Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Życie pisze czasem zaskakujące scenariusze, ale czy miłość jest możliwa w każdym wieku?
Wszystko zaczęło się od jabłka. Wypadło Ewie z rąk i potoczyło się wprost pod stopy… Adriana. Przypadkowa znajomość z dużo starszym mężczyzną zaowocuje dużymi zmianami w życiu bohaterki. Czterdziestoośmioletnia wdowa, która dziesięć lat temu straciła w wypadku męża i synka, nawet nie myślała o nowym związku. Aż do teraz. Czy odnajdzie miłość w ramionach nieśmiałego, tkwiącego w nieszczęśliwym małżeństwie Adriana i pomoże mu uwolnić się od toksycznej żony? A może ich relacja będzie dla Ewy jedynie etapem na drodze do znalezienia prawdziwego szczęścia?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 234
Data ważności licencji: 5/12/2030
Książki Grażyny Mączkowskiej,
które ukazały się w Wydawnictwie Replika:
Tajemnice różanego ogrodu
Stajnia ze świerszczem
Copyright © Grażyna Mączkowska
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Joanna Podolska
Korekta
Joanna Zientek
Projekt okładki
Iza Szewczyk
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-77-0
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań
www.replika.eu
Rozdział 1
W dziale z owocami nabrałam ochoty na jabłka. Kusiły mnie te bardziej rumiane, i chociaż cztery upatrzone wybierałam najostrożniej, jak tylko się dało, tym leżącym na wierzchu i tak zafundowałam efekt domina. Kto to słyszał, żeby układać owoce w skrzynkach ustawionych nawet w niewielkim nachyleniu? Jedno jabłko od razu spadło na posadzkę i potoczyło się tak daleko, że straciłam je z pola widzenia. Na szczęście błyskawicznie całą sobą przywarłam do skrzynki, uniemożliwiając ucieczkę kilku innym. Tymczasem tamto niesforne jabłko dało początek tej historii.
Z owocami w plecionej sznurkowej siatce ruszyłam do regału z pieczywem i wtedy przede mną stanął On – bez słowa, z jabłkiem na dłoni wyciągniętej w moim kierunku. Najpierw zlustrował zawartość siatki trzymanej przeze mnie w ręku – chyba chciał mieć pewność, że zwraca je właściwej osobie. A może oceniał mój wiek? Przez chwilę pragnęłam, aby ujrzał we mnie czterdziestolatkę, a nie prawie pięćdziesięciolatkę, którą będę za półtora roku. Odezwała się moja zwyczajna próżność. Nie wiedziałam dlaczego, gdyż on i tak wyglądał na mężczyznę dużo starszego ode mnie.
Wolno i również w milczeniu, za to z mocno udawanym onieśmieleniem i dla autentyczności tego stanu z lekko spuszczoną głową w stylu księżnej Diany wzięłam jabłko od nieznajomego, czując się główną bohaterką poruszającego melodramatu. A może komedii romantycznej? Poznałam tylko początek filmu, który w zwolnionym tempie emitowała moja wyobraźnia, gdyż po chwili w głowie zaczęły mi wybrzmiewać słowa nieżyjącej już babci, która snuła biblijne opowieści, gdy byłam dziewczynką: „Zerwała zatem z drzewa jabłko, sama skosztowała, a następnie podała Adamowi, który zjadł je. A wtedy dostrzegli, że są nadzy. Z gałązek figowych zrobili sobie przepaski, by zakryć swój wstyd”[1].
W babcinych opowieściach to Ewa podała jabłko Adamowi, a nie na odwrót, więc nie miałam pojęcia, dlaczego akurat takie wspomnienia przywołała moja pamięć. Może dlatego, że mam na imię Ewa? Ale czy to ważne, kto komu podał jabłko? Grzech pierworodny popełnili oboje w takim samym stopniu, tylko przez tysiąclecia męskich rządów za tego typu „postępki” przede wszystkim winiono niewiastę jako prowodyrkę od zarania dziejów stawianą niżej w hierarchii dwupłciowej egzystencji. Niewiernej kobiecie przypisano nawet poniżające ją odpowiednie miano. Chociaż do grzechu niewierności potrzebne są dwie osoby, to w najgorszym wypadku mężczyzna był nazywany „niewiernym”lub „pokuszonym” przez „złą” kobietę, oczywiście. I tak zostało do dziś. A jak nazywano kobietę, która uczyniła to samo, co mężczyzna? Nawet nie chcę wymawiać tych wulgaryzmów, by nie kalać nimi mojego pogodnego usposobienia.
Wpatrywałam się w jabłko od Niego, które już leżało w mojej niedomkniętej dłoni, i wyraźnie ujrzałam obrazek z ilustrowanej Biblii, dziesiątki lat temu pokazany mi przez matkę mojej matki. Scenę bajeczną, niezwykle barwną, jednak przez babkę uważaną za tragiczną – Adama i Ewę, zawstydzonych i nagich. Według mojej świętej pamięci przodkini – ukaranych i upokorzonych, według mnie – uszczęśliwionych. Bo czyż początkowi każdej miłości, a nawet tylko pierwszego wzajemnego zauroczenia nie towarzyszy pożądanie i chęć jak najszybszego ujrzenia wzajemnej nagości oraz nieodparta ciekawość każdego zakamarka swoich ciał?
W rajskim ogrodzie sprzyjało im wszystko! Byli jedyni, samiuteńcy! Mogli biegać nago wśród ptactwa, motyli, bujnej zieleni i przyjaznych im dzikich zwierząt – młodzi, zdrowi i silni. Pożądający się, więc pełni seksualnego napięcia. Mogli się śmiać w głos i kochać bez końca, kiedy tylko chcieli i jak tylko chcieli. W słońcu i przy księżycu, aż narodziły się im dzieci.
Wówczas moja babka nie dawała za wygraną:
– Byli wygnani z Raju.
– No to co?! – Już jako licealistka broniłam swoich poglądów. – Byli jedyni, gdziekolwiek się udali po wygnaniu. Nie znając żadnych teorii i nie mając wzorców, uczyli się siebie instynktem oraz intuicją. Byli nieskażeni narzuconymi zasadami, więc nawet nie znali pojęcia wstydu. To coś najwspanialszego, babuniu!
– Tylko, że zakazane jabłko oznacza zupełnie coś innego, dziecko – dodała tajemniczo babcia. – I wstyd również, nawet wygnanie z Raju jest symboliczne.
I wtedy ja, dziewczę, zaczęłam zgłębiać sens jej słów, zastanawiając się nad symboliką prastarych wydarzeń i postępowaniem pierwszych grzeszników – dla mnie pierwszego na świecie ludzkiego zakochania się – więc nie widziałam w tym nic złego.
Gdy jeszcze bardziej podrosłam, w babci biblijnych opowieściach doszukałam się zbyt wielu niejasności, a nawet absurdów. Pytałam na przykład, skąd wzięli szaty w Raju? Musieli je mieć, skoro za karę stali się nadzy.
Pewnego razu, gdy poszłam do niej z kolejnymi wątpliwościami, staruszka przyznała, wpatrując się w moje nastoletnie niebieskie oczy – według niej inteligentne – że każdy dzień stwarzania świata może oznaczać milion lat, bo dzień to tylko przenośnia, którą ludziom łatwiej ogarnąć umysłem. Odetchnęłam wówczas z ulgą, dumna ze swojej dziewczęcej ciekawości i analitycznego podejścia do wielu spraw. Nie łykałam ślepo wszystkiego, co było opinią innych, a przede wszystkim domniemaniem, przypuszczeniem czy podejrzeniem. Zawsze lubiłam sama sobie kreślić ścieżki, stroniąc od tych zatłoczonych. Już wtedy miałam własne poglądy, które wielu bulwersowały, oraz teorie zadziwiające innych, którymi śmiało obalałam te znane i wpajane ludziom od wieków. Pytałam nawet:
– A dlaczego Adam i Ewa, a nie Ewa i Adam?
Ta narzucona kolejność płci już wtedy budziła we mnie bunt, chociaż miałam dopiero kilkanaście lat.
Tymczasem Adam – tak nazwałam milczącego mężczyznę od jabłka – po moim podziękowaniu skinieniem głową odszedł. Jeszcze szepnęłam do babci w zaświaty, że może w raju to Adam dał jabłko Ewie? Przecież to tylko ludzka wyobraźnia, a precyzyjniej – męska, stąd więc to odwieczne winienie za całe zło nas, żeński ród. Staruszka nie odpowiedziała. Czyżby dzięki mojej dociekliwości nareszcie zaczęła samodzielnie myśleć i dopiero po swojej śmierci przestała ślepo wierzyć we wszystko, co napisane, i w zależności od sytuacji odpowiednio ukierunkowane na płeć? Milczenie może oznaczać przytaknięcie, czyż nie?
Między sklepowymi regałami stała wpatrzona we mnie kobieta. Adam ruszył w tamtym kierunku, a ja tylko na chwilę spojrzałam w jej oczy – ciemne, przenikliwe i złowrogie. Ich zimno poraziło mnie dreszczem. Nie wiedziałam od razu, że mężczyzna szedł do niej, aż z jej rąk wziął prawie pusty koszyk na zakupy. Spojrzała na Adama, a potem znów na mnie.
Zakręciłam się na pięcie i energicznie ruszyłam w stronę kas, chcąc jak najszybciej wymazać z pamięci nieprzyjemny chłód spojrzenia tamtej kobiety i jej przeraźliwie kamienną twarz. Typowo apodyktyczną twarz przywódczyni nieuznającej kompromisu ani sprzeciwu. Byłam pewna, że wszystko ją drażni, a ton głosu ma rozkazujący. Przeszkadza jej wiatr i rozbawione dziecko, ktoś za blisko niej stojący i zbyt głośno oddychający. Irytuje ją czyjś kaszel i głośniejsze wydmuchiwanie nosa oraz żarty, których, przy braku poczucia humoru nie uznaje, a w pracy gładkie płytki na posadzce. Wyczuwałam to intuicyjnie pod wpływem jej mrocznej aparycji. Współczułam wszystkim osobom, które były zmuszone do obcowania z nią – w domu, w pracy czy w sąsiedztwie. Nawet tym, które przypadkowo zasiadały obok niej w kinie, w restauracji czy na koncercie. Ona powinna żyć na bezludnej wyspie! Współczułam Adamowi.
Gdy wyszłam ze sklepu, znów ujrzałam tę romantyczną sytuację, jak podawał mi jabłko na dłoni.
„A w ogóle, to dlaczego rajska para nie zakryła miejsc intymnych listkami jabłoni, tylko figowymi, skoro stali pod jabłonką?” – zapytałam nieboszczkę babunię.
„A kto ich tam wie, jak naprawdę było? Ponoć stali obok figowca i zjedli figę, a nie żadne jabłko. Skoro już mówimy o figach – pamiętasz, Ewuniu, jak na urodziny kupiłaś mi czerwone, koronkowe figi? Mnie, już starej! Specjalnie koronkowe i za małe. Wiedziałaś, że oddam je tobie, a prezent będziesz miała z głowy”.
Moja ukochana babcia, nawet gdzieś tam, hen, w miejscu niesprecyzowanym, wciąż była taka, jak za życia. I z jaką pamięcią!
„Babciu, kocham cię!” – bezgłośnie wyznałam jej uniesionymi w niebo oczami.
„Znajdź sobie w końcu faceta!” – staruszka odkrzyknęła do mnie zza chmur.
No coś takiego!!! Właśnie tego samego chciała moja teściowa, gdy zostałam wdową! Babunia w niebiosach musiała się z nią widywać, bo skąd taka rada? Normalnie się zmówiły. Dwie na jedną… Oj, nieładnie, dziewczynki. Za ten spisek o mało co nie wypomniałam jej tych wszystkich bombonierek, które wręczała mi na urodziny lub Dzień Dziecka, z brakującymi w środku dwoma czekoladkami, ale nie chciałam wyjść na pamiętliwą.
W mojej głowie wciąż miałam wyraźny obraz twarzy mężczyzny z nieśmiałym uśmiechem, na jednej połowie ust bardziej widocznym, na drugiej prawie wcale, który nie był ani przejawem radości z naszej grzesznej i prawie biblijnej sceny, ani dobrego humoru. Był jakby na stałe przyklejony do jego ust. Uśmiech bez udziału mężczyzny, mimowolny i niepokojący. Nieoznaczający zadowolenia, lecz chory, ukazujący ból istnienia. Taki, który miał za zadanie zaprzeczyć trudom jego życia i jakimś długotrwałym lękom. Uśmiech bezsilności i uciemiężenia, niemo wołający o pomoc.
[1] Na podstawie sceny z Księgi Rodzaju.
Rozdział 2
Po kilku miesiącach spotkałam Adama w miejskim domu kultury po prelekcji na temat historii miasta. Wykład trwał niecałą godzinę, po czym chętni mogli nabyć okazjonalne foldery wydane przez ratusz. Zaopatrzona w cienką broszurkę z kredowego papieru ruszyłam w stronę holu i wtedy go ujrzałam. Pozdrowiliśmy się z daleka niemym skinieniem głów. Zastanawiałam się, czy on w ogóle potrafi mówić? Może był niemową?
Wokół powstawały niewielkie kręgi znajomych. Pozdrawiali się, witali, niektórzy nawet przytulali i udawali, że się całują w policzki. Obok, w nieznanym mi towarzystwie, stanął Adam. Rozpoznałam również stojącą tuż przy nim kobietę ze sklepu. Chociaż tylko zerknęłyśmy na siebie, to znów ujrzałam nieprzyjemny ziąb jej oczu, przez kilka sekund nawet poczułam to dźgające spojrzenie głęboko w sobie, jak wtedy, podczas zakupów.
Ja również spotkałam kilkoro znajomych. Wszyscy się witali z serdecznością szczerą lub udawaną, bo wypadało się przywitać i zagadać. Rozmawiali o nadchodzącej sobocie, o pogodzie i o ogromnej historycznej wiedzy prelegenta, lecz ja byłam daleka od wymiany zdań, ponieważ dyskretnie zerkałam na Adama. Był tak blisko…
Miałam go na widoku. Nie włączył się do rozmowy. Stał z tym niepokojącym uśmiechem, już mi znanym – smutnym i stałym. Za to ona oddawała się pogawędkom. Nawet zaśmiała się głośno, ale ten śmiech uznałam za wymuszony na płucach. Nie dawałam wiary jej radości. Nie była spontaniczna. Pomyślałam, że najwyraźniej jestem do kobiety uprzedzona.
W pewnym momencie, gdy rozmowa na chwilę ustała, Adam powiedział:
– Żono, może już pójdziemy do domu?
Potrafił mówić!!! Po raz pierwszy usłyszałam jego głos. Brzmiał jak prośba wypowiadana z lękiem.
Ona tylko na chwilę przeniosła wzrok na mężczyznę. Nic nie odpowiedziała, jakby go w ogóle nie było i jakby nie było jego prośby. Po jego słowach już odważnie spojrzałam kobiecie w twarz. Jej oczy były małe, głęboko osadzone i nazbyt czujne. Ciemne, mocno rozbiegane i lustrujące, a pod nimi ujrzałam wyraźną opuchliznę.
„Na worki pod oczami można sobie zapracować jakością życia i nastawieniem do niego, tak samo jak na rysy twarzy” – przypomniałam sobie zdanie niedawno przeczytane w artykule prozdrowotnym. Wiedziałam, że tego typu opuchlizna ma podłoże chorobowe, ale przecież najpierw zapracowuje się na te właśnie choroby niezdrowym jedzeniem, niską aktywnością i pesymistycznym podejściem do życia, czego dopiero dalszym skutkiem bywa podoczna opuchlizna. Właśnie to miał na myśli autor artykułu. Ludzie cieszący się życiem i optymistycznie podchodzący do niego, serdeczni dla innych, nie są skłonni do chorób, tak jak ci wiecznie narzekający, nienawistni, przepełnieni zazdrością i brakiem miłości.
I te oczy – dwoje ich, a jakby dookoła głowy kobiety. Doznałam pewności, że jest osobą, która wszystko musi mieć pod kontrolą, każdy ruch i słowo, Adama również. Kimś, kto wybitnie dba o swój publiczny wizerunek. Współczułam mu po raz drugi. Kim była ta odrażająca kobieta? Więzienną klawiszką?
W szatni panował gwar. Jeszcze po wyjściu z domu kultury przez chwilę rozmawiałam ze znajomymi na chodniku, potem poszliśmy na parking, by odjechać do swoich domów. Prowadząc samochód, wciąż widziałam Adama. Chciałam poznać jego imię. Wiedzieć, kim jest, gdzie pracuje, gdzie mieszka i przede wszystkim – czy jest szczęśliwy? Czułam, że nie. Ciekawił mnie powód jego rzucającej się w oczy nieśmiałości i mimowolnego półuśmiechu.
* * *
W domu wyjęłam album ze zdjęciami z czasów, gdy fotografia cyfrowa była nowością, wciąż utrwalało się momenty z życia na kliszy i wywoływało u fotografa, a potem umieszczało je w albumach. Tylko jeden dokumentował moją znajomość z Wiktorem i nasze krótkie małżeństwo, które trwało zaledwie dziesięć lat. Potem mój mąż zginął w wypadku samochodowym wraz z naszym synkiem – jedynym dzieckiem. Kolejne trzy lata upłynęły mi w ogromnym smutku na wspomnieniach, pretensjach do losu i tęsknocie.
Nie miałam pojęcia, że czas mijał, ponieważ zatrzymałam się w przeszłości, w której przebywałam najchętniej – bez słońca, bez kwiatów, bez ciepła i barw, bez pór roku. Żyłam otoczona czarną mgłą jak gęstym smogiem, żałując, że wtedy i ja nie pojechałam z nimi. Aż ten ból wzięła w swoje ręce Łucja, moja teściowa. To jej zawdzięczam powrót do żywych, bo ja życia w ogóle nie czułam. Za rękę prowadziła mnie do psychiatry, potem do psychologa, na spacery, na wernisaże różnych miejskich wystaw, zabierała nad morze i w góry. Pilnowała, bym przyjmowała leki. Była najwspanialszą osobą pod słońcem, oczywiście zaraz po Wiktorze i naszym synku.
– Musisz żyć, Ewuniu – powiedziała do mnie pewnego dnia.
– Po co? – odparłam jak zwykle z rezygnacją.
– Wiktor kochał cię miłością największą. Byłaś sensem jego życia. Jeśli tam coś istnieje – uniosła głowę i wysunęła brodę ku sufitowi, bo w obu dłoniach trzymała kubek z herbatą – to on martwi się, jak nie wiem co, widząc cię taką: bez radości, przybitą i nieszczęśliwą. Czy chcesz, żeby i on cierpiał? Musisz żyć również po to, żebyś pamiętała o Wiktorze i naszym Tymonku. Aby zdjęcia i pamiątki po nich miały dla kogoś wartość, a mają jedynie dla ciebie i dla mnie, bo tylko my dwie zostałyśmy. A ja, sama wiesz…
Łucja zmarła po tym, jak na nowo obudziła we mnie życie. Zupełnie jakby oddała mi całą swoją energię. Tuż przed śmiercią wymogła na mnie przysięgę, że jeśli tylko spotkam kogoś dobrego, opiekuńczego, ze szczerymi uczuciami do mnie, to nie będę się wzbraniać przed tą znajomością ani przed miłością. Musiałam jej to obiecać, by odeszła spokojna o mnie, więc obiecałam. Niestety, nie spotkałam nikogo takiego. Zresztą nigdy nie szukałam mężczyzny, nawet nie wierzyłam, że istnieje ktoś dla mnie. W ogóle o tym nie myślałam.
Minęło dziesięć lat, odkąd straciłam synka i męża. Powoli nabierałam apetytu na bycie szczęśliwą. Po latach, będąc czterdziestoośmioletnią wdową z tragicznymi wspomnieniami, coraz mocniej odczuwałam w sobie ogromną wolę życia. Zrozumiałam słowa teściowej – wspaniałej kobiety. Miała rację. Zawsze będę pamiętać o moich ukochanych mężczyznach. Chciałam żyć, aby Wiktor czerpał przyjemność z mojej pogody ducha. Nie rozmyślałam już tak często jak kiedyś o nim ani o naszym dziecku, ale obaj są ze mną, zawsze i wszędzie. Widzą, czy się smucę, czy jestem szczęśliwa. Chciałam, by patrzyli na mnie z zadowoleniem. Człowiek smutny, płaczący czy nieszczęśliwy u nikogo nie wywoła uśmiechu na twarzy, tylko współczucie, lęk i troskę. Osoby przygnębione gaszą uśmiech na ustach innych. A ja pragnęłam, aby moim chłopcom było przyjemnie, gdy z góry zerkają na mnie, bo radość jest zaraźliwa. Czasem przywoływałam w pamięci ich twarze, które zawsze mieli roześmiane. Śmialiśmy się we troje – Tymonek, Wiktor i ja. Tylko tyle mogłam im dać.
„Żono, może już pójdziemy do domu?” – tamte słowa znów niepokojąco wybrzmiały w mojej głowie. Słowa nieśmiałe, przepełnione lękiem, wypowiedziane bardzo oficjalnym tonem, jak służbowe zapytanie. Wiktor nigdy się tak do mnie nie odezwał. „Żono moja” – czasem padało w żartach, gdy się wygłupialiśmy. Byłam dla niego Ewunią, Ewką, Ewcią, nawet Ewikiem. Będąc w towarzystwie, często przygarniał mnie do siebie ramieniem i pytał: „Prawda, Ewuniu?”. Tak ładnie do mnie mówił. Ja również pytałam go: „Prawda, kochanie?”. Gdyby Wiktor zadał mi takie pytanie jak Adam, odpowiedziałabym z uśmiechem: „Dobrze, kochanie, idziemy do domu”.
Razem się śmialiśmy i oboje lubiliśmy zabierać głos w gronie znajomych. Potrafił być zabawny. Oczy Wiktora były niebieskie, roześmiane i szczęśliwe. Oczy mojego męża kochały życie, niczego się nie bały. Pozwoliłam mu być mężczyzną, nie zmieniając go na swoje podobieństwo, jak robi wiele kobiet. Szanowałam jego męskie upodobania i zachowania, chociaż nie zawsze je rozumiałam. Niektóre nawet czasem mnie drażniły, ale z tymi też nie walczyłam. Przymykałam na nie oko. Związałam się z mężczyzną – kimś zupełnie innym ode mnie, ale niczego w nim nie tępiłam. Był autentycznym, wartościowym facetem.
Miałam pewność, że małżeństwo Adama było jego brzemieniem, niewolą i ciężarem. Że kobieta z oczami dookoła głowy wyprała go z męskości, przerabiając według swojego upodobania. Przedstawiał sobą całkowicie zgaszonego mężczyznę.
Rozdział 3
Adam szedł naprzeciwko mnie. Niósł ciemną tkaninową siatkę wypełnioną w połowie. Zauważyłam, że zwolnił kroku. Dla mnie odległość między nami i tak zmniejszała się zbyt szybko, gdyż chwilę, gdy zachowywaliśmy dystans, chciałam poświęcić na dokładne przyjrzenie się mężczyźnie. Był siwy, dość szczupły, z tylko delikatnie zarysowanym brzuszkiem. Miał czarne spodnie i czerwony sweter, spod którego wystawała wąska biel kołnierzyka koszuli. Ujrzałam znany mi uśmiech, który od pierwszego naszego spotkania niepokoił mnie i skłaniał do rozmyślań o nim. I oczy bez blasku.
Stanęliśmy naprzeciw siebie.
– Dzień dobry – pozdrowiłam go pierwsza.
– Dzień dobry – odpowiedział bez żadnego słowa więcej.
– Mam na imię Ewa – przedstawiłam się, wyciągając do niego rękę. – A ty? – szybko dodałam na wypadek, gdyby nie miał zamiaru ujawnić mi swojego imienia, tylko kontynuować marsz w zamierzonym kierunku.
– Adrian. – Podał mi dłoń. Jego uścisk był delikatny, co oznaczało, że brakowało mu pewności siebie.
– Bardzo mi miło. Nie znam innego Adriana – mówiłam ucieszona, śmiało patrząc mężczyźnie w twarz, by zobaczyć jego spontaniczny uśmiech.
– Ja też nie znam – powiedział tylko i nareszcie bardziej się uśmiechnął!
– Wiesz, pójdę kawałek w twoją stronę, przejdę na następnych pasach i tamtędy wrócę na parking. – Dłonią wskazałam w dal, rozgadana, z zamiarem dodania swobody i lekkości naszemu przypadkowemu spotkaniu. – Będziemy mogli chwilę porozmawiać. Nie masz nic przeciwko temu?
– Oczywiście – powiedział tylko.
Był małomówny i potwornie onieśmielony. Nie zainicjował żadnego tematu. To ja zapytałam go, gdzie mieszka, czy samochód też ma na tym samym parkingu co ja i wspomniałam prelekcję, na której byliśmy oboje. Odpowiadał skąpo.
– Przy okazji poznałam twoją żonę, chociaż tylko z daleka – zaczęłam, lecz on tego nie skomentował.
Rozmowa się urwała, za to w głowie usłyszałam prośbę mojej nieżyjącej teściowej, abym się nie broniła przed dobrym mężczyzną. Nawet ujrzałam jej wyraz twarzy i tamto błagalne spojrzenie, już wyraźnie gasnące. Posłałam jej myśl, że Adrian ma żonę i jeszcze nie wiem, jaki jest. Prawie na głos dodałam, że żonatych nie tykam. Tak mnie to rozśmieszyło, że swoje rozbawienie zakryłam dłonią.
– Z czego się śmiejesz? – zapytał. Nareszcie coś powiedział sam z siebie!
– Przepraszam cię, przypomniałam sobie rozmowę z moją teściową. Dała mi radę, gdy jeszcze żyła. Nieważne… to naprawdę nieważne. Nie wiem, skąd właśnie teraz takie wspomnienia. Jestem sama, nie mam tu rodziny, więc czasem rozmawiam ze zmarłymi krewnymi. Nie zrozum mnie źle, nic z wywoływania duchów czy innych spirytystycznych spektakli, o nie. Po prostu nieraz wracają do mnie nasze rozmowy sprzed lat, sytuacje z dzieciństwa. W tej chwili przypomniałam sobie, co Łucja powiedziała mi o mężczyznach.
– Aha – odpowiedział Adrian i podeszwą pantofla zaczął rysować na bruku jakieś nierozszyfrowane przeze mnie znaki, gdyż ponownie się zatrzymaliśmy. Nie zapytał o radę mojej teściowej, ponieważ zainteresowało go zupełnie coś innego. – Jesteś sama? Przepraszam za to pytanie, czyli męża też nie masz?
– Nie mam. Nie mam krewnych ani dzieci. Tylko znajomych z widzenia. Z osiedla. Takich wiesz, do pozdrawiania się na klatce schodowej, czy na ulicy. Od dziesięciu lat jestem wdową.
Mówiąc to, patrzyłam mu w oczy z nadzieją, że informacja o braku męża rozjaśni jego twarz choćby delikatnym uśmiechem. Nie dlatego, że byłam wdową, ale dlatego, że o dość osobistych sprawach nie rozmawiał z mężatką, lecz z kobietą niezwiązaną z żadnym mężczyzną.
– Przykro mi – powiedział z powagą w głosie i przeniósł wzrok na moją twarz.
Przez chwilę oboje w ciszy wpatrywaliśmy się sobie oczy.
– Podam ci mój numer telefonu, może kiedyś pogadamy, bo tak na ulicy… Albo nawet umówimy się na kawę? – powiedziałam, gdy znów ruszyliśmy przed siebie, szybko uznając, że chyba zwariowałam. Ale, gdy przypomniałam sobie twarz jego żony, to chciałam z nim pójść na kawę! Wstydziłam się przyczyny swojego pragnienia, bo chyba miałam zamiar zrobić na złość tamtej kobiecie za to, jakim zabójczym wzrokiem wtedy na mnie patrzyła. Pokazać wiedźmie, że nikt nie może być niczyją własnością!
Moja świętej pamięci babunia, widząc zachowanie swojej bardzo dojrzałej wnuczki, pewnie przewracała się w grobie. Przez chwilę wyobraziłam to sobie, ale tylko przez maleńką chwilkę, ponieważ zaraz przypomniałam sobie, że babcia na własne życzenie została skremowana, nie mogła więc już wykonywać żadnych ruchów.
Wolno szłam do samochodu. Obiecał, że przyśle mi SMS-a.
– Trzymam cię za słowo! – odwróciłam się i jeszcze krzyknęłam za odchodzącym Adrianem. – Bo jak nie, to ja napiszę do ciebie!
Uniósł tylko dłoń na znak zgody i zniknął za rogiem szarej kamienicy.
* * *
Wiadomość od Adriana nadeszła następnego dnia koło południa:
Dzień dobry. Pozdrawiam z pracy. Miło było Cię poznać. A.
Ta krótka treść bardzo mnie ucieszyła. Ale żeby aż tak bardzo?! Adrian miał żonę, nawet nie był przystojnym mężczyzną. Był przeciętnej urody i ewidentnie dużo starszy ode mnie. Trochę pucołowaty. Z pewnością dobiegał sześćdziesiątki albo nawet dawno ją przekroczył. Zwyczajny mężczyzna niczym niewyróżniający się w tłumie, lecz ten jego tajemniczy półuśmiech… Jak u Mona Lisy – nikły, nieznacznie asymetryczny, coś skrywający, jakby tylko udający zadowolenie.
Od razu wstukałam wiadomość:
Fajnie, że napisałeś. Umówmy się na kawę, aby porozmawiać dłużej. Ja też pozdrawiam Cię z pracy. E.
Po jej wysłaniu uznałam, że z propozycją spotkania wyrwałam się jak filip z konopi, zbyt wcześnie, bo w ogóle nie miałam ochoty na romanse, randki ani tym podobne sprawy. Jednak znów żona Adriana nie dawała mi spokoju – czy zamierzałam zrobić jej na złość? Sama nie wiedziałam. Może tak? Ale przecież nie miała się dowiedzieć o naszych rozmowach, wspólnie wypitej kawie albo spotkaniach, gdyby doszły do skutku. Pragnęłam tylko poczuć satysfakcję. Za wszystkie jej spojrzenia jak sztylet wbity w moją pierś. I za smutny uśmiech jej męża, bo jeśli miał poważne problemy, to żona powinna go wspierać, być z nim, kochać go jeszcze bardziej, by dodać mu sił i otuchy.
Wiktor zawsze mnie wspierał. Ocierał moje łzy, okrywał kocem, przynosił herbatę z miodem i cytryną oraz ciepło przemawiał do rozsądku. To samo robiłam ja, gdy to on doświadczał gorszych dni czy problemów w pracy.
Adrian, z tak zalęknioną twarzą i książkowym uśmiechem jak u DDA[2] nie mógł mieć oparcia w żonie. Byłam tego pewna!
Po kilku minutach ponownie usłyszałam sygnał przychodzącej wiadomości. Po znajomości z Adrianem niczego się nie spodziewałam, niczego poważnego nie planowałam oprócz wypicia kawy, może spaceru czy pogawędki, a jednak moje serce zareagowało szybszym biciem.
Z ogromną przyjemnością wypiję z Tobą kawę. A.
SMS-a kończyła uśmiechnięta buźka emotki. Przez dłuższą chwilę patrzyłam na nią, wyobrażając sobie szeroki uśmiech Adriana. Czy on w ogóle umiał się tak śmiać? Byłam uszczęśliwiona i przez następną godzinę nie potrafiłam skupić się na treści książki, którą dostałam od wydawnictwa. Pracowałam jako redaktorka, zajmując się poprawą jakości tekstu poprzez eliminowanie różnego rodzaju błędów – ortograficznych, gramatycznych, interpunkcyjnych czy stylistycznych. Tekst wymagał uważnego czytania.
Niestety, było to czytanie mechaniczne, gdyż moje myśli krążyły wokół Adriana i naszej wspólnej kawy. Walczyłam z chęcią wysłania kolejnej wiadomości. Kilka minut, pół godziny, trzy kwadranse… Jednak maleńki, słoneczny uśmiech sztucznej inteligencji mnie pokonał.
Perspektywa wspólnej kawy nie pozwala mi się skupić na pracy. Cieszę się!!! E.
Również dołączyłam uśmieszek. Po napisaniu wiadomości od razu ją wysłałam. Wiedziałam, że po ponownym jej przeczytaniu mogłabym zmienić tekst, a nawet rozmyślić się i go skasować.
Czy możesz zdradzić, na czym polega Twoja praca? Bo zaczynam mieć wyrzuty sumienia. A.
Korespondowaliśmy ze sobą! A może nawet zaczęliśmy flirtować? Zdalnie, ale w obecnych czasach to coś normalnego. Zalotność treści maila czy SMS-a, uniesienia podczas ich czytania – czyż to nie jest flirt?
Czułam, że wzrosło mi cieśnienie krwi. Wiadomość przeczytałam kilka razy. „Bo zaczynam mieć wyrzuty sumienia” – te słowa odczytałam jako troskę o mnie. Jeśli pracowałabym na taśmie produkcyjnej albo jako kierowca i SMS-y rozpraszałyby mnie, to nic dziwnego, że Adrian bał się, żebym nie wkręciła sobie palców w maszynę albo nie wylądowała na przydrożnym drzewie. Ktoś się o mnie zatroszczył! Od lat tego nie doświadczyłam. Dopiero Adrian…
Redaguję książki, dlatego muszę mieć umysł niezajęty niczym innym. Żeby czuć fabułę powieści i wyłapywać nieprawidłowości gramatyczne, stylistyczne, leksykalne, składniowe itp. Propozycja wypicia z Tobą kawy całkiem oderwała mnie od tekstu. Właśnie idę sobie ją zrobić i wypiję… sama. Tym razem. E.
Znowu dodałam wesołą buźkę, przez chwilę zastanawiając się, czy nie zmienić jej na taką z całusem. Dostawałam wiele wiadomości kończących się właśnie całusem. To przecież mechaniczne dodanie maleńkiej grafiki symbolizującej sympatię lub cmoknięcie na pożegnanie. Coś bardzo powszechnego. Zwyczajne, koleżeńskie cmoknięcie.
Jednak nie zrobiłam tego. Młodzi dodają emotki bez zastanawiania się, ludzie w moim wieku lub starsi mogą doszukiwać się głębszego sensu wirtualnego buziaka.
Kliknęłam i wysłałam tylko uśmiech. Odczytałam nową wiadomość:
Czyli pracujesz w domu?
Błyskawicznie odpisałam:
Tak!
Fajnie masz, zatem smacznej kawy! Myślę o naszej wspólnej. Do zobaczenia. Pa!
Flirtowaliśmy jak nic. „Pa” dla mnie nie było zwyczajnym słowem, było euforycznym marzeniem o spotkaniu.
– Pa – szepnęłam pod nosem, stojąc z filiżanką kawy, wpatrzona w pejzaż za oknem.
„Pa” rozeszło się ciepłem po moim ciele…
Jesień na dobre rozgościła się w mieście. Najpiękniej wybarwiła klony. Wyzłacane przez słońce wyglądały jak królewskie korony – zjawiskowo i bogato. Widoczne z dala brzozy już delikatnie przerzedziły się z liści.
Zapatrzona na ciepłe barwy za oknem, ujrzałam nas spacerujących po żółtych szeleszczących dywanach. Na spacery chodziłam sama. To byłby mój pierwszy od lat spacer z mężczyzną.
Nie chciałam już odpisywać Adrianowi. Miał żonę, więc był w innej sytuacji niż ja. Mój wolny czas należał tylko do mnie, jego – nie tylko do niego. Ujrzałam jej oczy, kontrolujące, czujne, domyślające się. Adrian miał zagwozdkę. Chciałam, aby sam sobie z nią poradził, bez mojego udziału. Postanowiłam zaczekać na jego decyzję o terminie spotkania i miejscu. Wspólna kawa już mi zapachniała!
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[2] Dorosłe Dziecko Alkoholika to osoba dorastająca w rodzinie lub środowisku dysfunkcyjnym, gdzie alkohol odgrywał znaczącą rolę. Lekki uśmiech takich osób bywa stały i mimowolny i jest nieszczerym potwierdzeniem ich szczęścia czy radości lub celowym zaprzeczeniem noszonych w sobie traum z dzieciństwa.
