Spójrz na mnie - Angelika Ślusarczyk - ebook
NOWOŚĆ

Spójrz na mnie ebook

Angelika Ślusarczyk

0,0

78 osób interesuje się tą książką

Opis

Hania jest licealistką i wkrótce rozpocznie ostatni rok szkoły. Ma wszystko, czego mogliby jej zazdrościć rówieśnicy, dom, własny pokój, pieniądze. W jej życiu brakuje jednak tego, co najważniejsze: miłości i obecności rodziców. Samotna i niezrozumiana, coraz częściej ulega wpływom Kamili, znajomej ze szkoły zawodowej. Pewnego wieczoru daje się namówić na wyjście, które na zawsze zmieni jej poukładany świat.

Osiem lat później wydaje się, że wszystko jest na swoim miejscu. Stabilna praca, bezpieczny związek, przyjaźń, na której można polegać. Wystarczy jednak jedno przypadkowe spotkanie, by misternie zbudowana rzeczywistość zaczęła się rozpadać.

Przeszłość wraca. I domaga się rozliczenia.

Co wydarzyło się tamtej nocy, osiem lat temu? I czy można uciec przed tym, co już zostało zapisane?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 241

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lanberry Usłysz Mnie

PROLOG

– To jakiś twój znajomy, tak? – dopytywałam, mocniej ściskając jego dłoń.

– Tak, wrócił z Londynu do kraju wraz z siostrą. Zostali zmuszeni uciec stąd razem, przez wzgląd na sytuację rodzinną. W ogóle nikogo nie poinformowali, dopiero po długim czasie udało mi się z nimi nawiązać jakikolwiek kontakt.

– Mafia?

– Porachunki, owszem; ich rodzice zadłużyli się u szemranych ludzi, niestety zginęli, a oni czym prędzej uciekli. Co prawda Karolina gorzej to zniosła, jednak Gabryś musiał jakoś się trzymać ze względu na młodszą siostrę.

Pokiwałam głową, słuchając go uważnie. Nie odezwałam się, czując, jak bliżej nieokreślony niepokój obejmuje moje ciało. Nie wiedziałam jednak, czym było to spowodowane. Tomek kontynuował:

– A teraz wrócili, na swoje. Dorobili się i mogli kupić dom, o jakim marzyli. O swoim bezpiecznym azylu. Dałem im czas, aby się zaaklimatyzowali, po czym od razu zadzwoniłem, czy możemy wpaść na małą parapetówkę, by przedstawić im swoją przepiękną kobietę.

Odwrócił twarz w moją stronę. Zarumieniłam się po cebulki włosów.

– Nie przesadzaj, nie jestem piękna, a już na pewno nie przepiękna.

Pokręciłam głową, czując, jak serce przyspiesza rytm.

– Dla mnie jesteś zawsze naj, pamiętaj o tym – odpowiedział.

Stanęliśmy przy domku, na oko jednopiętrowym, z poddaszem, który miał białą elewację i brązowy dach. Framugi okien były w kolorze orzecha, a w nich, ku mojemu zdziwieniu, nie rolety, a białe firanki. To dosyć niecodzienny widok, gdy wszystkich otoczyła moda na rolety dzień–noc. Podeszliśmy do drzwi i zadzwoniliśmy. Nie minęła minuta, a ujrzeliśmy piękną blondynkę, która uśmiechała się szeroko. Różowe usta dopełniały starannie wykonany makijaż.

– Tomek! – pisnęła i rzuciła się w ramiona mojego chłopaka. Nieznacznie się odsunęłam. Poczułam zazdrość, widząc, jak czule się obejmują. Westchnęłam bardzo cicho.

– Cześć, Karo, nic się nie zmieniłaś na tej emigracji – zaśmiał się i ucałował ją w policzek. Rumieńce wystąpiły im na policzkach. Chyba zbyt długo się sobie przyglądali, a ja z kolei im.

– Ty też nie, no może trochę przybrałeś na wadze i zrobiłeś się bardziej przystojny – zachichotała i spojrzała na mnie z ukosa. – O kurczę, przepraszam! Karolina jestem.

Wyciągnęła do mnie dłoń. Popatrzyłam na nią i uścisnęłam rękę.

– Hej, jestem Hanna, a wołają na mnie Hania, Hana, Hanka.

– A czy my się przypadkiem nie znamy?

Zmrużyła oczy, lustrując mnie dokładnie.

– Nie, nie przypominam sobie – bąknęłam. Ja również odniosłam wrażenie, że skądś znam tę twarz…

– Boże, jestem kompletną idiotką, tak w progu się witać! Zapraszam was do środka!

Stanęła za nami i delikatnie nas popchnęła ku wejściu.

Weszliśmy do korytarza, w którym od razu, jak na komendę, oboje zdjęliśmy buty.

– Zapraszam, zapraszam do salonu! Mój brat, jak zwykle gapa, na sam koniec poszedł jeszcze się odświeżyć, kończył jakieś drobne rzeczy, które zostały po remoncie.

– Piękny dom – przyznałam i rozglądałam się po pomieszczeniach.

Kolory ścian były ciepłe i miały przyjemne tony. Delikatne liliowe odcienie, brzoskwiniowe, beżowe… Od razu robiło się przytulniej. Poprowadzono nas do salonu, w którym w samym centrum stał stół z możliwością rozłożenia, a obok wypoczynek w kształcie litery U. W szarym kolorze, z białymi poduszkami.

– Przytulnie tutaj… – szepnęłam.

– O tak, starałam się włożyć w ten dom całe serce razem z bratem. Potrzebujemy stabilizacji, miejsca, które będzie już na zawsze nasze. – Kiwnęłam głową na znak, że dobrze rozumiem. – Pasjonujesz się aranżacją wnętrz?

– Tak fachowo to nie, ale sama lubię wkładać duszę w remont mieszkania, by czuć się w tych ścianach naprawdę komfortowo – wyznałam, na co posłała mi uśmiech.

– Coś do picia? Kawa, herbata, drink?

Spojrzała błyszczącymi oczami na mojego mężczyznę.

Co jest nie tak? – pomyślałam i usłyszałam, jak ktoś schodzi po schodach.

– Jaśnie pan już po kąpieli? – zapytała drwiącym głosem dziewczyna. – Goście już są, dobrze, że roznegliżowany nie chodzisz – zaśmiała się głośno.

– W sumie to mam ochotę na drinka, a ty, kochanie?

Spojrzał na mnie czule, z uśmiechem na twarzy. Był rozluźniony, widziałam to po nim.

– W sumie to może być na początek po prostu szklanka soku.

– A ja chętnie napiję się czegoś mocniejszego, poczekasz tutaj na mnie? Znając tych dwoje, mają bogaty barek i chcę widzieć proporcje mojego drinka – zaśmiał się i mrugnął do mnie.

– Jasne, poczekam.

Wstałam i rozejrzałam się raz jeszcze po wnętrzu, gdy znów poczułam dziwny skurcz w żołądku.

– Siema, bracie, kupę lat, jak dobrze cię widzieć. – Tomek odezwał się i usłyszałam klepanie po plecach.

– Nic się nie zmieniłeś, nic, a nic. A ty, Karo, już go ciągniesz do kuchni? – Zmarszczyłam brwi. – Zrób mi to, co zawsze.

– W salonie czeka moja Hania, już wam sobie przedstawię…

– Nie, spokojnie, dam sobie radę, przecież nie jestem dzieckiem. I obiecuję, nie będę podrywał twojej kobiety – obiecał.

– No ja myślę…

Znałam ten głos… Tylko skąd?

– Witam w moim domu.

Usłyszałam zza pleców, a serce przyspieszyło swój rytm. Poczułam gulę w gardle. Odwróciłam się i na wysokości moich oczu widziałam tylko dopasowaną białą koszulkę. Zadarłam głowę do góry i zamarłam. Przeszły mnie dreszcze. Od razu spuściłam wzrok.

To niemożliwe.

Mam zwidy.

– Hania? – powiedział cicho, a moje serce fiknęło koziołka. – Hania, to ty… – szeptał, po czym dotknął mojego ramienia, wiedziałam, jakie słowa usłyszę. – Spójrz na mnie – dopowiedział, a ja tak bardzo nie chciałam w to uwierzyć. Zaczęłam zapadać się w sobie, w swoich wspomnieniach…

8 LAT WCZEŚNIEJ

Eminem Not Afraid

ROZDZIAŁ 1

– To nie jest dobry pomysł, Kamila – stwierdziłam, czując narastający stres.

– A możesz chociaż raz wyluzować i zrobić coś szalonego? Zobacz, ja cały czas to robię i nic mi nie jest – mruknęła.

– Wiesz dobrze, że to nie w moim stylu… – Westchnęłam cicho.

Nie byłam gotowa na żadne ognisko. Najchętniej zaszyłabym się w domu, z kubkiem kawy, okryta kocem, pochłaniająca problemy bohaterów obecnie czytanej książki. Taka byłam. Cicha i nieśmiała introwertyczka. Z Kamilą chodziłyśmy razem do podstawówki, połączyła nas nie przyjaźń, a po prostu zwykła znajomość. Zawsze wywierała na mnie presję, spisywała zadania, był czas, że je za nią robiłam. Po śmierci jej obojga rodziców w wypadku samochodowym opiekę przejęła jej babcia, a wtedy cały poukładany świat się zawalił. Pojawiły się imprezy, alkohol, używki już w tak młodym wieku…

– Słuchasz mnie?

– Przepraszam. – Ocknęłam się. – Ja nie jestem do końca przekonana, że tam będą ludzie, z którymi będę mogła porozmawiać…

– Nie bądź cnotką, Hanka, ubieraj się, ogarnij makijaż i spadamy. Powiesz starym, że wrócisz późną nocą.

Skrzywiłam się. Patrzyłam, jak dziewczyna wyciąga z mojej szafy dżinsową spódniczkę, czarny top i z krzesła zabiera czarną ramoneskę. Wystawiła rękę z ciuchami w moją stronę. Pokręciłam nieznacznie głową, zabrałam je i skierowałam się do łazienki. Szybko się przebrałam i spojrzałam w lustro. Oczy wielkie niczym u sarny, ciemnobrązowe. Rozczesałam proste jak struny, również brązowe włosy, usta pomalowałam matową beżową pomadką. Na rzęsach miałam już naniesiony tusz, stwierdziłam, że więcej nic nie będę robić. Moja nieco ciemniejsza karnacja była bez skazy, bez żadnego pryszcza, więc nie używałam pudrów ani fluidów. Skorzystałam jeszcze z toalety i wyszłam do znajomej.

– W końcu. Spadamy?

– Jasne. Wezmę jeszcze telefon, chusteczki i klucze – powiedziałam, po czym zapięłam na biodrze małą nerkę, w której zmieściłam wszystko, czego potrzebowałam.

Nie minęło pięć minut, a nie żegnając się z rodzicami, krzyknęłam w pustą przestrzeń, że wychodzę. Skierowałyśmy się w stronę przystanku autobusowego, z którego wedle rozkładu za kilka minut miał nadjechać pojazd. Jechałyśmy na sam koniec trasy, w stronę zajezdni, skąd dzieliło nas dziesięć minut piechotą w stronę starego osiedla, opuszczonego, o które nikt nie dbał przez wiele lat. Nie lubiłam przebywać w takich miejscach, ale będąc przyzwoitką Kamy, chcąc nie chcąc, towarzyszyłam jej. Mogłam chociaż na moment się oderwać od tej dusznej, domowej atmosfery.

– Siemano, towarzystwo! – krzyknęła i rzuciła się w stronę chłopaków.

Oprócz grona kilku młodych mężczyzn była tylko jedna dziewczyna i my. Świetnie.

– Laska, dobrze cię widzieć! Wzięłaś ze sobą towar? O, i przyzwoitkę z ochroną w jednym przyprowadziłaś, nie nakabluje nas na psy? – zapytał jeden z nich, ogolony na łyso. Łypał na mnie spod zmrużonych powiek.

– Luuuz, będzie grzeczna niczym aniołek – zaśmiała się głośno.

Ja tylko westchnęłam. Nie skomentowałam nawet tego tekstu.

– Siemka – powiedziałam głośniej i nie usłyszałam, by ktokolwiek mi odpowiedział.

Towarzystwo umilkło, przeniosło się do pomieszczenia i tam nasilił się gwar. Usiadłam przy rozpalonym ognisku, sięgnęłam po piwo owocowe w puszce. Otworzyłam je i upiłam łyk. Było gorzkie, mimo że owocowe – gorzkie jak życie…

– Co tu tak pusto? Uciekli? – zapytał mnie zdyszany męski głos. Wzruszyłam ramionami.

– Idź tam. – Podniosłam dłoń i wskazałam mu stronę, w którą poszła grupa. – Tylko szybko, póki towar się jeszcze nie rozszedł, chyba.

Nie podniosłam nawet wzroku. Patrzyłam w ogień, jakby to było najciekawsze zajęcie.

– A ty nie idziesz? – zapytał i usiadł obok.

– Nie, nie mam ochoty wtapiać się w bagno, z którego będzie trudno wyjść.

– Ułożona, grzeczna dziewczynka, co ty tutaj w takim razie robisz?

– Sama się dziwię, że przyszłam tu z Kamą – parsknęłam. Upiłam kolejny łyk. – Czasami jednak wolę takie towarzystwo niż moich rodziców. – Milczał, więc podjęłam temat. – Zatracili się w swoich robotach, ja jestem jak powietrze. Tutaj przynajmniej mnie widzą, pośmieją się, że jestem grzeczna, ułożona – mówiłam z coraz większą złością i żalem. – Zastanawiam się, czy ja za kilka lat stanę się taka jak oni. Bez uczuć. Jakichkolwiek. Nie będę zauważać najbliższych i skupię się tylko na karierze.

– Ej, wyluzuj. Nie warto o takich rzeczach teraz myśleć. Zapomnij na chwilę.

Otworzył piwo i sam upił spory łyk.

– Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. – Wciąż zrzędziłam.

– Spójrz na mnie. – Po czym dotknął dłonią mojej ręki. Zdrętwiałam. Obcy dotyk był dla mnie paraliżujący. Niemniej jednak w mig poczułam ciepło, jakie rozchodziło się z jego skóry. Pokręciłam głową. – Spójrz. Na. Mnie. – Akcentował każde słowo powoli.

Uniosłam głowę i zerknęłam na niego. Zobaczyłam ciemne, błyszczące oczy. Pociągłą twarz, bez śladu zarostu. Zmierzwione włosy dodawały uroku. Moje serce zabiło szybciej. Zamrugałam i przygryzłam wargę.

– A teraz słuchaj, co do ciebie mówię. Nie warto myśleć o starszych, to ty decydujesz, jak będzie wyglądało twoje życie. To ty zdecydujesz, czy będziesz kochać aż po grób, czy uczucia nie będą się liczyć, a materialność, kariera, władza. To twoja decyzja i twój wybór – dodał, po czym usłyszeliśmy krzyk z oddali.

– Te, Poeta, jesteś w końcu! – Odwróciliśmy głowy w kierunku głosu. Porwałam dłoń, ucinając kontakt cielesny. Napiłam się kilku większych łyków alkoholu. – Spóźniłeś się – dodał głos.

Po chwili z budynku wyszli dziarskim krokiem wszyscy, którzy poszli za Kamilą. Na samym końcu ujrzałam również ją w objęciach jakiegoś chłopaka, wyższego od niej o co najmniej dwie głowy. Westchnęłam w duchu i już się nie odezwałam.

– Przeżyję, zostawiłem coś na ognisko, macie patyki?

– Jasne, stary, dupsko ratujesz. Prowiant my wzięli, tylko procentowy – zarechotał.

Po krótkiej chwili organizacyjnej wszyscy zasiedli przy ognisku. Włączyli rap, przodował Eminem. Stare, dobre kawałki. Niektórzy próbowali go naśladować. Palili, pili, przeklinali – takie właśnie było środowisko, jak zwykle nie dla mnie. Po dwóch puszkach piwa oddaliłam się, by załatwić palącą potrzebę, niestety mój pęcherz, jak zwykle poza domem, najczęściej się uaktywniał.

Gdy już mi ulżyło, postanowiłam ruszyć nad staw, który znajdował się nieopodal. Nie było w nim nic urzekającego. Jednak księżyc mocno świecił, gwiazd na niebie było sporo – co za różnica, czy siedziałam tam z nimi w tym dymie i huku, czy tutaj, odosobniona i nieco spokojniejsza.

Znalazłam blisko wody miejsce, które było suche, i usiadłam na rozłożonej kurtce. Podparłam się rękami za plecami i odchylając się, zapatrzyłam się w niebo. Uspokoiłam oddech, serce i poczułam dreszcz, przypominając sobie przeszywające spojrzenie tamtego faceta. Na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka.

– Znowu samotna, w odosobnieniu od grupy? Chyba faktycznie lubisz być sama i nie nadajesz się na takie spędy – stwierdził głos.

– A ty co, łazisz za mną? Niańki nie potrzebuję, dam sobie radę – ucięłam. A już miałam mieć chwilę spokoju…

– Nie jestem do końca pewny, że nic ci nie grozi – szepnął mi do ucha. Odwróciłam głowę i ujrzałam go kucającego za mną. Jego śmiałe dłonie przejechały po moim kręgosłupie, aż w końcu oplotły mnie w pasie. Poczułam, jak upadł na kolana. Jego chmielny oddech dotarł do moich nozdrzy. – Jesteś sama w zaroślach, bez jakiejkolwiek linii obrony. Tylu chłopa niedaleko, każdy może podejść i zrobić krzywdę niewinnej panience, zawsze to tylko zabawa… – szeptał. Moje serce przyspieszyło rytm, a dreszcze nasilały się. Zaczęłam drżeć.

– Zostaw mnie. Idź do grupy i baw się dobrze – powiedziałam cicho. Wcześniejsza odwaga opuściła mnie.

– Wolę dzisiaj z tobą spędzić wieczór. Co będę owijał w bawełnę, spodobałaś mi się – przyznał.

– Daruj sobie.

– Nie wierzysz? Chcesz poczuć?

– Odczep się ode mnie! – Chciałam wyszarpać się z jego uścisku.

Nie wiedząc, jak ani kiedy, zostałam przyparta do ziemi. Blokując mnie za nadgarstki, spojrzał na mnie oczami wilka. Głodnego wilka. Naćpał się?

– Nie żartuję – dodał tylko, a następnie zwilżył wargi, patrząc na moje, i pocałował mnie.

Zbaraniałam. Nie odwzajemniłam pocałunku, bo byłam w szoku. Pocałunek? Pierwszy, prawdziwy pocałunek, a nie jakiś tam buziak od kolegi z liceum. Musiałam lekko uchylić usta ze zdziwienia, gdyż jego język wdarł się do moich. Jęknęłam cicho, czując delikatne mrowienie w dole brzucha. Przymknęłam powieki i…

Odwzajemniłam pocałunek. Najpierw jeden, niezdarny.

Następnie kolejny, wciąż niewinny, skromny…

Aż w końcu przerodził się w gwałtowny, namiętny, z siłą rażenia niczym tornado, które właśnie rozszalało się w moim brzuchu. Usłyszałam jego jęk. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że i on patrzył na mnie zdziwiony. Odskoczył ode mnie jak oparzony.

– Nie, ty jesteś zbyt grzeczna jak dla mnie. Spadam, nara.

Po czym uciekł w stronę ogniska, gdzie nadal naśladowali popularnego artystę. A ja leżałam wciąż na trawie, będąc w szoku, z nabrzmiałymi ustami, które delikatnie piekły. Z tornadem w brzuchu, mrowieniem między nogami.

– Co to właściwie było? – zapytałam samej siebie, patrząc w rozgwieżdżone niebo.

Po dłuższym czasie, kiedy moje ciało zdrętwiało, wstałam, otrzepałam się z trawy i ruszyłam w stronę przystanku, przechodząc obok grupy. Rzuciłam krótkie „nara” i zostawiając ich nieco osłupiałych, poczekałam na nocny autobus i wróciłam do domu. Od razu rzuciłam się na łóżko.

HoobastankThe Reason

ROZDZIAŁ 2

Wakacje szybko minęły. Ostatnia klasa liceum, maturalna, szykowała się pod znakiem wielkiego zakuwania. Byle do egzaminów dojrzałości, a następnie adijos. Marzyłam o studiach dziennikarskich, ewentualnie psychologii. Szykowałam się na maturę rozszerzoną z polskiego, WOS-u i historii. Narzuciłam sobie wiele, ale akurat wiedza o społeczeństwie czy historia od zawsze mnie interesowały. Stanęłam przed lustrem powieszonym na ścianie i przejrzałam się w nim. Czarna, ołówkowa spódnica przed kolano i biała koszula z rękawem trzy czwarte. Włosy proste jak zawsze. Oczy pociągnięte tuszem do rzęs i delikatnie muśnięte czarną kredką na linii wodnej, by optycznie zmniejszyć moje wielkie oczy. Sprawiało to wrażenie nieco mroczniejszej mnie… Standardowo na ustach matowa pomadka w odcieniu beżu. Na letniej wyprzedaży dorwałam czarne szpilki na siedmiocentymetrowym obcasie. Prezentowałam się nieźle. Mała czarna torebka przewieszona przez ramię. Co z tego, że wyglądałam znośnie, skoro poczucie mojej wartości było zgoła przeciwne? Co z tego, że nie miałam ani jednego pryszcza, a tak naprawdę pragnęłam uwagi kogokolwiek? Mamy? Taty? Byłam zdana sama na siebie. A nie, przepraszam, na naukę. Westchnęłam cicho i odgoniłam smutne myśli. Spryskałam się ulubionymi, nieprzytłaczającymi perfumami i schowałam swoją naturę do kieszeni. Trzeba narzucić maskę. To tylko dziesięć miesięcy…

Droga do szkoły minęła mi szybko, raptem tylko kilka przystanków. Stanęłam przed wielkim gmachem z szarą elewacją. Zerknęłam na godzinę, po czym ruszyłam w stronę wejścia. Na korkowej tablicy zaraz obok portierni rozwieszone były listy z rocznikami i klasami, gdzie przyporządkowane były sale. „Nasza” sala mieściła się na pierwszym piętrze, zaraz obok auli. Skierowałam się zatem tam i zerknęłam na grupkę kilku osób.

– Cześć – rzuciłam luźno.

– Hejka!

– Hej – odpowiedziało kilka z nich.

Oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy. Z moim szczęściem zapewne natknę się zaraz po wyjściu na Kamilę, której unikałam od tamtego wypadu na ognisko. To wtedy wszystko było tak dziwne, że aż w tym momencie mogłabym się uszczypnąć, bo nie dowierzałam, że to, co tam się wydarzyło, miało miejsce naprawdę. I ten pocałunek… Po mojej skórze przeszedł dreszcz. Głupia, głupia, głupia ja. Nie ma o czym rozmyślać, takie rzeczy się przecież zdarzają. Niewinny flirt, pocałunki, ale też grubsze rzeczy dzieją się tylko raz, takie znajomości są teraz na topie. Westchnęłam kolejny raz i otworzyłam oczy. Schodziły się kolejne osoby, a ja zwykłym słowem, uśmiechem, witałam się z resztą klasy. Gdy nadeszła pani Gołąb, chórem przywitaliśmy się, a następnie za nią wtoczyliśmy się do sali. Oczywiście wszyscy chcieli naraz zająć ławki na samym końcu, a ja, jak to ja, zajęłam tę pierwszą przy ścianie. Oparłam się o nią i spojrzałam na nauczycielkę.

– Witajcie po wakacjach. Mam nadzieję, że solidnie odpoczęliście, bo w tym roku będzie sporo nauki i nie będzie taryfy ulgowej – zagrzmiała groźnie. Zerknęła po nas wszystkich. – Chciałabym was jeszcze poinformować, że do klasy dołączy jedna osoba, ale chyba jeszcze nie dotarła. Bądźcie dla niego otwarci, sympatyczni i… – W tym momencie drzwi się otworzyły.

Odwróciłam głowę i zerknęłam w stronę wejścia. Moim oczom ukazał się chłopak z buzią niemal idealną. Obcięty na jedną długość, bardzo krótko, ciemny blondyn z, jakże inaczej, niebieskimi oczami.

– Dzień dobry – zabrzmiał jego niski głos.

– Właśnie o tobie mówiłam. – Kiwnęła głową w jego stronę. – To jest Kacper Szumski, będzie się z wami w tym roku uczył, mam nadzieję, że przyjmiecie go w swoim środowisku.

– Siema – przywitał się i usiadł obok mnie. – Wproszę się, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko – wtrącił.

– Spoko – powiedziałam i udałam, że nie jestem nim zainteresowana. Woń jego perfum niemal od razu zaatakowała moje nozdrza. Ładnie pachniał, inaczej niż pozostała męska część klasy.

– Kacper jestem, ale to już wiesz.

Wyciągnął rękę w moją stronę. Wyprostowa-łam się.

– Hanka – uścisnęłam jego dłoń.

Spojrzeliśmy sobie w oczy. Błękitne, piękne, niczym morze. Jednak nie poczułam nic, co mogłoby dać jakikolwiek sygnał, że coś między nami się pojawi. Zazwyczaj to przy pierwszym dotyku i spojrzeniu iskrzy, nie tym razem. Już czułam natrętny wzrok dziewczyn z klasy. Wzrokiem chciały przyciągnąć jego uwagę. A ja byłam dla nich jak wróg, świetnie –pomyślałam, zrywając kontakt cielesny, i spojrzałam szybko na klasę. Wychowawczyni coś tłumaczyła, ale ja jak zwykle się odcięłam. Rozdała nam wszystkim plan na kartce z rozpisanymi salami.

– Niestety, program elektroniczny z dziennikiem padł i nasi informatycy pracują nad jego usprawnieniem. Ty, Kacprze, dostaniesz hasło i login, jak zejdziesz do sekretariatu. Razem z pozostałymi ważnymi dla ciebie dokumentami te dane będą na ciebie czekać. A teraz życzę wam udanego popołudnia i do zobaczenia. Pamiętajcie, bierzemy się ostro za powtórki!

Pożegnaliśmy się chórem, a następnie wyszliśmy z sali. Każdy pędził na złamanie karku w znane sobie miejsca. Mnie nigdzie się nie spieszyło. Wychodząc, oczywiście spotkałam Kamilę. Zawodówka, w której się uczyła, mieściła się obok i często się na nią natykałam, chcąc lub nie…

– Kupę lat!

Szturchnęła mnie w ramię. Skrzywiłam się.

– Oszalałaś? – warknęłam. Nie byłam w zbyt dobrym humorze, ona zaś jak zwykle tryskała nim.

– Olałaś mnie, cały sierpień próbowałam się do ciebie dodzwonić, a ciebie jakby ufo porwało.

– Nie miałam ochoty na żadne wyjścia, to nie było ze mną kontaktu.

– Nudna jak zwykle.

Wzruszyłam ramionami.

– Ale… dzisiaj robimy grilla, zabieram cię ze sobą.

– Nie mam ochoty – powiedziałam stanowczo.

– Nawet jeśli będzie dobra zabawa, muzyka, a ty nie będziesz w centrum zainteresowania? A może ktoś się tobą zainteresuje w inny sposób?

– Co ty mi insynuujesz?

– Nic, nic… – Zrobiła niewinną minkę. – Naprawdę będzie fajnie. I nie będzie ćpania.

Przynajmniej podczas twojej obecności. Ewentualnie przed lub po tym, jak wyjdziesz.

– Daruj sobie – ucięłam, po czym ruszyłam w stronę przystanku.

– Nie daj się prosić – jęknęła.

– Nadal nie rozumiem, po co ja ci jestem potrzebna do szczęścia.

– Niech ci będzie, zawsze to jesteś ty powodem, o którym mówię babci. Jak ty idziesz, to i ja z tobą, zawsze we dwójkę raźniej, co nie?

Słów mi brakło. Pokręciłam głową. Zresztą i tak nie miałam nic innego do roboty jak kolejne bezsensowne rozmyślanie. Zgodziłam się i za kilka godzin miałam się szykować na kolejne niezdrowe jedzenie i zakrapianą imprezę. Początkiem tygodnia. To nie mogło zwiastować niczego dobrego…

*

Zmieniłam spódnicę na czarne legginsy, a na górze pojawiła się luźna koszulka, również w czarnym kolorze. Czarny to mój ulubiony kolor od zawsze. Do tego dżinsowa kurteczka. Zawczasu przygotowałam się na jutrzejszy poranek do szkoły. Zerknęłam w lustro i… coś mnie podkusiło, by zamiast beżowej pomadki użyć tej klasycznej, w pięknym różowym odcieniu. Zabrałam telefon, klucze wsadziłam do małej saszetki zapiętej na biodrach. Wyszłam z domu, jak zwykle pustego i cichego.

– Cały czas się zastanawiam, dlaczego się na to godzę, przecież nawet się nie przyjaźnimy

– powiedziałam zamiast przywitania.

Ubrana w małą czarną, ledwie zakrywającą pośladki, z mocnym makijażem spojrzała na mnie nieco zdziwiona.

– Och, jedziesz z grubej rury, starzy cię wkurzyli? – odbiła pałeczkę.

– No co ty, najpierw musieliby być w domu. – Wzruszyłam ramionami. – Gdzie ten grill?

– A u takiego jednego ziomka, z którym się spiknęłam i coś tak iskrzy między nami – przyznała.

Nigdy jednak nie zwierzałyśmy się sobie z miłosnych uniesień. Jedynie ona chwaliła się coraz to nowszym facetem. Ciężko było za nią nadążyć.

– Okej. Ja niezbyt długo posiedzę, jutro zaczynam ciężko, bo od matmy, a to mój najukochańszy przedmiot – parsknęłam.

– Jak dobrze, że ja mam tylko egzamin czeladniczy i nic więcej – sapnęła z nieskrywaną ulgą.

– Jak się ma duże ambicje i wiele wolnego czasu, to wybiera się to, co gorsze i dłuższe – stwierdziłam, bo tak mi się właśnie pomyślało. – Coś mamy kupić czy wszystko na miejscu już będzie?

– Nie, tym razem w nic się nie zaopatrujemy, niczym się nie stresuj.

Kiwnęłam głową i nie podjęłam już rozmowy.

Wsiadłyśmy w podmiejski autobus i przejechałyśmy cztery przystanki. Przeszłyśmy około dwóch kilometrów i zatrzymałyśmy się przed furtką, zza której nic nie było widać. Wrażenie robiła ogromna willa, jak widać, dzisiaj miała być impreza na bogato, w dosłownym znaczeniu.

– Dom robi wrażenie… – powiedziałam sama do siebie.

– Oj tak, chata bogata, starzy miliarderzy, a Cyprian przystojniak.

Cmoknęła z aprobatą i nacisnęła domofon. Zabrzęczało, po czym furtka się otworzyła. Przeszłyśmy przez nią, a moim oczom ukazała się ogromna, zadbana działka, na której pełno było krzewów i kwiatów. Ogród marzeń – pomyślałam.

– Wow…

– W środku chyba z wrażenia byś padła. Same marmury, jak będziesz w toalecie, to padniesz na bank.

Mrugnęła do mnie. Chwytając mnie za rękę, zaprowadziła na tył domu. O dziwo, byłyśmy pierwsze.

– Siemaa, kotek! – krzyknęła Kama i objęła chłopaka. Wymienili namiętnego całusa, na sam koniec klepnął ją w pośladek, na co zaśmiała się głośno. Westchnęłam i przewróciłam oczami. – To moja znajoma, ochroniarz i przyzwoitka w jednym, Hanka.

– Cześć – przywitałam się.

– Heja, Cypek jestem.

Wyciągnął dłoń w moją stronę. Uścisnęłam ją.

– Piękny ogród – przyznałam.

– Racja, mama wkłada w niego sporo czasu i serca. Prędzej gada z roślinami niż z moim starym, który jak sobie przypomni, to wraca do domu – parsknął śmiechem.

– Smażysz już?

– Jasne, a co, głodna?

– Tak, ale schrupałabym coś innego, albo kogoś… – Oblizała usta.

– Porzygam się zaraz – powiedziałam, omijając ich, i wybrałam się na pobliską ławeczkę połączoną z huśtawką dwuosobową.

Przymknęłam oczy i nie wiedząc kiedy, odpłynęłam. Ostatni raz, będąc na ognisku z Kamilą, spotkałam jego. Moje myśli powędrowały w stronę kilku krótkich chwil nad jeziorem, które za każdym razem powodowały na moim ciele dreszcze. Ocknęłam się, słysząc gwar osób, które zaczęły się zbliżać. Zrobiło się już ciemno, a mrok rozświetlały latarenki. Aż tak poniosły mnie myśli…?

Co za koleżanka, nawet mnie nie ocknie – pomyślałam, wściekła sama na siebie. Wstałam i ruszyłam w stronę grilla. Rzuciłam słowo przywitania do wszystkich i sięgnęłam po kawałek kiełbasy. Usiadłam na rogu przy stoliku ogrodowym i ze smakiem zjadłam. Piwa poszły w ruch, niestety nie dostrzegłam owocowego i zmuszona byłam wziąć zwykłe. Otworzyłam je i upiłam łyk.

– Dobry wieczór, przyzwoitka tutaj?

Piwo utknęło mi w przełyku, zaczęłam się krztusić, a bąbelki poszły mi do nosa.

– Shit – wymamrotałam. – Musisz straszyć? Czego chcesz?

– A może tak byś się przywitała?

– A to obowiązek? – odpyskowałam, zerkając na niego kątem oka.

Nie wiedząc dlaczego, coraz częściej uruchamiały mi się w systemie obronnym reakcje bardziej agresywne, mniej grzeczne.

– Niekoniecznie, ale kultura czy jak to tam się nazywa – parsknął śmiechem. – Znów panienka nie w sosie?

Przyjrzał mi się. Jego wzrok utknął na wysokości moich ust. Zamarł.

– Tutaj się wylewa strumieniami ta kultura. – Wzruszyłam ramionami. – Co tak się przyglądasz?

– Zmieniłaś kolor pomadki. Masz ciemniejsze usta. Pełniejsze.

– A z ciebie taki baczny obserwator? Ciemno jest, to raczej nie robi różnicy.

Upiłam kolejny, solidny łyk. Chmielny napój powoli zaczął krążyć w moich żyłach. Chłopak przyglądał się moim ustom, powoli się do mnie przysuwał, a ja siedziałam jak skamieniała.

– Ej, Poeta! Chodźże tu! – krzyknął któryś z chłopaków.

Zerwałam nasz kontakt wzrokowy i westchnęłam cicho. To było dziwne, za każdym razem paraliżował mnie swoim wzrokiem. A spotkaliśmy się raptem drugi raz… Na skórze miałam gęsią skórkę. Objęłam się ramionami, spojrzałam na grono roześmianych, szczęśliwych ludzi. Nie pasowałam tutaj, nawet z nimi nie umiałam rozmawiać. Odszedł do reszty, a do mnie przysiadł się gospodarz.

– Jak tam? Smakuje? Dobrze się bawisz? – zapytał nieco podpity.

– Wszystko w porządku, dzięki. Gdzie Kama?

– W kiblu, jak zwykle. Nie wiem, po co tutaj z nią przyszłaś, odstajesz od reszty.

Musnął palcami mój policzek.

Co tutaj się odwala? Natychmiast się odsunęłam. Lepią się jak muchy, dlaczego? Czy mam coś napisane na czole? Nie zauważyłam nawet, jak Poeta zbliża się szybko i szturcha kolegę w ramię.

– Masz jakiś problem? Pilnuj swojej panienki, bo coś nie wraca z tej łazienki – warknął, podwijając rękawy.

– Ej, przecież nic nie zrobiłem.

Rozłożył ręce w obronnym geście.

– To idź lepiej i sprawdź, co albo kto ją tam zatrzymuje, a od Hanki się odwal.

Spojrzał na nas z góry, a ja otworzyłam buzię ze zdziwienia i spuściłam głowę. Co się właściwie odwaliło? Nic nie rozumiałam. Pokręciłam głową i wstałam. Nieco zakręciło mi się w głowie. Złapał mnie za ramię.

– Słuchaj, co ty do mnie masz, co? Doczepiasz się jak rzep psiego ogona. Ostatni raz gdziekolwiek wychodzę z Kamilą. Już w nosie mam to, że nie będzie miał kto jej kryć przed babcią. Nie odnajduję się w waszym specyficznym gronie. Sorry. Puść mnie i odczep się ode mnie raz na zawsze – powiedziałam, a serce zaczęło bić mi szybciej.

– Przecież ci powiedziałem – odrzekł.

– Tak? Wybacz, nie pamiętam, bo szybko uciekłeś – zakpiłam.

Wyrwałam się z jego objęć, niemal będąc pewną, że obudzę się jutro z siniakiem na przedramieniu.

– Spójrz na mnie – powiedział cicho.

Pokręciłam głową. Ruszyłam w stronę wyjścia.

– Spadam, grupo, było nieźle, ale to nie moje klimaty. Pilnujcie Kamy! – powiedziałam, zerkając przelotnie na piękną blondynkę, która chłonęła atmosferę spotkania.

– Nara – odpowiedzieli.

Już wychodziłam za bramkę, gdy znów ktoś szarpnął mnie za ramię i gwałtownie odwrócił. Serce biło mi ze strachu jak oszalałe, nawet nie byłam w stanie krzyknąć.

– Znajdę cię, złapię, aż w końcu zaczniesz na mnie patrzeć – szepnął do ucha Poeta.

Ujął dwoma palcami mój podbródek i nie patrząc mi w oczy, złączył swoje wargi z moimi. Docisnął mnie do ogrodzenia, a ja czułam, jak miękną mi nogi. Odwzajemniałam pocałunki z pasją, poczułam, jak motyle znów latają w moim wnętrzu. Nad konsekwencjami się nie zastanawiałam. Oddawałam namiętne pocałunki, a rękami objęłam jego kark, splatając nas w ciaśniejszych objęciach. Gdy przygryzł delikatnie moją wargę, jęknęłam cicho. Starając się odzyskać oddech, odsunęłam się nieznacznie. Wciąż miałam zamknięte oczy. Bałam się je otworzyć.

– Musiałem spróbować twoich ust w innym wydaniu. Musiałem – tłumaczył sobie, kręcąc głową. – Nie wiem, co w tobie jest, ale ciągnie mnie do ciebie – przyznał się.

– I co ty robisz w takim towarzystwie? To nie w twoim stylu – szepnęłam, a raczej zachrypiałam. Kipiało we mnie od emocji…

– Pierwszy raz mam coś takiego – powiedział, po czym się speszył. – To znaczy… ja…

– Nie tłumacz się, idź już do kolegów, na pewno się martwią – stwierdziłam, ale nie odsunęłam się od niego.

W jego ramionach czułam się w końcu… potrzebna i bezpieczna. Chciana? Idiotka ze mnie kompletna, przy obcym kolesiu czuć się dobrze.

– Masz rację. – Odsunął się, niemal podskakując. – Na razie.

– Cześć.

Po czym odwróciłam się i na drżących nogach ruszyłam w stronę przystanku. Po kilkunastu krokach przystanęłam i obejrzałam się za siebie. Stał w tym samym miejscu, w którym go zostawiłam. Przygryzłam dolną wargę, czując jeszcze jego posmak na ustach, i ponownie ruszyłam w stronę miejsca, skąd odjeżdżał autobus do domu.

Coraz bardziej nie potrafiłam zrozumieć samej siebie. Dlaczego po raz drugi musiałam się z nim zetknąć? Dlaczego tak nas do siebie ciągnęło? To absurd! Nie znamy się, jesteśmy dla siebie obcymi ludźmi, w dodatku z dwóch tak różnych środowisk… Trzeba o tym zapomnieć. O tym i tamtym wieczorze. Zapomnieć. I o nim…

Odczekałam kilkanaście minut i wsiadłam do pojazdu. Po krótkiej chwili byłam już w domu. Wzięłam szybki prysznic i najciszej, jak potrafiłam, weszłam do swojego pokoju. Położyłam się do łóżka i przykryłam kołdrą. Słyszałam cykające świerszcze przez uchylone okno. Przymknęłam oczy i zobaczyłam jego twarz, a na ustach poczułam jego ciepłe wargi, które całowały moje… Poczułam, jak moje ciało się rozluźnia, a ja zapadam w sen.

Redakcja: Mariusz BartnikKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat

Copyright by Angelika Ślusarczyk 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026

Druk i oprawa:Drukarnia Sowa

ISBN: 978-83-68657-46-3

WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2