Stracony i Zagubiona. Tom 2 - J. Harrow - ebook

Stracony i Zagubiona. Tom 2 ebook

Harrow J.

4,4

Opis

Ivo Sorokin stoczył się na samo dno. Dręczące go wyrzuty sumienia i tęsknotę za utraconym bratem zapija alkoholem, nie widząc nadziei na lepsze jutro. Gdy wydaje się, że już nic nie jest w stanie wyciągnąć go z otchłani, pojawia się Ona. Darija, rudowłosa piękność.
Z początku Ivo bierze ją za tandetną tancerkę erotyczną, przez co niechętnie przyjmuje do pracy w swojej ekskluzywnej restauracji. Dzień po dniu odkrywa w niej jednak silną i odważną kobietę, gotową skoczyć w ogień za ukochanym dzieckiem. Wyszła z piekła, do którego nie zamierza wracać...

Co połączy tych dwoje i jak bardzo zmienią nawzajem swoje życie? Czy w ich pełnych tajemnic życiorysach znajdzie się miejsce na szczere uczucie?

– Obiecuję ci też, że już nikt nigdy cię nie uderzy. – Nasze spojrzenia się skrzyżowały. – A jeśli jakimś cudem tak się stanie, to znajdę tego typa i dopilnuję, żeby już nigdy…
– Nie kończ. – Położyła palec na moich ustach.
Wpatrywaliśmy się w siebie w skupieniu. Miała takie smutne oczy, a usta lekko rozchylone i drżące. Wbiłem w nie wzrok, próbując odnaleźć w sobie siłę, żeby się pohamować.
– Pocałuj mnie – wypowiedziały cichą prośbę.
Zbliżyłem się i musnąłem jej usta, po czym lekko się odsunąłem. Nie wiedziałem, co robić ani co się ze mną dzieje. Znalazłem się na kompletnie nieznanym mi terenie, bezbronny i rozkojarzony.
– Tylko na tyle cię stać? – szepnęła.
Chwyciłem jej twarz w dłonie i wbiłem się w jej słodkie wargi, łapczywie spijając z nich każde drżenie. Jej język musnął mój i przyjemny prąd przeszył moje ciało. Kompletnie straciłem kontrolę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (17 ocen)
10
4
2
1
0
Sortuj według:
Bozena_1952

Dobrze spędzony czas

Chociaż wszystkie wątki znalazły swoje zakończenie nieważne czy dobre czy złe to mi w tej książce zabrakło tego czegoś co nieraz trudno nazwać..., bo się trochę nudziłam. Polecam ❤️ mimo wszystko.
00
darab

Całkiem niezła

Pierwszy tom był dużo lepszy, więcej się działo i głowni bohaterowie (Nikolai i Larissa) byli bardziej interesujący. Tutaj przede wszystkim nie podobała mi się główna bohaterka - wiele przeżyła, była bardzo doświadczona przez los i można poczuć do niej nić sympatii i współczucia, ale ciagle odnosiłam wrażenie, że na siłę próbowała wcisnąć się do życia Ivo. Taki trochę nieromantyczny romans. Na szczęście zakończenie pozytywne.
00
gosza98

Całkiem niezła

„Nic, jednak nie może wiecznie trwać. A już na pewno nie szczęście” 💫 „𝕊𝕥𝕣𝕒𝕔𝕠𝕟𝕪 𝕚 𝕫𝕒𝕘𝕦𝕓𝕚𝕠𝕟𝕒” 𝕁. ℍ𝕒𝕣𝕣𝕠𝕨 💫 ▪️𝗥𝗘𝗖𝗘𝗡𝗭𝗝𝗔 ▪️ Niedawno sięgnęłam po książkę J. Harrow i ani trochę nie żałuje, że skusiłam się na lekturę tej książki. Najnowsza powieść autorki porusza wiele ważnych problemów, z którymi wiele ludzi boryka się na co dzień. Uświadamia, jak życie potrafi dać w kość odbierając nadzieję na lepsze jutro. Jednak piękno takich sytuacji polega na podniesieniu się z upadku i odnalezieniu swojego szczęścia. Właśnie to definiuje głównych bohaterów tej powieści. •• Kiedy myślisz, że straciłeś wszystko, pojawia się ktoś, dzięki komu rodzisz się na nowo. •• Ivo Sorokin stoczył się na samo dno. Alkohol stał się jego pocieszeniem za utraconym bratem. Gdy wydaje mu się, że już nic nie jest w stanie wyciągnąć go z otchłani, pojawia się Ona. Darija, rudowłosa piękność. Z początku Ivo bierze ją za tandetną tancerkę erotyczną, przez co niechętnie przyjmuje do pra...
00
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

podobała mi się, pierwszą część czytałam tak dawno że jej nie pamiętałam za bardzo ale to w niczym nie przeszkadzało
00
Empaga

Nie oderwiesz się od lektury

świetna książka 🔥👍 polecam 👍
00

Popularność




1.

Przechyliłem butelkę, próbując wytrząsnąć z niej resztki przeźroczystego płynu, ale do kieliszka wpadły zaledwie dwie krople. Przekląłem pod nosem i rzuciłem pustym naczyniem w ścianę. Nie rozbiło się, niestety. Wkurzyło mnie to, a może jednak bardziej przygnębiło – to oznaczało, że nie mam już wystarczająco sił, że moje ciało zaczyna odpływać. I byłoby to całkiem po mojej myśli, gdyby nie fakt, że umysł wciąż miałem sprawny, a na jego odcięciu najbardziej mi zależało.

Usiadłem przy tej samej ścianie, o którą próbowałem rozbić butelkę wódki, i wbiłem mętny wzrok w widok za oknem. Padał deszcz. Od kilku godzin siąpił, zmieniając świat w szaroburą breję, działającą przygnębiająco na nawet najbardziej optymistycznych osobników. Mnie też dobijał, choć jeszcze niedawno miałem wrażenie, że gorzej być nie może. Wpatrywałem się w strugi wody spływające po szybie, wracając wspomnieniami do mojej ostatniej rozmowy z bratem. Nawet go nie objąłem…

Był pomiędzy nami mur, którego nie potrafiliśmy i chyba nie chcieliśmy burzyć. Lata, gdy trzymaliśmy się razem, gdy był moim idolem i dumą, minęły bezpowrotnie. Nie umiałem zaakceptować tego, kim się stał, ale przede wszystkim trudno mi było wybaczyć mu to, że mnie opuścił. Wyjechał tak daleko, odcinając się ode mnie i naszego życia. W dodatku zabrał mi Larissę, jakby nasze wcześniejsze zasady nigdy nie istniały! Ja trzymałem łapska z dala od jego panienek, a on…

– Ale pieprzysz – mruknąłem pod nosem. – Dobrze wiesz, że sam ją pchnąłeś w jego ramiona…

Zły na siebie usiłowałem się podnieść, ale słabo mi poszło. Upadłem na łokieć, co poskutkowało przeszywającym bólem. Zrezygnowałem z kolejnych prób wstania, pozostałem na podłodze i ułożyłem się na boku. Wyciągnąłem rękę i zacząłem palcami obracać leżącą przede mną butelkę. Kręciła się coraz szybciej, a gdy zwalniała, znów wprawiałem ją w ruch. Starałem się podążać wzrokiem za szyjką, co średnio mi się udawało, za to wywołało dość szybko zawroty głowy.

Zwymiotowałem na podłogę tuż przed swoim nosem.

Mijałem ochronę i kilku pracowników, nie podnosząc głowy. Nawet nie odpowiedziałem nikomu „dzień dobry”, nie miałem ochoty patrzeć im w oczy ani dawać powodu do plotek na temat mojego stanu. Zdawałem sobie sprawę, jak bardzo chrypiałem i z czym to się mogło ludziom kojarzyć. Zresztą ich podejrzenia byłyby całkiem słuszne. Sam potrafię niemal bezbłędnie rozpoznać przechlany głos.

Wparowałem do swojego gabinetu i zerknąłem na wielki zegar powieszony na ścianie nad biurkiem. Dziewiętnasta… Byłem tylko godzinę wcześniej niż wczoraj. Albo aż.

– Rita, przynieś mi mocną kawę – rzuciłem polecenie mojej asystentce, wciskając najbardziej wytarty przycisk na telefonie.

Kobieta pracowała u mnie dopiero od dwóch miesięcy, ale była o niebo lepsza od swoich młodszych poprzedniczek. Dotarło do mnie, że wolę inteligentną i obrotną kobietę w średnim wieku niż dwudziestolatki o ciele modelki, ale z mózgiem wielkości orzecha włoskiego. Rita łapała wszystko w lot i właściwie czytała mi w myślach. Konkretna, skrupulatna i, co bardzo ważne, dyskretna. To ona znalazła mnie zalanego w trupa w mojej łazience obok gabinetu i zamiast zawołać ochroniarza, sama jakimś cudem odprowadziła mnie na kanapę, po czym zadbała, żeby nikt się do mnie nie dobijał. O ile mi wiadomo, do dzisiaj nikt o tym incydencie nie wie.

Co nie znaczy, że nie domyślają się, że chleję. Tak, chleję. To już dawno przestało być piciem. Jednak mimo wszystko staram się zachowywać jakieś pozory i nie dać się przyłapać na gorącym uczynku. Wtedy trafiło na Ritę, ale nie wiadomo, czy drugi raz miałbym tyle szczęścia. Dlatego starałem się już nie tykać alkoholu w pracy. Oczywiście nie było to proste, bo tutaj przecież otaczały mnie przeróżne pokusy – ostatecznie w każdej mojej restauracji serwowano przeróżne alkohole.

Rita przyniosła kawę i, nie pytając o nic, położyła na moim biurku czarną teczkę. Wyszła, posyłając mi „pokrzepiający” uśmiech. Tylko takimi mnie ostatnio raczyła albo nie uśmiechała się wcale. Wolałem tę drugą opcję, nie lubiłem litości.

Zacząłem przeglądać dokumenty z teczki, podpisując większość z nich bez większej refleksji. Moja ręka zadrżała jedynie przy ostatnim, ostatecznie jednak i tę sprawę domknąłem. W ostatnich tygodniach pozbyłem się większości swoich interesów, zostawiając sobie tylko restauracje i udziały w dwóch firmach deweloperskich. Nie miałem planu, co zrobić z pozyskanymi środkami i na razie niewiele mnie to obchodziło. W ogóle mało co wzbudzało moje zainteresowanie. Żyłem w zawieszeniu, czasami pragnąc jedynie zniknąć. Wbiłem wzrok w ciemny blat biurka, zastanawiając się, czy właśnie tego nie powinienem zrobić. I tak nikt by za mną nie tęsknił…

– Szefie?

Wzdrygnąłem się na głos Igora. Podniosłem mętny wzrok i skinąłem na niego głową. Wsunął się do środka, po czym niepewnym krokiem podszedł do biurka. Wielki facet, samą posturą wzbudzający respekt, wciąż chodził wokół mnie na paluszkach. Dobrze znał swoje miejsce.

– Jest taka sprawa… – zaczął. – W zasadzie już szefowi o tym mówiłem, ale chyba szef nie pamięta.

– O czym zapomniałem?

– Nie to, że szef zapomniał, tylko może… Może jeszcze nie podjął decyzji?

– Daj spokój z tą dyplomacją – prychnąłem. – Mów!

– Chodzi o tę kelnerkę.

Kelnerkę? Faktycznie nie pamiętałem sprawy. Nic dziwnego, wóda wypala mi mózg.

– Co z nią?

– No właśnie nic. – Igor podrapał się po gładko ogolonej szczęce. – Czeka na szefa decyzję.

Próbowałem sobie przypomnieć, o czym mowa, ale bezskutecznie. I niestety było to po mnie widać.

– Ja może przypomnę szefowi. Ona pracowała w Różowym Flamingu jako kelnerka, a teraz chciałaby pracować tutaj, w Klimatycznej.

– Ochujałeś? – Spojrzałem na niego wymownie. – To elegancka knajpa i nie może kojarzyć się z cycatymi blondynkami z klubu ze striptizem.

– Ona nie jest blondynką…

– Chuj z nią! Weź mi tu nie sprowadzaj takich cip, Igor.

Wydawało mi się, że rozumiał, na czym polegała różnica między moimi dotychczasowymi interesami a tymi, których się bez żalu pozbyłem. We Flamingu laski lekkich obyczajów były jak najbardziej na miejscu, ale tu dla nich nie było pracy. Klimatyczna gościła nadzianych krawaciarzy z żonami lub biznesmenów podpisujących kontrakty przy drogim winie i z muzyką klasyczną w tle.

– Coś jeszcze? – warknąłem, wkładając dokumenty z powrotem do teczki.

– Nie, szefie – burknął. – Po prostu obiecałem jej dopytać.

– Zanieś teczkę Ricie.

Upiłem łyk kawy i odpaliłem laptop. Igor wyszedł, roztropnie nie drążąc dalej tematu. Nie wiem, po co w ogóle z takim czymś do mnie przyszedł. Pewnie menedżer restauracji odmówił przyjęcia tej dziewczyny, a Igorowi wpadła w oko, więc postanowił przepchnąć jej kandydaturę bezpośrednio u mnie. Kompletnie nie pamiętałem, żeby wcześniej mnie o tej sprawie informował. Pewnie rozmawiał ze mną, gdy byłem już po kilku głębszych.

Rzuciłem się w wir pracy, a gdy skończyłem, zegar na ścianie pokazywał północ. Zagarnąłem marynarkę, zapiąłem górny guzik koszuli i poszedłem na salę. Jak co wieczór wypełniona była po brzegi i mimo późnej godziny kuchnia wciąż serwowała jedzenie. Z początku restauracja czynna była do jedenastej, ale tłumy skutecznie przekonały mnie do wydłużenia czasu otwarcia i aktualnie można było składać zamówienia aż do północy, co oznaczało, że ostatni goście wychodzili grubo po pierwszej. Usiadłem przy stoliku na końcu sali i po chwili dyktowałem kelnerowi, co ma mi przynieść. Cały dzień nic nie jadłem, co zresztą było ostatnio normą – głód odczuwałem dopiero późnym wieczorem, a zaspokoiwszy go, wracałem do domu, gdzie zalewałem się w trupa. Nie inaczej miało być dzisiaj.

Jadłem niespiesznie, delektując się soczystym stekiem i ciepłym pieczywem. Nowy szef kuchni nalegał na własne wypieki i musiałem przyznać, że był to świetny pomysł. W całym Berlinie nie było takiego wyboru świeżego pieczywa, jak w Klimatycznej – od pszennych bagietek po bezglutenowe bułki. Menu dostosowano do alergików i wegetarian, co z początku nieco mnie bawiło, ale teraz już wiedziałem, że to był strzał w dziesiątkę. Przestałem wnikać w decyzje szefa kuchni i menedżera. Zrozumiałem, że nie znam się na wszystkim, a odpowiedni dobór pracowników to klucz do sukcesu. Oczywiście pod warunkiem, że są dobrze opłacani.

Rozglądałem się po powoli pustoszejącej sali, zastanawiając się, co ja tu właściwie robię. Nie musiałem dopilnowywać niczego, interes sam się kulał, a ja mogłem tylko odcinać kupony. Chyba po prostu potrzebowałem wciąż czuć się potrzebny i mieć dokąd wyjść… Mój apartament działał dość przygnębiająco na psychikę. Nadal go nie urządziłem, więc pomieszczenia świeciły pustkami, a po podłodze walały się kartony i puste butelki po wódzie. Lepiej czułem się tutaj, choćby w gabinecie, gdzie mogłem zdrzemnąć się na kanapie czy po prostu porozmawiać z kimkolwiek. A właściwie posłuchać czyjegoś głosu, bo sam niewiele się ostatnio odzywałem.

Skończyłem kolację i ruszyłem do wyjścia na tyłach. Zawsze parkowałem od strony zaplecza, miałem tam swoje prywatne miejsce. Jedno z dwóch, drugie dedykowane było menedżerowi, Steffenowi. Popchnąłem drzwi i w coś uderzyłem. Niska, rudowłosa kobieta masowała swoje ramię, zerkając na mnie przestraszonym wzrokiem.

– Przepraszam – powiedziała cicho, po czym… uciekła.

– Nie ma za co – burknąłem pod nosem i ruszyłem w stronę swojego auta.

Zdziwiłem się, widząc na miejscu należącym do Steffena srebrnego fiata. To do niego wsiadała właśnie ta kobieta. Zmrużyłem oczy, próbując odczytać w mroku numery rejestracyjne, ale samochód właśnie ruszył. Mój wzrok skrzyżował się na sekundę ze wzrokiem kierowcy i wtedy zdziwiłem się jeszcze bardziej. Siwy mężczyzna, ubrany w dres. Co tu robił? To nie była dzielnica, po której kręcą się takie tanie auta, ani pora typowa dla starszych ludzi. Poza tym osobliwa była para z tej dwójki. Ładna, młoda kobieta i taki facet. Przemknęło mi przez myśl, że…

Pokręciłem głową, po czym wsiadłem za kierownicę i pojechałem do domu.

2.

Obserwowałam, jak ostatni pieróg znika z talerza, a mój sąsiad mlaska i pomrukuje, chwaląc w ten sposób właśnie spożyty posiłek. Czegokolwiek bym nie ugotowała, zjadał ze smakiem, ale do pierogów miał wyjątkową słabość.

– W poniedziałek zapraszam na zupę niespodziankę – uśmiechnęłam się, zabierając mu sprzed nosa pusty talerz.

– Oj, nie będzie mnie – westchnął, oblizując wargi. – Jadę do syna, wracam w środę po południu.

– To zamrożę i zjesz w środę.

Szeroki uśmiech na jego okrągłej twarzy jak zwykle poprawił mi humor. Odwzajemniłam go, po czym nalałam nam obojgu herbaty. Mocnej, tutaj uznawanej za esencję. W moich stronach po prostu taką pijemy, szczególnie rano – o ile ktoś nie woli kawy. Ta zresztą też jest znacznie mocniejsza niż tutaj.

– Idziesz wieczorem do pracy?

Nie lubiłam, gdy poruszał ten temat, ale z drugiej strony, tylko z nim mogłam o tym swobodnie rozmawiać.

– Tak.

– Ale w to stare miejsce czy nowe?

– Stare – mruknęłam, chowając talerze do zmywarki.

– W Berlinie jest mnóstwo pracy, w końcu coś znajdziesz.

W odpowiedzi po prostu się uśmiechnęłam. Łatwo się mówi…

– Ładną dziewczynę to z chęcią niemal wszędzie zatrudnią, a i głupia nie jesteś, języki znasz. W końcu ktoś to dostrzeże.

– Na razie dostrzegają tylko moje cycki.

Roześmiał się i pokręcił głową. Mnie nie było do śmiechu, bo niestety te dwa atuty jednocześnie były moim przekleństwem.

Pożegnaliśmy się i zaczęłam powoli szykować się do pracy. Nienawidziłam jej, ale wciąż potrzebowałam. Całkiem przyzwoicie zarabiałam, a to było najważniejsze. Codziennie powtarzałam sobie, że robię to, co trzeba, i nie mam się czego wstydzić. Problem w tym, że nie takiego życia dla siebie chciałam i coraz częściej nie umiałam spojrzeć sobie w twarz. W lustrze widziałam jedynie wyzywająco umalowaną dziewczynę, która daje się obmacywać obleśnym typom. Moje zasady i przyzwoitość gdzieś zniknęły, a w spojrzeniu było widać jedynie rezygnację i przygnębienie.

Może to dlatego wciąż nie mogłam znaleźć innej pracy? Moje oczy, zamiast błyszczeć energią, odstraszały. Sama siebie bym nie zatrudniła… W dodatku te piersi! Wolałabym, żeby natura aż tak hojnie mnie nie obdarzyła. Ostatni raz spojrzałam w lustro.

Cholera. Jak miałam zdobyć porządną pracę, wyglądając jak silikonowa lalka Barbie?! Nikt nie potraktuje mnie poważnie, to pewne. Wzięłam głęboki wdech, poprawiając na głowie perukę. Pomalowanie ust na czerwono zostawiłam sobie na później – nie chciałam wyglądać w metrze jak tania prostytutka.

Tak poczuję się dopiero za godzinę.

Klub był jeszcze pusty, ale wiedziałam, że to kwestia czasu. W weekendy zawsze przychodzili turyści. Z łatwością odróżniałam ich od stałych bywalców, co nie było wcale trudne. Po pierwsze inaczej się ubierali, po drugie mówili z innym akcentem. Czasami nawet nie znali podstaw niemieckiego. Oczywiście w niczym to nie przeszkadzało. Nie trzeba wiele mówić, żeby dostać drinka czy obejrzeć striptiz.

– Darin! – Usłyszałam za plecami. – Darin?!

– Idę! – odkrzyknęłam, przewracając oczami.

Podeszłam do tłustego gościa przy barze i uśmiechnęłam się szeroko. Jak zwykle zmierzył mnie od stóp do głów, cmokając przy tym w wyjątkowo obleśny sposób.

– Jutro wieczorem mam gości, przyjdź godzinę wcześniej do roboty.

– Ale ja jutro nie pracuję… – Momentalnie przestałam się uśmiechać. – To znaczy pracuję, ale na pierwszą zmianę.

– To przyjdź na drugą – mruknął, po czym przechylił do dna bursztynowy napój. – Tylko godzinę wcześniej, zapamiętasz?

– Tylko że ja…

– Masz jakiś problem?

Ton jego głosu momentalnie się zmienił i już wiedziałam, że nie powinnam z nim dyskutować. Pokręciłam głową i ponownie przykleiłam do twarzy sztuczny uśmiech. Mój szef poklepał mnie delikatnie w policzek, a gdy się odwróciłam, nie oszczędził też pośladka. Zacisnęłam zęby i poszłam na zaplecze.

– Kurwa! – Rzuciłam torebką w kąt.

– A dzień dobry, ciebie też miło widzieć.

Zerknęłam na koleżankę i bąknęłam pod nosem przeprosiny.

– Zły dzień?

– Był całkiem dobry, zanim tu przyszłam.

– Szef?

Skinęłam głową. Usiadłam obok Kristiny i podparłam się łokciami o blat stołu. Jak ja nienawidziłam tego miejsca! Na początku było znośnie, ale odkąd rządy przejął ten tłusty zbok, każdego dnia walczyłam z chęcią sprzedania mu kopniaka. Prosto w jego miękkie jaja!

– Jak poszła ci rozmowa o pracę?

– Nijak.

– Nie poszłaś? – zdziwiła się.

– Niezupełnie… Nieważne. I tak nikt mnie nie zatrudni. Utknę tu do osranej śmierci!

– Nie sądzę. – Kristina wróciła do malowania ust. – Starych bab tu trzymać nie będą. Wiesz, cycki wtedy już zwisają, a dupa ciągnie ku podłodze. Grawitacja, kochana, ona cię w końcu uratuje.

Obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Tak, dopóki mam jędrne piersi i buzię dwudziestolatki, mogę tu pracować. Problem w tym, że nie chcę. Tyle że na razie nie mam wyjścia.

– Ten kretyn popsuł mi plany – westchnęłam, sięgając po torebkę. – Miałam jutro po południu wyjechać i wrócić dopiero w czwartek, a on mi każe przyjść na drugą zmianę. Stracę transport. Znów nie pojadę…

Kristina przeniosła na mnie współczujący wzrok. Doskonale wiedziała, jak bardzo chciałam w końcu pojechać. Minął już prawie miesiąc. To było dla mnie trudne. Nie mogłam pozwolić sobie na zbyt częste wyjazdy, bo rzadko się zdarzało, żebym miała wolne aż cztery dni z rzędu. Jakby nie patrzeć, podróż w jedną stronę zabierała wiele godzin, a ja nie chciałam przyjechać tylko po to, żeby zostać zaledwie jeden dzień. To byłoby zbyt okrutne, dla nas obojga… A jednak, chyba nie będę miała wyjścia. Lepsze to niż nic.

Dokończyłam rozpoczęty w domu makijaż i razem z Kristiną ruszyłyśmy na salę. Ja obsługiwać stoliki, ona na scenę.

Przez pierwsze dwie godziny niewiele się działo. Mężczyźni dopiero się rozkręcali. Donosiłam im drinki, zbierałam skromne napiwki i od czasu do czasu odpoczywałam na barowym stołku. Wysokie obcasy jeszcze nie dały mi w kość, ale wiedziałam, że to kwestia czasu, więc póki mogłam, oszczędzałam nogi, szykując się na bardziej intensywne godziny pracy. Kristina dała dwa występy, których na razie prawie nikt nie oglądał, więc i pieniędzy zbyt wiele nie zarobiła. To oczywiście miało się niedługo zmienić. Po dziesiątej klub pękał w szwach, a my wypinałyśmy się w stronę napalonych samców, przyjmując sowite napiwki. Kristinie wsuwali je za majtki, a mnie pomiędzy piersi.

Na koniec mojej zmiany układałam banknoty nominałami, powtarzając sobie, że tylko dla nich jeszcze tutaj jestem i to wszystko znoszę. Były moją przepustką, środkiem do osiągnięcia celu. Celu, z którego nie chciałam i nie mogłam zrezygnować.

– Gdzie Kristina? – Szef wszedł do przebieralni bez pukania.

– Właśnie poszła do domu. – Nie spojrzałam na niego, skupiając się na odczepianiu peruki.

– Lubię cię w takim wydaniu… – Serce zabiło mi szybciej, gdy zaszedł mnie od tyłu. – Te blond włoski ci pasują, Darin. Wyglądasz w nich tak niewinnie…

– Darija – poprawiłam go.

– Wolę Darin. – Musnął palcami mój kark. – Brzmi trochę jak darling, zauważyłaś?

Pokręciłam głową.

– Mógłbym tak właśnie do ciebie mówić. Kochanie. Co ty na to? – Poczułam jego oddech na poliku. – Będziesz moim kochaniem?

– Jestem zmęczona – westchnęłam, udając że jego zachowanie nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. – Czeka na mnie transport.

Szef spojrzał na mnie zmrużonymi oczami, ale na tym na szczęście poprzestał. Nie wypytywał, kto po mnie przyjechał, i powoli się odsunął. Wciąż jednak czułam na skórze jego pijacki oddech.

– Pamiętaj, Darin, kto ci płaci – czknął. – Ja potrafię być bardzo hojny.

Nie skomentowałam tego, jedynie skinęłam głową, po czym pospiesznie opuściłam garderobę. Niemal biegiem przemierzałam długi korytarz, a gdy w końcu znalazłam się na zewnątrz, z ulgą wciągnęłam w płuca chłodne, nocne powietrze.

Dziś mi się udało.

Rozejrzałam się uważnie dookoła i upewniwszy się, że nikt „znajomy” mnie nie widzi, ruszyłam w stronę metra.

3.

Dni mijały jeden po drugim, zlewając się w bezkształtną masę identycznych wydarzeń. Wciąż szukałem sensu życia w butelkach, trzeźwiałem popołudniami, a wieczorami przesiadywałem w Klimatycznej. Spotkania z prawnikami, księgowymi, menedżerami moich restauracji, stosy nudnych dokumentów…

Nic mnie nie cieszyło, niczego nie wyczekiwałem i, co najgorsze, nie miałem pojęcia, co dalej. Igor powtarzał, że powinienem się rozerwać, poprzebywać trochę z kobietami i wrócić do biegania. Łatwo powiedzieć i łatwo zrobić, ale trudniej czerpać z tego przyjemność. Próbowałem. Nie raz. Okazało się, że wszystko to, co wcześniej poprawiało mi humor, teraz smakuje jak tektura – nie ma słodyczy, nie ma pikanterii, jest tylko posmak drętwej nijakości.

Zatrzymałem się i usiadłem na pobliskiej ławce. Dysząc ciężko, wpatrywałem się w dwójkę dzieciaków goniących za latawcem o kształcie nietoperza. Pamiętam, że jako mały chłopiec uwielbiałem Batmana i któregoś dnia Kola przyniósł mi wielki batmobil. Mogłem nim sterować z dość dużej odległości, więc czasami zaaferowany zabawą wjeżdżałem nim do gabinetu ojca. Trochę się wściekał, gdy akurat byli u niego goście, ale nigdy na tyle, żeby mnie uderzyć. Do tego miał starszego syna… Przez lata nie miałem pojęcia, jak często znęcał się nad moim bratem. Nikolai ukrywał to przede mną i pewnie nie raz przyjmował ciosy „w moim imieniu”. Zresztą w dorosłym życiu też dawał sobie za mnie obijać gębę. Ja nigdy nie rwałem się do bijatyki, wolałem używać mózgu do rozwiązywania problemów i w sumie do dzisiaj tak jest. Nie żebym nie umiał wyprowadzić ciosu, ale staram się unikać takiego rodzaju konwersacji. Zostawiam go innym.

Wytarłem dłonie w dresowe spodnie i ruszyłem w drogę powrotną. Dziś, jak i wczoraj, bieganie ani trochę nie poprawiło mojego nastroju. Nie było sensu dłużej się męczyć. Nie miałem do tego ani serca, ani cierpliwości.

Po drodze wstąpiłem do monopolowego.

Moje rozdrażnienie sięgało zenitu i już nawet nie starałem się tego ukrywać. Obrywało się każdemu, kto wszedł mi w drogę, nie oszczędziłem nawet Steffena.

– No i co to, kurwa, ma być?! – wrzasnąłem. – Na sali błysk, a na podłodze w kuchni syf! O co, kurwa, chodzi?! Mopa nikt tam obsługiwać nie umie?

– To nie tak… – mruknął. – Miałem to zaraz sprzątnąć.

– Że co, kurwa?! Zatrudniam cię jako menedżera, a nie sprzątaczkę.

Mówił coś pod nosem, ale nie słuchałem. Ostatnio było dokładnie to samo i jeśli nawet ja to zauważyłem, to co dopiero Steffen. Przebywał przecież na zapleczu codziennie.

– Jaki to problem? – kontynuowałem. – Kij, szmata, trochę wody i płynu. Machasz kilka razy i już. Kogo trzeba z tego szkolić, co? No, kurwa, kogo?!

– No właśnie nie ma kogo…

– To restauracja, do chuja, a nie przydrożna speluna!

Steffen skrzywił się z niesmakiem.

– Jak to: nie ma kogo? – Przystanąłem. – To my ludzi nie zatrudniamy? Menedżer szoruje podłogi?!

Pokręcił głową i w końcu zaczął mówić głośno i wyraźnie.

– Dwa tygodnie temu odeszło dwóch chłopaków. Jeden ze zmywaka, drugi zajmował się sprzątaniem. Od tego czasu nie udało mi się jeszcze nikogo znaleźć na ich miejsce.

Zmarszczyłem brwi, po czym głośno wypuściłem z płuc powietrze. No tak. Coraz trudniej o prostego pracownika. Nie miałem ochoty przyjmować do pracy świeżych imigrantów, więc sam sobie zawężałem wybór. Cholera!

– Steffen, weź tu zawołaj Igora. – Machnąłem ręką w stronę drzwi.

Łysy wielkolud wparował po minucie do mojego gabinetu, spoglądając pytająco to na mnie, to na menedżera.

– Ta dziewczyna z Flaminga – pstryknąłem palcami – ta, o której mi mówiłeś.

– Co z nią? – Przechylił głowę.

– No to ty mi powiedz – parsknąłem. – Szuka nadal roboty?

Wzruszył ramionami.

– Zapytaj ją.

– Czyli zatrudni ją szef na kelnerkę?

– Może – odpowiedziałem wymijająco. – Na co czekasz? Dzwoń do niej!

Uśmiechnął się szeroko i błyskawicznie wykonał telefon. Rozmowa była szybka, dziewczyna miała się stawić za godzinę. Akurat kończyła swoją zmianę w klubie.

Igor wrócił do swoich obowiązków, a ja do przeglądania stosu papierów.

– Nie wiedziałem, że szukamy kelnerki. – Steffen bujał się na piętach, wbijając we mnie pytający wzrok.

– Nie szukamy.

– Zaproponujesz jej etat sprzątaczki? Laska z klubu nie przyjdzie pracować za takie grosze…

– To się okaże – burknąłem.

Zacząłem podpisywać dokumenty, więc Steffen wrócił na salę, zostawiając mnie samego. Godzinę później usłyszałem pukanie do drzwi, po czym zobaczyłem łysą głowę Igora, niepewnie zaglądającego do środka.

– Szefie, przyszła Darija.

– Kto?

– Dziewczyna na kelnerkę.

Skinąłem głową, odkładając na bok długopis. Moje rozdrażnienie na szczęście znacznie osłabło i byłem przekonany, że będę w stanie na spokojnie przekonać tę dziewczynę do podjęcia pracy w Klimatycznej, w nieco innej, niż oczekiwała, formie.

I tu pojawił się problem. A właściwie dwa problemy…

W moim kierunku szła niska dziewczyna o bujnym biuście, który falował z każdym jej krokiem, przykuwając moją uwagę. Głęboki dekolt nie pozostawiał wiele miejsca wyobraźni, szczególnie w połączeniu z obcisłą bluzką.

– Dobry wieczór. – Uśmiechnęła się nieśmiało. – Z góry przepraszam za mój strój, ale jadę prosto z pracy i…

– To ja już sobie pójdę. – Igor trzasnął drzwiami, a ja zostałem sam na sam z kipiącą seksapilem dwudziestolatką.

Mruknąłem coś niezbyt wyraźnie i wskazałem na fotel po drugiej stronie biurka. Usadowiła się w nim, sztywno kładąc dłonie na ciasno złączonych kolanach. Była skrępowana, choć jej wygląd zdecydowanie się z tym kłócił.

– Zakładałem, że będziesz blondynką. Innych we Flamingu nie widywałem.

– W klubie faktycznie jestem blondynką. – Zarumieniła się. – Tam noszę perukę.

Nie bardzo wiedziałem, co właściwie chciałem powiedzieć. Miałem przeprowadzić z nią rozmowę o pracę, a tymczasem gapiłem się na jej dekolt i miedziane, miękko opadające na ramiona włosy.

– Jestem zaskoczona, że zmienił pan zdanie. – Wróciłem wzrokiem do jej twarzy. – Igor mówił, że…

– Jestem tu szefem, mogę zmieniać zdanie sto razy dziennie – burknąłem.

– Oczywiście…

– Moja propozycja jest jednorazowa i oczekuję szybkiej decyzji. – Nie mogłem się skupić, gdy tak patrzyła na mnie swoimi wielkimi, niebieskimi oczami. – Na razie nie mam wolnego etatu kelnerki, mogę zaoferować coś innego.

Chwyciłem długopis i zacząłem się nim bawić, jednocześnie przenosząc na niego wzrok. Ta dziewczyna była jak zabiedzony piesek, którego szklistym oczom nie sposób się oprzeć i ma się ochotę natychmiast go pogłaskać.

– Czyli? – Nieznacznie przechyliła głowę, a jej głos zadrżał.

– Mamy chwilowe braki na kuchni.

– Mam gotować?

– Nie. – Przełknąłem ślinę, wciąż starając się nie patrzeć w jej oczy. – Pilnować czystości.

Kątem oka zauważyłem, że odetchnęła z ulgą. Dziwne.

– Rozumiem. A czy z czasem mogę liczyć na etat kelnerki? – zapytała cicho. – Przyznam szczerze, że potrzebuję pieniędzy, a wiadomo, że sprzątając, nie zarobię ich tyle, co przy napiwkach.

– Napiwki masz w klubie – syknąłem. – To porządna restauracja, a nie…

– Przepraszam. – Spuściła głowę. – Nie o to mi chodziło.

Nie miałem pojęcia, dlaczego się na nią zezłościłem. Może drażniło mnie to, że przyszła prosto z rurki, a może to, jak szybko kładła po sobie uszy. Nie lubiłem takiej postawy – zachowywała się jak ofiara. Ale może to i dobrze? Na kuchni potrzebny był ktoś, kto bez szemrania będzie wykonywał polecenia, a ona zdawała się mieć ku temu predyspozycje.

– U mnie kelnerzy mają stałą pensję i premię od obrotów – wyjaśniłem już spokojniejszym tonem. – Na razie jednak, jak wspomniałem, nie potrzebuję nowej kelnerki.

– Rozumiem – przełknęła ślinę. – Na jakie warunki finansowe mogę więc liczyć? Mogę sprzątać, ale…

Szybko napisałem na kartce kwotę. Jej oczy zrobiły się jeszcze większe, co wydawało mi się wręcz nieprawdopodobne. Spojrzała na mnie podejrzliwie i wtedy zrozumiałem, o czym mogła właśnie pomyśleć.

– To na zachętę – chrząknąłem. – Na pierwszy miesiąc. Pilnie kogoś potrzebujemy, więc stawka jest wyższa. Potem pomyślimy.

Dziewczyna chyba wciąż nie do końca mi wierzyła, ale mimo to skinęła głową.

– Jeśli chcesz, możesz dalej pracować we Flamingu – powiedziałem, odprowadzając ją do drzwi. – Ważne, żeby tamtejszy grafik nie kolidował z naszym.

– Nie będzie – uśmiechnęła się krótko. – Nie lubię tam pracować, wolę szorować u pana podłogi, choćby po dwanaście godzin na dobę.

Nie skomentowałem tego, ale jej wyznanie rozbawiło mnie i musiałem się hamować, żeby nie parsknąć śmiechem.

Odprowadzając ją wzrokiem, zauważyłem, że nie tylko biust miała krągły. Jej pośladki widocznie odznaczały się pod materiałem obcisłych spodni, subtelnie unosząc się i opadając przy każdym kolejnym kroku.

Cholera.

4.

Igor z radości podniósł mnie i uścisnął tak mocno, że niemal zmiażdżył mi żebra. Nie sądziłam, że tak bardzo ucieszy się perspektywą pracowania ze mną, tym bardziej że nasze obowiązki nie wiązały się z częstym widywaniem. On zwykle pilnował wejść, a ja z kolei raczej nie będę zaglądać na salę. Moje miejsce było na zapleczu.

– Nie przesadzasz z tą ekscytacją? – parsknęłam śmiechem, gdy postawił mnie na podłodze. – Ja tu tylko będę sprzątać.

– Ważne, że już nie będziesz pracować tam – wyszczerzył się. – Wiedziałem, że w końcu jakoś go urobię.

– Nie wiem, jak ci dziękować…

– E tam. – Machnął ręką. – W sumie to trochę przypadek. Zwolniło się miejsce tutaj, szkoda że nie będziesz kelnerką, tak jak chciałaś.

– Może z czasem. – Wzruszyłam ramionami.

Zaproponowałam mu kolację, więc ochoczo odwiózł mnie do domu. Dotychczas nigdy nie był w moim mieszkaniu, po prostu kilka razy podwiózł mnie, zawsze wysadzając przed blokiem. To była dziwna znajomość, ale jednocześnie bardzo naturalna. Igor był dla mnie jak starszy brat, choć oczywiście bracia nie oglądają tak często swoich sióstr paradujących w kusej bieliźnie. Może opatrzyły mu się laski z Flaminga, a może nie byłam w jego typie – w każdym razie nigdy nie próbował się do mnie dobierać i traktował w bardzo „neutralny” sposób. Na początku myślałam, że może jest gejem, ale potem zobaczyłam go przypadkiem na mieście z jakąś kobietą i dzieckiem. Okazało się, że był mężem i ojcem z krwi i kości, w dodatku bardzo w tych rolach szczęśliwym.

Zjedliśmy zupę z kluskami, a Igor wpałaszował dodatkowo dwa kawałki sernika. Narzekał przy tym, że jego żona nigdy nie piecze. Biedny, uwielbiał słodycze. Rozmawialiśmy o mojej obecnej i przyszłej pracy, o naszych rodzinach i planach na najbliższe dni. Dochodziła północ, gdy w końcu ruszył tyłek i pognał odebrać żonę z pracy. To była taka zwyczajna para… Oboje ciężko pracowali, wychowywali dziecko i mieli normalne problemy. Teściowa, która za dużo się wtrącała, ale trzeba było ją tolerować, bo mieszkała z nimi, a właściwie oni u niej. Syn, który dość często chorował i niechętnie odrabiał lekcje. A w końcu kłótnie o pracę i pieniądze.

Samo życie.

Czasami przyłapywałam się na myśleniu, że chciałabym mieć takie właśnie problemy. Tak jak teraz… Stałam z kubkiem herbaty w dłoniach, wpatrując się w ciemność za oknem. Dziwna była ta ciemność. Nigdy nie była tak naprawdę ciemnością. Światła latarni, neony reklam, reflektory samochodów i rozświetlone żarówkami okna mieszkań. Noc nie miała szans otulić tego miasta swoją czarną peleryną.

Wróciłam myślami do moich rodzinnych stron. Jeszcze sześć lat temu bałam się zasnąć bez włączonej lampki. Bezkresna czerń za oknami przerażała mnie, długo nie mogłam się do niej przyzwyczaić. Z czasem jednak ten wszechobecny spokój, cisza i ciemne noce wsiąkły we mnie tak bardzo, że powrót do miasta wydawał mi się wręcz torturą. A jednak… Pod osłoną nocy, w domu na uboczu, próżno szukać wytchnienia, gdy nadchodzi zło. Mimo piękna otaczającej mnie natury, mimo tysiąca gwiazd połyskujących co noc na niebie, czułam się samotna, tak bardzo przerażona i bezsilna.

Tu, w Berlinie, mogę znów oddychać. To nic, że zwykle nie widać gwiazd, to nic, że czasami boję się chodzić wieczorami po ulicy. Ważne, że mogę spokojnie spać, nie martwiąc się jutrem. No, prawie…

Moje serce wciąż krwawiło. Dzieliły nas setki kilometrów i wiele miesięcy pracy. Ale w końcu będziemy razem. Harowałam ciężko i nadal będę to robić, tak długo, jak trzeba. Zrobię wszystko dla naszego szczęścia, nie poddam się.

Chciało mi się śmiać, gdy słuchałam, gdy wszyscy robili zakłady, jak długo wytrzymam. Myśleli, że laska z Flaminga nie potrafi sprzątać, a już na pewno nie ma w tym wprawy. Po dwóch dniach złośliwe docinki się skończyły i w końcu przestano zwracać na mnie uwagę.

Z włosami upiętymi na czubku głowy, w dresie i ze słuchawkami w uszach w niczym nie przypominałam dziewczyny, która jeszcze niedawno roznosiła drinki w nocnym klubie. Byłam zwykłą, szarą myszką, która z wielkim zaangażowaniem pucowała podłogi i myła kible, nie odzywając się przy tym do nikogo. No, prawie nikogo. Igor nie omieszkał codziennie się ze mną przywitać, a nawet raz zjadł ze mną lunch. Przy okazji dowiedziałam się, że większość pracowników uważa mnie za Rosjankę, a co za tym idzie, snują teorie, czy nie należę czasem do jakiejś dalekiej rodziny samego szefa.

– To Ivo ma jakąś rodzinę? – uśmiechnęłam się krzywo.

– Każdy ma. – Igor mrugnął okiem. – Nie każdy jednak się z nią obnosi.

– To wstydzi się jej? Tak mam to rozumieć?

– Nie powiedziałbym.

Przeżułam ostatni kęs kanapki i wytarłam usta papierową chusteczką.

– Nie powinno mnie to w sumie interesować, ale swego czasu słyszałam jakieś niedorzeczne plotki… – Zerknęłam na niego niepewnie. – Ludzie gadają różne głupoty.

– Ludzie lubią gadać.

– Fakt. Wiesz, Igor, ja niby znam niemiecki, ale jednak nie aż tak dobrze. Dlatego nie lubię przywiązywać się do plotek, bo całkiem możliwe, że coś źle zrozumiałam.

– Czasem lepiej nie rozumieć nic – uśmiechnął się. – Ja niekiedy zazdroszczę głuchym.

Zachichotałam. Wiedziałam doskonale, że Ivo to poważny biznesmen, a Igor jest jednym z jego zaufanych pracowników. Z pewnością widział i słyszał niejedno. Do mnie docierały tylko strzępki informacji o tym człowieku, zasłyszane zwykle w damskiej przebieralni we Flamingu. Sama widywałam go sporadycznie, gdy jeszcze był właścicielem klubu. Nie rozmawiałam z nim, a i on nie zwracał na mnie uwagi. Byłam jedną z wielu dziewczyn, które w blond perukach wyglądały niemal identycznie i z pewnością nawet nie zadał sobie trudu, żeby poznać nasze imiona. Zresztą mnie jego osoba też niewiele obchodziła. Dopiero gdy klub zmienił właściciela, zatęskniłam za niedostępnym Ivem. Nowy szef niestety był dostępny aż za bardzo…

– Słuchaj, mała. – Igor poklepał mnie po dłoni. – Możesz, jakby co, z szefem po rosyjsku rozmawiać. Przecież on wie, że niemiecki to nie jest twój ojczysty język. Pytał mnie nawet, skąd pochodzisz.

– Powiedziałeś mu?

– No co ty, przecież obiecałem.

– To dobrze. – Odetchnęłam z ulgą. – Słyszałam, że ma alergię na Polaków.

– On chyba myśli, że jesteś z Ukrainy, więc spokojnie. Chociaż… trochę mu nie na rękę, że musiał zatrudnić cię na czarno. Szef stara się wszystko robić legalnie, więc trzeba będzie jak najszybciej te twoje papiery wyprostować.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Wiedziałam, że Igor mi w tym pomoże. Najważniejsze, że mój szef nie wie, że jestem Polką. Połowicznie, ale jednak. Jeśli faktycznie tak bardzo nie trawi moich rodaków, to na razie nie będę tu nikomu się chwalić moim pochodzeniem. Kolejny raz białoruskie korzenie na coś mi się przydają. Tata zawsze mówił do mnie po rosyjsku, a że głównie on mnie wychowywał, to siłą rzeczy nauczyłam się tego języka niemal perfekcyjnie. Na podwórku polski, w domu rosyjski, a w szkole niemiecki. Doszłam do wniosku, że kiedyś będę chciała zdobyć dobrą pracę, więc jakiś zachodni język mi się przyda, a angielski wystarczył mi na poziomie komunikatywnym. Dziwnie to życie się układa – co prawda i rosyjski, i niemiecki mi się przydały, ale „dobrą” pracą sprzątania kibli nazwać nie można. Pracy w nocnym klubie pewnie też nie.

Po przerwie na kanapki wróciłam do swoich obowiązków. Przyzwyczajona do ciężkiej pracy, uwijałam się ze wszystkim szybko i skończyłam wcześniej. Steffen pochwalił mnie i pozwolił iść do domu, co było mi bardzo na rękę. Planowałam wybrać się na dłuższe zakupy, rozejrzeć się za prezentami i zajść do kosmetyczki. Moje paznokcie były stanowczo za długie do nowego zajęcia, musiałam zrobić z nimi porządek. Lubiłam o siebie dbać, ale zdawałam sobie sprawę, że należy zawsze wyglądać adekwatnie do sytuacji. Wygoda też się liczyła. We Flamingu może nie, ale teraz byłam zmuszona całkowicie zmienić swój image. Z jednego bardzo się cieszyłam – koniec z niebotycznie wysokimi szpilkami!

Z zakupami uwinęłam się stosunkowo szybko. Doskonale wiedziałam, jakie prezenty ucieszą mojego mężczyznę. Już nie mogłam doczekać się powrotu do domu i spędzenia razem kilku dni. Na samą myśl, jak bardzo tęsknię za nim i za tatą, aż ściskało mnie w dołku. Szkoda, że udało mi się wynegocjować tylko dwa dni wolnego, ale łącznie z czasem, gdy restauracja miała pozostać zamknięta, miałam do dyspozycji aż cztery dni.

Aż albo tylko…

Sam widok Andrieja budził we mnie niesmak. Od zawsze.