Światło w tunelu - Shaw Graham - ebook
NOWOŚĆ

Światło w tunelu ebook

Shaw Graham

5,0

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Claire umiera.

Wie o tym i z utęsknieniem czeka na koniec, bo po drugiej stronie nie będzie już bólu, słabości i nadopiekuńczej, despotycznej matki.

Lecz śmierć jest przewrotna – sama nie przychodzi po tych, którzy jej chcą lub oczekują.

 

Na drodze Claire staje lekarz.

Młody, z pasją, zawsze szczery w kontakcie z pacjentami.

Beznadziejny przypadek Claire daje mu okazję do przeprowadzenia eksperymentu, dzięki któremu dziewczyna wraca do zdrowia.

 

Lecz śmierć jest przewrotna – jej cień pojawia się właśnie wtedy, gdy Claire wreszcie jest szczęśliwa… 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 357

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Belladonna79

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna książka ❤️gorąco polecam
00



CZĘŚĆ I

Umieranie

CLAIRE

Szczoteczka do zębów wypadła mi z dłoni, śliskiej od piany z pasty, i wibrowała wściekle w umywalce, zachlapując lustro, kafelki i moją twarz.

Ktoś dobijał się do drzwi.

Łup!!!

– Aż, cholera! Zaraz szlag mnie trafi! – wrzasnęłam, gdy kropla piekącej pasty wpadła mi w oko.

Łup, łup!

Wyskoczyłam z łazienki. Raz po raz tarłam twarz, próbując powstrzymać łzawienie.

– Co, do cholery!!? – Szarpnęłam drzwiami.

W progu stał Calvin, kumpel ze studiów. Trzymał uniesioną pięść, jakby szykował się do kolejnego uderzenia. Na ulicy przy krawężniku czerwienił się camaro, a o maskę niedbale opierał się pośladkami Rick, najlepszy przyjaciel Calvina. Między rozsuniętymi nogami Ricka stała Sandy, która wyrzucała z siebie kolejne słowa, gestykulując żywiołowo. Wyglądało na to, że znowu się zeszli. Który to już raz?

– Pukałem, ale chyba nie słyszałaś, więc musiałem mocniej. – Calvin posłał mi uśmiech amerykańskiego złotego chłopca. – Wszystko gra? – zapytał, po czym bez cienia skrępowania załadował się do środka. – Płaczesz?

– Nie płaczę – westchnęłam z irytacją. – Pasta do zębów prysnęła mi do oka. Co tu robisz? Mieliśmy się spotkać na miejscu.

Calvin znów błysnął uśmiechem i wpatrywał się we mnie z rozbawieniem.

– Ale mieliśmy po drodze, więc poprosiłem Ricka, żeby się tu zatrzymał. Nie będziesz musiała łapać autobusu.

Żołądek skręcił mi się z nerwów i znowu poczułam mdłości. Z wysiłkiem przełknęłam ślinę.

– Dzięki. Zaraz będę gotowa – odpowiedziałam, próbując nie zwymiotować z napięcia.

– Ale nie denerwuj się tak. – Calvin opierał się teraz barkiem o ścianę. Ręce nonszalancko wepchnął w kieszenie i przyglądał się, jak drżącymi rękami nalewam wody do szklanki, a potem wypijam ją łyk za łykiem, licząc w myślach do dziesięciu.

– A ty się nie stresujesz? – zapytałam, zerkając na niego z ukosa. Chłopak wzruszył ramionami. Miał miłą twarz z resztkami młodzieńczego trądziku. Podchodził do życia z dużą dozą swobody, dlatego chętnie spędzałam z nim czas. Był jak żywa piłka antystresowa i nagle poczułam wdzięczność, że zajechał po mnie po drodze na uczelnię.

– Nie bardzo. Mój projekt jest na tyle dobry, że zaliczę ten rok, jestem pewny. Konkurs zupełnie mnie nie obchodzi.

Patrzyłam na niego chwilę. Byliśmy bardzo podobni – lubiliśmy trochę poszaleć, żadne z nas nie miało większych trosk, mnie trafiła się doskonała praca, dzięki czemu mogłam się sama utrzymać i studiować, a on nie musiał pracować. Różniło nas podejście do nauki. Dla mnie studia były na pierwszym miejscu i międzynarodowy konkurs, do którego wszyscy studenci naszego wydziału ze specjalizacją architektoniczną mieli obowiązek zgłosić pracę, spędzał mi sen z powiek. Dziś oddawaliśmy nasze projekty, dziekan miał je sprawdzić, ocenić, a najlepsze wysłać na konkurs.

Przeniesienie prawa autorskiego na uczelnię dawało jej prawo do sprzedaży projektu i podziału zysku z autorem, a także promowania wyróżnionego studenta. Marzyłam, by moja praca się dostała. Spędziłam absurdalną liczbę godzin nad szkicowaniem teatru w kształcie kieliszka do szampana, w którego szerokiej czaszy mieściły się sale. Po zmroku oświetlenie miało sprawić, że ogromne okna wyglądałyby jak złote bąbelki w trunku. Byłam niesłychanie dumna z projektu i nikomu go nie pokazałam, przekonana, że każdy, kto na niego spojrzy, zapragnie mi go ukraść.

Dzisiaj już trzy razy sprawdzałam, czy pendrive z moją pracą nadal jest w plecaku.

Przed domem rozległo się wycie klaksonu.

– Już! – wrzasnął Calvin, po czym otworzył szeroko drzwi wejściowe. – Moment… Jezu!

– Skończcie ruchanie i jazda! – dobiegło z ulicy.

– Zbieraj się – polecił Calvin, kręcą z dezaprobatą głową. – Najwyraźniej Rick ma dość wymówek Sandy i chce już się jej pozbyć. Claire?

Obrócił się do mnie, ale nie ruszałam się z miejsca. Ogarnęło mnie dziwne uczucie słabości i wydawało mi się, że upadnę.

– Claire? – Usłyszałam głos Calvina, jakby z oddali.

– Okej. Wszystko okej. – Zamrugałam szybko, chcąc się pozbyć mroczków sprzed oczu. – Za dużo pracy i stresu. – Potarłam dłonią czoło.

– Potrzebujesz trochę zabawy. – Zlustrował moją twarz. – Pracujesz dzisiaj?

Pokręciłam przecząco głową, biorąc głębokie uspokajające wdechy.

– No to świetnie się składa. Właśnie postanowiłem, że z okazji zakończenia roku urządzam domówkę. Rozpalimy grill i poskaczemy do basenu.

– Imprezka? – Zerknęłam na niego z ukosa. – Od razu mi lepiej.

– Ja to wiem, co jest potrzebne zmęczonej dziewczynie – wyrzucił z dumą i podał mi plecak, który leżał na kuchennym blacie. Sięgnęłam po niego i przycisnęłam do piersi. Mroczki przed oczami przybrały na intensywności.

– Nie zemdlej mi tu tylko – powiedział z niepokojem Calvin. – Nie uważałem zbytnio na zajęciach z pierwszej pomocy.

– Już dobrze – odparłam, choć to nie była prawda. Otworzyłam plecak, sprawdziłam po raz kolejny, czy pendrive nadal tam jest, i zarzuciłam go na ramię.

– Możemy iść – oznajmiłam, ignorując kropelki potu na czole.

– Dlaczego zawsze nosisz ten bezkształtny worek? – Calvin otworzył dla mnie drzwi.

Zerknęłam przez ramię na zniszczoną, powycieraną w wielu miejscach torbę na szelkach. Materiał we fioletowe kwiaty dawno wyblakł.

– Pasuje mi do wszystkich stylizacji. – Zdawałam sobie sprawę, że wyglądam jak nastolatka z podstawówki, jednak nie przeszkadzało mi to, plecak był dla mnie cenny z wielu powodów.

Gdy wyszliśmy, smród smogu wciskał mi się w nozdrza i dławił jak nigdy. Wślizgnęłam się na tylne siedzenie, oddychając z ulgą, za mną wsunął się Calvin i po chwili ruszyliśmy. Jak zza szyby docierały do mnie fragmenty kłótni Sandy i Ricka.

– Co ty mówisz, do cholery? – Dobiegł mnie piskliwy dziewczęcy głos. – Jakie obowiązki? Jakie ty masz obowiązki?! Ty nic nie musisz robić! Różnorodność twoich wymówek, żeby się ze mną nie spotykać, budzi mój szczery podziw! Nigdy nie masz dla mnie czasu, ale na meczach żreć z Angie hot dogi to masz!

– Możesz ze mną pójść na mecz. Tyle razy chciałem cię zabrać, ale to „nie twoje klimaty”! Nie to nie! Myślisz, że zrezygnuję z meczów i będę w zamian wzdychał do zachodu słońca na plaży albo szwendał się po galeriach i zachwycał bezkształtnymi kupami gliny? Chyba na głowę upadłaś!

– No właśnie, wrażliwość to ty masz naleśnika…

– Rick, uważaj, jak jedziesz! – Przez otępienie, które czułam, przedarł się głos Calvina. Samochód gwałtownie skręcił, zarzuciło mnie na drzwi i zanotowałam lekkie uderzenie, jakbyśmy zahaczyli o coś reflektorem. Zapadła cisza. Rozejrzałam się dookoła. Staliśmy na czyimś trawniku, a zderzak camaro był wciśnięty w otaczający posesję płot.

– Mój nos! – Twarz Sandy była zalana krwią.

– Mój Boże, kochanie, nic ci nie jest?! – Rick chwycił w obie dłonie twarz Sandy, na co ona zawyła jeszcze bardziej.

– Calvin, dzwoń po karetkę! – rzucił, podczas gdy Sandy nie przestawała zawodzić. Nie mogłam tego znieść. Wymacałam klamkę od drzwi, pociągnęłam i wypadłam na zewnątrz.

– Claire, Jezu! – Usłyszałam jeszcze głos Calvina i potem już nic.

PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ

CLAIRE

– Jak się ma moja ulubiona pacjentka?

Do jasnej sali dziarskim krokiem wszedł profesor Thomson.

Leżałam w szpitalnym łóżku, słaba i obolała, spoglądając przez okno, gdzie słoneczne, zimowe Los Angeles żyło sobie jak gdyby nigdy nic. Jakby dookoła nie było tragedii, przemocy, biedy ani śmierci. Słabłam coraz bardziej i wiedziałam, że nie na długo będzie mi dane podziwiać ten widok.

– Znośnie – starałam się brzmieć raźno. Nie wyszło. Wielokrotne dawki chemii nie pozostały bez wpływu na mój mózg, który czasem działał w zwolnionym tempie, i wtedy mówiłam nieco bełkotliwie. Profesor patrzył na mnie z zatroskaniem, które widziałam na jego twarzy mimo założonej maski chirurgicznej.

Był siwy, miał rozwichrzoną brodę i niechlujne ubranie, ale wzbudzał zaufanie. Był najlepszym onkologiem w Los Angeles, lecz zalecone przez niego terapie nie przynosiły efektów.

Umierałam na agresywną białaczkę.

– Proszę tak na mnie nie patrzeć – wyszeptałam.

Profesor opadł na krzesło przy moim łóżku i westchnął, tak jakby przejmował się moją rychłą śmiercią bardziej niż ja sama.

– Jak?

– Jakbym była pana osobistą porażką. Cały czas mam poczucie, że pana zawodzę… Mógłby mi pan tego oszczędzić u schyłku mojego młodego życia.

– Twarda jesteś, co, dzieciaku? – powiedział zachrypniętym głosem, jakby hamował wzruszenie.

– Twarda? Nie, raczej pogodzona z losem i zmęczona. Straszliwie.

Przez chwilę milczeliśmy, każde zamyślone nad czymś innym.

– Panie profesorze? – zapytałam w końcu.

– Słucham?

– Dałoby się nie wpuszczać tutaj mamy? Jestem wykończona.

– Nie, nie dałoby się. Właśnie, a gdzie ona jest? Przecież zwykle nie oddala się na krok.

Westchnęłam ciężko.

– Jakiś niecierpiący zwłoki problem z rurami w domu. Tata nie dopilnuje, bo przecież nikt nie dorównuje kompetencjom mojej matce. Dziękuję bogom za jej obsesyjną potrzebę kontroli nad wszystkim. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam chwilę dla siebie.

Profesor roześmiał się.

– Wiesz, dlaczego się nie zgadzacie?

Bo zawsze wszystko wie lepiej i traktuje mnie jak matoła?

– No, ciekawa jestem.

– Bo jesteście takie same. Obie niezłomne wojowniczki. Jesteś wykapaną Irene, tylko tego jeszcze nie widzisz. Szkoda… – zawiesił głos.

– Że już nie zdążę tego zauważyć, co? – dokończyłam spokojnie.

– Nie poddawaj się jeszcze. Ja się nie poddałem. – Poklepał mnie delikatnie dłonią w gumowej rękawiczce i wstał.

Gdy wyszedł, wyciągnęłam spod poduszki lusterko. Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam w nie. To był mój codzienny rytuał. Jakbym chciała się przekonać, że już nie warto walczyć, że nie ma już o co. Widok, jak zawsze, przerażał. Przypominałam Golluma z Władcy Pierścieni – wystające kości, szara skóra, nieproporcjonalnie duże gałki oczne. Tak samo wielkie wydawały się uszy, a na łysą głowę z kępkami wystających gdzieniegdzie włosów nie mogłam nawet patrzeć. Nie mogłam też jeść – moje usta zamieniły się w jedną wielką ranę, więc karmiono mnie pozajelitowo.

Łzy zebrały mi się w kącikach oczu, ale jak zwykle nie popłynęły. Moje ciało nie miało siły nawet na to.

ETHAN

– Cześć, młody.

Podniosłem wzrok znad ekranu komputera.

– Dzień dobry, profesorze. – Uśmiechnąłem się na powitanie do człowieka, który wszystkiego mnie nauczył i zastąpił ojca. Ojca zbyt zajętego, by zwracać uwagę na syna, który poszedł w jego ślady.

– Co tam czytasz? – zapytał, siadając naprzeciw mnie.

– O nowych zastosowaniach komórek CAR-T.

Profesor kiwnął głową.

– Chińczycy – powiedział z łagodnym rozbawieniem. – Zaleją nas i wszystkich kiedyś wykupią.

Odsunąłem się nieco od biurka i oparłem wygodnie.

– Zawsze będą mieli przewagę. Mogą testować leki na wszystkim, na czym im się zamarzy.

Ponownie skinął głową, zgadzając się ze mną, ale był rozkojarzony. Przyjrzałem mu się uważniej – miał podkrążone oczy, ziemistą cerę i głębokie bruzdy na czole.

– Czy wszystko w porządku? – zapytałem, pochylając się w jego stronę.

– Phylis wyszła wczoraj w nocy z domu – westchnął głęboko. – W piżamie i na boso błąkała się po okolicy. Gdy w końcu ją znalazłem, nie poznała mnie.

Jego żona chorowała na alzheimera. Jej stan się pogarszał, choć profesor robił wszystko, co w jego mocy: śledził najnowsze badania, nękał wszystkich specjalistów w kraju, poświęcał godziny na ćwiczenia umysłowe z żoną.

Niestety profesor nie chciał dostrzec, że było już za późno.

Wciąż jednak nie odpuszczał. Nigdy się nie poddawał. Każdy beznadziejny przypadek roztrząsał tygodniami i winił się za każdego straconego pacjenta. Nie przyjmował do wiadomości, że czasem trzeba dać komuś odejść.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nigdy nie kłamałem pacjentom na temat ich stanu i teraz też nie chciałem zniżyć się do banalnego „wszystko będzie dobrze”. Bo nie będzie.

Milczałem więc, aż ciszę przerwał profesor:

– Przenosimy się do Filadelfii.

– Rezygnuje pan z pracy?

Pokiwał głową.

– Już dość poświęciłem dla medycyny. Teraz Phylis mnie potrzebuje, a w Filadelfii jest najlepszy ośrodek zajmujący się eksperymentalnym leczeniem osób z demencją.

Patrzyłem na niego ze współczuciem.

– Będzie nam pana bardzo brakowało. Mnie będzie pana brakowało.

– Przylecisz do mnie w odwiedziny. – Uśmiechnął się z trudem.

– Do Pensylwanii?

– Na pewno zorganizują tam jakąś konferencję medyczną. Będę trzymał rękę na pulsie.

Pokiwałem tylko głową. Wiedziałem, że to czcze obietnice, które ludzie zawsze sobie składają przy rozstaniach.

– Ale nie przyszedłem do ciebie roztrząsać swoje problemy. – Splótł przed sobą palce. – Zostaniesz zaproszony na spotkanie zarządu szpitala, ale już teraz chciałem ci powiedzieć, że zaproponowałem twoją kandydaturę na szefa oddziału. Przyjęli ją.

– Ja?

– Co się tak dziwisz? To oczywisty wybór. Jesteś młody, nieustannie się kształcisz, masz pasję. Nie widzę lepszej osoby na to stanowisko.

Wpatrywałem się w biurko przed sobą.

– No nie wiem, ciągnie się za mną ta sprawa… – stwierdziłem z udawanym spokojem.

Profesor patrzył na mnie uważnie.

– Takie rzeczy się zdarzają. Znam cię i wiem, że nie zawiniłeś. Poza tym nie ma to związku z twoimi kompetencjami.

– Stevenson się zgodził?

Profesor skinął głową i choć się nie odezwał, wiedziałem, że musiał się sporo nagadać, żeby dyrektor szpitala choć rozważył moją kandydaturę na szefa oddziału.

Zero presji.

– Nie wiem… – powtórzyłem i przerwałem. Odetchnąłem głęboko.– Nie wiem, czy zdołam przyjąć na siebie jeszcze więcej.

Pracowałem bez przerwy, a czas znajdowałem jedynie na sen. Miałem etat w szpitalu i klinikę weterynaryjną, publikowałem artykuły w prasie medycznej, a w wolnym czasie wykonywałem nielegalne zabiegi dla przyjaciela, który bawił się w podwójną agenturę.

– Ethan, musisz coś wybrać i się na tym skupić. Długo tak nie pociągniesz. Nie masz żadnego życia prywatnego.

– Mam życie prywatne – zaprotestowałem.

Pewnie, że miałem. Miałem Jamiego, Ally i ich znajomych. Rzadko się z nimi spotykałem, ale jednak. A kobiety? Nie brakowało mi ich. Ostatnia, którą się zainteresowałem, związała się z moim przyjacielem…

– No dobrze, może i nie mam. Nie każdy tego potrzebuje. Ja widać nie – stwierdziłem, rozkładając ręce.

– Zastanów się nad tym.

– Jasne. – Powstrzymałem się, żeby nie przewrócić oczami.

– Ale tak naprawdę przyszedłem do ciebie z prośbą. – Profesor jakby sobie o czymś przypomniał.

– Proszę się nie krępować.

– Chodzi o moich pacjentów. Jako nowy szef oddziału będziesz rozdzielał ich według swojego uznania, ale chciałbym, żeby jedna z nich trafiła do ciebie.

– Która? – Szukałem w pamięci pacjentów Thomsona, których poznałem podczas porannych obchodów.

– To ostra białaczka szpikowa Philadelphia-dodatnia.

Nie znałem jej. Do pacjentów z silnie osłabionym systemem odpornościowym wchodzili tylko lekarze prowadzący i wyznaczony personel.

– Kompletnie nie reaguje na leczenie – ciągnął przygnębiony. – Znalazłem dla niej dawcę szpiku, ale nie potrafię zlikwidować nowotworu. Dziewczyna gaśnie, a ja mam wrażenie, że coś przegapiłem.

Słuchałem go uważnie. Chromosom Philadelphia występuje w mniej niż jednym procencie przypadków ostrych białaczek szpikowych i pogarsza rokowania, jeśli stosuje się tradycyjną chemię, a nie terapię ukierunkowaną. Kolejny beznadziejny przypadek nie do uratowania. Udręka profesora Thomsona.

– Oczywiście. Przejmę ją i zrobię wszystko, co w mojej mocy – odpowiedziałem.

– Dziękuję. Będzie mi lżej wyjeżdżać ze świadomością, że się nią zajmiesz. Jeśli masz chwilę, to pójdziemy, przedstawię cię, dobrze?

Spojrzałem na zegarek.

– Ale tylko na chwilę.

Przeszliśmy korytarzami do części, w której znajdowały się bardziej luksusowe pokoje – dla osób, które słono płacą za swoje zdrowie. A więc to majętna pacjentka. Skrzywiłem się w duchu, spodziewając się kłopotów. Ludzie z kasą niechętnie godzą się z porażką, z brakiem efektów w leczeniu, ze śmiercią.

Zdezynfekowaliśmy ręce, nałożyliśmy jałowe ochraniacze na buty i maski na twarze.

Weszliśmy do sali. Przy łóżku siedziała kobieta i podniesionym tonem mówiła do leżącej bez ruchu postaci.

– Nie wolno ci! Nie w ten sposób! Poddajesz się! Ja wiem, że to wszystko siedzi w psychice. Nie możesz zostawić ojca. Wiesz, jak on będzie to przeżywał? Tyle dla ciebie poświęcił!

Przywykłem do egoizmu ludzi, którzy zostawali, ale ta kobieta przesadziła. Wywierała presję i wzbudzała poczucie winy. Nie rozumiałem, jak można zafundować komuś taki koniec życia.

– Dzień dobry, miłym paniom – powiedział profesor Thomson, podchodząc do łóżka. – Słyszę, że batalia trwa. Ethan, to Irene Davis, matka naszej pacjentki.

Kobieta przy łóżku była zadbana, po czterdziestce. W oczach miała rozpacz.

– Panie profesorze, może pan z nią porozmawia. Widzi pan, w jakim ona jest stanie?

– Jest trochę zmęczona po ostatnich zabiegach i chemii, ale to wszystko. Ethan, podejdź, proszę. Claire, to twój nowy lekarz, Ethan Anderson. Zostawiam cię w dobrych rękach.

Podszedłem do łóżka, by zobaczyć to, czego się spodziewałem. Wyniszczone ciało, wynędzniała twarz, w oczach rezygnacja. Mogła mieć zarówno szesnaście lat, jak i pięćdziesiąt sześć, bo w tym stadium wszyscy wyglądali tak samo. Wiedziałem, że to nie potrwa długo. Uparcie wpatrywała się w ścianę przed sobą.

– Cześć, jestem Ethan. Mam nadzieję, że nie protestujesz przeciwko zmianie lekarza.

Dziewczyna oderwała wzrok od ściany i spojrzała na mnie bez emocji.

– Nie mam nic przeciwko. Przecież to i tak niczego nie zmieni, prawda?

Fakt. Natomiast jej matka nie zamierzała tego przyjąć.

– Panie doktorze, czy pan słyszy, co ona bredzi? Przecież tak nie można!

Miałem dość.

– Czy możemy zamienić parę słów na korytarzu? – poprosiłem profesora.

Wyszliśmy w milczeniu.

– Co ta wariatka robi przy łóżku umierającej pacjentki? Przecież to jest znęcanie się.

– Ona nie umiera. – Profesor zignorował moje pytanie.

Otworzyłem usta.

– A przynajmniej jeszcze nie – ciągnął. – Uważam, że potrzebuje trochę gniewu. Za szybko zrezygnowała, a apatia nie jest wskazana w jej stanie.

– Za szybko? Od kiedy jest leczona?

– Sześć miesięcy.

– Z całym szacunkiem… Po sześciu miesiącach przy ostrej białaczce bez pozytywnych wyników można mieć dość. Uprzedzam, że jak tylko ta dziewczyna dostanie się w moje ręce, natychmiast odseparuję ją od toksycznej matki. Trzeba wysłać tę kobietę na jakąś terapię. Przecież to jest chore.

– Znam Irene od lat – powiedział profesor w zadumie. – To nie jest zła kobieta. Tylko wierzy w wyższość umysłu nad ciałem. Złości ją bezsilność i fakt, że ciało Claire słabnie. Chce ją zmotywować.

– To nie jest dobry sposób.

– Może. Teraz ty ją prowadzisz i wierzę, że zrobisz wszystko, co słuszne.

A żebyś wiedział, dodałem w myślach.

CLAIRE

Nie poznał mnie.

Nic dziwnego. Przypominałam szkielet obciągnięty skórą, choć pewnie nie rozpoznałby mnie, nawet gdybym wyglądała normalnie. Widzieliśmy się zaledwie parę razy, a mimo to od razu poznałam jego niebieskie oczy.

Ethan Anderson był niewielkim epizodem z mojej przeszłości. Tej przeszłości, w której nie miałam żadnych trosk. Kiedy studiowałam i pracowałam za barem w ekskluzywnym klubie. Kiedy uciekałam z domu, żeby nie wysłuchiwać mamy, i chodziłam na plażę, żeby obściskiwać się z chłopakami. A potem przyszedł ten dzień, kiedy zakręciło mi się w głowie w samochodzie Ricka i zemdlałam. Diagnozę postawiono szybko – białaczka. Tak samo szybko choroba postępowała. Wykańczała mnie, choć olbrzymie dawki chemii, które przyjmowałam, powinny były pozwolić na przeszczep szpiku kostnego. Tak się nie stało. Udało mi się tylko nie umrzeć w ciągu paru tygodni, jak to często bywa przy ostrych białaczkach.

Rodzice i lekarze się niecierpliwili, bo czekało na mnie – pomimo mojego rzadkiego genotypu – aż trzech dawców szpiku: jeden z Bułgarii, jeden z Austrii i jeden z RPA. Moi bliźniacy genetyczni.

Wkrótce po diagnozie, gdy odizolowano mnie od świata i zaczęto podawać nieludzkie porcje cytostatyków, przyszedł do mnie James Hardy – właściciel klubu, w którym pracowałam, facet z wieloma szemranymi interesami na boku i tajemniczą przeszłością. Nie uwierzył w wiadomość, jaką wysłałam wszystkim – że wyjeżdżam do Kanady i nie wiem, kiedy wrócę. Jamie nigdy nie wierzył w coś, czego nie sprawdził, a ponieważ jego dziewczyna była jedną z moich najbliższych przyjaciółek i najwyraźniej się martwiła, znalazł mnie.

Wtedy nie wiedziałam, w jaki sposób Jamie się do mnie dostał. W tamtym czasie, ze względu na ryzyko infekcji, nawet rodzicom nie wolno mnie było odwiedzać. Gdy jednak zobaczyłam Ethana, wszystko stało się jasne. To on wpuścił Jamiego.

Nigdy nie zapomnę tego wieczora, kiedy na zmianę płakałam, prosząc, żeby nic nie mówił Ally, i wymiotowałam do miski, a wielki James Hardy trzymał moje włosy i wycierał mi twarz. W końcu obiecał mi milczenie, a w zamian wymusił na mnie zgodę, aby to on zapłacił za całe leczenie. Nigdy potem już się u mnie nie pojawił, ale rodzicom powiedziano, że koszty leczenia pokrył fundusz uczelniany. Umieszczono mnie w dużym, jasnym pokoju, a moim potrzebom nadano status priorytetowy. Nic nie mówiłam, gdy moja matka zachwycała się pakietem świadczeń, które oferował Uniwersytet Kalifornijski.

Teraz patrzyłam na twarz mojej matki. Jej usta bardzo szybko się poruszały, a oczy były mokre. Nic jednak nie słyszałam. Nauczyłam się wyłączać. Już nie miałam sił. Już nie chciałam żyć.

Drzwi się otworzyły i przeniosłam oczy na mojego nowego lekarza. Opalony, silny, z błyszczącymi zdrowiem oczami był moim przeciwieństwem.

– Irene? – zwrócił się do mojej matki. – Proszę, żebyś usiadła na kanapie. Muszę porozmawiać z tobą i Claire.

– A dlaczego pan nie ma maski na twarzy? – zapytała gniewnie.

– Zaraz odpowiem na wszystkie pytania. Proszę usiąść.

Mama zerknęła na mnie z niepokojem, jakbym miała nagle umrzeć, jeśli tylko oddali się ode mnie na półtora metra, po czym wstała z krzesła i usiadła na skórzanym siedzisku pod ścianą.

– Irene, powiedz mi, masz jakieś dolegliwości, leczysz się na coś? – Ethan przeglądał przypięte do podkładki dokumenty.

Matka spojrzała na niego z wyższością i pokręciła przecząco głową.

– Nic? Astma, choroby przewodu pokarmowego, wątroba?

– Jestem zdrowa jak koń.

– Fantastycznie.

Ethan nachylił się nad nią, błyskawicznie wbił w jej odsłonięte ramię igłę i wtłoczył płyn ze strzykawki. Matka, zszokowana, milczała, podczas gdy Ethan wacikiem rozmasowywał miejsce wkłucia. Powinnam się zdenerwować. A przynajmniej przestraszyć. Byłam jednak tylko zaintrygowana.

– Sugeruję, żebyś się położyła, Irene. – Ethan wyprostował się i schował strzykawkę do kieszeni.

– Co mi wstrzyknąłeś? Nie możesz mi nic podawać! Co zrobiłeś, draniu?

– Powiedz, że dałeś jej coś na utratę głosu – odezwałam się.

Uśmiechnął się do mnie, po czym znowu pochylił się nad moją matką, która zsunęła się po oparciu kanapy.

– To lek neurologiczny. Nie zaszkodzi ci, ale będziesz miała po nim silne zawroty głowy, mdłości i będzie ci cholernie słabo. Masz szansę przez kwadrans poczuć się jak Claire od paru miesięcy. A gdy już lek przestanie działać, to wtedy pogadamy.

Zostawił moją matkę na kanapie i podszedł do mojego łóżka.

– Zapoznałem się z historią twojego leczenia i wynikami badań. Wiesz, że mamy tu niewielkie pole manewru?

Skinęłam głową.

– Umierasz, Claire.

Ze strony kanapy dobiegł mnie jęk matki. Nie wiedziałam, czy to reakcja na słowa lekarza, czy lek zaczynał działać.

– Domyślam się.

Ethan wyglądał, jakby mu ulżyło, że nie panikuję. Wstał i otworzył na oścież okno. Wciągnęłam w płuca ciepłe powietrze przywiane wiatrem Santa Ana i przymknęłam oczy. Słyszałam świergoczące w drzewach tangarki.

– Ponieważ już niewiele mogę zrobić, to moja propozycja jest taka: kończymy z chemią, pieprzyć odporność i łączymy wysiłki, żeby zapewnić ci jak największy komfort na finiszu. Co ty na to? – Siadł z powrotem przy moim łóżku i puścił do mnie oko.

Postarałam się odwzajemnić uśmiech. Kiepsko mi poszło i bardzo dobrze, bo moje dziąsła były w fatalnym stanie.

– Powiedz mi, ale tak naprawdę, czego byś chciała. Bez przegięć, oczywiście.

Tak dawno nikt nie pytał, czego chcę.

– Spokoju – odpowiedziałam. – I ciszy. Nie chcę wracać do domu. Nie chcę nikogo już pocieszać, bo ja odchodzę, a oni muszą tu zostać. Chcę kogoś, kto będzie wspierał mnie. Nie mam żadnej listy do zrobienia przed śmiercią i tak naprawdę niczego nie chcę już robić. Chcę leżeć, spać i żeby wszyscy dali mi święty spokój.

Moja matka podniosła głowę z kanapy, nachyliła się nad podłogą i obficie zwymiotowała. Ethan ledwo zwrócił na to uwagę. Wciąż wpatrywał się we mnie.

– Czy zapewniono ci wsparcie psychologa? Zdaje się, że masz głęboką depresję, co oczywiście nie jest niczym niezwykłym w twoim stanie, ale czy ktoś się tym zajął?

– Chyba jakiś tu zaglądał, ale matka szybko go przegoniła. Bo przecież sama sobie poradzę, tylko muszę się wziąć w garść.

Ethan pochylił głowę i zdawało mi się, że cicho prosi o cierpliwość. Do kogo skierowana była prośba, nie dosłyszałam.

– Na pewno nic jej nie będzie? – spytałam, obserwując, jak matka ponownie wyrzuca z siebie resztki lunchu.

– Absolutnie nic. – Nawet nie zerknął w stronę kanapy. – Dobrze, czyli cisza i spokój. Co sprawia ci przyjemność?

– Patrzenie przez okno na miasto.

– Zamknęli cię tu pół roku temu, tak? – Pisał coś na podkładce, którą miał ze sobą.

– Tak.

– A może chciałabyś, żeby ktoś cię zabrał na plażę? Będziesz mogła posłuchać szumu oceanu i popatrzeć na ludzi. Mógłbym to załatwić.

– Naprawdę? Sama, bez mamy?

– Jeśli będziesz chciała, zorganizuję to.

– Chcę.

– To dobrze. Irene? – zwrócił się do mojej matki. – Jak się czujesz? – Leżała na kanapie, blada i spocona. Przedramieniem zakrywała oczy. – Chyba nie najlepiej – powiedział do siebie i nadal coś pisał.

„Doktor Anderson proszony do recepcji oddziału onkologicznego” – rozległ się głos z głośnika pod sufitem. „Doktor Anderson pilnie proszony”.

– Cholera – zaklął i spojrzał na zegarek. – Właśnie miałem zaczynać zabieg. – Wyjął telefon i wybrał numer. – Znieczulony już jest? Nie? No i super, to niech czekają. Podszedł do mojej matki i spojrzał na nią z góry. – No, Irene, widzę, że słabo z tobą, ale nie poddawaj się! – podniósł lekko głos. – Wstawaj, bo wyraźnie się lenisz! Weź się w garść!

Matka skierowała wymęczony wzrok na lekarza i próbowała coś powiedzieć.

– To wszystko tkwi przecież w tobie! Możesz wstać i posprzątać po sobie, prawda? Twoja córka będzie zawiedziona, jeśli nie dasz teraz przykładu. I-rene! I-rene! I-rene! – skandował cicho, klaszcząc w dłonie. – Jednak nie? – Pochylił się nad nią, opierając dłonie o uda. – Posłuchaj mnie teraz uważnie. Zaraz poczujesz się lepiej, działanie leku minie, wieczorem już będziesz w stanie coś zjeść, a jutro twój organizm nie będzie nawet pamiętał, co się stało. Ale tobie radzę pamiętać, bo jeśli jeszcze raz dowiem się o maltretowaniu Claire, to pogadamy inaczej.

Wyprostował się, zasalutował mi i wyszedł.

Z otwartymi ustami wpatrywałam się w drzwi, które się za nim zamknęły.

Zapadła cisza. Minął kwadrans. Mama pojękiwała na kanapie. Wymiociny śmierdziały coraz bardziej mimo otwartego okna. Sięgnęłam po przycisk przywołujący obsługę, która jak zwykle pojawiła się po paru sekundach. Wszyscy tu chodzili jak na sznurku, mając na uwadze tłuste przelewy od Jamiego.

– Jezu Chryste – zawołała kobieta, która oporządzała mój pokój na dziennej zmianie. – Pani Davis, źle się pani czuje? Wezwę lekarza.

– Nie, nie trzeba, Cheryl – powiedziałam uspokajająco. – Lekarz dopiero co wyszedł, mama wkrótce poczuje się lepiej. Chciałam tylko cię prosić o posprzątanie. Sama bym to zrobiła… ale wiesz.

– Wiem. – Uśmiechnęła się do mnie Cheryl. – Jesteś rozpuszczonym, wrednym bachorem, któremu nie chce się ruszyć dupy z łóżka. – Wciągnęła do pokoju swój wózek wypełniony mopami i środkami czystości.

Ledwo podniosłam dłoń znad kołdry i wycelowałam w nią palec.

– Jako jedyna mnie przejrzałaś. Nie zdradź nikomu.

Wizyty Cheryl były dla mnie wytchnieniem. Nie zwracała uwagi na moją matkę i sprawiała, że się śmiałam – przynajmniej wtedy, kiedy jeszcze mogłam. Jako jedyna tutaj nie miała srogiej miny i powagi należnej gasnącemu życiu, tylko paplała wesoło, opowiadając mi, co działo się na zewnątrz, i bawiąc plotkami ze szpitala.

Kiedy sprawnie czyściła podłogę, mojej matce wracały siły. Podpierając się na łokciu, usiadła i odchyliła głowę na oparcie.

– Zamknij to okno… – wybełkotała.

– Słucham? – Cheryl dźwignęła się znad wiadra.

– Okno zamknij, powiedziałam! – podniosła głos matka. – Nie widzisz, że jest otwarte? Jak można być taką głupią?! – Wstała z trudem, zamknęła okno i uruchomiła lampę bakteriobójczą. – Co się dzieje w tym szpitalu?!

– Mamo, odpuść – powiedziałam na tyle stanowczo, na ile mogłam. – Nic mi już nie zaszkodzi ani nie pomoże. I daj spokój Cheryl, jest tu moim jedynym wsparciem. Dziękuję ci, kochana – powiedziałam do Cheryl.

Matka trzęsła się, być może przez leki, a być może była po prostu wściekła. Może jedno i drugie. Patrzyłam na nią z rozbawieniem. Miała rozczochrane włosy, rozmazany makijaż, resztki wymiotów koło ust.

– Pozwę ten cały cholerny szpital – zaczęła cicho. – Tego popieprzonego lekarza i sprzątaczkę. To jest jakaś kpina! Przecież to jest placówka medyczna! Tutaj ratuje się ludziom życia, a Thomson zostawił cię w rękach jakiegoś konowała! To jest skandal!

– Mamo… – Zamilkłam. Uznałam, że nie ma sensu. Pokrzyczy, pokrzyczy i jej przejdzie.

– Idę pod prysznic – oznajmiła, wyjmując z szuflady ręcznik, i znikła. Odetchnęłam z ulgą i przymknęłam na chwilę oczy. Gdy je otworzyłam, matka rozmawiała z kimś przez telefon.

– Musisz tu przyjechać – mówiła przyciszonym głosem. – Porozmawiaj z nimi, bo to wszystko zaczyna wymykać się spod kontroli. A jak to nie pomoże, masz wszcząć procesy. Nie obchodzi mnie to. Arthur, oczekuję cię za dwadzieścia minut, czy wyrażam się jasno?

Jęknęłam w duchu i udawałam, że dalej śpię, by uniknąć wyrzutów. Jednak jej nie przeszło, a to niedobrze. Matka rozmawiała z bratem mojego ojca – prawnikiem. Przewidywałam kłopoty. Mama, jak się na coś uprze, to doprowadzi do końca, z kolei Ethan Anderson był powiązany z Jamesem Hardym i choćby z tego względu miał szerokie możliwości i kontakty.

Nie mogłam pozwolić na to, żeby mama niepotrzebnie zrujnowała siebie i ojca.

Drzwi się otworzyły.

– Ćśś – syknęła mama. – Ona śpi.

Ktoś wszedł do środka i stanął przy moim łóżku.

– Irene, porozmawiajmy. – Rozpoznałam głos Ethana. – Nie możesz się tak zachowywać przy Claire. Możesz krzyczeć i wyżywać się na wszystkich poza nią i wszędzie poza tą salą.

– Nie będę cię słuchać, ty jesteś chory, zaraz przyjedzie tu nasz prawnik i zmienimy Claire lekarza, bo to wprost niepojęte, co tu się wyprawia – szeptała gorączkowo.

– Posłuchaj mnie choć przez chwilę. Czy kiedykolwiek zastanowiłaś się nad tym, czego chce twoja córka? Czy zapytałaś ją o to?

– To jest nieważne, czego ona chce. Zupełnie nie wie, co jest dla niej dobre. Kiedyś mi za to wszystko podziękuje.

– Irene – mówił nadal spokojnie Ethan. – Traktujesz Claire jak swoją własność. To niedopuszczalne. Jest dorosła i powinnaś przynajmniej pytać ją o zdanie, jeśli nie pozwalasz podejmować jej samodzielnych decyzji.

– Jakich znowu decyzji? Czy umrzeć, czy nie?

– Choćby takich, w jaki sposób i gdzie chce umrzeć – odpowiedział spokojnie.

– Co ty wygadujesz? Ona nie umrze! Profesor Thomson powiedział, że jeszcze daleko do tego! Leczenie przyniosłoby natychmiastowy skutek, gdyby tylko jej głowa na to pozwoliła.

Usłyszałam westchnienie Ethana.

– Claire, otwórz oczy.

Niechętnie podniosłam powieki. Ethan usiadł na krześle.

– Zadam ci teraz parę bardzo ważnych pytań, a ty mi odpowiesz zgodnie ze swoją wolą, dobrze?

Potwierdziłam.

– Czy jesteś świadoma tego, że od teraz ja będę prowadził twoją terapię?

– Tak.

– To się jeszcze okaże – mruknęła z boku matka.

– Czy zgadzasz się na to, żebym ja był twoim lekarzem prowadzącym? Czy wnosisz jakiekolwiek zastrzeżenia?

– Zgadzam się, nie wnoszę żadnych zastrzeżeń i dodam od siebie, że chcę, abyś był moim lekarzem.

Kąciki ust Ethana lekko się uniosły.

– Dobrze, idziemy dalej. Czy jesteś w jakikolwiek sposób ograniczona prawnie? Możesz podpisywać umowy i podejmować decyzje o sobie samej?

Spojrzałam na niego zaskoczona.

– Oczywiście, że mogę.

– To posłuchaj mnie. Rekomenduję odseparowanie twojej matki od ciebie na jakiś czas. Oczywiście, zostanie do ciebie wpuszczona, jeśli cokolwiek będzie wskazywało na pogorszenie twojego stanu. Ale teraz chcę, żebyś odpoczęła. Czy ty też tego chcesz?

Mama, wzburzona, podeszła, wzięła mnie za rękę i ścisnęła mocno. Za mocno.

– Kochanie, nie daj się zmanipulować! Zaraz przyjedzie Arthur i wszystko tu załatwimy! To jest jakiś koszmar!

Grymas bólu wykrzywił mi twarz. Ethan błyskawicznie wstał i położył rękę na ramieniu mojej matki.

– Puść ją – powiedział cicho.

Natychmiast spojrzała na mnie z okrzykiem przestrachu i rozluźniła uścisk.

– Jezu, przepraszam, kochanie!

– Nic się nie stało – odpowiedziałam słabo. Wiedziałam, że nie chciała.

Opadła na krzesło, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać. Zacisnęłam zęby i wpatrywałam się w sufit. To było zawsze najgorsze. Nie potrafiłam patrzeć, jak płacze nade mną, jak rozpacza nad stratą dziecka. W takich chwilach byłam bezsilna, bo co miałam jej powiedzieć? Że wszystko będzie dobrze? Wiedziałam, że nie będzie.

Nad matką pochylił się Ethan. Objął ją ramieniem i podniósł z krzesła, tuląc do swojej klatki piersiowej. Zaskoczył mnie tym. Powoli prowadził ją w stronę drzwi, a ona szlochała w jego ramię. Wtedy jednym zwinnym ruchem Ethan otworzył drzwi, wypchnął matkę na korytarz i je zamknął. Potem zablokował klamkę krzesłem.

Ale kutas, pomyślałam z rozbawieniem.

– Nie chcę, żebyś miał przez to kłopoty. – Wskazałam na drzwi, za którymi awanturowała się matka. Ethan uśmiechnął się, a na jego policzku ukazał się dołeczek.

– Kłopoty już mam. Jeśli twoja matka złoży skargę o podanie jej nieznanego leku, a założę się o moją roczną pensję, że to zrobi, to wyrzucenie jej za drzwi będzie drobiazgiem.

– Nie martwi cię to?

– Jakoś nie. – Rzeczywiście wyglądał na zrelaksowanego. – Zarząd już przywykł do moich niekonwencjonalnych metod i dopóki nikomu nie dzieje się krzywda, przymykają oko na moje wyskoki. Poza tym nie takie rzeczy już widzieli, jeśli chodzi o mnie. Słuchaj – pochylił się bliżej – wiem, że to twoja matka, ale wydaje mi się, że tego potrzebujesz.

– Zdecydowanie tak – potwierdziłam. – Muszę odetchnąć. Gdy byłam zdrowa, zawsze mogłam uciec od niej na jakiś czas, ale teraz? Osacza mnie i przytłacza, a ja nie potrafię się obronić.

Ethan kiwnął głową.

– Nie zrozum mnie źle, ona nie jest złym człowiekiem… – dodałam.

– Wiem, Claire. Ale też niewiele rozumie i dopóki nie nabierze choć odrobiny empatii, nie chcę jej widzieć w pobliżu ciebie. Ani trochę nie obchodzą mnie intencje, tylko skutki jej działań. W tej chwili jesteś dla mnie najważniejsza, rozumiemy się?

Zapatrzyłam się na niego. Miło było doznać tak bezinteresownej troski.

ETHAN

Dochodziła północ. Byłem na nogach od piątej rano, ale wciąż siedziałem w swoim gabinecie, przeglądając publikacje naukowe i szukając przypadku podobnego do Claire. Poruszyła mnie jej bezradność i ciche pogodzenie z losem. Jeśli gdzieś istnieje sposób, żeby jej pomóc, to ja go znajdę.

Niestety to, co czytałem, nie napawało optymizmem.

Następnego dnia po szóstej powoli uchyliłem drzwi do jej pokoju. W szpitalu, szczególnie na oddziale onkologicznym, nie ma czegoś takiego jak prywatność. Rozpływa się w bezradności, chorobie i potrzebie nieustannego czuwania nad chorymi. Wsunąłem głowę do środka. Dziewczyna miała podniesione nieco oparcie łóżka, przysunięte do otwartego okna. Wpatrywała się we wschód słońca. Gdy usłyszała otwierające się drzwi, odwróciła się w moją stronę.

– Hej – powiedziałem półgłosem. – Nie śpisz?

– Jakoś nie mogę. Nie wiem, czy to dlatego, że cieszę się pierwszą samotną nocą od wielu miesięcy, czy to może skutek choroby. Co tu robisz tak rano?

– Poranny obchód.

– Nie masz dziś dyżuru.

– Fakt. Skąd wiesz? Przecież u ciebie nie ma obchodów…

– Mam pakiet luksusowy. A to oznacza, że wiem o wszystkim, co mnie dotyczy, w tym także kiedy mój lekarz przebywa na oddziale. I ciebie nie powinno tu być.

Przysunąłem sobie krzesło oparciem do przodu i siadłem okrakiem.

– Słuchaj, chciałbym cię stąd wypuścić, ale mówiłaś, że nie chcesz wracać do rodziców. Nie zmieniłaś zdania?

Pokręciła głową.

– Masz kogoś, kto zająłby się tobą poza szpitalem?

Znowu zaprzeczenie, tym razem ze smutkiem.

– Czyli musisz zostać tutaj – podsumowałem.

– Nie jest tak źle. – Lekko się uśmiechnęła.

– Nie chcę być wścibski, ale… waszą rodzinę stać na to? – Podrapałem się z zakłopotaniem po policzku.

– Nie płacą moi rodzice. To… znajomy.

Znajomy. Czyli ma kogoś poza rodzicami.

– Przychodzę z czymś jeszcze… Miałbym do ciebie prośbę. Czy dla dobra nauki zechciałabyś wziąć udział w pewnym eksperymencie medycznym?

– Eksperymencie?

– Czy mówiono ci, dlaczego leczenie u ciebie nie działa?

Zastanowiła się.

– Tak naprawdę to nie. Rozmawiano tylko z mamą. Szybko przystąpili do podawania chemii, bo byłam w ciężkim stanie.

Kiwnąłem głową.

– Właśnie tak, trzeba było działać. Najbardziej optymalna byłaby terapia komórkami CAR-T, ale do tego trzeba czasu i odpowiedniej ilości twoich komórek, żeby wyhodować nowe, uzbrojone do walki z nowotworem. Niestety, po takich wlewach chemii, które w siebie wchłonęłaś, nie mamy materiału do hodowania komórek macierzystych, a poziom białych krwinek nie pozwala na przeszczep szpiku kostnego. Zakładam, że masz jakiś wadliwy gen, który niweczy nasze wysiłki. Chciałbym więc zrobić ci badania genetyczne, trochę pokombinować przy twoich lekach i poobserwować reakcje. Muszę jednak mieć na to twoją pisemną zgodę.

– O nie, nie chcę już nic przyjmować. Umówiliśmy się: tylko leczenie paliatywne. – Zmarszczyła czoło.

– W porządku – odparłem po chwili. – Obiecałem ci komfort i słowa dotrzymam. Odpoczywaj.

Klepnąłem brzeg jej kołdry i wstałem.

– Ethan, poczekaj.

– Tak?

– Czy to ważne?

– Co? – Z powrotem usiadłem.

– Te twoje badania?

Skinąłem głową.

– Mogłyby pomóc innym osobom? – pytała dalej.

– Właśnie tak. Jesteś rzadkim przypadkiem, Claire, i dlatego nie bardzo wiemy, dlaczego nie reagujesz na leczenie. Niewielu będzie takich jak ty i właśnie przez to nie mają szans, bo nikomu nie opłaca się zajmować ekstremami.

– Zgadzam się.

– Naprawdę?

– Tak. Jak to będzie wyglądać?

– Będziesz łykać tabletki, które zalecę.

– I tyle? Żadnych wlewów?

Pokręciłem głową.

– Tylko tabletki. No i potem badania.

– A, to trzeba było tak od razu.

CLAIRE

Czułam się lepiej. Od dwóch tygodni nie widziałam matki. Od tygodnia również przyjmowałam różne lekarstwa zlecone przez Ethana. Wydawało mi się, że głębiej śpię, a na pewno dłużej, choć nie wiedziałam, czy to akurat dobry objaw. Mogłam znieść cichą muzykę i przez godzinę dziennie słuchałam audiobooków. Do tego goiły mi się dziąsła. Codziennie przychodził też psycholog i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Był bardzo wesoły, więc mnie rozśmieszał. Moje wymagania wobec rzeczywistości spadły tak bardzo, że cieszyłam się wszystkim, co nie powodowało bólu czy irytacji.

Usłyszałam pukanie i do środka wsunęła się głowa pielęgniarki.

– Hej, Claire. Doktor Anderson kazał mi się ciebie zapytać, czy zechcesz przyjąć gościa. – Spojrzała na podkładkę z kartką. – Eee, Arthur Davis.

Skrzywiłam się na myśl, że będę musiała się wykłócać ze stryjem, przysłanym przez matkę.

– Nie.

– Doktor przewidział, że nie będziesz chciała. Kazał przekazać, że z nim rozmawiał i na pewno cię nie zdenerwuje. Zaleca więc, żebyś się z nim zobaczyła.

Po chwili do pokoju wszedł stryj Arthur.

– Cześć, piękna. – Zawsze tak do mnie mówił, ale teraz zabrzmiało jak okrutny żart.

Zacisnęłam usta, powstrzymując drżenie brody.

Arthur to dostrzegł i jego twarz przybrała wyraz skruchy. Przysunął bliżej krzesło i usiadł przy łóżku. Ujął moją dłoń.

– Przepraszam. Dla mnie zawsze jesteś i będziesz piękna, ale zdaję sobie sprawę, że ty możesz nie widzieć tego w ten sposób.

Pokręciłam tylko głową.

– No dobrze – odchrząknął zażenowany. – Jak się czujesz?

– Nie tak, jak bym chciała.

Zapadła niezręczna cisza. Arthur wiercił się na krześle, a ja czekałam, aż przejdzie do sedna.

Otworzył usta i je zamknął.

– Słuchaj, odwiedziłbym cię wcześniej, ale twoja matka zabraniała, wiesz? – wydusił z siebie.

– Zarazki. – Uśmiechnęłam się do niego. – Ale nie mam o to żalu ani do niej, ani do ciebie. Przy takiej chorobie ostatnie, czego człowiek sobie życzy, to żeby inni oglądali cię w kompletnej rozsypce i siedzieli przy twoim łóżku w niezręcznej ciszy. Bo nie wiadomo, co w takiej sytuacji powiedzieć.

– Ja akurat miałem ci mnóstwo do powiedzenia. Dwa miesiące temu chciałem ci powiedzieć, że Cynthia upiekła twoje ulubione bułeczki cynamonowe i że jak tylko wydobrzejesz, to dostaniesz ich całą tacę. Że trzy tygodnie temu Amy skończyła czytać wszystkie części Harry’ego Pottera od ciebie, ale nie chce oglądać filmów, bo czeka, aż wyjdziesz ze szpitala, żeby iść do ciebie na noc i obejrzeć je z tobą, i ma nadzieję, że będzie mogła zostać osiem dni, aby obejrzeć po jednej części każdego wieczora. Że miałem kolonoskopię i chciałem być dzielny, więc nie zdecydowałem się na znieczulenie, co było najgorszą decyzją w całym moim życiu. Że twoja koleżanka, z którą wynajmowałaś dom, przypuściła szturm na dziekanat uczelni w poszukiwaniu adresu twoich rodziców, bo zapadłaś się pod ziemię i się nie odzywałaś, a nikt nie wiedział, gdzie jesteś. Ale nigdy nie odebrałaś telefonu ani nie oddzwoniłaś.

Głos mu się załamał, więc wolną ręką otarł łzę z policzka. Ja płakałam zupełnie bez skrępowania. Bolał mnie brzuch i żebra, ale nie mogłam przestać. Arthur wstał i mnie objął.

– Przepraszam – wydusiłam z siebie, ocierając oczy. – Za to, że nigdy nie oddzwoniłam. Chyba moja matka miała rację. Pogrzebałam się za życia.

Arthur westchnął.

– Ona kazała mi tu przyjść i cię przekonać do zmiany lekarza.

Otworzyłam usta.

– Nie zamierzam tego robić – uspokoił mnie szybko. – Wpadłem do jego gabinetu, wściekły, z gotowym pozwem, ale porozmawialiśmy chwilę i szczerze mówiąc, jestem zszokowany na wieść o tym, jak wyglądała „opieka” twojej matki nad tobą. Zawsze była apodyktyczna, ale teraz przekroczyła wszelkie granice. Zamierzam wieczorem uciąć sobie pogawędkę z twoim ojcem. Jak mógł na to pozwolić… – zamilkł na moment. – Problem w tym, że jest upoważniona do otrzymywania wszelkich informacji medycznych na twój temat i do podejmowania decyzji, gdybyś ty nie była już w stanie. Sugeruję to zmienić.

Kiwnęłam głową.

– Co mam zrobić?

– Najprościej byłoby po prostu złożyć oświadczenie dla szpitala i wskazać inną osobę odpowiedzialną, ale…

– Ale?

– Nie wiem, jak to powiedzieć. – Wyraźnie się denerwował.

– Najlepiej prosto z mostu – zasugerowałam spokojnie.

– Rzadko prowadzę takie rozmowy, a nigdy nie musiałem z bliską mi osobą.

– Śmiało.

– Najlepiej byłoby sporządzić obszerniejszy dokument, który wskazywałby, czego sobie życzysz w poszczególnych sytuacjach. Zagrożenia życia, reanimacji, śmierci… Wtedy ja mogę być wykonawcą twojej woli i nikt nie zrobi niczego, czego byś nie chciała. – Odetchnął głęboko. – Dla wielu osób jest to trudne, bo wymaga zmierzenia się z rzeczywistością i… różnymi jej wariantami…

– Jeśli mogę cię prosić, to chciałabym, żebyś przygotował dla mnie coś takiego – zgodziłam się bez wahania.

Stryj chwilę patrzył na mnie załzawionymi oczami, po czym niespodziewanie pochylił głowę i oparł czoło o moją kołdrę.

– Claire – wymamrotał – następnym razem, gdy przyjdę, będę niewzruszony i będę sypał żartami, żeby cię rozweselić, ale teraz pozwól mi to powiedzieć. – Uniósł zaczerwienioną twarz. – Nie spodziewałem się, że ta choroba tak na ciebie wpłynie. Nie wiem, czego oczekiwałem… Że po pół roku czeka tu na mnie moja beztroska, ufna bratanica? Dorosłaś tak szybko, Claire.

– To miejsce tak działa…

W chwili milczenia, jakie zapadło, rozległo się pukanie. Drzwi się otworzyły i do środka wkroczył nieznany mi człowiek, za nim matka. Zacisnęłam wargi. Choć nie wiedziałam, o co chodzi, pojawienie się mojej matki nie mogło oznaczać nic dobrego.

– Dzień dobry, panno Davis – odezwał się mężczyzna. Miał około sześćdziesięciu lat, poważny wyraz twarzy i podkrążone oczy. – Nie mieliśmy okazji się poznać, jestem Prescott Stevenson, dyrektor tej placówki.

Czyli matka polazła do dyrekcji. Pokręciłam głową z rozczarowaniem.

– Jak się pani czuje? – zapytał, podchodząc do mojego łóżka.

– O wiele lepiej, odkąd jestem pod opieką doktora Andersona – wypaliłam, by uprzedzić pierwszy cios.

– Pani matka złożyła skargę na doktora Andersona i zagroziła pozwem sądowym. – Dyrektor podciągnął nogawki spodni i usiadł ciężko na skórzanej kanapie.

– Jezu… – powiedziałam cicho do siebie i zamknęłam oczy.

– A ponieważ była pani jedynym świadkiem sceny pomiędzy pani matką a doktorem Andersonem, chcę, żeby pani potwierdziła, że doktor Anderson podał pani matce niezidentyfikowaną substancję, narażając jej zdrowie.

Odetchnęłam głęboko.

– Niczego takiego nie zauważyłam.

– Claire! – Matka, oburzona, podeszła do mojego łóżka, na co ze swojego miejsca wstał stryj Arthur i zasłonił mnie swoim ciałem.

– Odsuń się, Irene.

– Arthur! Co tu się dzieje, na miłość boską! Czy ten człowiek rzucił na wszystkich czar? – Matka była coraz bardziej zirytowana. – Jesteś moim pełnomocnikiem!

– Nie, nie jestem. W tej chwili reprezentuję interesy Claire i sugeruję, żebyś się odsunęła.

– Proszę państwa. – Dyrektor chciał dojść do słowa. – Ja naprawdę proszę, próbuję tylko wyjaśnić tę nieprzyjemną sprawę. Panno Davis? Twierdzi pani, że pani matka kłamie?

– Powiedziałam jedynie, że niczego nie widziałam. Byłam otumaniona podawanymi lekami i nie jestem wiarygodnym świadkiem w tej sprawie.

– Podobno pani matka miała torsje i jedna z pracownic porządkowych sprzątała po niej.

– Tak, to akurat zarejestrowałam, ale może zjadła coś niedobrego. Czy badania krwi mogą coś wykazać? – zapytałam, mając nadzieję, że nie ma takiej możliwości.

– Na to już za późno… – Dyrektor Stevenson stukał kciukiem w swoje udo. Było mi go żal. Wyglądał na przemęczonego i jeszcze musiał się użerać z moją matką.

Napotkałam spojrzenie stryja.

– Irene, odpuść – zarządził.

– Ale…

– Daj spokój i idź do domu! Claire musi odpocząć. Już dość szkód narobiłaś.

– Claire… – Matka zwróciła się do mnie ze łzami w oczach.

Przełknęłam ślinę. Już miałam się złamać i zacząć ją pocieszać, a potem pozwolić, żeby wszystko wróciło do poprzedniego stanu rzeczy, gdy Arthur wziął ją pod rękę i wyprowadził na korytarz.

Stevenson wstał z kanapy.

– No to… Myślę, że to wszystko… Przepraszam za tę sytuację – wydukał.

– To ja przepraszam za matkę. Jest bardzo… intensywna.

– Zauważyłem – westchnął. – Cóż, proszę wracać do zdrowia, panno Davis.

Nie powiedziałam mu, że już przestałam próbować.

ETHAN

Westchnąłem głośno, rozciągając mięśnie karku. Minęła szesnasta. Już dawno skończyłem dyżur i byłem cholernie zmęczony. Miałem za sobą ciężki dzień i nieprzyjemną rozmowę ze Stevensonem.

Ktoś zapukał i w drzwiach stanęła Alice Hardy, świeżo poślubiona żona mojego przyjaciela. Uśmiechnąłem się na jej widok i wstałem zza biurka.

– No, kogóż to moje oczy widzą? – Otworzyłem ramiona i przytuliłem ją.

– Cześć, tęskniłam za tobą! – Wspięła się na palce i dała mi buziaka.

– Twój mąż wie, że tu jesteś? – zapytałem żartobliwie. Kiedy poznałem Ally, zaprosiłem ją na randkę, sugerując, że Jamie nie jest dla niej. Z biegiem czasu zmieniłem zdanie i życzyłem im szczęścia.

Ally przyłożyła dłoń do ust z udawanym przestrachem.

– Chyba mu nie powiesz, że od razu po powrocie z podróży poślubnej przybiegłam do ciebie, co?

– Jakby cokolwiek mogło się przed tym psycholem ukryć. – Roześmiałem się.

Ally wycelowała we mnie swój palec.

– Nie mów tak o moim mężu.

– Nie popadaj w paranoję. Z pewnością cię teraz nie słyszy i nie musisz mu lizać tyłka.

– A jeśli? – Rozejrzała się dookoła podejrzliwie. – Kochanie, jeżeli to słyszysz, to wcale nie chciałam się śmiać. Jesteś cudowny i nie masz żadnych wad.

Uśmiechnąłem się pobłażliwie.

– Co słychać?

– Wszystko dobrze. Dzwoniłam do kliniki i Dylan powiedział, że już powinieneś być u nich. A skoro cię nie ma, to z pewnością jeszcze tu tkwisz. Wpadłam więc porwać cię na obiad, bo pewnie nic nie jadłeś i chciałeś jechać prosto stąd do lecznicy.

Potarłem dłonią kark, bo właśnie miałem taki zamiar.

– Wyglądasz na zmęczonego. No chodź, nie daj się prosić.

Zgodziłem się. Pojechaliśmy.

– Jamie powiedział, że awansowałeś. – Po posiłku Ally rozsiadła się na restauracyjnym krześle i spojrzała na mnie z uśmiechem.

– Ja wiem, czy to awans… Chyba tylko z nazwy. – Sięgnąłem po pieczywo do koszyka. Kiedy tylko miałem okazję, jadłem jak szalony, na zapas. – Ale nie wiem, czy onkologia to jest to, czym chcę się zajmować.

– A czym byś chciał?

– Tak naprawdę fascynuje mnie genetyka. Marzy mi się laboratorium i jakieś przełomowe odkrycie ratujące ludzkość.

– Nie za późno na zmianę specjalizacji? – Ally przechyliła nieco głowę.

– Nigdy nie jest na nic za późno. Wystarczy tylko chcieć.

– Wystarczy tylko chcieć… – powtórzyła Ally. – Czyli co? Planujesz dalszą naukę?

Łyknąłem wody ze szklanki i spojrzałem na plażę przed nami.

– Nie wiem, Ally. Chyba jestem na razie zbyt zmęczony na zmiany. W moim przypadku więc „wystarczy chcieć” jednak nie wystarczy.

Ally roześmiała się, po czym podeszła do baru, żeby uregulować rachunek, choć protestowałem.

– Chodź, przejdziemy się jeszcze bulwarem. – Wzięła mnie pod ramię.

– A jak tam twoje studia? – zapytałem, gdy wolno spacerowaliśmy, a obok śmigali rolkarze. Ally przejęła obowiązki Jamiego w jego firmie Hardy Films i rozpoczęła naukę o sztukach wizualnych na UCLA.

– Ciekawe – odparła. – Ale nie wiem, czy uda mi się je dokończyć w terminie. Możliwe, że będę musiała mieć małą przerwę.

– Co? Dlaczego? – Przystanąłem.

– Bo jak wszystko dobrze pójdzie, to w przyszłym roku urodzi się mały Hardy.

– Niemożliwe! – Chwyciłem ją za ramiona. – Jamie będzie ojcem?! – roześmiałem się.

– Co cię tak bawi?

– Jamie – odparłem, wciąż chichocząc. – Wyobrażam go sobie, jak zmienia pieluchę z gnatem w kaburze pod pachą. Albo cierpliwie tłumaczy waszemu dziecku, że szlaczek ma być prosty i że nie wolno smarować kredkami po nieskazitelnie białej ścianie.

Ally uśmiechała się z politowaniem.

– Niedużo wiesz o swoim przyjacielu.

– O tak, masz rację. Udowodnił to, gdy twierdziłem, że nie nadaje się do stałych związków. Może i teraz mnie zaskoczy. Będę do was wpadał i nagrywał, jak zajmuje się małym.

– Albo małą.

– Albo małą. Chodź tu do mnie. – Przyciągnąłem ją do siebie i objąłem. – Gratuluję wam z całego serca. Będziecie wspaniałymi rodzicami.

Kątem oka dostrzegłem drobną postać owiniętą kocem, siedzącą na wózku inwalidzkim tuż przy wejściu na plażę. Claire. Nieco dalej, na murku, siedział pielęgniarz, zajęty telefonem.

– Przepraszam, to moja pacjentka – powiedziałem, wypuszczając Ally z objęć. – Nie wygląda dobrze, bo… no cóż, nie ma najlepszych prognoz. Nie przestrasz się. Pójdę się przywitać.

– Oczywiście.

Podeszliśmy do dziewczyny.

– Witaj na powietrzu, nieznajoma – powiedziałem.

Claire odwróciła się do mnie, lecz zawiesiła wzrok na stojącej obok Ally. Ta, wiedziona wrodzoną opiekuńczością, kucnęła obok dziewczyny.

– Cześć, jestem Ally, jak się czujesz? Ethan mówił mi właśnie, jaka jesteś dzielna. Prawdziwa wojowniczka.

Claire nie odpowiedziała.

– Hej… – zaczęła znowu Ally, ale nagle umilkła. Wpatrywała się w wyniszczoną twarz dziewczyny, a potem przeniosła wzrok na sfatygowany plecak w kwiaty, który ta kurczowo przyciskała do siebie.

– Claire, co się dzieje? – Pochyliłem się nad nią.

Ally siadła ciężko na piasku.

– Claire…? – wyszeptała. Dłonią zakryła usta, a jej oczy w jednej chwili wypełniły się łzami. Siedziała tak, przyglądając się Claire, która nerwowo poprawiała chustkę na głowie. – Boże… – Przypadła do wychudzonej dziewczyny i objęła ją mocno. – Dlaczego? – wydusiła. – Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Dlaczego? Claire, dlaczego? – krzyczała coraz głośniej.

Claire łkała, obejmując przezroczystą dłonią głowę Ally.

Naraz pojawił się ochroniarz Ally, który towarzyszył nam w pewnej odległości przez cały czas.

– Dość tego, ludzie się gapią.

Pielęgniarz, który też miał zamiar interweniować, zatrzymał się w pół kroku na widok jego olbrzymiej sylwetki.

Ally, zaczerwieniona i zapłakana, oderwała się od Claire.

– Jedziemy do nas. Brad, pomożesz nam, proszę?

– Chwileczkę. – Zatrzymałem wielkoluda, gdy podchodził do dziewczyny. – Claire, czujesz się na siłach, by jechać do Ally? Chcesz jechać?

Claire podniosła na mnie załzawione oczy i skinęła głową.

– Dobrze.