Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
JEDEN CZŁOWIEK. WIELU WROGÓW. CZTERY ŚWIATY. OD MROŹNEJ JAĆWIEŻY, PRZEZ DZIKI STEP I WARESKI KANUGARD, AŻ PO MAJESTATYCZNY MIKLAGARD – GDZIE KRYJE SIĘ PRZEZNACZENIE.
Czternastoletni Gaudneras, syn dumnego jaćwieskiego plemienia Dajnów, pędzony wraz z pobratymcami w niewolę niczym bydło, każdego dnia walczy o zachowanie godności. Przy życiu utrzymuje go obietnica zrodzona z nienawiści i determinacji. Przysięga, że bez względu na koszt, błękitne, lodowate oczy Varga – konunga wilczej watahy, która wymordowała jego bliskich – kiedyś zgasną na zawsze.
Szlak krwawej wróżdy wiedzie od bitwy na zamarzniętej rzece, przez stepy dzikich Pieczyngów, gdzie chłopak wykaże się pogardą dla śmierci i przeistoczy w olbrzyma z tatuażem rysia na twarzy. Wśród morza traw pozna smak braterstwa krwi oraz stanie się mistrzem broni wydobytej z mroków minionych wieków – trackiej rhomphai.
Gdy przeszłość wyciągnie ku niemu swe zaborcze szpony, wyruszy do Kanugardu władanego przez okrutnych Waregów i ich kniazia Igora Rurykowicza – człowieka o umyśle mędrca i bryle lodu zamiast serca. Czy w chwili najcięższej próby ręka nie zadrży, a bogowie obdarzą łaską? Czy krwawa droga ku zemście nie pozbawi go człowieczeństwa, pozostawiając w duszy jedynie pustkę?
EPICKA OPOWIEŚĆ O UPADKU, ZEMŚCIE, PRZEZNACZENIU I SILE DUCHA!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 307
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Żonie – za miłość bez granic, za mądrość, która daje mi siłę, i za tę niezłomną wiarę, którą zamknęłaś w dwóch najważniejszych słowach: „Pisz dalej”.
Ta książka jest nasza, Kochanie!
Synowi – za jego siłę oraz przypomnienie, że czasem należy walczyć o więcej.
Córce – za jej odwagę w poznawaniu świata, wielką miłość do ludzi i uśmiech, który rozprasza każdy mrok.
Rodzicom – za dar życia i dom pełen wartości oraz siłę i mądrość, które niezmiennie stanowią dla mnie oparcie.
Braciom i ich rodzinom – za to, że wielokrotnie udowadniali, czym jest prawdziwa, niezłomna więź.
Przyjacielowi – który przypomniał mi, że wielka wartość skrywa się w małych sprawach.
930 rok naszej ery
Zima całkowicie wzięła tę krainę w swe surowe objęcia. Jej dotyk zmienił bagna, jeziora i rzeki w skute lodem szlaki. Ciężki całun śniegu otulił ziemię, drzewa i krzewy. Wszystko zastygło w bezruchu oraz w zupełnej ciszy, a świat zdawał się martwy. Było to jednak tylko złudzenie. Gdzieś wśród tej wszechobecnej bieli, choć skryte przed niewprawnym okiem, tętniło życie. Na ośnieżonym konarze młodego dębu błyskawicznym i bezszelestnym ruchem poderwał łeb ryś będący jednym z dzikich duchów tego lasu. Jego uszy, zakończone czarnymi pędzelkami, obróciły się w stronę właśnie wyłowionego dźwięku. Zamarł, a spojrzenie skupiło się na niewielkim wzgórku śniegu, który drżał lekko kilka metrów dalej. To wychudzony zając, nieświadomy zagrożenia, czynił rozpaczliwe starania w poszukiwaniu pożywienia. Sekundę później łowca wystrzelił w ledwo zauważalnym skoku. Jego umięśnione ciało pokonało odległość w ułamku sekundy i zwierz zatopił ostre kły w ciele ofiary. Ciszę rozdarł ostatni, zduszony pisk, a chwilę później drapieżnik rozpoczął swój posiłek.
W ciepłym mroku przysypanych śnieżnymi zaspami żeremi, odcięte od świata bobry z utęsknieniem odmierzały czas, który musiał upłynąć do nadejścia pierwszych oznak upragnionej wiosny. W nieprzebytej gęstwinie niedźwiedzie zapadły w zimowy sen, a ich oddechy unosiły się w mroźnym powietrzu. Nocami ciszę rozdzierało wycie wilczych watah. Dziki ryły zmarzniętą ziemię w poszukiwaniu pokarmu. Tury, imponujące i majestatyczne olbrzymy, stąpały ciężko, krusząc lód.
Taka właśnie była Jaćwież. Dzika ziemia porośnięta lasem tak starym, że zdawał się pamiętać początki dziejów. Szeptały o nich tańczące na lodowatym wietrze nagie gałęzie dębów i jesionów.
Mimo całej swej surowości, tereny te były zamieszkane przez plemię Dajnów, należące do ludu Jaćwingów. Byli to dzicy wojownicy i łowcy, zrodzeni oraz wychowani w prastarych ostępach. Wierni synowie lasu, dla których głazy i drzewa miały swego ducha i stanowiły przedmiot żarliwego kultu. W najdzikszych miejscach znajdowały się ich święte uroczyska, gdzie konary wiekowych dębów tworzyły potężne sklepienia. Były to miejsca trudno dostępne i emanujące magią natury. To w nich bogowie Jaćwingów odbierali cześć, a ludzie składali im ofiary. Kłaniali się Perkunasowi Gromowładnemu, Zeminie, bogini ziemi i płodności, Lajmie, pani Losu, i Welinowi, mrocznemu władcy podziemi i świata duchów.
Dla Dajnów zima była czasem wytchnienia przy domowym ognisku. Wieczorami, przy kuflu grzanego piwa lub miodu, snuto legendy i bajania. Był to okres spokoju, pełen wspólnych, rodzinnych chwil, gdy ludzie zbierali siły i wzmacniali plemienne więzi.
Nocną ciszę zakłóciły ciężkie, obce kroki ludzi nienależących do tego lasu. Powoli i ze spokojem znamionującym doświadczonych wojowników Północy skradali się łupieżcy, których przywiodła tu chciwość. Spod grubych futer w świetle księżyca błyszczały ostrza toporów czy fragmenty kolczug, a u pasów wisiały grube pęta do wiązania ludzi. Poruszali się w ciszy, ich ciemne sylwetki, mimo nocnej pory wyraźnie odcinały się od śnieżnobiałej zimowej scenerii.
Dowodził nimi prawdziwy olbrzym, jasnowłosy konung imieniem Varg. Nagle uniósł dłoń w geście nakazującym zatrzymanie się. Przed nimi – widoczna między okalającymi ją ośnieżonymi drzewami i krzewami, w niecce u brzegu zamarzniętego jeziora – leżała niewielka osada. Uśmiechnął się do swych myśli, a kąciki jego ust uniosły się w delikatnym grymasie:
Zima nam sprzyja. Skuła lodem rzeki, jeziora i bagna, które latem czyniły te ziemie niedostępną fortecą. Teraz zaś z łatwością mogliśmy zakraść się aż tu.
Bezszelestnie zbliżył się do niego rudobrody i doświadczony Eryk o bystrych oczach:
– Jesteśmy na pozycjach – wyszeptał słowa, wraz z którymi z jego ust wydobyły się obłoki pary – czekamy na znak.
Varg, wbijając swe okrutne spojrzenie w bezbronne skupisko chat, cicho odwarknął:
– Pamiętaj druhu, tylko kobiety i dzieci. Resztę wyrżnąć szybko i sprawnie, bez zbędnych zabaw. Najważniejsza jest bezpieczna podróż do Kanugardu, gdzie dostaniemy za nich srebro. Nikt nie może ujść z życiem, inaczej sprowadzi nam na kark pościg. Uwierz mi, że tego nie chcemy. Wszyscy Jaćwingowie polują w swych lasach lepiej niż wilki.
Eryk skinął głową w geście zrozumienia, a w jego głosie pobrzmiewał czysty respekt, gdy odpowiedział:
– Będzie, jak zechcesz konungu. Ci spośród Dajnów, którzy opuszczą osadę żywi, będą mieli pęta na rękach i nogach. Reszta pozostanie tu już na zawsze, a ich krew zabarwi śnieg…
Zbliżał się brzask, zamarznięty las zdawał się wstrzymywać oddech. Varg schylił się i nabrał pełną garść śniegu, po czym zacisnął dłoń i nie spiesząc się, uniósł ją nad głowę. Chwilę później krystaliczna cisza zimowej nocy została przerwana krzykami rozpaczy oraz dzikim wyciem oprawców.
930 rok naszej ery
Ostry ból spowodowany pętami wżynającymi się w nadgarstki wybił go brutalnie ze stanu otępienia. Następnie jego zmysły zostały zaatakowane przez lodowate zimno twardej zmrożonej ziemi, na którą upadł pchnięty przez jednego z oprawców. Zewsząd docierały do niego gardłowe i szorstkie słowa wypowiadane w obcej mowie. Jakiś wojownik szarpnął go, stawiając na nogi, które ledwo były w stanie utrzymać ciężar ciała. Chłopak spojrzał w okrutne oczy mężczyzny, a to, co w nich dostrzegł, spowodowało, że natychmiast odwrócił wzrok. Świat wokół wirował. Mocarne dęby i jesiony, które znał od urodzenia, były teraz świadkami jego koszmaru, ich konary i gałęzie zdawały się przybierać nieznane mu dotychczas, przerażające oblicza. Powietrze, które wdychał, przesycone było intensywną wonią przywołującą straszliwe wspomnienia ostatnich godzin:
Nagły wybuch psiego jazgotu, który rozerwał całun nocnej, zimowej ciszy, zwiastując nadchodzące zagrożenie. Palące się wszędzie wokół zabudowania, przeraźliwe wrzaski mordowanych, obca mowa, krzyki rozpaczy oraz dzikie wycie pomieszane z pogardliwym rechotem napastników.
Ruszył mocno pchnięty przez brodatego potwora z toporem w ręku oraz sadzą i krwią na dziko wyszczerzonej twarzy.
Łupieżcy nerwowo rozglądali się dookoła. Rzeź i rabunek zostały zakończone, teraz należało sprawnie ujść ze wszystkimi łupami. Rozejrzał się i wszędzie wokół dostrzegał jeńców z jego wioski prowadzonych przez potężnych, uzbrojonych mężczyzn, których twarze wyglądały jak oblicza potwornych bestii. Przyglądał się swej puszczy, lecz jej nie poznawał. Każdy wykrot, każdy porośnięty gęstym mchem kamień mieniły się krwawo w promieniach wstającego słońca i zdawały się częścią groźnej, zupełnie nieznanej mu drogi. Zapadł w kolejny sen na jawie:
Jego matka odciągana gdzieś na ubocze wraz z innymi kobietami, to właśnie wtedy ich wzrok spotkał się ostatni raz… Pobratymcy leżący w kałużach krwi, unoszący się wokół odór śmierci i strachu.
Pośród tego szaleństwa, dzierżąc w dłoni zwykłą siekierę do rąbania drewna, której ostrze było już zbroczone wrażą krwią stał jego bohater, obrońca i ostoja – ojciec. Dumnie wyprostowany, potężny wojownik, który jako jedyny spośród Dajnów wcale nie ustępował sylwetką rosłym napastnikom. Jego rozgorączkowany wzrok omiatał rozpaczliwie przestrzeń dookoła w poszukiwaniu żony i syna. Dostrzegł jedynie swego ukochanego potomka, klęczącego i związanego – syn jeszcze żył i to było najważniejsze. Na ten widok ojciec wyprostował się, uśmiechnął, a na jego twarzy pojawiły się spokój i skupienie. Był ostatnim żyjącym wojownikiem z tej wioski i pokaże tym podłym mordercom, jak walczy prawdziwy Jaćwing.
– Widzisz tego dzikusa, konungu? – rzucił z pogardliwym uśmiechem jeden z wikingów stojących blisko wodza.
– Tak, nawet doskonale, ale teraz nie czas na zabawę, musimy się spieszyć. Trzeba nam jak najszybciej oddalić się od osady wraz z łupami i niewolnymi. Zabić tego ostatniego.
Wokół samotnego wojownika zaczął zaciskać się krąg wojowników. Byli przerażający i doskonale uzbrojeni. Na głowach mieli żelazne hełmy z charakterystyczną osłoną nosa. Na ciała mieli zarzucone, grube pikowane kaftany, a dwóch spośród nich chroniły drogocenne kolczugi. Spodnie były dodatkowo chronione owijaczami. Każdy z nich osłaniał się dużą, okrągłą tarczą zdobioną geometrycznymi wzorami, a w rękach pewnie dzierżył stylisko topora bojowego lub długiego noża zwanego saksem, których ostrza lśniły krwawo w blasku palących się zabudowań. Byli bractwem dzikich, bezwzględnych wilków, które ponad wszystko ukochały mord, a przed nimi stał odziany jedynie w spodnie mężczyzna z siekierą do rąbania drewna w ręku. Mimo swej potężnej postury wzbudził w nich pogardliwy śmiech:
– Czy to sam Hajmdal w kalesonach chce nas powitać? Dobrze, że ma portki, bo głupio byłoby go ubić z kuśką na wierzchu.
– Kończyć zabawę! – krzyknął Varg.
Wtem ojciec ostatni raz, wzrokiem wyrażającym bezgraniczną miłość spojrzał na syna, a gdy ich oczy spotkały się, z jego ust padły słowa, które miały na zawsze wyryć się w umyśle chłopaka:
– Przetrwaj, Gaudnerasie! Pamiętaj, że twoja niezłomna moc zrodzi się w ogniu cierpienia, a wtedy nic cię nie powstrzyma przed pomstą. Nie będę widział, jak dorastasz i stajesz się mężczyzną, ale teraz zanim me życie zgaśnie, dam ci ostatnią lekcję. Żegnaj, synu!!!
Usta ojca rozchylił złowieszczy uśmiech, gdy wikingowie byli już o krok, wznosząc ostrza do ciosów.
Wtedy rozpoczął swój ostatni taniec. Gwałtownym i zaskakującym wypadem wbił ostrze siekiery w twarz najbliższego napastnika. Rozległ się obrzydliwy dźwięk pękających kości i straszliwy skowyt bólu, lecz on nie zatrzymał się, a siekiera błyskawicznie uniosła się ponownie, by potężnym uderzeniem wgryźć się w bark kolejnego wroga.
Przez krótką, cudowną chwilę stał pośród nich – dumny olbrzym, który witając śmierć, dawał synowi ostatnią lekcję godności i męstwa. Takim zapamiętał go już na zawsze.
Chwilę później ojca nakryły tarcze wrogów, a ich ostrza odebrały mu życie…
Konung nie ukrywał wściekłości:
– Wstyd! Zwykły chłop odziany w lniane gacie zabił dwóch spośród was. Zbierać się!
Wspomnienie skończyło się, a chłopak, ku swemu zaskoczeniu już nie płakał. Puszcza, pośród której dzikich ostępów został zrodzony i wychowany, zdążyła nauczyć go, że ból jest częścią życia, a słabość oznacza śmierć. Miał tylko czternaście lat, lecz w jego żyłach płynęła krew potężnego wojownika z plemienia Dajnów. Uniósł głowę i zacisnął szczękę, w oczach na chwilę zapłonął ogień. Ojciec nakazał mu przetrwać, a on wypełni jego wolę. Mimo wycieńczenia postawił krok, potem kolejny i kolejny – każdy okupiony cierpieniem. Wraz z nim podróżowali towarzysze niedoli z jego wioski. Kobiety i dzieci, skrępowani i połączeni w grupy, a z ich oczu wyzierała pustka…
Dopiero wtedy dotarła do niego cała perfidia planu łupieżców. Spojrzał na unoszący się w dali dym w miejscu, gdzie była ich osada, a potem na słabych i młodych jeńców. Wszystko układało się w logiczną i przerażającą całość. Celowo ominęli grody, których atakowanie z tak niewielką drużyną byłoby szaleństwem. Za cel obrali małą, leśną osadę blisko granicy ziem plemienia, by uderzyć o świcie i zniknąć z łupami, zanim ktokolwiek zdąży rozpocząć pościg. Zima, która zmroziła bagna, jeziora i rzeki stała się ich sprzymierzeńcem, umożliwiając błyskawiczne przemieszczanie się. Uderzyli nad ranem, gdy ludzie spali twardo. Precyzja i okrucieństwo tego planu wypełniły jego serce lodowatą nienawiścią. Uczucie to jednak tylko dodawało mu sił…
Słońce z ledwością przebijało się przez korony drzew i zaczęło już zmierzać ku zachodowi. Konung wykrzyczał rozkaz i cała kawalkada zatrzymała się. Gaudneras zdążył już zrozumieć, że zapewne napadli ich krwawi wikingowie z północy, okrutni łowcy niewolników, o których tyle złego słyszał przy wieczornych ogniskach. Wszyscy najeźdźcy byli potężni i doskonale uzbrojeni. Jednak ich wódz był kimś jeszcze zupełnie innym. Nawet wśród tych jasnowłosych siepaczy był olbrzymem, którego potężna sylwetka, wysoka na blisko dwa metry, zdawała się rzucać cień na całą polanę. Mocarne ciało osłaniała drogocenna kolczuga, złożona z tysięcy metalowych kółek i pewnie warta prawdziwy majątek. Twarz niemal w całości skrywał hełm okularowy, chroniący oczy i nos, a kark był osłonięty czepcem kolczym, który wraz z hełmem lśnił w promieniach zachodzącego słońca. U jego pasa wisiał długi miecz – symbol wysokiego statusu i bogactwa.
Jednak największą grozę budził potworny duński topór, teraz spokojnie spoczywający na szerokich plecach giganta. Broń ta z łatwością mogła rozłupywać tarcze, miażdżyć i rozrąbywać ciała wrogów.
Głos, gdy wydał rozkaz, przeszył polanę dźwiękiem pękającego lodu, był zimny i budził niepokój. Bogate uzbrojenie oraz emanująca od niego niezachwiana pewność siebie w sposób oczywisty wskazywały, że wojownik jest wodzem tej wilczej watahy. Jego spojrzenie omiotło oddział i na długą chwilę zatrzymało się na jeńcach, wyczerpanych, rannych i załamanych.
– Tutaj stajemy na noc. Nie rozpalać ognia. Zadbać o jeńców, żeby nam nie sczeźli w tym mrozie, wystawić warty, a samemu nabrać sił. Wyruszymy skoro świt!
Wojownicy z ulgą zrzucali z pleców worki z łupami, lecz nie wszyscy byli zadowoleni. Do Varga podszedł Ulf, młody i porywczy wojownik, którego topór wciąż był brudny od zaschniętej krwi:
– Konungu, wysłuchaj mnie. To szaleństwo. Jesteśmy zbyt blisko osady Dajnów. Inne wioski mogły dostrzec łunę i zebrać pościg. Może są już blisko!
Polanę ogarnęła nienaturalna cisza. Wojownicy przerwali swe czynności, wbijając napięte spojrzenia w Ulfa oraz wodza. Niewolnicy, choć nie rozumieli znaczenia wypowiedzianych słów, to wyczuli nagły wzrost napięcia i przyglądali się z uwagą.
Konung odwrócił się powoli w stronę młodego wojownika, a jeńcom ukazała się jego twarz w pełnej mrożącej krew w żyłach okazałości. Od szczęki aż po czoło wyryto na niej wizerunek Fenrira, straszliwego wilka z północnych bajań, który miał pożreć słońce. Oczy bestii były ulokowane tuż pod jego własnymi, co sprawiało upiorne wrażenie. Jego twarz w tym momencie emanowała nienaturalnym, chłodnym spokojem, co przerażało jeszcze bardziej:
– Pościg? Nocą w tej puszczy nawet wilki gubią trop, a martwi jeńcy nie przyniosą nam zysku. Spójrz na nich, ledwo idą. Chcesz, żebyśmy do jutra stracili połowę?
Spojrzał Ulfowi prosto w oczy:
– Ja boję się jedynie pustej sakiewki, a kilku dzikusów wyjących do księżyca nie trwoży mnie wcale. A ty? Boisz się może cieni w lesie, dzieciaku?
– Ja się nie boję, ale… – zaczął Ulf. – Wtedy Varg szybkim jak atak rysia ruchem z siłą imadła chwycił go za szyję.
– Dobrze, że się nie boisz, Ulfie, dobrze dla ciebie. Bo jeśli kiedyś dostrzegę w twych oczach lęk – po chwili pauzy dalej cedził słowa – wtedy już nigdy nie będziesz musiał brnąć w śniegu po kolana w dzikiej, niegościnnej puszczy, ciągnąc za sobą bydło na sprzedaż. Wtedy to ty, chłopcze, będziesz bydłem na końcu niewolniczego powroza…
Młody wojownik poczerwieniał ze złości i upokorzenia, lecz nawet nie drgnął, gdyż zimna obietnica w słowach wodza całkowicie go sparaliżowała. Gigant patrzył w jego oczy, a on powoli zaczynał się dusić. W końcu konung zwolnił uścisk i chłopak padł na kolana w śnieg, spazmatycznie łapiąc powietrze:
– Dziś daruję, boś młody i głupi, ale pamiętaj, że tacy żyją najkrócej. Teraz zatroszczysz się o jeńców, a później weźmiesz pierwszą wartę.
– Tak jest, wodzu – wydukał przerażony młodzian.
– Zjeżdżaj już, bo zdanie zmienię! – odwarknął olbrzym.
Po chwili Eryk podszedł do wodza:
– Nie myślałem, że on jest taki zuchwały. Do tej pory siedział najciszej ze wszystkich…
– Jest zuchwały. Albo głupi – odparł Varg, wzruszając ramionami. – W drodze się przyda. Potem, gdy dotrzemy na miejsce… będę musiał go zaszlachtować – na myśl o tym na jego obliczu pojawił się uśmiech radości. – Tak, stary wilku, to będzie dobry dzień…
Napięcie opadło tak szybko, jak szybko się pojawiło. Chłopak, choć nie znał obcych słów, to intuicyjnie zrozumiał wszystko. Dostrzegł wyzwanie, chłodną kalkulację w oczach wodza, a następnie bezwzględną odpowiedź. Konung był nie tylko brutalnym najeźdźcą. Był też inteligentny, pragmatyczny i nie dawał się ponosić emocjom. To wszystko sprawiało, że był śmiertelnie niebezpieczny.
On zaś teraz był tylko niewolnikiem, którego wartość mierzono w srebrze, i to pod warunkiem, że był w stanie iść dalej…
Ciszę nocy zakłócały jedynie drobne odgłosy przygotowań do snu. Ognia nie rozpalono, gdyż mrok puszczy był teraz sprzymierzeńcem wikingów, całunem ciemności osłaniając obóz przed ewentualnym pościgiem. Mróz coraz bardziej dawał się we znaki i wysysał resztki ciepła z jego wycieńczonego i obolałego ciała. Z ciemności nocy nagle przed niewolnikami wyłoniła się sylwetka młodego Ulfa. Nie patrząc im w oczy, rzucił ciepłe futra oraz podał skąpe racje suszonego mięsa wraz z podgrzaną nad ogniskiem wodą. Chłopak łapczywie przeżuwał cenny pokarm, rozkoszując się jego smakiem. Następnie napił się wody, która nie tylko gasiła pragnienie, lecz również rozlewała życiodajne ciepło po jego zmaltretowanym ciele. Przykryty szorstkim, ciężkim futrem delektował się uczuciem ciepła i możliwością wypoczynku, które teraz były darem od samych bogów.
Ulf zajął pozycję wartownika na skraju polany. Jego sylwetka rysowała się na tle wszechobecnej bieli, wręcz namacalnie emanując wstydem i nienawiścią. Chłopak z zaciekawieniem obserwował go, by po chwili przenieść spojrzenie na resztę obozu. Wikingowie w większości nie spali. Siedzieli oparci o pnie drzew lub spoczywali na grubych skórach w ponurym milczeniu. Chłopcu zdawało się, że nasłuchiwali, a każdy szelest ostatnich, cudem zachowanych jeszcze na drzewach liści sprawiał, że ich głowy natychmiast obracały się w tym kierunku, a mocarne, pełne blizn dłonie zaciskały się na stylisku topora czy rękojeści noża. Mimo słów swego wodza bali się tej puszczy oraz zrodzonych w niej wojowników. Ta myśl przyniosła gorzką satysfakcję, a jego strach ustąpił miejsca chłodnej analizie sytuacji.
Postanowił obserwować, uczyć się ich nawyków oraz szukać słabości. Doskonale pojął lekcję, której udzielił wojownikowi przerażający olbrzym. W tym nowym świecie przetrwanie zależało od siły, ale równie ważne były umiejętność tajenia własnego strachu oraz bezwzględnego wykorzystania słabości innych. Wtulony w innych niewolników, przykryty futrem zaczął powoli zamykać oczy. Wyczerpanie w końcu wzięło górę.
Sen, który nadszedł, nie dał wytchnienia, lecz wizje ognia, krwi i krzyku, ale po raz pierwszy w tym koszmarze pojawił się nowy obraz – błękitne, lodowate oczy i obietnica zrodzona z nienawiści i determinacji w sercu czternastoletniego chłopca z plemienia Dajnów:
Nadejdzie czas, że te oczy kiedyś zgasną…
930 rok naszej ery
Zimno, niczym żywa istota, wpełzło pod futra, szarpało boleśnie mięśnie, a nawet brutalnie wdzierało się w kości. Poczuł bolesne kopnięcie i otworzył oczy. Był brzask, lecz wikingowie szykowali się już do wymarszu. Powietrze, które wydychał, natychmiast zamieniało się w kłęby pary, a szron, osiadając na rzęsach, tworzył wizję zamazanego świata. Szarpnięty, stanął na sztywnych nogach. Nie było czasu na odpoczynek. Widocznie łupieżcy nadal obawiali się pościgu. Ruszyli w pośpiechu, zmarznięci i bez posiłku czy choćby łyka wody. Każdy krok stanowił wyzwanie i powodował cierpienie ciała, lecz siłę dawały mu wyryte w umyśle ostatnie słowa ojca…
Dwa dni później las zaczął się przerzedzać i ustępować rozległym, z rzadka tylko porośniętym samotnymi zagajnikami przestrzeniom. Przemierzali teraz tereny, gdzie nadal panowały wszechobecna biel oraz trzaskający mróz, lecz droga na otwartej przestrzeni stała się łatwiejsza niż w leśnej gęstwinie. Wędrówka trwała nadal, a chłopak, skupiony na kolejnym kroku, nagle za plecami usłyszał stłumiony jęk bólu. Odwrócił się i dostrzegł szesnastoletniego Vainotasa, który klęczał w śniegu, trzymając się za nogę. Jego wykrzywiona bólem twarz przybrała niezdrowy, popielaty odcień, po czole spływał mu pot, mieszając się z brudem. Na wysokości łydki widniała paskudna, jątrząca się rana, z której płynęła krew wymieszana z ropą. Dopadł do niego jeden z łupieżców, wyciągając nóż. Wtedy rozległ się potężny głos konunga:
– Stój!!!
Wojownik opuścił powoli rękę trzymającą saks, a wódz zbliżył się do rannego. Przez długą chwilę przyglądał się ranie, po czym przeniósł bezlitosne spojrzenie na jego twarz. Wtedy ku zdumieniu jeńców otworzył usta i odezwał się w łamanej, lecz zrozumiałej dla nich mowie:
– Idziesz dalej, wilczku? Czy jednak wolisz tu zostać?
Widoczne do tej chwili w oczach Vainotasa przerażenie ustąpiło bolesnej akceptacji. Młodzian wiedział, że nie zdoła iść dalej, a potwór stojący nad nim nie okaże litości. Jego serce wypełniły nagle spokój i odwaga. Wyprostował wcześniej skulone strachem plecy, uniósł oczy, skrzyżował spojrzenie z Vargiem i wyrzucił z siebie dumne słowa, które zawisły w powietrzu:
– Nigdzie nie idę, potworze. Zostaję, a bogowie puszczy przyjmą mą duszę!
Wtedy olbrzym nienaturalnie szybkim ruchem wyrwał nóż z ręki stojącego obok wojownika i poderznął gardło klęczącego. Bezwładne już ciało opadło na śnieg, barwiąc jego dotychczas nieskazitelną biel szkarłatem. Oprawca otaksował spojrzeniem pozostałych przy życiu jeńców, jakby chciał ocenić każdego z nich z osobna. Niewolnicy kulili się pod tym przerażającym spojrzeniem, które zdawało się biczować każdego z nich po kolei.
– Słuchajcie, brudne kundle, i wbijcie to sobie do tych zakutych łbów! Puszcza wraz z waszym dotychczasowym życiem, nieważne kim w nim byliście, zostały daleko za wami. Co do waszych zawszonych bogów, to też tam zostali i nie przyjmą już jego duszy ani każdego kolejnego, którego ubiję. Jego ciało jeszcze dziś stanie się pokarmem dla wilczych watah – urwał i wybuchł upiornym, chrapliwym śmiechem. Po chwili zawtórowali mu kamraci. Gdy ucichły rechoty, jego twarz znów przyoblekła chłodny wyraz:
– Następny, kto nie znajdzie sił, by iść dalej – sczeźnie w męczarniach…
Ta upiorna obietnica dźwięczała im w uszach każdego kolejnego dnia udręki, zmuszając zmaltretowane, wychudzone ciała do dalszego marszu. Chłopakowi skóra ciasno opinała ciało, policzki jakby się zapadły. Twarz była paskudną maską pociemniałą od brudu i popękaną od mrozu. Wydawało się, że jeńcy są już tylko cieniami, nie ludźmi, lecz nędznymi powłokami wypełnionymi udręką, bólem oraz rezygnacją.
Łowcom przestał zagrażać pościg, a Gaudnerasa uderzyła straszliwa myśl, że oddalili się zbyt daleko i są teraz poza zasięgiem wojowników z innych siedzib plemienia Dajnów. Wszystko jest stracone i nikt już ich nie uwolni. Siła głosu ojca w jego głowie stawała się coraz słabsza, zagłuszana przez katorgę marszu oraz ocean bieli. Chłopak był bliski poddania się…
Wieczór przyniósł wytchnienie. Rozpalono ogniska, których trzask mieszał się z rozmowami wojowników oraz tłumionym płaczem i postękiwaniami jeńców. Konung owinięty w futra siedział blisko ognia oparty o zwalony gruby pień brzozy. Oczy miał zamknięte, oddech miarowy i spokojny. Wydawało się, że zapadł w sen po trudach forsownego dnia. Nagle dało się słyszeć odgłos szamotaniny, po chwili gwałtownie urwany. Hałas był tak cichy, że niemal zagłuszyły go całkiem odgłosy lasu. To jeden z wikingów o długiej splątanej brodzie uznał, że mrok zapewni mu bezkarność. Zaciągnął młodą niewolnicę w cień, z dala od blasku ogniska, kneblując jej usta brudną dłonią.
Błękitne i lodowate oczy wodza otworzyły się natychmiast. Nie było w nich już śladu snu, teraz wyzierała z nich żądza mordu. Cichym, płynnym ruchem podniósł z ziemi swój dwuręczny topór i nie wzbudzając zainteresowania pozostałych, ruszył bezszelestnie jak duch w kierunku, z którego dobywał się podejrzany dźwięk.
Niedoszły gwałciciel, zanim wyzionął ducha nie zdążył wydać z siebie choćby najdrobniejszego dźwięku. W chwili gdy obnażał dziewczynę, cień za jego plecami nagle nabrał kształtu potwornego ostrza mknącego w kierunku potylicy. Po chwili rozległ się, mokry głośny trzask, a głowa wojownika eksplodowała fontanną krwi oraz roztrzaskanych kości i mózgu, które opryskały twarz zabójcy. Ciało runęło na ziemię jak ścięte drzewo. Varg ruchem całkowicie pozbawionym emocji wyciągnął trupa za nogę do światła ognia. W obozie wszczął się rwetes:
– Panie, co ty? Mordujesz naszych? Co się dzieje? – zewsząd dobiegały pytania.
– Przed wyprawą dałem słowo – jego mocny głos niósł się spokojnie po obozowisku – że za próbę uszkodzenia towaru, który mamy sprzedać w Kanugardzie jest jedna kara. Śmierć. Wszyscy się na to zgodziliśmy.
Nastała cisza przerwana splunięciem konunga na makabrycznie zmasakrowane, pozbawione głowy ciało:
– Pamiętajcie, że każda dziewka, jeśli dotrze w dobrym stanie na targ jest warta majątek w srebrze. Wszyscy dobrze wiemy, że te gwałcone przez wojów nigdy nie są w dobrym stanie… Tak naprawdę Hagen, powodowany pożądaniem, działał wbrew interesom nas wszystkich, zdradzając swych braci. Machnął ręką, wskazując na ciało i głośno rzekł:
– Truchło zostawić wilkom na żer. Sprawa zakończona. Teraz radzę spocząć, bo świt bliżej niż byśmy chcieli…
W kolejnym dniu, choć rozpoczął się on dokładnie według tego samego schematu jak poprzednie, w okolicach południa, gdy słońce było najwyżej, nagle zatrzymali się, wpatrując w pełznącą przez śnieżną pustkę niczym ogromny wąż, zamarzniętą rzekę. Stali w milczeniu, jedynym dźwiękiem był świst lodowatego wiatru. Jeńcy przestępowali z nogi na nogę, wyraźnie zaniepokojeni przełamaniem dotychczasowej rutyny.
Pojawili się, jakby byli tworami samego lodowatego powietrza. Najpierw niewyraźne plamy na tle zamglonej bieli, które z każdym postawionym krokiem nabierały realnych kształtów. Wreszcie z mgły przed nimi wyłoniły się postacie. Szli pewnie, niemal bezszelestnie, jakby spędzili całe życie w tym surowym świecie. To byli lokalni przewodnicy, zrodzeni w tej krainie, dzicy i twardzi. Za nimi sunęły sanie, ciągnione przez małe, krępe koniki o gęstej sierści, z której gdzieniegdzie zwisały sople lodu, a para buchająca z nozdrzy tworzyła gęste obłoki. To były nieustępliwe zwierzęta, jedyne, które mogły podołać czekającemu ich wyzwaniu. Przed nich wystąpił przywódca ubrany w grube futra. Zatrzymał się, nie wyciągnął ręki, nie odezwał się słowem. Patrzył i czekał. Wikingowie rozstąpili się i do obcego podszedł Varg. Długo wpatrywał się groźnie w twarz przybysza, na którą powoli wypełzał lęk. Nagle wiking roześmiał się dudniącym, mocnym śmiechem i walnął go dłonią w plecy, omal nie przewracając w śnieg:
– Prawie popuściłeś, Borysie. Niepotrzebnie, bo dobrze cię widzieć. Jesteś na miejscu, tak jak obiecałeś. Nie ominie was sowita zapłata.
– Myślałem, że już po mnie, choć nie znałem przyczyny – odparł jeszcze roztrzęsiony Borys.
– Czyżbyś miał powód do obaw? – zapytał Varg, mrużąc oczy.
– Z wami, wikingami, nigdy nie wiadomo – odburknął urażony przewodnik.
– Już starczy żartów, nie chmurz się i lepiej powiedz jak rzeka, przyjacielu? – zagaił ugodowo konung.
– Warunki są doskonałe, siarczyste mrozy skuły jej wody grubą warstwą lodu. Jest gładka i szeroka jak trakt do Kanugardu, więc podróż saniami będzie łatwa i dotrzemy szybko. Sam zobaczysz. Uprzedzając twe kolejne pytanie, powiem, że mamy prowiant, dokładnie tak jak chciałeś, jest też niespodzianka, bo ubiliśmy wczoraj dzika. Pieczonego mięsa wystarczy dla wszystkich.
Varg skinął głową uradowany:
– W takim razie zostaniemy tu na noc. Najemy się, ogrzejemy, nabierzemy sił, a jutro wyruszymy skoro świt.
Zaczęto rozpalać ogniska i przygotowywać posiłek. Gruba, szczeciniasta skóra została oddzielona od mięsa. Tusze podzielono sprawnie, największe kawałki nadziano na zaostrzony drąg, który ułożono nad głównym ogniskiem. Skwierczący tłuszcz kapał w ogień, strzelając iskrami i wypełniając nozdrza zapachem pieczeni. Wątrobę i serce, pokrojone w grube plastry rzucono na płaskie kamienie rozgrzane w żarze, by po chwili jeszcze częściowo surowe pochłonąć z apetytem. Najlepsze, pełne tłuszczu i soczyste kawałki odkrojone długimi nożami trafiły do ust wikingów, którzy pożerali je ze smakiem, rozrywając łapczywie zębami. Przewodnicy musieli zadowolić się resztą. Nikt nie narzekał, obowiązywało tu okrutne prawo silniejszego, a zgodnie z nim na samym końcu byli niewolnicy. Złamani głodem i udręką, zbici w gromadę, by ogrzać się nawzajem, owinięci w brudne, śmierdzące szmaty i futra. Zapach pieczonego mięsa był dla nich piekielną torturą. Głodne oczy obserwowały z niewysłowionym żalem każdy kęs, który znikał w ustach oprawców.
Po zakończonej uczcie, jeden z wikingów wstał, zebrał resztki i zbliżył się do jeńców. Śmiejąc się głośno rzucał na śnieg przed nimi nędzne ochłapy. Chciwe ręce wyciągnęły się, by chwycić cokolwiek – kość, kawałki ścięgien czy spalone skrawki mięsa. Gaudneras nie myślał, jego ciało działało instynktownie. Chwycił kawał tłustej skóry, który wepchnął brudnymi rękami do ust, zanim ktokolwiek zdążył mu go odebrać. Gdy łapczywie pożerał ochłap wraz z oblepiającym go śniegiem i brudem, wtedy na moment w jego umyśle pojawił się obraz ojca, dumnego i wyprostowanego. Przeszył go wstyd ostry i bolesny. Lecz uczucie to trwało tylko krótką chwilę – głód był silniejszy.
Po zakończonej uczcie, wokół największego ogniska zaczęła się opowieść o Kanugardzie, którą snuł rudobrody Eryk:
– Myślicie, że wiecie co to bogactwo. Słyszeliście różne opowieści, ale nigdy nie widzieliście na własne oczy. Targ w grodzie jest tak wielki, że można tam spotkać Greków czy nawet Arabów w drogocennych i przedziwnych szatach, którzy sprzedają najprawdziwsze skarby z całego świata. Na wzgórzu stoi ogromny gród kniazia Ingwara, większy niż cokolwiek widzieliście, otoczony solidnymi dębowymi palisadami. W środku jest piękne i wielkie dworzyszcze, gdzie jego drużyna pije zacne miody i przednie piwa ze srebrnych pucharów, które napełniają im dorodne i chętne dziewki.
Młodzi wojownicy słuchali w nabożnym milczeniu, z błyskiem chciwości w niespokojnych oczach.
Konung wpatrywał się w płomienie ogniska, a w jego oczach nagle pojawiła się rzadko goszcząca tam wesołość:
– Zapomniałeś powiedzieć tylko o jednym, wierny Eryku. Wszystko, co tam zarobiłeś, to przepuściłeś na miód, piwo i sprzedajne dziewki.
Wśród rozlegających się wokół śmiechów, Eryk odparł:
– Nie przeczę, konungu. Te dziewki są po prostu zbyt urodziwe.
Wśród kolejnej salwy śmiechu jeden z młodszych wojowników nachylił się do Ulfa:
– A ty, Ulfie? Na co roztrwonisz swoją dolę? Sprawisz sobie złoty hełm, żeby dziewki piszczały z radości na twój widok, czy obcisłe jedwabne gacie, aby twa kuśka się w nich godnie prezentowała?
Zapytany, który dotychczas milczał, czyszcząc ostrze swojego topora, wzruszył ramionami. Jego zazwyczaj porywcza twarz przybrała łagodny wyraz:
– Hełm może poczekać, druhu. Ziemia w naszej okolicy jest pełna kamieni i nie rodzi zbyt wiele. Rodzice ledwo wiążą koniec z końcem. Za zdobyte srebro kupię im lepszy kawałek pola nad rzeką. Dlatego tu jestem. A ma kuśka w każdej sytuacji godnie się prezentuje – skończył z uśmiechem.
Rozmówca spojrzał na niego szczerze zdumiony, a potem parsknął śmiechem:
– Ulfie – obrońco staruszków, świat stoi przed nami otworem, a ty przynudzasz o ojcu i matce. Dziwny z ciebie wojownik.
Ulf po dłuższej chwili podniósł na niego wzrok, w którym pojawił się cień dumy:
– Może. Ale wrócę do domu jako ten, który ocalił rodziców, a nie jako taki, co przehulał całe srebro w portowej karczmie.
Gdy śmiechy ucichły, a większość wojów syta i znużona zaczęła układać się do snu, Eryk siadł obok Varga, rozochocony miodem i opowieściami:
– Opowieści o Kanugardzie są dobre dla młodzików, wodzu, lecz obaj wiemy, że prawdziwe skarby są dalej. Mówią, że w Miklagardzie za jedną zdrową i gładką dziewkę Grecy płacą złotem. Złotem, słyszysz? Wystarczyłoby do końca życia.
Zapytany długą chwilę obracał w dłoniach drewniany kubek, patrząc gdzieś w ciemność. W końcu odezwał się głosem spokojnym, chłodnym i pozbawionym entuzjazmu:
–Wiem, ile płacą. Wiem też, ilu spośród tych, którzy tam wyruszyli po złoto, nigdy nie wróciło…
– Ale my jesteśmy inni, silni, doświadczeni, roztropni! – Eryk przekonywał pełnym pasji głosem. – Jesteśmy twoją drużyną! Kto lub co nam stanie na drodze? Porohy na Dnieprze? Przeciągniemy łodzie przez step, tak jak czynili to inni.
– Pieczyngowie? – prychnął z pogardą. – Garstka dzikusów na koniach. Ustawilibyśmy ścianę z tarcz, a oni połamaliby na niej strzały. Pomyśl o sławie, jaka by nas okryła!
Varg odstawił kubek i spojrzał uważnie na swojego zastępcę:
– Bredzisz, Eryku. Czym jest topór pieszego woja przeciwko konnym łucznikom? Możesz machać, ile sił, ale i tak cię pokąsają na śmierć. Pieczyngowie nie ustawiają się do honorowej walki. Pojawiają się i znikają jak duchy stepu, a ich strzały lecą jak deszcz z nieba. Nasza ściana z tarcz na nic się zda na otwartej przestrzeni, gdy będą nas osaczać w nieskończoność, aż wystrzelają co do jednego…
Widząc, że argument siły nie trafił do wodza, Eryk spróbował inaczej:
– Więc mamy zadowolić się okruchami w Kanugardzie, bojąc się cieni na stepie? Gdzie ten Varg, który sprzedał statek w Truso i poprowadził nas w głąb nieznanego lądu?
Na twarzy Varga pojawił się tym razem gorzki uśmiech:
– Ten Varg wciąż tu jest. I to on dokonał chłodnej kalkulacji. Wyprawa do Miklagardu przy naszych skromnych siłach to szaleństwo. A ja nie jestem szaleńcem. To była moja ostatnia wyprawa po żywy towar, stary druhu. Srebro z Kanugardu otworzy mi drzwi do elitarnej drużyny kniazia Ingwara. Skończyłem z tym życiem, kamracie. Chcę pić z pucharów na jego dworze, a nie z brudnego kubka przy ognisku w dziczy.
Zafrasowany Eryk zamilkł, pokonany stanowczością odpowiedzi. Zrozumiał, że zmierzają do końca ich wspólnej drogi. Varg nie patrzył już na niego, a jego błękitne oczy wpatrzone były w żar, jakby w płomieniach widział już nie niebezpieczne szlaki, lecz mury i wieże miasta, które miało stać się jego nowym domem.
Skoro świt ruszyli. Intensywne światło słonecznego poranka zalało nieskończoną biel, a ciszę mąciły skrzypienie płóz, parskanie koni i gardłowe pokrzykiwania wikingów. Prowadzony przez przewodników konwój powoli sunął naprzód…
Świat chłopaka, jednego z wielu jeńców, stał się jeszcze bardziej mroczny, gdyż coraz trudniej w nim było o nadzieję. Z drugiej strony, od teraz transport odbywał się na wielu szerokich saniach, które sunęły z łatwością po zmrożonej powierzchni, więc wreszcie mogli odpocząć od wyniszczającej pieszej wędrówki. Na saniach, zbici ciasno obok siebie ogrzewali się nawzajem ciepłem własnych ciał. Lodowaty wiatr smagał ich twarze, a oni oddalali się od swej ziemi ku strasznemu losowi. Pośród skulonych postaci odezwał się słaby, drżący głos należący do młodej kobiety:
– Już nie dam rady... po co nas wiozą? Po co to wszystko? – zaszlochała, wtulając głowę w ramiona.
Wtedy odezwał się Gaudneras:
– Mój ojciec kazał mi przetrwać. Moim zdaniem miał rację. To wszystko, co nam zostało. Przetrwać.
Po tych prostych słowach zapadła głęboka i ponura cisza, a sanie dalej pruły śnieg…
Minęły kolejne dni. Konwój miarowo sunął po lodowej tafli rzeki, a monotonia podróży i bezkres otwartej przestrzeni uśpiły czujność drużyny. Młodzi wojowie śmiali się i rzucali prostackie żarty, a nawet weterani pozwalali sobie na głośniejsze rozmowy. Najgorsze minęło. Byli na ziemiach Waregów, na głównym szlaku do Kanugardu.
Varg jechał na czele na jednym z małych, kudłatych koni, które okazały się niebywale wytrzymałe. Odwrócił się w siodle, by objąć spojrzeniem całą karawanę. Za nim podążali jego ludzie, a dalej ciągnęły sanie z ich najcenniejszym ładunkiem. Westchnął niemal bezgłośnie, a obłok pary z jego ust rozwiał się w mroźnym powietrzu.
Puszcza... Prychnął w myślach z pogardą. Była zdradliwa, to prawda, ale bardziej przewidywalna zimą. Ich bogowie, ich siła, ich duma – wszystko to okazało się bezużyteczne wobec chłodnej kalkulacji i żelaza.
Przypomniał sobie rozmowę z Erykiem. Jego zastępca wciąż śnił o sagach i nieśmiertelnej sławie. Varg dawno z tego wyrósł. Sława przemijała, a pieśni milkły. On śnił o srebrze i władzy – to były rzeczy, które w przeciwieństwie do sag można było zważyć i policzyć. Prawdziwa potęga nie rodziła się z brawurowych szarż, lecz z cierpliwego gromadzenia siły i mądrego jej wykorzystania. Kniaź Ingwar ponoć to rozumiał. Dlatego to u jego boku Varg zamierzał spędzić resztę życia. A jeśli wkradnie się w jego łaski i zdobędzie silną pozycję? Kto wie, co wówczas może się zdarzyć?
Jego spojrzenie prześlizgnęło się po saniach z jeńcami... Skulone postacie w brudnych łachmanach, z twarzami bez wyrazu. Wzrok wodza na chwilę zatrzymał się na jednym z nich. Syn dumnego wojownika, którego śmierć krwawo opłacili. Ich oczy spotkały się na ułamek sekundy, a przerażony chłopak szybko odwrócił wzrok i skulił się, jakby chciał stać się niewidzialny dla swego prześladowcy.
Varg odwrócił wzrok bez zainteresowania. Jabłko tym razem spadło bardzo daleko od jabłoni. Widocznie młodzik, w przeciwieństwie do swego ojca był tchórzliwym psem, który w obliczu zagrożenia potrafi jedynie podkulić ogon.
– Kanugard już blisko – mruknął do siebie, a wiatr porwał słowa i poniósł je nad białą pustkę.
Redakcja
Bożena Sigismund
Korekta
Janusz Sigismund
Skład i łamanie wersji do druku
Marcin Labus
Projekt graficzny okładki
Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Tomasz Cybulski, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384302705
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Mapa
Prolog. Ziemie plemienia Dajnów – Jaćwież
Rozdział 1. Brzask ognia i krwi
Rozdział 2. Szlak lodu i łez
Strona redakcyjna
Spis treści
