Spoczywaj w pokoju, Celeste - Przemysław Kher - darmowy ebook

Spoczywaj w pokoju, Celeste ebook

Przemysław Kher

0,0

Opis

Zdewastowany świat po biblijnej apokalipsie, bohaterka uwięziona w przeszłości oraz szczypta PTSD – ale przede wszystkim hektolitry krwi i zabijanie demonów. „Spoczywaj w pokoju, Celeste” to krótki fantasy slasher w uniwersum „Dnia Ostatecznego” – jeśli masz ochotę na prostą lekturę w brutalnym klimacie, to rozsiądź się wygodnie!
Greta Paganini nie poddaje się – mimo koszmarów, które co noc rujnują jej sen, choć od zstąpienia demonów na nasz świat minęły już dwa lata. Nowe zadanie ma być dla niej szczególną okazją – po awansie na oficera zostaje wysłana z podopiecznymi setki kilometrów od Edenu, ostatniego bastionu Europy. 
Przebieg misji szybko zmusza Gretę do zrewidowania pierwotnych planów, a każda kolejna godzina rodzi coraz to większe zwątpienie w prawdziwy cel wyprawy. 
Czy przezwycięży lęki, by obronić siebie i swoich podopiecznych? I dlaczego wszystko w tej misji przypomina jej osobistą tragedię sprzed dwóch lat?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 74

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przemysław Kher

SPOCZYWAJ W POKOJU,

CELESTE

Copyright © by Przemysław Kher

Korekta: Iwona Bugno

Ilustracja okładki: Marcin „kurapazurem” Kowalski (@kurapazurem_)

Ilustracje: Aleksandra Małaj (@olsza.ink)

Przygotowanie ebooka: ksiazkanazyczenie.pl

Wydawca: Wydawnictwo VOID

Wydanie I – Wrocław 2026

ISBN: 978-83-981179-2-0 – cyfrowy format .epub

ISBN: 978-83-981179-0-6 – cyfrowy format .pdf

ISBN: 978-83-981179-1-3 – oprawa miękka

Odwiedź nas:

https://przemyslawkher.pl

https://www.facebook.com/PrzemyslawKher

https://www.instagram.com/przemyslaw.kher

Wydanie darmowe. Kopiowanie i rozpowszechnianie w niezmienionym formacie dozwolone pod warunkiem nieużywania utworu w celach komercyjnych.

I

Jeszcze minutę temu istniał świat. A teraz nic już nie miało znaczenia.

Kałuża krwi przestała się powiększać – ziemia pożądliwie ją wchłaniała niby kaloryczny przysmak, na który można sobie pozwolić tylko od święta. Jeszcze minutę temu tryskała z tętnicy – wśród krzyków i szarpaniny, wśród desperackich prób zatamowania, uciskania rany z całych sił.

Jeszcze minutę temu żarzyła się nadzieja. A teraz?

Greta spojrzała na swoje dłonie – umazane krwią aż po paznokcie. Próbowała oddychać, ale powietrze ugrzęzło w płucach.

– Dlaczego? Dlaczego, Celeste? – zdołała wreszcie wydusić.

Celeste milczała, a przecież kilka godzin temu nie mogła usiedzieć w ciszy. Z zamkniętymi oczami i głową złożoną na mchu wyglądała, jakby po prostu zasnęła. Jakim cudem jej twarz mogła wyrażać taki spokój? Jak?! Po tym wszystkim…

Greta przyklękła, starając się nie spoglądać na rozszarpaną ranę – głębokie cięcie na szyi, tuż nad obojczykiem. Drżącą ręką podniosła z ziemi nóż. Kropla krwi spłynęła po klindze, zatrzymała się na czubku i oderwała.

Kap.

Krzyk Grety Paganini rozdarł las.

II

– Ten rozkaz to żart, prawda? – Feniks uniósł plik kartek.

– Skąd to zwątpienie, pułkowniku? – Zachrypnięty głos niósł się echem po betonowym bunkrze.

Feniks się wzdrygnął. „Pułkowniku”… Gdyby jakikolwiek wojskowy sprzed Dnia Ostatecznego zobaczył tę ich armię, niewątpliwie wybuchłby śmiechem. Banda amatorów bawiących się w żołnierzyków, bez sensownych struktur i pojęcia o odpowiedzialności! Blad’!

Pokręcił głową i jeszcze raz wczytał się w akta.

Pierwsze nazwisko: chorąży Bob White – teleporter. Maksymalny zasięg: osiemdziesiąt kilometrów. Feniks szybko przeleciał wzrokiem po licznych szczegółach dotyczących mocy White’a – wyglądało na to, że przygotowano na ten temat istne opracowanie. Dotarł do wzmianki o kolejnym żołnierzu. Kapral Lars Huster – telekinetyk. Niewielki zasięg, kontrola do ośmiu obiektów jednocześnie, za to o imponującej masie, całe czterysta kilogramów. Feniks uniósł brwi. Nieźle.

Przewrócił stronę i mlasnął z niesmakiem. No i ona…

Podporucznik Greta Paganini – materializacja energii magicznej. Wiele form, głównie do walki w zwarciu.

– Ona cierpi, pułkowniku. Musi uwolnić się od własnej przeszłości. Potrzebujemy oddanych oficerów, niezaślepionych przez zemstę. Przecież zdajesz sobie z tego sprawę.

– Skończ te gierki – kontynuował Feniks. – Co to ma być? Wysyłanie trójki żołnierzy w samo serce Lasu Palatynackiego, by bronić obozu dla teleporterów i czujek? Bezwzględny rozkaz eliminacji każdego demona napotkanego na drodze? W co ty grasz? Przecież to…

– Czwórki – przerwał mu głos. Wybrzmiały kroki. Z ciemnego końca bunkra wyłoniła się postać odziana w białą szatę, z kapturem na głowie. Na twarzy nosiła plastikową maskę, spod której spozierały zielone oczy. Postać zmęczonym ruchem uniosła dłoń i wskazała palcem akta.

Feniks spojrzał na ostatnią stronę. Widniało tam jeszcze jedno nazwisko.

– Sierżant Nikołaj Beria. Pirokinetyk – przeczytał.

Blad’!

III

Po piątej teleportacji z rzędu Greta zgięła się wpół, zasłaniając usta. Do samego końca nie była pewna, czy dzisiejszy obiad nie postanowi jednak powrócić na łono natury. Błędnik powoli dochodził do siebie, więc wzięła głęboki wdech i rozejrzała się po okolicy.

Gdzie wylądowali tym razem?

Drzewa pięły się ku górze, oplatając przestrzeń siatką powykręcanych gałęzi, a tuż pod nimi – jeden przy drugim, niemalże ściśnięte w zieloną masę – wyrastały niskie świerki. Trzeba było skupić wzrok, by cokolwiek dostrzec, w czym wcale nie pomagało zachodzące słońce.

Zaklęła pod nosem. Dlaczego kazali im wyruszyć tak późno? Kto wpadł na ten genialny pomysł, by wysyłać oddział dwie godziny przed zmierzchem?

– Szlag by to… straciłem… sygnał telepatyczny… z placówką! – wydyszał za jej plecami Bob White. Głos teleportera łamał się, każde słowo poprzedzały krótkie stęknięcia, zmęczenie aż wyciekało świstami spomiędzy zębów.

– Jesteś pewien, Bob? – zapytała Greta. Przełknęła ślinę.

– Tak… – odpowiedział. – Szlag… Mówiłem… mówiłem im, żeby… dali mi czujkę, psia… jego mać!

Właśnie! Kto wysyła teleportera z całą grupą bez czujki? Co tej bandzie imbecyli wpadło do łba?! Co sobie myśleli? Że postawią go i każą przenieść się kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej, a ten trafi ot tak do celu? To było na tyle głupie, że zakrawało na coś więcej niż niekompetencję. To zakra­wało na…

– A może… zrobili to specjalnie? – wystękał Bob. – Może staliśmy się… niewygodni. I zostawili nas tu… na pastwę losu?

Odetchnęła z ulgą. Prawie przyłapała się na snuciu teorii spiskowych. Dopiero gdy Bob podzielił się na głos swoimi przemyśleniami, dotarło do niej, jakie to idiotyczne. Musiała go powstrzymać, zanim rozgada się o podziemnej cywilizacji, która bronią chemiczną doprowadziła do apokalipsy. Jeśli Greta miałaby znów tego słuchać, z pewnością trafiłby ją szlag.

– Może… to wszystko…

– Skończ już, Bob. – Odwróciła się do teleportera i klepnęła go w ramię.

Chorąży Bob White patrzył na nią spod zmrużonych powiek. Nie była przekonana, czy to kwestia zmęczenia, czy w jego mózgu właśnie rodzi się kolejna szalona hipoteza. Teleporter wreszcie westchnął głęboko, otarł pot z łysej głowy – gładkiej jak skorupka jajka – i strzepnął go na ziemię.

– Co teraz, pani porucznik? – Drugi mężczyzna, wielki jak niedźwiedź, z czarnymi kudłami opadającymi na ramiona, stanął tuż nad nią. Mówił bez agresji czy wyższości, a jednak coś w jego tonie zdradzało, że najchętniej to on przejąłby dowodzenie w obecnej sytuacji.

Zobaczyła go pierwszy raz kilka godzin przed misją. To był nagły przydział, równie niespodziewany jak rozkaz teleportacji późnym popołudniem, mimo że cały ranek siedzieli na dupie i dłubali w nosie. Sierżant Nikołaj Beria, pirokinetyk – taki nagłówek widniał na aktach, które otrzymała jeszcze w placówce. Dwie kartki zapełnione rozmytym słowotokiem, niemówiącym absolutnie nic konkretnego prócz pustych ogólników: przybył do Edenu wraz z innymi pirokinetykami w grupie ze wschodu, odznaczony w walce, bardzo silny. Jakim cudem apokalipsę przeżyli akurat ci pieprzeni biurokraci, którzy z paru krótkich informacji potrafili stworzyć referat?

– Daj mi chwilę, sierżancie Beria – odpowiedziała. Znów klepnęła teleportera w ramię. – Bob, zdołasz nas przenieść? Jeszcze jeden raz?

Łysy chorąży obruszył się.

– Całą czwórkę? Nie ma… szans. Poza tym… dokąd?

Właśnie… dokąd? Ściągnęła plecak i wyjęła mapę. Po poprzedniej teleportacji wylądowali w ruinach Haguenau, a przynajmniej tak przekazał im telepata z placówki. Teraz mieli się przenieść w sam środek Lasu Palatynackiego, razem z drugą grupą, która wyruszyła kilka minut wcześniej. „Banalna misja” – tak twierdzili dowódcy. „Macie jak najszybciej odnaleźć obóz z naszym personelem. Jesteście jedyną ochroną, na którą mogą liczyć”. Niech ich szlag!

Bez telepaty i czujki koordynaty, które podano Grecie, były tylko zlepkiem cyfr. Gdyby na horyzoncie widniało jakieś pasmo górskie, może udałoby się rozszyfrować obecną lokalizację, lecz zewsząd otaczał ich las, a z każdą minutą ciemniało.

Ile by teraz dała za działający system GPS. Pieprzona Pieczęć…

– Greta, chyba powinniśmy wrócić do placówki – odezwał się ostatni z żołnierzy, Lars Huster, młodzik o przestraszonych oczach i policzkach porośniętych nierównymi kępkami młodzieńczego zarostu.

– Nie „Greta”, tylko pani porucznik, to po pierwsze, kapralu Huster! – syknęła, bardziej, by podkreślić swój autorytet, niż ustawić młodzika do pionu. – Po drugie, nie damy rady. Bob?

– Dajcie spokój. Zrzygam się przy kolejnej próbie przeniesienia… zobaczycie! A co dopiero całej czwórki! Nie ruszam… stąd dupy do rana. – Teleporter rozsiadł się na ziemi i skrzyżował ręce na klatce piersiowej, przybierając wyraz twarzy, który zapewne miał wyglądać groźnie.

Podsumowała jego komentarz cichym westchnieniem.

– Co robimy, pani porucznik? – zapytał pirokinetyk, teraz już wyraźnie ostrzejszym tonem.

Greta obrzuciła go spojrzeniem. Sięgała ledwo jego klatki piersiowej, musiała zadzierać głowę, by w ogóle popatrzeć na tę paskudną mordę. Beria wyglądał, jakby za młodu ktoś przyrżnął mu w nos młotem kowalskim.

Wypięła pierś niewzruszona. Nie dziwiła mu się. Oto stało przed nim babsko młodsze o dwie dekady, jeszcze przed trzydziestką, z absurdalnym irokezem na głowie i gębą wykolczykowaną tak bardzo, że wystarczyło przyłożyć magnes, by sprawić, że nie ruszy się chociażby o pół metra. Ale to babsko było w tej chwili jego dowódcą, czy sobie tego życzył, czy nie.

Głęboki wdech. Już otwierała usta, by mu wygarnąć, lecz tym razem słowa nie chciały przejść przez gardło. To nie była misja jak poprzednie. Teraz Greta pierwszy raz oficjalnie kierowała oddziałem. Już od początku ciążyła na niej odpowiedzialność.

A jeśli znów wszystko spieprzy? Jeśli…

Wydech.

– Czego nie zrozumiałeś w słowach „daj mi chwilę”, sierżancie Beria? – zapytała najspokojniej, jak potrafiła, pojedynkując się z nim na spojrzenia.

Chłodny wzrok wwiercał się w nią, a cień rzucony przez wysunięte czoło sprawiał wrażenie, że oczy pirokinetyka tonęły w czarnych otworach.

Po długiej ciszy Beria wreszcie odpowiedział formalnym tonem:

– Oczywiście, pani porucznik.

Obróciła się do reszty. Sylwetki trzech żołnierzy z wolna zlewały się z gąszczem. Patrzyli na Gretę – każdy inaczej, lecz nie bawiła się w rozszyfrowanie emocji wypisanych na ich twarzach.

Tym razem nie zawali!