciemne włosy są spięte w niewielki koczek, ale mimo to niektóre kosmyki frywolnie rozsypują się na odsłonięte ramiona.

Dziewczyna śmieje się perliście i przed oczami stają mi obrazy z czasów, kiedy była dla mnie uosobieniem kobiecego piękna, skupiającego wokół siebie moje nieśmiałe chłopięce marzenia. Tak, Julia pozostała dalekim, nieosiągalnym celem, świecącym jak gwiazda na nocnym firmamencie. Nigdy nie miałem odwagi jej zagadnąć ani zbliżyć się do niej, pomimo że do szaleństwa zachwycałem się doskonałymi liniami jej ciała ukrytymi pod skromnie wykrojonymi sukienkami i czerwieniłem się jak burak, myśląc o tym, jak wyglądałaby bez nich. Życie odarło mnie jednak brutalnie z tych marzeń i wypędziło z miejsc, gdzie mogłem spotkać Julię… Straciłem ukochaną z oczu.

A teraz Julia siedzi tutaj… Zauważam, że bardzo wypiękniała od czasu, gdy widziałem ją po raz ostatni. Ma na sobie letnią sukienkę na cienkich ramiączkach, która mocno eksponuje nagie ramiona i smukłą szyję. Mimo woli kieruję wzrok na głęboki dekolt wypełniony ponętnymi krągłościami. Psotny wietrzyk unosi też czasami brzeg długiej spódnicy. Obnaża wtedy zgrabne kolana i uda, nęcąc rozkoszną tajemnicą schowaną w głębi… Julia zerka na mnie figlarnie, a ja wszystkimi zmysłami chłonę jej urodę i rozpalam się do zdrożnych czynów.

Wtem z bocznej ścieżki wychodzi jakiś mężczyzna… Gdy zauważa dziewczynę, jego oczy zaczynają gorzeć. Na mnie w ogóle nie zwraca uwagi. Na jego widok moja ukochana podnosi się spiesznie z drzewiastego siedzonka. Już nie patrzy na mnie, tylko na nowo przybyłego, i to wzrokiem pełnym oddania… A on — odwrócony do mnie tyłem — staje przed nią, przyciąga jej śliczną twarz ku swojej i namiętnie całuje słodkie wargi. Julia przymyka oczy, posłusznie poddając się tej pieszczocie… W końcu amant bierze dziewczynę na ręce. Podążając omszałą ścieżką, pospiesznie unosi zdobycz w głąb lasu… Julia oplata mu szyję białymi ramionami i składa głowę na piersi. Ja już dla niej nie istnieję!

Mój świat się rozpada, krzyczę coś, nie mogę się jednak poruszyć na swym leśnym posłaniu, tak jak to często bywa w koszmarach. Na dźwięk mojego głosu gaszek Julii odwraca głowę i nareszcie go poznaję. Ten szujowaty typ złożył na mnie pierwszy donos z racji niepoprawnych poglądów politycznych, które kiedyś — jakże nieostrożnie — wyraziłem w młodzieńczym zapale. Przez to musiałem opuścić rodzinne miasto i tym samym utraciłem Julię na zawsze. Rywal uśmiecha się złośliwie i podąża dalej w las ze swoją lubą, a ja zamykam oczy i zatykam uszy, nie chcąc słuchać lubieżnych śmieszków i widzieć łapczywych pocałunków zakochanych.

Gdy rozchylam powieki, ścieżka w głąb lasu jest już pusta. Po zakochanej parce nie pozostał żaden ślad…

Ale oto nadchodzi nowa groza — grunt pode mną zaczyna drżeć, a ja przecież panicznie boję się trzęsienia ziemi! Ten lęk jest ze mną od czasu katastrofy, w której zginął mój najlepszy przyjaciel. Został przygnieciony gruzami hotelu, do którego miałem dotrzeć następnego dnia. To miał być nasz ostatni wspólny wypad, bo przyjaciel przenosił się w zupełnie inny zakątek świata. I przeniósł się, ale niestety tam, gdzie kończą się wszystkie ludzkie ścieżki…

Nadal nie mogę poruszyć ani ręką, ani nogą, a drzewa wokoło kołyszą się coraz mocniej! Wreszcie zaczynają się łamać, jedno po drugim… Także i moje ukochane drzewo chwieje się na wszystkie strony, aż w końcu wyskakuje do góry, jak gdyby jakaś podziemna pięść gwałtownie uderzyła w jego korzenie. Potężny pień przechyla się na bok, spada na mnie i rozgniata wszystkie członki. Miażdżone potwornym ciężarem kości łamią się z trzaskiem. Jestem teraz tylko rozedrganym bólem! Tak jest do chwili, gdy wreszcie przychodzi błogosławione omdlenie i przestaję cokolwiek czuć.

***

— Ciągle tam leży? Czy on w ogóle jeszcze żyje?!

— Tak jest, towarzyszu. I ma całkiem dobre wskaźniki!

— No to trochę podgrzejcie atmosferę!

W odpowiedzi słychać śmiech.

***

Gdy budzę się po jakimś czasie, spostrzegam, że leżę na podłodze labiryntu — rozbity i chory, ale z nienaruszonym ciałem. Narkotyk systemu znowu sprawnie odnalazł wrażliwe punkty w bagażu wspomnień i precyzyjnie rozciął blizny! Dusza wciąż boli, nie może otrząsnąć się ze zgrozy, ale bezlitosny Szept nakazuje, aby ruszać w drogę:

— Widziałeś, że nie ma na co czekać?! Tych, co się ociągają, spotka zagłada! Wstawaj i idź dalej! — syczy złowieszczo.

Tak, muszę się pozbierać, bo kamienie wokoło zaczynają się nagrzewać. Ich poświata nie jest już szara, lecz pomarańczowa. Odbieram to jako zły znak — widocznie zaczyna się kolejna tortura… Labirynt nie daje więźniowi ani chwili wytchnienia!

Ściana, której się trzymam, zaczyna parzyć. Mimo to staram się nie tracić z nią kontaktu. To przecież jedyna nadzieja na ocalenie z tego piekła. Od gorąca robi mi się w końcu słabo i piję kilka łyków wody. Za chwilę zaczynam słyszeć jakieś okropne wycia i jęki. „Może ten labirynt to tak naprawdę przedsionek do piekła? Tak mogliby wyć potępieńcy”— myślę osłupiały.

Pośród czerwonych odblasków, przerażających ryków i mrożących krew w żyłach pojękiwań powoli sunę dalej, starając się myśleć tylko o tym, aby trzymać się prawej ściany! Przede mną otwierają się wyimaginowane zapaście, urojone płomienie liżą mi stopy, a potworne hałasy ogłuszają i straszą, ale to wszystko tylko silniej motywuje do parcia przed siebie. W końcu blask ognia przygasa i pojmuję, że udało mi się przejść gmatwaniną kamiennych korytarzy do chłodniejszego sektora. Rzucam się wtedy na zimną podłogę i zapadam w krótką drzemkę. Czuję, że moje godziny są policzone, bo w piecu, który właśnie opuściłem, zużyłem większość wody… Perfidia twórców tej wyrafinowanej izby tortur już mnie jednak nie porusza. Widocznie przekroczyłem jakąś granicę lęku i dlatego te wszystkie zagrożenia, jeszcze do niedawna zdolne wytrącić mnie z równowagi, stały mi się obojętne. Wiem tylko, że chcę żyć dalej i że chcę wyjść z tego zamknięcia. Wokół tego celu koncentruje się teraz każdy mój wysiłek. Reszta mnie nie obchodzi!

Postanawiam, że gdy tylko trochę dojdę do siebie, wyruszę dalej. Jeśli śmierć ma mnie dosięgnąć, to niech mnie dosięgnie w boju! Szept nie odstępuje teraz ani na chwilę swojej ofiary. Ciągle coś opowiada, chwali, zachęca: „Tak jest dobrze! Idź dalej, idź dalej, do wyjścia już niedaleko!”.

Jakoś mu nie wierzę, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że jeśli chcę przeżyć, to nie mogę długo odpoczywać, bo i siły, i zapasy się kończą! Z trudem staję na nogi i posuwam się dalej… Moja jedyna podpora, nadzieja i otucha — kamienny mur po prawej stronie — prowadzi mnie dokądś… Oby jak najszybciej do wyjścia!

***

— Poradził sobie… No, to teraz już nie odpuszczajcie! Ale żadnych uszkodzeń ciała!

— Tak jest!

***

Niestety, przede mną znowu mami kolorami kolejna wizja…

***

Nie wiem, ile czasu spędziłem już w labiryncie. Doświadczyłem tu zbyt wielu pokazów! Staram się jednak o tym nie myśleć, tylko wytrwale podążać wzdłuż prawej ściany… Od jakiegoś czasu wydaje mi się, że słyszę jednostajny szum i czuję jakby zimne podmuchy wiatru… Czy znowu rozpoczyna się nowe przedstawienie? Zaciskam powieki, bo nie chcę widzieć tych żałosnych sztuczek — nie obchodzi mnie, czy są jawą, czy snem! Cały czas nieustępliwie postępuję na swojej drodze… Gdy zatrzymuję się na chwilkę, Szept przebudza się i oznajmia:

— Jesteś tylko o krok od rozwiązania zagadki labiryntu!

— Tylko o krok! No idź, idź dalej! — szemrze zachęcająco.

Ale ja wciąż stoję nieruchomo, z zaciśniętymi powiekami… Szept robi się coraz bardziej natarczywy, nalega, a potem wręcz nakazuje mi iść dalej! Pomału zbieram poplątane myśli i nagle pojawia się nieoczekiwany przebłysk: „A może cały ten labirynt jest tylko snem?! Jeśli to prawda, muszę za wszelką cenę przebudzić się z tego koszmaru! Może to jest właśnie rozwiązanie zagadki?!”.

Walczę chwilę ze sobą, bo obawiam się jakiejś przykrej niespodzianki, gdy otworzę oczy. W końcu przemagam się, rozchylam powieki i nieoczekiwanie widzę przed sobą bezkres wzburzonego morza, pokrytego pienistymi grzywaczami. Ale to nie jest wizja, bo porywisty wicher, którego podmuchy czułem, jest prawdziwy! Jego chłód mnie orzeźwia. Spoglądam pod nogi i ze zgrozą zdaję sobie sprawę, że stoję w skalnym otworze o krok od kilkunastometrowej przepaści. U podnóża skały leżą jakieś białe szczątki, pewnie kości tych nieszczęśników, którzy wcześniej przemierzali labirynt i spadli w otchłań! Gdybym posłuchał podstępnego Szeptu, moje kości dołączyłyby już do tamtych!

Ale co teraz? Raz jeszcze uważnie się rozglądam i dostrzegam dwa kołki po obu stronach kamiennego otworu. Do nich przymocowane są liny, biegnące w stronę okna i niknące za progiem. Wychylam się ostrożnie poza krawędź… Liny łączą się w drabinkę sznurową, po której mogę zejść na dół. To chyba jedyna droga ucieczki? Tylko czy to znowu nie jakaś pułapka?

Jeżeli chcę żyć, muszę zaryzykować! Przezwyciężając lęk wysokości, odwracam się tyłem do okna, potem klękam i ostrożnie przesuwam się na kolanach w stronę kołków. Nerwowo pociągam za liny, sprawdzając, czy trzymają. Na szczęście tak! Wtedy chwytam kurczowo grube sploty i powoli obsuwam się w dół. Sznury huśtają się niespokojnie nad otchłanią, więc schodzę ostrożnie, szczebel po szczeblu, aż zawisam około metra nad skałą. Wtedy skaczę i oto wreszcie staję na skrawku wolnej ziemi poza labiryntem! Szybko odchodzę kilka kroków w bok, ciągle trzymając się drabinki… Spoglądam ze strachem w stronę skalnego okna. Otwór jest ciemny, ale wydaje mi się, że ktoś tam stoi w mroku i czeka na mój kolejny ruch…

***

— Potwierdzam, że zszedł na dół! Wygląda na to, że jest cały i zdrowy!

— Dziękuję wam. Przejmujemy go!

***

Przestraszony odwracam się w stronę morza. Widzę wąską ścieżkę, która prowadzi między skałami. Staram się nie zauważać ludzkich zwłok w różnych stadiach rozkładu, leżących dokoła. Próbuję przekonać sam siebie, że to tylko ci, którzy spadli ze skały! Nie dopuszczam myśli, iż może czai się tu jeszcze jakieś inne niebezpieczeństwo.

Dróżka wiedzie nad brzeg. Tam, w niewielkiej zatoczce otoczonej ze wszystkich stron skałami, z jednym wąskim przesmykiem na otwarte morze, czeka mała łódka. Znowu rozglądam się uważnie wokoło, ale nie widzę żywej duszy. Jest tylko łódka, skały — no i oczywiście morze!

Po chwili namysłu niepewnie wsiadam do tańczącej na wodzie łupiny, zdejmuję cumę i pomagając sobie wiosłem, powoli odbijam od brzegu. Pracuję pilnie, ale szybko okazuje się, że nie jest to potrzebne. Bo oto mały korab sam się porusza po wodzie, energicznie ciągnięty liną, która nagle wynurzyła się z głębin. Napięty sznur prowadzi łódkę prosto w kamienny przesmyk. Teraz rozumiem, po co naprawdę potrzebne było wiosło — muszę odpychać się nim od skał, by utrzymać kurs na otwarte morze.

Łódź wyłania się w końcu z wąskiego przejścia. Widok, jaki się znienacka otwiera, zaskakuje mnie i przeraża — mała łupinka ciągnięta jest w stronę potężnego okrętu wojennego zacumowanego nieopodal. Na otwartym morzu wieje mocny wiatr. Fale są duże, raz po raz któraś rozbija się o burtę i pryska wokoło zimną wodą. Na początku mnie to cieszy, bo woda orzeźwia po pustyni labiryntu, ale za chwilę cienkie więzienne ubranie przemaka i robi mi się bardzo zimno. W końcu mój korab zatrzymuje się przy burcie groźnego pancernika. Umundurowani członkowie załogi pomagają mi dostać się na statek. Nie jest to łatwe przy wzbierającej fali…

Wreszcie bezpiecznie staję na pokładzie. Trzęsę się z zimna, więc podają mi koc, a potem podprowadzają do grupki ludzi, którzy od jakiegoś czasu uważnie mi się przyglądają. Nie wiem, czego ci ludzie ode mnie chcą. Milczę, czekając na to, co mi powiedzą.

Po dłuższej chwili ciszy jeden ze stojących — ten najgrubszy — zagaja:

— No, towarzyszu, dobrze sobie poradziliście! Nie zwiodły was te tam… no, mrzonki i ułudy. Nasza ojczyzna potrzebuje twardych ludzi, takich jak wy! Ludzi, co idą prosto do celu!

Nie wierzę własnym uszom. „Cóż to za gadka?!” — myślę. A tymczasem do rozmowy włącza się drugi mężczyzna:

— Tak, wy widzicie przed sobą jasno cel, nic was nie zepchnie z obranej drogi, więc pomożecie nam poprowadzić ojczyznę w przyszłość. Obejmiecie funkcję przywódczą w naszej partii. Świetnie się do tego nadajecie.

Nadal nic nie rozumiem! Czy to kolejna wyrafinowana tortura labiryntu? Ale wszyscy wyglądają poważnie, to sami twardogłowi.

— Nie rozumiem, o co wam chodzi — mówię w końcu cierpko. — Co to za nowe sztuczki? Przecież Pierwszy Sekretarz żyje i ma się dobrze! A ja jestem skazańcem!