Solange i Fryderyk - Janusz Niżyński - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Solange i Fryderyk ebook i audiobook

Janusz Niżyński

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Wszyscy znają burzliwy romans Fryderyka Chopina i George Sand. Ale co działo się w cieniu tej wielkiej miłości?

Jesień 1846 roku w Nohant ma smak pożegnania. Solange, córka George Sand, nie jest już dzieckiem, które Fryderyk uczył gry na fortepianie. Wyrosła na piękną, świadomą swej mocy kobietę, a jej dziecięca fascynacja kompozytorem przeradza się w uczucie, które nigdy nie powinno zaistnieć.

Gdy Fryderyk ucieka do deszczowego Paryża, by ratować resztki dawnego życia, jego ból znajduje ujście w jedyny możliwy sposób – w muzyce.

Czy słynny Walc cis-moll to tylko utwór muzyczny, czy może zaszyfrowany list miłosny, którego adresatką nie była ta, którą wszyscy podejrzewali?

Janusz Niżyński w powieści Solange i Fryderyk kreśli subtelny portret miłości niemożliwej. To opowieść, która wzruszy cię do łez i poruszy najczulsze struny twojego serca – historia o rozdarciu między lojalnością a namiętnością, o wyborach, które ranią, i o cenie, jaką płaci się za konwenanse.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 164

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 12 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Bartosz Głogowski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Słowo od autora

Drodzy Czytelnicy,

z głębokim wzruszeniem i niemałą tremą oddaję w Państwa ręce książkę Solange i Fryderyk – opowieść o zakazanej miłości, która rozkwitła w cieniu wielkiego romansu epoki i która, choć nigdy nie została spełniona, pozostawiła po sobie ślad na kartach historii muzyki.

Ta książka narodziła się z fascynacji jedną z najbardziej delikatnych i zarazem bolesnych historii, które rozegrały się wokół postaci Fryderyka Chopina. Gdy w powszechnej świadomości dominuje obraz jego związku z George Sand, ja postanowiłem spojrzeć na to, co działo się w cieniu tej wielkiej miłości – na uczucie, które kompozytor żywił do Solange, córki swojej ukochanej, dla której chciał być jak biologiczny ojciec. Starałem się unikać sensacji czy tanich chwytów literackich. Zależało mi na delikatnym uchwyceniu subtelnych niuansów tego trudnego uczucia, które rozdarło serce kompozytora między lojalnością wobec Aurory a miłością do jej córki. Podążamy więc śladami tej skomplikowanej relacji od pierwszych oznak wzrastającego uczucia w nastrojowym dworze Nohant, poprzez dramatyczne wyznanie w ogrodowej altanie, aż po rozstanie pełne goryczy i niedosytu.

Muzyka Chopina, jak zawsze w moich powieściach, staje się niemalże osobnym bohaterem tej historii. Walc cis-moll, który kompozytor nieformalnie dedykuje Solange, staje się muzycznym listem miłosnym – wyznaniem tego, czego nie można wypowiedzieć słowami. Starałem się pokazać, jak ze skomplikowanych uczuć rodzi się wielka sztuka, jak cierpienie przekształca się w piękno, a niemożliwa miłość zostaje uwieczniona w nutach, które przetrwają na wieki.

Solange w mojej interpretacji to nie tylko obiekt westchnień dojrzałego mężczyzny. To młoda kobieta rozdarta między dziecięcą fascynacją a kobiecą świadomością własnej mocy, między miłością do muzyki a pragnieniem niezależności, między uczuciem do Fryderyka a presją społeczną i matczyną wolą. Jej małżeństwo z Clésingerem, które historycznie okazało się katastrofą, w mojej powieści staje się symbolem ceny, jaką płacimy za decyzje podejmowane pod wpływem emocji i zewnętrznych nacisków.

Druga część powieści, zatytułowana Arietta w tonacji samotności, to obraz dojrzałego Chopina, który musi zmierzyć się z konsekwencjami swojego uczucia. Pokazuję kompozytora samotnego, chorеgо, ale nieprzejednanego w swojej ojcowskiej miłości do Solange. Ich korespondencja, przerywana konfliktami z George Sand, przepełniona jest niedomówieniami i tęsknotą za tym, co mogłoby być.

Pisanie tej powieści było dla mnie podróżą w głąb ludzkich emocji, próbą zrozumienia, jak wielkie uczucie może funkcjonować w sytuacji, gdy jego spełnienie jest społecznie niemożliwe. Zmagałem się z pytaniami o granice miłości, o to, czy uczucie może być piękne, nawet gdy jest zakazane, o cenę, jaką płacimy za wierność własnym emocjom. W opowieściach o wielkich miłościach najczęściej bowiem widzimy tylko kontury: początek i koniec, oczarowanie i rozstanie.

Pomiędzy nimi ginie drobnopis codzienności.

Czy więc udało mi się stworzyć przekonujący portret tej niezwykłej relacji? Czy potrafiłem uchwycić subtelność uczuć, które łączyły Fryderyka z Solange, nie wpadając przy tym w pułapkę sensacji czy niepotrzebnej dramatyzacji? Na te pytania odpowiedzieć mogą tylko Państwo, zagłębiając się w karty tej książki. Jestem świadomy, że podjąłem temat delikatny i kontrowersyjny. Ale wierzę, że literatura ma prawo – a może nawet obowiązek – eksplorować wszystkie zakamarki ludzkiego serca, także te, które wolałoby się ukryć za zasłoną konwenansów.

Zamieszczony poniżej kod QR przeniesie Państwa do zwiastuna powieści. Zawiera on jednak fragmenty, które mogą zdradzić istotne elementy fabuły. By nie psuć sobie czytelniczej przyjemności, rozszyfrowanie kodu polecam odłożyć na czas po lekturze.

A teraz z niecierpliwością już czekam na Państwa reakcje, uwagi i refleksje. Zapraszam do kontaktu poprzez mój profil na Facebooku oraz do dyskusji w grupie Kulturalny Zakątek Janusza Niżyńskiego.

Życzę Państwu wzruszającej lektury i niezapomnianej podróży w świat miłości niemożliwej, ale prawdziwej – miłości, która choć niespełniona, potrafi inspirować do tworzenia dzieł nieśmiertelnych.

JANUSZ NIŻYŃSKI

CZĘŚĆ I

Preludium w tonacji zmierzchu

Rozdział 1

Przez wysokie okna posiadłości w Nohant promienie popołudniowego słońca wpadały, tworząc miękkie refleksy na drewnianej podłodze. Fryderyk siedział przy fortepianie, a jego długie, blade palce zawisły na moment nad klawiaturą, jakby czekając na natchnienie, które czasem przychodziło do niego w najmniej spodziewanych momentach. Jesień 1846 roku była ciepła i duszna, a on czuł się niewiele lepiej niż przez cały miniony rok.

Solange stała tuż obok, opierając się lekko o krawędź fortepianu. W ciągu ostatnich kilku lat osiągnęła ów trudny młodzieńczy wiek, gdy dziewczęca niewinność coraz silniej ustępowała miejsca pełnej kobiecej świadomości. Miała już przecież osiemnaście lat. Gdy więc jej ciemne oczy patrzyły na Fryderyka z intensywnością, a oblicze wyrażało podziw jak teraz, gdy interpretował najnowsze dzieło, Poloneza-Fantazję1, zawsze mimowolnie rozpraszała go i czasem wprawiała w zakłopotanie.

– Wspaniały utwór, drogi Chip-Chip, ale czy pokażesz mi wreszcie, jak powinnam grać twe samotne preludium w mej ukochanej tonacji cis-moll2? – zapytała, nachylając się nieco bliżej.

Jej ciemne, pofalowane włosy opadały swobodnie na ramiona, a prosta sukienka na ramiączkach podkreślała młodzieńczą urodę.

W fotelu pod przeciwległą ścianą siedziała jej matka ekstrawertyczka: George Sand.

Z pozoru pogrążona w lekturze, obserwowała tę scenę ponad otwartą książką. Jej czarne ubranie, niemal męskie w kroju, kontrastowało z delikatnością córki.

– Jeszcze nie dzisiaj, Solange – odpowiedział łagodnie Fryderyk. – Twoje dłonie wciąż są zbyt małe na te rozłożyste akordy.

Solange zmarszczyła brwi.

– Zawsze tak mówisz. Za to Maurycemu pokazujesz wszystko.

– Twój brat ma bardziej naturalne predyspozycje do gry – odparł dyplomatycznie, choć wiedział, że to nieprawda.

Poza tym Maurycy miał tyle samo talentu do muzyki co polny kamień.

George Sand zamknęła książkę z cichym trzaskiem.

– Solange, czy nie miałaś mieć teraz lekcji rysunku? – zapytała spokojnym głosem, w którym jednak pobrzmiewała chłodna reprymenda.

Dziewczyna wyprostowała się, odsuwając od fortepianu.

– Pan Delacroix3 spóźnia się już pół godziny. Widocznie znowu zapomniał.

– Mogłabyś wykorzystać ten czas na własne ćwiczenia – odparła matka, wstając z fotela. – Pamiętaj, że doskonałość jest celem bogów, a dążenie do niej przywilejem śmiertelników, takich jak my. Musimy w każdej wolnej chwili sami się doskonalić i ćwiczyć.

– Ale, maman, ja przecież… – próbowała oponować.

– Pozwól Fryderykowi dokończyć jego nowy polonez-fantazję. Jutro wyjeżdża do Paryża i ma jeszcze z nim wiele pracy.

W oczach Solange błysnęło buntem, ale skinęła głową i ruszyła w stronę drzwi. Przy wyjściu obejrzała się jeszcze przez ramię.

– Skoro nieodwołanie jedzie pan jutro do Paryża, to ja już dziś zaczynam odliczać dni do pana powrotu, panie Chopinie – powiedziała głośniej, niż było to konieczne, szybko kierując spojrzenie na podłogę – i będę tęsknić – dorzuciła już znacznie ciszej, po czym opuściła pokój.

George Sand podeszła do fortepianu i stanęła w miejscu, które przed chwilą zajmowała jej córka. Chopin nie podniósł wzroku, jego palce bezmyślnie głaskały klawisze, nie naciskając żadnego z nich.

– Najgłośniejsze historie dzieją się w ciszy tych, którzy patrzą z boku, Fryderyku – powiedziała Aurora spokojnym głosem. – Ona cię uwielbia…

– To tylko taka dziewczęca fascynacja, Auroro. Przejdzie jej.

– Być może. A być może nie przejdzie… – westchnęła, siadając obok niego na ławeczce. – Ma po mnie naturę. Namiętną, porywczą… zapamiętałą. Ale już

chyba wiem, jak temu zaradzić…

Chopin zamknął wieko fortepianu i spojrzał na ukochaną.

– Auroro, jeśli uważasz, że…

– Nic nie uważam! – przerwała mu szybko. – Tylko obserwuję. Zawsze byłam dobrą obserwatorką.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W oddali słychać było stukot końskich kopyt – zapewne Delacroix wreszcie wrócił z nieodległej gospody w La Châtre na spóźnioną lekcję.

– To nie jest łatwe, prawda? – zapytała wreszcie George. – Ten dom, te dzieci, ta… rodzina, którą stworzyliśmy.

Fryderyk delikatnie ujął jej dłoń.

– Nigdy nie obiecywałaś, że będzie łatwo. Tylko że będzie warto.

Uśmiechnęła się, ale w jej oczach pojawił się cień.

– Gdy byliśmy na Majorce, a ty byłeś tam tak bardzo chory, modliłam się każdego dnia tylko o to, by cię nie stracić. Teraz, gdy po latach stałeś się silniejszy, ja i tak czasem czuję, że cię tracę… w inny sposób.

Fryderyk wolno pokręcił głową.

– Nigdy…

– Mówisz to teraz – westchnęła Aurora. – Ale widzę, jak na ciebie patrzy. I owszem, widzę, jak ty odwracasz wzrok. Ale nie zawsze będziesz go odwracał. Wiem to dobrze, Fryderyku. Ona jest młoda, piękna, pełna energii i życia…

– I jest twoją córką – dokończył stanowczo. – To wszystko, kim dla mnie jest i kim pozostanie na zawsze.

Aurora nie odpowiedziała. Wstała i podeszła do okna, patrząc na rozległy ogród. Po chwili odwróciła się, a jej twarz znów była spokojna, niemal uśmiechnięta.

– Wyjeżdżasz jutro. Przypomnij, na jak długo?

– Dwa do trzech tygodni. Pleyel chce, żebym zagrał w jego salonie, a i czeka też na moje nowe mazurki i tego najnowszego poloneza-fantazję w As-dur. Mam też zaproszenie na ślub jednej z moich dawnych uczennic…

– Może to i dobrze. – Skinęła głową. – Rozłąka czasem pomaga dostrzec to, co naprawdę ważne. A poza tym… – zawiesiła głos, a w jej oczach błysnęła dawna, zawadiacka iskra – będę miała więcej czasu na pisanie. I na tęsknotę. A tęsknota, mój drogi „malutki”, to najlepszy afrodyzjak dla sztuki. I nie tylko dla niej.

Chopin po raz pierwszy tego wieczoru uśmiechnął się szczerze, słysząc, jak używa jego dawnego przezwiska, które zawsze było znakiem ich najgłębszej intymności. Napięcie powoli opadło.

– Uważaj, bo wrócę z kolejną sonatą, a nie z mazurkami – odparł z udawaną powagą.

– Liczę na to. – Mrugnęła do niego. – A teraz chodź. Kazałam Suzanne zaparzyć rumianek. Twoje nerwy potrzebują ukojenia. I moje chyba też.

Podała mu dłoń, którą z wdzięcznością przyjął. Wstali i powoli, ramię w ramię, wyszli z salonu, zostawiając za sobą milczący fortepian i cienie niedopowiedzianych lęków. W jadalni czekały już na nich dwie filiżanki, z których unosiła się lekka, pachnąca para. Usiedli naprzeciwko siebie, a delikatne dzwonienie łyżeczek o porcelanę było jedynym dźwiękiem, który przerywał spokojną ciszę. W małym, wspólnym rytuale picia herbaty odnaleźli na nowo to, co było ich fundamentem – chwilowe, kruche, ale jakże cenne poczucie domu.

Rozdział 2

Tej nocy nie mógł zasnąć. Siedział przy oknie, patrząc na rozgwieżdżone jesienne niebo nad Nohant, które rozpościerało się nad posiadłością jak aksamitna kołdra usiana diamentami. Lubił to miejsce – jego spokój, harmonię, poczucie bezpieczeństwa, które ogarniały go za każdym razem, gdy wracał z paryskich salonów do tego sielankowego zakątka francuskiej prowincji. A jednak od pewnego czasu czuł się tu nieswojo, jakby coś nieuchwytnego, ale istotnego zaczęło się zmieniać w delikatnej równowadze ich wspólnego życia.

Szczególnie od czasu, gdy Aurora oddaliła ze służby jego ukochanego Jana. Jedynego wiernego towarzysza, który tutaj, w Nohant, myślał i mówił jak on – po polsku, w języku, który był dla Fryderyka nie tylko sposobem najważniejszej komunikacji, ale również mostem łączącym go z ojczyzną, którą opuścił tak dawno temu. Jan nie był przecież zwykłym służącym – był powiernikiem, przyjacielem, kimś, z kim mógł podzielić się tęsknotą za krajem, wspomnieniami z dzieciństwa, żartem zrozumiałym tylko dla kogoś, kto pamięta smak polskiego chleba i dźwięk polskich pieśni.

Podobno Jan pokłócił się z kucharką Suzanne o to, kto pierwszy ma prawo do korzystania z kuchni rano – spór zdawałby się błahy, ale w realiach życia domowego nabrał nieproporcjonalnie dramatycznych wymiarów. Suzanne nieustannie oskarżała Jana, że przeszkadza jej w przygotowywaniu porannych posiłków, wkradając się do kuchni o świcie, by nagotować sobie owsianki i usmażyć jajka na polską modłę. Jan z kolei twierdził, że ma prawo do korzystania z pomieszczeń kuchennych, skoro mieszka w domu i wykonuje swoje obowiązki równie sumiennie, jak pozostali domownicy.

Żadne próby mediacji ze strony Aurory nie pomogły. Oboje obstawali twardo przy swoich racjach, a atmosfera w domu stawała się coraz bardziej napięta. W końcu Aurora zadecydowała, że jedno z nich musi odejść – i zaufała kucharce, która służyła rodzinie od wielu lat i której kulinarne talenty były niezastąpione przy organizowaniu przyjęć dla gości, tak często składających wizyty w Nohant.

Oczywiście – Fryderyk próbował interweniować, tłumacząc, jak ważny jest dla niego Jan, ale Aurora pozostała niewzruszona. Dla niej była to kwestia praktyczna – nie mogła pozwolić sobie na chaos w gospodarstwie domowym. Jednak dla Fryderyka była to strata o wiele większa, niż mogła sobie wyobrazić: Jan zabierał ze sobą kawałek jego tożsamości, jego poczucia przynależności do tego domu. I było mu przykro, że Aurora nie chce tego zrozumieć.

Teraz więc, pozbawiony przyjaciela i patrząc na gwiazdy nad Nohant, czuł się bardziej samotnie niż kiedykolwiek wcześniej. Nie tylko dlatego, że stracił towarzysza, ale również dlatego, że zaczynał uświadamiać sobie, jak krucha jest jego pozycja w tym miejscu – jak łatwo może stać się obcym w domu, w tym domu, który przez lata uważał za własny.

Delikatne pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia, przywracając do rzeczywistości ciężkiej jak ołów. Przez moment miał nadzieję, że to tylko złudzenie, kolejny dźwięk z archipelagu wspomnień, które nawiedzały go od miesiąca.

Jednak gdy pukanie rozległo się po raz wtóry, pospiesznie zareagował.

– Tak? – zapytał, spodziewając się Aurory, choć wiedział, że ona dawno już wróciła do swojego świata, do swojej sypialni, do swojej literatury, krótko mówiąc: do życia bez niego.

Drzwi uchyliły się bezszelestnie, ukazując w progu drobną kobiecą sylwetkę.

To jednak nie była Aurora – to była Solange.

W zwiewnej, półprzezroczystej koszuli nocnej z cieniutkiego batystu, sięgającej ledwie kolan, wyglądała niczym zjawa.

Złocisty blask świecy, którą niosła w mosiężnym lichtarzu, przenikał przez delikatną tkaninę, a drżący płomień rzucał na jej twarz tańczące cienie, subtelnie kreśląc kontur młodego ciała. Skrępowany widokiem na wpół obnażonej postaci, Chopin instynktownie odwrócił wzrok, czując, jak na policzki występuje mu gorący rumieniec.

– Przepraszam, że przeszkadzam – szepnęła, a jej głos był nieco chrapliwy, może z powodu skrępowania i nieśmiałości, a może dlatego, że prawdopodobnie przeszła przez całą posiadłość bosymi stopami po zimnej podłodze. – Ale gdy ujrzałam pod drzwiami światło i usłyszałam pana kroki, pomyślałam, że jeszcze pan nie śpi, i… przynoszę więc to.

W drugiej ręce trzymała niewielki szkicownik w skórzanej oprawie, ten sam, który towarzyszył jej na lekcjach z Delacroix. Fryderyk zawahał się, dostrzegając, jak światło świecy tańczy na jej twarzy, jak jej ciemne włosy opadają swobodnie na ramiona niczym kaskada jedwabiu. Skinął głową, pozwalając jej wejść, choć każdy instynkt, każda cząstka rozsądku podpowiadała mu, że powinien poprosić ją przynajmniej o nałożenie szlafroka.

Solange przekroczyła próg cicho jak duch, niemal bezszelestnie stąpając po drewnianej podłodze. Była boso, a jej delikatne stopy zdawały się nie dotykać podłogi.

Ruchy – już nie dziewczęce, lecz w swojej naturalnej formie uwodzicielskie, kobiece – były płynnie i pełne gracji, jak u tancerki wykonującej delikatną choreografię. Gdy podeszła bliżej i podała mu szkicownik, ich palce musnęły się przypadkowo. Jej skóra była ciepła, miękka, a dotyk tak niewinny, że Chopin poczuł, jak przez całe jego ciało przeszedł nieoczekiwany dreszcz, który dotarł aż do koniuszków palców u stóp.

– To rysunek, który zrobiłam dziś z panem Delacroix – powiedziała, stawiając świecę na stoliku i nachylając się nad nim, by pokazać wyjęty z zeszytu szkic. – Powiedział, że to mój najlepszy z dotychczasowych.

Jej zapach – subtelny, młody, z nutką lawendy – otulił go i z lekka obezwładnił.

Spojrzał na szkic i aż westchnął. Przedstawiał jego samego, siedzącego przy fortepianie w romantycznej pozie – ale to nie była zwykła podobizna.

W jej szkicu ujrzał siebie jako kogoś pięknego, tajemniczego, romantycznego, prezentowanego przez pryzmat młodzieńczego uwielbienia.

Na torsie, przyklejone na odrębnym skrawku papieru i wyrysowane ciemną czerwoną kredką, widniało wielkie serce. Jej serce? Był to bez wątpienia portret mężczyzny widzianego oczami… zakochanej kobiety.

– Jest… doprawdy znakomity – powiedział szczerze, zmuszając się, by nie spoglądać na jej dekolt.

Kiedy pochylała się nad nim, półprzezroczysta koszula odsłaniała więcej, niż powinna była, a młodzieńcze krągłości zdawały się przyciągać spojrzenie wbrew jego woli.

– Masz talent, Solange. Prawdziwy, niekłamany talent.

Jej policzki oblał rumieniec, w którym mieszała się duma z czymś jeszcze, trudnym do nazwania. W migotliwym blasku świec oczy dziewczyny lśniły niczym dwa bursztyny, a uśmiech, który rozjaśnił jej twarz, miał w sobie nutę triumfu. Jakby właśnie usłyszała potwierdzenie, na które czekała.

– Chciałam, by miał go pan przy sobie – odparła, a jej głos, dotąd dziewczęcy, nabrał intymnej, zmysłowej barwy. – Na pamiątkę. Kiedy będzie pan w Paryżu… żeby pan o mnie myślał.

Ostatnie słowa wypowiedziała szeptem tak cichym, że niemal utonął w ciszy pokoju. W jej oczach zapłonęły ogniki, niebezpiecznie podobne do tych, które przed laty tak często widywał w spojrzeniu Aurory, gdy trzymał ją w objęciach. Światło świecy igrało na jej twarzy, podkreślając delikatne rysy, a jednocześnie nadając jej wyraz dojrzałości, niemal kobiecej zuchwałości.

Fryderyk poczuł, jak powietrze w pokoju staje się ciężkie, a przestrzeń między nimi wypełnia się niemal dotykalnym napięciem. Rozsądek podpowiadał, że powinien odłożyć szkic, podziękować chłodno i odesłać ją do siebie. Wiedział, że każda sekunda tej bliskości, tego intymnego półmroku, jest stąpaniem po kruchym lodzie. A jednak nie potrafił się poruszyć. Nie umiał oderwać wzroku od jej twarzy, od spojrzenia przepełnionego nadzieją i cichym… błaganiem.

Przyjął rysunek, czując narastający niepokój. Słowa niedawnej rozmowy z Aurorą powróciły do niego z nową, złowieszczą siłą. Jednocześnie nie mógł zaprzeczyć, że obecność Solange – tu i teraz, w jego sypialni – budzi w nim coś nieokreślonego, coś, czego istnienia wolałby sobie nigdy nie uświadamiać.

– Dziękuję, lecz powinnaś go zatrzymać. Niech będzie świadectwem twojej nauki – odparł, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie i rzeczowo.

– Namaluję więcej – obiecała z zapałem, przysiadając na skraju jego łóżka, niebezpiecznie blisko. – Gdy pan wróci, będzie czekała cała teka. Pan Delacroix twierdzi, że jeśli nie ustanę w pracy, mogę dorównać Maurycemu, a nawet stać się artystką jak matka.

Jej kolano, celowo bądź nie, musnęło jego udo. Chopin poczuł gwałtowne, zdradzieckie uderzenie serca. Była tak blisko, że mógłby policzyć jej rzęsy, dostrzec ledwo widoczne drgnienie jej lekko rozchylonych warg. Patrzyła na niego z tym samym żarem w oczach, który zauważał już ostatnimi czasy podczas ich lekcji czy domowych koncertów.

– Jestem przekonany, że osiągniesz mistrzostwo we wszystkim, co wybierzesz – odrzekł ostrożnie, ale głos, zdradliwy, zadrżał mu nieznacznie. – A teraz wracaj już do siebie. Jest późno.

Nie poruszyła się. Zamiast tego pochyliła się ku niemu jeszcze bardziej, a jej dłoń spoczęła na jego ramieniu. Jej dotyk, choć lekki jak piórko, palił go przez materiał koszuli niczym rozżarzony węgiel.

– Panie Chopinie… – wyszeptała, a jej głos, jedwabisty i gęsty, zdawał się wnikać pod skórę. – Czy pan… czy myśli pan o mnie czasami? Nie jak o dziecku. Inaczej.

Jej lewa dłoń powędrowała ku jego twarzy i musnęła policzek. Ten gest, w połączeniu z jej spojrzeniem, był tak zuchwały, że dech uwiązł mu w gardle.

Ciepło jej skóry było jak trucizna i lekarstwo w jednym. Poczuł, jak przenika go na wskroś, jak płomień rozlewa mu się w żyłach, wypalając resztki rozsądku. Kontrola nad sobą, którą tak cenił, wymknęła mu się z rąk.

W ciszy pokoju, przerwanej jedynie biciem jego serca, wszystkie bariery runęły.

I wtedy, w blasku księżyca, który wydawał się jedynym świadkiem tej sceny, pozwolił sobie spojrzeć. Naprawdę spojrzeć. Zobaczył w niej nie podopieczną, nie córkę swojej muzy, lecz kobietę. Młodą, piękną, niebezpieczną w swej kiełkującej zmysłowości. Kobietę, której ukrywane pragnienie było niemal namacalne, a co za tym idzie – oszałamiająco pociągające.

W jednej chwili zrozumiał wszystko. Nie była już dzieckiem. Była przeznaczeniem. Siłą, która mogła go równie dobrze zniszczyć, co zbawić.

– Solange… – wyszeptał w końcu, zmuszając się, by delikatnie odsunąć jej dłoń, choć każdy nerw w jego ciele protestował przeciwko tej decyzji. – Nie możesz tak mówić. Nie powinnaś…

– Dlaczego? – przerwała mu natychmiast, a w jej oczach zalśniły łzy frustracji. – Dlaczego wszyscy wciąż widzą we mnie dziecko, kiedy ja od tak dawna czuję się kobietą?

Nie dokończyła, ale jej spojrzenie, uporczywie wwiercające się w jego oczy, wykrzyczało resztę pytania. Chopin widział w nim wszystko, czego się obawiał i czego skrycie pragnął – pytanie, na które nie śmiał odpowiedzieć.

– Ponieważ… – zaczął, ale słowa uwięzły mu w gardle. Przełknął ślinę z trudem. – Ponieważ zasługujesz na coś więcej niż skomplikowane życie u boku starszego, schorowanego mężczyzny.

Płomyk świecy zadrżał, rzucając na ich twarze drżące cienie. Cisza, która zapadła, ciążyła od niewypowiedzianych słów. Wtedy jej kolano, już bez cienia przypadkowości, znowu dotknęło jego nogi. Był to ruch świadomy, uparty i ostateczny.

– A jeśli to właśnie tego pragnę? – zapytała cicho, a jej głos był już pozbawiony dziewczęcej niepewności. Był to głos kobiety, która wie, czego chce.

Nieoczekiwanie wstała i podeszła do okna. Strumień księżycowego światła spowił jej sylwetkę srebrzystą poświatą. Cienka batystowa koszula stała się w tym blasku niemal przezroczysta, zdradzając każdy kontur jej młodego ciała. Chopin gwałtownie odwrócił wzrok, lecz ten obraz zdążył już wypalić się w jego pamięci.

– Czy naprawdę sądzi pan, że mama nie widzi, jak pan na mnie patrzy? – zapytała, nie odwracając głowy. Jej głos był spokojny, niemal rzeczowy. – Szczególnie wtedy, gdy wydaje się panu, że nikt nie patrzy?

Fryderyk poczuł, jakby serce zamarło mu w piersi. A więc to było aż tak widoczne? Jego wysiłki, by zachować dystans, okazały się tak żałośnie nieudolne?

– Nie patrzę na ciebie w żaden szczególny sposób – odparł, ale kłamstwo zabrzmiało pusto nawet w jego uszach.

Odwróciła się powoli. W jej oczach nie było już dziewczęcego żalu, lecz dojrzała, kobieca pewność. Księżyc rzeźbił jej rysy, nadając im wyraz niemal posągowej powagi.

– Kłamie pan – stwierdziła bez cienia złości, z prostotą, która uderzyła go mocniej niż krzyk. – I doskonale pan o tym wie. Tak jak ja wiem, że pan… że pan również zastanawia się, co by było, gdyby…