BOYLESS. CHŁOPAKOM WSTĘP WZBRONIONY - J. Harrow - ebook

BOYLESS. CHŁOPAKOM WSTĘP WZBRONIONY ebook

Harrow J.

3,4

Opis

Oliwia jest znaną influencerką, która ma ostatnio na pieńku z płcią przeciwną. Zawiódł ją chłopak, mama związała się z podejrzanym typem... Dziewczyna ma ochotę uciec jak najdalej od swojego życia i wybiera wyjazd do ukochanej babci. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, które Oliwia uwielbia, więc nadchodzące dni wydają się idealną odskocznią od rzeczywistości i przeszłości.

Problem w tym, że czasem przeszłość powraca nieproszona.

Dziewczyna podejmuje się wolontariatu w fundacji charytatywnej, gdzie pracuje również jej... dawny crush. Chłopak, który kilka lat wcześniej złamał jej nastoletnie serce.
Oliwia nie cierpi Maksa, a ten nie ma pojęcia dlaczego, bo zwyczajnie jej nie pamięta.
Tych dwoje będzie jednak musiało jakoś się nawzajem znosić, przynajmniej przez najbliższe dwa tygodnie.    

W kilkanaście dni życie dziewczyny wywróci się do góry nogami i okaże się, że tylko krowa zdania nie zmienia.
I kot ;-)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 255

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (62 oceny)
19
16
6
10
11
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ayanamita

Nie polecam

okropna. fabuła brzmi dobrze, ale wykonanie, styl i dialogi pozostawiają wiele do życzenia
91
Magda-25

Nie polecam

Teksty nastolatek dla nastolatek ( i to takich wczesnych;). Niestety już sam początek był słaby... nie dałam rady reszcie, przewertowałam samo zakonczenie i też marnie. Taki dleblający styl, gadanie dla samego gadania, a do tego patologiczne zachowania podnoszone na piedestał. Dziewczyna zachowuje sie jak rozwydrzony bachor a chłopak tym się zachwyca. No jasne, bo bycie wredną małpą jest takie super i sexy... no jakoś niestety nie... Przykro mi bardzo jednak nie polecam.
82
reading_mistress

Nie polecam

Masakra, że ktoś takie rzeczy wydaje. Udało mi się przebrnąć przez pierwszy rozdział. Czułam się jakbym czytała blogowe opowiadanie 15 lat temu...
60
majka_sam

Z braku laku…

Główna bohaterka jest tak irytująca że aż odstręcza od siebie. Zaczęłam się zastanawiać czy moze jednak farba ma wpływ na mózg. Nie polecam
60
muckers

Z braku laku…

Błędy ,tak straszne ,że nie rozumiem czasem sensu słów. Główna bohaterka przeraża głupotą ,naiwnością i fochami .
83

Popularność




15 grudnia

MAKSYMILIAN

Stała przede mną podparta pod boki w bojowej pozie, a jej oczy posyłały w moim kierunku pioruny. Nie musiałem na nią nawet patrzeć, żeby doskonale o tym wiedzieć. Niemal czułem, jak wypala dziurę w mojej klatce piersiowej, niczym Superman swoim kosmicznym laserem. Ta dziewczyna chyba nie tolerowała słowa „nie”.

– Coś jeszcze? – zapytałem, siląc się na obojętny ton.

Tak naprawdę miałem ochotę wybuchnąć śmiechem. Irytowała mnie i bawiła jednocześnie.

– Nie – syknęła, szczerząc zęby w nienaturalnym uśmiechu. – Absolutnie nie, boss.

– Prosiłem, żebyś tak do mnie nie mówiła – westchnąłem, posyłając jej błagalne spojrzenie.

– Jak sobie boss życzy. – Dygnęła, prostując się jak struna i równocześnie chowając ręce za plecy.

Ktoś by pomyślał, że je splata, przybierając żołnierską postawę, ale ja doskonale wiedziałem, co właśnie zrobiła.

– I pozbądź się tego niekulturalnego tiku. – Wróciłem wzrokiem do leżących przede mną dokumentów.

– Jakiego tiku? – Zatrzepotała niewinnie rzęsami.

– Ten wyprostowany środkowy palec w końcu ci odpadnie…

– Nie wyprostowałam palca.

– Nieładnie kłamać, Oliwio.

– Nie kłamię. – Przekrzywiła zawadiacko głowę. – To po prostu liczba mnoga.

Podwójny fucker. No proszę, doznałem dzisiaj niebywałego zaszczytu! Uraczyła mnie zdublowanym wkurwem. Nie sądziłem, że ta sytuacja aż tak ją zirytuje. Przez moment nawet zrobiło mi się jej żal.

Tylko przez moment.

– Do obrzygania miłego dnia bossowi życzę!

Trzask drzwi zakończył naszą rozmowę. Jak zwykle. Mimo usilnych starań, nie zdołałem jeszcze ujarzmić tej dziewczyny, więc chyba pozostało mi się do niej po prostu przyzwyczaić imodlić, żeby za rok nie podjęła tu pracy. Awłaściwie, żeby wogóle nigdy nigdzie nie pracowała zludźmi. Nie nadawała się do żadnej interakcji. Powinna zdobyć zawód pozwalający na przebywanie wtotalnej izolacji.

Nie miałem pojęcia, jakim cudem dzieciaki ją lubiły i nikt jeszcze tu z nią nie zwariował. A może to ze mną było coś nie tak? Może tylko mnie nie lubiła i robiła wszystko, żebym ją po prostu zwolnił? Pewnie jedynie czyhała na okazję, żeby potem oskarżyć mnie o mobbing, molestowanie czy co tam jeszcze wpadłoby jej do tej szalonej głowy. Bo jedno było pewne – ta blondyneczka normalna nie była.

Problem w tym, że jakoś musiałem z nią wytrzymać, bo do tej charytatywnej roboty kolejka się nie ustawiała, a w dodatku święta były tuż, tuż. Po wszystkim zabiję Adriana za zatrudnienie Oliwii, a ją za… bycie nią.

OLIWIA

Dupek. Klasyczny dupek. Zero empatii, przenikliwości, poczucia humoru i kompletny brak manier wobec kobiety. Wkurzałam się, gdy traktował mnie jak rozwydrzone dziecko, choć – z oczywistych przyczyn – czasami dokładnie tak się zachowywałam.

No przecież musiałam! Wyzwalał we mnie nieprzeniknione pokłady wkurwu i najgorsze, wypracowane przez lata, cechy. Normalnie cieszyłabym się, byłabym naprawdę dumna z mojej postawy i odhaczała na liście kolejne małe zwycięstwa. Zasługiwał, jak każdy mężczyzna zresztą, na to, co najgorsze. A jednak wiem, że powinnam się opanowywać, postarać się być miła. A nade wszystko kulturalna. Nie chciałam, żeby do uszu mojej babci dotarły skargi na mnie.

O tak, Maksymilian wysoko cenił kulturę osobistą i nienawidził wulgaryzmów u kobiet. Chyba musiałam spiąć poślady i zapanować nad swoim aktualnie ulubionym JA. Eh… Łatwo nie będzie.

– No, kochana, beze mnie tobyś zginęła. – Przyjaciel przegryzł nitkę, sprawnie zmajstrował supeł, po czym oddał mi zacerowaną skarpetę, pukając się palcem w policzek.

– You’re the best! – Pocałowałam go. – Masz rację, gdyby nie ty, nieszczęsny lud oglądałby moje zarośnięte kolano w całej okazałości.

– Dzieciaki nawiedzałabyś w sennych koszmarach.

– Nie płyń. – Zaczęłam naciągać długą, pasiastą skarpetę na nogę. – Co najwyżej w jednym, króciutkim, podczas drzemki.

– A wiesz, że dzisiaj jest piątek? – Pablo podparł łokcie na kolanach i zabawnie poruszył brwiami.

– No i?

– Jak to? Jesteś kobietą, nie wiesz, co jest w piątek?

– Wiem. – Zabrałam się za drugą skarpetę. – Początek weekendu. Dla mnie akurat pracującego.

– Eee… – Machnął ręką. – Wolny czy w pracy, zasada piątku zobowiązuje.

Naciągając skarpetę, cierpliwie czekałam na błyskotliwą puentę, którą z pewnością zamierzał mnie uraczyć.

– Piątek to dzień porządków. – Pokiwał głową niczym profesor przekazujący uczennicy wiedzę. – Sprząta się na weekend, ale nie tylko w domu, wiesz? Powinnaś nabrać dobrego nawyku robienia generalnych porządków również ze swoim ciałem.

– Nie mogłeś powiedzieć wprost? – prychnęłam. – „Ogol nogi, kobieto!”. Jasny przekaz trafia do mnie najszybciej.

– Chciałem być subtelny. – Udawał urażonego.

– Wobec mnie nie musisz, Pablo. Na szczęście nie jesteś moim facetem ani kandydatem na takowego.

– Jak to „na szczęście”? Czy ty mnie właśnie obraziłaś, Oliweczko?

Doskonale wiedział, że nienawidziłam, gdy ktoś się tak do mnie zwracał, więc wytknęłam do niego język.

– Gotowi? – Boss wparował do pokoju, jak zwykle nie pukając. – Za pięć minut ruszacie.

– Ojojoj! – Pablo zaczął udawać roztrzęsionego. – Kobieto, zagęść ruchy! Ile można na ciebie czekać?

– Nie tak długo jak na ciebie – odgryzłam się. – I przestań wchodzić w dupę bossowi, bo raczej tego nie lubi, prawda? – Spojrzałam hardo na Maksymiliana. – To typowy hetero, więc odstosunkuj się od jego tyłeczka.

Pablo wytrzeszczył na mnie oczy i zaśmiał się nerwowo. Maksymilian za to jedynie pokręcił głową z dezaprobatą i ponownie stuknął palcem w ekran swojego zegarka.

– Zostały cztery minuty, dzieciaki.

Wyszedł, zanim zdążyłam skomentować jego słowa. Ależ on mnie drażnił! Dorosły się znalazł!

– Ale z nim pojechałaś. – Pablo chwycił kurtkę. – Co z tobą?

– Przecież mnie nie zwolni. – Wzruszyłam ramionami, wkładając na stopy zielone, elfie buty. – Poza tym pojechałam z tobą, a nie z nim. Jakby na to spojrzeć z odpowiedniej strony, to w sumie stanęłam w jego obronie.

– Nie przesadzaj. Obecnie się z kimś spotykam, więc tyłek bossa, choć całkiem zgrabniutki, mnie nie rusza.

– Mnie też nie.

Przyjaciel odchrząknął z powątpiewaniem, za co od razu dostał bolesnego kuksańca w bok. Niemal biegiem ruszyliśmy na parking, a gdy zapinałam pasy, zerknęłam zwyczajowo w stronę okna biura Maksymiliana. Tym razem również nie odnotowałam ruchu firanki. Cholera! Czemu jakaś część mnie chciała, żeby się mną zainteresował?! To dupek, babiarz i arogant. Poza tym dlaczego miałby się zachwycić wredną dziewuchą? Droczenie się prowadzi do zauroczenia tylko w przypadku emanowania seksapilem. Musiałabym wbrew własnym postanowieniom wydobyć z siebie jego resztki i… zacząć od depilacji.

***

Żebyście wiedzieli, jak to się właściwie zaczęło i przede wszystkim o co chodzi, muszę cofnąć się o kilka dni.

Na początku grudnia przyleciałam do Polski, robiąc tym samym niespodziankę babci. Niespodziankę, czyli coś, co z definicji nie powinno być w żaden sposób zapowiedziane. Chyba się udało, choć… spodziewałam się zupełnie innej reakcji. Wyobrażałam sobie, że babcia serdecznie mnie uściska, popłacze ze szczęścia na mój widok i oszaleje z radości na wieść, że spędzimy ze sobą najbliższe cztery tygodnie. Tymczasem…

– Oliwka? Co ty tu robisz? – Babcia utknęła w uchylonych drzwiach, jakby nawiedził ją akwizytor, a nie jedyna, ukochana wnuczka.

– Niespodzianka! – Niemal siłą wkroczyłam do środka. – Przyleciałam na święta, babciu.

Gdy wkońcu przeciągnęłam przez próg dwie walizki, ababcia zamknęła drzwi, dotarło do mnie, że coś jest nie tak.

– A gdzie przytulas? – Zrobiłam płaczliwą minę.

– Och… No tak… – Objęła mnie i pocałowała w oba policzki.

Zachowywała się dziwnie. Jakbym przyszła w nieodpowiednim momencie.

– Masz gości? – Od razu skierowałam się w stronę gościnnego pokoju, ale nikogo w nim nie zastałam.

– Nie…

– W takim razie chowasz jakiegoś adoratora pod łóżkiem – zażartowałam – albo w szafie.

– Co ty opowiadasz. – W końcu się uśmiechnęła. – Sama jestem, jak zwykle.

Zrobiło mi się cieplej na sercu. Zdecydowanie zbyt rzadko się widywałyśmy i tęskniłam za nią.

Rozpakowałam się, a babcia w tym czasie przygotowała pyszną herbatę z malinami i wyłożyła na stół domowe ciasteczka. Gdy jeszcze mieszkałyśmy z mamą w Polsce, babcia piekła je w każdy weekend, przez co zawsze mogła liczyć na moją wizytę. Pewnie i tak bym przychodziła, bo babcia zawsze była moją najlepszą przyjaciółką, ale to właśnie pyszne wypieki najskuteczniej wyganiały mnie z łóżka w niedzielne południe. Prośby i groźby mamy nigdy nie miały takiej mocy sprawczej.

– Mama mówiła, że już nie udzielasz się w fundacji. Czyli w końcu przeszłaś na emeryturę, babciu?

– Na emeryturze jestem od dawna – uśmiechnęła się, nalewając sobie herbaty zdzbanka – ale tak, przekazałam stery fundacji wmłodsze ręce. Nie mam już tyle siły ani energii.

– Dlatego przyjechałam – wyznałam część prawdy. – Pomyślałam, że będziesz teraz miała mnóstwo czasu, nie to, co wcześniej. Zawsze w grudniu sporo się tam działo, więc byłaś zajęta.

– To prawda – zasępiła się.

– Smutno ci z tego powodu? Nie przejmuj się, dotrzymam ci towarzystwa. Po to tu jestem.

Powiedzmy…

– Taaak…

Zmrużyłam oczy, starając się odgadnąć, co kryje się za jej dziwną miną.

– Martwisz się o fundację?

– Nie. – Uśmiechnęła się. – Jest w dobrych rękach. Pewnie nie pamiętasz pana Fergussona? Przejął wraz z żoną stery.

– Nie kojarzę.

– Chyba widziałaś raz czy dwa jego żonę, Anię. Taka niska blondynka, mocno się maluje.

Coś mi tam świtało, ale prawda była taka, że jako piętnastolatka wyemigrowałam z kraju, a wcześniej nie bardzo zwracałam uwagę na pracowników fundacji, chyba że akurat przyszło mi z nimi pracować. Mam na myśli wolontariat, którego czasem się podejmowałam podczas wakacji i świątecznych przerw. Lubiłam zajmować się tymi dzieciakami, bo były dla mnie dużo milsze od rówieśników ze szkoły. Nie wyśmiewały moich odstających uszu ani szpary między jedynkami. Teraz te same, okrutne wtedy, dzieciaki mają dziewiętnaście lat i obserwują moje social media, komentując, jak pięknie wyglądam i jaka jestem och i ach cudowna. Lizodupki. Mam ochotę ich wszystkich zablokować.

Nagle babcia poderwała się i niemal biegiem ruszyła do łazienki. Po chwili wróciła, trzymając w rękach coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak futrzana mufka. Ja rozumiem, że jest grudzień, ale jak przy odkręconych na maksa kaloryferach mogą jej marznąć dłonie?

– Kompletnie zapomniałam, że jest zamknięty wła­zience…

– Kto? – Zmarszczyłam brwi.

– Antonio.

Nagle mufka ożyła i spojrzała na mnie żółtymi oczami, poruszając groźnie wąsem.

– Masz kota? – Zdziwiłam się. – Przecież przysięgałaś, że jak Kinia odejdzie, to już żadnego nie przygarniesz.

– Nie przygarnęłam. Sam się wprosił.

Pokręciłam głową. Babcia była niereformowalna. Aż dziw, że zawsze ograniczała się do jednego sierściucha.

– Antonio, poznaj moją wnusię, Oliwkę. – Babcia bez uprzedzenia wcisnęła mi futrzaną kulkę w ramiona.

Kot spoglądał na mnie podejrzliwie, ale nie okazał jawnej wrogości. Trzymał pazurki na wodzy i pomrukiwał głośno, przypominając mi zmarłą kotkę babci. To jej mruczenie potrafiło budzić mnie w nocy, szczególnie gdy kładła się obok mnie, zupełnie nie zważając na zasadę trzymania się swojej połowy łóżka. W ogóle rzadko trzymała się łóżka, najczęściej śpiąc na moich nogach lub głowie. Tak, na głowie.

– Antonio nie lubi mężczyzn. – Babcia przerwała moje dumanie. – Zamknęłam go w łazience, bo myślałam, że to listonosz. Mógł to też być pan Rafał, choć jego akurat Antonio resztką sił toleruje.

– A kto to pan Rafał? Mówiłaś, że nie masz adoratora.

– Oj, Oliwka! Sąsiad jest ode mnie dwadzieścia lat młodszy.

– To i lepiej. – Mrugnęłam do niej. – Rozrusza twoje zardzewiałe stawy.

Skrzywiła się z dezaprobatą.

– Skaranie boskie z tym Antoniem – westchnęła. – Nie mam go komu zostawiać, jak przyjdzie co do czego. Prawie na każdego mężczyznę rzuca się z pazurami.

Spojrzałam na swoje kolana, na których na dobre rozgościł się kot. Chyba zaczął drzemać. Wyglądał tak niewinnie. Przypominał tego kota ze Shreka, więc może, jak ion, miał dwo­jaką naturę. Wielkie, słodkie oczy, gdy czegoś chciał iostra szpada dla wrogów. Awłaściwie ostre pazury. Dobrze, że nie dał mi odczuć jak bardzo.

Ostrożnie przełożyłam go na fotel i poszłam do pokoju, żeby wyciągnąć kosmetyczkę. Musiałam odświeżyć się po podróży, bo miałam wrażenie, że zaczynam śmierdzieć gorzej niż oddech Antonia. I wtedy to zauważyłam. W moim dawnym pokoju znajdowały się cztery walizki, a nie dwie. W rogu stała duża, szara waliza babci, którą pamiętam jeszcze z czasów, gdy chodziłam do przedszkola, a obok niej mniejsza, czerwona. Wyglądała na nową.

– Babciu, a gdzie ty byłaś? – zapytałam, wracając natychmiast do salonu. – Masz wyjęte walizki.

– Och… – zmieszała się. – Nie zdążyłam rozpakować, zaraz to zrobię.

– Nie wiedziałam, że gdzieś wyjeżdżałaś. Nic mi nie wspo­minałaś, jak ostatnio rozmawiałyśmy.

Uśmiechnęła się dziwnie i ruszyła do pokoju. Podreptałam za nią i przyglądałam się, jak zaczyna wyjmować rzeczy z mniejszej walizki. Dziwne, bo były perfekcyjnie ułożone. Jak człowiek skądś wraca, to upycha wszystko byle jak, a już na pewno nie prasuje przed powrotem bluzek.

– Coś mi tu śmierdzi – powiedziałam głośno.

– Niemożliwe, pościel uprana, myłam dziś podłogi…

– To nie podłogi, babciu.

– Co też insynuujesz? – prychnęła. – Dopiero co się kąpałam.

Babcia nigdy nie myła się w dzień. Zawsze wybierała wieczór, tuż przed pójściem spać…

– Co tu się dzieje? – zapytałam wprost. – To wygląda tak, jakbyś się właśnie spakowała na podróż, a nie z niej wróciła.

– Jedno drugiego nie wyklucza.

Gdy zrobiłam wielkie oczy, w końcu uraczyła mnie wyjaśnieniami.

– Miałam jechać z Renią do sanatorium. A skoro przyjechałaś, to jednak zostanę w domu.

Niemal opadła mi szczęka. Babcia zasadniczo nie lubiła podróży, dlatego nigdy nie odwiedziła nas wAnglii, ale sanatorium? Zawsze powtarzała, że to nie dla niej, że jeżdżą tam sami wdowcy liczący na przygodny seks, aona wolałaby tyłek wpokrzywy wsadzić, niż pozwolić, aby obmacał go podstarzały amant uznający kąpiel jedynie raz wtygodniu, za to wypsikany od stóp do głów tanim dezodorantem.

– Tak się cieszę, że przyjechałaś… – Babcia położyła mi dłoń na policzku. – Nie będę musiała tam jechać. W końcu mam jakąś wymówkę, inaczej Renia by mi nie darowała.

Jakoś mnie to nie przekonało, więc gdy tylko babcia chwyciła za komórkę, aby zadzwonić do przyjaciółki, niemal wyrwałam ją z jej dłoni i przerwałam połączenie.

– Pojedziesz do sanatorium – powiedziałam stanowczym tonem. – Nie zapowiedziałam się, więc nie jesteś mi nic winna. Masz jechać i się dobrze bawić, a ja sobie tutaj poradzę.

– Ale…

– Bez żadnego „ale”, babciu.

– Oliwka, zaraz są święta. Jak mogłabym cię zostawić?

– Normalnie. – Wzruszyłam ramionami. – Nie przejmuj się, niedługo przyjedzie mama, a do tego czasu potowarzyszy mi Antonio.

Kłamałam jak z nut. Odnośnie do mamy oczywiście, a nie Antonia. Ten jakoś faktycznie ze mną wytrzyma, w końcu nie jestem osobnikiem płci męskiej.

– No nie wiem… – Babcia podrapała się po głowie. – Tak dawno cię nie widziałam, a za dwie godziny przyjeżdża po mnie Renia. Miałam dziś u niej nocować, bo rano wyjeżdżamy jej autem, od niej jest bliżej na wylotówkę.

– W takim razie mamy dwie godziny dla siebie. Zdążę poopowiadać ci to i owo i uściskać ze sto pięćdziesiąt razy.

Oczywiście babcia nie odpuściła tak łatwo i jeszcze przez chwilę musiałam ją urabiać. W końcu stanęło na tym, że Renia jednak przyjedzie po nią rano, więc zyskałyśmy dla siebie cały wieczór.

Kiedy skończyłam opowiadać babci, co u mnie, przyszła kolej na nią. I tym sposobem, od słowa do słowa, poprosiłam, żeby wkręciła mnie w świąteczny wolontariat w fundacji. Pomyślałam, że smutno mi będzie tu samej, a zawsze lubiłam spotkania z dzieciakami w szpitalach i placówkach opiekuńczych. Co prawda sama byłam wtedy dzieciakiem, ale kto powiedział, że dziewiętnastoletnia dziewczyna też nie może się czasem powygłupiać? Poza tym miło jest widzieć uśmiechnięte buzie maluchów, którym życie na co dzień daje w kość.

Babcia na drugi dzień wyjechała, zostawiając mi namiar do asystenta pani Fergusson, Adriana. Starszy ode mnie o zaledwie dwa lata chłopak bardzo ucieszył się z mojej oferty i już nazajutrz wylądowałam w jego biurze, żeby zapoznać się z moimi obowiązkami i grafikiem. Tym sposobem zostałam elfem, a właściwie elficą lub elficzką. Jak kto woli.

I żeby nie było – to nie zielony strój wywrócił moje życie do góry nogami. Ten jedynie lekko uwierał mnie w cyckach. Szok wywołało coś zupełnie innego. A właściwie nie coś, tylko ktoś.

10 grudnia

OLIWIA

Adrian wdrożył mnie we wszystko, po czym zaprowadził do biura syna państwa Fergusson, którzy właśnie przebywali w jakiejś służbowej podróży i na ten czas przekazali mu pieczę nad fundacją.

Adrian bardzo lubił Maksymiliana i wyrażał się o nim w samych superlatywach. Nie licząc wzmianki o jego słabości do pięknych blondynek. Nie wiedzieć czemu po drodze ostrzegł mnie przed tą cechą, zerkając przy tym na moją jasną czuprynę.

– Spokojnie – odparłam z uśmiechem. – Obecnie jestem na etapie nienawidzenia męskiej płci. Zerwałam z chłopakiem, a moja matka związała się z jakimś podejrzanym typem, przez co się pokłóciłyśmy i uciekłam z domu.

– Jak to: uciekłaś z domu? – Chłopak wyraźnie się przejął.

– Normalnie. Spakowałam plecak, zegarek Bossa i torebeczkę Diora, bo zamierzam je sprzedać, żeby opłacić hostel. Spanie na dworcu jakoś mnie nie zachwyciło. Ludzie co prawda dają spoko jedzenie, gdy tylko wyciągnę dłoń, ale plecy i dupsko mnie już bolą od spania na twardym.

Bawiłam się wybornie, obserwując konsternację na twarzy Adriana. Od jakiegoś czasu myślałam o zostaniu aktorką i lubiłam sobie poćwiczyć na żywo.

– Olive, to przecież niebezpieczne! Myślałem, że zatrzymałaś się u babci. Jak to się stało, że…

– Nie chcę obarczać babci moimi problemami. – Stanęłam i obdarzyłam go poważnym spojrzeniem. – Nikomu ani słowa, Adrian. Poza tym mam już kupca na tę torebkę Louisa Vuittona, więc…

– A nie Diora? – Uniósł brew.

– Damn it! – zaklęłam. – Znów poległam na takiej pierdole.

Kiedy napotkałam pytający wzrok Adriana, łaskawie wyjaśniłam mu moje aktorskie zapędy, na co odetchnął z ulgą. Mimo wszystko chyba jednak nieźle mi szło, skoro ludzie coraz częściej się nabierali.

W końcu dotarliśmy do pokoju zajmowanego przez syna państwa Fergusson. Adrian zaanonsował mnie i… na wejściu potknęłam się o wykładzinę, padając jak długa u stóp mojego szefa. Gdy chwyciłam jego dłoń i uniosłam głowę, przepraszający uśmiech na mojej twarzy ustąpił grymasowi złości.

– Miło mi cię poznać. – Maksymilian zaprezentował szereg białych zębów. – Efektowne wejścia to twoja specjalność, czy może zrobiłem na tobie aż takie wrażenie?

– Aż zwaliło mnie z nóg. – Wykrzywiłam się z niesma­kiem.

Nie wiedzieć dlaczego, obaj uznali to za niezły żart i wybuchnęli śmiechem. Od niczego nieświadomego Adriana nie oczekiwałam błyskotliwości, ale ten dupek powinien załapać ironię. Mrużyłam złowrogo oczy, przekazując mu niewerbalnie moją „radość” z naszego ponownego spotkania, ale zdawał się tego zupełnie nie dostrzegać. Pogrążył się przez chwilę w rozmowie z Adrianem, co zirytowało mnie jeszcze bardziej.

A więc to tak będziemy się bawić?! Będzie udawał, że mnie nie zna, i jeszcze bezczelnie podrywał przy personelu? Niedoczekanie jego!

Miałam ochotę oznajmić, że źle się czuję, po czym zrezygnować z wolontariatu, ale w tym samym momencie usłyszałam, jak Adrian wspomina aż o dwóch osobach, które właśnie to ostatnio zrobiły i… zmiękłam. Cholera. Te biedne dzieciaki zasługują na moje poświęcenie. Poza tym nie mogę pozwolić, żeby kolejny dupek zagonił mnie do kąta. Koniec z pochlipywaniem przez facetów! Będę nosić głowę wysoko i ignorować Maksymiliana w każdej sekundzie. Może dotąd żadna blondyneczka mu się nie oparła, ale ja się nie dam – po pierwsze dawno przejrzałam go na wylot, po drugie oszukana ze mnie blondynka. Farba na szczęście nie wypłukuje szarych komórek.

Godzinę później siedziałam w mieszkaniu babci i obmyślałam plan. Postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Będę pomagać w fundacji, co oczywiście mnie cieszyło, ale jednocześnie doprowadzę tego dupka do szewskiej pasji. Zmażę z tej jego ślicznej facjaty uśmieszek, podkopię pewność siebie i… coś tam jeszcze, nad czym pomyślę jutro, jak tylko wstanę.

Poranna kawa działała na moje szare komórki pobudzająco, a – jak wspomniałam – jeszcze trochę mi ich zostało.

Wieczorem wolałam skupiać się na mało kreatywnych czynnościach, jak popijanie wina czy drapanie Antonia za uchem.