Spisek wokół Agathy Christie - Kelly Oliver - ebook

Spisek wokół Agathy Christie ebook

Oliver Kelly

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Agatha Christie staje przed nową, trzymającą w napięciu sprawą morderstwa. Tyle że tym razem nie jest autorką kryminalnej zagadki – jest podejrzaną…

Rok 1926. Christie jest ulubienicą literackich salonów i jednym z najbardziej pożądanych gości londyńskiej socjety. Często bywa na spotkaniach Klubu Detektywów, gdzie autorzy kryminałów wymieniają się pomysłami, zdradzają sobie sekrety i piją zdecydowanie więcej, niż powinni.

Gdy jednak ceremonia przyjęcia jednego z pisarzy do klubu przybiera makabryczny obrót, jedna z osób zostaje znaleziona martwa. Christie nie jest już tylko twórczynią znakomitych kryminalnych intryg – sama staje się uczestniczką jednej z nich.

A kiedy dzień po morderstwie autorka znika, niemal wszyscy uznają ją za winną. Tylko Eliza Baker, asystentka enigmatycznej sekretarki klubu, Dorothy Sayers, chce naprawdę zbadać sprawę. Tylko czy w świecie, w którym morderstwo bywa najdoskonalszym chwytem fabularnym, Eliza zdoła połączyć wszystkie tropy i znaleźć zabójcę, zanim będzie za późno?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 259

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Case of the Chri­stie Con­spi­racy

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Kelly Oli­ver, 2025 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Mar­cin Adam­ski, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68872-67-5

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Z dedy­ka­cją dla mojego uko­cha­nego, zmar­łego kota, Lorda Petera Mischiefa Wim­sey’a

Rozdział pierwszy. Wywiad

Roz­dział pierw­szy

Wywiad

Eliza Baker wrzu­ciła książkę do kosza. Nie była eks­pertką w dzie­dzi­nie kry­mi­na­łów, ale wie­działa, że autor powi­nien grać fair wobec czy­tel­nika. A pani Aga­tha Chri­stie nie grała fair.

Sto­jąc przy kuchence, dotknęła pal­cem ściankę dzbanka do kawy. Na­dal był cie­pły. Pod­nio­sła go i odkrę­ciła. Nie zostało już wiele. Nalała sobie pół fili­żanki, a resztę zosta­wiła dla sio­stry. W końcu to Jane zapa­rzyła kawę, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że to był eks­pres Jane, sto­jący na kuchence Jane, na doda­tek w miesz­ka­niu Jane. I cho­ciaż sio­stra twier­dziła, że miesz­ka­nie z Elizą to „przy­jem­ność”, Eliza nie mogła oprzeć się wra­że­niu, że jest dla niej cię­ża­rem. W końcu była star­szą sio­strą. To ona powinna utrzy­my­wać Jane, a nie na odwrót. Gra w sza­chy w klu­bie Gam­bit nie zapew­niała sta­łego dochodu. Musiała zdo­być tę pracę w Klu­bie Detek­ty­wi­stycz­nym, nawet jeśli ozna­czało to kom­ple­men­to­wa­nie pani Chri­stie za jej nie do końca uczciwą nar­ra­cję.

Queenie patrzyła na nią, cze­ka­jąc na sma­ko­łyk. Podob­nie jak ona, pies został ura­to­wany z ulic Lon­dynu, gdy był szcze­nia­kiem. Eliza dała Queenie kawa­łek mięsa z wczo­raj­szej kola­cji. Suczka rasy beagle pochło­nęła go, a następ­nie zama­chała ogo­nem w podzię­ko­wa­niu. Nawet resztki, któ­rymi kar­miła Queenie, były opła­cane przez Jane, podob­nie jak wszystko inne w miesz­ka­niu.

Miesz­ka­nie Jane, dłu­gie i wąskie niczym pas star­towy, było cał­kiem przy­jemne. Zaś wik­to­riań­ski komi­nek z czar­nego mar­muru w salo­nie był wręcz osza­ła­mia­jący, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że ogrze­wał w chłodne gru­dniowe dni. Jed­nak dzie­le­nie sypialni nie było ide­al­nym roz­wią­za­niem dla dwóch samot­nych kobiet po dwu­dzie­stce. Kie­dyś, być może, będą miały więk­sze miesz­ka­nie. Odkąd była dziec­kiem, które prze­trwało, gra­jąc w sza­chy na uli­cach Lon­dynu, zawsze było to „kie­dyś, być może”.

Uwa­ża­jąc, by nie roz­lać kawy, Eliza prze­szła kory­ta­rzem do salonu, a następ­nie włą­czyła radio, mając nadzieję, że usły­szy wia­do­mo­ści. Queenie podą­żała za nią. Był rok 1926, na litość boską. Wielka Wojna zakoń­czyła się osiem lat temu, a za trzy lata skoń­czy trzy­dzie­ści lat i będzie mogła gło­so­wać. Miała obo­wią­zek być na bie­żąco, a nie cho­wać głowy w jakiejś zmy­ślo­nej histo­rii. Na świe­cie było wystar­cza­jąco dużo mor­derstw i cha­osu. Dla­czego auto­rzy kry­mi­na­łów musieli wymy­ślać jesz­cze wię­cej?

Potrze­bo­wała praw­dzi­wych wia­do­mo­ści o praw­dzi­wych zbrod­niach, nie o wymy­ślo­nych, nacią­ga­nych prze­stęp­stwach pani Chri­stie. Oczy­wi­ście nie lubiła słu­chać o ban­kie­rach defrau­du­ją­cych pie­nią­dze, naj­now­szych klę­skach żywio­ło­wych czy gło­du­ją­cych sie­ro­tach bła­ga­ją­cych o chleb; jesz­cze nie tak dawno sama była jed­nym z tych gło­du­ją­cych dzieci. Ale to była prze­szłość.

Usia­dła w tapi­ce­ro­wa­nym fotelu przy kominku. Queenie zwi­nęła się u jej stóp. Salon był przy­tulny, z sofą i dwoma fote­lami usta­wio­nymi w pół­okręgu na afgań­skim dywa­nie. Gust jej sio­stry w zakre­sie wystroju wnętrz był sto­no­wany, a kolory tak blade i nija­kie, że zle­wały się z beżową tapetą.

Męski głos w radiu ogło­sił:

– Nadaję obok bary­kad pod­czas zamie­szek na Tra­fal­gar Squ­are.

Słu­chała z zapar­tym tchem, zasta­na­wia­jąc się, czy powinna poin­for­mo­wać Jane. Brzmiało to poważ­nie. Zamieszki?

Nacią­gnęła swe­ter i objęła się ramio­nami. Przez szcze­linę w para­pe­cie wpadł chłodny powiew powie­trza – pamiątka po woj­nie. Miesz­ka­nie jej sio­stry znaj­do­wało się na trze­cim pię­trze kamie­nicy przy Liver­pool Street, gdzie Niemcy prze­pro­wa­dzili jedne z ostat­nich despe­rac­kich nalo­tów pod koniec wojny.

Trzy­ma­jąc fili­żankę w obu rękach, pode­szła bli­żej kalo­ry­fera i wysłu­chała rela­cji. Queenie nasta­wiła uszy, jakby też słu­chała.

– Sły­szy­cie ten tłum?

Głos spi­kera był rado­sny. Naj­wy­raź­niej czer­pał dużą przy­jem­ność z tych zamie­szek. Gło­śny trzask z radia spra­wił, że pod­sko­czyła. Co się dzieje? Queenie zaszcze­kała.

Pre­zen­te­rowi zaparło dech.

– Wygląda na to, że w Hotelu „Savoy” doszło do eks­plo­zji.

W tle sły­chać było krzyki.

Prze­łknęła ślinę. Eks­plo­zja. Posta­wiła fili­żankę na kominku i poszła szu­kać Jane. W pośpie­chu omal nie potknęła się o Queenie.

Jej sio­stra, ubrana w brą­zową twe­edową mary­narkę i kre­mową jedwabną bluzkę, zbie­gła po scho­dach. Zebrała ręka­wiczki i walizkę z bocz­nego sto­lika.

– Wycho­dzę. – Jane uśmiech­nęła się. – Bądź grzeczna.

Kiedy mru­gnęła, jej zie­lone oczy zabły­sły.

– A jeśli nie potra­fisz być grzeczna, bądź przy­naj­mniej ostrożna.

Patrząc na Jane, Eliza czuła się jak w lustrze – były do sie­bie tak podobne. Wszy­scy myśleli, że są bliź­niacz­kami. Miały takie same słom­kowe włosy, tra­wia­ste oczy i wyso­kie czoła.

– Sły­sza­łaś o zamiesz­kach na Tra­fal­gar Squ­are? – Eliza sta­nęła mię­dzy sio­strą a drzwiami wej­ścio­wymi, blo­ku­jąc przej­ście.

Jane zmru­żyła oczy.

– Nie. A powin­nam?

– Skoro znasz toż­sa­mość lokal­nych wichrzy­cieli… – Eliza uśmiech­nęła się zło­śli­wie. – Tak, powin­naś.

W końcu Jane pra­co­wała dla bry­tyj­skiego wywiadu.

– Lokalni wichrzy­ciele? – Jane zało­żyła ręka­wiczkę.

– Posłu­chaj. – Eliza prze­chy­liła głowę w kie­runku radia.

– Nie mogę się spóź­nić do pracy. – Jane nało­żyła kape­lusz.

– Uczest­nicy zamie­szek wysa­dzili „Savoy”. – Eliza wzięła sio­strę pod ramię. Z pomocą Queenie zapro­wa­dziła ją do salonu.

– Słu­cham? – Jane otwo­rzyła usta ze zdzi­wie­nia i pozwo­liła się posa­dzić na sofie.

Spi­ker radiowy poda­wał naj­now­sze wyniki meczów kry­kieta.

– Kogo obcho­dzi kry­kiet? – Jane rozej­rzała się po pokoju, jakby spo­dzie­wała się, że przez ściany wtar­gną uczest­nicy zamie­szek.

– Zdzi­wi­ła­byś się… – Eliza wes­tchnęła.

– Powin­ny­śmy zejść na dół i zoba­czyć, co się dzieje? – Policzki Jane pokryły się rumień­cem. – Mój szef może chcieć uzy­skać infor­ma­cje na temat tych zamie­szek.

Jej sze­fem był nikt inny jak sir Ver­non Kell, dyrek­tor gene­ralny MI5.

– Mam dzi­siaj spo­tka­nie w spra­wie pracy z tą pisarką kry­mi­na­łów. – Eliza prze­szła się po pokoju, a potem zatrzy­mała. – Słu­chaj, zre­zy­gnuję z tego, jeśli uwa­żasz, że powin­ny­śmy zejść na dół i zoba­czyć, co się dzieje.

Co za strata. Przez ostatni tydzień – odkąd Theo nale­gał, aby zło­żyła poda­nie o pracę u „draż­li­wej” autorki – czy­tała kry­mi­nały, żeby się przy­go­to­wać.

– Te zamieszki są waż­niej­sze niż ci głupi pisa­rze.

Kolejne trza­ski i krzyki.

– Muszę się teraz roz­łą­czyć. – Głos spi­kera zdra­dzał wyczer­pa­nie. – Mam nadzieję, że podo­bało się wam „Spra­woz­da­nie z bary­kad” – powie­dział nagle trium­fal­nie. – To frag­ment mojego naj­now­szego opo­wia­da­nia.

Zachi­cho­tał.

– Czy­tany przez waszego pokor­nego sługę, nie­zwy­kłego pisa­rza kry­mi­na­łów, Neville’a Lively’ego.

– O rany. – Eliza spoj­rzała na sio­strę, która wpa­try­wała się w nią sze­roko otwar­tymi oczami. – Cho­lerni pisa­rze.

Więc to wszystko było misty­fi­ka­cją. Nie było żad­nych zamie­szek. Tylko pisarz kry­mi­na­łów z mar­nym poczu­ciem humoru, który czy­tał swoje głu­pie opo­wia­da­nie w radiu.

– Neville Lively powi­nien mieć wię­cej rozumu – powie­działa Jane, krę­cąc głową. – Powiem Dil­liemu, żeby trzy­mał swo­jego kum­pla na smy­czy.

Dilly Knox, pro­fe­sor filo­lo­gii kla­sycz­nej w Oks­for­dzie i były łamacz kodów, pew­nie poru­szał się w krę­gach lite­rac­kich. Był dobrym przy­ja­cie­lem samej Aga­thy Chri­stie.

– Dilly Knox nie jest lep­szy. – Eliza pra­co­wała z Dil­lym pod­czas wojny. W tam­tym cza­sie była skautką w Mini­ster­stwie Wojny i robiła wszystko, o co pro­sili ją ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze – z wyjąt­kiem tego, o co pro­sił Dilly, ponie­waż był roz­pust­ni­kiem. Teraz wró­cił do Oks­fordu, gdzie wykła­dał filo­lo­gię kla­syczną i bez wąt­pie­nia flir­to­wał ze wszyst­kimi mło­dymi, bły­sko­tli­wymi oso­bami. Gdyby Eliza nie była świa­doma swo­jej war­to­ści, pomy­śla­łaby, że napi­sał jej list refe­ren­cyjny tylko dla­tego, że podo­bał mu się jej piękny uśmiech. Czę­sto jej to powta­rzał.

– Zosta­wi­łam ci tro­chę kawy. – Z Jane u boku Eliza wró­ciła do kuchni i nalała resztki do fili­żanki sio­stry.

– Dzięki. – Jane upiła łyk, po czym się skrzy­wiła.

Eliza opa­dła na krze­sło przy kuchen­nym stole. Queenie usia­dła obok niej, patrząc na nią swo­imi nie­od­par­cie uro­kli­wymi, cze­ko­la­do­wymi oczami. Eliza pokle­pała psa po gło­wie.

– Eliza… – Jane unio­sła brwi i wska­zała na kosz na śmieci, gdzie z okładki książki Mor­der­stwo Rogera Ackroyda spo­glą­dał dwu­li­cowy dok­tor James Shep­pard. – Co ta książka z biblio­teki robi w koszu?

Pode­szła i wyjęła ją.

– Aga­tha Chri­stie. Wyrzu­casz Aga­thę Chri­stie! Okaż tro­chę sza­cunku. W tym domu nie wyrzu­camy ksią­żek. Zwłasz­cza tych napi­sa­nych przez kró­lową kry­mi­na­łów. – Przyj­rzała się książce. – Na litość boską, to książka z biblio­teki.

Usia­dła i prze­su­nęła ją po stole.

– Czy przy­naj­mniej skoń­czy­łaś zada­nie domowe na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną?

Eliza ener­gicz­nie ski­nęła głową. Kró­lowa tajem­nicy? Raczej kró­lowa wpro­wa­dza­nia w błąd i oszu­ki­wa­nia. W każ­dym razie pani Chri­stie opu­bli­ko­wała dopiero kilka ksią­żek, wszyst­kie z tym dziw­nym małym detek­ty­wem, Her­ku­le­sem Poiro­tem, więc trudno ją nazwać kró­lową.

– Chcia­łam pocze­kać, aż dosta­niesz tę pracę, żeby ci powie­dzieć – Jane zawa­hała się, jakby miała wąt­pli­wo­ści. Wycią­gnęła rękę i dotknęła okładki książki.

– Powie­dzieć mi co? – Eliza znała to spoj­rze­nie. To, które Jane miała, gdy podej­mo­wała ważną decy­zję. – Powie­dzieć mi co? – powtó­rzyła.

– Krążą plotki.

– Plotki? – Eliza pogła­skała Queenie po uszach. – O mnie?

– Nie. – Jane sta­now­czo odsta­wiła fili­żankę. – Mamy powody sądzić, że twoja pisarka kry­mi­na­łów i jej przy­ja­ciele znają tajem­nice pań­stwowe. – Ści­szyła głos. – Musimy koniecz­nie dowie­dzieć się, co wie­dzą i skąd czer­pią tę wie­dzę. A twoja praca w Klu­bie Detek­ty­wi­stycz­nym sta­nowi do tego ide­alną oka­zję.

– Skoń­czy­łam z pracą w poli­cji. – Eliza zaci­snęła usta. – Zresztą jesz­cze nie dosta­łam tej pracy. – Spoj­rzała na fili­żankę. – Nie mogę… Nie po tym, co się stało.

– Nie możesz dalej się zamar­twiać ani mar­no­wać czas w tym głu­pim klu­bie sza­cho­wym. – Jane wypu­ściła gło­śno powie­trze. – To nie była twoja wina. – Zła­go­dziła ton i się­gnęła przez stół, chwy­ta­jąc dłoń Elizy. – Pro­szę, Lizzy, jesteś jedną z naj­lep­szych…

– Byłam. Czas prze­szły. – Eliza wyco­fała dłoń. – Nie mogę. Nie po tym, co się stało… – Nie była w sta­nie wypo­wie­dzieć jego imie­nia. Swo­jego part­nera z jedy­nego nie­uda­nego mie­siąca pracy w Sco­tland Yar­dzie. Nie mogła znieść myśli o nim jako o kimś wię­cej – na pewno nie jako o czło­wieku, za któ­rego miała nadzieję wyjść za mąż. To przez nią zgi­nął. Gdyby tylko nie pośli­zgnęła się na nabrzeżu, ści­ga­jąc tę cho­lerną kobietę. Wcią­gnęła powie­trze.

– Możesz. – Jane zapięła kurtkę i znów wes­tchnęła osten­ta­cyj­nie. – Nie chcia­łam ci tego mówić, dopóki nie dosta­niesz pracy, ale być może zostanę prze­nie­siona do Paryża. – Jej usta zaci­snęły się w wąską linię. – Jeśli więc chcesz zatrzy­mać to miesz­ka­nie, musisz dostać tę pracę.

– Co? – Słowa Jane ude­rzyły ją jak cios w żołą­dek. – Wyrzu­casz mnie?

Jako dziew­czynka miesz­kała na ulicy. Nie chciała tego prze­ży­wać ponow­nie.

– To dla two­jego dobra. – Jane wstała. – Nie możesz dalej pogrą­żać się w poczu­ciu winy. Musisz upo­rząd­ko­wać swoje życie i iść dalej. Pój­dziesz na tę roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną. Dosta­niesz tę pracę. Dasz radę. – Spoj­rzała jej pro­sto w oczy. – Prawda?

Eliza sie­działa w mil­cze­niu, mru­ga­jąc powie­kami.

– Prawda? – W oczach Jane poja­wił się ten błysk, który ozna­czał, że nie przyj­mie odmowy. – Pro­szę, Lizzy. Zrób to dla mnie. Potrze­buję two­jej pomocy. Dzięki swo­jej nie­win­nej twa­rzy i blond lokom będziesz ide­alną tajną agentką. – Uśmiech­nęła się. – Pro­szę – powtó­rzyła cicho.

– No dobrze. – Eliza wzięła głę­boki wdech.

– No dobrze, co? – Jane stała z rękami opar­tymi na bio­drach.

– Spró­buję. – Eliza wes­tchnęła z rezy­gna­cją. – Zgoda.

Jak mogłaby odmó­wić pomocy swo­jej sio­strze?

Queenie zaszcze­kała na znak apro­baty.

– Zgoda na co? – Jane postu­kała obca­sem. Jak na młod­szą sio­strę, była naprawdę apo­dyk­tyczna.

– W porządku. Zro­bię to. – Na ustach Elizy poja­wił się uśmiech. – Od teraz jestem aspi­ru­jącą autorką kry­mi­na­łów. – Zdjęła wyima­gi­no­wany kape­lusz. – I, przy odro­bi­nie szczę­ścia, przy­szłą asy­stentką, pra­cu­jącą pod przy­krywką sekre­tarki Lon­dyń­skiego Klubu Detek­ty­wi­stycz­nego.

Skrzy­żo­wała palce za ple­cami – zarówno na szczę­ście, jak i dla­tego, że kła­mała jak z nut.

Aby opóź­nić ago­nię zwią­zaną z przed­sta­wie­niem się „draż­li­wej” autorce, Eliza zatrzy­mała się w Budge Row. Zamie­rzała roze­grać jedną lub dwie par­tie w Gam­bi­cie, zaro­bić kilka fun­tów i zdą­żyć na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną.

Gam­bit Chess Rooms było pro­stym pomiesz­cze­niem z dwoma dłu­gimi sto­łami, na któ­rych stały rzędy sza­chow­nic. Z tyłu znaj­do­wał się mały aneks kuchenny z popla­mio­nym zle­wem i kil­koma przy­pad­ko­wymi fili­żan­kami i tale­rzami. Oprócz tego była tylko toa­leta.

Gam­bit, któ­rego wła­ści­cielką była Edith Price – rów­nież mistrzyni sza­chowa – był jed­nym z nie­wielu miejsc w mie­ście, gdzie kobiety mogły grać. Mimo to więk­szość gra­czy sta­no­wili męż­czyźni.

Kiedy wie­szała płaszcz na wie­szaku przy drzwiach, kilka zna­jo­mych twa­rzy pod­nio­sło wzrok znad sza­chow­nic i uśmiech­nęło się do niej – w więk­szo­ści szcze­rze. Cho­dziła do Gam­bitu od dwu­na­stego roku życia, odkąd kapi­tan Hall zabrał ją z ulicy. Wcze­śniej uczyła się gry w St. James’s Park. Już jako dziecko zdra­dzała talent do sza­chów. Dobrze się zło­żyło, bo ina­czej ona i Jane umar­łyby z głodu.

Eliza rozej­rzała się po klu­bie. Dwóch sta­łych bywal­ców, Michael i Herb, grało mię­dzy sobą. Wpa­dła na pomysł.

Wyzwała ich obu na par­tię sza­chów bły­ska­wicz­nych – jed­no­cze­śnie.

Stawka wyno­siła funt za par­tię.

– Zgoda – powie­dział Michael.

– Osza­la­łaś – roze­śmiał się Herb. – Nie da się grać na dwóch sza­chow­ni­cach naraz.

– Zoba­czysz. – Pod­wi­nęła rękawy bluzki. – Ustaw­cie figury.

Sta­nęła po prze­ciw­nej stro­nie stołu i, prze­cho­dząc od jed­nej sza­chow­nicy do dru­giej, zmu­siła umysł do pracy na naj­wyż­szych obro­tach. Adre­na­lina krą­żąca w jej żyłach wywin­do­wała ją na nowy poziom eks­cy­ta­cji. Dło­nie miała spo­cone, ale nie zwal­niała tempa, za każ­dym razem wyprze­dza­jąc zegar. Nawet gdyby nie cze­kała jej roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna, gra­łaby tak szybko, jak tylko mogła. Dys­cy­plina potrzebna do sku­pie­nia całej ener­gii umy­sło­wej na nie­mal nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ściach była wręcz upa­ja­jąca.

Herb, który wąt­pił w jej umie­jęt­no­ści, prze­grał jako pierw­szy. Zro­biła roszadę i dała mu mata. Poko­na­nie Micha­ela zajęło jej kilka minut dłu­żej, ale po zbi­ciu jed­nego z jego goń­ców szybko dopro­wa­dziła par­tię do końca.

– To będzie funt od każ­dego. – Otwo­rzyła dłoń. – Dzię­kuję, pano­wie. Gra z wami to przy­jem­ność.

Wkła­da­jąc wygraną do kie­szeni, pode­szła do końca stołu, gdzie Theo grał z innym bywal­cem klubu. Zatrzy­mała się i patrzyła.

Theo Sharp miał falo­wane, kasz­ta­nowe włosy, nieco za dłu­gie i zbyt nie­sforne, by wyglą­dały sty­lowo. Jego pełne usta nada­wały mu wieczny gry­mas dez­apro­baty.

– Byłaś już na roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej? – zapy­tał, nie odry­wa­jąc wzroku od sza­chow­nicy.

Pode­szła bli­żej.

– Jesz­cze nie. – Mru­żąc oczy, przy­glą­dała się sza­chow­nicy i ana­li­zo­wała moż­li­wo­ści Theo. – Ale zaraz będę.

– To świet­nie.

Kosmyk kasz­ta­no­wych wło­sów opadł mu na czoło; odro­bina bry­lan­tyny nie zaszko­dzi­łaby. Zbił gońca prze­ciw­nika skocz­kiem. Kiedy prze­ciw­nik zbił het­mana, Theo lekko uniósł kąciki ust.

Wstrzy­mała oddech, cze­ka­jąc na następny ruch. Zabawne – kiedy sama grała, była spo­kojna jak mru­czący kot. Ale obser­wo­wa­nie gry Theo ją stre­so­wało. Poczuła nie­od­partą potrzebę prze­su­wa­nia figur za niego.

W końcu Theo spoj­rzał na nią i uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc zęby. Dla­czego się uśmie­chał? Nie mógł prze­su­nąć wieży, bo nara­ziłby króla na szach.

Trzy ruchy póź­niej zro­zu­miała dla­czego. Udało mu się zosta­wić prze­ciw­ni­kowi tylko kilka zablo­ko­wa­nych pion­ków i wymie­nić jed­nego ze swo­ich pion­ków na het­mana, by w rezul­ta­cie dać mata. Jego poświę­ce­nie się opła­ciło. Szkoda, że życie nie przy­po­mina sza­chów.

Pomy­ślała o swo­jej matce. A potem o Jamie, sęka­tym doke­rze, który nauczył ją grać w sza­chy w Devil’s Acre po śmierci mamy. A póź­niej o Bil­lym – kimś wię­cej niż part­ne­rze. Znała go zale­d­wie mie­siąc, ale od razu nawią­zała z nim więź. Potem zgi­nął w dokach pod­czas jej pierw­szego i ostat­niego docho­dze­nia w poli­cji. Tak wiele śmierci. Wszy­scy, któ­rych kie­dy­kol­wiek kochała, zgi­nęli. Z wyjąt­kiem Jane. Dzięki Bogu za to.

Prze­ciw­nik Theo z nie­chę­cią wyło­żył na stół złotą monetę i odszedł, krę­cąc głową.

– Dobra robota. – Klep­nęła go lekko w ramię. – Teraz ja spró­buję. – Zaczęła zbie­rać pionki, by usta­wić sza­chow­nicę.

– Nie, dopóki nie będziesz miała sta­łego dochodu. – Wyjął jej z ręki wieżę. – Nie chcę być odpo­wie­dzialny za ruinę two­ich finan­sów.

– Dla­czego myślisz, że wygrasz? – Prze­chy­liła głowę i pod­nio­sła pionka.

– Zawsze wygry­wam. – Jego bursz­ty­nowe oczy błysz­czały niczym krze­mień.

– Ja też. – Posta­wiła króla i kró­lową obok sie­bie.

– Nie możemy oboje wygrać. – Poli­czył stos monet przed sobą, a następ­nie z brzę­kiem wrzu­cił je do kie­szeni kurtki. Jego zno­szona twe­edowa kurtka pamię­tała lep­sze czasy, podob­nie jak podarta koszula pod spodem. Mógłby prze­zna­czyć część wygra­nej na nową, ale wie­działa, że ni­gdy tego nie zrobi.

– Po pro­stu boisz się, że prze­rwę twoją passę zwy­cięstw. – Uśmiech­nęła się prze­bie­gle. Skoń­czyła usta­wiać czarne figury, więc się­gnęła przez stół i zaczęła ukła­dać białe. – No dalej. Tylko jedna par­tia.

– Nie. – Wstał. – Nie mogę z tobą grać.

– Dla­czego nie? – Grał z każ­dym, kto się zgło­sił. Dla­czego nie z nią?

– Już ci powie­dzia­łem. – Nało­żył czapkę z dasz­kiem. – Nie możemy oboje wygrać.

Zaci­snęła usta i wska­zała na niego goń­cem.

– To żaden powód.

Chwy­cił jej dłoń i posta­wił gońca na sza­chow­nicy. Jego dłoń była cie­pła, miękka, ale silna.

– Cóż, mam swoje powody.

Puścił ją i wsu­nął ręce do kie­szeni.

– Jesteś upar­tym osłem – mruk­nęła, opie­ra­jąc łok­cie na stole i kła­dąc brodę na dło­niach.

– Słu­chaj. – Jego ton zła­god­niał. – Zdo­bądź tę pracę, a wtedy może… może zagramy. – Wycią­gnął wyka­łaczkę z kie­szeni i wło­żył ją mię­dzy zęby.

– Dla­czego tak bar­dzo zależy ci na tym, żebym dostała tę pracę? – Naj­pierw jej sio­stra, a teraz Theo. Wszy­scy chcieli, żeby poszła do pracy.

– Może po pro­stu chcę, żebyś była bli­sko. – Zdjął czapkę. – To i fajer­werki.

– Fajer­werki?

– Meta­fo­ryczne. – Zachi­cho­tał. – Kiedy spo­tkasz panią sekre­tarz. – Poło­żył dłoń na jej ramie­niu, a potem szybko ją cof­nął, jakby się popa­rzył.

– Pani sekre­tarz… – Rozej­rzała się. – Tak ją nazy­wasz? – Przy­po­mniała sobie ulti­ma­tum sio­stry. Czy Jane naprawdę zosta­wi­łaby ją na ulicy? – Draż­liwą autorkę?

– No już, idź. – Theo odpra­wił ją ruchem ręki. – Opo­wiesz mi póź­niej.

Rany. Theo i Jane sprzy­mie­rzyli się prze­ciwko niej.

– W porządku. Pójdę. – Spoj­rzała na zega­rek. Miała jesz­cze czas, żeby dotrzeć do King­sway Hall.

– Dobrze. – Ski­nął głową i ruszył do drzwi. Na progu odwró­cił się. – Do zoba­cze­nia, kole­żanko.

– Cześć.

Po krót­kim poże­gna­niu udała się na sta­cję metra i wsia­dła do pociągu jadą­cego w kie­runku Hol­born. W wago­nie ponow­nie prze­czy­tała ogło­sze­nie:

„Poszu­ku­jemy asy­stenta do pomocy przy orga­ni­za­cji comie­sięcz­nych spo­tkań Klubu Detek­ty­wi­stycz­nego…”.

Eliza odro­biła pracę domową. Doro­thy L. Say­ers, znana jako pani sekre­tarz, była „draż­liwą” – autorką dwóch powie­ści kry­mi­nal­nych o lor­dzie Pete­rze Wim­seyu i jego słu­żą­cym Bun­te­rze. Książki spo­tkały się z mie­sza­nymi recen­zjami, ale dobrze się sprze­da­wały. Na co dzień pra­co­wała w agen­cji rekla­mo­wej S.H. Ben­son.

Eliza miała się z nią spo­tkać za dwa­dzie­ścia minut.

Ćwi­czyła uśmiech i przed­sta­wia­nie się… aż zauwa­żyła, że inni pasa­że­ro­wie się na nią gapią. Do czasu, gdy pociąg metra zatrzy­mał się na Hol­born, sie­działa nie­ru­chomo, uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego.

Gdy tylko drzwi się otwo­rzyły, wysia­dła i ruszyła na ulicę.

Agen­cja mie­ściła się w nowym budynku King­sway Hall. Impo­nu­jący, biały gmach wznie­siono w nowo­cze­snym stylu – pro­stym i pozba­wio­nym zbęd­nych ozdób.

Eliza wje­chała windą na dru­gie pię­tro i pode­szła do drzwi z napi­sem: „Doro­thy L. Say­ers”.

Zatrzy­mała się, odchrząk­nęła.

– Nazy­wam się Eliza Baker… Przy­szłam w spra­wie sta­no­wi­ska asy­stentki…

Wygła­dziła spód­nicę, popra­wiła kape­lusz i naci­snęła klamkę.

Kobieta za biur­kiem nie była taka, jakiej się spo­dzie­wała.

Doro­thy L. Say­ers – krępa, po trzy­dzie­stce – przy­po­mi­nała niedź­wie­dzicę. Nie plu­szo­wego misia, lecz raczej groź­nego griz­zly w prze­bra­niu agentki rekla­mo­wej.

– W czym mogę pomóc? – zapy­tała, nie odry­wa­jąc wzroku od notat­nika.

– Nazy­wam się Eliza Baker – wyre­cy­to­wała przy­go­to­wane zda­nia. – Jestem tu w spra­wie sta­no­wi­ska asy­stentki sekre­ta­rza… – ści­szyła głos – w Lon­dyń­skim Klu­bie Detek­ty­wi­stycz­nym.

– Wiesz o Klu­bie Detek­ty­wi­stycz­nym? – Say­ers unio­sła wzrok.

– Z ogło­sze­nia w „Daily Chro­nicle”.

– Ach tak.

– Chyba nawet detek­tywi muszą się rekla­mo­wać – powie­działa Eliza z wymu­szo­nym uśmie­chem.

– Podoba mi się to. – Zano­to­wała coś. – Śmierć musi się rekla­mo­wać1.

– Detek­tywi – popra­wiła Eliza.

– Mor­der­stwa. – Say­ers ski­nęła głową. – Mor­der­stwa muszą się rekla­mo­wać.

Pod­nio­sła wzrok, wbi­ja­jąc w nią lodo­wate spoj­rze­nie.

– Jeste­śmy pisa­rzami, nie detek­ty­wami. Nie popeł­nij błędu, myląc autora z jego boha­te­rem.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pani.

– Jakie masz doświad­cze­nie? Masz refe­ren­cje? I naj­waż­niej­sze: potra­fisz docho­wać tajem­nicy?

Eliza uśmiech­nęła się lekko.

– Tak. Potra­fię docho­wać tajem­nicy. Mogę? – Wska­zała na krze­sło naprze­ciwko biurka.

Doro­thy Say­ers ski­nęła głową.

– Potra­fię dyk­to­wać, pisać na maszy­nie, segre­go­wać doku­menty i zała­twiać sprawy. – Mach­nęła ręką. – Cokol­wiek pani potrze­buje. Żadne zada­nie nie jest dla mnie zbyt wyma­ga­jące ani zbyt błahe. – Kolejne kłam­stwa.

– Opo­wiedz mi o sobie. O swoim wycho­wa­niu. Skąd pocho­dzisz. Jaka jesteś. – Inten­sywne spoj­rze­nie jasnych oczu Doro­thy Say­ers mogłoby oświe­tlić cały budy­nek.

– Wła­ści­wie… – Eliza zawa­hała się.

Może to przez te dłu­gie, zwi­sa­jące kol­czyki kobiety, spo­sób, w jaki nosiła włosy, pod­cią­gnięte wokół uszu jak sza­lik, albo te śmieszne małe bino­kle na jej pła­skim nosie… Coś w Doro­thy L. Say­ers pod­po­wia­dało Eli­zie, że nie­kon­wen­cjo­nalne dzie­ciń­stwo – a nawet jej wąt­pliwe pocho­dze­nie – nie muszą dzia­łać na jej nie­ko­rzyść. Posta­no­wiła dla odmiany powie­dzieć prawdę. – Moja mama zmarła, kiedy byłam mała. Ni­gdy nie zna­łam swo­jego ojca. Byłam sie­rotą… – Wzięła głę­boki oddech. Wypo­wie­dze­nie tego na głos spra­wiło, że zadrżała. – Od życia na ulicy ura­to­wał mnie pewien miły żoł­nierz i jego żona.

– Sie­rota… – powie­działa cicho Doro­thy Say­ers, a na jej okrą­głych policz­kach poja­wił się rumie­niec. Czy to była łza w jej oku? Czy zaru­mie­niona twarz była oznaką gniewu? Być może Eliza nie powinna była mówić prawdy. Zmiana w wyra­zie twa­rzy panny Say­ers była tak dra­ma­tyczna, że Eliza zaczęła się zasta­na­wiać, czy nie oce­niła tej kobiety błęd­nie. Czy nowa łagod­ność w jej gło­sie była uspo­ko­je­niem po burzy, czy też ciszą przed burzą? Zaraz miała się o tym prze­ko­nać.

– Zga­dza się. – Eliza wier­ciła się na krze­śle. – Sie­rota. – Niech dia­bli ją wezmą, jeśli nie potra­fiła znieść dziew­czyny niskiego pocho­dze­nia. To nie była wina Elizy, że uro­dziła się biedna i skoń­czyła samotna i porzu­cona – z wyjąt­kiem Jane, oczy­wi­ście. Żyjąc na ulicy, zdo­była kilka cen­nych umie­jęt­no­ści. Cał­kiem ważną wśród nich była umie­jęt­ność odczy­ty­wa­nia ludzi. Praw­dzi­wych ludzi, a nie fik­cyj­nych boha­te­rów ksią­żek. Nauczyła się rów­nież bar­dziej prak­tycz­nych, choć wąt­pli­wych moral­nie sztu­czek, takich jak kra­dzież kie­szon­kowa, otwie­ra­nie zam­ków, pie­cze­nie gry­zoni i oszu­ki­wa­nie w sza­chach. Innymi słowy, nauczyła się, jak prze­trwać w praw­dzi­wym świe­cie bez ucie­ka­nia się do fan­ta­zji.

Szu­kała w swo­jej teczce refe­ren­cji od Dilly’ego Knoxa.

– Moje refe­ren­cje. – Podała je pisarce.

– Przy­ja­ciel Neville’a. – Doro­thy Say­ers roze­śmiała się. – Sły­sza­łaś poranny występ Neville’a w BBC? – Uśmiech­nęła się. – BBC popro­siło kilku człon­ków Klubu Detek­ty­wi­stycz­nego o prze­czy­ta­nie swo­ich prac na ante­nie. A Neville jest jed­nym z naj­lep­szych w pre­zen­to­wa­niu swo­ich dzieł.

Występ? Raczej misty­fi­ka­cja.

– Stary, dobry Neville. – Doro­thy Say­ers pokrę­ciła głową i coś zapi­sała w notat­niku. – Dobry kato­lik z poczu­ciem humoru. – Wstała zza biurka. – Z dru­giej strony Bóg też ma poczu­cie humoru. I doce­nia od czasu do czasu dobre numery. Co za ubaw. BBC nabrało rumień­ców. – Zachi­cho­tała.

– Tak, świetna zabawa. – Eliza sta­rała się nie marsz­czyć brwi. Raczej publiczne utrud­nia­nie życia. Takie oszu­stwo powinno być karane. Cho­lerni pisa­rze.

– W porządku. – Ponow­nie wyraz twa­rzy Doro­thy Say­ers zmie­nił się tak szybko, jak sierp­niowe niebo. – Bądź tu punk­tu­al­nie o siód­mej. – Wycią­gnęła kartkę.

– Dosta­łam tę pracę? – Eliza stała z otwar­tymi ustami. Lepiej niech się zgo­dzi, zanim impul­sywna pisarka zmieni zda­nie.

– Czy nie po to tu przy­szłaś? – Mach­nęła ręką. – A teraz idź już. Muszę wra­cać do pracy. – Naj­wy­raź­niej roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna dobie­gła końca. – Zanim ktoś tu wej­dzie i odkryje, że zała­twiam pry­watne sprawy pod­czas pracy.

– O siód­mej. Tak, pro­szę pani. – Eliza wło­żyła adres do kie­szeni kurtki. Powinna czuć się szczę­śliwa. Zamiast tego była prze­ra­żona. A co, jeśli nie da rady? Albo, co gor­sza, jeśli znowu dopro­wa­dzi do czy­jejś śmierci? Daj spo­kój, Eliza. Weź się w garść. Bycie asy­stentką sekre­ta­rza nie jest nie­bez­pieczną pracą. Nie tak jak bycie spe­cjal­nym kon­sta­blem Sco­tland Yardu. Z dru­giej strony poli­cja metro­po­li­talna sta­rała się ogra­ni­czyć inter­wen­cje nie­licz­nych kobiet peł­nią­cych służbę poli­cyjną do spraw domo­wych doty­czą­cych kobiet i dzieci. Jak zwy­kle męż­czyźni na sta­no­wi­skach kie­row­ni­czych nie doce­niali umie­jęt­no­ści kobiet, w tym uzbro­jo­nych, takich jak ta, którą Eliza i Billy ści­gali w dokach tej strasz­nej nocy.

Przy­naj­mniej jej sio­stra i Theo będą zado­wo­leni. Cho­ciaż on będzie roz­cza­ro­wany, że nie było fajer­wer­ków.

– Nie mów do mnie „pani”! – Doro­thy Say­ers zmru­żyła oczy za oku­la­rami w dru­cia­nej oprawce. – Czuję się przez to stara. Doro­thy wystar­czy.

W porządku. Może jed­nak mały fajer­werk. – Dzię­kuję, Doro­thy. – Scho­wała adres do kie­szeni. – Nie będę ci prze­szka­dzać w pracy.

– Jeśli masz pro­blemy z tra­wie­niem – Doro­thy wyma­chi­wała ołów­kiem jak batutą – spró­buj soli Andrews na nie­straw­ność. – Wska­zała pal­cem w powie­trze. – Pij her­batę Lip­ton. – Na jej twa­rzy poja­wił się sze­roki uśmiech. – To spra­wia, że się sika bez pro­ble­mów.

Doro­thy L. Say­ers była pełna nie­spo­dzia­nek. Nie była wcale sno­bi­styczną autorką wykształ­coną w Oks­for­dzie, jak ocze­ki­wała Eliza. Na pewno nie była misiem, ale też nie była griz­zly. Bar­dziej przy­po­mi­nała dzi­waczną niedź­wie­dzicę cyr­kową wystę­pu­jącą przed publicz­no­ścią.

Theo Sharp sie­dział przy pro­wi­zo­rycz­nym biurku w swoim maleń­kim miesz­ka­niu nad księ­gar­nią Bookworm Book­shop nad Tamizą, ze sto­sem cza­so­pism pod łok­ciem. Wła­ści­ciel dał mu zniżkę na czynsz w zamian za pomoc w księ­garni. Theo nie miał nic prze­ciwko temu. Uwiel­biał ota­czać się książ­kami. Za każ­dym razem, gdy prze­cho­dził obok działu z rzad­kimi wyda­niami, czuł przy­pływ adre­na­liny. Jego ulu­bio­nym dzie­łem była lite­ra­tura kry­mi­nalna oparta na fak­tach. Czy­ta­nie opo­wia­dań o Sher­locku Hol­me­sie w maga­zy­nie „The Strand” – było oczy­wi­ście zawsze wspa­niałe. Ale tak naprawdę, ile razy oran­gu­tan lub jado­wity wąż popeł­niły prze­stęp­stwo? Theo wolał opie­rać swoje opo­wia­da­nia na praw­dzi­wych wyda­rze­niach. Nie­roz­wią­za­nych spra­wach. Nie­roz­wią­za­nych prze­stęp­stwach. Tak było też łatwiej. Gazety dostar­czały mu boha­te­rów i fabułę do jego opo­wia­dań. Wszystko, co musiał zro­bić, to oży­wić całość za pomocą słów.

Wszystko, co musiał zro­bić. Jakby to było łatwe.

Wes­tchnął i wró­cił do pisa­nia. A raczej do prób pisa­nia. A dokład­niej – wpa­try­wa­nia się w pustą stronę. Jej biel drwiła z niego swoją czy­sto­ścią, jesz­cze nie­ska­żoną czar­nym atra­men­tem: pustką, w któ­rej snuł opo­wie­ści o spra­wie­dli­wo­ści z codzien­nej poezji zwy­czaj­nych słów. Boże, pisa­nie wyda­wało się żało­sne. Zamknął oczy i pomy­ślał o Eli­zie.

„Do zoba­cze­nia”, stary.

Czy był głupi?

„Może po pro­stu chcę, żebyś była bli­sko”.

Boże, ależ był idiotą.

Eliza zapy­tała go kie­dyś: – Po co pisać, skoro można żyć? – Nie rozu­miała, że on pisał, aby żyć. Dla niego pisa­nie było spo­so­bem na prze­trwa­nie. W prze­ciw­nym razie jaki był jego sens? Tak zwane doświad­cze­nia bez zna­cze­nia były niczym wię­cej niż wra­że­niami zmy­sło­wymi, nie­prze­fil­tro­wa­nymi bodź­cami, przy­pad­ko­wymi frag­men­tami śmieci pły­ną­cymi z prą­dem rzeki. Zanim odkrył pisa­nie, czuł się pusty i jego wła­sna pustka gry­zła go w trze­wiach, a jego nie­istot­ność go tra­wiła. Ale kiedy pisał, czer­pał z trans­cen­dent­nej mocy. Cał­ko­wi­cie zapo­mi­nał o sobie, a świat zni­kał. A jed­nak, para­dok­sal­nie, tylko zatra­ca­jąc się w sło­wach, odnaj­dy­wał sie­bie. Jakby coś lub ktoś inny prze­ma­wiał przez jego pióro – atra­ment poko­leń. Słowa, które nale­żały do innych, teraz zna­la­zły się w jego rękach. Trzy­mały je. Trzy­mały go.

Bez pisa­nia był niczym, nikim.

Bez pisa­nia życie było zwy­kłym prze­trwa­niem. Trzy­mało się na wło­sku.

Zamknął oczy i cie­szył się cię­ża­rem pióra wiecz­nego mię­dzy pal­cami. Matka poda­ro­wała mu Spot Deluxe na ostat­nie uro­dziny. Po dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu latach w końcu pogo­dziła się z fak­tem, że nie pój­dzie on w ślady ojca i nie będzie pro­wa­dził życia peł­nego roz­ry­wek jako czło­nek zie­miań­skiej ary­sto­kra­cji. Nie wspo­mi­na­jąc już o tytule, któ­rego matka ni­gdy nie omiesz­kała użyć. Bycie hra­bią Fife było ostat­nią rze­czą, jakiej pra­gnął Theo. Zamiast tego był zde­ter­mi­no­wany, aby zostać pisa­rzem.

„Ale kocha­nie, możesz mieć wszystko – powie­działa – i każ­dego, kogo tylko zechcesz”.

Czego chciał? W tej chwili chciał opi­sać to prze­klęte pióro. Jak mógł opi­sać to uczu­cie sło­wami? Chłodny metal na jego skó­rze. Pomy­ślał o dłoni Elizy, chłod­nej w porów­na­niu do jego. Spo­sób, w jaki pozwo­liła mu posta­wić gońca z powro­tem na sza­chow­nicy, z gra­cją part­nerki do tańca; jej palce zaci­śnięte w pięść na tyle małą, że mie­ściła się w jego dłoni. Jej smu­kły nad­gar­stek wysta­jący z rękawa bluzki, nie­bie­skie żyły bie­gnące jak rzeki pod jej pra­wie prze­zro­czy­stą skórą, pra­wie nie­wi­doczne, drobne blond wło­ski… Dość tego.

Pióro. Miał opi­sać pióro, a nie ją. W porządku. Prze­krę­cił je mię­dzy pal­cami, kon­cen­tru­jąc się na naprze­mien­nej chro­po­wa­to­ści i gład­ko­ści jego powierzchni, chro­po­wa­tej w miej­scu, gdzie wygra­we­ro­wano jego imię – bli­znę psu­jącą jego dosko­na­łość. Ozna­czone jako wła­sność, jak zna­ko­wane cielę. To pióro należy do The­odore’a Tor­renta Sharpa.

Czy ona mogłaby nale­żeć do niego? Czter­na­ście lat temu jego współ­lo­ka­tor z Eton przed­sta­wił ją jako swoją przy­braną młod­szą sio­strę. Była tylko dziew­czynką, tak małą i smutną, że Theo od razu zapra­gnął ją chro­nić. Teraz była uro­czą młodą kobietą i pra­gnął cze­goś wię­cej. O wiele wię­cej. Zadrżał. Chciał zatrzy­mać ją tylko dla sie­bie.

Dobry Boże. Co za myśl. Dla­czego nie mógł wyrzu­cić jej z głowy? Ta mała bli­zna na jej nad­garstku. I kolejna, iden­tyczna bli­zna na jej deli­kat­nej żuchwie. Co one ozna­czały? Alfa­bet czasu zapi­sany na jej ciele. Co prze­szła? Ni­gdy nie mówiła o swoim dzie­ciń­stwie. Wie­dział tylko, że została adop­to­wana przez ojca jego współ­lo­ka­tora, kapi­tana Halla, kiedy miała jede­na­ście lat. Bar­dzo chciałby nauczyć się roz­szy­fro­wać poezję tych zna­ków. Kim była?

Czy to miało zna­cze­nie? Po śmierci swo­jego współ­lo­ka­tora we Fran­cji Theo przy­siągł, że będzie się opie­ko­wał Elizą. Pokrę­cił głową. Opie­ko­wał się nią? A może ją uwo­dził? Co on sobie myślał?

Otwo­rzył oczy i spoj­rzał na złote pióro. Zimne, twarde i pozba­wione życia. Głos matki: „Możesz mieć wszystko i każ­dego, kogo chcesz”. Upu­ścił pióro na biurko.

Jedyne, czego pra­gnął, to pisać. I oczy­wi­ście grać w sza­chy. Miło byłoby też publi­ko­wać i sprze­da­wać książki. Nie dla pie­nię­dzy, ale dla uzna­nia, a nawet dla kon­tak­tów. Świa­do­mość, że jego słowa prze­mó­wiły do kogoś innego, spra­wia­łaby, że wszystko byłoby tego warte. Postu­kał pió­rem o papier. Wszystko i każ­dego. Nie chciał mieć nikogo. Chciał podró­żo­wać po świe­cie serca, umy­słu i duszy z towa­rzy­szem, który podzie­lałby jego pasję do nada­wa­nia temu wszyst­kiemu sensu. Z kimś, kto nadałby jego życiu więk­szy sens. Z kimś, kto wspie­rałby go w dąże­niu do spra­wie­dli­wo­ści, nawet jeśli tylko na papie­rze. Z kimś, kto doce­niałby dzieło jego życia.

Na górze pustej strony napi­sał: „Dzieło życia” – a potem zaśmiał się z sie­bie. Dzieło życia. W wieku dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat. Mając na kon­cie tylko jedną książkę – opartą na fak­tach powieść kry­mi­nalną, która do tej pory sprze­dała się w dwu­dzie­stu sied­miu egzem­pla­rzach. Marny żart.

Gdyby nie iry­tu­jąca Eliza Baker, nawie­dza­jąca jego sny dzień i noc, może uda­łoby mu się skon­cen­tro­wać na tyle, by ukoń­czyć tę drugą prze­klętą książkę.

Rozdział drugi. Kolacja

Roz­dział drugi

Kola­cja

Adres, który Doro­thy Say­ers podała Eli­zie, oka­zał się domem pana Anthony’ego Ber­ke­leya Coxa. Miesz­kał on na naj­wyż­szym pię­trze budynku w pół­noc­nej dziel­nicy Lon­dynu zwa­nej St. John’s Wood. Miesz­ka­nie było wygod­nie urzą­dzone, z plu­szo­wymi tapi­cer­kami i kwie­ci­stymi tape­tami. Jak zjawa wyła­nia­jąca się z chmury dymu z fajki, gospo­darz pod­niósł się z wygod­nego fotela w holu, gdzie naj­wy­raź­niej cze­kał, aby powi­tać swo­ich gości. Ubrany w trzy­czę­ściowy gar­ni­tur w prążki i kra­wat, z wło­sami sta­ran­nie prze­dzie­lo­nymi na środku i zacze­sa­nymi do tyłu, pan Cox wyglą­dał bar­dziej jak ban­kier niż autor kry­mi­na­łów.

– To jest panna Eliza Baker, moja nowa asy­stentka – powie­działa Doro­thy, spo­glą­da­jąc za sie­bie. – Będzie nam poma­gać w prze­kształ­ce­niu naszych małych wie­czor­ków w for­malny klub kola­cyjny dla auto­rów kry­mi­na­łów.

– Klub Detek­ty­wi­styczny – popra­wił z sykiem pan Cox. – Tylko dla naj­lep­szych auto­rów kry­mi­na­łów. – Ele­gancko ubrany męż­czy­zna uśmiech­nął się rado­śnie. – Crème de la crème. – Wycią­gnął rękę. – Wasze płasz­cze? – Zamiast powie­sić je w pobli­skiej sza­fie, prze­rzu­cił je przez opar­cie krze­sła. – Możemy? – Popro­wa­dził je do salonu, gdzie pozo­stali goście sie­dzieli już przy kok­taj­lach i kanap­kach. – Klub ocze­kuje naj­wyż­szych stan­dar­dów w powie­ściach kry­mi­nal­nych. Dzi­siaj wie­czo­rem usta­limy nasz sta­tut. Mor­der­stwo to poważna sprawa. Musimy to dobrze zro­bić. – Zachi­cho­tał. – Co z pew­no­ścią ozna­cza, że w rze­czy­wi­sto­ści zro­bimy to źle. – Dzięki wyso­kiemu wzro­stowi i krę­pej budo­wie ciała wyglą­dał na osobę pełną zdro­wia, a w jego mowie było coś zapie­ra­ją­cego dech.

Doro­thy wzięła kanapkę z tacy, kie­ru­jąc się w stronę sofy. Eliza podą­żyła za nią. Trzy czwarte kanapy zaj­mo­wał już dość kor­pu­lentny męż­czy­zna, więc Eliza nie­zręcz­nie rozej­rzała się po pokoju, szu­ka­jąc miej­sca, gdzie mogłaby usiąść i obser­wo­wać grupę. Po namy­śle Doro­thy przed­sta­wiła ją pozo­sta­łym.

– Aspi­ru­jąca pisarka kry­mi­na­łów i nasza nowa asy­stentka klu­bowa. – Doro­thy poma­chała ciast­kiem w stronę Elizy. – Panna Eliza Baker.

Eliza ski­nęła głową.

– Do usług.

Oprócz Anthony’ego Ber­ke­leya Coxa i Doro­thy Leigh Say­ers, wśród gości była żona Anthony’ego, którą przed­sta­wił jako swoją „pra­wie byłą” żonę – oraz jego narze­czona – „nowa i ulep­szona pani ABC”. Eliza musiała się bar­dzo powstrzy­mać, żeby nie unieść brwi. W fotelu sie­dział wychu­dzony męż­czy­zna w śred­nim wieku, z prze­rze­dzo­nymi wło­sami i szarą cerą. Anthony przed­sta­wił go jako Neville’a Lively’ego. Aha! Radiowy oszust o kiep­skim guście, jeśli cho­dzi o żarty. Ze swo­imi gru­bymi nogami i chu­dymi ramio­nami przy­po­mi­nał drzewo, któ­rego gałę­zie uschły. Obok niego sie­działa drobna młoda kobieta w pro­stej weł­nia­nej spód­nicy i z deter­mi­na­cją na twa­rzy, przed­sta­wiona jako jego córka, Alice Lively.

Postaw­nym męż­czy­zną sie­dzą­cym obok Doro­thy na sofie był Gil­bert Che­ster­ton. Para­doks kasz­ta­no­wych loków opa­da­ją­cych z czubka głowy i małych owal­nych oku­la­rów na nosie, zesta­wio­nych z nie­sfor­nymi wąsami i podwój­nym pod­bród­kiem, nada­wał mu wygląd prze­ro­śnię­tego ucznia. Naprze­ciwko niego sie­dział Fer­gus Briggs, łysie­jący męż­czy­zna po czter­dzie­stce, sku­lony jak sterta podar­tych ubrań. W prze­ci­wień­stwie do pozo­sta­łych nazy­wał sie­bie wydawcą, który tylko „parał się pisa­niem kry­mi­na­łów”. Obok sie­działa Maud Wil­ker­son, któ­rej gruby maki­jaż przy­po­mi­nał maskę. Sukienka w poma­rań­czowe kwiaty spra­wiała, że jej rude włosy wyglą­dały jak pło­mie­nie. Pro­wa­dziła oży­wioną roz­mowę z każ­dym, kto tylko chciał jej słu­chać.

W końcu, sie­dząca w fotelu przy kominku uro­cza kobieta w wieku około trzy­dzie­stu pię­ciu lat, o łagod­nych, mądrze zie­lo­nych oczach i mięk­kich brą­zo­wych lokach, została przed­sta­wiona jako Aga­tha Chri­stie. Ubrana w skromny, ale ele­gancki zestaw z lawen­do­wej weł­nia­nej spód­nicy i naszyj­nik z pereł, wyglą­dała jak praw­dziwa angiel­ska dama. Zupeł­nie ina­czej Eliza wyobra­żała sobie sza­lony umysł sto­jący za pod­stęp­nym nar­ra­to­rem powie­ści Zabój­stwo Rogera Ackroyda. W rze­czy­wi­sto­ści jej łagodna obec­ność miała uspo­ka­ja­jący wpływ na oto­cze­nie. Kiedy powie­działa cicho:

– Miło mi panią poznać, panno Baker – w pokoju zapa­dła cisza. Nawet pobu­dliwa Maud Wil­ker­son zamarła.

Zasta­na­wia­jąc się, jak zapa­mięta wszyst­kie imiona, Eliza usia­dła na małej kana­pie obok kominka. Znaj­do­wała się ona tuż poza krę­giem pisa­rzy, skąd miała dobry widok i mogła wszystko obser­wo­wać. Wyjęła skra­wek papieru z torebki przy­pię­tej do paska, na wypa­dek gdyby musiała robić notatki. Jakie dokład­nie były jej obo­wiązki jako asy­stentki sekre­ta­rza Klubu Detek­ty­wi­stycz­nego? Nikt nie pofa­ty­go­wał się, aby jej to wyja­śnić. Kola­cja wyda­wała się nie­od­po­wied­nim miej­scem, aby o to zapy­tać. Gdyby tylko Theo tu był, mogłaby go zapy­tać.

Gdzie on był? To on chciał, aby przy­jęła tę głu­pią pracę. Nawet żar­to­wał, że to dla­tego, że chciał, aby była w pobliżu.

Szybko zapi­sała imiona gości wraz z krót­kim opi­sem:

Anthony Ber­ke­ley Cox – sprytny szpe­nio

Doro­thy L. Say­ers – cyr­kowy niedź­wiedź

Gil­bert Che­ster­ton – prze­ro­śnięty uczeń

Maud Wil­ker­son – modna laska

Neville Lively – kiep­ski żar­tow­niś

Alice Lively – popie­lica

Aga­tha Chri­stie – ele­gantka z per­łami

Gdyby to była gra w sza­chy, mogłaby podzie­lić ich na czar­nych i bia­łych skocz­ków, goń­ców, kró­lów i het­ma­nów. W prze­ci­wień­stwie do figur sza­cho­wych ruchy tych pisa­rzy nie były wcale pod­po­rząd­ko­wane zasa­dom.

Pod­czas gdy żona i kochanka poda­wały kra­kersy z dodat­kiem mięk­kiego sera i kawał­kami kor­ni­szo­nów oraz goto­wane jajka nadzie­wane pastą rybną, pisa­rze spie­rali się o zasady dzia­ła­nia swo­jego nowego klubu.

Neville Lively wycią­gnął z kie­szeni na piersi zło­żoną kartkę i roz­ło­żył ją. – Wymy­śli­łem coś, co nazwa­łem „Dzie­się­cioma przy­ka­za­niami powie­ści kry­mi­nal­nej”. – Pod­niósł oku­lary na nosie. – Po pierw­sze, autor musi zawsze postę­po­wać uczci­wie wobec czy­tel­nika. Żad­nych sztu­czek ani deus ex machina.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.Death Must Adver­tise to kry­mi­nał autor­stwa Doro­thy L. Say­ers (pol. Trup w rekla­mie). [wróć]