Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Agatha Christie staje przed nową, trzymającą w napięciu sprawą morderstwa. Tyle że tym razem nie jest autorką kryminalnej zagadki – jest podejrzaną…
Rok 1926. Christie jest ulubienicą literackich salonów i jednym z najbardziej pożądanych gości londyńskiej socjety. Często bywa na spotkaniach Klubu Detektywów, gdzie autorzy kryminałów wymieniają się pomysłami, zdradzają sobie sekrety i piją zdecydowanie więcej, niż powinni.
Gdy jednak ceremonia przyjęcia jednego z pisarzy do klubu przybiera makabryczny obrót, jedna z osób zostaje znaleziona martwa. Christie nie jest już tylko twórczynią znakomitych kryminalnych intryg – sama staje się uczestniczką jednej z nich.
A kiedy dzień po morderstwie autorka znika, niemal wszyscy uznają ją za winną. Tylko Eliza Baker, asystentka enigmatycznej sekretarki klubu, Dorothy Sayers, chce naprawdę zbadać sprawę. Tylko czy w świecie, w którym morderstwo bywa najdoskonalszym chwytem fabularnym, Eliza zdoła połączyć wszystkie tropy i znaleźć zabójcę, zanim będzie za późno?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 259
Tytuł oryginału: The Case of the Christie Conspiracy
Korekta: zespół
Copyright © by Kelly Oliver, 2025 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Marcin Adamski, 2026 Prawa do przekładu zostały pozyskane za pośrednictwem Vicki Satlow Literary Agency oraz Book/Lab Literary Agency Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68872-67-5
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Z dedykacją dla mojego ukochanego, zmarłego kota, Lorda Petera Mischiefa Wimsey’a
Rozdział pierwszy
Wywiad
Eliza Baker wrzuciła książkę do kosza. Nie była ekspertką w dziedzinie kryminałów, ale wiedziała, że autor powinien grać fair wobec czytelnika. A pani Agatha Christie nie grała fair.
Stojąc przy kuchence, dotknęła palcem ściankę dzbanka do kawy. Nadal był ciepły. Podniosła go i odkręciła. Nie zostało już wiele. Nalała sobie pół filiżanki, a resztę zostawiła dla siostry. W końcu to Jane zaparzyła kawę, nie wspominając o tym, że to był ekspres Jane, stojący na kuchence Jane, na dodatek w mieszkaniu Jane. I chociaż siostra twierdziła, że mieszkanie z Elizą to „przyjemność”, Eliza nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jest dla niej ciężarem. W końcu była starszą siostrą. To ona powinna utrzymywać Jane, a nie na odwrót. Gra w szachy w klubie Gambit nie zapewniała stałego dochodu. Musiała zdobyć tę pracę w Klubie Detektywistycznym, nawet jeśli oznaczało to komplementowanie pani Christie za jej nie do końca uczciwą narrację.
Queenie patrzyła na nią, czekając na smakołyk. Podobnie jak ona, pies został uratowany z ulic Londynu, gdy był szczeniakiem. Eliza dała Queenie kawałek mięsa z wczorajszej kolacji. Suczka rasy beagle pochłonęła go, a następnie zamachała ogonem w podziękowaniu. Nawet resztki, którymi karmiła Queenie, były opłacane przez Jane, podobnie jak wszystko inne w mieszkaniu.
Mieszkanie Jane, długie i wąskie niczym pas startowy, było całkiem przyjemne. Zaś wiktoriański kominek z czarnego marmuru w salonie był wręcz oszałamiający, nie wspominając o tym, że ogrzewał w chłodne grudniowe dni. Jednak dzielenie sypialni nie było idealnym rozwiązaniem dla dwóch samotnych kobiet po dwudziestce. Kiedyś, być może, będą miały większe mieszkanie. Odkąd była dzieckiem, które przetrwało, grając w szachy na ulicach Londynu, zawsze było to „kiedyś, być może”.
Uważając, by nie rozlać kawy, Eliza przeszła korytarzem do salonu, a następnie włączyła radio, mając nadzieję, że usłyszy wiadomości. Queenie podążała za nią. Był rok 1926, na litość boską. Wielka Wojna zakończyła się osiem lat temu, a za trzy lata skończy trzydzieści lat i będzie mogła głosować. Miała obowiązek być na bieżąco, a nie chować głowy w jakiejś zmyślonej historii. Na świecie było wystarczająco dużo morderstw i chaosu. Dlaczego autorzy kryminałów musieli wymyślać jeszcze więcej?
Potrzebowała prawdziwych wiadomości o prawdziwych zbrodniach, nie o wymyślonych, naciąganych przestępstwach pani Christie. Oczywiście nie lubiła słuchać o bankierach defraudujących pieniądze, najnowszych klęskach żywiołowych czy głodujących sierotach błagających o chleb; jeszcze nie tak dawno sama była jednym z tych głodujących dzieci. Ale to była przeszłość.
Usiadła w tapicerowanym fotelu przy kominku. Queenie zwinęła się u jej stóp. Salon był przytulny, z sofą i dwoma fotelami ustawionymi w półokręgu na afgańskim dywanie. Gust jej siostry w zakresie wystroju wnętrz był stonowany, a kolory tak blade i nijakie, że zlewały się z beżową tapetą.
Męski głos w radiu ogłosił:
– Nadaję obok barykad podczas zamieszek na Trafalgar Square.
Słuchała z zapartym tchem, zastanawiając się, czy powinna poinformować Jane. Brzmiało to poważnie. Zamieszki?
Naciągnęła sweter i objęła się ramionami. Przez szczelinę w parapecie wpadł chłodny powiew powietrza – pamiątka po wojnie. Mieszkanie jej siostry znajdowało się na trzecim piętrze kamienicy przy Liverpool Street, gdzie Niemcy przeprowadzili jedne z ostatnich desperackich nalotów pod koniec wojny.
Trzymając filiżankę w obu rękach, podeszła bliżej kaloryfera i wysłuchała relacji. Queenie nastawiła uszy, jakby też słuchała.
– Słyszycie ten tłum?
Głos spikera był radosny. Najwyraźniej czerpał dużą przyjemność z tych zamieszek. Głośny trzask z radia sprawił, że podskoczyła. Co się dzieje? Queenie zaszczekała.
Prezenterowi zaparło dech.
– Wygląda na to, że w Hotelu „Savoy” doszło do eksplozji.
W tle słychać było krzyki.
Przełknęła ślinę. Eksplozja. Postawiła filiżankę na kominku i poszła szukać Jane. W pośpiechu omal nie potknęła się o Queenie.
Jej siostra, ubrana w brązową tweedową marynarkę i kremową jedwabną bluzkę, zbiegła po schodach. Zebrała rękawiczki i walizkę z bocznego stolika.
– Wychodzę. – Jane uśmiechnęła się. – Bądź grzeczna.
Kiedy mrugnęła, jej zielone oczy zabłysły.
– A jeśli nie potrafisz być grzeczna, bądź przynajmniej ostrożna.
Patrząc na Jane, Eliza czuła się jak w lustrze – były do siebie tak podobne. Wszyscy myśleli, że są bliźniaczkami. Miały takie same słomkowe włosy, trawiaste oczy i wysokie czoła.
– Słyszałaś o zamieszkach na Trafalgar Square? – Eliza stanęła między siostrą a drzwiami wejściowymi, blokując przejście.
Jane zmrużyła oczy.
– Nie. A powinnam?
– Skoro znasz tożsamość lokalnych wichrzycieli… – Eliza uśmiechnęła się złośliwie. – Tak, powinnaś.
W końcu Jane pracowała dla brytyjskiego wywiadu.
– Lokalni wichrzyciele? – Jane założyła rękawiczkę.
– Posłuchaj. – Eliza przechyliła głowę w kierunku radia.
– Nie mogę się spóźnić do pracy. – Jane nałożyła kapelusz.
– Uczestnicy zamieszek wysadzili „Savoy”. – Eliza wzięła siostrę pod ramię. Z pomocą Queenie zaprowadziła ją do salonu.
– Słucham? – Jane otworzyła usta ze zdziwienia i pozwoliła się posadzić na sofie.
Spiker radiowy podawał najnowsze wyniki meczów krykieta.
– Kogo obchodzi krykiet? – Jane rozejrzała się po pokoju, jakby spodziewała się, że przez ściany wtargną uczestnicy zamieszek.
– Zdziwiłabyś się… – Eliza westchnęła.
– Powinnyśmy zejść na dół i zobaczyć, co się dzieje? – Policzki Jane pokryły się rumieńcem. – Mój szef może chcieć uzyskać informacje na temat tych zamieszek.
Jej szefem był nikt inny jak sir Vernon Kell, dyrektor generalny MI5.
– Mam dzisiaj spotkanie w sprawie pracy z tą pisarką kryminałów. – Eliza przeszła się po pokoju, a potem zatrzymała. – Słuchaj, zrezygnuję z tego, jeśli uważasz, że powinnyśmy zejść na dół i zobaczyć, co się dzieje.
Co za strata. Przez ostatni tydzień – odkąd Theo nalegał, aby złożyła podanie o pracę u „drażliwej” autorki – czytała kryminały, żeby się przygotować.
– Te zamieszki są ważniejsze niż ci głupi pisarze.
Kolejne trzaski i krzyki.
– Muszę się teraz rozłączyć. – Głos spikera zdradzał wyczerpanie. – Mam nadzieję, że podobało się wam „Sprawozdanie z barykad” – powiedział nagle triumfalnie. – To fragment mojego najnowszego opowiadania.
Zachichotał.
– Czytany przez waszego pokornego sługę, niezwykłego pisarza kryminałów, Neville’a Lively’ego.
– O rany. – Eliza spojrzała na siostrę, która wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oczami. – Cholerni pisarze.
Więc to wszystko było mistyfikacją. Nie było żadnych zamieszek. Tylko pisarz kryminałów z marnym poczuciem humoru, który czytał swoje głupie opowiadanie w radiu.
– Neville Lively powinien mieć więcej rozumu – powiedziała Jane, kręcąc głową. – Powiem Dilliemu, żeby trzymał swojego kumpla na smyczy.
Dilly Knox, profesor filologii klasycznej w Oksfordzie i były łamacz kodów, pewnie poruszał się w kręgach literackich. Był dobrym przyjacielem samej Agathy Christie.
– Dilly Knox nie jest lepszy. – Eliza pracowała z Dillym podczas wojny. W tamtym czasie była skautką w Ministerstwie Wojny i robiła wszystko, o co prosili ją oficerowie i żołnierze – z wyjątkiem tego, o co prosił Dilly, ponieważ był rozpustnikiem. Teraz wrócił do Oksfordu, gdzie wykładał filologię klasyczną i bez wątpienia flirtował ze wszystkimi młodymi, błyskotliwymi osobami. Gdyby Eliza nie była świadoma swojej wartości, pomyślałaby, że napisał jej list referencyjny tylko dlatego, że podobał mu się jej piękny uśmiech. Często jej to powtarzał.
– Zostawiłam ci trochę kawy. – Z Jane u boku Eliza wróciła do kuchni i nalała resztki do filiżanki siostry.
– Dzięki. – Jane upiła łyk, po czym się skrzywiła.
Eliza opadła na krzesło przy kuchennym stole. Queenie usiadła obok niej, patrząc na nią swoimi nieodparcie urokliwymi, czekoladowymi oczami. Eliza poklepała psa po głowie.
– Eliza… – Jane uniosła brwi i wskazała na kosz na śmieci, gdzie z okładki książki Morderstwo Rogera Ackroyda spoglądał dwulicowy doktor James Sheppard. – Co ta książka z biblioteki robi w koszu?
Podeszła i wyjęła ją.
– Agatha Christie. Wyrzucasz Agathę Christie! Okaż trochę szacunku. W tym domu nie wyrzucamy książek. Zwłaszcza tych napisanych przez królową kryminałów. – Przyjrzała się książce. – Na litość boską, to książka z biblioteki.
Usiadła i przesunęła ją po stole.
– Czy przynajmniej skończyłaś zadanie domowe na rozmowę kwalifikacyjną?
Eliza energicznie skinęła głową. Królowa tajemnicy? Raczej królowa wprowadzania w błąd i oszukiwania. W każdym razie pani Christie opublikowała dopiero kilka książek, wszystkie z tym dziwnym małym detektywem, Herkulesem Poirotem, więc trudno ją nazwać królową.
– Chciałam poczekać, aż dostaniesz tę pracę, żeby ci powiedzieć – Jane zawahała się, jakby miała wątpliwości. Wyciągnęła rękę i dotknęła okładki książki.
– Powiedzieć mi co? – Eliza znała to spojrzenie. To, które Jane miała, gdy podejmowała ważną decyzję. – Powiedzieć mi co? – powtórzyła.
– Krążą plotki.
– Plotki? – Eliza pogłaskała Queenie po uszach. – O mnie?
– Nie. – Jane stanowczo odstawiła filiżankę. – Mamy powody sądzić, że twoja pisarka kryminałów i jej przyjaciele znają tajemnice państwowe. – Ściszyła głos. – Musimy koniecznie dowiedzieć się, co wiedzą i skąd czerpią tę wiedzę. A twoja praca w Klubie Detektywistycznym stanowi do tego idealną okazję.
– Skończyłam z pracą w policji. – Eliza zacisnęła usta. – Zresztą jeszcze nie dostałam tej pracy. – Spojrzała na filiżankę. – Nie mogę… Nie po tym, co się stało.
– Nie możesz dalej się zamartwiać ani marnować czas w tym głupim klubie szachowym. – Jane wypuściła głośno powietrze. – To nie była twoja wina. – Złagodziła ton i sięgnęła przez stół, chwytając dłoń Elizy. – Proszę, Lizzy, jesteś jedną z najlepszych…
– Byłam. Czas przeszły. – Eliza wycofała dłoń. – Nie mogę. Nie po tym, co się stało… – Nie była w stanie wypowiedzieć jego imienia. Swojego partnera z jedynego nieudanego miesiąca pracy w Scotland Yardzie. Nie mogła znieść myśli o nim jako o kimś więcej – na pewno nie jako o człowieku, za którego miała nadzieję wyjść za mąż. To przez nią zginął. Gdyby tylko nie poślizgnęła się na nabrzeżu, ścigając tę cholerną kobietę. Wciągnęła powietrze.
– Możesz. – Jane zapięła kurtkę i znów westchnęła ostentacyjnie. – Nie chciałam ci tego mówić, dopóki nie dostaniesz pracy, ale być może zostanę przeniesiona do Paryża. – Jej usta zacisnęły się w wąską linię. – Jeśli więc chcesz zatrzymać to mieszkanie, musisz dostać tę pracę.
– Co? – Słowa Jane uderzyły ją jak cios w żołądek. – Wyrzucasz mnie?
Jako dziewczynka mieszkała na ulicy. Nie chciała tego przeżywać ponownie.
– To dla twojego dobra. – Jane wstała. – Nie możesz dalej pogrążać się w poczuciu winy. Musisz uporządkować swoje życie i iść dalej. Pójdziesz na tę rozmowę kwalifikacyjną. Dostaniesz tę pracę. Dasz radę. – Spojrzała jej prosto w oczy. – Prawda?
Eliza siedziała w milczeniu, mrugając powiekami.
– Prawda? – W oczach Jane pojawił się ten błysk, który oznaczał, że nie przyjmie odmowy. – Proszę, Lizzy. Zrób to dla mnie. Potrzebuję twojej pomocy. Dzięki swojej niewinnej twarzy i blond lokom będziesz idealną tajną agentką. – Uśmiechnęła się. – Proszę – powtórzyła cicho.
– No dobrze. – Eliza wzięła głęboki wdech.
– No dobrze, co? – Jane stała z rękami opartymi na biodrach.
– Spróbuję. – Eliza westchnęła z rezygnacją. – Zgoda.
Jak mogłaby odmówić pomocy swojej siostrze?
Queenie zaszczekała na znak aprobaty.
– Zgoda na co? – Jane postukała obcasem. Jak na młodszą siostrę, była naprawdę apodyktyczna.
– W porządku. Zrobię to. – Na ustach Elizy pojawił się uśmiech. – Od teraz jestem aspirującą autorką kryminałów. – Zdjęła wyimaginowany kapelusz. – I, przy odrobinie szczęścia, przyszłą asystentką, pracującą pod przykrywką sekretarki Londyńskiego Klubu Detektywistycznego.
Skrzyżowała palce za plecami – zarówno na szczęście, jak i dlatego, że kłamała jak z nut.
Aby opóźnić agonię związaną z przedstawieniem się „drażliwej” autorce, Eliza zatrzymała się w Budge Row. Zamierzała rozegrać jedną lub dwie partie w Gambicie, zarobić kilka funtów i zdążyć na rozmowę kwalifikacyjną.
Gambit Chess Rooms było prostym pomieszczeniem z dwoma długimi stołami, na których stały rzędy szachownic. Z tyłu znajdował się mały aneks kuchenny z poplamionym zlewem i kilkoma przypadkowymi filiżankami i talerzami. Oprócz tego była tylko toaleta.
Gambit, którego właścicielką była Edith Price – również mistrzyni szachowa – był jednym z niewielu miejsc w mieście, gdzie kobiety mogły grać. Mimo to większość graczy stanowili mężczyźni.
Kiedy wieszała płaszcz na wieszaku przy drzwiach, kilka znajomych twarzy podniosło wzrok znad szachownic i uśmiechnęło się do niej – w większości szczerze. Chodziła do Gambitu od dwunastego roku życia, odkąd kapitan Hall zabrał ją z ulicy. Wcześniej uczyła się gry w St. James’s Park. Już jako dziecko zdradzała talent do szachów. Dobrze się złożyło, bo inaczej ona i Jane umarłyby z głodu.
Eliza rozejrzała się po klubie. Dwóch stałych bywalców, Michael i Herb, grało między sobą. Wpadła na pomysł.
Wyzwała ich obu na partię szachów błyskawicznych – jednocześnie.
Stawka wynosiła funt za partię.
– Zgoda – powiedział Michael.
– Oszalałaś – roześmiał się Herb. – Nie da się grać na dwóch szachownicach naraz.
– Zobaczysz. – Podwinęła rękawy bluzki. – Ustawcie figury.
Stanęła po przeciwnej stronie stołu i, przechodząc od jednej szachownicy do drugiej, zmusiła umysł do pracy na najwyższych obrotach. Adrenalina krążąca w jej żyłach wywindowała ją na nowy poziom ekscytacji. Dłonie miała spocone, ale nie zwalniała tempa, za każdym razem wyprzedzając zegar. Nawet gdyby nie czekała jej rozmowa kwalifikacyjna, grałaby tak szybko, jak tylko mogła. Dyscyplina potrzebna do skupienia całej energii umysłowej na niemal nieograniczonych możliwościach była wręcz upajająca.
Herb, który wątpił w jej umiejętności, przegrał jako pierwszy. Zrobiła roszadę i dała mu mata. Pokonanie Michaela zajęło jej kilka minut dłużej, ale po zbiciu jednego z jego gońców szybko doprowadziła partię do końca.
– To będzie funt od każdego. – Otworzyła dłoń. – Dziękuję, panowie. Gra z wami to przyjemność.
Wkładając wygraną do kieszeni, podeszła do końca stołu, gdzie Theo grał z innym bywalcem klubu. Zatrzymała się i patrzyła.
Theo Sharp miał falowane, kasztanowe włosy, nieco za długie i zbyt niesforne, by wyglądały stylowo. Jego pełne usta nadawały mu wieczny grymas dezaprobaty.
– Byłaś już na rozmowie kwalifikacyjnej? – zapytał, nie odrywając wzroku od szachownicy.
Podeszła bliżej.
– Jeszcze nie. – Mrużąc oczy, przyglądała się szachownicy i analizowała możliwości Theo. – Ale zaraz będę.
– To świetnie.
Kosmyk kasztanowych włosów opadł mu na czoło; odrobina brylantyny nie zaszkodziłaby. Zbił gońca przeciwnika skoczkiem. Kiedy przeciwnik zbił hetmana, Theo lekko uniósł kąciki ust.
Wstrzymała oddech, czekając na następny ruch. Zabawne – kiedy sama grała, była spokojna jak mruczący kot. Ale obserwowanie gry Theo ją stresowało. Poczuła nieodpartą potrzebę przesuwania figur za niego.
W końcu Theo spojrzał na nią i uśmiechnął się, odsłaniając zęby. Dlaczego się uśmiechał? Nie mógł przesunąć wieży, bo naraziłby króla na szach.
Trzy ruchy później zrozumiała dlaczego. Udało mu się zostawić przeciwnikowi tylko kilka zablokowanych pionków i wymienić jednego ze swoich pionków na hetmana, by w rezultacie dać mata. Jego poświęcenie się opłaciło. Szkoda, że życie nie przypomina szachów.
Pomyślała o swojej matce. A potem o Jamie, sękatym dokerze, który nauczył ją grać w szachy w Devil’s Acre po śmierci mamy. A później o Billym – kimś więcej niż partnerze. Znała go zaledwie miesiąc, ale od razu nawiązała z nim więź. Potem zginął w dokach podczas jej pierwszego i ostatniego dochodzenia w policji. Tak wiele śmierci. Wszyscy, których kiedykolwiek kochała, zginęli. Z wyjątkiem Jane. Dzięki Bogu za to.
Przeciwnik Theo z niechęcią wyłożył na stół złotą monetę i odszedł, kręcąc głową.
– Dobra robota. – Klepnęła go lekko w ramię. – Teraz ja spróbuję. – Zaczęła zbierać pionki, by ustawić szachownicę.
– Nie, dopóki nie będziesz miała stałego dochodu. – Wyjął jej z ręki wieżę. – Nie chcę być odpowiedzialny za ruinę twoich finansów.
– Dlaczego myślisz, że wygrasz? – Przechyliła głowę i podniosła pionka.
– Zawsze wygrywam. – Jego bursztynowe oczy błyszczały niczym krzemień.
– Ja też. – Postawiła króla i królową obok siebie.
– Nie możemy oboje wygrać. – Policzył stos monet przed sobą, a następnie z brzękiem wrzucił je do kieszeni kurtki. Jego znoszona tweedowa kurtka pamiętała lepsze czasy, podobnie jak podarta koszula pod spodem. Mógłby przeznaczyć część wygranej na nową, ale wiedziała, że nigdy tego nie zrobi.
– Po prostu boisz się, że przerwę twoją passę zwycięstw. – Uśmiechnęła się przebiegle. Skończyła ustawiać czarne figury, więc sięgnęła przez stół i zaczęła układać białe. – No dalej. Tylko jedna partia.
– Nie. – Wstał. – Nie mogę z tobą grać.
– Dlaczego nie? – Grał z każdym, kto się zgłosił. Dlaczego nie z nią?
– Już ci powiedziałem. – Nałożył czapkę z daszkiem. – Nie możemy oboje wygrać.
Zacisnęła usta i wskazała na niego gońcem.
– To żaden powód.
Chwycił jej dłoń i postawił gońca na szachownicy. Jego dłoń była ciepła, miękka, ale silna.
– Cóż, mam swoje powody.
Puścił ją i wsunął ręce do kieszeni.
– Jesteś upartym osłem – mruknęła, opierając łokcie na stole i kładąc brodę na dłoniach.
– Słuchaj. – Jego ton złagodniał. – Zdobądź tę pracę, a wtedy może… może zagramy. – Wyciągnął wykałaczkę z kieszeni i włożył ją między zęby.
– Dlaczego tak bardzo zależy ci na tym, żebym dostała tę pracę? – Najpierw jej siostra, a teraz Theo. Wszyscy chcieli, żeby poszła do pracy.
– Może po prostu chcę, żebyś była blisko. – Zdjął czapkę. – To i fajerwerki.
– Fajerwerki?
– Metaforyczne. – Zachichotał. – Kiedy spotkasz panią sekretarz. – Położył dłoń na jej ramieniu, a potem szybko ją cofnął, jakby się poparzył.
– Pani sekretarz… – Rozejrzała się. – Tak ją nazywasz? – Przypomniała sobie ultimatum siostry. Czy Jane naprawdę zostawiłaby ją na ulicy? – Drażliwą autorkę?
– No już, idź. – Theo odprawił ją ruchem ręki. – Opowiesz mi później.
Rany. Theo i Jane sprzymierzyli się przeciwko niej.
– W porządku. Pójdę. – Spojrzała na zegarek. Miała jeszcze czas, żeby dotrzeć do Kingsway Hall.
– Dobrze. – Skinął głową i ruszył do drzwi. Na progu odwrócił się. – Do zobaczenia, koleżanko.
– Cześć.
Po krótkim pożegnaniu udała się na stację metra i wsiadła do pociągu jadącego w kierunku Holborn. W wagonie ponownie przeczytała ogłoszenie:
„Poszukujemy asystenta do pomocy przy organizacji comiesięcznych spotkań Klubu Detektywistycznego…”.
Eliza odrobiła pracę domową. Dorothy L. Sayers, znana jako pani sekretarz, była „drażliwą” – autorką dwóch powieści kryminalnych o lordzie Peterze Wimseyu i jego służącym Bunterze. Książki spotkały się z mieszanymi recenzjami, ale dobrze się sprzedawały. Na co dzień pracowała w agencji reklamowej S.H. Benson.
Eliza miała się z nią spotkać za dwadzieścia minut.
Ćwiczyła uśmiech i przedstawianie się… aż zauważyła, że inni pasażerowie się na nią gapią. Do czasu, gdy pociąg metra zatrzymał się na Holborn, siedziała nieruchomo, unikając kontaktu wzrokowego.
Gdy tylko drzwi się otworzyły, wysiadła i ruszyła na ulicę.
Agencja mieściła się w nowym budynku Kingsway Hall. Imponujący, biały gmach wzniesiono w nowoczesnym stylu – prostym i pozbawionym zbędnych ozdób.
Eliza wjechała windą na drugie piętro i podeszła do drzwi z napisem: „Dorothy L. Sayers”.
Zatrzymała się, odchrząknęła.
– Nazywam się Eliza Baker… Przyszłam w sprawie stanowiska asystentki…
Wygładziła spódnicę, poprawiła kapelusz i nacisnęła klamkę.
Kobieta za biurkiem nie była taka, jakiej się spodziewała.
Dorothy L. Sayers – krępa, po trzydziestce – przypominała niedźwiedzicę. Nie pluszowego misia, lecz raczej groźnego grizzly w przebraniu agentki reklamowej.
– W czym mogę pomóc? – zapytała, nie odrywając wzroku od notatnika.
– Nazywam się Eliza Baker – wyrecytowała przygotowane zdania. – Jestem tu w sprawie stanowiska asystentki sekretarza… – ściszyła głos – w Londyńskim Klubie Detektywistycznym.
– Wiesz o Klubie Detektywistycznym? – Sayers uniosła wzrok.
– Z ogłoszenia w „Daily Chronicle”.
– Ach tak.
– Chyba nawet detektywi muszą się reklamować – powiedziała Eliza z wymuszonym uśmiechem.
– Podoba mi się to. – Zanotowała coś. – Śmierć musi się reklamować1.
– Detektywi – poprawiła Eliza.
– Morderstwa. – Sayers skinęła głową. – Morderstwa muszą się reklamować.
Podniosła wzrok, wbijając w nią lodowate spojrzenie.
– Jesteśmy pisarzami, nie detektywami. Nie popełnij błędu, myląc autora z jego bohaterem.
– Oczywiście, proszę pani.
– Jakie masz doświadczenie? Masz referencje? I najważniejsze: potrafisz dochować tajemnicy?
Eliza uśmiechnęła się lekko.
– Tak. Potrafię dochować tajemnicy. Mogę? – Wskazała na krzesło naprzeciwko biurka.
Dorothy Sayers skinęła głową.
– Potrafię dyktować, pisać na maszynie, segregować dokumenty i załatwiać sprawy. – Machnęła ręką. – Cokolwiek pani potrzebuje. Żadne zadanie nie jest dla mnie zbyt wymagające ani zbyt błahe. – Kolejne kłamstwa.
– Opowiedz mi o sobie. O swoim wychowaniu. Skąd pochodzisz. Jaka jesteś. – Intensywne spojrzenie jasnych oczu Dorothy Sayers mogłoby oświetlić cały budynek.
– Właściwie… – Eliza zawahała się.
Może to przez te długie, zwisające kolczyki kobiety, sposób, w jaki nosiła włosy, podciągnięte wokół uszu jak szalik, albo te śmieszne małe binokle na jej płaskim nosie… Coś w Dorothy L. Sayers podpowiadało Elizie, że niekonwencjonalne dzieciństwo – a nawet jej wątpliwe pochodzenie – nie muszą działać na jej niekorzyść. Postanowiła dla odmiany powiedzieć prawdę. – Moja mama zmarła, kiedy byłam mała. Nigdy nie znałam swojego ojca. Byłam sierotą… – Wzięła głęboki oddech. Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że zadrżała. – Od życia na ulicy uratował mnie pewien miły żołnierz i jego żona.
– Sierota… – powiedziała cicho Dorothy Sayers, a na jej okrągłych policzkach pojawił się rumieniec. Czy to była łza w jej oku? Czy zarumieniona twarz była oznaką gniewu? Być może Eliza nie powinna była mówić prawdy. Zmiana w wyrazie twarzy panny Sayers była tak dramatyczna, że Eliza zaczęła się zastanawiać, czy nie oceniła tej kobiety błędnie. Czy nowa łagodność w jej głosie była uspokojeniem po burzy, czy też ciszą przed burzą? Zaraz miała się o tym przekonać.
– Zgadza się. – Eliza wierciła się na krześle. – Sierota. – Niech diabli ją wezmą, jeśli nie potrafiła znieść dziewczyny niskiego pochodzenia. To nie była wina Elizy, że urodziła się biedna i skończyła samotna i porzucona – z wyjątkiem Jane, oczywiście. Żyjąc na ulicy, zdobyła kilka cennych umiejętności. Całkiem ważną wśród nich była umiejętność odczytywania ludzi. Prawdziwych ludzi, a nie fikcyjnych bohaterów książek. Nauczyła się również bardziej praktycznych, choć wątpliwych moralnie sztuczek, takich jak kradzież kieszonkowa, otwieranie zamków, pieczenie gryzoni i oszukiwanie w szachach. Innymi słowy, nauczyła się, jak przetrwać w prawdziwym świecie bez uciekania się do fantazji.
Szukała w swojej teczce referencji od Dilly’ego Knoxa.
– Moje referencje. – Podała je pisarce.
– Przyjaciel Neville’a. – Dorothy Sayers roześmiała się. – Słyszałaś poranny występ Neville’a w BBC? – Uśmiechnęła się. – BBC poprosiło kilku członków Klubu Detektywistycznego o przeczytanie swoich prac na antenie. A Neville jest jednym z najlepszych w prezentowaniu swoich dzieł.
Występ? Raczej mistyfikacja.
– Stary, dobry Neville. – Dorothy Sayers pokręciła głową i coś zapisała w notatniku. – Dobry katolik z poczuciem humoru. – Wstała zza biurka. – Z drugiej strony Bóg też ma poczucie humoru. I docenia od czasu do czasu dobre numery. Co za ubaw. BBC nabrało rumieńców. – Zachichotała.
– Tak, świetna zabawa. – Eliza starała się nie marszczyć brwi. Raczej publiczne utrudnianie życia. Takie oszustwo powinno być karane. Cholerni pisarze.
– W porządku. – Ponownie wyraz twarzy Dorothy Sayers zmienił się tak szybko, jak sierpniowe niebo. – Bądź tu punktualnie o siódmej. – Wyciągnęła kartkę.
– Dostałam tę pracę? – Eliza stała z otwartymi ustami. Lepiej niech się zgodzi, zanim impulsywna pisarka zmieni zdanie.
– Czy nie po to tu przyszłaś? – Machnęła ręką. – A teraz idź już. Muszę wracać do pracy. – Najwyraźniej rozmowa kwalifikacyjna dobiegła końca. – Zanim ktoś tu wejdzie i odkryje, że załatwiam prywatne sprawy podczas pracy.
– O siódmej. Tak, proszę pani. – Eliza włożyła adres do kieszeni kurtki. Powinna czuć się szczęśliwa. Zamiast tego była przerażona. A co, jeśli nie da rady? Albo, co gorsza, jeśli znowu doprowadzi do czyjejś śmierci? Daj spokój, Eliza. Weź się w garść. Bycie asystentką sekretarza nie jest niebezpieczną pracą. Nie tak jak bycie specjalnym konstablem Scotland Yardu. Z drugiej strony policja metropolitalna starała się ograniczyć interwencje nielicznych kobiet pełniących służbę policyjną do spraw domowych dotyczących kobiet i dzieci. Jak zwykle mężczyźni na stanowiskach kierowniczych nie doceniali umiejętności kobiet, w tym uzbrojonych, takich jak ta, którą Eliza i Billy ścigali w dokach tej strasznej nocy.
Przynajmniej jej siostra i Theo będą zadowoleni. Chociaż on będzie rozczarowany, że nie było fajerwerków.
– Nie mów do mnie „pani”! – Dorothy Sayers zmrużyła oczy za okularami w drucianej oprawce. – Czuję się przez to stara. Dorothy wystarczy.
W porządku. Może jednak mały fajerwerk. – Dziękuję, Dorothy. – Schowała adres do kieszeni. – Nie będę ci przeszkadzać w pracy.
– Jeśli masz problemy z trawieniem – Dorothy wymachiwała ołówkiem jak batutą – spróbuj soli Andrews na niestrawność. – Wskazała palcem w powietrze. – Pij herbatę Lipton. – Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – To sprawia, że się sika bez problemów.
Dorothy L. Sayers była pełna niespodzianek. Nie była wcale snobistyczną autorką wykształconą w Oksfordzie, jak oczekiwała Eliza. Na pewno nie była misiem, ale też nie była grizzly. Bardziej przypominała dziwaczną niedźwiedzicę cyrkową występującą przed publicznością.
Theo Sharp siedział przy prowizorycznym biurku w swoim maleńkim mieszkaniu nad księgarnią Bookworm Bookshop nad Tamizą, ze stosem czasopism pod łokciem. Właściciel dał mu zniżkę na czynsz w zamian za pomoc w księgarni. Theo nie miał nic przeciwko temu. Uwielbiał otaczać się książkami. Za każdym razem, gdy przechodził obok działu z rzadkimi wydaniami, czuł przypływ adrenaliny. Jego ulubionym dziełem była literatura kryminalna oparta na faktach. Czytanie opowiadań o Sherlocku Holmesie w magazynie „The Strand” – było oczywiście zawsze wspaniałe. Ale tak naprawdę, ile razy orangutan lub jadowity wąż popełniły przestępstwo? Theo wolał opierać swoje opowiadania na prawdziwych wydarzeniach. Nierozwiązanych sprawach. Nierozwiązanych przestępstwach. Tak było też łatwiej. Gazety dostarczały mu bohaterów i fabułę do jego opowiadań. Wszystko, co musiał zrobić, to ożywić całość za pomocą słów.
Wszystko, co musiał zrobić. Jakby to było łatwe.
Westchnął i wrócił do pisania. A raczej do prób pisania. A dokładniej – wpatrywania się w pustą stronę. Jej biel drwiła z niego swoją czystością, jeszcze nieskażoną czarnym atramentem: pustką, w której snuł opowieści o sprawiedliwości z codziennej poezji zwyczajnych słów. Boże, pisanie wydawało się żałosne. Zamknął oczy i pomyślał o Elizie.
„Do zobaczenia”, stary.
Czy był głupi?
„Może po prostu chcę, żebyś była blisko”.
Boże, ależ był idiotą.
Eliza zapytała go kiedyś: – Po co pisać, skoro można żyć? – Nie rozumiała, że on pisał, aby żyć. Dla niego pisanie było sposobem na przetrwanie. W przeciwnym razie jaki był jego sens? Tak zwane doświadczenia bez znaczenia były niczym więcej niż wrażeniami zmysłowymi, nieprzefiltrowanymi bodźcami, przypadkowymi fragmentami śmieci płynącymi z prądem rzeki. Zanim odkrył pisanie, czuł się pusty i jego własna pustka gryzła go w trzewiach, a jego nieistotność go trawiła. Ale kiedy pisał, czerpał z transcendentnej mocy. Całkowicie zapominał o sobie, a świat znikał. A jednak, paradoksalnie, tylko zatracając się w słowach, odnajdywał siebie. Jakby coś lub ktoś inny przemawiał przez jego pióro – atrament pokoleń. Słowa, które należały do innych, teraz znalazły się w jego rękach. Trzymały je. Trzymały go.
Bez pisania był niczym, nikim.
Bez pisania życie było zwykłym przetrwaniem. Trzymało się na włosku.
Zamknął oczy i cieszył się ciężarem pióra wiecznego między palcami. Matka podarowała mu Spot Deluxe na ostatnie urodziny. Po dwudziestu dziewięciu latach w końcu pogodziła się z faktem, że nie pójdzie on w ślady ojca i nie będzie prowadził życia pełnego rozrywek jako członek ziemiańskiej arystokracji. Nie wspominając już o tytule, którego matka nigdy nie omieszkała użyć. Bycie hrabią Fife było ostatnią rzeczą, jakiej pragnął Theo. Zamiast tego był zdeterminowany, aby zostać pisarzem.
„Ale kochanie, możesz mieć wszystko – powiedziała – i każdego, kogo tylko zechcesz”.
Czego chciał? W tej chwili chciał opisać to przeklęte pióro. Jak mógł opisać to uczucie słowami? Chłodny metal na jego skórze. Pomyślał o dłoni Elizy, chłodnej w porównaniu do jego. Sposób, w jaki pozwoliła mu postawić gońca z powrotem na szachownicy, z gracją partnerki do tańca; jej palce zaciśnięte w pięść na tyle małą, że mieściła się w jego dłoni. Jej smukły nadgarstek wystający z rękawa bluzki, niebieskie żyły biegnące jak rzeki pod jej prawie przezroczystą skórą, prawie niewidoczne, drobne blond włoski… Dość tego.
Pióro. Miał opisać pióro, a nie ją. W porządku. Przekręcił je między palcami, koncentrując się na naprzemiennej chropowatości i gładkości jego powierzchni, chropowatej w miejscu, gdzie wygrawerowano jego imię – bliznę psującą jego doskonałość. Oznaczone jako własność, jak znakowane cielę. To pióro należy do Theodore’a Torrenta Sharpa.
Czy ona mogłaby należeć do niego? Czternaście lat temu jego współlokator z Eton przedstawił ją jako swoją przybraną młodszą siostrę. Była tylko dziewczynką, tak małą i smutną, że Theo od razu zapragnął ją chronić. Teraz była uroczą młodą kobietą i pragnął czegoś więcej. O wiele więcej. Zadrżał. Chciał zatrzymać ją tylko dla siebie.
Dobry Boże. Co za myśl. Dlaczego nie mógł wyrzucić jej z głowy? Ta mała blizna na jej nadgarstku. I kolejna, identyczna blizna na jej delikatnej żuchwie. Co one oznaczały? Alfabet czasu zapisany na jej ciele. Co przeszła? Nigdy nie mówiła o swoim dzieciństwie. Wiedział tylko, że została adoptowana przez ojca jego współlokatora, kapitana Halla, kiedy miała jedenaście lat. Bardzo chciałby nauczyć się rozszyfrować poezję tych znaków. Kim była?
Czy to miało znaczenie? Po śmierci swojego współlokatora we Francji Theo przysiągł, że będzie się opiekował Elizą. Pokręcił głową. Opiekował się nią? A może ją uwodził? Co on sobie myślał?
Otworzył oczy i spojrzał na złote pióro. Zimne, twarde i pozbawione życia. Głos matki: „Możesz mieć wszystko i każdego, kogo chcesz”. Upuścił pióro na biurko.
Jedyne, czego pragnął, to pisać. I oczywiście grać w szachy. Miło byłoby też publikować i sprzedawać książki. Nie dla pieniędzy, ale dla uznania, a nawet dla kontaktów. Świadomość, że jego słowa przemówiły do kogoś innego, sprawiałaby, że wszystko byłoby tego warte. Postukał piórem o papier. Wszystko i każdego. Nie chciał mieć nikogo. Chciał podróżować po świecie serca, umysłu i duszy z towarzyszem, który podzielałby jego pasję do nadawania temu wszystkiemu sensu. Z kimś, kto nadałby jego życiu większy sens. Z kimś, kto wspierałby go w dążeniu do sprawiedliwości, nawet jeśli tylko na papierze. Z kimś, kto doceniałby dzieło jego życia.
Na górze pustej strony napisał: „Dzieło życia” – a potem zaśmiał się z siebie. Dzieło życia. W wieku dwudziestu dziewięciu lat. Mając na koncie tylko jedną książkę – opartą na faktach powieść kryminalną, która do tej pory sprzedała się w dwudziestu siedmiu egzemplarzach. Marny żart.
Gdyby nie irytująca Eliza Baker, nawiedzająca jego sny dzień i noc, może udałoby mu się skoncentrować na tyle, by ukończyć tę drugą przeklętą książkę.
Rozdział drugi
Kolacja
Adres, który Dorothy Sayers podała Elizie, okazał się domem pana Anthony’ego Berkeleya Coxa. Mieszkał on na najwyższym piętrze budynku w północnej dzielnicy Londynu zwanej St. John’s Wood. Mieszkanie było wygodnie urządzone, z pluszowymi tapicerkami i kwiecistymi tapetami. Jak zjawa wyłaniająca się z chmury dymu z fajki, gospodarz podniósł się z wygodnego fotela w holu, gdzie najwyraźniej czekał, aby powitać swoich gości. Ubrany w trzyczęściowy garnitur w prążki i krawat, z włosami starannie przedzielonymi na środku i zaczesanymi do tyłu, pan Cox wyglądał bardziej jak bankier niż autor kryminałów.
– To jest panna Eliza Baker, moja nowa asystentka – powiedziała Dorothy, spoglądając za siebie. – Będzie nam pomagać w przekształceniu naszych małych wieczorków w formalny klub kolacyjny dla autorów kryminałów.
– Klub Detektywistyczny – poprawił z sykiem pan Cox. – Tylko dla najlepszych autorów kryminałów. – Elegancko ubrany mężczyzna uśmiechnął się radośnie. – Crème de la crème. – Wyciągnął rękę. – Wasze płaszcze? – Zamiast powiesić je w pobliskiej szafie, przerzucił je przez oparcie krzesła. – Możemy? – Poprowadził je do salonu, gdzie pozostali goście siedzieli już przy koktajlach i kanapkach. – Klub oczekuje najwyższych standardów w powieściach kryminalnych. Dzisiaj wieczorem ustalimy nasz statut. Morderstwo to poważna sprawa. Musimy to dobrze zrobić. – Zachichotał. – Co z pewnością oznacza, że w rzeczywistości zrobimy to źle. – Dzięki wysokiemu wzrostowi i krępej budowie ciała wyglądał na osobę pełną zdrowia, a w jego mowie było coś zapierającego dech.
Dorothy wzięła kanapkę z tacy, kierując się w stronę sofy. Eliza podążyła za nią. Trzy czwarte kanapy zajmował już dość korpulentny mężczyzna, więc Eliza niezręcznie rozejrzała się po pokoju, szukając miejsca, gdzie mogłaby usiąść i obserwować grupę. Po namyśle Dorothy przedstawiła ją pozostałym.
– Aspirująca pisarka kryminałów i nasza nowa asystentka klubowa. – Dorothy pomachała ciastkiem w stronę Elizy. – Panna Eliza Baker.
Eliza skinęła głową.
– Do usług.
Oprócz Anthony’ego Berkeleya Coxa i Dorothy Leigh Sayers, wśród gości była żona Anthony’ego, którą przedstawił jako swoją „prawie byłą” żonę – oraz jego narzeczona – „nowa i ulepszona pani ABC”. Eliza musiała się bardzo powstrzymać, żeby nie unieść brwi. W fotelu siedział wychudzony mężczyzna w średnim wieku, z przerzedzonymi włosami i szarą cerą. Anthony przedstawił go jako Neville’a Lively’ego. Aha! Radiowy oszust o kiepskim guście, jeśli chodzi o żarty. Ze swoimi grubymi nogami i chudymi ramionami przypominał drzewo, którego gałęzie uschły. Obok niego siedziała drobna młoda kobieta w prostej wełnianej spódnicy i z determinacją na twarzy, przedstawiona jako jego córka, Alice Lively.
Postawnym mężczyzną siedzącym obok Dorothy na sofie był Gilbert Chesterton. Paradoks kasztanowych loków opadających z czubka głowy i małych owalnych okularów na nosie, zestawionych z niesfornymi wąsami i podwójnym podbródkiem, nadawał mu wygląd przerośniętego ucznia. Naprzeciwko niego siedział Fergus Briggs, łysiejący mężczyzna po czterdziestce, skulony jak sterta podartych ubrań. W przeciwieństwie do pozostałych nazywał siebie wydawcą, który tylko „parał się pisaniem kryminałów”. Obok siedziała Maud Wilkerson, której gruby makijaż przypominał maskę. Sukienka w pomarańczowe kwiaty sprawiała, że jej rude włosy wyglądały jak płomienie. Prowadziła ożywioną rozmowę z każdym, kto tylko chciał jej słuchać.
W końcu, siedząca w fotelu przy kominku urocza kobieta w wieku około trzydziestu pięciu lat, o łagodnych, mądrze zielonych oczach i miękkich brązowych lokach, została przedstawiona jako Agatha Christie. Ubrana w skromny, ale elegancki zestaw z lawendowej wełnianej spódnicy i naszyjnik z pereł, wyglądała jak prawdziwa angielska dama. Zupełnie inaczej Eliza wyobrażała sobie szalony umysł stojący za podstępnym narratorem powieści Zabójstwo Rogera Ackroyda. W rzeczywistości jej łagodna obecność miała uspokajający wpływ na otoczenie. Kiedy powiedziała cicho:
– Miło mi panią poznać, panno Baker – w pokoju zapadła cisza. Nawet pobudliwa Maud Wilkerson zamarła.
Zastanawiając się, jak zapamięta wszystkie imiona, Eliza usiadła na małej kanapie obok kominka. Znajdowała się ona tuż poza kręgiem pisarzy, skąd miała dobry widok i mogła wszystko obserwować. Wyjęła skrawek papieru z torebki przypiętej do paska, na wypadek gdyby musiała robić notatki. Jakie dokładnie były jej obowiązki jako asystentki sekretarza Klubu Detektywistycznego? Nikt nie pofatygował się, aby jej to wyjaśnić. Kolacja wydawała się nieodpowiednim miejscem, aby o to zapytać. Gdyby tylko Theo tu był, mogłaby go zapytać.
Gdzie on był? To on chciał, aby przyjęła tę głupią pracę. Nawet żartował, że to dlatego, że chciał, aby była w pobliżu.
Szybko zapisała imiona gości wraz z krótkim opisem:
Anthony Berkeley Cox – sprytny szpenio
Dorothy L. Sayers – cyrkowy niedźwiedź
Gilbert Chesterton – przerośnięty uczeń
Maud Wilkerson – modna laska
Neville Lively – kiepski żartowniś
Alice Lively – popielica
Agatha Christie – elegantka z perłami
Gdyby to była gra w szachy, mogłaby podzielić ich na czarnych i białych skoczków, gońców, królów i hetmanów. W przeciwieństwie do figur szachowych ruchy tych pisarzy nie były wcale podporządkowane zasadom.
Podczas gdy żona i kochanka podawały krakersy z dodatkiem miękkiego sera i kawałkami korniszonów oraz gotowane jajka nadziewane pastą rybną, pisarze spierali się o zasady działania swojego nowego klubu.
Neville Lively wyciągnął z kieszeni na piersi złożoną kartkę i rozłożył ją. – Wymyśliłem coś, co nazwałem „Dziesięcioma przykazaniami powieści kryminalnej”. – Podniósł okulary na nosie. – Po pierwsze, autor musi zawsze postępować uczciwie wobec czytelnika. Żadnych sztuczek ani deus ex machina.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.Death Must Advertise to kryminał autorstwa Dorothy L. Sayers (pol. Trup w reklamie). [wróć]
