Wyspy pamięci - Ałbena Grabowska - ebook
NOWOŚĆ

Wyspy pamięci ebook

Ałbena Grabowska

0,0

Opis

Dwójka błyskotliwych detektywów, meandry zbrodni i medyczne zagadki 

 

Kiedy emerytowany neurolog Stanisław Kozłowski zostaje zamordowany we własnym domu, komisarz Franciszek Stawicki i aspirant Maja Kwiatkowska są przekonani, że mają do czynienia z pozornie prostą sprawą. Brak śladów włamania, niewielkie grono podejrzanych oraz ślady sugerujące, że rozwiązanie sprawy jest na wyciągnięcie ręki. Śledztwo szybko prowadzi jednak do świata rodzinnych sekretów, przemilczanych konfliktów i wydarzeń, które miały pozostać na zawsze pogrzebane. Im bardziej detektywi zagłębiają się w przeszłość ofiary, tym wyraźniej dostrzegają, że nic w tej sprawie nie jest ani jasne, ani oczywiste. Pojawiają się kolejne tropy, rośnie grono podejrzanych, a każdy odkryty fakt zdaje się przeczyć poprzedniemu. Sytuację komplikuje to, że jeden z podejrzanych jest bliski Mai Kwiatkowskiej, a komisarz Stawicki po raz kolejny musi zmierzyć się z własną przeszłością. Tymczasem klucz do rozwiązania zagadki może kryć się we wspomnieniach człowieka cierpiącego na chorobę Alzheimera. Gdy wybitna neurolog, profesor Alicja Bloch, podejmuje próbę dotarcia do utraconych wspomnień, śledztwo przybiera nieoczekiwany obrót. 
 
Czy zbrodnia została popełniona z zemsty? Z chęci ukrycia prawdy? A może ktoś zrobi wszystko, by pewne wspomnienia nigdy nie ujrzały światła dziennego? 
 
Wyspy pamięcito kryminał, w którym przeszłość nie przemija nigdy, a najgroźniejsze tajemnice ukrywają się nie w aktach sprawy, lecz w ludzkiej pamięci. 

 

*** 

Ałbena Grabowska – ceniona pisarka, która niezwykłe imię, oznaczające kwitnącą jabłoń, zawdzięcza bułgarskim korzeniom. Z wykształcenia lekarka, doktor nauk medycznych ze specjalizacją w neurologii i epileptologii.  

Popularność wśród czytelników zawdzięcza przede wszystkim bestsellerowej sadze Stulecie Winnych. Potencjał tej epickiej opowieści dostrzegli również filmowcy – na jej podstawie nakręcono serial w gwiazdorskiej obsadzie. 

Spod pióra Ałbeny Grabowskiej wyszły m.in. książki Tam, gdzie urodził się Orfeusz, Lot nisko nad ziemiąLady M., Coraz mniej olśnieńOstatnia chowa klucz oraz dwie części serii kryminałów medycznych Nóż w sercu. Sprawa chirurga i Dzieci we mgle. Sprawa ginekologa (Wydawnictwo Zwierciadło).  

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 581

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Wyspy pamięci

Text © copyright by Ałbena Grabowska © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026

Redakcja: Anna Jeziorska

Korekty: Katarzyna Szajowska

Projekt okładki: Piotr Szczerski

Projekt typograficzny okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcia na okładce: iStock/Getty Images Plus

Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.

ISBN 978-83-8132-794-7

Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wydanie I, 2026

Ei incubit probatio, qui dicit non qui negat

RODZINA

Lotnisko w Toronto przypominało statek kosmiczny. Jan długo szedł okrągłym, lśniącym nowością korytarzem, zanim trafił na właściwe miejsce w hali przylotów. Teraz siedział nieruchomo na twardej ławce. Napisy na tablicy zmieniały się powoli, litery przeskakiwały mechanicznie, z charakterystycznym szelestem. Zerkał co chwila, chociaż wiedział, że samolot z Warszawy powinien planowo wylądować dopiero za dwie godziny. Nie mógł się doczekać jej przyjazdu, a jednocześnie pragnął, żeby to napięcie, te dwa tygodnie oczekiwania wreszcie się zakończyły. Przeżywał teraz katusze, bo przecież nie mógł być pewien, czy udało się jej wsiąść do samolotu.

Trząsł się ze strachu, napięcia i emocji. Tydzień temu śniło mu się, że już są w domu, ona stoi przy kuchni i gotuje owsiankę dla synka, a Tomasz domaga się naleśników. To było takie zwyczajne i takie prawdziwe. Kiedy się zbudził, w pierwszej chwili poczuł rozczarowanie, a potem pomyślał, że to dobry znak. Jeszcze kilka dni i będą siadali razem do kolacji. Już nigdy się nie rozstaną. Wczoraj jednak przyszedł inny sen, w którym Stanisław ją zatrzymał. W jakiś sposób dowiedział się o nich i nie pozwolił jej wyjechać. Zbudził się zlany potem, z bólem głowy i strachem w sercu. Czy to był zły znak? Sen mara, Bóg wiara, jak mawiała ich babcia. „Nie trzeba się poddawać czarnym myślom” – powtarzał sobie, szykując skromne mieszkanie na przyjazd Adeli i jej syna. Dałby wszystko, by móc utwierdzić się w przekonaniu, że wszystko jest dobrze, że oboje są na pokładzie i zaraz będą na miejscu. Dałby wszystko za pewność, że się udało. Minuty mijały bardzo wolno. Zacisnął zęby. Mógł tylko czekać.

Wreszcie ogłosili, że samolot z Warszawy wylądował. Jan odczuł ulgę. Wyprostował się na ławce i z trudem stłumił chęć, żeby pobiec do drzwi. „Czekaj – nakazał sobie w duchu. – Jeszcze są w samolocie, jeszcze muszą odebrać bagaże”. Zamknął oczy. Odczekał kolejne dwadzieścia minut i wstał z miejsca.

Ludzie wychodzili pojedynczo, parami, z dziećmi na rękach, taszcząc wielkie walizki. Każde rozsunięcie się drzwi przy bramce przylotów sprawiało, że serce podchodziło mu do gardła. Jakąś kobietę w jasnym płaszczu wziął przez ułamek sekundy za nią, ale potem stwierdził, że nawet nie była podobna. „Może dłużej czekają na bagaż, może mały Tomek marudzi z powodu długiego lotu i zmiany czasu” – myślał, zaciskając pięści tak mocno, że bielały mu knykcie. Wciąż jej nie było.

Decyzja o ucieczce z kraju przyszła nagle. Wybrano go, aby był ambasadorem Polski na Światowej Wystawie Mebli w Toronto. Chociaż nie był członkiem partii, dobrze służył socjalistycznej ojczyźnie jako główny projektant w największej wzorcowni mebli, mieli go zatem za „pewny element”. Wręczono mu paszport wraz z wiązanką goździków. Polecono godnie reprezentować Polską Rzeczpospolitą Ludową na tej ważnej imprezie.

Już wtedy kochał tę kobietę. Już wtedy marzył o tym, żeby byli razem. Przedstawił jej szalony z pozoru plan. Najpierw się przeraziła, potem zaczęła słuchać, wreszcie się zgodziła, porzuciwszy pomysł, aby przyznać się mężowi, że zdradza go z jego własnym bratem. Wierzyli, że się uda, że los im sprzyja. Wspominała, że zna kogoś w biurze paszportowym. On wiedział, komu dać w łapę, żeby załatwić dla nich bilety na samolot. Mieli lecieć razem, ale Tomasz nagle zachorował. Zmienili więc plan. On wyjedzie zgodnie z ustaleniami, a po wystawie wymelduje się z hotelu, ale nie stawi się na lotnisku. Zostanie w Toronto. Ona przyleci z synem, zanim wybuchnie skandal. Przedstawi ją jako swoją żonę. Przecież i tak nosiła jego nazwisko. Ułożą sobie życie w Kanadzie.

Wstrzymał oddech. Ostatni pasażerowie wysypywali się do hali przylotów, witani przez szczęśliwe rodziny. On wciąż czekał, coraz bardziej niespokojny. „Jeśli jej nie będzie, to nie wszystko stracone” – powtarzał sobie. To nie musiało oznaczać najgorszego. Przecież umówili się, że gdyby piekło z powodu jego ucieczki rozpętało się wcześniej, gdyby Stanisław coś podejrzewał i zaczął jej pilnować, wtedy ona przyjedzie, jak tylko to będzie możliwe. On będzie na nią czekał. Miał zostawić informację ze swoim adresem w polskim kościele. Tak się umówili, bo przecież nie mógł do niej zadzwonić.

A jeśli się rozmyśliła? Tak się bała, że pozostawią za sobą zgliszcza, że mąż nigdy jej nie wybaczy. Płakała, że nie może wziąć na sumienie takiego ciężaru. Wszyscy ich potępią. Argumentowała, że Stanisław ją kochał, zatem przeżyje zdradę podwójnie. Przecież Jan był jego bratem. Nagle zostanie sam, bez żony i syna, których kochał nad życie. „Czy to jedyny sposób, abyśmy byli razem?” – pytała go w nieskończoność. Czy będą umieli z tym żyć?

Drzwi otworzyły się ponownie. Jan znów popatrzył z nadzieją, ale z korytarza wyszedł niski mężczyzna i nie rozglądając się na boki, szybkim krokiem niemal pobiegł w stronę wyjścia. Strumień pasażerów w końcu ustał. Adela nie przyleciała.

Jan wstał i zrobił kilka kroków, a potem musiał się podtrzymać chropowatej ściany, bo pociemniało mu w oczach. To nic. Przecież to przewidzieli. Na pewno nie zrezygnowała z ich miłości. Nie ona. Nie po tym wszystkim, co przeżyli. A jeśli się zawahała? Jeśli nie wytrzymała i przyznała się Stanisławowi, a ten uprosił ją, żeby została? Albo zatrzymał siłą, pilnując dzień i noc? „Co byłabyś w stanie dla mnie poświęcić? – zapytał kiedyś, nieprzytomny z miłości do niej. – Bo ja dla ciebie zrobię absolutnie wszystko”. Nie wahała się, widocznie miała przygotowaną odpowiedź. „Mogłabym zostawić Staszkowi Tomka, żeby mniej cierpiał” – powiedziała wtedy i z jej oczu popłynęły łzy.

„Przyjedź, a sprawię, że nigdy nie będziesz tego nie żałowała” – zapewnił ją żarliwie, a ona kiwała głową. Boże, co mogło się stać? Powinien już iść, ale coś go powstrzymywało. „Jeszcze chwilę” – myślał, zaciskając pięści z bezsilności. Jeszcze kilka minut.

Stał i patrzył, zaklinając nieruchome drzwi i błagając, aby jeszcze raz się otworzyły, aż wreszcie Bóg wysłuchał jego modlitw. Drzwi rozsunęły się i stanęła w nich jedna, ostatnia pasażerka.

ŚLEDZTWO

Stawicki przeciągnął się w fotelu.

– Kości ci trzasnęły – zauważyła Maja.

– A to źle? – zapytał i stłumił ziewnięcie.

– Stwierdzam fakt – odparła i przyjrzała mu się uważnie, jakby był szczególnie ciekawym okazem. – A co do wniosków, to mogę dodać, że w kręgosłupie ci strzela i się nie wyspałeś, więc pewnie masz za sobą upojną noc.

Stawicki uśmiechnął się z zadowoleniem. Nawet nie zamierzał zaprzeczać. Od czasu, kiedy Ania się do niego wprowadziła, ich związek wszedł na zupełnie nowe, bardzo przyjemne dla niego tory. Owszem, wciąż wszystko między nimi było świeże i atrakcyjne niczym święto, ale codzienność również go zachwycała. To, że mógł spędzać z Anią poranki, jeść razem szybkie śniadanie, odwozić ją do teatru, a potem spotykać się w przerwie na lunch w dni, kiedy miała próbę. Albo kiedy pomagał jej się pakować i jechał, żeby oddać albo odebrać na cito jakieś sukienki z pralni. Albo nawet wtedy, kiedy przekomarzali się o to, które z nich przygotuje kolację. Wczoraj na przykład on zrobił sos do spaghetti i wrzucił makaron do wody, a ona miała nakryć do stołu, ale po chwili okazało się, że oboje mają ochotę na szybki numerek i makaron nie tylko nie był al dente, ale zamienił się w gęstą papkę. Stawicki musiał iść do sklepu po nową paczkę, bo, jak się okazało, nie mieli w domu zapasu. Po kolacji nawet nie pozmywali, tylko od razu wrócili do łóżka. Komisarz był kompletnie niewyspany, ale niewymownie szczęśliwy.

– Nie chciałem sprawić ci przykrości – powiedział do Mai, ale ta tylko prychnęła.

– Nie sprawiasz. Przeciwnie. Cieszę się waszym szczęściem – rzuciła.

Kilka miesięcy wcześniej neurochirurg Michał Kozłowski zerwał z nią znienacka, pozostawiwszy ją z pytaniem: „Dlaczego?”, na które wciąż nie uzyskała odpowiedzi. Rozwijała je bardzo często, głównie w obecności Stawickiego, dodając albo: „Przecież wszystko było tak pięknie”, albo „Może i dobrze, że teraz, a nie po trzech latach małżeństwa”, ewentualnie „Po prostu nam się nie ułożyło”. Stawicki też się nad tym zastanawiał, bo związek Mai i Michała wydawał się stabilny i dobrze rokujący. Skoro jednak ona nie potrafiła odpowiedzieć na swoje pytanie, to tym bardziej on nie był w stanie tego zrobić. Mógł tylko nie epatować swoim szczęściem i bez słowa wysłuchiwać uwag w stylu „faceci to świnie”, bo i to się Mai zdarzało. Oczywiście zaraz dodawała, że on nie, i komisarz tłumił chęć dopytania, czy on nie jest świnią, czy może nie uważa go za faceta.

– Na pewno kogoś spotkasz. Jesteś piękna i mądra – stwierdził z przekonaniem, bo kiedyś Ania mu powiedziała, że dziewczyny lubią, kiedy im się to powtarza. – Może zacznij chodzić na randki?

Maja się skrzywiła.

– Przynajmniej w krzyżu mnie nie łupie – burknęła.

Jeśli on nie uprawiał seksu przez tydzień, jak każdy normalny facet „chodził po ścianach”. Kobiety były pewnie bardziej powściągliwe w tej materii, ale uznał, że nie będzie rozwijał tematu. Swoją drogą naprawdę był ciekaw, dlaczego pan doktor zwinął manatki.

– Ciągle o tym myślę i ostatnio doszłam do wniosku, że to było chwilowe zauroczenie. Po prostu. – Wzruszyła ramionami.

– Wyglądał na bardzo zakochanego w tobie – stwierdził.

– No nie wiem. – Maja westchnęła. – Nie chciał mnie poznać z rodziną, unikał deklaracji i nawet poważniejszych rozmów. Nie cierpiał, kiedy opowiadałam o pracy.

Ostatnie zdanie wygłosiła nieco nienaturalnym tonem. Stawicki miał swoją teorię na ten temat, zresztą już o tym rozmawiali. Partner policjanta ma trudniej już na starcie. Po pierwszym zauroczeniu typu: „Wow, łapiesz przestępców, ale to romantyczne”, przychodzi otrzeźwienie i pytanie: „Dlaczego mam codziennie umierać ze strachu, czy mój chłopak/dziewczyna wróci do domu w jednym kawałku?”. On często dyskutował na ten temat z Anią. Kilka miesięcy temu prowadził sprawę, która niemal doprowadziła go do śmierci. Ale dzięki temu Ania zdała sobie sprawę, że go kocha i chce z nim spędzić resztę życia. No i paradoksalnie oswoiła ten strach, bo skoro „coś już się stało”, to nie trzeba w napięciu czekać aż „coś się stanie”. Strach po tym, co się wydarzyło, jest inny, bardziej realistyczny, konkretny, nie abstrakcyjny.

– Ja z Anią też nie rozmawiam zbyt często o mojej pracy – zauważył. – Raczej o jej śpiewaniu, spektaklach, o tym, co chciałaby robić w przyszłości, w sensie w jakich przedstawieniach wystąpić.

– Czyli gadacie o niej, bo to bezpieczne – skwitowała.

– U nas w sumie nic ciekawego się nie dzieje. Mam jej opowiadać o tym, że dostaliśmy dotacje unijne, mamy niekończący się remont w komisariacie i czekamy na nowe biurka?

– Dawno nie prowadziliśmy ciekawej sprawy – przyznała Maja. – Chyba od czasu tych dzieci znikających we mgle.

– Potem jeszcze był ten gość, który sfingował zaginięcie, bo chciał ukarać żonę – przypomniał Stawicki.

– Szybko go rozszyfrowałeś, więc to nie było ciekawe – powątpiewała Maja.

– Ciekawsze niż pobicia i meliny.

– Albo sprawy małżeńskie – dodała z przekąsem. – Zwłaszcza ta, gdzie tę biedną kobietę prał mąż architekt.

Maja demonstracyjnie westchnęła.

– Może trzeba się pogodzić z tym, co się stało, i, jak to mówią, ruszyć dalej – zasugerował. – Wiem, że łatwo mówić, ale może po prostu powinnaś odpuścić. Michał odszedł i nie wróci do twojego życia. Poznasz kogoś innego.

Maja w milczeniu pokiwała głową, ale zacisnęła usta. Stawicki nigdy nie lubił doktora Michała Kozłowskiego, który według niego był nieco zbyt sztywny. Wprawdzie obaj usilnie starali się zaprzyjaźnić, bo wiedzieli, jakie to ważne dla Mai, ale raczej na autentyczną więź nie było wielkich szans. Maja z Anią się polubiły, umówiły się nawet kilka razy same na wspólne bieganie, a gdy Stawicki miał się spotkać z Michałem, to odnosił wrażenie, że tylko straci czas.

– Ja naprawdę nie chcę rozmawiać na ten temat – powiedziała w końcu Maja. – Zwłaszcza z tobą. I chociaż dzięki tobie wiele rzeczy do mnie trafiło i dużo rozumiem, to jeśli mam odpuścić, nie chcę o tym myśleć. Bo nie rozumiem i to mnie wykańcza.

Rozumienie i myślenie było dla Mai najważniejsze. Szczególnie w pracy policjantki. Stawicki nieraz się zastanawiał, jak różnie podchodzą do prowadzonego śledztwa. On musiał działać, dokądś jechać, przyglądać się miejscu zbrodni, rozmawiać z ludźmi, formułować nietrafione wnioski, wycofywać się z założeń, a potem znów zagłębiać się w to od początku. Maja gros czasu poświęcała na myślenie, rozpisywanie wątków i osób związanych ze sprawą na tablicy, wreszcie na analizę materiału dowodowego. Musiał przyznać, że razem cudownie się uzupełniali.

– Dobrze – zgodził się. – Nie będziemy gadać o panu doktorze. Zrobiłaś raporty?

Skinęła głową.

– Wszystko ogarnięte na bieżąco. Możemy na chwilę odpuścić. Może jakaś stara sprawa? – zasugerowała. – Jesteśmy w tym dobrzy.

Po poprzednim dochodzeniu ich życie zawodowe wywróciło się do góry nogami. Ich szefem nie był już emerytowany od lat, ale wciąż pełniący obowiązki komendanta Bogusław Hajduk, lecz młoda, energiczna, poznana przy poprzedniej sprawie komisarz Magdalena Wójcik. Z chwilą objęcia funkcji sprowadziła ze stołecznej Maję Kwiatkowską, która niczego tak nie żałowała jak pozostawienia dawnego partnera Franciszka Stawickiego na rzecz rzekomego awansu w komendzie głównej. Razem z nią do budynku z krzakiem róży przed wejściem przeniosła się także aspirant Julia Nowak, dawna asystentka prokurator Weroniki Dębickiej. Nagle mały budynek zaczął tętnić życiem, korytarze wypełniły się interesantami, a istotnych spraw kryminalnych nie przekierowywano już do stołecznej, tylko dawano im do rozwiązania.

Stawicki nie wierzył w pozorny spokój, bo miał świadomość, że w jednej chwili wszystko może runąć, ale zaczynał ostrożnie myśleć o tym, że jest naprawdę dobrze i może po prostu tak zostanie. I po takich nocach jak ta wczorajsza nabierał jeszcze większego przekonania, że los jest sprawiedliwy, a po siedmiu latach smutku i rozczarowania przychodzą w końcu radość i spokój.

– Chcesz iść do archiwum i szukać starej sprawy? – zapytał z niedowierzaniem.

– Tak, skoro nie mamy nic specjalnego do roboty – odparła.

Zanim Stawicki znów zdążył zabrać głos, drzwi się otworzyły i w progu stanęła Magdalena Wójcik.

– Jedziecie na Bielańską – zarządziła bez ogródek. – Trup w domu.

– A coś więcej? – zapytał Stawicki, zerkając na Maję, która wyglądała na rozczarowaną.

Sam nie tęsknił do starych spraw. Były bardzo trudne do rozwiązania i nierzadko emocjonalnie wyniszczające. Miał dość niezakończonych śledztw po niedawnym dotyczącym porwanych dzieci.

– Mężczyzna, lat osiemdziesiąt dwa. Sąsiadka zaalarmowała policję, bo coś ją zaniepokoiło. Ma klucz, więc weszła. Zastała go leżącego na podłodze i wezwała pogotowie. Lekarz stwierdził zgon, ale sanitariusze zadzwonili na policję.

Komisarz wstał.

– Coś zginęło? – zapytała Maja.

– Proponuję, żebyś się tam wybrała i sama wszystkiego się dowiedziała – powiedziała komisarz Wójcik z sarkazmem.

– Jasne, pojedziemy i wszystkiego się dowiemy – odparła Maja gorliwie, a Stawicki uśmiechnął się do swojej przełożonej, bo znał swoją partnerkę i wiedział, że wszystko przyjmuje dosłownie i nie dostrzega subtelnych aluzji ani ironii.

Przed komisariatem tradycyjnie zatrzymał się przy krzaku róży, który kilka miesięcy temu o mało nie padł ofiarą sekretarki próbującej zniszczyć ważną dla komisarza roślinę najpierw za pomocą octu, a potem sody. Jego samego również próbowała wysłać na tamten świat, wiedziona niejasnymi dla Stawickiego motywami. Cały komisariat obstawiał, że przyczyną ataku było nieodwzajemnione uczucie do komisarza, ale on w to nie wierzył. Wszyscy, którzy go znali, wiedzieli, że chociaż był bardzo atrakcyjnym mężczyzną, pozostawał przy tym niezwykle skromny. Kompletnie nie zauważał pełnych podziwu spojrzeń kobiet w różnym wieku przewijających się przez komisariat i zbywał śmiechem wszelkie sugestie, że każda z nich marzy o tym, żeby się z nim przespać albo chociażby umówić. Być może wpływało na to smutne doświadczenie życiowe Stawickiego – strata synka, który zmarł kilka dni po porodzie, rozstanie z żoną i nieudane relacje z dotychczasowymi partnerkami.

– Nic nie dolega twojej róży, tylko jest zima – powiedziała Maja.

– Prawie wiosna. Patrzyłem, czy zaczyna kwitnąć – odparł, po czym otworzył drzwi samochodu służbowego.

– Zazdroszczę Ani – mruknęła, wsiadając. – Taki romantyczny i wrażliwy...

– Zejdź ze mnie – nie wytrzymał komisarz, który jak zwykle przy okazji komplementów nie wiedział, jak się zachować.

***

Do domu, w którym znaleziono starszego mężczyznę, z komisariatu był niecały kilometr w linii prostej, ale musieli jechać naokoło z powodu remontów na Placu Bankowym. Na miejscu zastali prokurator Weronikę Dębicką.

– Włamanie? – zapytał Stawicki.

Jego i Weronikę również łączyły skomplikowane relacje, sięgające przeszłości Dębickiej, kiedy to została porwana i zmuszona do pracy w burdelu. Komisarz uratował jej życie, a potem zakochał się w niej, ale Weronika zdecydowała się odciąć od tego, co się wydarzyło. Później ich drogi znów wielokrotnie się przecięły. Stawicki długo nie wiedział, co do niej czuje, czy to miłość, pożądanie czy uzależnienie. Był taki moment, kiedy zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę, ale wtedy ona odsunęła się od niego. On poznał Karolinę i ożenił się z nią. Gdy się rozwiedli, to właśnie Weronika wyciągnęła go z głębokiego dołka, w który wpadł, a on znów pomylił wdzięczność z miłością. Nie był dumny z tego, że od czasu do czasu uprawiali u niego seks, kompletnie ignorując fakt, że Weronika miała męża i małe dziecko. Kiedy sprawa się wydała, ponownie zdecydowała się zostać z mężem.

Dziś ze Stawickim łączyły ją przede wszystkim sprawy zawodowe, chociaż Dębicka lubiła go prowokować i przypominać mu o ich dawnej zażyłości. Ale kiedy o mało nie stracił życia i związał się z Anią, Weronika zachowywała się przyjacielsko i bardzo fair, zarówno wobec niego, jak i jego partnerki.

– Nic nie zginęło – poinformowała. – Nie ma śladu włamania.

– Ofiara najprawdopodobniej sama otworzyła drzwi mordercy – odezwał się młody policjant, który przedstawił się jako aspirant Piotr Tarczyński.

– Skąd taki wniosek? – zapytał Stawicki, przechodząc przez niewielki ogródek, prowadzący od starej furtki do wejścia.

– Facet ma kilka zamków, a drzwi były otwarte – powiedział funkcjonariusz.

– Faktycznie. – Komisarz założył rękawiczki i dotknął ościeżnicy. – Żadnych śladów. Gdzie są zwłoki?

– Tam. – Tarczyński wskazał pomieszczenie w głębi domu, które okazało się salonem.

Stawicki kucnął przy zwłokach, zasłaniając maseczką usta i nos. Trochę pomagało, ale nie bardzo. Aspirant podał mu dowód osobisty.

– Stanisław Kozłowski – odczytał. – Dzień dobry, panie Stanisławie – powiedział cicho. – Jestem komisarz Franciszek Stawicki i moim zadaniem jest ustalić, co tu się wydarzyło.

– Zawsze pan tak do trupa przemawia? – zainteresował się Tarczyński.

– Tylko jak jest okazja – odparł, po czym zapytał: – Jest jeszcze doktor Zawadzka?

– Jestem, jestem – odezwała się Anna, stając w progu korytarza.

Stawicki się z nią przywitał. Bardzo ją lubił. Była niezwykle kompetentna, szybka w robocie i, co nietypowe dla lekarzy sądowych, kochała swoją pracę i traktowała ją jak misję. Uważała się za rzeczniczkę zmarłych i robiła wszystko, aby jej działania przybliżyły policję do sprawcy.

– Kiedy zmarł? – zapytała Maja nieco nieswoim głosem.

– Po zapachu mogę wstępnie powiedzieć, że jakieś trzydzieści, może czterdzieści godzin temu – odparła Zawadzka.

– Jak ty to wiesz tak dokładnie? – Weronika się uśmiechnęła, prezentując piękne białe zęby.

Stawickiemu na moment mignęła we wspomnieniach jej przerażona i posiniaczona przez alfonsa twarz.

– Jeszcze pachnie zjełczałym masłem, już tylko są pojedyncze nutki octu, a zaczyna dominować zepsute mięso – odpowiedziała rzeczowo patolog. – Dlatego mogę to oszacować, ale dokładniej wypowiem się po sekcji.

– Kwiatek, chodź tu – poprosił partnerkę Stawicki. – Co tak stoisz?

Maja podeszła i kucnęła obok niego. Starała się nie patrzeć na zwłoki, co zdumiało komisarza. Maja w przeszłości przez dwa lata studiowała medycynę, a i w policji służyła już jakiś czas. Nie była nowicjuszką, nie bała się trupów, a teraz zachowywała dziwną rezerwę.

– Przyczyna śmierci? – zapytał.

– Wstępna przyczyna śmierci – poprawiła go Anna. – Uduszono go...

– Na szyi nic nie ma – przerwała jej Maja.

– Ale coś poszło nie tak, nie umarł od razu – dokończyła doktor Zawadzka, posyłając policjantce karcące spojrzenie. Wskazała ręką na otarcie na twarzy. – Czołgał się po podłodze, ale miał coraz mniej siły, stąd te zmiany na policzku. W końcu zmarł.

– Mógł się uderzyć, upadając? – dopytała Weronika Dębicka. – Jesteś pewna co do tego duszenia? Faktycznie na szyi nic nie ma.

– Idźcie do sypialni – zniecierpliwiła się lekarka. – Ja już tam byłam. – Anna spojrzała znacząco na Stawickiego. – Duszono go poduszką. Sprawca myślał, że zakończył sprawę, ale mężczyzna się obudził i starał się wezwać pomoc. Nie zdążył.

– Czyli mamy śledztwo – stwierdził komisarz.

– Tak – zgodziła się Weronika. – Skoro poduszką, to nie ma śladów na szyi.

– Zgadza się – potwierdziła lekarka nieco sarkastycznie. – Sam tego sobie nie zrobił. Tak jak mówię, więcej powiem po sekcji. Ale na razie urywam się, bo mam dużo roboty.

Stawicki pożegnał się z doktor Zawadzką, po czym podszedł do Piotra.

– Okazała willa – stwierdził.

Aspirant pokiwał głową.

– Niektórzy to pożyją – burknął i dodał: – Jest ich tylko kilka na tej ulicy. Musiałbym sprawdzić, ale to chyba przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Takie działki można było kupić za bezcen, gdy się ustrój zmieniał, ale trzeba było wiedzieć, komu zapłacić. Ten tu najwyraźniej wiedział. – Zerknął na leżącego na podłodze mężczyznę.

– A skąd pan wie? – zażartował Stawicki, chociaż nie podobał mu się ani język policjanta, ani jego obojętność wobec ofiary.

– Mój wuj skorzystał z takiego przywileju, a potem wyjebał ciotkę z chaty i zamieszkał tam ze swoją nową dupą. To było, zanim się urodziłem. Rodzina usiłowała zabrać mu ten dom albo skompromitować wuja, ale się nie udało.

Stawicki nie skomentował tych rewelacji, lecz zrozumiał aluzję. Sam wiedział, że w pierwszej kolejności trzeba będzie sprawdzić kwestię dziedziczenia.

– Pójdziemy do sypialni? – zapytał.

Policjant pokiwał głową. Weszli do przytulnie urządzonego pokoju, w którym stało łóżko, teraz kompletnie rozbebeszone. Poduszka leżała na podłodze, obok niej przewrócona szklanka.

– Doktor Zawadzka twierdzi, że tą poduszką go uduszono, potem morderca wyszedł, a ofiara się ocknęła i zaczęła się czołgać w kierunku drzwi. No, ale się nie doczołgał – mruknął Tarczyński.

Stawicki podniósł rolety.

– A to co? – zapytał.

– Kurwa, nie zauważyliśmy tego – zdenerwował się policjant.

Komisarz otworzył drzwi balkonowe.

– Ktoś wybił szybę, otworzył drzwi i wszedł do środka – powiedział. – Drzwi były otwarte, więc albo morderca otworzył je sam, żeby zasugerować, że ofiara znała swojego oprawcę, albo pan Stanisław otworzył, żeby wezwać pomoc, ale nie zdążył i zmarł.

– Jak ja mogłem to, kurwa, przepuścić... – jęknął Tarczyński. – Żeż kurwa mać! Nie podoba mi się to!

– Mnie też się nie podoba i trup też mi się nie podoba, i nawet te odzywki mi się nie podobają, ale co zrobić. – Stawicki rozłożył ręce.

– Nie chciałem pana urazić, komisarzu – bąknął policjant i zerknął na Maję.

Komisarz pokiwał głową, a Weronika Dębicka uniosła brwi.

– Ja tylko chciałem powiedzieć, że ta wybita szyba dużo zmienia – tłumaczył się młody aspirant.

– Zmienia. To wysoki balkon, łatwo się tam nie dostaniesz. – Stawicki wyszedł na zewnątrz, przechylił się przez barierkę i spojrzał w dół. – Chociaż czy ja wiem... Nie jest to niemożliwe.

Maja wciąż stała za komisarzem, nie odzywając się ani słowem. „Aż tak jest przybita?” – zastanowił się.

– Sąsiadka, która wezwała policję, czeka u siebie – powiedział Tarczyński. – Zasłabła, więc lekarz się nią zajął. Stwierdził jednak, że nie trzeba wieźć jej do szpitala. Jeden kłopot z głowy.

– Czyli od razu można z nią porozmawiać? – zapytała Weronika Dębicka.

– Mogę do niej iść – zaofiarował się aspirant.

– Nie trzeba, ale dzięki. – Stawicki uśmiechnął się do niego. – No dobra. Dziękujemy wam, chłopaki, zabieramy pana do siebie, plombujemy wszystko i wchodzi nasza ekipa.

– Jasne – odparł Tarczyński i spojrzał na niego z żalem. – Chciałem powiedzieć, że dużo o panu słyszałem i to jest dla mnie... no, ważne. I zaszczyt w ogóle...

Komisarz jak zwykle w takich momentach nie wiedział, co powiedzieć. Nigdy nie umiał przyjmować komplementów, nawet tych zawodowych. Trudno powiedzieć, czy czuł się bardziej niezręcznie, kiedy kobiety wyrażały podziw dla jego wyglądu, czy też gdy mężczyźni wypowiadali się pochlebnie na temat jego pracy.

– Dzięki, znaczy się... – Urwał, rozglądając się za Mają. – Kwiatek, gdzie ty jesteś? – zdenerwował się.

Maja podeszła, omiatając aspiranta Tarczyńskiego nieuważnym spojrzeniem. On za to z podziwem mierzył wzrokiem jej sylwetkę, nawet nie próbując tego ukryć.

– Przyglądałam się tym zamkom – powiedziała. – Zamkom u drzwi – doprecyzowała.

– Chodź do tej sąsiadki – nakazał i zapytał cicho: – Co się z tobą dzieje?

– Nic, nic, zaraz ci powiem – odparła i nie żegnając się z Weroniką, wyszła na zewnątrz. – Gdzie ta sąsiadka? – zapytała.

– W tym domu po prawej – odpowiedział.

– Franek, ja... – zaczęła, ale zanim dokończyła, furtka gwałtownie się otworzyła i przed nimi stanęła siwa, postawna kobieta. W ręku trzymała niewielką walizkę.

– Co tu... – zapytała zachrypniętym głosem. – Co tu się dzieje?

– Dzień dobry pani. – Weronika wyrosła za ich plecami i natychmiast przejęła stery. – Weronika Dębicka, prokuratura rejonowa. Z kim mam przyjemność?

– Wanda Kozłowska – odpowiedziała powoli kobieta i przerażona zaczęła się rozglądać. – Gdzie jest mój mąż? Gdzie jest pan Niezabitowski?

Spojrzeli po sobie.

– Kim jest pan Niezabitowski? To pani mąż? – zapytała Weronika.

– Co za bzdury – obruszyła się. – Roman Niezabitowski jest rehabilitantem. Ćwiczy ze Staszkiem w poniedziałki. Co tu się dzieje?!

Komisarz setki razy przeprowadzał podobne rozmowy.

– Czy mógłbym najpierw prosić o dowód tożsamości? – zapytał i uśmiechnął się smutno.

Kobieta, wciąż się rozglądając, wyjęła z torebki portfel, a z niego dokument. Stawicki spojrzał, po czym oddał go kobiecie.

– Pani Wando – zaczął. – Nazywam się Franciszek Stawicki i jestem policjantem. Obawiam się, że muszę pani przekazać smutną wiadomość. Pani mąż nie żyje.

Kozłowska patrzyła na nich zdumionym wzrokiem.

– Jest w szpitalu? – zapytała, jakby nie dosłyszała, co mówi stojący przed nią mężczyzna. – Dlaczego Roman mnie nie zawiadomił?

– Tego nie wiemy – odparł Stawicki. – Nie ma tu śladu pana Niezabitowskiego.

Pomyślał, że ten facet może się okazać wyjaśnieniem, dlaczego drzwi były otwarte. Może przyjechał, żeby ćwiczyć z ofiarą, otworzył, a kiedy zobaczył leżącego na podłodze mężczyznę, wpadł w panikę i uciekł.

– Czy można wiedzieć, gdzie pani była? – zapytał, wskazując na walizkę.

– Proszę mnie przepuścić – zażądała kobieta stanowczo. – Co wy tu robicie? To jest prywatny dom! Mój dom! Kim wy w ogóle jesteście?!

Stawicki nieomylnie rozpoznał nadchodzącą katastrofę, ale nie mógł pozwolić Kozłowskiej wkroczyć do środka, przynajmniej dopóki na podłodze spoczywały nieosłonięte niczym zwłoki.

– Pani Wando. – Zagrodził jej drogę. – Pani mąż dziś po południu został znaleziony w domu martwy. Nie może pani tam wejść, bo trwają czynności śledcze.

Kobieta zachwiała się i byłaby upadła, gdyby Maja jej nie podtrzymała.

– Wezwać pogotowie? – zapytała Weronika.

– Niech mnie pan tam wpuści. To mój dom – poprosiła słabo Kozłowska. – Co ja mam zrobić?

– Przykro mi, ale nie mogę – odparł Stawicki, zerkając na walizkę i zastanawiając się, jak rozwiązać ten problem.

Z pomocą przyszła mu sąsiadka, która najwyraźniej obserwowała całe zajście przez okno, i postanowiła wtrącić się do rozmowy.

– Pani Wando, pani Wando... – Podeszła i objęła wdowę. – Tak mi przykro. To ja wezwałam tych... państwa. To znaczy ja wezwałam pogotowie, a oni ich...

– Pani Krysiu, co się stało? – zapytała Kozłowska z narastającą paniką.

– Ja go znalazłam, ale nie zadzwoniłam do pani, bardzo przepraszam – plątała się sąsiadka. – Chciałam, ale mi nie pozwolili.

Stawicki zamierzał zaprzeczyć, ale pomyślał, że może Piotr Tarczyński zabronił kobiecie telefonować do wdowy.

– Ja muszę tam wejść – upierała się żona zmarłego.

– Jeszcze przez jakąś godzinę będą trwały czynności śledcze – stwierdziła Weronika. – Bardzo mi przykro, pani... Wando.

Maja nadal stała i nic nie mówiła. Kozłowska chwyciła się za serce.

– Idę – upierała się.

– Ja go znalazłam – odezwała się sąsiadka i zaczęła płakać. – Tak mi przykro, że pan Staś nie żyje.

– Wezwę policję, pani Krysiu, tylko muszę tam wejść – stwierdziła wdowa i zaczęła szukać telefonu w torebce.

– Nie może pani wejść – powtórzył zdenerwowany Stawicki, bo nie cierpiał takiego bałaganu. Nagle coś przyszło mu do głowy. – Pani Krystyno – zwrócił się do sąsiadki. – Chcielibyśmy z panią porozmawiać. Przy okazji moglibyśmy ustalić wstępne fakty z panią Kozłowską. Czy możemy przejść do pani, do domu?

– Tak, tak – stwierdziła kobieta i natychmiast podreptała w kierunku sąsiedniej furtki.

Wanda Kozłowska chwilę się wahała, ale, zachęcona przez sąsiadkę, pod rękę z Mają ruszyła za nią. Osobliwy pochód zamykali Stawicki z Weroniką.

– Herbatki? – zapytała sąsiadka, kiedy już weszli do domu.

– Nie trzeba – odruchowo odparł komisarz.

– Ja nie pana pytałam – zdenerwowała się gospodyni.

Stawicki postanowił zrobić porządek z tymi dwiema kobietami.

– Pani Krystyno, proszę o pani dowód tożsamości – zażądał stanowczo. – Pójdzie pani do pokoju z aspirant Kwiatkowską i z nią porozmawia. Ja zajmę się panią Kozłowską.

Obie kobiety bez protestów pokiwały głowami. Weronika rozsiadła się na kanapie w salonie. Komisarz pomyślał zniecierpliwiony, że prokurator Dębicka zachowuje się niestosownie.

– Idź z panią, a ja wykonam kilka telefonów i pojadę do siebie – rzuciła z uśmiechem.

– Okej, w kontakcie – zgodził się, po czym poszedł z wdową do wskazanego przez panią Krysię pokoju. – Pani Wando, bardzo mi przykro – powiedział, gdy już znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu, które najwyraźniej służyło właścicielce za sypialnię, bo stało tam starannie zasłane łóżko i toaletka. – Może jednak napiłaby się pani wody lub herbaty?

– Co się stało?! – krzyknęła nagle Wanda Kozłowska.

Stawicki zrobił uspokajający gest i postanowił przejść do rzeczy.

– Pani męża znaleziono martwego, już wspominaliśmy o tym – powiedział. – Niestety nie zmarł z przyczyn naturalnych.

Kobieta najwyraźniej nie rozumiała, co policjant do niej mówi.

– Jakich przyczyn? – zapytała.

– Nie mogę jeszcze o tym oficjalnie mówić, bo wszczynamy śledztwo, ale pani męża próbowano udusić.

– Co takiego? – Kobieta zamrugała szybko.

– Tak jak mówiłem, będzie prowadzone śledztwo w tej sprawie, ale mamy do czynienia z morderstwem.

– Ale kto...? – Kozłowska chwyciła się za serce. – Złodziej? Coś zginęło?

– Kiedy tylko skończymy nasze oględziny i zabierzemy ciało, wrócimy do domu razem i powie mi pani, czy czegoś brakuje – odparł Stawicki spokojnie. – Na razie nic nie wskazuje na to, że morderstwa dokonano z przyczyn rabunkowych.

– Ale kto? – powtórzyła. – Gdzie jest pan Niezabitowski?!

Komisarz wiedział z doświadczenia, że po pierwszym szoku przychodzi drugi, a potem rozpacz, więc starał się uzyskać jak najwięcej podstawowych informacji.

– Czy mogę zapytać, gdzie pani była?

– W Radziejowicach, w domu pracy twórczej – odparła. – Od piątku. Miałam wrócić wczoraj, ale dobrze mi się pracowało, więc zostałam do poniedziałku... Wiedziałam, że Roman Niezabitowski zajmie się mężem, więc...

Stawicki uśmiechnął się krzepiąco.

– Jest pani pisarką? – zapytał, zastanawiając się, czy to nie jest nietaktowne pytanie. Może powinien znać książki Wandy Kozłowskiej?

– Nie, jestem psychologiem, ale piszę książki motywacyjne i... – Głos jej się załamał. – Przepraszam, ale ja naprawdę nie mogę...

– Spokojnie – powiedział. – Może po kolei pani opowie, co się działo od piątku? Wyjechała pani, a mąż został z rehabilitantem? Nie zostaje sam?

– Mąż jest zupełnie sprawny – odparła Kozłowska. – Ale w poniedziałki przychodzi Roman Niezabitowski i ćwiczą z mężem, bo jest po operacji biodra. No i niedawno złamał rękę, więc... ćwiczą. Trzy razy w tygodniu.

Stawicki zauważył, że Wanda mówi o mężu w czasie teraźniejszym. To było częste w przypadkach nagłej śmierci bliskich.

– Rozumiem – stwierdził. – Najwyraźniej dziś go nie było.

„Albo był, znalazł ciało i uciekł” – dodał w myślach.

– Może był, a mąż... mąż... po tym, jak on poszedł... – Przełknęła ślinę.

– Sprawdzimy to – powiedział Stawicki, nie wspominając, że Stanisław Kozłowski zmarł w sobotnią noc. – Czy często pani wyjeżdża w związku z pracą? – zapytał.

– No... – Kobieta zastanawiała się nad odpowiedzią. – Czasem wyjeżdżam, kiedy chcę popracować w spokoju, szybko skończyć książkę. Albo zacząć... Mąż jest... był dosyć absorbujący – poprawiła się. – Nie lubi, gdy... To znaczy nie lubił, gdy pracowałam w domu. Zawsze domagał się mojego towarzystwa, musiałam z nim być, rozmawiać, rozwiązywać krzyżówki.

– A kiedy pani poprzednio wyjechała? – zapytał komisarz, chcąc ustalić częstotliwość nieobecności starszej pani.

– Teraz mamy marzec – dodała niepotrzebnie. – Ostatni raz w styczniu, bo dostałam redakcję książki i chciałam się tym w spokoju zająć.

– Czy mężowi ktoś groził? – zapytał.

Pokręciła przecząco głową.

– A pani?

Znów przeczenie.

– Czy ma pani jakikolwiek pomysł, kto mógł chcieć skrzywdzić pani męża?

– Nie – odpowiedziała. – To był taki... normalny człowiek. No, zwykły. Może jakiś pacjent, ale mąż od dawna był na emeryturze. Nie mam pojęcia, kto mógłby...

– Mąż był lekarzem czy psychologiem jak pani? – zaciekawił się Stawicki.

– Mąż był neurologiem – wyjaśniła.

„No świetnie, jeśli to jakiś niezadowolony pacjent, to Maja znów będzie musiała przedzierać się przez kwestie medyczne” – pomyślał Stawicki.

– Kto wiedział o tym, że pani jedzie do Radziejowic? – rzucił następne pytanie.

– Pan Niezabitowski, sąsiadka, jakieś moje znajome... W wydawnictwie mówiłam – wyliczała.

– Później poproszę, żeby pani spisała te wszystkie osoby i w miarę możliwości kontakty do nich. Proszę mi dać chwilę. – Stawicki wyjął z kieszeni dzwoniący telefon. – Już możemy wejść z panią Kozłowską? – zapytał, a kiedy uzyskał odpowiedź twierdzącą, popatrzył na wdowę. – Możemy wejść do domu, tylko chciałbym przygotować panią na to, co tam zastaniemy.

– Czytam kryminały, ale... – Urwała, po czym zaczęła płakać.

Stawicki chwilę odczekał.

– Ciało pani męża zostało przewiezione do zakładu medycyny sądowej – powiedział cicho. – Po sekcji zawiadomimy, kiedy będzie pani mogła je zabrać. Czy ma pani kogoś z rodziny, kto mógłby z panią zostać? Pomóc pani sprzątać albo przyjąć panią do siebie?

– Jestem samotna.

– Nie mieliście państwo dzieci? Bardzo przepraszam, ale to pytanie zawodowe – krygował się Stawicki.

Uciekła wzrokiem w bok.

– Jest syn z pierwszego małżeństwa męża, ale oni nie utrzymywali ze sobą kontaktu. On ma bardzo trudny charakter. Poproszę Krystynę, żeby ze mną posiedziała, aż... będę wiedziała, co dalej.

– Dobrze. – Komisarz pokiwał współczująco głową. – Przeproszę panią na chwilę.

Wyszedł z pokoju. Na korytarzu już czekała Maja. Weronika w międzyczasie zniknęła.

– No i co powiedziała ci sąsiadka? – zapytał. – Dlaczego w ogóle weszła do tego domu?

– Trudno powiedzieć, co ją zaniepokoiło. Stwierdziła, że miała przeczucie. Mars jest w retrogradacji i ona od razu wiedziała, że pani Wanda nie powinna wyjeżdżać. – Maja wygłosiła te rewelacje z charakterystyczną dla siebie śmiertelną powagą w głosie.

– Aha – stwierdził Stawicki. – Mars w retrogradacji. Powiedziała coś jeszcze?

– Myślała, że Wanda Kozłowska wróciła w niedzielę. Nie sprawdzała, bo też pani Wanda nie miała w zwyczaju tak dokładnie się spowiadać. Sąsiadka była nawet zdziwiona, że mówi jej o wyjeździe. W poniedziałek nie zauważyła żadnego ruchu w domu. Żaluzje były opuszczone, postanowiła więc zapukać, ale nikt nie otworzył. Miała klucze, lecz nie musiała ich używać, bo drzwi były otwarte.

– Jakoś dziwnie zeznajesz, Kwiatek – stwierdził Stawicki.

– Bo ta sąsiadka niewiele wnosi – odparła, ale nie patrzyła na niego.

– Poza tym, że upiera się przy przeczuciach – westchnął komisarz. – Czy twoim zdaniem ona mogła go udusić poduszką?

Maja zrobiła pełną powątpiewania minę. Potem jednak pokręciła głową.

– Jakoś mi się nie wydaje. Po co miałaby to robić, jaki miałaby motyw? I w ogóle nie wygląda na morderczynię. To taka zwyczajna kobieta.

– Zauważyła kogoś w nocy z soboty na niedzielę? Jakiś ruch? Cokolwiek ją zbudziło?

Maja pokręciła głową.

– Bierze tabletki na sen i śpi jak zabita – odparła. – Nic nie słyszała.

– Wrócimy do niej – zdecydował Stawicki. – Tymczasem idziemy do domu z żoną ofiary. Gdzie Weronika? Już poszła?

– Franek, muszę... – zaczęła, ale drzwi się otworzyły i stanęła w nich Wanda Kozłowska.

– Ja muszę tam iść – powiedziała, ocierając łzy.

– Naturalnie. – Stawicki rzucił partnerce nakazujące spojrzenie.

Maja posłusznie wzięła kobietę pod ramię.

***

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki