Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Czasem największą odwagą nie jest walka, ale próba życia od nowa.
Iga próbuje ułożyć życie na nowo po zakończeniu przemocowego małżeństwa. Chce kochać, pracować i odzyskać poczucie sprawczości, niestety szybko przekonuje się, że rozstanie nie zawsze oznacza wolność. Toksyczny wpływ byłego męża wciąż zatruwa jej codzienność, a największą cenę płaci dziecko.
Równolegle Małgorzata, dawna mentorka Igi, mierzy się z żałobą po stracie syna. Poszukiwanie prawdy staje się dla niej jedyną drogą do ukojenia i zamknięcia bolesnego rozdziału.
Osadzona w Toruniu, lecz uniwersalna w przekazie powieść „Strup” opowiada o przemocy, stracie i trudzie odbudowy życia po traumie. To historia o stawianiu granic, dążeniu do prawdy i o miłości, która potrafi leczyć, choć nie zawsze przynosi proste rozwiązania.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 274
Faith has been broken and tears must be cried
Let’s do some living after we die
Wild horses couldn’t drag me away
Wild, wild horses couldn’t drag me away
Wild, wild horses,
we’ll ride them someday
– Mick Jagger, Wild horses
IU
Prolog
Zawisła nad horyzontem zdarzeń, miotana pomiędzy nadzieją i rozpaczą.
Ta wątła nić wyznaczała granicę bez powrotu, stanowiła oś jego życia. Za horyzontem czekał na nich tylko niebyt.
– Warto zawołać księdza. – Pielęgniarka spokojnym głosem wypowiedziała słowa, które Idze zdawały się nowiną o zasiedleniu Księżyca. – Mogę poprosić, będę na parterze. – Wlepiła oczy w Igę, czekając na jakikolwiek grymas, który mógł oznaczać zgodę.
Brak reakcji matki reanimowanego chłopca nie był może zaskoczeniem, ale budził rozczarowanie.
– Proszę o decyzję, mamy mało czasu, żeby zdążyć w razie czego.
– W razie czego? – Iga usłyszała samą siebie. Głos był obcy, zupełnie jak jej ciało, ścięte obezwładniającym strachem, pierwotnym lękiem przed sprawami ostatecznymi.
Iga wciąż patrzyła na twarz pielęgniarki, nie rozumiejąc pośpiechu, ponagleń, słów.
Teraz nie liczyło się nic.
Nic, co mogło oddalić jej myśli od kurczowego trzymania się życia.
Co mogło zabić nadzieję na przetrwanie.
Czuła całą sobą, że wraz ze zgaśnięciem syna rozpadnie się jak niejedna gwiazda pod koniec życia. Zapadnie się w czarną dziurę i nigdy już nie powróci. Bo po co oderwana tak nagle od swojego dziecka matka ma wracać z piekła rozpaczy? Po co ma żyć, gdy straci bezpowrotnie szansę codziennego zmierzwienia płowych włosów, policzenia piegów na zadartym nosie i skarcenia niesfornego syna za wagary czy ukradkiem wypalonego papierosa?
Odgłos kroków pielęgniarki odchodzącej z niczym cichł i cichł, aż ustał zupełnie. Iga została sama na przeszklonym korytarzu.
Odkąd lekarze wyprosili ją z izolatki, krążyła po lśniącym zielonym linoleum. Przestudiowała uważnie ciemne plamki, którymi nakrapiana była podłoga. Liczyła je, szukała schematu uzasadniającego powtarzanie się motywu. Wszystko po to, by jeszcze przez chwilę, przez kolejny wydarty śmierci moment stać twardo na ziemi. Skupiała wszystkie siły na odczuwaniu grawitacji. Przywarła do cętkowanego podłoża całymi stopami, aby poczuć, że jej ciało wrasta w nie jak drzewo. Łudziła się, że wówczas szalone uczucie rozciągliwości korytarza i sal ustąpi. Jednak świat wokół nadal nabierał nierealistycznie miękkich kształtów. Kąty ścian, futryn i ram okiennych falowały w oczach Igi jak horyzont na asfaltowej drodze w skwarne lato. W takie lato, kiedy pot spływa strużką po linii kręgosłupa ku pośladkom, a buty zapadają się w rozmiękły, plastelinowy asfalt. Poczuła, że i tu zrobiło się parno, a krople potu osiadły na cieniutkich pasmach jej włosów. Rozgraniczały je od linii tętniących skroni.
Uniosła niewidzące spojrzenie i poczuła, że traci oddech. Gdy znów odzyskała ostrość widzenia, dostrzegła, że do izolatki syna wbiegli kolejni lekarze. Ich twarze zastygły w napięciu, maksymalnej koncentracji. Byli szarzy od nocnego zmęczenia.
Pik.
Otwarcie drzwi tłumiących dźwięki pozwoliło się ulotnić odgłosom wojny o życie w pomieszczeniu pięć na trzy metry kwadratowe.
– Tracimy go!
– Matka jest?
Psyk.
Spięcie.
Bezwładne ociężałe ciało, wprawione w konwulsje przez defibrylator, uderzyło o materac.
– Adrenalina! Dawaj adrenalinę!
– No, chłopaku, zaskocz, zaskocz! – Zniecierpliwiony głos młodej lekarki zagrzewał dziecko balansujące na granicy życia i śmierci do jeszcze jednego zwycięskiego starcia.
Pik.
Drzwi zatrzasnęły się wolno i precyzyjnie.
Zapadła cisza.
Ciężar w piersiach zdawał się Idze nie do uniesienia. Jej kolana się zgięły. Uklękła na środku korytarza. Nadal była poza czasem. Zmuszała się do nabierania wdechu. Rozlewała się w falującym surrealistycznym mikroświecie. Trzęsła się, a każda cząstka nieposłusznego jej woli ciała wchodziła w rezonans z kolejnym i kolejnym drżeniem. Poczuła, jakby jej skóra napinała się do granic możliwości pod zwielokrotnionym naporem lęku. I nagle wszystko zamarło. Błogość i lekkość niespodziewanie owładnęły jej ciałem. Tak jakby teraz zmieniła się w chmurę, a kapryśny wiatr rozciągał ją na prawie nagim niebie. Co rusz stawała się mniej sobą, a bardziej lękiem, rozpaczą i przerażeniem. Zabierały jej nie tylko ostrość widzenia, ale ujmowały nadzieję na to, że wykolejone nagle życie znów podąży właściwym torem. Zakręciło jej się w głowie. W uszach narastał szum, bardziej i bardziej, wzmagając tylko nagłe mdłości.
Wtem poczuła, że ciepłe dłonie obejmują jej ramiona, z czułością i delikatnością kierują ją ku ścianie.
– Przepraszam panią. Nie powinnam… ale…
Iga ledwo ocknęła się i spojrzała w zatroskaną twarz młodej kobiety.
– Mogę tylko panią przytulić. Proszę się o mnie oprzeć. Ja… nic więcej nie mogę. Modlę się za pani syna, odkąd to się dzieje. Za panią.
Iga milczała, a jej dłonie wpiły się w ramiona i zastygły jak zdrewniałe. Palce siniały, ale Iga nie czuła nic. Nic poza ciepłem nieznanej kobiety. Poza wilgocią łez ich obu, napiętą lękiem szyją i zgrabiałymi od niemocy palcami.
Usłyszała swój szloch rozrywający szpitalną, martwą ciszę, gdy przez oddział pospiesznym krokiem w kierunku izolatki przeszedł wysoki mężczyzna w białym kitlu. Asystowała mu drobna pielęgniarka, z trudem dotrzymująca kroku lekarzowi. Pchała respirator.
Pik.
Drzwi otwarte energicznym ruchem mężczyzny znów przeniosły Igę tam, gdzie rozgrywało się wszystko. Dostrzegła stopy syna przez szparę w otwieranych na moment drzwiach.
Białe.
Sztywne.
Nieruchome.
– No, rychło w czas.
– Dziecko tracimy, a wam się OIOM zachciało zamykać – zabrzmiał oskarżycielsko zachrypnięty głos najstarszej z lekarek.
– Zasrana akcja protestacyjna – parsknął młody kobiecy głos, którego Iga nie umiała skojarzyć z żadną z przejętych i zmęczonych twarzy. Przez całą bezsenną noc nad łóżkiem syna widziała ich wiele. Wszystkie mieszały jej się teraz w kolaż. Zakręciło się jej w głowie i straciła równowagę.
– Nie teraz. Nie teraz. Co mamy? – dobiegł z sali zniecierpliwiony głos dopiero co przybyłego mężczyzny.
Pik.
Znów Tymek został tam sam.
Bez niej.
– Oddajcie mi go. Błagam! – wymamrotała i zrozumiała, że wrzask błąkający się w jej wnętrzu słyszy tylko ona. Że jest z bólem i strachem zupełnie sama.
Nagle wyrosły tuż przed nią drobne stopy i wyjątkowo krągłe biodra okwiecone długą suknią.
– Kochana, Iguś… Tak mi przykro.
Iga wstała siłą woli i zatonęła w miękkich objęciach przyjaciółki.
– Coś wiadomo? Gdzie jest? Uruchomili już OIOM?
Próbowała coś powiedzieć, ale żadne słowo nie chciało wybrzmieć.
– To może ja przepraszam, że tak… – Zatroskana nieznajoma z przejęciem szukała najłagodniejszych słów, by przy Idze przekazać sedno beznadziejnego położenia. – No ale ja tu właśnie z panią siedzę. OIOM nieczynny, bo akcja protestacyjna. Słyszałam, że personel mówił od nocy, że dziecko OIOM-owe, że nie udało się załatwić helikoptera. A nad ranem… stan się pogorszył i trwa teraz reanimacja.
Objęcia Melisy zacisnęły się dokładniej wokół talii Igi. Zupełnie jakby chciała uchronić przyjaciółkę przed bezwzględnym wyrokiem losu.
Wiedziały, że nie ma takiej mocy.
Wiedziały, że tylko on może, na przekór samemu sobie, podjąć walkę o pozostanie przy życiu.
– Ale pojawił się ordynator OIOM-u. Nawet jest respirator… – Położyła dłoń na ramieniu Igi na pożegnanie. – Niech moc będzie z wami. Uda się.
Nawet nie podjęła próby wyłuskania najsłabszego uśmiechu.
Spadała.
Pragnęła spaść na samo dno, przed nim.
Chrząknięcie mężczyzny sprowadziło ją na ziemię.
– Iga Żaba? Mama Tymoteusza?
Skinęła. Bała się dostrzec w twarzy lekarza to, z czym do niej przyszedł. Wolała jednak nie wiedzieć.
– Jestem anestezjologiem, ordynatorem OIOM-u. Reanimowaliśmy pani syna. Przywracanie parametrów życiowych zajęło nam pięćdziesiąt minut. Niestety złośliwy zespół neuroleptyczny po zażyciu takich ilości leków…
Pik.
Drzwi do izolatki, w której pozostawiła o świcie swoje całe życie, rozwarły się szeroko. Szpitalne łóżko zostało wytoczone z łoskotem przez energiczną pielęgniarkę. Druga, idąc obok, pchała respirator. Iga słyszała wyłącznie szum w uszach, a niespodziewana fala błogości zalała jej wiotczejące ciało. Ciężko opadła na ramię Melisy.
– Chcę powiedzieć, że po długiej akcji reanimacyjnej przywróciliśmy parametry życiowe. Tymoteusz jest obecnie zaintubowany, respirator wspiera procesy życiowe.
Ciągle patrzył na Igę, ta zaś w oszołomieniu wiodła zagubionym wzrokiem za łóżkiem odjeżdżającym z jej dzieckiem. Lekarz zastępował jej drogę, a jego twarz nie zdradzała niczego.
– Jest w stanie krytycznym. – Beznamiętny ton lekarza był jak sucha narracja w porannym dzienniku. – Nie wiem, czy przeżyje podróż na OIOM w Bydgoszczy. Proszę tu poczekać. Lekarz prowadzący przyjdzie z dokumentami.
Nie pamiętała, jak znalazła się na niewysokim krześle tuż przy oknie.
Przez szklaną taflę dostrzegła, że na zewnątrz życie płynie jak niezmącony strumień. Po spierzchniętej sośnie skakała wiewiórka, za którą Iga wodziła wzrokiem. Słowa lekarza nadal jednak odbijały się w jej głowie jak echo, a kobieta starała się zrozumieć, na ile pozwolono jej zawisnąć jeszcze w tym świecie.
Rozdział 1
– Poszły cztery wnioski, Melisa. Terminowo. Wszystkie. – Świetne wykonanie zadania napawało Igę dumą i nie mogła czekać z podzieleniem się radością aż do powrotu Melisy z wakacji. – Jeśli wygramy te konkursy, to zapowiada się w fundacji sporo pracy. Super będzie uruchomić poradnię prawną i psychologiczną, grupy wsparcia. Nie mogę się doczekać warsztatów dla dzieciaków. No i te randki dla rodziców.
– Świetna sprawa, Iga! Jak się z tym czujesz? – Głos Melisy zagłuszyły pozytywne rytmy funany. W szybkich dźwiękach muzyki dominował akordeon, kabowerdeńska gaita.
– Niewyspana! – zaśmiała się dźwięcznie.
Potoczyła wzrokiem po rozgardiaszu panującym w sypialni, która tydzień temu przeistoczyła się w biuro fundacji. JEJ fundacji. Ciągle nie mogła uwierzyć, że zdobyła się na założenie organizacji pozarządowej, że wzięła sprawy w swoje ręce. Bała się, a jednocześnie czuła wielką ekscytację w obliczu nowych możliwości. Mieszkanie w oficynie na ulicy Mickiewicza, ukryte przed zgiełkiem miasta za wysoką kamienicą, stanowiło od lat bezpieczny azyl dla Igi i jej dzieci. Teraz jednak coraz częściej chciała rozdzielić miejsce do życia rodzinnego od przestrzeni do pracy. Przedsiębiorczy członkowie wspólnoty mieszkaniowej zdobyli od miasta pieniądze na zagospodarowanie podwórka. Stanowiło ono oazę bujnej zieleni otoczonej murami potężnych kamienic. Jasne płytki chodnikowe i odnowione elewacje budynków sprawiały, że dawny mrok podwórza bezpowrotnie zniknął. Otoczenie oficyny przestało odstraszać, a mieszkanie z powodzeniem mogło pełnić funkcję siedziby fundacji i miejsca, w którym toczyłoby się wartkie życie lokalnej społeczności.
Iga westchnęła i rozejrzała się po prowizorycznym biurze. Od zdolności kredytowej pozwalającej na kupienie własnego kąta dzieliło ją niewiele, ale nadal potrzebowała dodatkowej pracy, aby udźwignąć życiową inwestycję. Wydruki regulaminów konkursów, kalkulacje i brudnopisy pokrywały potężne biurko. Część kartek zadrukowanych drobnym maczkiem zdobiła tablice korkowe, które zajmowały większość ściany nad łóżkiem.
– Melisa, moja mama nalega, abym przeniosła się w końcu do mieszkania po babci, wiesz, tego w centrum – tłumaczyła Iga. – Odpadnie rodzicom czynsz, bo ja pokryję ten wydatek. A tu zrobimy w końcu prawdziwe biuro, jak chciałaś.
– Świetnie, Iga! Widzę, że tęsknisz za zmianami – żartowała przyjaciółka. – Nudą wieje, co, kochana?
Ostatnie dni mijały Idze jak w przyspieszonym filmie. Gdy tylko odstawiła dzieci do przedszkola i szkoły, zatapiała się w całkowitym skupieniu na zadaniach. Tym bardziej że do oficyny na toruńskim Bydgoskim Przedmieściu nie docierał hałas z ruchliwej ulicy.
– A tak serio to cieszę się, że nabieram sił. – Wyznanie nie przyszło jej łatwo. W końcu trudno jej było doceniać siebie. – Znów udaje mi się skoncentrować uwagę na konkretnych działaniach. Jest dobrze, Melisa. Jestem na dobrej drodze…
Iga poczuła ucisk w gardle, a przed oczami stanęły jej obrazy z przeszłości. Widziała siebie, wymizerowaną i niepewną, gdy stawiała pierwsze kroki w Biurze Wsparcia Rodziny i Przeciwdziałania Przemocy, gdy jednocześnie sama doświadczała przemocy we własnym domu. We wspomnieniu pojawił się też Marcin, miłość w czasach nierównej walki na śmierć i życie. Ciarki zmrowiły jej kark, a nieprzyjemne uczucie zimna rozlało się na łopatki i ku lędźwiom.
– Wiem, kochana. – Ciepło głosu Melisy było jak miękki koc na zmrożone troską ciało przyjaciółki. Iga czuła wdzięczność za tę niezawodną więź, za to, że w jakiś metafizyczny sposób Melisa wyczuwała, gdzie i kiedy potrzebna jest jej obecność, uważność i wsparcie. – Damy radę, stworzymy małymi krokami to, co potrzebne, aby nadal pomagać. Zreorganizowano biuro, bo w sumie jak miałoby funkcjonować w dotychczasowym kształcie, gdy doświadczony kierownik niespodzianie zapadł się pod ziemię?
– Czasu nie cofniemy. – Westchnienie Igi było wymowniejsze niż jakiekolwiek dalsze komentarze.
W ciszy odpłynęła w przeszłość, do jej pierwszego spotkania z ekscentryczną Małgorzatą, do niezliczonych rozmów, mądrości i wsparcia w pracy oraz życiowych problemach ze strony tej nietuzinkowej urzędniczki. I do mrocznych tajemnic byłej pani rzecznik…
– Wiem, Iga, że lubiłaś tam pracować, ale myślę, że z twoją kreatywnością i poczuciem misji w pozarządówce będziesz gwiazdą.
Roześmiały się serdecznie.
– Tylko że brakuje mi… Małgosi, biura. – Głos Igi zadrżał i się załamał. – Jej zniknięcie, ta cała tajemnica, to, że nikt jej nie szukał… Nie umiem tego zrozumieć.
Rozmowy z przyjaciółką, przez telefon wciśnięty między ucho a lewe ramię, meandrowały w nieskończoność. Teraz zgodnie milczały. Iga, nauczona doświadczeniem, rozpaczliwie przeszukiwała blat wielkiego, dębowego biurka i pojemne szuflady, chcąc namierzyć słuchawki bezprzewodowe. Doskonale wiedziała, że to jedyny sposób, aby uchronić się od nieznośnego bólu karku dzień po rozmowie z Melisą.
– A jak tam na pustynnej wyspie? Jak ocean, żółwie Caretta caretta i Kabowerdeńczycy, kochana?
Wysoki stos wydruków z logo mózgu w zębatki i wyboldowanym napisem „Fundacja MOC” runął na podłogę, gdy Iga prawą ręką uniosła najniżej położony dokument, z nadzieją, że nieznośne przedmioty właśnie tam się ukryły. Iga zapowietrzyła się i z trudem przełknęła siarczystą wiązankę niecenzuralnych słów. Tymczasem poszukiwane przez nią słuchawki leżały, jakby nigdy nic, na parapecie przyległym do biurka, a katastrofa z dokumentami była wynikiem jej roztargnienia i pośpiechu.
Machnęła jednak na to szybko ręką. Była uratowana.
– Stara, nie wracam. Kurde, nie wracam. To raj na ziemi. – Siorbnięcie, mlaśnięcie i pomruk zadowolenia Melisy sprawiły, że Iga poczuła zapach piña colady. Z rozczarowaniem przemknęła niechętnym wzrokiem po wygazowanej szklance wody, wciśniętej pomiędzy duży ekran i przybrudzoną klawiaturę. Nie mogła stawać w szranki z dobrodziejstwem all inclusive, jakie spływało właśnie na Melisę.
– No tak…
– A te ciała… Wiesz, podziwiam piękno mieszkańców Sal. W tyglu genetycznym odcedzili dla siebie to, co najlepsze. Ludzie są tu zdecydowanie piękni – snuła swoją relację Melisa, a w tle dobiegały słowa piosenki Isolada Cesarii Evory.
Iga mogłaby przysiąc, że jej przyjaciółka z uśmiechem wodzi wzrokiem za jakimś przystojnym Kreolem. Pożałowała, że nie jest tam z nią, na tej słonej wyspie.
– Ale, ale, kochana, czas, żebyś i ty wyrwała się z Torunia od twoich niezliczonych obowiązków. – Melisa znów, jak setki razy wcześniej, czytała w myślach Igi. – Więc zarezerwowałam dla nas przytulny pokój w Victorii.
Iga aż zapiszczała z radości. Konieczność uprzątnięcia podłogi zaścielonej rozrzuconymi dokumentami przestała ją złościć.
– Melisa, to byłoby piękne! Ale…
– Nie ma „ale”, Iga.
– No tak… ale…
Westchnienie Melisy wywołało ciszę, jakiej nie powstydziłby się siewca maku. Iga analizowała w pośpiechu wszystkie alianse, które musiała zawrzeć, aby mieć chwilę dla siebie. Musiała więc dogadać się z Pawłem i przekazać mu dzieci pod opiekę podczas nadchodzącego weekendu. Gdyby nie pragnienie szaleństwa, tęsknota za nieskrępowaną powinnościami wolnością, nie pomyślałaby nawet o dobrowolnej rozmowie z tym mężczyzną. Nie pokusiłaby się o zmianę sformalizowanych ustaleń. Nie znosiła chwil, w których dla uzyskania prostej przysługi zmuszona była płaszczyć się przed byłym mężem. Wiedziała, że Paweł skrupulatnie odnotuje pójście jej na rękę, oczekując wzajemności w najmniej oczekiwanym momencie.
Trudno. Żyje się tylko raz! – dodawała sobie w głowie animuszu.
– No, jesteś tam, Iga?
– Yhm – potaknęła z wolna. – Myślę…
– Nie myśl, kochana, nie myśl. Nie pogrążaj się w poczuciu winy, że zadbasz o siebie. Działaj. – Przeciągłe siorbnięcie Melisy zwiastowało koniec drinka. – Pamiętaj: szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci! Zresztą nie ma też pośpiechu, mamy jeszcze kilka dni.
– DNI?! – wykrzyknęła z niedowierzaniem Iga, która wpadła w lekką panikę.
– Iga, ląduję za cztery dni, jadę do Victorii i czekam tam na ciebie. Kolacja, wino, pogaduchy… spa, no i udało mi się kupić bilety do teatru… – kusiła, a Iga nie chciała jej rozczarować. Ba, nie chciała rozczarować siebie, a to uczcie wprawiało ją w zakłopotanie i ekscytację…
– Muszę zorganizować fundusze i nie wiem…
– Wykluczone, kochana! Tym razem ja stawiam. Zresztą już wszystko opłacone.
Liczę na ciebie.
Iga wiedziała, że Melisa była nieocenioną przyjaciółką. Jedyną w swoim rodzaju.
Jedyną, jaką Iga miała, niezależnie od wszystkich przeciwności losu. Chętnie by ją wyściskała, ale dzieliły je tysiące kilometrów.
– Dziękuję. – Wzruszenie Igi wypełniło po brzegi to słowo, czyniąc z niego raczej magiczne zaklęcie, nośnik wdzięczności, niż zwykłą uprzejmość.
Stała wpatrzona w okno, gdy wymieniły pożegnania. Widok na podwórze nie był inspirujący. Miał jednak tę zaletę, że widniejąca vis-à-vis kamienica odgradzała mieszkańców oficyny od zgiełku tłocznej ulicy Mickiewicza. Dzięki temu Iga mogła sobie darować zawieszanie gęstych firan w parterowych oknach. Studiowała teraz kraty przysłaniające szyby w przeciwległym budynku. Jej wzrok przykuły dwa zwinne kocury, nerwowo wertujące rozdarte worki w kontenerze na bioodpady. Sztywne, uniesione ogony, na końcu zawinięte w ślimak jak biskupi pastorał, zwiastowały wyżerkę. Uśmiechnęła się, gdy większy, wielokolorowy zbój wychylił puchaty łebek, przysłonięty kawałkiem papieru, przypadkiem zaczepionym o ucho przy pospiesznej konsumpcji.
Z wahaniem spojrzała na smartfon…
Iga przez lata odmawiała sobie wszelkich przyjemności. Nie umiała uchwycić tego szczególnego momentu, gdy wykluł się w jej świadomości wewnętrzny cenzor. Nawet wtedy, gdy w małżeństwie z Pawłem nie padały jeszcze bolesne słowa i razy, ona czuła kruchą granicę. Wszystko w jej ciele alarmowało, gdy zbytnio się rozgościła w ułudzie bezpieczeństwa po wcześniejszej traumie. Wiedziała całą sobą, że ascetyczne ramy surowego życia to jedyna droga, by przetrwać bez konfliktów. Paweł nie lubił tych wszystkich ekstatycznych wynurzeń o sztuce, dobrym filmie i książce. Ekscentryczne, bezcelowe podróże kwitował jako stratę czasu, szczególnie gdy nie były niskobudżetowe. A co dopiero kaprys w postaci hotelowego luksusu tylko dla niej. Rozumiała doskonale, dlaczego miał takie przekonania, w końcu wywodził się z domu, w którym przeszedł trudne chwile. Ale teraz nie chciała już analizować jego motywacji. Nie chciała tym bardziej podporządkować się niewysłowionym oczekiwaniom byłego męża. Potrzebowała jednak współpracy z nim, aby zaopiekował się pod jej nieobecność dziećmi.
Przecież ich nie skrzywdzi. Wcześniej krzywdził tylko mnie. Im nie spadnie włos z głowy – Iga odpędzała niepokój, nie wiedzieć czemu kiełkujący w niej właśnie teraz. Poczuła przyspieszone bicie serca. A co mi tam. Co ma być, to będzie. Najwyżej się nie zgodzi.
Napisała SMS-a do byłego męża. Przeczytała go, westchnęła i skasowała całość.
Od nowa! – nakazał jej wewnętrzny cenzor. Skup się, kobieto!
Jej serce wybijało szybkie i rytmicznie tempo, takie samo jak jej palce na dotykowym ekranie telefonu.
Rozdział 2
Rozdrażnienie.
Kipiał nim.
Paweł obiecywał sobie, że nie będzie mu ulegał. Ale obietnice jak to obietnice. Jedyne, co w nich pewne, to to, że pójdą się walić, zanim się ich dotrzyma. Zresztą ona też nie dotrzymała swoich…
A niby taka była idealna.
Święta panienka życiem udręczona, kurwa mać. Tylko tej swojej fluorescencyjnej aureolki, jak z odpustu, zapomniała z torebki wyjąć. Parsknął śmiechem, ulegając grasującej w jego głowie wyobraźni. Snuł domysły, po co się umówiła na spotkanie, odkąd tylko do niego napisała. Zachodził w głowę, co za tym stało. Po co zgodziła się przyjść do mieszkania, skoro zachowuje się, jakby się bała? Tak, była wyraźnie podminowana, odkąd przekręcił zamek, gdy zamknął za nią drzwi do jego nowego lokum. Początkowo nawet go rozbawiła swoim lękiem. Absurdalną reakcją na niego. Na męża, z którym przebywała przecież w jednym domu, w jednej rzeczywistości latami, podobno na dobre i na złe, płodząc dzieci, pichcąc i sprzątając.
Fakt, do czasu…
Fakt, wiedział, że ma powód do strachu.
Rozbawienie uleciało, ustępując złości. Może dlatego, że przypomniał sobie palący wstyd po każdym razie, gdy jego wściekłość brała górę, a hamulce zawiodły. Teraz już nie umiał ocenić, kogo rozczarował bardziej: ją czy siebie. A może jednak dlatego, że zachowywała się jak spłoszona sarna, złość karmiła się rozdrażnieniem i pęczniała, gdy w tym prawie niezamieszkanym jeszcze budynku rozległ się uporczywie drylujący betonową ścianę dźwięk wiertarki.
Z udarem, cholera.
Jak nic z udarem.
Widział jeszcze, jak podchodziła do welurowej kanapy. Odwrócił się szybko do części kuchennej w eleganckim, pachnącym świeżością salonie. Nie mógł dłużej na nią patrzeć, bo poczuł nagły przypływ ciepła i drżenie. A jednak ciągle na niego działała jej bliskość. W pośpiechu wyciągnął z gorącej zmywarki skrzypiące czystością białe filiżanki i nalał kawy. Podszedł pewnym krokiem ku Idze, z brzękiem postawił przed nią parującą filiżankę, aż kobieta bezwiednie podskoczyła.
Boi się, do cholery. Boi się, ale niby czego?
Reakcja byłej żony wzbudziła w nim teraz odrazę i gniew. A może to żal?
Obserwował Igę. Nie patrzyła na niego. Studiowała durnostojki na półce przytwierdzonej nad wielkim płaskim telewizorem. Trzy japońskie małpki z mieszanki jadeitu i nefrytu wytrwale zakrywały uszy, oczy i usta. Nagle pod powiekami poczuł łzy. Powstrzymał je, przełknął gęstniejącą ślinę.
Reaguje, jakbym ciągle był zły. Jakbym jej nadal zagrażał.
Żal dławił mu gardło.
Kobieta spotkała się z nim spojrzeniem. Widział, jak natychmiast zesztywniała na brzegu siedziska miękkiej pluszowej kanapy. Ciało Igi zdawało się być w gotowości do gwałtownej ucieczki. A jednak…
Czy mu się wydawało, czy był to blady uśmiech? Cień zapowiedzi tych jej kokieteryjnych sztuczek? Poczuł, że go prowokuje.
Wkurwiała go tą swoją milczącą obecnością. No przecież oczywiste jest, że skoro już się wprosiła, skoro przyszła prosić o coś dla siebie albo dzieci, to nie będzie jej ułatwiał sytuacji. Wiedziała, jakie są zasady gry w dorosłym życiu. Uczył ją przecież tego, jak nie być tą nieznośnie kapryśną dziewczyną. Wiedziała, że w życiu rządzi zasada wzajemności. Ta jej wizyta, ten uśmiech…
Iga jednak, zamiast do rzeczy i na temat, zamiast postarać się bardziej, zamilkła! Siedziała nad tą filiżanką stygnącej, nietkniętej kawy, sparaliżowana. Absurd!
Wiertarka umilkła. Za ścianą rozległy się kroki, potem trzaśnięcie drzwi i zgrzytanie zamków.
– Tu się wszystko niesie jak w studni. Chyba mieszkam tu jako jedyny – zagadnął z prawie przyjaznym uśmiechem Paweł.
– Chciałam… – Nie patrzyła na niego.
W końcu zebrała się w sobie. Alleluja!
Sam nie wiedział, dlaczego poczuł ulgę.
No dawaj, Iga, wyduś to z siebie, poproś, żebym cię znów przygarnął. No, malutka!?
– Proszę, zajmij się Manią i Tymkiem w nadchodzący weekend – wydukała. – Wiem, że to nie twój czas, ale może zechciałbyś…
Siedział rozparty w wygodnym fotelu i na nią patrzył.
Wlepiał w nią wzrok.
Jak w wybryk natury.
Jak to się stało, że spędzili razem tyle lat? Jak to się stało, że nie objął jej szyi w szczelnym uścisku i… Wyzwalała w nim złość, nawet gdy milczała, ale stanowczo bardziej, gdy mówiła. Lubił porządek, spokój, przewidywalność, a ona uosabiała chaos, bałagan myśli i emocji, wszystko utrudniała. Prowokowała go i wcale się z tym nie kryła…
– A co? Znalazłaś kogoś? Przygruchałaś?
Poczerwieniał, gdy zbyła jego pytanie milczeniem i nerwowym, niestarannym zagarnięciem włosów za ucho. Nie chciał, by zobaczyła jego nagłe rozczarowanie. Nie mogła przecież dostrzec, że przez moment miał nadzieję, że ona do niego wróci. Musiał zaatakować, inaczej go zdemaskuje.
– Nie masz nikogo, co? – Wyszczerzył zęby w uśmiechu triumfu. – Nie no, nie dziwi mnie to, kto by cię chciał?
– Zostaniesz z dziećmi? – Nie dość, że nie zdradziła, jak jest, to jeszcze ignorowała jego uwagi. – Mógłbyś odebrać dzieci z przedszkola i szkoły zaraz po pracy w piątek, a ja przywiozę torby z rzeczami do ciebie, żeby było ci łatwiej.
Jej przyciszony, drżący głos działał na niego jak płachta na byka. Być może zauważyła niechciany grymas rozczarowania na jego twarzy. Może nie umknęło jej uwadze nagłe roztrzęsienie. Wolał, gdy jednak milczała.
– Taaa – przeciągnął głoski na cały zasób wydechu. Nie ma wyboru. Musi bardziej się postarać, by ukryć swoją chwilową słabość.
Poczuł satysfakcję, gdy podniosła na niego wzrok.
– A co dla mnie? Co mi zaoferujesz?
Paweł wyzywająco wpatrywał się w Igę. Najpierw w jej oczy, potem omiótł głodnym wzrokiem jej bujne piersi. Schudła, okej. Jednak piersi nadal napinały do granic możliwości wąski T-shirt z domieszką elastyny. Mruknął zachęcająco. Potem jego wzrok prześlizgnął się w kierunku talii, a następnie ku biodrom. Obserwację zrujnowała Iga, zrywając się z miękkiej zielonej kanapy. Nic dziwnego. Zawsze wszystko psuła. Znów udaje to swoje święte oburzenie – zaśmiał się w duchu. Każdy wie, jak to działa. Ona też wie, wie, że to gra.
Poczuł powiew wytrąconego nagle z bezruchu powietrza, gdy przeszła obok niego pospiesznym krokiem. Gdy bliska płaczu szarpała rozpaczliwie górny zamek w drzwiach, szedł ku niej spokojnie. Uwielbiał ją taką, zagonioną w kozi róg, postrzegającą go jako osobę potężną, pana jej być lub nie być.
Czuł narastające podniecenie. Miał nadzieję, że ona też. Zresztą wiedział doskonale, że dawniej, gdy byli razem, pozwalała mu na wiele, o wiele więcej niż inne kobiety. Teraz pęczniało w nim wszystko to, czym dawno jej nie obdarzył. Stał tuż przy niej. Czuł jej cytrusowe perfumy, wymieszane z potem. Jego ulubiona mieszkanka. Zrobiła to dla niego. Był tego pewny.
Nie dotykał jej.
Nagle poczuł, że Iga zamarła, gdy musnął ustami jej ucho.
– Pamiętasz? Iga, pamiętasz swoją obietnicę? – wyszeptał prawie bezdźwięcznie.
Cisza.
Bezruch.
Nowa fala jej aromatycznego potu.
– Obiecałaś. Pamiętasz? – Tylko cisza. – Obiecałaś, że jak poczuję samotność, to na sąsiedzki seks przyjdziesz. I właśnie… – Dalsze słowa zagłuszyło walenie w metalowe drzwi i wrzask Igi.
Widział, jak jedną ręką szarpała zamek. Nie zauważył, gdy w ułamku sekundy drugą dłoń, uzbrojoną w długie paznokcie, wymierzyła w niego. Poczuł, jak przejechała mu po twarzy, a kolanem uderzyła w krocze.
Zwinął się, podążając pod prąd fali nagłego bólu.
Dłonią natychmiast osłonił palące szramy na twarzy.
Paliło, ale co tam! Chciał ją mieć teraz. Taką nieokiełznaną, inną. Mógłby ją przecież poskromić, doprowadzić do porządku.
Nagle zamek uległ szarpnięciu Igi. Drzwi się otworzyły, a ona zwinnie przekroczyła próg jego kawalerki.
Wybiegł za nią. Z bólem podbrzusza nie był jednak w stanie dogonić byłej żony.
– Iga, no co ty!? Ja tylko żartowałem! – wykrzyczał w próżnię na klatce schodowej. – Co ty?! Na żartach się nie znasz? Iga!
Rozdział 3
Silnik warczał wściekle. Lubiłem, gdy tata wyjeżdżał jak szaleniec tym ślimakiem spod domu. Jego domu. Bo to był mój dom tylko czasami. Piszczały opony. Młoda się darła, a tata się śmiał. Też się śmiałem. Każdy prawdziwy facet śmieje się w takiej chwili. Nawet jak się trochę boi, że to jednak nie żart i tata nie zatrzyma się w porę. Jak wtedy, gdy świat jeszcze stał, a nie został wywrócony do góry nogami, a właściwie rozmnożony na dwa.
Mama mówiła inne słowo…
Tak, już wiem!
Rozwiedziony. „Zanim nasz dom został rozwiedziony”, tak powinienem powiedzieć.
Ale wtedy, dawno, tata miał białą pianę na ustach i takie oczy, dwa razy większe niż zwykle. Nie słyszał. Niczego nie słyszał. Że samochody trąbiły. Że mama krzyknęła: „stop”, a potem już nawet nie krzyczała, bo płakała. Widziałem, że jej ręka ma takie śmieszne, napięte żyły, gdy wbijała ją w brzeg fotela w naszym białym aucie, śmigającym znacznie szybciej niż wszystkie inne po wiadukcie. Potem oczy mamy i moje spotkały się w lusterku i zobaczyłem, że po jej policzkach spływają wielkie łzy. Mówi się, że jak grochy, ale one wydały mi się większe. Jak dzikie śliwki. Też się wtedy pobeczałem i nawet siku zrobiłem. Ale tylko trochę siku. Pewnie dlatego, że ona mnie nastraszyła tą swoją dziwną miną. Bo jak tata krzyczał do niej, to na pewno żartował.
– Zajebię ciebie, siebie i ich, jak się nie zgodzisz na mój plan. – Ruchem głowy wskazał na tylną kanapę w rozpędzonym aucie. – I co mi, kurwa, zrobisz?!
Na pewno żartował, bo nie zajebał przecież.
Teraz już jestem starszy i wiem, że faceci się nie boją.
Baby płaczą. Boją się wszystkiego. Albo jak mama – wkurzają się i krzyczą, bo zwyczajnie nie znają się na żartach. Takich żartach prawdziwych facetów, jak tata czy ja.
Gdy ślimak się skończył tuż przed zamkniętą bramą na pilota, tą wychodzącą na Podgórną, ona już tam była.
Ona.
Nie mama.
Ona.
Bo tak mówi tata.
– ONA – mówi tłustymi literami i ma wtedy taki krzywy uśmiech na twarzy, jak z kreskówki.
I wiem, że z tą „oną” jest coś zupełnie nie tak. Wyszła z auta. A właściwie praauta, bo niebieski jak morze w Chorwacji Fiat Siena był po pradziadku. Wiem, bo widziałem. To morze widziałem, bo tata mnie tam zabrał.
Złomek. Tata tak mówił o tym praaucie. Wczoraj.
– Jak można narażać dzieci na jazdę tym złomem? – mówił tak do kolegi, Andrzeja czy Roberta, nie pamiętam. Małe, przezroczyste szklaneczki co rusz wędrowały do ich dorosłych ust, chociaż wyglądali, jakby im ta woda zupełnie nie smakowała. – Kranik z kasą odciąłem, to teraz widać jak na dłoni, że nic nie umie. Niby prawnik, niby matka. Aż strach się do niej przytulać, bo nie wiadomo, jaki syf na sobie nosi z lumpeksu. Pamiętaj, Tymuś! – zwrócił się do mnie, a ja poczułem się wyróżniony. W końcu ON mówił do mnie, a inni faceci słuchali. – Nie przytulaj się do niej, bo brud z lumpeksu ma na ciuchach. A jak coś przywleczesz, to i ja ciebie nie przytulę.
Śmiali się długo i głośno. Też się głośno roześmiałem. Żeby widzieli, że zrozumiałem. Mogłem przecież, bo mamusia, to znaczy ona, nie widziała… Myśl o mamie popsuła jednak wszystko. Ona zawsze wszystko psuje. Tak mówił tata. Odkąd pamiętam. A on ma rację. Zrobiło mi się jednak dziwnie i czułem, że zaraz nie uda mi się połknąć łez, zmusić ich, by ściekały do środka, a nie zrobiły mi obciach na zewnątrz.
Uciekłem. Gdy wykradałem się do drugiego pokoju, usłyszałem jeszcze tatę:
– Depresja! Taaa… Jasne. W dupie się Idze poprzewracało. Łatwo przychodziło, to się zaczęło wydziwianie. To niech teraz zobaczy.
– No dobrze gadasz, Paweł. Niech zobaczy – wtórował kolega. Ten Andrzej czy Robert. – One wszystkie po jednych pieniądzach.
Ale dziś było dziś. Stała po drugiej stronie płotu z dwiema małymi walizkami. Ta niebieska była moja, a różowa młodej. Wyglądała najpierw na wystraszoną. Mania często też tak wygląda.
No baby, wiadomo.
Ale jak zobaczyła mnie i Manię, to coś się z nią stało. Tak jak z tą słabą rośliną, co w szkole hodowaliśmy. Jak była w ciemnym pokoju, to nic. Oklapnięta i prawie nieżywa. A jak dostała światła i wody, to rosła i rosła, a nawet później zakwitła. Mama też zakwitła. Nawet policzki miała bardziej różowe niż wcześniej. Pomyślałem, że wygląda ładnie. Nawet ten lumpeks musiał być czysty, bo mama wyglądała jak normalna mama. No mogłem przysiąc, że nie pasowała do opowieści taty. Opowiadał mi, że nic innego nie umie, tylko wyciągać dwie lewe ręce po alimenty, albo że źle skończy. Ale powiedziałem to sobie w myślach, tak żeby tata nie słyszał. Wiedziałem, choć byłem mały, że nie warto go denerwować. Mama jednak taka duża, a nie nauczyła się, że nie warto.
Z nią zdecydowanie było coś nie tak.
Wszystko tylko myślałem, nie mówiłem, bo lepiej nie mówić.
Tata wyszedł z auta. Trzasnął drzwiami z hukiem, więc i tak nie usłyszałby moich słów.
Gdy był na zewnątrz, to i ja też nie słyszałem dokładnie jego słów. Ale mama musiała go wkurzyć, bo machał rękami i miał te białe pęcherzyki przy ustach. Znów niepotrzebnie mówiła. Za to ona postawiła dwie walizki na trawniku przy bramie i wyglądała, jakby chciała uciec. Słowa taty jednak ją zamroziły. Stała i kurczyła się bardziej i bardziej, z każdym krokiem taty w jej kierunku. Z każdym jego słowem.
Nagle drzwi od auta otworzyły się. Nie wiem, czemu to zrobiłem, bo to ja je otworzyłem i wysiadłem. Miałem Manię na rękach. Choć wcale tego nie chciałem. Chciałem przecież być silnym gościem, nie targać małej kudłatej siostry do bramki, tak by ominąć szerokim łukiem tatę. Jednak jakiś mały chłopiec w środku mnie, z każdym obserwowanym przeze mnie krokiem taty ku mamie, płakał głośniej i głośniej. Aż wreszcie zaczął się drzeć. Darł się tak w mojej głowie, że prawie ją rozsadził. On mi kazał uciekać. Może i on też pamiętał jakiegoś tatę z pianą na ustach, jakiś warkot silnika, płaczącą bezgłośnie mamę, jakieś piszczenie hamulców na coraz bardziej śmierdzących oponach i wirujący w samochodowych saltach świat.
I huk.
A potem cisza.
Ale przecież nas nie zajebał.
Miał tylko wypadek. My też.
Ale nic nam się nie stało.
Tata jest przecież świetnym kierowcą.
Posłuchałem jednak małego drania, bujającego się pewnie gdzieś na moim sercu albo jelicie, przeszedłem z Manią na rękach przez bramkę i stanąłem przed mamą. Przejęła kudłacza, a do mnie wyciągnęła ręce na powitanie, tak jakby chciała mnie w sobie utopić. Stałem sztywny. Nie ruszyłem w jej stronę.
– Tymciu, kochanie. Chętnie cię przytulę – mówiła do mnie z tym swoim ciepłym uśmiechem.
Drgnąłem. Pewnie, że fajnie było zatonąć w tych jej czułych objęciach.
Było.
Już nie jest.
Spojrzałem na tatę. Zaciskał pięści na metalowej bramie. Palce mu posiniały, a twarz poczerwieniała. Wokół wąskich ust było więcej białych bąbelków niż wcześniej. Niektóre wyschły i wyglądały jak sól.
– NIE DOTYKAJ MNIE! Kto wie, jaki syf z lumpeksu na sobie nosisz – krzyknąłem.
Usłyszałem parsknięcie taty. Kątem oka widziałem, jak prawy kącik ust uniósł wyżej, wyszczerbiając duże, białe zęby w uśmiechu. Ale ten uśmiech nie wyglądał jak uśmiech. Wyglądał jak ryknięcie lwa. Znów byliśmy drużyną, my, faceci. Normalnie bym się ucieszył, ale teraz przed mamą radość znikła. Co prawda tata chyba nawet już się nie wściekał, że wylazłem z Manią z auta bez zgody. Jednak wszystko się zmieniło, gdy poszedłem do niej.
Właśnie. Ona.
Spojrzałem na nią. Ciągle mi się przyglądała, choć uśmiech odfrunął. Jej szerokie, ciemne brwi zbiegły się na ułamek sekundy tak, że stworzyły linię ciągłą. Na bank tę kosmatość Mania miała po niej. Mama trochę dłużej mrugała powiekami, trochę wolniej je otwierała, a potem wypuściła z siebie długi oddech. Taki wolny i długaśny, że zastanawiałem się, czy przy okazji nie zaśnie.
Ale nie.
Nie zasnęła.
Stała przede mną, a spokój i dobroć iskrzyły się w jej oczach.
– Synku, porozmawiamy, jak wrócicie do domu. Teraz bierzcie walizki i ruszajcie na biwak. – Brzmiało niby radośnie, ale jakaś nuta w jej głosie wybrzmiała smutkiem. Znów wszystko psuła. Coś ścisnęło mnie w żołądku. Pewnie ten wrzeszczący dzieciar teraz tam się rozgościł.
A może i on wiedział, jak smutno się robi tak od środka, gdy jeden rodzic się cieszy z tego, co boli drugiego.
Może też cierpiał, gdy zrozumiał, że ten ból zadał on sam?
Może siedział tam w środku, bo też, tak samo jak ja teraz, chciał zniknąć?
Strup
© Aga Bocian
© for the Polish edition by Wydawnictwo Hm…
All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórców.
Pod redakcją: D. B. Foryś
Redakcja: Monika Malita-Bekier
Korekta: Kamila Galer-Kanik
Projekt okładki: Angelika Karaś
Skład: D. B. Foryś
Elementy graficzne: pixabay.com, pexels.com, unsplash.com, magnific.com
ISBN: 978-83-68695-40-3
ISBN E-BOOK: 978-83-68695-41-0
Wydanie pierwsze
Wojkowice 2026
Wydawnictwo Nie powiem
E-mail: [email protected]
Telefon: 518833244
Adres: ul. Sobieskiego 225/9, 42-580 Wojkowice
www.niepowiem.com.pl
