Studentka - Michał Keller - ebook + książka

Studentka ebook

Michał Keller

0,0
39,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Upalny sierpień 2025 roku, Olsztyn. Zuzanna Maksymiuk wychodzi rano z wynajmowanego mieszkania i jedzie autobusem do szpitala pulmonologicznego, w którym odbywa praktyki studenckie. Ostatecznie nigdy tam nie dociera. Ślad urywa się na leśnej ścieżce. Mimo intensywnych poszukiwań policja nie wpada na trop dziewczyny. Pół roku później, w środku mroźnej zimy, Karolina Orkisz, współlokatorka Zuzy oraz wnuczka lokalnego potentata piekarniczego, zleca prywatnemu detektywowi Rafałowi Rogalskiemu odnalezienie przyjaciółki. Raro rozpoczyna śledztwo, które nieoczekiwanie kieruje go w stronę brutalnych czasów drugiej wojny światowej. Jednocześnie detektyw próbuje ustalić, dlaczego trójmiejska mafia chce zabić jego syna. Czy Rogalskiemu uda się odkryć, co się stało z zaginioną studentką? Czy zdoła uratować syna? I jakie tajemnice skrywa senny, przysypany śniegiem Olsztyn?

Zwykle zaginieni dzielą się na dwie grupy. Pierwsza obejmuje ludzi, którzy z jakiegoś powodu postanowili zniknąć. Wiadomo jednak, że ci, którzy znikają z własnej woli, tworzą podgrupy. Zniknęli, bo kogoś poznali. Zniknęli, bo chcą zacząć od nowa. Zniknęli, bo ktoś ich do tego namówił. Zniknęli, bo mieli problemy finansowe. Zniknęli, bo czegoś im w życiu brakowało. Zniknęli, bo przed kimś uciekali. Zniknęli, bo nie chcieli być ciężarem dla najbliższych. Zniknęli, bo chcieli kogoś swoim zniknięciem obciążyć. Zniknęli, bo wybrali samobójstwo. Do drugiej grupy zaliczam tych, których wbrew ich woli wyrwano z naturalnego środowiska. Ta kategoria jest znacznie węższa. Ludzie zniknęli, bo ktoś im zrobił krzywdę. Do której grupy zaliczała się Zuzanna Maksymiuk? – fragment książki

Michał Keller– publikuje pod pseudonimem, bo nie może ujawnić prawdziwej tożsamości. Kiedy po raz pierwszy przyjechał na Warmię i Mazury, widział czyste piękno. Jednak im głębiej badał historię i poznawał ludzi, tym bardziej uświadamiał sobie, że ta kraina ma mroczną stronę: pełną tajemnic i niewyjaśnionych zbrodni. Opisał ją w serii kryminalnej, którą rozpoczęłaPsycholożka. A żeby nie zwariować, oddaje się pasjom: namiętnie żegluje i gotuje. To wszystko, co zgodził się ujawnić na swój temat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Piątek 9 stycznia 2026 roku

Telefon dzwonił od siódmej rano, ciągle ten sam numer, którego w żadnym wypadku nie zamierzałem odbierać. Dzwonił mój jedyny syn. W radiu właśnie nadawano wiadomości. Ruscy znowu zabili dronami ludzi w Kijowie, a na Lwów skierowali jakieś diabelskie rakiety. Zniszczyli ciepłownię i pozbawili mieszkańców prądu. Zaczynał się kolejny rok wojny.

Spojrzałem na termometr zaokienny. Było siedem stopni na minusie. Na podwórzu leżał śnieg, od którego odbijały się słoneczne promienie i raniły wzrok. Dzień wcześniej położyłem na parapecie kolbę z ziarnami. Leżała nienaruszona, ptaki jej nie tknęły. Właściwie ptaków nie było widać, od kiedy przyszły duże mrozy, czyli jeszcze przed Nowym Rokiem. Ukryły się gdzieś przy kominach, a może uciekły z miasta? Miałem nadzieję, że nie zamarzły.

Zrobiłem sobie kawę z ekspresu i dalej słuchałem radia. Ostrzegano przed śnieżycą i apelowano o pozostanie w domach. Skończyły się wiadomości i puścili rytmiczną piosenkę, taką, przy której chce się tańczyć. „Relax, take it easy”, śpiewał wysokim głosem facet, którego dziennikarz radiowy nazywał Mika. Taniec miał sens – kiedy człowiek skacze, jest mu cieplej. Pomyślałem, że ci z radia nie mają lekko, bo muszą tak lawirować między śmiercią niewinnych a rozrywką, żeby nie poleciały im wyniki słuchalności i liczba lajków.

Wtedy ktoś zapukał do drzwi biura, a mnie przeszła ochota na podrygi. Odstawiłem kubek z kawą i wyłączyłem radio. Wyszedłem do przedpokoju, otworzyłem drzwi i w ciemnym korytarzu dostrzegłem zakapturzoną postać w obszernej kurtce. Najpierw pomyślałem, że to kurier, a potem, że to może być osoba sprzątająca klatkę schodową. Kogo innego w taką pogodę można by zmusić do przyjścia tutaj? Ale to nie był nikt z tych dwojga. Nie zauważyłem żadnej paczki ani szczotki czy kubła.

– Biuro detektywistyczne RARO? Dobrze trafiłam?

Niewysoka postać miała dziwnie donośny kobiecy głos. Wyczułem w nim determinację.

– Zgadza się, to właściwy adres. Rafał Rogalski. Zapraszam do środka!

Z ciemnego korytarza, słabo ogrzewanego, powiało lodowatym powietrzem. Przepuściłem kobietę bokiem i szybko zamknąłem drzwi. Wskazałem dłonią pokój, w którym przyjmowałem interesantów. Minęła mnie bez słowa i ruszyła przez przedpokój, zostawiając za sobą zapach dobrych perfum i mrozu, a na parkiecie ślady topniejącego śniegu. Skrzywiłem się z niesmakiem, bo ktoś będzie musiał to potem sprzątnąć i tym kimś będę ja. Rozglądała się z zaciekawieniem, jakby czegoś szukała na ścianach.

– Czy ma pan jakiś wieszak? Trochę tu gorąco...

No tak, nie przyszło mi do głowy, żeby zaoferować klientce pomoc i odebrać od niej tę gigantyczną pikowaną, błyszczącą jak smoła w kotle kurtkę. Poradziła sobie sama. Najpierw ściągnęła ogromny kaptur, po nim czerwoną czapkę z wełny. Zdjęła grube zamszowe rękawiczki i kurtkę, a potem wyswobodziła się z kilkumetrowego szalika. Podała mi to wszystko bez słowa i weszła do pokoju, który wcześniej jej wskazałem. Bez kurtki i reszty zrobiło się jej o połowę mniej. Powiesiłem jej rzeczy na wieszaku. Usiadła na skórzanym fotelu, będącym częścią kompletu kupionego w komisie pod miastem – wraz ze stolikiem kawowym tworzył on pozory luksusu za nieduże pieniądze. Tak przynajmniej mi się wydawało. Na środku pokoju znajdowały się okrągły stół i cztery krzesła.

Teraz mogłem się przyjrzeć kobiecie. Młoda, na oko miała dwadzieścia lat, może trochę mniej. Właściwie ciągle wyglądała jak nastolatka. Gdybym miał ją do kogoś porównać, to wybrałbym Björk z czasów The Sugarcubes. Skąd takie skojarzenie? Zawsze lubiłem muzykę, słucham jej, kiedy tylko mogę. Zazwyczaj każdego napotkanego człowieka porównuję do kogoś ze świata dźwięków.

Ta dziewczyna była niewysoka, szczupła, miała ciemne włosy przycięte nad brwiami, z tyłu dotykające wąskich ramion. Pomimo mrozu nosiła krótką spódniczkę w kratę. Przed odmrożeniami ratowały ją grube brązowe rajstopy. Ubłocone czarne kozaki ze skóry sięgały kolan, spod ich grubych podeszew ciągle wypływała brudna ciecz, a to znaczyło, że prócz przedpokoju będę musiał sprzątnąć całe biuro.

Kiedy ją obserwowałem, lustrowała pokój. Pewnie pierwszy raz była w agencji detektywistycznej i miała zupełnie inne wyobrażenie o miejscu pracy prywatnego detektywa. Ja sam nie przedstawiałem się jakoś szczególnie korzystnie. Nieogolony facet po pięćdziesiątce, z łysiną i lekkim brzuszkiem, w zielonym golfie ledwo zakrywającym pępek. Reszta była równie marna, by nie powiedzieć: katastrofalna. Wojskowe zielone spodnie od dresów z wypchanymi kolanami, grube góralskie skarpety i kapcie z futerkiem. Brakowało tylko kapelusika z piórkiem i ciupagi. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że absolutnie nie spodziewałem się w taką pogodę interesantów. Zresztą zwykle tacy wcześniej do mnie dzwonią i umawiają się na spotkanie. Staram się wówczas wyglądać lepiej. „No trudno – pomyślałem. – Trochę się sobie poprzyglądamy, mogę zrobić jej herbatę albo kawę, a potem sobie pójdzie”. Ale ona przeniosła wzrok z regału w kącie pokoju na mnie i zaczęła mówić:

– Nazywam się Karolina Orkisz. Przychodzę do pana w związku z zaginięciem mojej przyjaciółki...

– Orkisz? – wszedłem jej niegrzecznie w słowo. – Po drugiej stronie ulicy jest piekarnia o takiej nazwie...

– To moi dziadek i ojciec. Oni są właścicielami.

– Zdaje się, że w mieście jest więcej takich piekarni?

– Tak. Mamy ich kilkanaście. Dokładnie to nie powiem ile. Ale to nie ma nic do rzeczy. Przychodzę w sprawie zaginięcia. Zniknęła moja Zuzia. To znaczy Zuzanna Maksymiuk. Mieszkamy razem.

– Rozumiem.

– Nie rozumie pan. Mam mieszkanie w centrum. Ona wynajmuje u mnie pokój.

– Okej. Co się stało? Proszę opowiedzieć. – Sięgnąłem po notes i długopis, żeby zapisać jej słowa.

– Zuzanna ma dwadzieścia dwa lata. Jesteśmy rówieśniczkami. Studiuje medycynę, jest na trzecim roku. To znaczy powinna być już na czwartym... Zaginęła w sierpniu.

A zatem Karolina była starsza, niż myślałem.

– Rozumiem, że sprawą zajmuje się policja?

– Gdyby tak było, nie przyszłabym do pana.

– Hm. A co ustalili śledczy?

– Mieszkamy przy ulicy Dąbrowszczaków, pod numerem dziewiętnastym. Stamtąd jest kilka kroków do przystanku. Zuzanna jak zwykle wyszła rano, przed siódmą, na autobus linii sto dziewięć. Dojechała do końca, to znaczy do przystanku przed pętlą. Wysiadła i poszła ścieżką przez las w stronę szpitala pulmonologicznego. Miała tam letnie praktyki. Chodziła tą ścieżką każdego dnia.

– Kiedy to było?

– Piętnastego sierpnia. To był piątek. Weszła do lasu i nikt później już jej nie widział.

– Dlaczego nie poszła chodnikiem?

– Widzę, że pan jest nietutejszy. Tam nie ma chodnika. Wzdłuż ulicy, między drzewami jest ścieżka. Wszyscy tamtędy chodzą. Od zawsze. Na spacery z psami, pobiegać, pojeździć rowerem, jesienią na grzyby...

– Rozumiem. Powiedziała pani, że Zuzanna szła do szpitala. Czy do tego szpitala nie dojeżdża autobus? Nie każdy ma samochód. Jak tam się dostają ludzie bez samochodów?

– Są autobusy, podjeżdżają pod bramę.

– To dlaczego pani przyjaciółka nimi nie jeździła?

– Bo z naszego przystanku jeździ tylko ten jeden autobus.

Zerknąłem w notatki.

– Sto dziewięć.

– Właśnie. Gdyby Zuzanna chciała dojechać bezpośrednio pod szpital, musiałaby iść na inny przystanek, aż za wiadukt, na Limanowskiego. To kilkaset metrów.

– Dlatego wolała sto dziewięć i ścieżkę przez las.

– Tak. To blisko. Latem spacer tą ścieżką to sama przyjemność.

– Ale nie tym razem.

Zaległa cisza. Zaoferowałem herbatę. Miałem całkiem dobrą, bo Französische Pflaume od Meßmera. Kobieta podziękowała i przyjęła propozycję. Nastawiając wodę w kuchni, myślałem o tym wszystkim. Zaginięcie młodej kobiety to nie byle jaka sprawa. Jeżeli policja przez prawie pół roku nie znalazła Zuzanny Maksymiuk żywej albo, co bardziej prawdopodobne, martwej, moje szanse na posunięcie sprawy do przodu były minimalne. Zajmowałem się jednak przeważnie sprawami obyczajowymi. Czułem się jak detektyw Damian Petrow z paradokumentalnego serialu Zdrady na Polsacie. Szukałem dowodów niewierności małżeńskiej, czasami trafiało się jakieś większe zlecenie. Ale to były sprawy rutynowe, takie, o których gazety nie piszą, a które ludzi raczej nie interesują. Trudno na nich zbudować markę i medialny sukces.

Mimo wszystko zaginięcie tej studentki to nie była sprawa dla mnie. Za wysokie progi, nie dałbym rady. Wejście w ten las mogło się dla mnie skończyć katastrofą. Mogłem zabłądzić. Owszem, wcześniej byłem w policji, potem pracowałem przez lata w dużej agencji detektywistycznej na Wybrzeżu. Ale tam były wieloosobowy zespół, wypracowane mechanizmy, dojścia i kontakty. Sprzęt, o którym teraz mogłem tylko pomarzyć. Przeniosłem się do Olsztyna, bo poszedłem za głosem serca. Tutaj poznałem kobietę, która sprawiła, że pozbierałem się po rozwodzie. To ona sfinansowała biuro, to do naszego wspólnego domu na Dajtkach wracałem każdego popołudnia. Szukając Zuzanny Maksymiuk, mogłem zgubić własne szczęście.

– Dziękuję za fatygę – powiedziałem, stawiając przed nią herbatę pachnącą śliwką. – Obawiam się jednak, że ta sprawa mnie przerasta. Jak pani widzi, głównie pracuję sam. Mam niewielki zespół współpracowników. Mówiąc wprost: jeśli policja nie dała rady, ja tym bardziej pani nie pomogę. Przykro mi...

Spojrzała głęboko w moje oczy. Jej były brązowe i błyszczące.

– Anna Maria Wiśniewska. Sprawa zaginięcia psycholożki – powiedziała wolno, nie przestając się wpatrywać we mnie. – To pan ją odnalazł. Pisały o tym gazety.

To było w czerwcu dwudziestego czwartego roku. Szukałem starszej kobiety, która po wyjściu z pracy nie dotarła do domu. Sam nie wiem, jakim cudem, ale ją znalazłem. Tyle że, jak to mówią, było to pyrrusowe zwycięstwo.

– To prawda. Odnalazłem ją. – Spojrzałem na ścianę, gdzie w ramce widniała pierwsza strona lokalnej gazety z artykułem o tej sprawie, a w jej rogu niewielkie zdjęcie mojej twarzy. – Ale co z tego?!

– Dla mnie liczy się tylko to, że miał pan intuicję i wykazał się wielką determinacją. To ważniejsze niż wszystko inne.

– Sam nie wiem. To może być czasochłonne i kosztowne zadanie.

– Mam pieniądze. To nie problem. Dziadek ufundował mi prywatne stypendium swojego imienia. Zapłacę, ile trzeba.

– To mogą być pieniądze wyrzucone w błoto.

– Gdzieś w błocie może leżeć ciało mojej przyjaciółki. Nie mogę się z tym pogodzić! Pan musi ją odnaleźć!

Kusiła. Kusiła mnie coraz bardziej. Decyzja była blisko, młoda Orkiszówna nawet nie wiedziała, jak blisko. Czułem, że tego mi potrzeba. Odłożyć na bok zaglądanie do czyichś sypialni albo łapanie za rękę nieuczciwych pracowników i poprowadzić prawdziwe śledztwo.

– Błagam! Wiem, że pan umie ją znaleźć! Jest pan tutaj najlepszy!

No, trafiła w punkt. Każdy lubi pochwały, a ktoś, kto ich nie słyszał od Bóg wie jak dawna, lubi je w szczególności. Takim kimś jestem ja.

Karolina Orkisz wyjęła z torebki komórkę w złotym etui i pokazała mi zdjęcie. To była zaginiona, nie miałem wątpliwości. Wziąłem od dziewczyny telefon i uważnie przyjrzałem się Zuzannie Maksymiuk. Jak wyglądała? Używając moich muzycznych porównań, była bliźniaczo podobna do Agnethy Fältskog z czasów, gdy ABBA nagrywała Waterloo. Tak, to ta blondynka. Zuzanna miała nawet podobną fryzurę.

Wahałem się, zerkałem raz na zdjęcie zaginionej, raz na jej przyjaciółkę.

– Dobrze. Spróbuję. Ale nie daję gwarancji, że ją odnajdę. Niech mi pani przyśle jej zdjęcie na telefon. Moja dzienna stawka wynosi tyle. – Podsunąłem jej kartkę, na której zapisałem cenę. Nie zrobiło to na niej najmniejszego wrażenia. W końcu płacił jej dziadek. – Na początek chciałbym zobaczyć pokój Zuzanny.

– Wiedziałam! Jest pan dobrym człowiekiem!

Szkoda, że tego nie nagrałem. No nic, może innym razem powie coś równie miłego, a ja będę miał w pogotowiu dyktafon. Teraz miał mi się on przydać do czego innego. Musiałem pomyśleć, zadzwonić tu i tam, obejrzeć kilka miejsc. Najlepiej jak najszybciej. Pora wynurzyć się z ciepłej nory na mróz, jakiego w tym mieście nie było od dawna.

***

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Projekt okładkiKarolina Żelazińska-Sobiech

Redaktor prowadzącaMonika Koch

RedakcjaAleksandra Kubis

KorektaTeresa Zielińska, Anna Burger

Copyright © Michał Keller, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026

Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

ISBN 978-83-8360-450-3

Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.