Śnieg otulił cię bielą - Katarzyna Misiołek - ebook + audiobook + książka

Śnieg otulił cię bielą ebook i audiobook

Katarzyna Misiołek

4,4

Opis

Wśród surowego piękna zaśnieżonych bieszczadzkich krajobrazów Martyna szuka prawdy o tym, co lata temu przytrafiło się jej zmarłej w niewyjaśnionych okolicznościach starszej siostrze.

Czy bohaterce uda się odkryć prawdę o tamtym dramatycznym andrzejkowym wieczorze? Komu może zaufać? Przystojnemu funkcjonariuszowi Straży Granicznej, w którym niespodziewanie się zakochała? Znajomej z dzieciństwa, goszczącej ją w swoim domu? Dawnym przyjaciołom jej siostry Eweliny? A może nikt z nich nie jest z nią szczery? Kto wie, co wydarzyło się lata temu w niewielkiej bieszczadzkiej wiosce? I komu zależy na tym, żeby prawda nigdy nie wyszła na jaw? „Śnieg otulił cię bielą” to poruszająca powieść o siostrzanej miłości, skrzętnie skrywanych rodzinnych tajemnicach, niszczącej namiętności i zbrodni. W Bieszczadach Martyna odnajduje miłość. Czy znajdzie coś jeszcze?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 300

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 11 min

Lektor: Joanna Domańska

Oceny
4,4 (92 oceny)
48
31
12
1
0
Sortuj według:
wCzepkuUrodzona

Nie oderwiesz się od lektury

Książka o siostrzanej miłości, ukrywanych tajemnicach, namiętności i zbrodni.
10
menia81

Nie oderwiesz się od lektury

Koniecznie trzeba przeczytac!
00
Marta_D77

Nie oderwiesz się od lektury

Intrygująca
00
Przeczytanki

Nie oderwiesz się od lektury

Petarda!
00
Marzenabw

Dobrze spędzony czas

ok
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

1.

 

 

 

 

 

Rzeszów, 28 września 2019 roku

 

Kłamstwa, tyle kłamstw… Miałam jedenaście lat, kiedy brutalnie zamordowano moją starszą siostrę. Długo jednak nie wiedziałam, co tak naprawdę stało się tamtego listopadowego wieczoru, kiedy Ewelina samotnie wracała przez zaśnieżony brzozowy zagajnik, bo rodzice, chcąc mnie chronić przed traumą, opowiedzieli mi zupełnie inną wersję. Tymczasem ona zginęła nieopodal naszego domu, niecałe dwieście metrów dzieliło ją od bezpiecznej przystani… Kiedy ją znaleźli, jej nieruchome ciało pokrywała lekka jak puch warstwa świeżego śniegu, otulając je kokonem bieli. Ale o tym dowiedziałam się dopiero lata później, zupełnie przypadkiem…

Porządkowałam mieszkanie mamy, która kilka tygodni wcześniej zginęła potrącona na pasach, kiedy zauważyłam dużą drewnianą skrzynię, ręcznie malowaną w tulipany, irysy i słoneczniki. Kwiaty były wyblakłe, jakby farba poddała się nieubłaganemu działaniu czasu, jednak nawet teraz zachwycały. Zauroczona sięgnęłam po nią, wyciągając ją z głębi garderoby, i niechcący otworzyłam puszkę Pandory. Początkowo nie przeczuwałam, że dotarłam do czegoś, co na zawsze odmieni moje życie. W skrzyni były dziesiątki zdjęć Eweliny, jej świadectwa, laurki, które będąc dzieckiem, rysowała dla rodziców, i tysiąc innych szpargałów. Szmaciana lalka, którą uszyła, mając szesnaście lat. Maleńki pluszowy miś bez oka, którego mama musiała zachować z czystego sentymentu, bo na pewno nie dla jego uroku. Kilka plastikowych spinek do włosów, komunijny łańcuszek, czerwona wstążka – wyciągałam jedną po drugiej wszystkie te rzeczy, które nagle, w obliczu niespodziewanego odejścia mamy, stały się niemal świętością.

Jest coś niewyobrażalnie poruszającego i zarazem upiornego w przeglądaniu tego, co zostawili po sobie zmarli. Czułam się tamtego dnia, jakbym naruszała jej prywatność, a jednocześnie każda najmniej istotna błahostka stawała się cenna. Tyle znalezisk, taki chaos… Stare sklepowe paragony, których przecież musiała dotykać. Szczotka do włosów z fikuśną perłową rączką, pozłacana bransoletka, którą kupiła w Chorwacji, maleńkie lusterko, na wpół zużyta beżowa szminka… Drobiazgi, które niegdyś były jedynie nabywaną w wakacyjnych kurortach taniochą, nagle urosły do miana pamiątek… Nawet wciśnięta do pudełka po herbacie durna pluszowa foka, kupiona lata temu na Helu, sprawiła, że w oczach stanęły mi łzy. Mama już jej nie dotknie…

Kiedy opróżniłam skrzynię w tulipany, zaczęłam płakać. Nie byłyśmy z mamą zbyt blisko, chociaż chyba obie się starałyśmy. Jednak po tragicznej śmierci mojej siostry Eweliny matka zamknęła się na mnie, zupełnie jakby wolała udawać, że mnie nie kocha, niż znieść myśl, że któregoś dnia niespodziewanie może stracić i drugą córkę… A jednak to ja straciłam ją, a świadomość, że odeszła na zawsze i nigdy jej nie zobaczę, była dla mnie nie do zniesienia. Czułam się, jakby ktoś żywcem wydarł ze mnie kawałek ciała i cisnął go daleko, daleko, w głąb ciemnego dołu, skąd nigdy go nie wydostanę.

Za oknem, korzystając z pięknego słonecznego popołudnia, darły się goniące za piłką dzieciaki, a ja siedziałam w sypialni, w której wciąż wyczuwało się kwiatową nutkę maminych perfum, i płakałam, skulona w nogach jej starannie zaścielonego łóżka. Wtedy zauważyłam lekko odstającą wyściółkę skrzyni i delikatnie pociągnęłam za jej róg, z zaskoczeniem zdając sobie sprawę, że ktoś, zapewne mama, wcisnął pod nią kilka pożółkłych prasowych wycinków.

Wyjmując je, nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Ale z całą pewnością nie byłam przygotowana na to, co znalazłam. Pierwszy artykuł pochodził z początku grudnia dwa tysiące czwartego roku, a jego nagłówek wielkimi literami krzyczał o brutalnym zabójstwie w brzozowym zagajniku. W tekście była również podana nazwa miejscowości, w której spędziłam ponad jedenaście lat mojego dzieciństwa, jednak dopiero imię Ewelina przykuło moją uwagę. Nazwiska nie podano. Nazywano ją Eweliną oraz ofiarą. Szok, którym było dla mnie znalezienie tego wycinka, sprawił, że roztrzęsły mi się ręce, a w gardle zaschło tak, że z trudem przełykałam ślinę. A jednak przeczytałam tekst przynajmniej kilka razy, jakbym chciała zapamiętać każde słowo, nauczyć się go na pamięć. Później zrobiłam parę zdjęć telefonem i sięgnęłam po kilka kolejnych prasowych wycinków. Wszystkie były stare, naddarte i wyświechtane, jakby ktoś dziesiątki, a może nawet setki razy rozwijał papier i go składał.

Wtedy zrozumiałam… to nie mógł być przecież przypadek! Niespełna osiemnastoletnia Ewelina, brutalnie zamordowana tamtego mroźnego andrzejkowego wieczoru dwa tysiące czwartego roku, to musiała być moja siostra. Nie pękł jej w głowie tętniak, jak powiedzieli mi rodzice tuż przed jej pogrzebem. Nie zmarła z przyczyn naturalnych. Zabito ją… Nagle stało się też dla mnie jasne, czemu w takim pośpiechu rodzice wywieźli mnie wtedy do Rzeszowa i zostawili u ciotki, a sami wrócili w Bieszczady tylko po to, żeby sprzedać nasz dom i na zawsze zniknąć z miejsca, które odebrało im ukochaną starszą córkę. Dlaczego w środku roku szkolnego zabrali mnie ze szkoły, odcięli od przyjaciół z dzieciństwa i wywrócili całe moje dotychczasowe życie do góry nogami? Po to, żeby nikt mi nie powiedział, co naprawdę się stało… Po to, żeby móc bezkarnie opowiadać mi kłamstwa…

– Kłamaliście. Kłamaliście przez tyle lat… – szepnęłam, ocierając łzy.

Wiedziałam, że bliscy chcieli mnie chronić i oszczędzić traumy, jednak myśl o oszustwie pęczniejącym w ich sercach przez długie lata była dla mnie szczególnie bolesna. Rodzinne tajemnice niosą w sobie wyjątkowy ładunek emocjonalny. Może dlatego, że idealna rodzina kojarzy się z otwartością i szczerością. W rodzinie idealnej nie powinno być sekretów. Ale czy istnieją idealne rodziny?

Do ciotki Cecylii zadzwoniłam pod wpływem chwili. Nie przygotowałam się na tę konfrontację, ale czułam, że chcę to mieć za sobą. Musiałam z kimś porozmawiać, nie potrafiłam poradzić sobie z tym sama, zwłaszcza tu, w nadal pachnącym maminymi perfumami mieszkaniu, w którym nagle poczułam się przeraźliwie samotna…

– Cześć, ciociu. Jesteś w domu? – zapytałam, kiedy siostra ojca odebrała połączenie.

– Na politechnice – powiedziała.

Brzmiała tak, jakby coś jadła, i poczułam wściekły głód. Wiedziałam jednak, że pewnie nic nie przełknę. Nie po tym, co znalazłam w malowanej skrzyni.

– Siedzę w gabinecie i przygotowuję pierwsze wykłady na październik – dodała. – Wokół cisza i spokój, a ja zaczęłam właśnie…

– Musimy się spotkać. Dzisiaj, najlepiej zaraz – weszłam jej w słowo.

Powiedziałam to zbyt szybko, zbyt ostro…

– Znalazłaś skrzynię.

– Wiedziałaś o niej?! – krzyknęłam. – Ty też…

– Oczywiście, że wiedziałam. Przyjedź, to nie jest rozmowa na telefon – tym razem to ona mi przerwała.

– Wiedziałaś i nawet słowem mi o niczym nie wspomniałaś?! Jeździłyśmy razem na rolkach, chodziłyśmy na kawę, spędzałam u ciebie wieczory, popijając czerwone wino, które tak radośnie dolewałaś mi do kieliszka, ale nigdy nawet słowem się nie zająknęłaś, że o tym wiesz?! – wrzasnęłam, a ona westchnęła do słuchawki.

– Martyna, proszę cię. Przyjedź, porozmawiajmy na spokojnie – poprosiła. – Chyba że wolisz, żebym ja podjechała do ciebie? Dobrze się czujesz?

– Ja przyjadę – zdecydowałam, bo nagle zrozumiałam, że muszę wyjść z tych przesiąkniętych kwiatowym zapachem zmarłej mamy czterech kątów, zanim całkiem się rozkleję.

Zamknęłam więc mieszkanie i z głową pełną kłębiących się myśli zeszłam na parter. Przed budynkiem wpadłam na zarośniętego i niemiłosiernie cuchnącego menela koło trzydziestki, który chropowatym głosem zapytał, czy mam może fajkę. Zbyłam go mało sympatycznym „spadaj!”, wręcz cisnęłam w niego tym słowem, jakbym całą buzującą we mnie złość wyładowała na przypadkowym człowieku.

– Sama spadaj, głupia kurwo – wybełkotał, oparty o ukruszony mur, chwiejąc się i drżąc z przepicia bądź wyniszczenia.

Nie odpowiedziałam, ledwo do mnie dotarły jego słowa. Wyminęłam go i, podzwaniając wyjętymi z torebki kluczykami, ruszyłam przez parking. Do samochodu dotarłam jak na autopilocie. Byłam roztrzęsiona i wciąż chciało mi się płakać. Najbardziej jednak bolała mnie myśl, że ciotka Cecylia również o wszystkim wiedziała. „Oszukiwali mnie wszyscy, cała rodzina! Przez długie lata siadali obok mnie przy wigilijnym stole, łamali się ze mną opłatkiem, składali mi urodzinowe życzenia i wręczali prezenty, wiedząc, że z premedytacją utrzymują mnie w kłamstwie” – pomyślałam, przekręcając kluczyk w stacyjce.

Na aleję Powstańców Warszawy dotarłam zapłakana. Poryczałam się w samochodzie; nie potrafiłam przestać i chociaż na światłach otwarcie gapiła się na mnie siedząca w aucie obok kobieta, po prostu ryczałam, tkwiąc za kierownicą i nie umiejąc się otrząsnąć.

– Czekam na naszej ławce. – Ciotka zadzwoniła, kiedy zamykałam auto.

– Idę – mruknęłam, wciąż na nią wściekła.

Nasza ławka… Tak, miałyśmy taką. Lubiłam odwiedzać ją w pracy, byłam dumna, że wykłada na politechnice i jest autorytetem dla swoich studentów. Wpadałam do niej czasem z upieczonym przez siebie drożdżowym plackiem, bywało, że po drodze kupowałam sok albo mleczną czekoladę z orzechami, którą obie uwielbiałyśmy. Rozmawiałyśmy, zazwyczaj gapiąc się na przeszkloną bryłę budynku, czasem dla jaj robiłyśmy sobie zdjęcie jej telefonem i wrzucałyśmy je na Instagram. Cecylia zawsze była mi bliska, bliższa niż matka i zupełnie od niej inna – otwarta, ciepła, radosna i pełna energii. A teraz dowiedziałam się, że ona również kłamała i chociaż rozumiałam, że robiła to ze szlachetnych pobudek, w pewien sposób czułam się przez nią zdradzona.

– Martynko, zanim zaczniemy… – Ciotka, jak zawsze ubrana w wąskie ciemnoniebieskie dżinsy i elegancką koszulową bluzkę, na mój widok wstała i wyciągnęła ręce, jakby chciała mnie przytulić, ale posłałam jej złe spojrzenie i ignorując przyjacielski gest, przycupnęłam na skraju ławki. – Okay, jesteś na mnie wściekła i może nawet masz prawo…

Uśmiechnęła się lekko i usiadła, kładąc pomiędzy nami elegancki ciemnowiśniowy plecaczek z lakierowanej skóry.

– Posłuchaj, ja naprawdę rozumiem, czemu okłamaliście mnie w dzieciństwie – powiedziałam po dłuższej chwili ciężkiego milczenia. – Trudno byłoby w końcu powiedzieć jedenastolatce, że w lasku za domem ktoś zamordował jej ukochaną siostrę. Ale ja dorosłam, ciociu! Mam skończone studia, dwadzieścia sześć lat, a wy nadal…

– Janka chciała ci powiedzieć – weszła mi w słowo. – Kiedyś, jeszcze nie teraz… Dojrzewała do tej rozmowy, zbierała się na odwagę.

– Kiedyś?! – Parsknęłam.

– Tak, kiedyś. Nie mogła przecież przewidzieć, że zginie tak nagle, jakby… – Ciotce niespodziewanie załamał się głos. – Chryste, rozklejam się…

– Ciociu, przepraszam – powiedziałam cicho i złapałam ją za rękę, bo nagle naszły mnie wyrzuty sumienia, że potraktowałam ją tak ostro. – Nie tak powinnyśmy zaczynać tę rozmowę.

– Ja też cię przepraszam, Martynko. Wiele razy mówiłam Jance, że powinna z tobą porozmawiać, ale nie chciała. Mówiła, że nie jesteś gotowa. Że obie nie jesteście… Nie mogłam jej przecież zmusić… Cholera, zrozum, że nie mogłam ci tego powiedzieć za jej plecami!

– Fakt, nie mogłaś, a już na pewno nie powinnaś – przyznałam cicho.

Ciotka otarła mi z policzka łzy, przysunęła się bliżej, przekładając swój plecak na drugą stronę ławki, i objęła mnie ramieniem.

– Każdego dnia o niej myślę. Była piękną i mądrą dziewczyną…

– Ja też o niej myślę. Chociaż teraz czuję się tak, jakby umarła jeszcze raz. Przez te wszystkie lata zdołałam się chyba pogodzić z tym, że zabił ją tętniak. Z biologią się w końcu nie dyskutuje… Ale morderstwo?! Myśl, że ktoś tak po prostu nam ją odebrał, jest prawie nie do zniesienia. – Rozpłakałam się.

– Mnie najbardziej boli to, że do dziś nie znaleźli sprawcy. Policja początkowo usiłowała co prawda zwalić winę na przyjaciela waszego ojca, z którym również Ewelina się przyjaźniła, ale my nigdy w to nie uwierzyliśmy…

– Został uznany za winnego?

– Zabił się kilka miesięcy po jej śmierci, więc nie było sprawy.

– Nękały go wyrzuty sumienia, to ma sens – powiedziałam, pochmurniejąc.

– To nie on, Martynko. Znaliśmy go wszyscy, przyjaźniliśmy się. Mirek nie zrobiłby czegoś takiego, nigdy w życiu!

– To dlaczego się zabił?! – podniosłam głos.

– Nie wiem. Miał długi, coraz więcej pił… Kilka lat wcześniej w wyjątkowo tragicznych okolicznościach stracił żonę, później miał problemy z dorastającym synem, więc kto to wie… Wszystko to wyszło dopiero po jego śmierci. To, w jak marnym stanie psychicznym był. Gdybyśmy wiedzieli, w jakiej był sytuacji, pewnie byśmy mu pomogli, ale on nie lubił rozmawiać o problemach, a przed nami udawał, że nic złego się nie dzieje. Polował w towarzystwie znajomych, zapraszał nas na grille, zabierał twoją siostrę nad Solinę, opalał się… Nigdy bym nie podejrzewała, że ma depresję. A później znaleźli go martwego i nikt nie mógł mu już pomóc…

– I policja uznała, że to on?

– Nie. Był jednym z ich najsolidniejszych podejrzanych, ale niczego mu nie udowodniono. Zresztą kiedy się zabił, sprawa była już umorzona. Brak świadków, brak jakichkolwiek dowodów, nic. Twoja siostra miała tamtej nocy rękawiczki. Grube, skórzane. Nie znaleźli więc pod jej paznokciami skóry sprawcy, nie udało się wyodrębnić żadnego materiału biologicznego.

– A sperma? – szepnęłam. – Czy ona…

– Nie. Nie została zgwałcona, chociaż znaleziono ją z opuszczonymi rajstopami i majtkami, z podwiniętą spódnicą. Płaszcz miała rozpięty, a sweter naddarty, jakby ktoś w pośpiechu chciał obnażyć jej piersi, ale w czasie sekcji nie stwierdzono gwałtu. Wyglądało to bardziej tak, jakby ktoś chciał ją upokorzyć, porzucając ją półnagą na pastwę przypadkowych gapiów…

– Albo chciał zgwałcić, ale ktoś go przepłoszył? – zasugerowałam.

– Na tym mrozie, w śnieżycę? – Ciotka Cecylia wyjęła z torebki papierosy i zapaliła jednego. – Gdyby ktoś go przepłoszył, chyba ten ktoś by się zgłosił na policję? – dodała, kiedy już zaciągnęła się dymem.

– Skąd wiesz? Może sam miał coś do ukrycia? Jak zginęła? – zapytałam cicho. – Wycinki prasowe mówią tylko o brutalnym morderstwie, ale…

– Ktoś rozbił jej głowę kamieniem. Zaszedł ją cichaczem od tyłu albo znała sprawcę i pozwoliła mu podejść. Problemem był śnieg. Tamtej nocy była prawdziwa zadymka, a ciało znaleziono dopiero kilka godzin po wszystkim. Większość śladów zasypało. Nie udało się też zdobyć odcisków butów sprawcy. Ziemia była zbyt zamarznięta, żeby cokolwiek odbiło się w błocie – powiedziała cicho ciotka. – Zabezpieczono jedynie oblepiony krwią kamień, leżał tuż obok jej głowy.

– Kamień… – szepnęłam.

– Tak, najprawdopodobniej znaleziony na ścieżce, w tamtym lasku. Stąd policja wysnuła wniosek, że sprawca nie działał z premedytacją. Mówili, że mógł się napatoczyć przypadkowo. To w końcu Bieszczady. Zalesione, odludne, pełne szwendających się po lasach podejrzanych mężczyzn. Sama Straż Graniczna twierdzi, że…

– Myślisz, że cierpiała? – weszłam jej w słowo. – Że zdążyła się przestraszyć?

– Nie zastanawiaj się nad tym w nieskończoność. Inaczej zwariujesz. – Ciotka dogasiła niedopalony papieros, wgniatając go w beton czubkiem zamszowego botka, i wstała z ławki. – Chodź, odwiozę cię do domu.

– Nie, dziękuję. Nie chcę zostawiać tu auta.

– Odwiozę cię twoim autem. Sama przyjechałam na rowerze.

– Żartujesz?

– Nie, czemu?

– Zawsze przeklinasz rowerzystów, a nagle sama jeździsz do pracy na dwóch kółkach?

– Przeklinam ich tylko wtedy, kiedy prowadzę. – Ciotka krzywo się uśmiechnęła i sięgnęła po swój lakierowany plecak. – Jeśli masz ochotę, wpadnij do mnie jutro. Porozmawiamy na spokojnie, powiem ci wszystko, co wiem. I proszę, nie miej mi za złe, że przez tyle lat milczałam. Janina nie życzyła sobie, żebym wyznała ci prawdę. Nie mogłam zrobić tego za jej plecami, to ona była waszą matką…

– A mój ojciec? – zapytałam cicho, kiedy szłyśmy w stronę samochodu.

– Wiesz, że rzadko o tym rozmawiamy…

– Trzeba to zmienić. To twój brat, powinnaś…

– I twój ojciec. Kiedy ostatnio do niego dzwoniłaś? – przerwała mi ciotka.

– To on się ode mnie odciął! Uciekł do Holandii, założył nową rodzinę i hoduje pieprzone tulipany, nie pamiętając, że ma w Polsce córkę! – podniosłam głos.

– Nie przesadzaj. Świetnie pamięta, że ma córkę, zresztą często o tobie mówimy.

– W tym roku minie piętnaście lat… – Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy ciotka brała ode mnie kluczyki od mojej brudnej toyoty. – Piętnaście lat, odkąd Ewelina… Wiesz, co zawsze dziwiło mnie najbardziej? Że mama nie zabierała mnie na jej grób.

– Pochowali ją w Bieszczadach, tam, gdzie to się stało. Janka nie chciała wracać w to miejsce, nie potrafiła… To było dla niej zbyt trudne.

– I co?! Nie zapaliła jej nawet znicza?! Każdego roku na Wszystkich Świętych grób Eweliny stał ciemny i opuszczony pośród morza płonących zniczy i ton kwiatów?! – krzyknęłam.

– Ludzie świecą tam światełka, Martynko. Miejscowi. Pamiętają. Ja też co roku tam jeżdżę.

– Jeździsz? Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś?

– A jak myślisz? Minuta osiem i dowiedziałabyś się prawdy. Wystarczyłoby, żebym cię tam zabrała…

– I tak się dowiedziałam!

– Nie ode mnie. I nie od nich.

– Od nich?

– Od miejscowych. Większością wsi wstrząsnęło to, co się stało, ale zawsze znajdą się osoby, które po kilku kieliszkach chlapną coś, czego nie da się już odwrócić. Wiesz, jak jest na takich wsiach. Ludzie latami żyją tego typu wydarzeniami.

– Przyjaźnisz się jeszcze z kimś stamtąd?

– Nie, już nie. Odkąd zmarł Mirek… – Ciotka posmutniała. – Ewelina bardzo go lubiła. Zabierał ją nad Solinę, czasem łowili razem ryby. Miał motocykl, w którym ciągle grzebał. Twoja siostra go uwielbiała. Jeździli po okolicy, cieszyli się pięknem przyrody. Tylko Janina dostawała szału, kiedy widziała twoją siostrę schodzącą z tej piekielnej maszyny, jak mówiła.

– Mnie też nigdy nie pozwalała randkować z chłopakami, którzy mieli motocykle. – Uśmiechnęłam się.

– Chciała was chronić. Zawsze, za wszelką cenę. Nie potrafiła tylko przewidzieć, że ktoś odbierze jej córkę w chwili, w której nie podejrzewała niczego złego. Tamtego wieczoru, kiedy zginęła, Ewelina wracała od przyjaciółki. Miała do przejścia kilkaset metrów, a nie było jeszcze nawet dwudziestej drugiej. Sypał śnieg i świat wydawał się bajkowy, a ona niosła w kieszeni woskową figurę, którą odlała w domu przyjaciół. Twoja matka trzymała ją przez lata, w końcu dała ją mnie i kazała zawieźć na jej grób. Zakopałam ją obok grobowca, w jego nogach. Sama nie wiem czemu…

– A inni podejrzani? Mówiłaś, że policja podejrzewała tego wdowca, ale…

– Innych podobno nie było. Kogoś tam niby jeszcze typowali, ale kończyło się na niczym… Przepytywali jej znajomych, naciskali na ludzi, kręcili się po wsi i snuli różne teorie, ale nikogo nie zamknęli.

– A jeśli on wciąż tam mieszka? – zapytałam i w samochodzie na dłuższą chwilę zapadła martwa cisza.

– Jeśli wciąż tam mieszka, mam nadzieję, że zżera go sumienie – powiedziała w końcu ciotka Cecylia. – Że każdej nocy śni mu się jej twarz, że… – Nagle siostrą ojca wstrząsnął szloch.

– Wysiądź, ja poprowadzę – zaproponowałam, gładząc ją po plecach.

– Nie, już dobrze. – Cecylia wierzchem dłoni otarła łzy i potrząsnęła głową, jakby chciała strząsnąć z siebie cały ten emocjonalny ból, który ją oblepił. – To co, przyjdziesz do mnie jutro? O ile nie macie jeszcze jakichś planów. Jak się wam układa z Tomaszem? Myślicie o ślubie?

– Nie – powiedziałam, sięgając po zapięcie pasów.

– Bo? To fajny wiek, żeby się pobrać.

– Nie chcę jeszcze wychodzić za mąż. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy w ogóle chcę…

– O, czyżbyś wdała się we mnie? – Ciotka złośliwie się uśmiechnęła i przekręciła kluczyk w stacyjce.

W drodze powrotnej niewiele rozmawiałyśmy. Zapytałam ją jedynie o niedawny pobyt na Maderze, a ona opowiedziała mi o poznanym w podróży amerykańskim inżynierze, z którym wybrała się do Porto Moniz i zwiedziła Funchal.

– Chłopak nie miał jeszcze trzydziestki, ale gadało mi się z nim rewelacyjnie. No i podszkoliłam mój angielski. – Uśmiechnęła się.

– Nie miał jeszcze trzydziestki, no, no – zaśmiałam się.

– Bez kosmatych myśli, poproszę, bo niestety jedyne, co James skonsumował w moim towarzystwie, to pałasz z bananami i morskie ślimaki.

– Ślimaki, fuj! – Skrzywiłam się.

– Jakkolwiek to brzmi, smakowały rewelacyjnie. A Madera totalnie mnie zauroczyła. Żałuję, że dopiero teraz ją odkryłam – powiedziała ciotka, zmieniając pas.

– Cieszę się, że dobrze się bawiłaś.

– Wierz mi, potrzebowałam tych wakacji. Wiesz, że miałam dość marny rok, prawda? Guzek w piersi, rozstanie z Markiem i jeszcze ta wymiana zdań z rektorem… Źle się działo.

– Marek czasem do ciebie dzwoni czy straciliście ze sobą kontakt?

– Raz zadzwonił. Pytał, czy nie zostawił u mnie teczki z wydrukami. – Ciotka wzruszyła ramionami i zjechała w drogę prowadzącą na moje osiedle.

– Jak wrócisz do siebie? – zapytałam, kiedy zatrzymała się przed blokiem, w którym mieszkałam z chłopakiem.

– Wezmę taryfę, nie przejmuj się. – Cecylia sięgnęła po rzucony na tylne siedzenie plecak i rozpięła pasy. – Cieszę się, że mamy tę rozmowę za sobą. I uwierz, mnie też mocno podgryzała świadomość, że przez te wszystkie lata o niczym nie wiedziałaś.

– Dziękuję. Za to, że powiedziałaś mi wszystko. Bo powiedziałaś mi wszystko, prawda?

– Wszystko, co sama wiem. Niewiele tego, ale…

– Wejdziesz? Tomasza nie ma. Dzisiaj miał zostać po godzinach, kończy projekt.

– Daj spokój, nie chcę ci przeszkadzać.

– Nie przeszkadzasz – zapewniłam ją, ale najwyraźniej nie miała ochoty na dalsze rozdrapywanie starych ran.

– Nie dzisiaj, Martynko. Chcę wrócić na uczelnię, dokończyć pisać wykład i posiedzieć przez chwilę sama. Za dużo tego ostatnio… Twoja mama, twoja siostra…

– Nie przyjaźniłyście się z mamą. Byłyście wobec siebie co najwyżej grzecznie obojętne – powiedziałam z przekąsem.

– Co nie znaczy, że nie wstrząsnęła mną jej śmierć. Takie rzeczy nie powinny się dziać. Janka była dobrym człowiekiem i świetną lekarką, a ten przeklęty pijus za kierownicą…

– Mama nie chciała żyć. Od dawna. Myślę, że umarła piętnaście lat temu, w tamte andrzejki – przerwałam jej.

– Co ty wygadujesz, dziewczyno?! – obruszyła się Cecylia, wyraźnie zszokowana moimi insynuacjami.

– Mówię to, co widziałam. Jej oczy były martwe. Przychodnia, szpital, puste mieszkanie, żyła z dnia na dzień, bez celu. Na jej pogrzebie pomyślałam, że mam do niej żal o to, jak bardzo mnie od siebie odepchnęła, ale później zrozumiałam, że po prostu inaczej nie potrafiła…

– Kochała cię, Martynko. Zawsze cię kochała!

– Nie mówię, że mnie nie kochała. Mówię, że nie potrafiłyśmy razem nieść tego, co zesłało nam życie. Dźwigałyśmy ten emocjonalny balast osobno. Ona i ja, daleko od siebie. Zresztą mój ojciec przez ostatnie lata robił dokładnie to samo. Ona przynajmniej nie uciekła z kraju, jak on!

– Może inaczej nie potrafili… Może gdyby…

– Ciociu, ja to rozumiem. Boli mnie, ale rozumiem – powiedziałam cicho.

Chwilę później przytuliłyśmy się na wąskim chodniku przed blokiem i nie oglądając się za siebie, weszłam do klatki.

Na górze, w dusznym i pustym mieszkaniu, nalałam sobie do szklanki ohydnie smakującej zbyt ciepłej wódki i samotnie usiadłam na sofie. Nie chciałam o tym myśleć, ale obrazy andrzejkowej masakry samoistnie zagnieździły się pod moimi powiekami. Zaśnieżony brzozowy zagajnik, cicha bieszczadzka wioska i moja piękna długowłosa siostra bez życia leżąca w nieustannie sypiącym z nieba białym puchu… Z opuszczonymi rajstopami i zdartą z bioder bielizną, upokorzona, z rozbitą kamieniem głową, w aureoli krwi. Półnaga, nieruchoma, z płatkami śniegu na powiekach. Milcząca, ubezwłasnowolniona przez kostuchę, obca.

– Kto ci to zrobił? – szepnęłam, zanim ponownie się rozpłakałam.

I znowu poczułam palącą złość na mamę. Dlaczego tak długo mnie okłamywała? Czemu nie potrafiła zobaczyć we mnie młodej kobiety, a ciągle widziała małą dziewczynkę? Ale może na tym właśnie polega rola matki? Zawsze za wszelką cenę chcemy chronić dzieci, nawet jeśli od dawna są dorosłe…

Po trzecim kieliszku wódki wybrałam numer mojego faceta, ale Tomasz nie odebrał.

– Kurwa! – zaklęłam, ciskając telefon na sofę.

Zasnęłam przed dwudziestą drugą, skulona na skraju łóżka, okryta starą bluzą Tomka, którą czasem zabierał na siłownię.

Kiedy wrócił i obudził mnie, trzaskając drzwiami od łazienki, w pierwszym momencie chciałam mu o wszystkim powiedzieć, ale coś mnie powstrzymało. Weszłam tylko do kuchni i przyglądałam się jego szerokim plecom, ładnie wyrzeźbionym ramionom i kształtnej głowie, chcąc poczuć się bezpieczna chociaż tu, w jego towarzystwie, ale czułam jedynie nieprzyjemną suchość w ustach i dziwny chłód pochodzący gdzieś z głębi mojego ciała.

– Co tam? – Tomasz zauważył mnie, wyjmując mleko z lodówki, ale szybko stracił mną zainteresowanie.

– Nic ciekawego – powiedziałam więc i samotnie wróciłam do sypialni.

Kłamstwa, sekrety, przemilczenia… Miałam za złe rodzinie, że skrywała przede mną prawdę, ale sama też nie potrafiłam podzielić się nią z facetem, z którym od kilku lat sypiałam w jednym łóżku…

 

 

 

 

 

 

2.

 

 

 

 

 

Bieszczady, 8 lipca 2004 roku

 

– Ewelina, zaczekaj! – Była przy furtce, kiedy zawołała ją matka.

Odwróciła się niechętnie, z grymasem zniecierpliwienia na twarzy, bo coraz bardziej irytowała ją nachalna nadopiekuńczość obojga rodziców.

– Gdzie ty się znowu wybierasz? – Janina z opartą na biodrze plastikową miską pełną mokrego prania podeszła do córki i z niedowierzaniem pokręciła głową. – Miałaś dziś posiedzieć w domu, obiecałaś – wypomniała jej zmęczonym głosem.

– Jadę do Alicji – burknęła dziewczyna, opierając rower o płot.

– Dzisiaj też? – Matka nie wyglądała na zachwyconą. – Ojcu nie ma kto pomóc w ogrodzie, w kuchni chlew, a ty u obcych pracujesz? – zapytała, kładąc miednicę w trawie. – Piorę, prasuję, sprzątam, a ty całymi dniami gdzieś fruwasz!

– Płacą mi, to idę – rzuciła Ewelina mało sympatycznym tonem.

– Płacą ci! Pewnie grosze! I co ty tam właściwie robisz?! W domu nie chcesz nawet umyć łazienki, a u obcych ludzi brudy spod łóżek wymiatasz?! – naskoczyła na córkę.

– Mamo, daj mi spokój, błagam cię! Muszę jechać! – Ewelina otworzyła furtkę, wyprowadziła rower na drogę i wskoczyła na niego w takim pośpiechu, że zdarła sobie skórkę na kostce, zahaczając o lewy pedał.

Chwilę później pędziła w stronę pobliskiego zagajnika, żeby jak najszybciej dotrzeć do domu Alicji i Szymona. Obiecała, że zjawi się u nich o dziesiątej, a był już kwadrans po. Nie sądziła, co prawda, żeby wypomniano jej spóźnienie, ale i tak się spieszyła.

Kiedy dotarła na miejsce, Szymona nie było, a Alicja opalała się na wystawionym przed dom leżaku, bez cienia skrępowania pokazując drobne nagie piersi.

– Dzień dobry! – Ewelina cisnęła rower w trawę i rozejrzała się za dziesięcioletnią Gabrysią, córką gospodarzy.

– Cześć. – Na jej widok Alicja wstała i w samych kwiecistych majtkach od kostiumu ruszyła w stronę domu. – Chodź, zrobiłam lemoniadę. Napij się, a później przeprasuj mi ten stos betów, bo ja do Gwiazdki tego nie ogarnę. – Roześmiała się, a ciężkie etniczne kolczyki w jej uszach cicho zabrzęczały. – Ile masz dziś czasu?

– Bo ja wiem? Mogę zostać, ile będzie trzeba, byle bym nie wróciła zbyt późno.

Ewelina usiadła na wysokim drewnianym zydlu i zerknęła w stronę sięgającego podłogi okna, z którego roztaczał się widok na pola i odległą ciemną ścianę lasu.

Uwielbiała ten dom. Drewniany, na kamiennej podmurówce, z zadaszoną werandą, dwoma paleniskami i zaskakująco dużymi oknami. Był najpiękniejszym budynkiem, jaki kiedykolwiek widziała. Pierwszy raz zjawiła się tu zimą i totalnie zauroczył ją płonący w kominku ogień i sypiący za oknem śnieg. Teraz, latem, w drewnianej willi rozbrzmiewały dźwięki jazzu, a zapach cytrusów wyciśniętych niedawno na lemoniadę skojarzył się dziewczynie z czymś odległym i egzotycznym, czego jeszcze nigdy nie doświadczyła.

– Gdzie Gabrysia? – zapytała, kiedy Alicja podała jej szklankę z przyjemnie chłodnym napojem.

– Czyta książkę w domku na drzewie.

– A Szymon?

– Pojechał do Leska. Załatwia coś, nie dosłyszałam co. – Alicja lekko wzruszyła ramionami i sięgnęła po wiszącą na oparciu krzesła kwiecistą tunikę, którą założyła na szczupłe, mocno opalone ciało.

Ewelina pomyślała, że zazdrości jej swobody i tego braku skrępowania, z jakim obnosiła się po domu i ogrodzie ze swoją nagością. Własnej matki nigdy nie widziała półnagiej, bo ona zawsze zamykała się w sypialni, by zmienić ubrania czy po wyjściu z łazienki. W dodatku wpadała w szał, kiedy ojciec snuł się po domu bądź ogrodzie z nagim torsem. „Ubierz się” – syczała, ciskając w niego koszulką. Natomiast Alicja nie widziała w nagości nic zdrożnego. Epatowała nią, jednak nie w sposób, który raził. Wręcz przeciwnie – sprawiała wrażenie kogoś, kto jest stworzony do takiego beztroskiego rajskiego życia, a w jej ruchach nie wyczuwało się nawet cienia wstydu.

„Wolność” – pomyślała Ewelina. – „Chciałabym kiedyś być tak wolna…”

– Zjesz kawałek sernika? – Gospodyni wyjęła z lodówki kryształową paterę z resztką ciasta i nie czekając na odpowiedź, sięgnęła po nóż.

– Może odrobinę. Nie zdążyłam dziś zjeść śniadania. – Dziewczyna nieśmiało się uśmiechnęła.

– Przebierz Gabryśkę, jak już uda ci się ją nakłonić do zejścia z drzewa, bo trzeci dzień z rzędu snuje się w tej samej sukience. I obierz warzywa na rosół, bo ja ledwo sobie zrobiłam paznokcie – poprosiła ją Alicja. – Smacznego – dodała, widząc, z jakim apetytem dziewczyna pałaszuje sernik.

– Dziękuję. – Ewelina posłała jej uśmiech i pożądliwie zerknęła w stronę leżącego na stole „Twojego Stylu”, który uwielbiała przeglądać.

– Wracam na słońce. Po południu ma być gwałtowna burza, trzeba korzystać z pogody. – Alicja wyszła z kuchni, podzwaniając kolczykami, i Ewelina została sama.

Kiedy zjadła, umyła talerzyk po serniku i kilka innych, które ktoś zostawił w zlewie, a później nakłoniła Gabrysię do zmiany sukienki i przeszła do jednego z niewielkich nieużywanych pokoi, gdzie rozłożyła deskę do prasowania.

Nigdy nie lubiła prasować. W domu robiła wszystko, żeby zwalić to na matkę, ale tu, w królestwie Alicji, nawet ta nielubiana czynność dziwnie jej nie przeszkadzała. Może dlatego, że jej płacili? Niewiele, ale zawsze… Robiła u nich wszystko i nic, zależy, co się trafiło. Czasem czytała Gabrysi albo na prośbę jej matki myła małej włosy. Czasem pomagała przygotowywać wieczorne przyjęcie, bo Alicja nie znosiła robić sałatek i obierać warzyw. Bywało, że nieco ogarniała dom lub coś szyła. A czasem po prostu siedziała na werandzie, słuchając jazzu, a Szymon opowiadał jej o swoich wycieczkach do Meksyku, mieszkającej w Chicago siostrze, wernisażach, które miewał za oceanem, i życiu Polaków w dalekiej Ameryce. Słuchała z zapartym tchem, marząc, że sama też kiedyś zobaczy Stany, a kiedy Alicja przynosiła stare albumy, oglądała zdjęcia z taką uwagą, jakby chciała zapisać w pamięci każdy widoczny tam szczegół. Najbardziej lubiła fotografie z Acapulco i Cancún, kurortów, które wydawały jej się równie odległe, co dalekie galaktyki. Chętnie oglądała też te z Chicago i słuchała opowieści o kłótniach, aranżowanych małżeństwach, intrygach zawistnych rodaków kopiących pod sobą dołki, ale i bezinteresownej sąsiedzkiej pomocy, dzięki której starsza siostra Szymona dobrze sobie radziła na obczyźnie.

Siedząc z nimi na werandzie, myślała, że jeśli kiedykolwiek wyjdzie za mąż, to tylko za artystę. Za takiego mężczyznę jak Szymon. Lubiącego podróże, malującego obrazy, robiącego tysiące zdjęć. Kogoś, kto zabierze ją daleko stąd i pokaże jej wielki świat. Kogoś, kto ją uratuje przed losem, który przypadł w udziale jej matce. Myśląc o niej, lekko się krzywiła. Kochała ją, ale nie potrafiła jej podziwiać. Pracowała w przychodni i brała prywatne wizyty. Wiecznie zmęczona, z podkrążonymi oczyma, w spranych dżinsach i ulubionych flanelowych koszulach, w niczym nie przypominała barwnej, pełnej energii Alicji, która nosiła falbaniaste sukienki własnego projektu, kolorowe tuniki i sięgające ziemi cygańskie spódnice, które radośnie wirowały wokół jej kostek. I chociaż Ewelina czuła się źle, myśląc tak o kobiecie, która dała jej życie, czasem marzyła, że to Alicja jest jej matką, a nie nudna wiejska lekarka, zmęczona zarówno swoją pracą, jak i małżeństwem.

– Cześć, Ewelina! – Gabi zajrzała do pokoju, kiedy dziewczyna kończyła prasować stos pozostawionych przez Alicję ciuchów.

– Co, już się stęskniłaś? – Uśmiechnęła się do małej. – Uważaj, trzymam gorące żelazko – syknęła, kiedy młoda zaczęła ją obłapiać.

– Chodź ze mną do ogrodu! Obierzemy agrest! – Gabrysia pociągnęła ją za rękę. – Chodź! No chodź! – niecierpliwiła się.

– Idę. Tylko błagam, nie ubrudź nowej sukienki. – Ewelina odstawiła żelazko, wyszarpnęła wtyczkę z gniazdka i ruszyła za dziewczynką w głąb domu.

– A wiesz co? Mama powiedziała dziś tacie, że jest leniwy. – Gabrysia zachichotała, łapiąc Ewelinę za rękę.

– Ja też jestem leniwa. – Uśmiechnęła się i razem wyszły do ogrodu.

Mijając opalającą się Alicję, Ewelina zerknęła na jej idealnie płaski brzuch. Zastanawiała się, czy mając czterdzieści jeden lat, też będzie taka zgrabna. Matka była od Alicji kilka lat starsza, ale czas odcisnął już na niej swoje piętno. Tymczasem żona Szymona wyglądała dziesięć lat młodziej i tak samo się zachowywała.

Agrest obierały przez jakiś kwadrans, dopóki podśpiewującej pod nosem Gabrieli nie znudziło się kucanie przy krzakach w kącie ogrodu. Kiedy Ewelina została sama, przez chwilę głowiła się, czy powinna jeszcze coś zrobić, czy po prostu się poopalać.

Alicja zawołała ją chwilę później.

– Posmarujesz mi plecy? – zapytała, kiedy dziewczyna do niej podeszła. – Mleczko jest w łazience, za lustrem.

– Jasne.

– I przynieś z domu koc. Położę się na brzuchu, żeby opalić tył nóg. A Gabi niech nie spadnie z tego przeklętego drzewa! Mówiłam Szymonowi, że taki domek jest dla chłopców, ale nie słuchał. – Skrzywiła się, upinając w luźny kok swoje długie jasnorude włosy.

– Już z niego zeszła, obierałyśmy agrest.

– To super, bo jeszcze mi tylko połamanego dzieciaka w gipsie potrzeba do szczęścia – mruknęła Alicja.

Szukając koca, Ewelina zerknęła na leżącą na stole ledwie napoczętą paczkę papierosów, miała ochotę ukraść jednego szluga i wypalić go w drodze do domu. Wiedziała jednak, że matka pewnie poczułaby od niej dym i byłaby kolejna gruba afera. Zwłaszcza że ostatnio rodzice wyjątkowo się jej czepiali. Nie połasiła się więc na zakazany owoc i sięgnęła po stary, podniszczony i wypłowiały od słońca pled, na którym lubiła się opalać Alicja.

– Przynieś mi lemoniady, jeśli jeszcze została – poprosiła ją pani domu. – Gabryśka też powinna się napić. I daj jej kawałek sernika. Obrałaś już warzywa na rosół? Jeśli nie, daj sobie z tym spokój. Nie mam dziś siły na robienie obiadu. Nie w ten upał…

– Dobrze. – Ewelina rozłożyła na trawie koc i ruszyła z powrotem w stronę domu, szukając wzrokiem swojej rozbrykanej podopiecznej.

– I wrzuć do szklanki kilka kostek lodu! O ile Szymon nie zużył całego do whisky! A jeśli nie ma, to zrób! Będzie na wieczór! – rzuciła w ślad za nią Alicja.

 

* * *

 

Szymon wrócił godzinę później. Z kupioną w Lesku szarlotką, nowym rowerem dla córki i wieżą stereo z kolumnami, którą ponoć okazyjnie kupił od znajomych.

– Żebyś już nie narzekała na marną jakość dźwięku. – Klepnął w tyłek żonę, która do niego podeszła. – Co na obiad?

– Nic. – Wzruszyła ramionami. – Jakoś nie mogę się dziś zmobilizować do stania przy garach.

– Skoro nic, to trzeba coś wykombinować – mruknął i pogwizdując, wszedł do domu.

Ewelina pomyślała, że ojciec wpadły pewnie w szał, gdyby matka tak mu odpowiedziała. U nich zawsze musiała być przynajmniej zupa i jakaś sałatka. Matka lubiła też robić mielone kotlety albo zapas ruskich pierogów na kilka dni, inaczej tato chodził wściekły i głodny, bo samemu nie chciało mu się nawet ukroić sobie kiełbasy. „Baby są od kuchni, chłopy od zarabiania” – powtarzał, a ją zawsze dziwiło, że mama nigdy mu nie odpyskowywała. A przecież była lekarką, przynosiła do domu całkiem niezłe pieniądze. Wolała jednak siedzieć cicho niż wdawać się w pyskówki. Taka już była.

– Chodź, pomożesz mi coś upichcić! – Szymon zawołał Ewelinę chwilę później, wyrywając ją z zamyślenia.

W kuchni kazał jej umyć sałatę i przekroić na pół koktajlowe pomidorki.

– Zużyj też tę resztkę ogórka, zanim wyschnie na wiór. Moja żona uwielbia upychać różne rzeczy w kąt lodówki i porzucać je na pewną śmierć – zaśmiał się, myjąc mięso. – Rzucę na olej te filety i zaraz mamy jedzonko – dodał, wycierając ręce w zmiętą kraciastą ścierkę, którą ktoś pobrudził keczupem.

Ewelina zabrała się za sałatkę, kiedy zapytał, czy zostanie do wieczora.

– Będą goście. Muzyka, balety, dobra zabawa. Zostań, później cię odwiozę – obiecał.

– Chyba nie mogę. Mama kazała mi wracać najpóźniej o dwudziestej – mruknęła.

– No skoro mama kazała… – Szymon złośliwie się uśmiechnął i sięgnął po patelnię. – Ile ty właściwie masz lat, dziewczyno? – zapytał, zmieniając temat. – Osiemnaście?

– W marcu skończyłam siedemnaście.

– Siedemnaście… Piękny wiek. – Uśmiechnął się. – A chłopaka już sobie znalazłaś?

– Nie.

– Ale pewnie za tobą łażą?

– Jacyś tam łażą. – Wzruszyła ramionami.

– I co? Matura, a później wesele?

– Nie chcę wychodzić za mąż! – podniosła głos, sama nie wiedząc, dlaczego temat zamążpójścia aż tak wytrącał ją z równowagi.

– Wyjdziesz, wyjdziesz. – Roześmiał się. – Ani się obejrzysz, a już cię któryś przed ołtarz zaciągnie.

– Nie chcę, przecież mówię!

– Skąd ta niechęć? – zdziwił się.

– Nie chcę być jak matka. Ciągle niewyspana, od rana klepiąca to durne mięso na kotlety, wściekła na ojca, przygaszona. Ale przede wszystkim nie chcę utknąć na tej wiosze! – Dziewczyna aż się wzdrygnęła.

– Nie lubisz Bieszczadów? Przecież pięknie się tu żyje.

– Chcę zobaczyć świat. Jechać do Paryża, Rzymu, Wenecji. Zwiedzić Nowy Jork, Kanadę, Afrykę.

– Mąż cię zabierze – powiedział Szymon, wrzucając filety na rozgrzany olej.

– Mąż? – Parsknęła śmiechem. – Stąd? Chłopak bez kasy, bez dobrej pracy, bez perspektyw?

– Dorobicie się. Trzeba tylko mieć głowę na karku.

– Nie chcę wychodzić za mąż – wycedziła Ewelina, pochmurniejąc.

– A oświadczył ci się już ktoś? – Alicja, która w tym samym momencie pojawiła się w kuchni, perliście się roześmiała.

– Nie.

– To tylko czekać, aż któryś poleci po pierścionek. Radek Wilk, Jacek Boroń, Wojtek Szymański. Wszystko to przystojne chłopaki w twoim wieku. Szkołę skończycie, to pomyślicie o przyszłości. Ja też młodo wyszłam za mąż i nigdy nie żałowałam – powiedziała Alicja, zanim zaciągnęła się papierosem.

– A ja nie wyjdę! – zarzekła się Ewelina.

– Jeszcze zobaczymy. – Szymon znów się zaśmiał.

Kiedy w pośpiechu nakrywała do stołu, zaczęło lać, a niebo nad lasem zrobiło się sinogranatowe. Zagrzmiało chwilę później i dopiero wtedy Alicja zdała sobie sprawę, że Gabi wciąż jest w ogrodzie.

– Skaranie boskie z tą dziewuchą! – syknęła, w pośpiechu dopalając papierosa. – Chciałeś mieć syna i masz, bo ona na pewno nie zachowuje się jak dziewczynka – zwróciła się do męża i wybiegła na deszcz.

Chwilę później wróciła do domu z przemoczoną i roześmianą córką, która wyjadała agrest prosto z miski i nic sobie nie robiła z utyskiwań matki na pobrudzoną sukienkę.

Ewelina jadła w milczeniu, przyglądając się otaczającej ją rodzinnej sielance. Nie, nie chciała wychodzić za mąż, ale gdyby już musiała mieć męża, byłby taki jak Szymon. Przystojny, dobrze zbudowany, opiekuńczy i zabawny. Szymon, który zbierał dla żony polne kwiaty, robił dla niej drinki, gotował obiady i na okrągło puszczał rytmiczną egzotycznie brzmiącą muzykę. Szymon, na którego Ewelina czasem patrzyła, wyobrażając sobie, że całuje go w usta, a on ściąga z niej sukienkę i pieści całe jej rozgrzane nagie ciało.

Nigdy dotąd nie była z mężczyzną, chociaż dwie z jej szkolnych koleżanek miały już za sobą swój pierwszy raz. Ale ona się bała. Bólu, niechcianej ciąży i tego, że się w kimś zakocha. A zakochać się nie chciała. Nie tu, nie teraz. Chciała stąd uciec i zacząć życie gdzieś daleko. Zobaczyć coś innego niż pola, lasy i spiętrzone pnie drzew, które po wycince zalegały przy błotnistych wąskich drogach. Pragnęła wolności, zachłyśnięcia się światem, czegoś więcej niż mogło jej dać to odludne zalesione miejsce. Chciała odfrunąć w stronę świata, który znała z rodzinnych zdjęć Alicji i Szymona. Meksyk, Kuba, Kanada, Ameryka – myślała o tych krajach, wyobrażając sobie nocami pełne drogich samochodów obce ulice, szpalery palm poruszanych ciepłym wiatrem, piaszczyste plaże i migające w ciemnościach światła wielkich miast. Ale świat był gdzieś daleko, a ona wciąż tkwiła tutaj…

 

 

 

 

 

 

3.

 

 

 

 

 

Rzeszów, 24 października 2019 roku

 

– Dla mnie nie otwieraj – poprosiłam, kiedy Tomasz wyjął z plecaka dwie puszki żywca.

– Masz dość? Już? – zdziwił się, jednak posłusznie schował piwo.

Tamtego popołudnia siedzieliśmy nad Wisłokiem, ciesząc się słonecznym jesiennym dniem. Oprócz naszej dwójki byli jeszcze Jędrek z Izą – zaprzyjaźniona para z sąsiedztwa – i Olga, z którą od jakiegoś czasu pracowałam.

– To co, nasze zdrowie! – Jędrek otworzył kolejną puszkę, strząsnął wylewającą się z niej pianę i upił kilka łyków. – Ciepłe piwo, gorące kobiety! Takie imprezy lubię! – Mruknął, całując w szyję swoją dziewczynę, która lekko go odepchnęła.

– Spadaj, pajacu! – zaśmiała się.

– Dobra, ludzie, trzeba w końcu dogadać sylwestra. Jedziecie z nami w te Góry Stołowe czy jeszcze się wahacie? – Mój Tomasz usiadł na oparciu ławki i zlizał z palców piwną pianę. – Skoro mam zrobić rezerwację, muszę wiedzieć.

– Już, dziś, teraz? – zapytała Iza.

– A na co czekasz? Na oklaski? – żachnął się Tomasz.

Skrzywiłam się, jakby banalność tej dyskusji zabolała mnie fizycznie. Ale odkąd kilka tygodni temu poznałam prawdę o śmierci Eweliny, wkurzało mnie wszystko i wszyscy. Cały ten durny głośny, narcystyczny świat, który pławił się we własnej świetności, nie zważając na tych, którzy gdzieś tam po drodze mieli mniej szczęścia…

– Martyna, dlaczego nie pijesz? – zapytała Izabela. – Miała być impreza!

– Nie mam ochoty – powiedziałam cicho, a Tomasz objął mnie ramieniem.

– Wszystko okay? – zainteresował się.

– Tak – skłamałam.

– Nie wygląda na to – zauważył.

– Słuchajcie, sorry, ale ja chyba wracam do domu – zdecydowałam.

– Żartujesz? Ledwo przyszliśmy – zaprotestowała Olga, ale ja już zeskoczyłam w ławki i szybkim krokiem ruszyłam wzdłuż rzeki.

– Martyna, jaja sobie robisz?! – krzyknęła w ślad za mną Izabela.

Odeszłam kilkanaście metrów od miejsca, w którym siedzieli przyjaciele, i nagle przystanęłam. Znaliśmy się od lat, lubiliśmy, wspieraliśmy. Iza była jedną z moich najlepszych przyjaciółek, a Olgę zdążyłam już pokochać niemal jak siostrę, chociaż przyjaźniłyśmy się niecały rok. „Muszę im powiedzieć, co się stało” – zdecydowałam.

Kiedy wróciłam, mocno podpity Jędrek przeciągle gwizdnął.

– Szybko się stęskniłaś – zaśmiał się.

– Masz, wypij jeszcze jedno. – Pomimo moich wcześniejszych protestów Tomasz wyjął z plecaka żywca i otworzył dla mnie puszkę. – Nie wiem, co cię dziś w dupę ugryzło, ale zachowujesz się jak potłuczona – dodał, wciskając mi w rękę piwo.

– Dzięki. – Upiłam kilka łyków. – Muszę wam coś powiedzieć.

– Z tą grobową miną to pewnie nie będzie nic dobrego… Tylko nie mów, że zaciążyłaś? – Olga się roześmiała.

– Nie, i weź to wypluj! – Skrzywiłam się, bo ciąża z całą pewnością nie była na liście moich priorytetów.

– Jakie wypluj? Nie chcesz mi urodzić bąbelka, kobieto? Mógłbym nawet przeciąć pępowinę, jestem na to gotowy psychicznie. – Tomasz przyciągnął mnie do siebie i pocałował w usta. – No mów, co jest grane? – zapytał irytująco lekkim tonem.

– Puść mnie, nie jestem w nastroju na wydurnianie się – poprosiłam.

– Jak sobie życzysz. – Wyraźnie urażony, odsunął się i zajął swoim piwem.

– Co się dzieje, Martyna? – zapytała Iza, siadając bliżej mnie. – No, gadaj!

– Chodzi o Ewelinę. W listopadzie minie piętnaście lat od dnia, w którym zginęła, a ja…

– Tęsknisz za nią, to jasne. – Iza położyła głowę na moim ramieniu i pogładziła mnie po kolanie. – Każdy by tęsknił.

– Tęsknię, ale nie o to chodzi. Przez ostatnie lata myślałam, że pękł jej tętniak. Tak powiedzieli mi rodzice. Prawda okazała się jednak zupełnie inna.

– Jaka prawda? – Olga też usiadła bliżej i obie z Izą pochyliły się nade mną, jakby samą swoją obecnością chciały mi dodać otuchy. – Jezu, Martyna, mów, co się dzieje!

– Ewelinę ktoś zabił – szepnęłam i wokół naszej ławki zapadła martwa cisza.

– Zabił? – wykrztusiła po chwili Iza. – Nie no, robisz sobie teraz z nas jaja czy… – Urwała, kiedy Jędrek szturchnął ją w ramię.

– Zabił. Zginęła w lasku niedaleko naszego domu. Rodzice kłamali, chcąc mnie chronić, ale kilka tygodni temu dowiedziałam się, jaka była prawda.

– Ja pierdolę! – zaklęła Olga, z niedowierzaniem wpatrując się w trzymaną puszkę piwa.

Tomasz milczał – z zaciśniętymi ustami, ponury i zdystansowany…

– Jak długo o tym wiesz? – zapytał w końcu.

– Od kilku tygodni, ale…

– Od kilku tygodni?! – podniósł głos. – Od kilku tygodni dusisz w sobie coś takiego i nawet słowem mi o tym nie wspomniałaś?! – naskoczył na mnie, czerwieniejąc na twarzy.

– Chciałam, ale…

– Chciałaś?! Kurwa, myślałem, że jest między nami coś poważnego, a ty nie potrafiłaś mi nawet powiedzieć o czymś takim?! To ma być ta szczerość, o której tak często nawijasz?!

– Tomek, zamknij się! Nie drzyj się na nią teraz! – upomniała go Olga, ale nie słuchał.

Cisnął w trawę puszkę z niedopitym żywcem i nie oglądając się za siebie, ruszył nadrzeczną alejką.

– Tomasz, wracaj! To nie jest pora na twojego focha! – wrzasnęła Iza, ale nawet się nie odwrócił.

Wtedy zaczęłam płakać, a dziewczyny tuliły mnie, głaskały po głowie i pochlipywały razem ze mną. A kiedy uspokoiłam się na tyle, żeby opowiedzieć im całą historię, słuchały w milczeniu, od czasu do czasu zaciskając palce na moich dłoniach albo gładząc mnie po plecach. Jędrek słuchał, jednocześnie usiłując dodzwonić się do Tomka, ale mój facet nie odbierał. W końcu schował telefon do plecaka, cisnął do przepełnionego kubła puszkę po swoim piwie i tę, którą Tomek rzucił w trawę, a później zapiął kurtkę i powiedział, że odprowadzą mnie na moje osiedle.

– Dajcie spokój, sama trafię – mruknęłam, ale nie ustąpili.

Kiedy szliśmy wzdłuż rzeki, dziewczyny złapały mnie za ręce, a idący kilka kroków za nami Jędrek milczał, jakby nie miał pojęcia, co w takiej sytuacji może dodać.

 

* * *

 

W mieszkaniu dziewczyny zaparzyły herbatę i zrobiły kanapki.

– Wierzysz, że jeszcze kiedyś znajdą sprawcę? Wiesz, teraz policja często wraca do takich starych, zapomnianych spraw – powiedziała Olga, układając na kromkach plasterki szklarniowego ogórka.

– Nie wiem, może…

– Myślisz, że on jeszcze żyje?

– Oby nie. Oby zdechł dawno, dawno temu! – rzuciłam mściwie.

– A jeśli żyje? Jeśli cieszy się życiem, pomimo że…

– Olga, daj spokój! – warknął Jędrek i w niewielkiej kuchni zapadła cisza.

– Zadzwoń jeszcze raz do Tomka, może tym razem odbierze – poprosiłam go.

– Nie odbiera…

– Dupek! Powinien być teraz przy tobie, a nie zachowywać się jak obrażona na cały świat primabalerina! – żachnęła się Iza.

– Miał prawo się wkurzyć – broniłam go. – Powinnam mu o tym powiedzieć, kiedy tylko się dowiedziałam, i nawet chciałam, ale stchórzyłam. Prawdę mówiąc, sama nie wiem, dlaczego tyle z tym zwlekałam.

– Może powinnaś, ale jego dzisiejsze zachowanie było naprawdę żenujące!

– Izka, jakie to ma znaczenie? – Wzruszyłam ramionami. – Nie pierwszy raz się pokłóciliśmy…

– No tak, ostatnio to u was norma.

– Bez przesady, chociaż pewne tematy są drażliwe. Na przykład wyjazd do Warszawy. Tomek uparł się na przeprowadzkę do stolicy, a ja nie mam na nią ochoty.

– Ale czemu nie chcesz z nim jechać? – zdziwiła się Iza. – Ja bym chętnie pomieszkała w Warszawie.

– A ja niekoniecznie. Tu mam ciotkę, tu jest mieszkanie po mamie, przyjaciele. Lubię Rzeszów, nie chcę stąd wyjeżdżać. A już z całą pewnością nie do Warszawy, bo jakoś nigdy mnie nie pociągał udział w tamtejszym wyścigu szczurów.

– Przecież nikt nie mówi, że to będzie na stałe – powiedziała Iza, zanim wgryzła się w kanapkę, ale jadła bez apetytu, jakby na siłę, pewnie dlatego, że atmosfera w mieszkaniu była raczej grobowa…

– Tak czy inaczej, nie chcę, a im bardziej Tomasz naciska, tym bardziej się przed tym bronię. A on zawsze musi postawić na swoim, tego u niego nie znoszę. Kiedy coś sobie postanowi, zawsze musi być tak, jak on chce. Ja mogę się co najwyżej za nim wlec, grając drugie skrzypce – wyżaliłam się przyjaciołom. – Ale może przesadzam? Może to nic złego, że jest ambitny? – Wzruszyłam ramionami, dopiłam dawno przestygłą zieloną herbatę i parsknęłam śmiechem.

– Co? – zdziwiła się Iza.

– Herbata. To właśnie to, o czym mówię. Kilka miesięcy temu Tomasz uparł się, że najzdrowsza jest zielona, i kupił dosłownie tonę jakiejś przecenionej nowej marki. I chociaż ja wcale nie przepadam za zieloną, i on świetnie o tym wie, parzy mi ją za każdym razem, a czarną najpierw poupychał w głąb szafki, a później wywalił. Wywalił, czujecie? Zapłaciłam za nią, kupiłam sobie, a on ją wyrzucił, bo zawsze musi być tak, jak sobie akurat obmyślił.

– Daj spokój, to tylko herbata – mruknął Jędrek.

– To nie jest tylko herbata! Chodzi o jego zachowanie, nie rozumiesz tego?! Mój związek nosi znamiona dyktatury! – wysiliłam się na kiepski żart, a Olga objęła mnie ramieniem.

– Odpocznij. Wyśpij się dziś, wycisz. Pogadamy jutro, na spokojnie – obiecała.

– Jasne. – Uśmiechnęłam się blado.

Dochodziła dwudziesta druga, kiedy przyjaciele zaczęli się zbierać. Natomiast Tomasza wciąż nie było. Dzwoniłam do niego trzy razy, a Jędrek chyba z dziesięć, ale mój facet nadal nas ignorował.

– Dobra, pieprzyć to! Nie chce, niech nie odbiera! – Wcisnęłam wyciszony telefon do kuchennej szuflady i wyściskałam przyjaciół. – Dziękuję, że ze mną posiedzieliście.

– Trzymaj się, kochana. A gdybyś chciała pogadać, dzwoń. – Iza długo mnie tuliła, w końcu otarła oczy, bo znowu się poryczała, pociągnęła nosem i złapała Jędrka za rękę. – Wiesz, że zawsze możesz na nas liczyć, prawda? Zresztą daleko do nas nie masz. Trzy piętra w dół i jesteśmy. – Mrugnęła do mnie, zdejmując z wieszaka kurtkę.

– Wiem, dzięki. – Uśmiechnęłam się.

Kiedy wyszli, razem ze smutną i milczącą Olgą, wzięłam szybki prysznic i zakopałam się w pościeli.

 

* * *

 

Tomasz wrócił przed północą. Cuchnął przetrawionym alkoholem i wypalonymi papierosami, musiał przesiedzieć ostatnie godziny w jakiejś knajpie. Kiedy trzasnął frontowymi drzwiami, boso wyszłam z sypialni i przeszłam do korytarza.

– Można wiedzieć, czemu nie odbierałeś telefonu?! Myślisz, że było mi miło, kiedy przez cały wieczór mnie ignorowałeś?! – naskoczyłam na niego, gdy ściągał buty.

– Nie odbierałem, bo nie miałem ci nic do powiedzenia! – warknął. – Dokładnie tak jak ty mnie!

– Tomek, to nie są łatwe rozmowy! Chciałam ci powiedzieć, ale…

– Upokorzyłaś mnie! – wrzasnął, oskarżycielsko celując we mnie palcem.

– Upokorzyłam cię? – wykrztusiłam, zszokowana jego przesadną wybuchową reakcją.

– A nie?! Wiesz, jak się czułem, kiedy z tym wyjechałaś, a ja o niczym nie miałem pojęcia?! To mnie pierwszemu powinnaś powiedzieć, mnie powinnaś się wypłakać! Ale nie! Ty wolałaś się wyżalić Izce i tej aroganckiej piździe, Oldze!

– Aroganckiej piździe?! Mówisz o mojej przyjaciółce!

– Nie znoszę jej i świetnie o tym wiesz! – rzucił przez zęby.

Chwilę później zatoczył się tak, że niemal przewrócił wieszak, a potem zamknął się w łazience.

Rano nie odezwaliśmy się do siebie nawet słowem. Do pracy wyszliśmy w milczeniu, nawet na siebie nie patrząc.

Wieczorem czekał na mnie z kolacją. Zamówił pizzę, kupił wino.

– Nie powinienem wczoraj tak na ciebie naskakiwać. Przepraszam, za dużo wypiłem. Mam żal, że nie powiedziałaś mi pierwszemu, ale może nie powinno mnie to dziwić? W każdym razie sorry. Poza tym postanowiłem przyjąć ofertę pracy w Warszawie. Oferują świetne warunki i szansę na szybki awans, byłbym idiotą, gdybym odmówił… Przykro mi, że nie chcesz ze mną jechać, ale może to znak, że nasze drogi zaczęły się rozchodzić? Może powinniśmy przez jakiś czas od siebie odpocząć? – zasugerował, rozlewając wino do kieliszków.

– Może – powiedziałam cicho, zaskoczona tym, że nawet nie czułam żalu.

Po kolacji spakowałam część swoich rzeczy i przewiozłam je do mieszkania po mamie, wiedząc, że jeśli Tomasz chce wyjechać do stolicy, niebawem zrezygnuje z wynajmu lokalu, w którym od kilku lat mieszkaliśmy.

Pożegnaliśmy się dzień później, bardzo chłodno, bo nagle zrobiło się między nami niezręcznie.

– Powodzenia w stolicy – powiedziałam tylko, pakując do torby ostatnie łazienkowe drobiazgi.

– Trzymaj się ciepło. Jeszcze to, nie zapomnij. – Podał mi wyjętą z szuflady suszarkę.

Chwilę później pochylił się nade mną i cmoknął mnie w policzek. I już. Jakby cztery wspólne lata nagle stały się tylko wspomnieniem… Ale w sumie nie powinno mnie to chyba dziwić… Oddaliliśmy się od siebie dawno temu, a nasze rozstanie tylko świetnie wieńczyło kilka ostatnich miesięcy marazmu w naszym sypiącym się związku.

Do samochodu mnie nie odprowadził. Zapytał tylko, czy nie mam zbyt ciężkiej torby, a kiedy powiedziałam, że sobie poradzę, bez słowa zatrzasnął za mną frontowe drzwi.

Nocą, leżąc w łóżku, w którym jeszcze niedawno sypiała mama, płakałam w poduszkę, myśląc o siostrze. Dochodziła druga nad ranem, kiedy nagle przyszło mi do głowy coś zupełnie niedorzecznego: „Muszę tam jechać. Muszę wrócić w Bieszczady!”. Nie miałam pojęcia po co, ale pomysł momentalnie rozrósł się do rozmiarów obsesji.

Rano zwolniłam się z pracy, i tak nigdy jej nie lubiłam. Szefowa wycedziła tylko, że powinnam zostać przynajmniej do chwili, póki nie znajdzie kogoś na moje miejsce, i z malującym się na twarzy poirytowaniem wróciła do swojego gabinetu. Zasiadłam więc za biurkiem i zabrałam się za obdzwanianie klientów, ale moje myśli krążyły już tylko wokół Eweliny.

Wczesnym wieczorem poprosiłam ciotkę o tymczasową opiekę nad mieszkaniem mamy i pomimo że planowałam wyjechać dopiero po Wszystkich Świętych, zaczęłam się pakować. Nie miałam pojęcia, po co tam jadę i co znajdę w miejscu, które przed laty zniszczyło moją rodzinę. Wiedziałam tylko, że coś mnie przywołuje, ciągnie, kusi… Że już nie pozbędę się myśli o powrocie do rodzinnej wioski, nawet jeśli któregoś dnia stanę oko w oko z mordercą mojej siostry.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Copyright © by Katarzyna Misiołek, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: Emotion Media

Zdjęcie na okładce: © Volodymyr TVERDOKHLIB/Shutterstock

© Yevhenii Chulovskyi/Shutterstock

 

Redakcja: Anna Seweryn-Sakiewicz

Korekta: Agnieszka Luberadzka

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-782-3

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.