Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zbiór opowiadań - czasem prześmiewczych, czasem trochę sentymentalnych. Historie o niezwykłym szczęściu i niewyobrażalnym pechu. Jeśli chcecie wiedzieć, jak z powodu jednego grosika można trafić do więzienia, a jak dzięki poduszce stać się milionerem - sięgnijcie po Sowizdrzała.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 358
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ewie Choromańskiej
– Wielkiej Przyjaciółce ludzi i zwierząt
Poznaliśmy się w piękny, deszczowy dzień. Po prostu weszła pod mój parasol i już została. Pachniała lawendą i czymś tam jeszcze, bliżej nieokreślonym. W domu zrobiłem kolację. Pałaszowała aż miło. I milczała. Na szyi miała czerwoną apaszkę i takąż kokardkę na głowie. Była młodziutka, ale sprawiała wrażenie rezolutnej i bystrej. Gdy pojadła, obejrzała wszystkie kąty w mieszkaniu i widać lustracja wypadła pozytywnie, bo usiadła koło mnie i przymilnie popatrzyła mi w oczy. Wtedy zobaczyłem, że jedno oko ma migdałowe, a drugie niebieskie. Zdziwiłem się, ale to się przecież zdarza, także u ludzi. Zapytałem, jak ma na imię, ale tylko się wyszczerzyła, ukazując garnitur białych, ostrych ząbków. – Co, nie chcesz powiedzieć? Pomogę ci: Baśka? Lula?… Wymieniłem jeszcze parę popularnych imion; zero reakcji. Może głucha? – Rozumiem, że się zagubiłaś, to duże miasto, ale zanim zaczną cię szukać, minie trochę czasu, możesz tu zostać, tylko muszę cię jakoś nazwać, na przykład… Alba, bo jesteś taka… „śnieżna blondynka” – zażartowałem. – Co ty na to? Wyszczerzyła się znowu, co chyba oznaczało zgodę.
Włączyłem telewizor i usiadłem wygodnie na kanapie. Może w Kurierze coś będzie na temat mego gościa? Alba usiadła koło mnie, razem gapiliśmy się na wiadomości. Przytuliła swoją zmierzwioną i jeszcze mokrą czuprynę do mojego ramienia i zalotnie patrzyła mi w oczy. Telewizja jej nie interesowała. – Hej, ty mała – pogroziłem jej palcem – nie podrywaj nieznajomych facetów, przecież dopiero co się poznaliśmy! – Ale ona rzuciła się na mnie i zaczęła mnie całować. Z języczkiem. Zdenerwowałem się, bo tego rodzaju zalotów nie lubię. Obsobaczyłem ją solidnie. Obraziła się na mnie i poszła w kąt jak zbity pies; przez resztę wieczoru już mi się nie naprzykrzała. Potem poszliśmy spać: Alba na kanapie w pokoju, ja w gabinecie.
Rano troszkę zaspałem, w sprinterskim tempie szykowałem się do pracy; Alby nigdzie nie było. Czyżby mi się przyśniła? Gdy już zbierałem się do wyjścia, wyszła z kuchni. A przysiągłbym, że jej tam nie było! Powiedziałem, że wychodzę i parę godzin będzie sama, że ma się grzecznie zachowywać i żadnych gości, zwłaszcza płci męskiej.
– A jedzenie znajdziesz w kuchni, zrozumiałaś? – Udawała, że nie słucha (wciąż była obrażona); z udanym zainteresowaniem gapiła się na muchę łażącą po ścianie. Wyszedłem, zatrzasnąwszy za sobą drzwi. W pracy jednak nie mogłem się skupić, ciągle myślałem o swoim gościu, co zauważyła także Anita, szefowa mojego działu. – Oj, chyba się nie wyspałeś albo jesteś zakochany! – żartowała. Nawet nie wiedziała, jak była blisko prawdy. Przez resztę dnia byłem przedmiotem kpinek żeńskiej części mego działu. Bo ja tam byłem rodzynkiem. Niektóre przychodziły specjalnie, aby pożartować sobie moim kosztem. Ich perfumy o mało mnie nie udusiły. Toteż wróciłem do domu najszybciej, jak mogłem.
W pierwszej chwili Alba zachowała się jak każda stęskniona samka: rzuciła się na mnie, aby się przywitać i… odskoczyła jak oparzona. Popatrzyła na mnie z wyrzutem. Nie rozumiałem, o co jej chodzi. Wykąpałem się i dopiero wtedy wróciłem do jej łask. Zrozumiałem: to te perfumy; Alba była zazdrosna!
Mijały dni, Alba zadomowiła się u mnie; nikt jej nie szukał. Chyba się polubiliśmy. I często chodziliśmy na spacery, bo ona to uwielbiała… Raz w parku spotkałem sąsiada, też był z towarzyszką. Sąsiad pracuje na giełdzie, wdaliśmy się więc w rozmowę na wiadomy temat. One też zajęły się chyba plotkami, bo jakiś czas mieliśmy spokój. Kiedy jednak towarzyszka sąsiada przez pomyłkę usiadła koło mnie, Alba warknęła na nią i złapała ją za czarne kudły. Musieliśmy interweniować. To wielka zazdrośnica, nie toleruje żadnej kobiety w moim towarzystwie! Sąsiadki, która chciała pożyczyć soli, o mało co nie poturbowała, aż biedna kobieta obraziła się na mnie i nie odpowiadała na moje powitania.
Przyszła zima, a potem przedwiośnie, zimne i mokre. Złapałem grypę i leżałem w łóżku; Alba niemiłosiernie się nudziła. Znalazła mój album ze zdjęciami i wykasowała wszystkie, na których były jakieś baby. Szczególnie uwzięła się na te fotki, na których byłem ja z Alicją, moją byłą żoną. Na tych zdjęciach moja eks-małżonka miała pourywane głowę i nogi lub cała była wycięta. Można powiedzieć, że Alba wygryzła ją, dosłownie i w przenośni z mojego życia!
Ponieważ moja rekonwalescencja się przedłużała i nie mogłem chodzić z nią na spacery, poprosiłem kuzyna o pomoc. Nie miał wiele czasu, ale wpadał na godzinkę i wychodził z Albą. Chyba się zaprzyjaźnili. Postarałem się tak skoordynować wizyty pielęgniarki, która robiła mi zastrzyki, aby Alby w tym czasie nie było w domu: obie serdecznie się nie znosiły. Kobieta używała ostrych, tanich perfum! Alba dostawała szału, bo ten zapach unosił się w powietrzu jeszcze długo po wyjściu pielęgniarki.
Któregoś dnia obudziłem się w lepszej formie. Za oknem padał wiosenny deszcz. Tylko Alby nigdzie nie było; obszukałem całe mieszkanie – ani śladu! Wtedy zobaczyłem, że drzwi na korytarz nie były zamknięte. Widocznie po wyjściu pielęgniarki zapomniałem je zamknąć. Alba zniknęła, chyba zwyczajnie sobie poszła. I do tego zabrała mój parasol. To zrozumiałe, że nie na pamiątkę, padał przecież deszcz. Czekałem do wieczora, ale nie wróciła… Dałem ogłoszenie: „Zaginęła biała pudelka, wabi się… Wysoka nagroda”. I telefon, który w dniu ukazania się anonsu rozdzwonił się. Mnóstwo osób dopytywało się o nagrodę. Z paroma umówiłem się w domu. Kiedy otworzyłem drzwi pierwszemu „znalazcy”, zdrętwiałem: korytarz zamienił się w poczekalnię do lecznicy dla zwierząt. Kłębił się tam tłum ludzi i psów, ale Alby wśród nich nie było. Pierwszy był nieogolony typ z czerwonym nosem: – Pan szanowny szukał pieska? – wychrypiał, miotając mi w nos pijackie wyziewy. Zatrzasnąłem drzwi, warknąwszy przedtem, że dziękuję, piesek się już odnalazł, co oczywiście nie było prawdą. Mimo to swą nagle rozbudzoną miłość do zwierząt przypłaciłem ciężkim rozstrojem nerwowym, bo przez parę dni pod moim drzwiami koczowali „uczciwi znalazcy”. Doszło do burd, aż dozorca musiał wezwać policję, a do mnie pogotowie. I znalazłem się w szpitalu dla nerwowo chorych. Gdy szedłem do karetki w kaftanie, zza drzwi wyjrzała sąsiadka. Jej szydercze spojrzenie mówiło: „A dobrze ci tak, ty psiarzu!”. Po jakimś czasie doszedłem do siebie, ale straciłem pracę i w ogóle… A, co tam, byle się odnalazła moja Alba. Kochani, tą drogą apeluję do was: jeśli ktoś z was widział…
Czerwony Kapturek? Czy go znam? Ależ tak, oczywiście, kto nie zna Czerwonego Kapturka?! Skąd go znam? To jasne: jeszcze z czasów przedszkolnych. Poznałem go, a właściwie ją (bo to przecież kobieta), zanim nauczyłem się porządnie składać literki w całe zdania. Potem chodziliśmy razem do podstawówki i na wagary…
Co było dalej? No cóż, w szkole średniej widywaliśmy się rzadko, może dlatego, że ja byłem w technikum, a ona chyba w ogólniaku. Nawet dokładnie nie wiem, do jakiej szkoły chodziła, nie interesowała mnie wtedy specjalnie. Miałem swoją pasję: mechanikę i elektronikę. Po maturze nasze kontakty się urwały… Widzieliśmy się dopiero na studiach, a i to krótko, bo potem gdzieś mi przepadła z oczu. I dopiero teraz…
Zadzwonił do mnie kumpel, bezrobotny, jak ja. Marudził, że jest chwilowo sam, że powinniśmy się spotkać. Kto to był? Nikt ważny. Jeszcze ze szkoły średniej. Miał firmę, ale zbankrutowała, chciał się pocieszyć, mówił, że zostało mu trochę grosza i zaprasza mnie na balangę do modnego lokalu. Na striptiz i go-go. To teraz i u nas zaczęło być modne. Jak dotąd, go-go oglądałem jedynie na amerykańskich filmach. Akurat ja też setnie się nudziłem, żona wyjechała do sanatorium. No więc się zgodziłem, co było robić? Wieczory takie puste… Wyciągnąłem ostatnie zaskórniaki i poszedłem. Trzeba się jakoś rozerwać, no nie? No dobrze, mówię, co dalej…
Knajpa na zewnątrz prezentowała się cokolwiek szaro. Kto nie wiedział, myślał: zwykły lokal gastronomiczny, z wyszynkiem. Ale w środku – ho, ho! – zachodni szyk i sznyt, wysoki połysk. Widać włożono tu duże pieniądze. Ludzie gadali, że to lokal bossa mafii pruszkowskiej, inni, że wołomińskiej. Diabli wiedzą. A co tam, mafia mafią, a gdzieś zabawić się trzeba, no nie? No więc przycupnęliśmy przy barze, kumpel hojnie zamówił dwa sznapsy w długich rurkach z przyklejoną cytryną, pewnie dla niepoznaki, ale ja poczułem moc bijącą z dna. Smakowało jak bimber z szampanem i koniakiem w jednym. Shaker długo to mieszał. Krwawa mary to przy tym betka! A to był chyba prawie czysty spirytus. Z czymś tam. Czegoś takiego jeszcze nie piłem, ale po chwili szło już gładko, przełyk się przyzwyczaił, no i świat od razu poweselał. Sączyłem ten rajski napitek i obserwowałem salę.
Moją uwagę przykuła dziewczyna przy błyszczącym, gładkim jak lustro drążku. Kolega w międzyczasie rzucił mi: „Przepraszam na chwilę!”, bo zobaczył jakiegoś znajomego kociaka w tłumie, i tyle go widziałem. No więc, co było robić? Kolega nie igła, knajpa nie stóg siana, prawda, znajdzie się w końcu, pomyślałem. Choć znałem go na tyle dobrze, że dla ładnej spódniczki potrafił stracić głowę. I majątek.
A ta laleczka, co to gimnastykowała się przy rurze, to była cycuś babka. Tak, tak, wiem, miałem mówić konkretnie, ale to nie da się tak – ja lubię wszystko po kolei. No więc, zaciekawiła mnie dziewczyna. Zaraz, jaka tam dziewczyna! Przetarłem oczy. Wyglądała znajomo. Cała ubrana na czerwono. No, ubrana to za mocno powiedziane, ale to co miała na sobie, to faktycznie było czerwone: lśniące lakierki na długich i zgrabnych, opalonych nogach, dalej te… no, stringi, czyli chińskie majtki: sama gumka, he, he!, więcej niż skromny czerwony nacycnik i na głowie czerwony kapturek, no – taki a la bejsbolówka, spod którego wyglądał spięty czerwoną gumką czarny koński ogon. No więc, przyglądam się jej, jak inni w tym lokalu, gały wybałuszam, omalże jak inni ślinić się zaczynam, kiedy nagle zrozumiałem – poznałem: to ona. Ten czerwony strój to był zawsze jej wyróżnik. I ta gibka sylwetka. Mimo tylu lat ciągle wyglądała imponująco. I pociągająco. Ostatni raz, jak mówiłem, widzieliśmy się w akademiku coś ze dwadzieścia pięć lat temu. Była balanga. Pożyczyłem jej wtedy stówkę – tak, stówkę, ale dolców. Wystałem ją wtedy pod Peweksem, z duszą na ramieniu, bo gliny – pardon, milicja! – czesały okolicę z elementów spekulujących. Za resztę zetów kupiłem litra i poszliśmy balować do Kazia G. Na pierwsze piętro. Kazio to był wtedy wielki urka – na baby i na dolce, czasem dał zarobić, jak miał dobry humor. Potem gdzieś przepadł. Mówili, że kibluje, albo że w tej… no, Australii siedzi na forsie. Różnie mówili, nie wiem. No więc ja wchodzę, a tam ona, znaczy Czerwony Kapturek bryluje. Zdumiałem się, szykowna była jak zawsze. Poznała mnie i – o dziwo – przykleiła się zaraz do mnie. Myślałem, że ją przelecę, napaliłem się… Piliśmy i całowaliśmy się w przerwach, he, he! Pamiętam jeszcze, że pożyczyłem jej sto dolców – na „trzy dni”, tak powiedziała. A potem już nic nie pamiętałem…
Spis treści - fragment
Strona tytułowa
Dedykacja
ALBA
CZERWONY KAPTUREK (Bajka polityczna)
