Świat jej oczami - Kim Holden - ebook + audiobook + książka

Świat jej oczami ebook

Kim Holden

0,0
54,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Trzydziestoczteroletnia Sophie Wren zawsze stawiała na bezpieczeństwo. Rutyna, choć nużąca, zapewniała jej stabilność, o którą walczyła, odkąd weszła w dorosłość. Ostatnio przy zdrowych zmysłach trzymają ją jednak tylko kawa, głośna muzyka i sarkazm. Po zakończeniu kolejnego związku z niewłaściwym mężczyzną oraz latach niedoceniania w pracy, dochodzi do spóźnionego wniosku, że najwyższy czas narozrabiać i złamać kilka zasad.

Niechętnie przystaje na propozycję wyjścia do baru z siostrą Lolą, która jest jej totalnym przeciwieństwem. Sophie spodziewa się muzyki na żywo, kilku intrygujących zdjęć, które wrzuci na swój instagramowy profil eye.for.an.i, a także lekkiego kaca. Cieszy się więc, gdy wieczór okazuje się tak udany, jak tego pragnęła.

A nawet bardziej.

Nie zdaje sobie jednak sprawy, że w tej samej chwili przeznaczenie ma już wobec niej inne plany. Obecność w odpowiednim miejscu i czasie, post w mediach społecznościowych, który staje się viralem oraz wścibska siostra sprawiają, że jej życie nagle przestaje być nudne.

 

Ever St. Clair już z definicji jest zakazany. Piękny, melancholijny muzyk uosabia pokusę zrodzoną z żywej wyobraźni Sophie, która nie przestaje o nim fantazjować. Wielowarstwowa, magnetyczna osobowość mężczyzny zmusza ją do przewartościowania dotychczasowego życia, odrzucenia wątpliwości i żądania od świata czegoś więcej. 

Świat jej oczami 
to humorystyczna, szczera, zmysłowa historia o zdejmowaniu masek, pokazywaniu lękom środkowego palca, a przede wszystkim pogoni za marzeniami, ponieważ bezpieczne życie jest przereklamowane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 400

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Eye for an I

Copyright © 2026 by Kim Holden

Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Brandon Hando

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

PR & marketing: Karolina Nowak

ISBN: 978-83-8441-598-6

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

SERIA: HYPE

Dla wszystkich, którzy pozwalają, aby powstrzymywał ich strach. Czas zdjąć kolczyki i stanąć do walki.

I dla Gemmy. Dziękuję, że poprosiłaś, abym napisała Ci kolejną historię i przypomniałaś mi, kim, do cholery, jestem. Psiapsiółki na zawsze.

Lola Young – Messy

Poppy, Amy Lee & Courtney LaPlante – End of You

The Backfires – Replace It All

Bad Omens – Who are you?

Vanthe, AWON & Melrose Avenue – Deep End

Chinchilla – Little Girl Gone

Ecca Vandal – CRUISING TO SELF SOOTHE

Gracie Abrams – Risk

Sleep Token – Rain

Shaboozey – A Bar Song (Tipsy)

Sleep Token – Alkaline

President – RAGE

Melrose Avenue – Suffering

Dayseeker – Pale Moonlight

Sleep Token – Mine

Deftones – infinite source

President – Destroy Me

Spiritbox – Jaded

Bad Omens – Left For Good

Palaye Royale – umakemenotwannadie

Sleep Token – The Offering

bby – Kinky

Sleep Token – Nazareth

Bad Omens – CONCRETE JUNGLE

The Goo Goo Dolls – Iris

Sleep Token – The Summoning

Frank Carter & The Rattlesnakes – Crowbar

Sleep Token – Infinite Baths

Rozdział pierwszy

SOPHIE?

Odsuwam telefon od ucha, zaciskając zęby. Waham się, przenosząc wzrok pomiędzy ikonką kończącą połączenie a tą przedstawiającą głośnik. Szturcham palcem drugą, żałując, że nie jest jego okiem, i licząc, że zwiększenie głośności pomoże mi ogarnąć te bzdury.

– Sophie – powtarza, a jego spokój wyraźnie przechodzi w rozdrażnienie. – Jesteś tam jeszcze?

Myśl spływa mi na język i wydostaje się z ust wraz z powietrzem. Słowa mieszają się ze zmęczonym oddechem.

– Co, do diabła? – rzucam, brzmiąc żałośnie.

No, ale poważnie, co do cholery?

Wzdycha.

– Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że do tego dojdzie.

Parskam śmiechem.

– Do czego właściwie? Bawisz się we wciskanie parówy z inną ko…?

Przerywa mi.

– Nie. Do tego. Do końca – wypowiada z emfazą. – Nie planowałem nikogo poznawać, ale serce nie sługa.

– Chyba kutas nie sługa – mamroczę.

Ignoruje przytyk i ciągnie:

– Mamy różne cele. Moje życie i kariera pędzą po konkretnie wyznaczonym torze.

„Konkretnie wyznaczonym torze”? Ja pierdzielę, przeczytał to w jakiejś apce ze złotymi myślami? Brzmi, jakby wykuł to na pamięć, a potem powtarzał sobie przed snem. Przerywam mu, bo właśnie w ten sposób się spieramy – w naszym przypadku pełne zdania to rzadkość. Lubię przeskakiwać do końca, a on woli wszystko przeciągać.

– Kiedy przyjedziesz po swoje rzeczy?

Natychmiast milknie. Wiem, że chciałby jeszcze długo uzasadniać swoje kiepskie decyzje, a teraz pozbawiony tej możliwości, powraca do irytacji.

– Nie bądź taka, Soph.

Kręcę głową, otwierając zawór zwalniający ciśnienie, więc z moich ust pada piskliwy dźwięk, który z braku lepszego określenia można nazwać przekleństwem.

W tej samej chwili mój rozmówca robi coś niewyobrażalnego.

– Chciałem przedyskutować tę kwestię jak dorośli, ale najwyraźniej wymagam zbyt wiele.

Pragnę rzucić jakąś zabawną ripostę, ale cholerna pula genowa cały humor przekazała mojej siostrze. Brak mi cierpliwości do konfrontacji z kimś, kto celowo mnie wkurza. Może lepiej, że się rozstajemy, bo od początku byliśmy skazani na porażkę.

– Przyjedź po swoje graty w ciągu dwóch dni, inaczej klnę się na Boga, że – pragnę wykrzyczeć, że je spalę – oddam je ubogim.

To mu wygarnęłaś, Sophie.

Znów wzdycha.

To dla mnie znak, by się rozłączyć, jednak on jak zawsze okazuje się w tym szybszy.

– Na przypale albo wcale – szepczę w pustej kuchni.

W zeszłym roku mój pracodawca w ramach kampanii radzenia sobie ze stresem promował internetowy poradnik medytacji. Nie uznałam sugerowanych tam mantr, jak „ogarnia mnie błogość” za naturalne czy bliskie mojemu sercu. Nigdy nie czułam, aby ogarnęła mnie jakakolwiek błogość, więc odniosłam wrażenie, że to ściema. Zmieniłam ton i postanowiłam wykorzystać swoją standardową metodę, żeby się uspokoić. Na przypale albo wcale, powtarzam w myślach, ale kiedy gniew wciąż się we mnie kotłuje i nie znajduje ujścia, poddaję się, rzucam telefon na blat i idę do garażu po pusty karton. Chwilę później wyrzucam ze swojej szafy jego ubrania, drwiąc z eleganckich koszul i wyprasowanych spodni, które wciąż spoczywają w foliowych pokrowcach z pralni.

Nie wprowadził się do mnie oficjalnie, ale zaskakuje mnie, ile swoich rzeczy zdążył rozmieścić po moim domu. Zbieram je przez kolejne pół godziny – z pogardą wrzucam wszystko do pudła, którego zawartość z satysfakcją wysypuję na frontowy trawnik, a potem wracam po resztę.

Powtarzam tę czynność.

Wielokrotnie.

Kiedy kończę, nie ma już we mnie gniewu, pozostaje jedynie pogruchotane ego. Czuję się niemal tak sponiewierana, jak wtedy, gdy w zeszłym tygodniu próbowałam crossfitu. Koniec kolejnego związku stał się tak wielką rutyną jak poranna kawa i tak przewidywalny jak odbiór śmieci we wtorki. Do tej pory powinnam już przywyknąć. Przecież mogłam się tego spodziewać. Jak zawsze zresztą. Ale w taki sposób? Może właśnie dlatego nie angażuję się w związki na sto procent, bo wydaje mi się, że dzięki temu będę mniej cierpieć, gdy nadejdzie nieuchronny koniec.

Jednak bycie potraktowaną jak śmieć zawsze boli.

Do domu wchodzi moja siostra, a po piętach depcze jej syn. Widzę, że Lola lekko się uśmiecha. Nie tylko wspiera mnie w każdej sytuacji, w którą się pakuję, ale jest też gotowa rzucić się z pięściami w mojej obronie. Zawsze była typem osoby, która najpierw działa, a dopiero potem myśli. Stanowi chaotyczne yin dla mojego lubującego się w kontroli yang.

Śmieje się dźwięcznie, wskazując przez ramię na trawnik.

– Proszę, powiedz, że czekasz na mój powrót, żebym mogła to dokończyć.

Odwraca się w stronę dużego okna z widokiem na resztki obecności mojego byłego już chłopaka porozrzucane po spalonej słońcem trawie i rozkłada szeroko ręce, jakby chciała doprecyzować, co ma na myśli. Cwaniacki uśmieszek rozciąga się na jej twarzy niczym flaga na wietrze. Mój związek właśnie się rozpadł – większość rodzeństwa wzięłaby się za pocieszanie. Ale nie Lola. Ona wie, że wpadłam w furię i straciłam nad sobą panowanie, więc przybywa mi na ratunek.

Benji omija matkę, ściska mnie jak zawsze po powrocie do domu, po czym podchodzi do lodówki i wyjmuje z niej niebieskiego Gatorade’a, zanim spokojnym, zaskakująco dojrzałym jak na jego wiek głosem pyta:

– Możemy spalić rzeczy Kena czy coś?

Lola i Benji od zawsze nazywali mojego partnera Kenem. Robili to nawet w jego obecności. Tak naprawdę ma na imię Chance. Mój klan jest wojowniczy.

Powoli kiwam głową.

– Za dwa dni. – Wiedzą, że nie mówię poważnie.

Lola i tak zaciera ręce.

– Zbudujemy stos ze spodni, na którym umieścimy jego kukłę z tymi dziwacznymi pistacjami o smaku wasabi, supermocnym żelem do włosów i kokosowym balsamem do opalania, a potem to wszystko podpalimy.

Benji wskazuje ruchem głowy w kąt kuchni.

– Zapomniałaś o jego Nespresso.

Natychmiast staję w obronie ekspresu na kapsułki.

– Zostaje jako nagroda pocieszenia. Zżyłam się z tą maszyną.

Siostrzeniec unosi pięść, więc przybijam żółwika.

– I zarąbiście.

– Zgadzam się. Zabierze go po moim trupie – dodaje Lola, rzucając wielgachną torebkę na wysoki stołek przy wyspie i siadając na drugim. – Naprawdę chcę usłyszeć, co doprowadziło do rozpadu SophKena, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. – Wyciąga coś z tylnej kieszeni i przesuwa po blacie w moją stronę, jakby przedstawiała odpowiedź na wszystkie moje bolączki.

A przynajmniej chwilową odskocznię od całego tego bałaganu.

To dwa bilety na koncert. Minęło kilka lat, odkąd pozwoliłam sobie na coś takiego, bo takie imprezy zazwyczaj są drogie. Lola mnie zaintrygowała. Biorę więc bilety, czytam, co na nich napisano, i marszczę nos.

– Thicker Than Water? Nigdy o nich nie słyszałam.

Uderza dłonią w starą deskę do krojenia, odchyla głowę i prycha. Z zamkniętymi oczami i twarzą skierowaną do sufitu, wyjaśnia:

– A kogo to obchodzi? Idziesz się zabawić. Ze swoją ulubioną siostrą.

– Moją jedyną siostrą – poprawiam.

Opuszcza głowę i po mistrzowsku trzepocze sztucznymi rzęsami, ignorując przytyk.

– Upijemy się, będziemy tańczyć i wzdychać do przystojniaków na scenie.

– Brzmi nieźle – mówi Benji, grzebiąc w szafce z przekąskami.

Obie odwracamy się w jego stronę.

Wyciąga baton zbożowy, a potem zerka na nas, gdy uparcie milczymy.

– Oczywiście pomijając alkohol. – Wzrusza ramionami.

Kiwamy głowami z matczyną i cioteczną aprobatą. Lola wyciąga rękę nad blatem i przybija piątkę ze swoim czternastoletnim synem.

Rozglądam się po kuchni, myśląc o wszystkim, co mogłabym robić wieczorem – głównie nurzać się w rozstaniu, roztrząsać przeszłość i analizować w nieskończoność każdą podjętą decyzję, wciskając w siebie śmieciowe jedzenie.

– Idziemy – oznajmia stanowczo Lola. – Nie zamierzam zostawić cię samej, żebyś mogła użalać się nad sobą albo żałować, że w ósmej klasie ścięłaś włosy, by wyglądać jak Pink.

– Rihanna – poprawiam. – Niech cię szlag jasny trafi, czytaczko w myślach.

Kręci głową, a mimo to uśmiecha się triumfalnie.

– Dobrej zabawy – życzy nam Benji, odchodząc korytarzem w kierunku swojego pokoju.

– Wzajemnie! – odpowiadam pokonana.

Benji dość szybko zmienia swoje krótkotrwałe hobby. Dziś rozmawia w sieci z ludźmi z zespołu, który założył zaledwie kilka tygodni temu. Grają coś, co zwie się post-bop jazzem. Uczy się grać na perkusji. To, czego brakuje w jego nieoszlifowanym talencie, nadrabia pasją. I głośnością. Z każdym dniem wali w bębny coraz donośniej.

– Jedziesz! – wykrzykuje Lola, podkreślając to gestem, bo jak zwykle przesadza.

Zawstydzony siostrzeniec kręci głową, po czym zamyka za sobą drzwi.

Kiedy syn znika poza zasięgiem słuchu, Lola zwraca się do mnie:

– Chcesz o tym pogadać? Mam pod materacem ostry nóż. Mogłabym całkiem dyskretnie poćwiartować Kena i raz na zawsze pozbyć się ciała. – Wie, że lubię pławić się w myślach, więc rzuca mi koło ratunkowe.

– Doceniam tę krwawą propozycję…

– Troskliwą – poprawia.

– Tę troskliwą propozycję – przyznaję – ale nie ma czego roztrząsać. Rzucił mnie dla innej. Nie spodziewałam się czegoś takiego.

– A to sukinsyn – syczy z oburzeniem.

Biorę ścierkę ze zlewu i wycieram blat, na którym po pospiesznym lunchu zostało trochę masła orzechowego.

– No. Sukinsyn.

– Kim ona jest? – Wygląda na tak oszołomioną, jak sama się czuję.

Wzruszam ramionami.

– Mówił, że pracuje w centrum, w nowym salonie spa. Sprzedawał im wodę. „Kliknęło” – wyjawiam, pokazując palcami cudzysłów. – Nie słyszałam już, co mówił dalej, bo się wyłączyłam.

Chance zajmuje się dystrybucją „butikowej” wody mineralnej, rozwijając start-up swojego przyjaciela. To filtrowana kranówka z niewielką domieszką owocowych aromatów, za którą śpiewają sobie niezłą cenę. Przynajmniej mają ładną etykietkę.

– A to sukinsyn – powtarza. – Nie ma bata, spalimy jego rzeczy.

– Albo mogłybyśmy zjeść lody i ponownie obejrzeć drugi sezon Fleabag. – Phoebe Waller-Bridge zawsze potrafi poprawić nastrój.

Lola kręci głową.

– Kuszące, bo to mój ulubiony sezon. Wiesz, że lubię seksownych księżulków, ale dziś wychodzimy. Pozbędziemy się Kena z twojego organizmu jak niedogotowanego kurczaka.

Krzywię się.

– Ohyda.

Wzrusza ramionami na znak zgody.

Przyglądam się sobie. Pracuję w domu, więc obecnie noszę spodenki z obciętych dresów i koszulkę na ramiączkach, w której spałam.

– Chyba powinnam się przebrać, co?

– Porządny seks na pocieszenie nie wydarzy się, jeśli będziesz siedzieć w piżamie. Wskakuj pod prysznic, a potem włóż coś, co sprawi, że poczujesz się jak bogini, którą zresztą jesteś. Może ten czarny, obcisły top bez pleców, którego jeszcze nigdy nie nosiłaś? Wciśnij się w niego. Imprezujemy, siostra!

Nie kręci mnie przygodny seks i Lola o tym wie, ale nikt nie potrafi tak skutecznie przypomnieć mi o mojej własnej wartości, jak ona. To chyba pierwszy raz, kiedy role się odwróciły i postanowiła otoczyć mnie opieką, gdy potrzebuję wypchnięcia poza strefę komfortu.

Podchodzę do okna, opieram dłonie na biodrach i obserwuję następstwa mojego wybuchu złości.

– Wniesiesz to wszystko z powrotem do środka, prawda? – rzuca Lola tonem osoby, która od początku wiedziała, jak to się skończy. Ni mniej, ni więcej, tak właśnie będzie.

Przez chwilę stoję w milczeniu, ciężko wzdychając, a potem przytakuję.

– Przyniosę kartony z garażu i ci pomogę.

Warto mieć w życiu kogoś, kto cię zrozumie.

A nawet jeśli nie będzie się z tobą w czymś zgadzał, to i tak poda ci pomocną dłoń.

Rozdział drugi

KIEROWCA UBERA ZATRZYMUJE SAMOCHÓD przed barem, który wygląda na nieco zaniedbany, jakby ten zakątek świata nadal tkwił w latach siedemdziesiątych. Wydaje się na tyle zapyziały, że aż interesujący. Żałuję, że nie mam przy sobie Nikona. Unoszę więc komórkę, szukając na ekranie aparatu, a następnie dopasowuję ustawienia i pstrykam fotkę, czekając, aż Lola wygramoli się z tylnego siedzenia. Wydaje się lekko wstawiona, bo przed wyjściem wypiła mocnego drinka, a kilka kilometrów temu przekroczyła z taksówkarzem granicę flirtu. Właśnie wymienili się numerami telefonów. I bardzo dobrze.

Kiedy staje obok mnie, wciska telefon do biustonosza i wyciąga rękę po mój. Oddaję go bez namysłu. Zawsze po niego sięga, ilekroć zauważa, że wykorzystuję go do zdjęć.

Zerka na ekran i się uśmiecha.

– Nie mam pojęcia, jakim cudem sprawiasz, że przypadkowe rzeczy prezentują się tak zjawiskowo.

Na fotografii, którą zrobiłam, znajdują się drzwi oraz rozmyci ludzie, uchwyceni na chodniku w kolejce do lokalu.

– Bo przypadkowe rzeczy są zjawiskowe.

Oddając mi komórkę, lekko szturcha mnie biodrem.

– Musisz to opublikować.

Kiedy ustawiamy się na końcu ogonka, dochodzimy do wniosku, że fotka będzie lepiej prezentowała się w czerni i bieli, a potem wrzucam ją na swoje konto.

Nasze bilety zostają zeskanowane, a dokumenty sprawdzone, aby obsługa miała pewność, że jestem na tyle duża, by się nawalić. Dostaję opaskę na rękę, marudny ochroniarz od niechcenia macha przede mną ręcznym wykrywaczem metali, a następnie wpuszcza nas do środka. Lola jak zawsze przejmuje prowadzenie i, trzymając mnie za rękę, od razu kieruje się do baru.

Mogę śmiało przyznać, że moja siostra ma w sobie magnetyzm – bezczelnie przyciąga do siebie innych. Okazuje się to całkiem przydatne, gdy jesteśmy jednymi z dziesiątek osób w chaotycznej kolejce przed zatłoczonym kontuarem. Jak na zawołanie nerwowy barman wskazuje na Lolę i pyta:

– Co podać?

To dość przewidywalne, ale podobnie jak każda nietypowa magia, nigdy się nie nudzi.

– Dwa kieliszki cynamonowego Fireballa i dwie wódki z sokiem żurawinowym. Najlepiej Tito, jeśli macie.

Barman przygotowuje zamówienie. Nie mija dwadzieścia sekund, a już stawia wszystko przed nami i bierze kasę.

Mówiłam – magia.

Zerkając na szkło, rzucam:

– Ach, cudnie, bo kto by nie chciał skończyć wieczoru, rzygając w brudnym kiblu.

Lola ignoruje mój sarkazm, unosi kieliszek i oznajmia:

– Za nowe początki oraz mężczyzn, którzy nie są dupkami.

Przytakuję i stukam się z nią szkłem.

– Na zdrowie. I z góry dzięki za to, że będziesz trzymać mi włosy.

Wychylam shota. Słodkawa trucizna pali mnie w gardło, a chwilę później rozlewa się ogniem po żołądku.

W oczach siostry dostrzegam czarujący błysk. To pewnie przez alkohol krążący w naszych żyłach, ale moja wewnętrzna pesymistka chce jej wierzyć, gdy stwierdza:

– Wszechświat nie podstawia ci nogi bez powodu, nie mając już dla ciebie czegoś zarąbistego.

Gdzieś w tle gra support. Niezbyt kręci mnie ich styl, to nie jest coś, czego szukałabym na Spotify, ale półgodzinny set skutecznie wprowadza mnie w odpowiedni nastrój. Kołyszę biodrami i głową, sącząc wódkę z sokiem tak wolno, że pod koniec drink jest już kompletnie rozwodniony przez roztapiający się lód. Nie zapomniałam o swoich problemach, ale mimo to udało mi się zepchnąć je na dalszy plan, dzięki czemu trochę się rozluźniam. Nawet moje ramiona opadają do naturalnej pozycji, w której chyba nie były od miesięcy. Okazuje się, że wypity alkohol i atmosfera działają na mnie znacznie lepiej niż mocny masaż, który funduję sobie co dwa miesiące. Moja wątroba oraz bębenki w uszach mogą się z tym nie zgodzić, ale moja nerwowa natura wywija w tej chwili hołubce.

Po skończonym secie w mojej lewej dłoni ląduje kolejny kieliszek Fireballa, a w prawej następna szklanka z wódką i sokiem żurawinowym.

Unoszę shota.

– Za dobrą muzykę i jeszcze lepsze towarzystwo.

Widzę aprobatę w zaszklonych oczach siostry i jej wodnistym uśmiechu.

– Za dobrą muzykę i zajebiste towarzystwo! – wrzeszczy, bo alkohol w jej organizmie domaga się wykrzykników.

Całuje mnie w policzek.

– No pewnie! – rzuca facet, który za nią stoi, unosząc butelkę piwa.

Stukamy się z nieznajomym szkłem. Takie spontaniczne gesty przyjaźni przydarzają mi się jedynie wtedy, gdy towarzyszy mi siostra.

– Zdrówko! – wypowiadamy jednocześnie.

Lola chwyta mnie za rękę i znów gdzieś prowadzi.

– Przepraszam – rzucam na prawo i lewo, gdy przeciskamy się pomiędzy zgromadzonymi niczym dwa samochodziki na autodromie.

Kiedy w końcu się zatrzymujemy, od sceny dzieli nas tylko jeden rząd ludzi. Podpita dwudziestolatka, która nałożyła trochę za dużo czarnego eyelinera nawet jak na całą naszą trójkę, wyraża swoje niezadowolenie, piorunując nas wzrokiem.

Olewam ją.

Ale nie Lola. Ponieważ jest sobą, patrzy dziewczynie prosto w oczy, wskazuje na mnie i łże jak z nut:

– Moja siostra i gitarzysta są… no wiesz. – Puszcza jej porozumiewawczo oko. – Chce, aby stała z przodu, żeby mógł ją obserwować podczas koncertu. Rozumiesz, artyści, ich muzy i takie tam.

Dziewczyna mruży oczy, po czym przeskakuje wzrokiem pomiędzy nami.

– Serio?

Naprawdę to kupiła?

– Serio. – Siostra zdecydowanie kiwa głową, bo potrafi ściemniać.

Dziewczyna pospiesznie odpuszcza.

– Szczęściara. Ten gość to totalne ciacho… – przeciąga ostatnie słowo.

– Prawda? – Lola przytakuje, po czym obraca się twarzą do sceny i bierze mnie pod rękę.

– Co to, do cholery, było? – szepczę jej do ucha.

– Wyglądała, jakby chciała nam przywalić, ale nie mogę się bić w tych szpilkach, więc musiałam improwizować.

Zanim mam szansę odpowiedzieć, gasną światła, a publika zaczyna krzyczeć. Powietrze aż iskrzy od ekscytacji, która budzi wszystkich do życia. Boże, jak bardzo tego potrzebowałam.

– Jeśli mam z nim skończyć w łóżku, lepiej żeby był przystojny – mówię, gdy zgromadzeni zaczynają wiwatować, a na scenę, poprzez przesadnie dużą chmurę sztucznego dymu, wchodzi zespół.

Kilka świateł wciąż nie zsynchronizowano, co w połączeniu z białymi oparami daje komicznie kiepski efekt. Wtem dostrzegamy pojawiających się na scenie mężczyzn. Jeden z nich podchodzi do mikrofonu i podnosi statyw, bo jest niesamowicie wysoki. Drugi siada na stołku bezpośrednio przed nami, układa gitarę akustyczną na udzie i muska struny, jakby ją stroił.

Obie lekko obracamy głowy, jakbyśmy nie chciały stracić ich z oczu, ale jednocześnie musimy na siebie spojrzeć.

– To zdecydowanie ten seksowny – mówię.

Uśmiech Loli robi się jeszcze szerszy.

– Obaj są cholernie uroczy. Szlag, ten wieczór robi się coraz lepszy.

Święta matko wszystkiego, co nieosiągalne. Mężczyzna jest wysoki i cały ubrany na czarno. Mam na myśli, naprawdę wysoki. Jego czarne włosy są krótko przycięte po bokach, ale na górze na tyle długie, że można by wsunąć w nie palce i porządnie złapać. Umięśnione ręce pokrywają tatuaże – wychodzą na szyję, przedramiona, a nawet dłonie. Cholera, co za dłonie. Długie palce, napięte ścięgna i wyraźne żyły mówiące o mieszaninie siły i gracji, działają na mnie jak kryptonit. W pewnej chwili unosi głowę, przez co mogę bezwstydnie się gapić. Spodziewałam się ponurej miny i okazuje się, że miałam rację. Jednak nie bije od niego złość czy arogancja, a raczej chęć utrzymania dystansu. Wyczuwam w nim skoncentrowaną ciszę. Jakby urodził się do grania na gitarze i przyciągania mojej uwagi. Rety, jest idealny. W tej samej chwili, jakby moje jajniki nie szalały wystarczająco mocno, wokalista pochyla się, aby mu coś powiedzieć, a gitarzysta robi coś niespodziewanego – uśmiecha się. Szeroko, aż ukazują się jego dołeczki.

Ja pierdolę. Wszystkie kobiety na pewno znają ten płomyk, który rozpala się w podbrzuszu, gdy widzi się, słyszy lub czuje coś, co podnieca. Mój w tej chwili dosłownie eksplodował. Co się właściwie dzieje? Mam trzydzieści cztery lata, a ten gość nie może mieć więcej niż dwadzieścia cztery, a jednak, cholera, mój umysł akceptuje w tej chwili teorię, że wiek to tylko liczba.

Każdy potrzebuje zdrowych fantazji, a ten facet spełnia wszelkie przeklęte kryteria.

Upijam drinka, co wyrywa mnie z zamyślenia i przypomina, że otacza mnie dźwięk. Kiedy się dostrajam, słyszę, że jest dobrze. Styl zespołu okazuje się łagodniejszy niż to, czego zazwyczaj słucham, ale brzmi świetnie. Wokalista śpiewa niskim, zachrypniętym głosem i bez problemu potrafi udźwignąć melodię, co nie zdarza się wszystkim podczas występów na żywo. Zwłaszcza w niewielkim barze z przeciętnym systemem nagłośnienia. Zerkam na niego. Jest duży. Dokładnie w typie Loli – ma pierś tak szeroką jak Dave Bautista i równie rozbudowane ramiona. Twarz wydaje się przystojna, ale nie dorównuje rzeźbionym rysom gitarzysty. Siostra lubi wielkich i krzepkich mężczyzn, a ja wolę wysokich, mrocznych i o ładnych twarzach. Wracam wzrokiem do faceta, na punkcie którego już mam obsesję, po czym wyjmuję komórkę z kieszeni, aby pstryknąć kilka zdjęć, a może nawet nagrać parę minut występu. Chcę zapamiętać sposób, w jaki porusza się ten gość, chociaż jestem pewna, że w sieci znajdę znacznie lepsze filmiki niż ten, który właśnie tworzę.

Lola ściska moją rękę, by zwrócić na siebie uwagę i wrzeszczy:

– Dobrzy są, nie?! – Wygląda na zadowoloną.

Przytakuję. I się uśmiecham. A potem jeszcze kiwam głową i szczerzę zęby, bo jestem pijana, napalona i niewytłumaczalnie szczęśliwa. W połączeniu z muzyką to uczucie jest naprawdę wyzwalające. Każde szarpnięcie strun odbieram jak syreni śpiew. Czy tak właśnie czuje się ktoś, kto osiągnął pełnię szczęścia?

Lola wybucha śmiechem.

– Uwielbiam, gdy sobie odpuszczasz!

Zazwyczaj tego nie robię. Nawet nie pamiętam, kiedy po raz ostatni przeżyłam taki wieczór. Siostra nieustannie powtarza, że za dużo pracuję. Może ma rację.

Koncert trwa w najlepsze, zespół gra swoje autorskie utwory, jak również covery, które przedstawiają we własnych aranżacjach. Alkoholowa mgiełka kumuluje dźwięk w moich żyłach, a gitarzysta tak świetnie gra, że odnoszę wrażenie, że musiał zostać stworzony w laboratorium. Energia przepływająca przez publikę sprawia, że czas całkowicie przestaje się liczyć.

Nawet marudna kobieta z przesadnie pomalowanymi oczami bawi się świetnie tuż obok mnie. W pewnym momencie przysuwa się i bełkocze:

– Myślałam, że ściemniacie, ale on naprawdę nie może oderwać od ciebie wzroku.

Bardzo chciałabym jej uwierzyć, ale skoro ledwie stoi, zwalam to na karb alkoholu i siły sugestii. Niezależnie jednak od tego, sama nie jestem w stanie na niego nie patrzeć.

Czas pędzi jak z bicza strzelił, więc Thicker Than Water schodzą ze sceny, a potem grają na bis tylko jedną piosenkę i ponownie znikają. Tym razem już na dobre.

Światła powoli zapalają się nad naszymi głowami, a wraz z nimi pryska cała magia. Patrzę na Lolę i pragnę zapytać: Co mam teraz począć ze swoim życiem? Ale ponieważ mam pęcherz wielkości orzeszka, zamiast tego mówię tylko:

– Muszę się wysikać.

Spocona siostra wachluje się dłonią przed twarzą.

– Spotkamy się przed lokalem? Muszę się przewietrzyć i zapalić.

– Pewnie – zgadzam się i idę szukać toalety.

– Najbliższa jest na tyłach, korytarzem w lewo od baru – mówi przyjazny ochroniarz, gdy pytam go o drogę.

Wszyscy kierują się do wyjścia, więc odnoszę wrażenie, że płynę pod prąd niczym jeden z tych niesłychanie zdeterminowanych łososi. Po dwóch godzinach schodzę z dopaminowego haju i obecnie jestem w miejscu, w którym albo muszę wypić kolejnego drinka, by móc bawić się dalej, albo iść spać.

Koncert dobiegł jednak końca, więc powinnam się raczej położyć.

Znajduję wskazany korytarz, przemierzam kilka jego zakrętów, aż trafiam do niemal opustoszałej damskiej łazienki, w której czeka na mnie wolna kabina. Mały cud.

Załatwiam się, a potem, myjąc ręce, przyglądam się sobie w lustrze. W przeciwieństwie do Loli nie mam promiennej cery, która dodawałaby kobiecego, eterycznego wyglądu. Jestem za to spocona, jakbym w upalny dzień stała przy grillu. W piekle. Zapewne pachnę też smażonym mięsem. Zwilżam ręcznik papierowy i próbuję doprowadzić się do porządku, wycierając spod oczu rozmazany tusz, przez który wyglądam jak szop.

– Dobrze się bawiłaś? – pyta kobieta, która staje obok mnie przy umywalce.

Mówi z dziwnym akcentem, którego nie jestem w stanie rozpoznać. Może brytyjskim? Uśmiecha się wymownie i przyjaźnie. Przypomina wesoły promyk słońca, ma jasne włosy i długą sukienkę w kwiaty.

Odruchowo kiwam głową, bo nie chcę wyjść na nieuprzejmą.

– Było świetnie – odpowiadam, po czym orientuję się, że to prawda.

– Było? – pyta, nakładając błyszczyk. – Noc jeszcze młoda. To nie koniec zabawy.

Wtedy dociera do mnie, że ma australijski akcent, równie uroczy, jak cała reszta. Patrzę na nią w lustrze i zauważam, że promienieje życiem tak samo jak Lola. Zastanawiam się, jak to jest być kimś, kto dopiero zaczyna zabawę, gdy wszyscy inni ją kończą.

Wrzuca błyszczyk do torebki, pociera wargami o siebie i klepie mnie w ramię.

– To jeszcze nie koniec – powtarza. – Baw się, kochana.

Uśmiecham się do tej wesołej kobiety, której słowa przypominają mi o tym, że kiedy wrócę do domu, będę musiała przejść obok kartonów z rzeczami Chance’a, położyć się w pustym łóżku z jego duchem, a potem jak zgorzkniała, rozdrażniona była dziewczyna, przeszukać jego konto na Instagramie.

– A może będziesz się bawić za nas obie?

Wybucha niespodziewanie gromkim śmiechem.

– Załatwione. – Zmierzając do drzwi, puszcza do mnie oko.

Odczuwając tępy ból w piersi, pocieszam się faktem, że na pewno to zrobi. Z tylnej kieszeni dżinsów wyjmuję komórkę i, wchodząc do labiryntu wąskich korytarzy, piszę do Loli:

Znów przyjaźnię się z pęcherzem. Właśnie wy…

Wpadam na coś twardego.

– Bardzo przepraszam – rzucam odruchowo.

W tym samym momencie mężczyzna mówi:

– Cholera, przepraszam. To totalnie moja wina.

Nadal patrząc w dół, uświadamiam sobie, że wolną dłoń zaciskam na jego ręce, aby nie upaść i odzyskać równowagę. Widzę, że stoi w podobnej pozie – z telefonem w jednej ręce, drugą trzymając na moim ramieniu. Różnica polega jednak na tym, że pewnie stoi na nogach, podczas gdy ja, próbując nie upaść na twarz, właśnie zniszczyłam mu bluzę.

– O Boże, urwałam ci rękaw – mówię z przerażeniem.

– Sam się poddał, więc to nie twoja wina. Jego sprawa, więc się nie przejmuj. Wszystko w porządku? – pyta ze szczerą troską mężczyzna, na którego wpadłam.

Cichy, ochrypły głos mężczyzny sprawia, że przechodzi mnie dreszcz rozkoszy – co nigdy wcześniej mi się nie przytrafiło. Puszczam więc jego miękką, zniszczoną, bawełnianą bluzę i odsuwam się o pół kroku.

– Tak, niebezpieczeństwo podczas pisania na telefonie istnieje naprawdę. Nie próbujcie tego w domu, dzieciaki – żartuję, nim ponownie szczerze się kajam: – Bardzo mi przykro.

Kiedy w końcu unoszę wzrok, aby zapytać, czy nic mu się nie stało, napotykam intensywne spojrzenie piwnych oczu. Wyglądają jak zielono-złote wzory w kalejdoskopie.

Kiwa głową ukrytą pod czarnym kapturem i śmieje się cicho.

– Tak, zagrożenie jest prawdziwe. A u mnie wszystko w porządku. – Szlag, jego uśmiech z bliska jest jeszcze bardziej uroczy. Czuję, jak rozluźnia palce i dwukrotnie przesuwa kciukiem po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka. To nawet miłe i nie ma w tym nic niestosownego. Omiata spojrzeniem moją twarz, jakby upewniał się, czy przy uderzeniu na pewno nic mi się nie stało. – Naprawdę przepraszam – mówi ponownie ze skruchą.

Celowo zwlekam, lecz gdy mój umysł w końcu dogania rozedrgane ciało, krzyczy: Powiedz coś! To on!

– Szlag, ale ty jesteś ładny.

Najwyraźniej tylko ta myśl zdołała przemknąć się obok strażnika wrót, bo najwyraźniej alkohol przytępił dziś mój filtr. Zastanawiam się, jakby wyglądał bez ubrania, leżąc na plecach z moimi ustami na jego…

– Ever! Streszczaj się, stary! Musisz mi pomóc przy busie! – krzyczy ktoś z głębi korytarza za mną.

Nie mam zbyt dobrej intuicji. Niekiedy nie umiem odczytać innych, ale przez ułamek sekundy wydaje mi się, że jest między nami wzajemny pociąg. A potem mrugam. To sprawka alkoholu. Tama pęka i zalewa mnie zażenowanie, aż czuję, że się rumienię. Odwracam wzrok.

– Ever! – Ktoś znów domaga się uwagi mężczyzny.

– Daj mi chwilę, Jess! – odpowiada stojący przede mną facet, który pachnie zarówno płynem do płukania tkanin, jak i potem.

Ma na imię Ever. Zapisuję to w pliku z fantazjami wraz z jego głosem, dłońmi i uśmiechem. Później z przyjemnością to zbadam, a nawet zgłębię palcami.

– Jak masz na imię? – pyta miękkim, głębokim tonem, który doprowadza do spięcia w moim mózgu.

W tym samym momencie od tyłu do mężczyzny podchodzi Australijka.

– Tu jesteś! – woła wesoło.

Ever nadal patrzy na mnie.

– Czy… – zaczyna, ale przerywam mu, bo nagle czuję się jak piąte koło u wozu.

– Lepiej już pójdę. – Stwierdzanie oczywistych kwestii jest zbędne. Muszę odejść i wrócić do swojego życia, a on do swojego. Najwyraźniej ona także, ale ponieważ nie potrafię wykaraskać się z niezręczności, dodaję: – Moja pora spania już dawno minęła.

Ever ponownie parska śmiechem, a do mnie dociera, że to dość szczere.

– Moja również.

Jasne, myślę. Pani, która twierdzi, że noc jeszcze młoda jest zwarta i gotowa, więc w najbliższym czasie wcale nie pójdziesz spać.

Czeka, aż postawię pierwszy krok, a kiedy odchodzę, najbardziej urocza para ludzi na świecie życzy mi dobrej nocy.

– Dobranoc – odpowiadam.

Co mówi o mnie fakt, że już wycofuję się ze swojej fantazji, a zamiast tego wyobrażam sobie, co oboje będą później robić? Jezu, nawet mój własny umysł zdążył już znaleźć mi zastępstwo.

W drodze do wyjścia robię kilka zdjęć baneru z nazwą zespołu, który wisi nad sceną. Pracownik z obsługi demontuje dekorację niczym gorliwa mrówka.

Kiedy wychodzę na zewnątrz, zastaję Lolę opartą o ceglany mur nieopodal drzwi. Z papierosem w ustach stuka w telefon jednym palcem, jakby to był jej pierwszy dzień ze smartfonem.

– Hej – mówię, podchodząc.

Zaciąga się dymem, a potem lekko przechyla głowę, by nie dmuchać mi w twarz.

– Hej. Właśnie do ciebie pisałam. Co tak długo? Martwiłam się, że będę musiała zbajerować ochronę, żeby wejść z powrotem i cię uratować.

Wcale się nie martwiła. Potrzeba znacznie więcej, żeby Lola zaczęła się niepokoić.

Zastanawiam się, czy nie powiedzieć jej o spotkaniu, bo i tak to ze mnie wyciągnie, a potem powie, że wszystko schrzaniłam. Jakiś czas później spowiadam się z tego, bo tak właśnie robią siostry.

– Wychodząc z łazienki, wpadłam na gitarzystę.

Zapada długa cisza. W końcu uśmiech Loli powoli znika, a na jej twarzy maluje się większa powaga.

– Jaja sobie robisz?

Kręcę głową, a kiedy się uśmiecham, chwyta mnie za rękę.

– Cholera, jak do tego doszło?

– Dosłownie na niego wpadłam. Jak kula do kręgli. – Pocieram czoło, bo dopiero teraz czuję, że trochę boli i zaczyna rosnąć guz. – Oboje pisaliśmy na telefonach i nie patrzyliśmy przed siebie. Nie chcąc upaść, złapałam go za bluzę i oderwałam mu rękaw. To nie było urocze zapoznanie. Bardziej… brutalne.

Siostra trochę za mocno ciągnie mnie za rękę w sposób, w jaki robi to tylko rodzeństwo.

– I rozmawialiście?

– Poprzepraszaliśmy się na wszystkie strony, zrodziło się we mnie silne pożądanie, następnie powiedziałam mu, że jest ładny, a potem, że moja pora spania już dawno minęła – wyjaśniam, starając się nie wchodzić w szczegóły.

Lola z wyraźnym rozczarowaniem kręci głową.

– Nie powiedziałaś mu, że twoja pora spania już dawno minęła.

– No, jednak powiedziałam. W dodatku czekała na niego urocza kobieta z zarąbistym akcentem.

Ponownie potrząsa moją ręką.

– Proszę, proszę, proszę, na miłość bogini, powiedz, że przynajmniej strzeliłaś sobie z nim selfie.

Zawsze powołuje się na boginię. To ukłon w stronę jej feministycznych korzeni oraz środkowy palec dla wychowania, którego szczerze nienawidzi.

Parskam śmiechem, bo siostra zdaje sobie sprawę z mojej wielkiej awersji do selfie.

– Wiesz, że nie robię samojebek.

Nigdy też nie lubiłam oglądać się na zdjęciach.

Puszcza mnie i prycha.

– Dla takiego faceta odstępujesz od tej swojej żelaznej zasady, Soph. Przytulasz się do tego wspaniałego okazu, uśmiechasz, jakbyś naprawdę tego chciała i klikasz z pięć czy sześć razy, żebyś mogła wyrzucić te fotki, na których masz zamknięte oczy.

Skruszona wzruszam ramionami.

Garbi się przesadnie, ciężko wzdychając, a potem bierze mnie pod rękę i prowadzi do czekających taksówek. Kiedy wskakujemy na tylne siedzenie i rozpoczynamy podróż powrotną do domu, pyta:

– Głos ma tak seksowny jak resztę?

Spoglądam na nią, przechylając głowę na bok, jakbym się nad tym zastanawiała.

– Nawet seksowniejszy. Zapewne miałabym orgazm, słuchając, jak czyta Deklarację Niepodległości.

Opuszcza szybę i wystawia głowę przez okno jak pies.

– Pierdolę, dlaczego to nie ja musiałam się odlać? Urodziłam dziecko, więc powinnam mieć wrażliwy pęcherz, nie?

– Oczywiście.

Siada prosto, zamyka okno i patrzy na mnie spod długich, kasztanowych włosów, które wiatr zmienił w artystyczny nieład. Wydaje się zarazem piękna i szalona – uwolnione emocje tylko podkreślają jej urodę.

– No właśnie.

Po powrocie do domu prowadzę nagle zaspaną i wciąż pijaną Lolę na dół, pomagam jej zdjąć ubranie i szpilki, a potem kładę do łóżka. Kiedy wracam z wodą i dwiema tabletkami aspiryny, już przysypia.

– Pokój się kręci – mamrocze, podpierając się na łokciu i posłusznie przełykając tabletki.

– Nie wątpię. – Poprawiam jej poduszki i delikatnie naciskam, by nie leżała zupełnie płasko, a mimo to mogła spać, po czym pytam: – Lepiej?

Uśmiecha się, nie otwierając oczu.

– Tak.

Gaszę światło, gdy Lola szepcze sennie:

– Wrzuć resztę zdjęć, które dziś zrobiłaś. Miguel i jej koty nie mogą się doczekać.

Dorobiłam się tylko kilku followersów na Instagramie, ale jeden z nich lubi i komentuje każdą wrzuconą przeze mnie fotkę, odkąd sześć lat temu założyłam konto. Pisze jako Miguel z São Paulo, ale Lola ma teorię, że to emerytowana agentka CIA, która mieszka w Scranton z dwunastoma kotami-przybłędami.

– Wypatrują ich z zapartym tchem. Zwłaszcza ten pers Skittles – odpowiadam z udawaną powagą.

To Lola nadała imiona wymyślonym przez siebie kotom.

W ciemności rozlega się jej cichy śmiech.

– Skittles jest trikolorką.

Rechoczę, bo nawet jeśli jest nawalona, pamięć ma wyśmienitą.

– Branoc, Lo.

– Kolorowych, Soph.

Po zamknięciu drzwi do swojego pokoju otwieram okno, by nieco przewietrzyć sypialnię. Następnie zdejmuję dżinsy i top, wkładam za dużą bluzę z długimi rękawami z logo kanadyjskiego zespołu metalowego Spiritbox i układam się w łóżku. Ryzykuję i oddycham głęboko. Czuję jego zapach. To jego poduszka. Albo pościel. Albo wspomnienie, że zachował się jak gnój, wbił mi nóż w plecy i go przekręcił.

Zawsze przewidywalny w swojej zwyczajności Chance okazał się kompletnie nieprzewidywalny. Ani stały. Ani zwyczajny.

Zdaję sobie sprawę, że nie powinnam tego robić, niemniej z sercem w gardle wchodzę na Instagrama i wpisuję po kolei litery C, H, A.

Nie rób tego! – woła krytyczna część mojego umysłu.

Nigdy jednak jej nie słuchałam.

Widzę nowe zdjęcie.

Sprzed godziny.

Nie jest na nim sam.

– Skurwiel – rzucam szeptem.

To selfie, na którym jest w restauracji z kobietą. A od kiedy on pstryka takie zdjęcia? Podobnie jak ja, był do nich wrogo nastawiony. Dziewczyna jest ładna. Blondynka. Ale najbardziej rzuca się w oczy to, jaka jest młoda.

Podpisał tę fotkę:

Włoska z @ashkaye_2003

Znów nie jestem w stanie się powstrzymać, aby nie kliknąć na jej profil.

Ashton Kaye, 21, spod znaku barana, entuzjastka jogi, fatalna w kręgle

Brawa za poczucie humoru oraz szczerość.

Wrzuca głównie selfie. Na każdym jest piękna i roześmiana.

Od zawsze byłam typem osoby, która stawia na odpowiedzialność, etykę pracy, a także codzienne nitkowanie zębów, choć niestety kuleję w innych aspektach życia. Ogólnie rzecz biorąc, jestem po prostu człowiekiem. Jednak niech mnie szlag, bo gdy przyglądam się tej kobiecie, budzą się we mnie przeróżne emocje. Chyba powinna pojawić się we mnie zazdrość czy złość, a mimo to czuję się jedynie stara i nudna.

Bardzo stara.

Mam trzydzieści cztery lata.

A ona dwadzieścia jeden. Pod względem biologicznym nie mogłabym być jej matką, ale wyobrażam sobie, że w psich latach to już całe pokolenia.

Chance jest tuż przed czterdziestką. Tak, mógłby być jej ojcem.

Ohyda.

Hipokrytka, karcę się w duchu, gdy przeglądam zdjęcia, które zrobiłam dziś wieczorem Everowi.

Wzdycham i szepczę:

– Skoro i tak będę smażyć się w piekle… – Szukam profilu zespołu Thicker Than Water, klikam „obserwuj” i zaczynam przeglądać ich posty.

Znajduję tylko kilkanaście zdjęć, ale na większości nie ma Evera, a jeśli już go ujęto, to bez względu na to, czy stoi w wykreowanej, czy naturalnej pozie, przyciąga wzrok.

Powieki zaczynają mi ciążyć. Muszę dać sobie spokój. Iść spać, a stalkowaniem zająć się później.

Zanim jednak odkładam telefon, wybieram pięć najlepszych fotek, jakie dziś zrobiłam, przerabiam na czarno-białe, tworzę z nich dwudziestosekundowy klip i wrzucam. Jak zwykle niczego nie podpisuję i nie dołączam hashtagów.

Rozdział trzeci

ZALEDWIE KILKA GODZIN PÓŹNIEJ, kiedy człapię do kuchni, widzę, że Benji nalewa mleka do miski z płatkami.

– Dobry – mamrocze.

– Dzień dobry, kochanie. Jak tam wczorajsza próba? – pytam, ziewając.

Wygląda na tak zmęczonego, jak sama się czuję.

– Dobrze. Ten nowy pianista, Luka, jest spoko.

Włączam ekspres, ponownie ziewam i mówię:

– No i świetnie. Gdzie mieszka?

– We Florencji.

Nie przestaje mnie zadziwiać, z jaką łatwością media społecznościowe łączą ludzi z całego świata.

– Tej we Włoszech? Wiesz w ogóle, jakie to niesamowite?

Wzrusza ramionami, bo ma czternaście lat i nie zna innego świata.

– Jak było na koncercie?

Świeża kawa pachnie jak życie. Naprawdę potrzebuję jej w swoich żyłach.

– Miałyśmy szczęście. Zespół grał akustycznie, więc wszystko okazało się nieco spokojniejsze niż to, czego zazwyczaj słucham, ale byli naprawdę dobrzy.

– Nie ma o nich zbyt wiele w sieci, ale obejrzałem kilka filmów na YouTubie. Nie są w moim guście, jednak nie narzekałbym, mogąc oglądać ich na żywo.

Dmucham na kawę, którą mam w kubku, następnie upijam łyk.

– Mhm. Też nie narzekam. Z bliska byli superuroczy.

– Mamusia potrzebuje kawy. Natychmiast – chrypi Lola. Ma na sobie puszysty, różowy szlafrok, a skołtunione włosy, bez czesania, związała w krzywy kok. – Oto zstąpił kac stulecia! – deklamuje, jakby odgrywała szekspirowską sztukę.

Ponieważ lubimy taką samą kawę, oddaję jej swój kubek, a sobie parzę kolejną.

– Widziałem post cioci. Właśnie opowiadała, jak minął wam wieczór – oznajmia Benji.

– Jak widać na załączonym obrazku, trochę przesadziłam, ale zespół był świetny. Nieźle się bawiłyśmy, prawda, Soph?

– Tak, byli spoko, ale nic nie dorówna…

Lola nie daje mi dokończyć, tylko rzuca drwiąco:

– Treachery’s Riot. Wiemy, obsesyjna świrusko.

– Nie mam obsesji, ale słyszałam o fankach, które naprawdę ich stalkują, a zwłaszcza wokalistę, Ravena. Chowają się w krzakach, przekupują ochroniarzy, żeby wpuścili je za kulisy. Moja fascynacja nie jest niezdrowa. Całe szaleństwo pozostaje tutaj. – Pukam się palcem w skroń.

– No, masz na myśli wyobrażanie sobie podczas łóżkowych igraszek, że Ken to Raven, żebyś mogła osiągnąć linię mety? – szepcze mi do ucha, nim szturcha mnie biodrem i odchodzi.

– Ostatni raz zwierzyłam ci się po pijaku, Lo – wołam za nią, mieszając kawę i wrzucając łyżeczkę do zlewu. – A poza tym, dziewczyna robi, co musi.

Parska śmiechem, co brzmi jak potwierdzenie.

– Święta prawda.

Obracam się, opieram o blat i upijam łyk kawy.

– Ale czy to moja wina? Widziałaś tego gościa?

– Nie – odpowiada z udawaną powagą. – I ty też nie. Facet nosi maskę.

– No tak, ale wiesz, że twarz musi pasować do reszty. A ma cholernie seksowną resztę. – Cechuje mnie duża racjonalność, a to, co właśnie powiedziałam, nie ma najmniejszego sensu, ale wcale nie powstrzymuje mnie to od wierzenia w tę tezę.

– Widziałaś na Reddicie plotki o tym, że Treachery’s Riot kończy działalność? – pyta Benji, nim odkłada łyżkę i wypija mleko wprost z miseczki.

– Nie bluźnij, dopóki nie dopiję kawy – karcę go, kosztuję naparu, a potem dodaję: – Ich rozpad zraniłby mnie chyba bardziej niż moje własne rozstanie. To miał być żart, ale jest zdecydowanie za wcześnie, żeby myśleć o tym, jak bardzo okazał się trafiony.

Lola siada na wysokim stołku obok syna, a potem oboje wgapiają się w leżącą pomiędzy nimi na blacie komórkę. Siostra kilkakrotnie stuka w ekran.

– O – zaczyna z miną, która przypomina dąs, a która zawsze gości na jej twarzy, gdy zamierza powiedzieć coś słodkiego. – Miguel skomentowała już twój nocny post. Pisze, że syjamskiemu Pedrowi Pascalowi najbardziej podoba się fotka tyłka gitarzysty.

– Zamknij się – karcę ją ze śmiechem, od którego nie jestem w stanie się powstrzymać. – Nie ma tam niczego takiego.

– Sorry, to znaczy dłoni.

Benji z powagą kręci głową.

– Miguel to zbyt miła osoba, żeby kogokolwiek oszukiwać, mamo. To zdecydowanie pięćdziesięcioparoletni cispłciowy Brazylijczyk, który woli psy.

– Skąd to wiesz? – pyta Lola.

Benji wzdycha, jak potrafią tylko nastolatkowie.

– Bo odkąd lata temu zaczął obserwować ciocię, mam na niego oko. Wydaje się konsekwentny, a z jego komentarzy bije szczerość. To żaden bot ani troll.

Lola kręci głową zarówno na tę informację, jak i na fakt, że sama wcześniej o tym nie pomyślała. Nie jest zbyt obeznana z mediami społecznościowymi, ale nie zamierza się do tego przyznawać.

– Piątka z plusem z cyberbezpieczeństwa, minirodzicu, ale psujesz mi zabawę.

– Jest siwy i ma labradorkę o imieniu Selma Hayek, a od czasu do czasu wrzuca zdjęcia z żoną Julianą – dodaje.

– Nigdy w to nie uwierzę – mamrocze Lola, zanim przejrzy kolejne komentarze, których są aż trzy.

Pochylam się z drugiej strony wyspy, starając się przeczytać je do góry nogami.

sãopaulomiguel: Praktycznie słychać muzykę z tych zdjęć. Naprawdę cudne.

BenjiBenjiBenji: @ThickerThanWaterTheBand Obczajcie to! #ThickerThanWater

TrudyandJohnSampson: Ciekawe, ale może lepiej wyglądałyby w kolorze?

goodguysfinishfirst_sometimes: Masz niesamowite oko. Świetne fotki.

Lola parska śmiechem.

– Widzę, że ciotka Trudy znów zachowuje się jak kretynka.

Uśmiecham się, bo gdyby było inaczej, mogłybyśmy zacząć się martwić.

– Zawsze komplementuje i wspiera.

– Kim jest ten ostatni? – pyta Benji, patrząc na mnie.

Wzruszam ramionami, bo nie mam pojęcia.

Lola naciska jego nick, aby przejść do profilu.

– Uczeń staje się mistrzem – rzuca Benji pod nosem.

Lola obraca głowę, aby porazić go pełną mocą swojego uśmiechu.

– Milcz, sensei, bo właśnie instagramuję.

Wszyscy wpatrujemy się w profil nieznajomego:

Good Guy

Nieustannie poszukujący kolejnych przygód – wspaniałych i innych.

Zgromadził trzydziestu pięciu followersów, a obserwuje dziewięćdziesiąt dziewięć osób, w tym mnie. Lola przewija powoli fotki – niewielka chata pośród ośnieżonych sosen, nieostra ulica z tylnymi reflektorami samochodów oraz tabliczkami okolicznych budynków, zachód słońca, który odbija się w jeziorze, a także stary pies zwinięty w plamie słońca na zniszczonym dywanie. Podobnie jak ja, nie dodaje ani podpisów, ani hashtagów.

Uśmiecham się.

A Lola krzywi. Tym razem naprawdę.

– I tyle?

Benji bierze komórkę, próbuje przewinąć dalej, jakby niezbyt zaawansowana technologicznie matka robiła to źle.

– Tyle – potwierdza. – Pierwszy post został dodany dwa lata temu, ostatnie zdjęcie pochodzi sprzed trzech miesięcy.

– Fotografie są świetne – dodaję, bo czuję się w obowiązku go bronić.

Benji się ze mną zgadza.

Lola natomiast nie traci grymasu.

– A gdzie selfiki? Dlaczego otaczają mnie wyłącznie ich przeciwnicy?

– Ponieważ twarz to tylko niewielki fragment czyjejś historii? – podpowiadam.

Upija spory łyk chłodnej już kawy, opiera łokieć na blacie, a podbródek na dłoni i w zamyśleniu bębni palcami w policzek.

– Ale czy możemy zaufać komuś, kto nie wrzuca zdjęć swojego oblicza? – Brzmi to jak dość poważne pytanie, które zdarzają się Loli niezbyt często.

Rozkładam ręce, aby pokazać jej, co o tym myślę, zamiast odpowiadać słowami.

– Ława przysięgłych wciąż obraduje – rzuca z surową miną, ale lekkim głosem.

Opuszczam ręce i przechylam głowę, udając urazę.

Uśmiecha się i jęczy:

– Ale nie zastanawia cię, jak on wygląda? Skąd pochodzi?

Wymieniamy spojrzenia z Benjim, a potem kiwamy lekko głowami, wzruszając przy tym ramionami.

Lola patrzy na nas z niedowierzaniem.

– Dziwnie wygląda, gdy tak robicie. Dziewiętnaście godzin okropnego porodu…

Benji przerywa jej, korygując fakty:

– Czternaście.

Lola się poprawia, nie tracąc wątku:

– Czternaście godzin okropnego porodu, a ty…

– Zachowujesz się jak ona – kończymy wszyscy razem, bo powtarza to tak często, że nauczyliśmy się już tego na pamięć.

– Moje kondolencje, słodki dzieciaku – rzucam ponuro.

Benji nie odpowiada, a Lola nuci kawałek Guns N’ Roses, nim warczy:

– Cholera, przestańcie mnie rozpraszać tekstami Axla. – Od zawsze ma świra na punkcie wszystkiego, co pochodzi z lat osiemdziesiątych. – Naprawdę nie chcecie wiedzieć nic więcej o tym facecie?

Wpatrujemy się w nią, a po dłuższej chwili się poddaję i przyznaję:

– Może? Trochę?

Podaje mi dłonie z szeroko rozłożonymi palcami, co jest dziwacznie urocze, bo to znaczy, że naprawdę się cieszy, nawet w samym środku kaca.

– Nie wiem, dlaczego zabrzmiało to jak pytania, ale wezmę to za potwierdzenie! – mówi to z tak przesadnym akcentem z Południa, że każde słowo wymawia pełne trzy sekundy.

Przytakuję, a Benji chowa telefon do kieszeni spodni od piżamy, wkłada miskę i łyżkę do zmywarki i odchodzi korytarzem w stronę swojego pokoju.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Playlista

Część I

Rozdział pierwszy. Sophie

Rozdział drugi. Sophie

Rozdział trzeci. Sophie

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Meritum publikacji