Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przeszłość nie odpuszcza. Nawet wtedy, gdy trzeba ratować cudze dziecko.
Terrence „Trouble” Rubble próbuje uciec od tego, co zostawiło w nim blizny. Jest cyniczny, poraniony i przekonany, że nie zasługuje na spokój. Mimo to, gdy dawny przyjaciel prosi go o pomoc w ochronie małej dziewczynki, Trouble nie odmawia.
Na miejscu zastaje chaos. Strzały rozdzierają ciszę, ludzie giną, a dziecko zostaje porwane w krwawej akcji, która od początku wygląda na część czegoś większego. Trop prowadzi w odległe góry Nowego Meksyku, do ufortyfikowanej siedziby sekty.
Tam wiara miesza się z obłędem, a przywódca i jego wyznawcy nie boją się śmierci. Trouble musi wejść do świata fanatyków, którzy gotowi są zabić każdego, kto stanie im na drodze.
Czy samotny motocyklista zdoła ocalić niewinnych, zanim rozpęta się piekło?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 388
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
CYKL TROUBLE
CZĘŚĆ TRZY
Śmiertelna wiara
Tytuł oryginalny: The Deadly Divine
Autor: Matthew Doggett
© Copyright by Matthew Doggett, 2023
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.
Wydanie I Berlin 2026
Wydawnictwo Cowper Publishing
ISBN 978-3-69477-006-0
John Virgil siedział w źle dopasowanym płaszczu na niskiej kanapie i myślał o zdradzie. Kanapa była tak niska, a John tak zgarbiony, że kolana miał niemal na wysokości brody.
Myślał o tym, że zadzwonił ze stacji benzynowej. W głowie kłębiły mu się wyrzuty sumienia.
Dopił drugą małą butelkę wina i pochylił się, rozsuwając nogi, żeby lekko zaokrąglony brzuch nie wciskał mu się w uda. Żołądek miał pełen wina, a głowę pełną niepokoju, więc nie chciał ryzykować, że zwymiotuje. Sięgnął do torby między stopami po kolejną buteleczkę. Chciał, by wino zrobiło swoje: zostało w żołądku i przyniosło mu trochę ukojenia, odrobinę pociechy. Miało przytłumić wyrzuty sumienia. I trwogę.
Zaciągnięte rolety odcinały salon od nocy i chroniły ich przed ciekawskimi spojrzeniami. W miękkim świetle dom wydawał się przytulny; w innych okolicznościach John by to docenił. Teraz ledwie rejestrował otoczenie. Zaprzątały go inne sprawy.
Po drugiej stronie salonu, przy drzwiach wejściowych parterowego domu, Shelly i Trent Waller rozmawiali z przejęciem. John dobrze znał ich oboje. I właśnie tego bardzo żałował. Zdradził ich zaufanie, a oni jeszcze o tym nie wiedzieli.
– Spokojnie – powiedział Trent. – Jesteśmy tu bezpieczni. Poza nami tylko Parall Mitchell wie, gdzie jesteśmy.
– Nie używaj tego słowa. Proszę – odparła Shelly.
John opuścił trzecią buteleczkę od warg; gulgotanie ucichło. Spojrzał na Shelly, która zerknęła na niego zza ramienia męża. Wciąż myślał o nich wszystkich jako o Parallach. Parall Shelly i Parall Trent, bo nosili to samo nazwisko. Siebie też nazywał w myślach: Parall Virgil. Tak bardzo się do tego przyzwyczaił. Dlaczego w ogóle chciał odejść? Nie pamiętał. Wino lekko szumiało mu w głowie i nie pozwalało zbyt głęboko się nad tym zastanawiać.
– Zostaniemy tu na jedną noc – powiedział Trent. – Mitchell mówił, że spróbuje przysłać pomoc. Tylko jedna noc, dobrze?
Sytuacja dawała się im wszystkim we znaki. Shelly i Trent, oboje tuż przed trzydziestką, mieli prawo się martwić. Zrobili wielki krok. Wszyscy go zrobili.
Trent obejrzał się przez ramię na Johna i z dezaprobatą zerknął na buteleczkę wina w jego dłoni. Potem znów zwrócił się do żony i skinął głową. Shelly spojrzała w górę na męża i przeczesała dłonią krótkie brązowe włosy. Ręka jej drżała. Nawet John widział to z kanapy.
– Dobrze – powiedziała w końcu.
– Nic nam nie będzie – rzekł Trent. – Postąpiliśmy słusznie. Postępujemy słusznie.
Shelly podeszła do drzwi wejściowych i zajrzała przez wizjer. Przesunęła palcami po pokrętle zamka, choć było obrócone do oporu, a rygiel tkwił pewnie w zaczepie ościeżnicy.
Odwróciła się i na dłuższą chwilę objęła męża.
– Jak się tam trzymasz? – zapytał Trent, odsuwając się od żony i odwracając do Virgila.
– Tak dobrze, jak się da – odparł Virgil. Uniósł buteleczkę wina. – Stęskniłem się za alkoholem. Chyba trochę za bardzo.
Trent i Shelly zdobyli się na lekki uśmiech.
– Spróbujemy się przespać – powiedział Trent.
Virgil skinął głową.
– Chyba Angel— to znaczy, Shayna nadal śpi?
– Chyba tak – odrzekła Shelly. – Kiedy ostatnio sprawdzałam, spała. Po kolacji dość szybko odpłynęła.
John Virgil przytaknął. Wciąż czuł w żołądku jedzenie z fast foodu, ciężkie jak mokry cement.
– Jak tu skończę, zajmę drugą sypialnię. Teraz chyba jeszcze nie zasnę.
– No – powiedział Trent. – Zobaczymy, czy nam się uda. Może być ciężko.
Małżonkowie życzyli mu dobrej nocy i poszli do głównej sypialni, gdzie położyli dziewczynkę. Lepiej, żeby przy niej zostali. Wyglądało na to, że nawiązali z nią jakąś więź.
John Virgil nie miał ochoty ruszać się z kanapy. Było mu wygodnie, a poza tym chciał jako pierwszy przywitać tego, kogo przyślą. Nie wiedział, kiedy się zjawi, ale od telefonu minęło już kilka godzin. Zastanawiał się nad „pomocą”, którą Mitchell miał podobno przysłać. Wiedział, że nie będą to policjanci.
John Virgil wypił jeszcze jedną butelkę. Kupił dwa czteropaki, więc wypił już połowę zapasu. W głowie mu szumiało, a pęcherz omal nie pękał. Zakręcił pustą buteleczkę aluminiową nakrętką, po czym siedział cicho i nasłuchiwał, czy Trent i Shelly są jeszcze na nogach. Niczego nie usłyszał.
Wstał i bezszelestnie podszedł do drzwi wejściowych. Wyjrzał przez wizjer. Poza plamą światła w zagłębionym wejściu widział tylko ciemność. Dom stał na odludziu, otoczony lasem. Dlatego go wybrali.
Powoli obrócił pokrętło zamka i odryglował drzwi. Gałka nie miała własnego zamka.
Bezszelestnie minął salon i ruszył w stronę kuchni. Przy wejściu do korytarza skręcił w prawo. Pierwsze drzwi po prawej prowadziły do łazienki. Wszedł i zamknął je za sobą.
Odlał chyba z cztery litry, potem umył ręce i stanął przed lustrem, patrząc na odbicie dłoni opartych na blacie. Zawsze lubił swoje ręce. Były silne, o grubych palcach, zupełnie jak u ojca. Spojrzał na źle leżące ciuchy, kupione naprędce w sklepie Goodwill w Pueblo w stanie Kolorado.
Z korytarza dobiegł jakiś odgłos. Jakby ktoś skradał się tuż za drzwiami. Potem od strony głównej sypialni rozległo się głośne łupnięcie, a po nim odgłos, jakby ktoś gwałtownie zaczerpnął powietrza.
John wyprostował się i spojrzał na drzwi łazienki. Serce nagle załomotało mu w piersi. Czy oni już tu są?
Stłumiony krzyk, a po nim kolejne łupnięcie sprawiły, że włosy na karku stanęły mu dęba. Przecież nie mogli ich bić. Nie mogli. Virgilowi obiecano, że nie będzie żadnego odwetu.
Ale te dźwięki… Te łupnięcia brzmiały jak stłumione strzały. Przez chwilę stał jak sparaliżowany, po czym rzucił się, by zamknąć drzwi łazienki na zamek. Kiedy sięgał do gałki, drzwi otworzyły się z impetem, uderzając go w dłoń i łamiąc dwa palce. John przycisnął rękę do piersi i cofnął się, aż wpadł na wieszak na ręczniki na tylnej ścianie łazienki.
W drzwiach stali dwaj mężczyźni w dżinsach i bluzach z kapturami. Dolne części twarzy zasłaniały im materiałowe maski z czaszkami. Obaj trzymali pistolety z tłumikami. Rozpoznał ich po oczach.
John zawył, gdy jeden z nich – Borden – wszedł do łazienki i wycelował w niego pistolet.
– Błagam! To ja dzwoniłem! – krzyknął.
Borden podszedł bliżej z pistoletem. John uniósł obie ręce, odwrócił się, wszedł do wanny i szarpnięciem zasunął zasłonę prysznicową. Usłyszał chichot. Chwilę później Borden jednym szarpnięciem rozsunął zasłonę.
Borden strzelił trzy razy. Pociski wbiły się w klatkę piersiową Johna, miażdżąc kilka ważnych narządów wewnętrznych. John zsunął się po wyłożonej kafelkami ścianie do wanny, nie mogąc pojąć bólu, który szybko stał się całym jego światem.
Ale nie umarł. Nie od razu. Żył jeszcze, gdy krew spływała po pochyłym dnie wanny do odpływu. Każdy świszczący oddech przynosił symfonię bólu.
Bezwładnie oparł się o zewnętrzny brzeg wanny, z lewym policzkiem przyciśniętym do zimnej porcelany. Jeden z zamaskowanych mężczyzn przeprowadził obok otwartych drzwi małą dziewczynkę – tę, którą nazywali Angel. Zerknęła do łazienki na Virgila. Twarz miała bez wyrazu.
Czuł, jak śmierć zaciska się wokół niego i spowija go niczym lodowaty koc. Mimo strachu, bólu i trwogi szybko przytłoczyły go wyrzuty sumienia. Nigdy nie powinien był dzwonić. Ale tak bardzo się bał. Zapomniał, jaki jest świat.
Gdy Angel odwróciła się, delikatnie ponaglona przez zamaskowanego mężczyznę, John Virgil wziął ostatni, rwany oddech pełen agonii.
Wszystko rozegrało się szybko. Za szybko.
Powinien był szybciej połączyć fakty, ale był zmęczony drogą i niewyspany. Trouble omal nie upuścił pistoletu Zastava M88, gdy wyciągał go z kieszeni starej skórzanej kurtki. Po długiej jeździe – jak to często bywało – miał zdrętwiałe dłonie. Po wielu godzinach zaciskania dłoni na kierownicy znów odezwał się zespół cieśni prawego nadgarstka, a do odrętwienia doszedł ból.
Przykucnął za krzakiem, odgradzając się nim od domu, przełożył broń do lewej ręki i rozruszał prawą dłoń. Dawno nie ćwiczył strzelania lewą ręką. Nie był pewien, czy trafiłby w coś mniejszego niż stodoła.
W walce na śmierć i życie chciał mieć każdą możliwą przewagę.
Napastnicy weszli zaledwie chwilę temu, ale przytłumione strzały nie pozostawiały wątpliwości: nie mógł już zwlekać. Tak, wszystko rozegrało się szybko. Nie był przygotowany. Stracił czujność. Zmęczony drogą. Niegotowy, by z miejsca ruszyć do akcji. Idiota.
W jednej chwili Trouble siedział w lesie i obserwował dom. W następnej z piskiem opon zajechał SUV. Wyskoczyło z niego czterech mężczyzn z bronią trzymaną nisko. Czterech mężczyzn w maskach naciągniętych na dolną połowę twarzy. Maskach z wyszczerzonymi zębami szkieletu.
Chwilę później byli już w środku. Za szybko i za cicho, żeby wyważyli drzwi. Czy były otwarte? A może mieli klucz?
Najpierw zgasili lampę przy wejściu. Nie robili tego pierwszy raz.
Dom stał daleko od drogi, w głębi działki otoczonej lasem. Najbliżsi sąsiedzi mieszkali około czterystu metrów dalej w obu kierunkach. Sprawdził. Motocykl zostawił zresztą w pobliżu następnego domu, tuż obok podjazdu, na niewielkiej polanie w lesie.
Nigdy nie działał po omacku. Teraz jednak nie miał wielkiego wyboru. W środku ginęli ludzie. To była egzekucja.
Musiał coś zrobić.
Potrzebowali pomocy, a on nie zdążył im pomóc.
Teraz jedyne, co mógł dla nich zrobić, to się zemścić. Ale zdaniem Trouble’a lepsze to niż nic.
Znów przełożył dziewięciomilimetrowy pistolet do prawej dłoni i wyjrzał zza krzaka. Drzwi wejściowe parterowego, rozłożystego domu wciąż stały otworem. W środku przesuwały się cienie.
Trouble podbiegł do domu i przywarł plecami do ceglanej ściany tuż obok wnęki wejściowej. Ktoś nadchodził. Wychodził z domu. Ze środka dobiegały ściszone głosy. Usłyszał coś o łuskach. Chyba: „Pozbieraj łuski”. Szykowali się do wyjścia. Sprzątali. Zbierali to, co mogło posłużyć jako dowód.
Usłyszał zbliżające się kroki, potem szurnięcie podeszwy o beton, gdy ktoś przekroczył próg. Odwrócił się, gotów ruszyć.
Facet, który wyszedł, był nieco drobniejszy od Trouble’a. Zareagował szybko, ale prawa ręka Trouble’a już była w ruchu. Opuścił ją zamaszyście i grzmotnął go rękojeścią pistoletu w bok głowy. Coś chrupnęło. Lewą ręką chwycił go za czarną wełnianą kurtkę i szarpnął do siebie.
Facet zwiotczał. Trouble odciągnął go poza pole widzenia i zostawił na plecach. Wyjął mu broń z kabury naramiennej i odrzucił ją na bok, po czym się wyprostował i przycisnął mu nos czubkiem czarnego martensa. Mocno. Tamten ani drgnął. Nie udawał.
Trouble wrócił pod ceglaną ścianę akurat wtedy, gdy próg przekraczał ktoś następny. Coś jednak było nie tak z odgłosem kroków. Szurnięcia następowały tuż po sobie. Jakby stawiał drobne, niepewne kroki. Może był ranny.
Trouble czekał, gotów zrobić to samo jeszcze raz. Uderzyć jedną ręką, złapać i odciągnąć drugą.
Ale kroki ustały.
Cisza. Chwila jakby rozciągnięta w nieskończoność. Trouble wstrzymał oddech.
– Dorian? – zawołał lekko stłumiony męski głos. – W porządku?
Cholera.
Myślał gorączkowo. Nie chciał mierzyć się z trzema przeciwnikami na otwartej przestrzeni. Ale wnęka wejściowa tworzyła wąskie gardło. Nawet gdyby stali tam wszyscy trzej, ustawiliby się jeden za drugim. Trudniej byłoby strzelać. Im. Nie Trouble’owi.
Mógł ruszyć teraz i zaryzykować albo się wycofać i spróbować dopaść ich na otwartej przestrzeni, gdy ruszą do SUV-a.
– Co się dzieje? – odezwał się drugi mężczyzna. Drugi głos. Z głębi. Wciąż w domu.
– Cii – odparł pierwszy.
Trouble obrócił się na prawej stopie, wyszedł zza rogu i uniósł pistolet oburącz, by strzelać celniej.
Na widok tego, co miał przed sobą, serce mu zamarło. Nagle zrozumiał, skąd wzięły się te dziwne kroki stawiane tuż jeden za drugim. Facet z przodu stał za małą dziewczynką. Miała blond włosy i twarz pozbawioną wyrazu, a na sobie luźną różową piżamę ozdobioną postaciami z kreskówek. Tak właśnie ją wyprowadzał: trzymał dłoń na jej ramieniu i stawiał nogi szeroko, żeby nie kopnąć jej w stopy. Coś w tym widoku – mała dziewczynka wyprowadzana z domu, dłoń na jej ramieniu – ugodziło Trouble’a w pierś jak nóż. Nie wiedział, dlaczego. I nie mógł o tym teraz myśleć. Chyba że chciał zginąć.
Za mężczyzną z dziewczynką stał jeszcze jeden zamaskowany facet. Gdzie trzeci?
Cała trójka wbiła wzrok w Trouble’a. Dziewczynka zdawała się nie dostrzegać zagrożenia, ale ci dwaj – owszem. Ich oczy rozszerzyły się nieznacznie. Mięśnie ramion drgnęły, gdy odruchowo zaczęli kierować broń w jego stronę.
– Bez ruchu – powiedział Trouble. Ten z przodu trzymał już broń uniesioną, ale mierzył w prawo, ku drugiej stronie wnęki wejściowej. Szanse miał pół na pół, ale szczęście mu nie dopisało. Nie tego dnia.
Trouble aż za dobrze wiedział, jak szybko szczęście potrafi się odwrócić.
Ten z tyłu nie trzymał broni w pogotowiu. Uniósł ją zaledwie o kilka centymetrów; wciąż była daleko od właściwej pozycji strzeleckiej. Musiałby podnieść ją znacznie wyżej, żeby strzelić ponad ramieniem kolegi.
– Mów cicho – powiedział Trouble, patrząc na tego z przodu. Facet miał czarną bejsbolówkę i maskę z czaszką; widać było tylko ciemne oczy. – Gdzie jest czwarty?
– W środku – odparł facet. Głos bez żadnej intonacji. Bez śladu strachu.
– Opuść broń. Trzymaj ją przy boku. Jeśli choćby drgnie w moją stronę, zastrzelę was obu.
Facet się zawahał. Dziewczynka podniosła na Trouble’a wzrok, niczego nie rozumiejąc. Milczała i obserwowała go czujnie. Co tu się, kurwa, dzieje? Nikt mu nie wspominał o dziecku. Właściwie nie powiedziano mu prawie nic.
Trzeci facet pojawił się w drzwiach domu, jakieś pięć metrów dalej. Trouble odruchowo przeniósł na niego wzrok. Broń tego z przodu zaczęła się poruszać, ale nie w dół. W górę. W stronę Trouble’a.
Opór spustu w M88 wynosił około czterech i pół kilograma – był niemal dwukrotnie większy niż w przeciętnym pistolecie półautomatycznym. Ponieważ dłonie Trouble’a wciąż były zdrętwiałe, pokonanie oporu spustu zajęło mu ułamek sekundy dłużej niż zwykle. Na szczęście dziewczynka była na tyle mała, a facet stał na tyle blisko, że Trouble nie obawiał się, że trafi dziecko. I nie trafił.
Pierwszy pocisk przebił mostek faceta pięć centymetrów poniżej wcięcia nadmostkowego u nasady szyi. Trouble już ruszał w prawo, gdy oddał drugi strzał do następnego napastnika. Wiedział, że chybił, ale teraz liczyło się co innego. Chciał odsunąć się od dziewczynki, żeby nie znalazła się w ogniu krzyżowym.
Biegnąc ku bocznej ścianie domu, minął faceta, którego uderzył w głowę. Nie zwalniając, strzelił mu raz w klatkę piersiową. Nie było już powodu ryzykować bez potrzeby. Nie było powodu odpuszczać ani się z nimi cackać.
Porządni ludzie nie włamują się do domów w środku nocy, żeby strzelać do ludzi i porywać małe dziewczynki.
Nie miał pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Prawie dwanaście godzin wcześniej zadzwonił ktoś, komu ufał bezgranicznie, i poprosił go, żeby pojechał do miejscowości Monument niedaleko Colorado Springs. Jego przyjaciel Dylan powiedział, że niewiele wie, ale ktoś mu bliski zadzwonił i poprosił o pomoc. Dylan był po drugiej stronie świata, ale Trouble – niecałe dziesięć godzin drogi. Czy mógłby wyświadczyć Dylanowi przysługę: pojechać tam i im pomóc?
To mu wystarczyło. Wskoczył na Triumpha i ruszył w drogę z okolic Billings w Montanie.
Teraz, biegnąc za róg domu, zastanawiał się, w co, do cholery, się wpakował. Przemykał schylony pod oknami i zwolnił, kiedy dotarł na tyły domu. Trzy strzały oddane. Sześć nabojów w pistolecie. Zatrzymał się przy tylnym narożniku, wytężając słuch. Czy ruszą za nim? Przejdą przez dom, żeby odciąć mu drogę? A może odjadą z dziewczynką?
Trouble wiedział, że dziewczynka jest kluczem do tego wszystkiego. Nie mieli jej, gdy wchodzili do domu. A teraz, o ile mógł stwierdzić, wychodzili tylko z nią.
Kiedy po kilku chwilach nikt nie ruszył za nim, odwrócił się i przeszedł wzdłuż tylnej ściany. Pochylał się pod oknami z opuszczonymi roletami lub zaciągniętymi zasłonami, a przez nieosłonięte ostrożnie zaglądał do środka.
Przez dwa okna, do których zajrzał, nie dostrzegł żadnego ruchu ani niczego istotnego. Tylko ciemne pokoje.
Wtedy usłyszał trzask drzwi samochodu, a zaraz potem drugi. Silnik zaryczał, a Trouble popędził wzdłuż boku domu ku podjazdowi. Przedarł się przez ścianę cyprysowców Leylanda rosnących przy wjeździe i zobaczył pędzącego SUV-a.
Nie miał szans wrócić do motocykla na czas. Pojazd nie miał tablic rejestracyjnych. Żadnych charakterystycznych naklejek ani oznaczeń.
– Niech to szlag – wydyszał Trouble. W zimnym powietrzu Kolorado widział własny oddech.
– Właśnie, skurwysynu – odezwał się mężczyzna z lewej. Wyłonił się zza ostatniego cyprysowca w szpalerze, mierząc do Trouble’a. – Bóg naprawdę cię przeklął.
Trouble odwrócił głowę i spojrzał na faceta. To on pojawił się jako ostatni i odciągnął uwagę Trouble’a na dość długo, by ten z przodu zdążył ruszyć bronią. Podobnie jak jego kumple nosił czapkę z daszkiem. Była czarna. Z przodu widniał emblemat: czarny dziki kot obwiedziony bielą i turkusem. Pantera. Zastygła w pół warknięcia. Jakaś drużyna sportowa. Pewnie futbol amerykański.
Między górną krawędzią maski a spodem czapki Trouble widział krótko ostrzyżone blond włosy. Oczy faceta ginęły w cieniu. Miał około metra osiemdziesięciu wzrostu. Ważył może siedemdziesiąt siedem kilo.
– Kim jesteś? – zapytał Pantera, podchodząc na tyle blisko, żeby nie chybić, ale wciąż za daleko, by Trouble mógł go dosięgnąć. Trouble tyle razy był trzymany na muszce, że stracił rachubę. Zawsze wkurzało go, kiedy w filmach bandyta podchodził tak blisko, że bohater mógł go walnąć łokciem albo pięścią. W prawdziwym życiu takie gówno się nie zdarzało. Przynajmniej nie jemu.
– Pytałem, kim, do cholery, jesteś?
– Nikim – odparł Trouble. Kiedy tamten się wyłonił, Trouble odwrócił ku niemu głowę i nadal nią nie poruszał. Nie chciał ruszyć resztą ciała. Nie chciał dać Panterze pretekstu do strzału. Tylko odwlekasz nieuniknione – odezwał się w nim drwiący głos.
– Dzwonił do ciebie Virgil? Albo któryś z Wallerów?
Trouble pokręcił głową.
– Kto jeszcze wie, że tu jesteś? – Pantera zaczynał się wściekać. Tracił cierpliwość.
– Tylko parę osób – skłamał Trouble.
Pantera zacisnął szczękę. Trouble poznał to po ruchu maski. Z ust obu mężczyzn przy każdym oddechu buchały kłęby pary.
– Dobra. Rzuć broń.
Przez lęk ściskający mu żołądek przebiła się iskra nadziei. Ugiął kolana, zaczynając klękać.
– Nie ruszaj się! – wrzasnął Pantera. – Po prostu rzuć tę jebaną broń.
– Wiesz, co to za pistolet? – zapytał Trouble. – Zastava M88. Miałeś kiedyś taki? Ten model słynie z tego, że potrafi sam wypalić po upuszczeniu. Mogę go upuścić, jeśli chcesz, ale nigdy nie wiadomo, w którą stronę poleci pocisk.
Pantera zawahał się.
Trouble nie wiedział, czy M88 rzeczywiście wypala po upuszczeniu. Wiedział, że niektóre pistolety mają tę wadę, ale nie miał pewności, czy ten model również. Był na tyle mało znany, że wątpił, by Pantera go kojarzył.
– No dobra – powiedział facet. – To powoli uklęknij i go upuść.
Trouble uklęknął, czując, jak wytarte niebieskie dżinsy napinają mu się na udach. Trzymał M88 przed sobą za rękojeść, z palcami daleko od spustu i lufą skierowaną w dół. Przed upuszczeniem wyciągnął rękę jak najdalej od ciała. Jakby bał się pistoletu. Jakby bał się upuścić go zbyt blisko. Obserwował Panterę kątem oka.
Podstęp zadziałał. Zamiast na Trouble’u Pantera skupił wzrok na M88. Lufa jego pistoletu odchyliła się od celu. Pantera mierzył teraz w punkt mniej więcej w połowie między M88 a ciałem Trouble’a. Niewiele, ale Trouble miał nadzieję, że wystarczy.
Trouble odrzucił pistolet w jedną stronę, sam zaś sprężył nogi i skoczył w przeciwną, nurkując w gęste iglaki tuż za sobą. Pantera wystrzelił dwa razy. Trouble przekoziołkował przez zarośla i po drugiej stronie poderwał się na nogi. Jeśli oberwał, jeszcze tego nie czuł.
Zamiast gnać na tyły domu, pobiegł wzdłuż szpaleru drzew, ku miejscu, gdzie po drugiej stronie stał Pantera. Zdążył zrobić trzy długie kroki, gdy facet wypadł z zarośli dokładnie przed nim, z pistoletem wysuniętym przed siebie. Trouble rzucił się na niego, lewą dłonią chwycił pistolet, a prawym łokciem uderzył go niezbyt mocno. Runęli na jedno z drzew, a potem stoczyli się z niego na ziemię.
Trouble pierwszy uderzył o ziemię, a Pantera wylądował na nim. Wciąż zaciskał lewą dłoń na pistolecie mężczyzny, ale mógł zaraz stracić chwyt. Gdyby facet zdołał podciągnąć pod siebie kolana, zyskałby przewagę i większą swobodę ruchu. Trouble nie mógł do tego dopuścić. Musiał zejść z pleców. Zamienić się miejscami. W niemal każdej bójce, jaką stoczył, przegrywał ten, kto lądował na plecach.
Trouble lewą ręką walczył z Panterą o pistolet; prawą miał wolną. Facet odepchnął się lewą dłonią od ziemi, próbując unieść się na kolana. Trouble uderzył go prawą ręką w wewnętrzną stronę łokcia. Zablokowane w łokciu ramię tamtego się załamało. Tors Pantery opadł, a Trouble niemal w tej samej chwili poderwał głowę.
Trouble z trzaskiem rąbnął go czołem w nos. Mężczyzna krzyknął i podniósł lewą rękę – żeby osłonić twarz przed kolejnym ciosem albo złapać się za zmiażdżony nos. Trouble to wykorzystał. Odepchnął go prawą ręką i wyprostował nogi, wykorzystując cały ciężar ciała.
Zamienili się miejscami. Trouble szybko przeszedł na kolana i usiadł przeciwnikowi okrakiem na biodrach, unieruchamiając mu nogi. Lewą ręką wciąż walczył o pistolet, ale prawą miał wolną. Uderzył z góry, lecz Pantera sparował cios lewą dłonią, odbierając mu całą siłę.
Wtedy lewa dłoń Pantery zacisnęła się na gardle Trouble’a. Trouble próbował ją oderwać, ale bez skutku. Słabł. Walka o pistolet pochłaniała zbyt wiele sił.
Trouble sięgnął ku twarzy przeciwnika, żeby uderzyć go w złamany nos albo wbić mu kciuk w oko. Zanim jednak dokończył ruch, głowa faceta eksplodowała z hukiem. Krew bryznęła Trouble’owi w twarz. Wzdrygnął się.
Odskoczył odruchowo, czując na twarzy szybko stygnące krople krwi. Znów huknęło i coś świsnęło mu koło głowy. Dotarło do niego, że Pantera został postrzelony. I to przez własnego kompana. Tego, który odjechał SUV-em. Stał teraz oparty o drzewo w lesie między podwórkiem a drogą i strzelał z jakiegoś karabinu.
Trouble znów przedarł się przez szpaler drzew, gdy padły kolejne strzały. Gdy tylko złapał równowagę, puścił się biegiem ku tyłom domu.
W duchu klął na własną głupotę. Puścił pistolet. Drugi zostawił w sakwie przy motocyklu.
Mnóstwo błędów. Cud, że jeszcze się nie wykrwawiał.
Okrążył tył domu i pobiegł dalej, wdzierając się w las za podwórkiem. Strzały ucichły, ale był pewien, że facet biegnie za nim. Kiedy zapuścił się jakieś dziesięć metrów w głąb lasu, zsunął się na ziemię za krzewem perukowca. Wyjrzał spomiędzy gałęzi i zaczął wypatrywać mężczyzny.
Po chwili go zobaczył. Najpierw zza rogu domu wysunęła się lufa karabinu. Potem ukazał się mężczyzna z bronią. Wodził lufą po podwórku. Trouble ocenił, że to M4 albo inny wariant AR-15. W ciemności i z tej odległości trudno było stwierdzić.
Mężczyzna w masce i czarnej dzianinowej czapce najwyraźniej postanowił dać za wygraną. Cofnął się i zniknął.
Trouble czekał, czy tamten znów się pokaże. Wytężał słuch, próbując wychwycić jakikolwiek szmer.
Po blisko dwóch minutach wstał i ostrożnie ruszył z powrotem ku domowi. Gdy dotarł do szpaleru drzew przy podjeździe, był już pewien, że tamtego nie ma. Małej dziewczynki też nie.
M88 wciąż leżał tam, gdzie go rzucił. Trouble podniósł pistolet, sprawdził komorę i magazynek. Broń była gotowa do strzału. Podszedł do Pantery i dopiero wtedy zobaczył, że tamten dostał w lewy policzek. Pocisk rozwalił mu nos i podniebienie. Gdyby strzelec zaczekał jeszcze ułamek sekundy, dłoń Trouble’a mogłaby znaleźć się dokładnie w tym miejscu.
Facet wciąż oddychał. Wciąż żył. Pocisk ominął mózg. Przy każdym oddechu krew bulgotała mu w gardle. Oczy miał zamknięte. Może zemdlał z bólu albo szoku.
Trouble zlitował się nad nim. Wycelował w głowę mężczyzny i oddał jeden strzał, wprost przez wizerunek pantery na czapce. Potem podniósł pistolet przeciwnika, na którym zostawił pełno odcisków palców, i ruszył w stronę domu. Sprawdził, czy bezpiecznik jest włączony, po czym odkręcił tłumik i schował pistolet do lewej kieszeni kurtki. Tłumik wsunął do prawej kieszeni spodni.
Musiał zakładać, że policja jest już w drodze, ale chciał jeszcze sprawdzić dom. Zobaczyć, czy w środku zostały jeszcze jakieś dzieci. Albo ktokolwiek żywy.
Znalazł tylko trzy ciała. Sami dorośli: dwaj mężczyźni i kobieta. Jeden z mężczyzn leżał w łazience, osunięty na dno wanny, z martwym wzrokiem wbitym w otwarte drzwi. Pozostała dwójka była w głównej sypialni. Mężczyznę najwyraźniej zastrzelono we śnie. Za to kobieta leżała na podłodze. Zdążyła wyskoczyć z łóżka, zanim ją zabito.
W domu nie było nikogo więcej.
Trouble zapamiętał to, co uznał za istotne, po czym wyszedł i ruszył przez las ku motocyklowi.
Choć tej nocy widział już makabryczne sceny, jeden obraz wracał do niego uparcie: mała dziewczynka, którą mężczyzna wyprowadzał z domu, trzymając dłoń na jej ramieniu.
Zanim dotarł do motocykla, wiedział już, co musi zrobić.
I wiedział, że nie odpuści, dopóki tego nie zrobi.
– Masz mi powiedzieć wszystko, co wiesz o tej jebanej robocie – rzucił Trouble, ledwie Dylan odebrał telefon.
Trouble czasem wpadał w złość. Bywał porywczy. Rzadko jednak dawał się wytrącić z równowagi. Dylan znał go na tyle dobrze, żeby po samym tonie poznać, co się z nim dzieje. Nie zdziwiła go więc długa chwila ciszy, po której Dylan odchrząknął.
– Co się stało? – zapytał.
Trouble wziął oddech. Musiał pamiętać, że to nie wina Dylana. Nie mógł sobie teraz pozwolić na żaden błąd.
– Dzwonię z automatu – powiedział. – Po twojej stronie bezpiecznie?
– Oczywiście.
– Dobrze.
Trouble wziął kolejny głęboki oddech, obserwując, jak ciężarówka z hukiem przetacza się po I-25. Stał przy bocznej ceglanej ścianie zajazdu dla kierowców ciężarówek i rozmawiał przez chyba ostatni działający automat telefoniczny w Kolorado. Niedaleko toalet wisiały dwa aparaty. W drugim nie było słuchawki. Kabel w metalowym oplocie kołysał się na nocnym wietrze.
– Słuchaj – zaczął Dylan. – Powiedziałem ci wcześniej wszystko, co wiem. Mogę jednak spróbować dowiedzieć się czegoś więcej. Pomoże mi wszystko, co powiesz o tym, co się stało.
– No. Ta sprawa jest popierdolona, stary. Nie minęło nawet pięć minut od mojego przyjazdu, kiedy podjechał SUV pełen zamaskowanych dupków z bronią. Ani chwili się nie wahali. Nie pukali. Nawet nie wyważyli drzwi. Po prostu weszli. Zaraz potem w domu padły strzały. Wiedziałem tylko, że ci goście zabijają tam ludzi. Ludzi, których prosiłeś, żebym chronił. Więc ja… – urwał, nie chcąc myśleć o tym, co zrobił.
W drodze z Monument zaczął się zastanawiać, czy nie popełnił błędu. A jeśli zabił tych dobrych? A jeśli oni tylko próbowali uratować dziecko przed handlarzami ludźmi czy czymś takim? Gardło mu się zacisnęło. Dwóch zabił własnoręcznie. To przez niego zginął trzeci.
Kiedy stało się jasne, że Trouble nie powie nic więcej, Dylan się odezwał.
– Co zrobiłeś?
Nie było w tym cienia potępienia. Jakby pytał Trouble’a, co jadł na obiad.
Trouble pochylił się, opierając lewą dłoń o ceglaną ścianę. Opuścił głowę i powiedział niemal szeptem.
– Czekałem, aż jeden z nich wyjdzie, a potem mu przywaliłem. Ale ci w środku wyczuli, że coś jest nie tak. Postanowiłem więc ruszyć na nich wprost. Wtedy zobaczyłem dziecko. Małą dziewczynkę. Wyprowadzali ją z domu. O to w tym chodzi, prawda? Wiesz, kim ona jest?
– Nie wiem. Dowiem się. Ale musisz mi powiedzieć, co się stało. Będą o tym mówić w wiadomościach? Dziewczynce nic nie jest? Jest z tobą?
– Zabrali ją. Trzech z nich nie żyje. Czwarty zwiał. Nie wiem, co zamierzają z nią zrobić. Musimy się dowiedzieć, dokąd ją zabrali. Musimy ją znaleźć.
– Dobra – powiedział Dylan. – Powiem ci dokładnie, jak do tego doszło. Dostałem telefon od byłej żony jakieś dziesięć minut przed tym, jak zadzwoniłem do ciebie. Poprosiła o pomoc, ale powiedziała, że nie może mi za dużo wyjaśnić. Tylko tyle, że jacyś ludzie mają kłopoty i potrzebują pomocy. Miała to być robota niańki na dzień, najwyżej dwa. Troje dorosłych. O dziecku nie powiedziała ani słowa.
Troje dorosłych, pomyślał Trouble. Ani słowa o dziecku.
– Ufasz jej? Nie wystawiłaby cię?
– Nie ma mowy. To moja była, ale nie ma mowy, żeby zrobiła coś takiego. Poza tym wiedziała, że to nie ja tam pojadę. Zadzwoniła tylko dlatego, że znam takich ludzi jak ty. I zanim odezwie się twoja paranoja: gdyby ktoś chciał dobrać się do ciebie, musiałby przygotować naprawdę skomplikowaną pułapkę.
– A jeśli to ją ktoś podpuścił? Skąd wiemy, że ci faceci nie odbijali dzieciaka z rąk jakichś porywaczy?
Dylan przez chwilę milczał, najwyraźniej rozważając ten scenariusz. Kiedy się odezwał, jego głos był spokojny i wyważony.
– Co ci podpowiada instynkt?
Dobre pytanie. Cała ta sprawa tak nim wstrząsnęła, że nie zdążył jeszcze naprawdę wsłuchać się w instynkt. Zwykle robił to niemal odruchowo, gdy po konfrontacji zaczynał dochodzić do siebie. Ale po tamtym burdelu w domu nawet jeszcze nie zaczął dochodzić do siebie.
W słuchawce rozległ się nagrany komunikat, że aby przedłużyć rozmowę, musi wrzucić kolejne pięćdziesiąt centów. Wygrzebał z kieszonki na drobne dwie ostatnie ćwierćdolarówki i wrzucił je.
– Jesteś tam jeszcze? – zapytał.
– Tak.
Trouble westchnął.
– Instynkt mówi mi, że zamaskowani faceci z bronią byli po złej stronie. Sposób, w jaki zabili tamtych ludzi… Ale z drugiej strony, gdybym miał dziecko i trzech dupków je porwało, sam mógłbym ich bez wahania rozwalić. Tylko że… nie sądzę, żeby to była taka sytuacja. Myślę, że ludzie w domu próbowali chronić dziewczynkę.
– Mówiłeś o trzech osobach w domu. Opisz mi je.
Trouble opisał całą trójkę. Para w sypialni, oboje pod trzydziestkę. Mężczyzna w łazience, już niemal w średnim wieku.
– Dobra. Znalazłeś przy nich coś, co pozwoliłoby ustalić nazwiska? Prawo jazdy albo paszport któregoś z nich?
– Długo tam nie byłem. Nie chciałem też grzebać i zostawiać wszędzie swojego DNA. Nie znam więc żadnych nazwisk. Ale była jedna rzecz…
– Jaka?
– No, ta dwójka w sypialni spała w ubraniach. A facet w łazience był ubrany od stóp do głów. – Trouble zamilkł, zbierając myśli.
– No?
– No, wszyscy mieli takie… nie wiem… znoszone ubrania. I źle na nich leżały. To było dziwne. Dopiero teraz to do mnie dotarło. Wiedziałem, że coś mi nie pasuje, ale nie wiedziałem, co. Teraz już wiem: ubrania. Znaczy, jedna osoba z całej trójki może mieć źle dobrane ciuchy. Ale cała trójka?
– Wyglądali na spokrewnionych? – zapytał Dylan.
– Nie. Chyba nie.
Przez kilka długich chwil obaj milczeli, rozważając to wszystko.
– Dobra, Terrence – odezwał się Dylan. Zawsze używał prawdziwego imienia Trouble’a, chyba że był na niego zły, co zdarzało się rzadko. – Biorę się do roboty.
– Ile ci zejdzie? Kiedy mogę oddzwonić?
– Daj mi parę godzin – odparł Dylan. – Dokąd jedziesz?
– Nie wiem. Jestem teraz na południe od Colorado Springs. Miałem jechać dalej na południe, do Pueblo. Może coś zjem, jak mi się żołądek uspokoi.
– Dobra. Zadzwoń za… trzy godziny. Powinienem już coś dla ciebie mieć.
Trouble odwiesił słuchawkę. Odwrócił się w stronę autostrady i patrzył, jak smugi reflektorów przecinają noc. Strumień samochodów zawsze go hipnotyzował. Najlepiej czuł się w drodze, w ruchu, kiedy asfalt uciekał mu spod kół.
Ale podczas jazdy z Monument nic z tego do niego nie wróciło. Ani nadzieja. Ani poczucie możliwości. Ani ekscytacja. Ani spokój.
Idąc w stronę Triumpha, miał nadzieję, że to uczucie jeszcze wróci.
Mężczyzna wszedł do małej kawiarni jak duch. Trouble w ogóle nie zauważyłby jego wejścia, gdyby nie dzwonek nad drzwiami, który zadźwięczał przy ich otwieraniu i zamykaniu. Przybysz był tak cichy i niepozorny, że od razu przestałby zwracać na niego uwagę, gdyby nie czekał tu właśnie na spotkanie.
Kawiarnię urządzono tak, by przypominała dom. A może kiedyś naprawdę był to czyjś dom, zanim wypruto wnętrze i przerobiono budynek na lokal. Stały tu niepasujące do siebie stoły i krzesła, do tego niedobrane obrusy i materiałowe serwetki w stonowanych kolorach.
Mężczyzna wyglądał tu jak u siebie. Miał na sobie sfatygowaną niebieską wiatrówkę o dwa rozmiary za dużą. Spod niej wystawał bladozielony T-shirt z dekoltem w serek. Całości dopełniały spodnie i buty. Brązowe spodnie wciąż miały kant i dopiero zaczynały się gnieść, za to buty wyglądały, jakby wyłowiono je ze śmietnika za lumpeksem.
Nietrudno było się domyślić, że to człowiek, z którym miał się spotkać. Na widok jego ubrań Trouble przypomniał sobie ludzi z domu w Monument. To nie mógł być przypadek.
Mężczyzna w niedopasowanym stroju omiótł wzrokiem nieliczne twarze w lokalu, po czym dostrzegł Trouble’a w rogu. Jasne, rozgorączkowane oczy zdawały się drgać w oczodołach, gdy wpatrywał się w Trouble’a.
Trouble był jedynym mężczyzną w skórzanej kurtce – tak opisał się przez telefon pośredniczce. Tamten nie miał więc innego wyboru. Nikt inny nie pasował do opisu. Mimo to mężczyzna tkwił tuż za progiem i gapił się na niego, jakby w głowie gorączkowo pracowały mu trybiki.
Trouble uniósł rękę i machnięciem przywołał go do stolika. To wyrwało mężczyznę z odrętwienia. Ruszył drobnymi, szurającymi krokami, jakby odrywanie stóp od podłogi kosztowało go zbyt wiele wysiłku. Kroki artretyka, pomyślał Trouble. Tyle że facet nie był stary. Młody też nie. Jasnobrązowe włosy mu się przerzedzały, a ich linia cofała się nad pomarszczonym czołem. Na czubku były dość długie, po bokach krótko przycięte. Nosił przedziałek po lewej, ale teraz fryzura była w nieładzie. Jakby ostatni raz przeczesał włosy kilka dni temu. Może tak właśnie było.
– Pan Mitchell? – zapytał Trouble, gdy mężczyzna podszedł.
Mitchell skinął głową.
– Pan Rubble? Terrence?
– Zgadza się. Mów mi Trouble. Usiądź.
Mitchell odsunął jedno z dwóch krzeseł po drugiej stronie stołu i usiadł. Trouble zauważył obrączkę na lewej dłoni.
– Jestem po twojej stronie – powiedział Trouble. – Dobrze? Możesz się rozluźnić. Jestem tu, żeby ci pomóc.
– Mogę zobaczyć jakiś dokument tożsamości? – zapytał Mitchell. Nie zabrzmiało to stanowczo. Ton miał niemal przepraszający, jakby żałował, że sprawia kłopot.
– Jasne – odparł Trouble, gdy podeszła kelnerka. – Napijesz się czegoś? Kawy?
Mitchell pokręcił głową.
– Dla mnie jeszcze jedna kawa – powiedział Trouble do siwowłosej kobiety w czarnym fartuchu. – Kolega dziękuje.
Skinęła głową i poszła po dzbanek z kawą.
Był środek popołudnia, ale Trouble większość ostatniej doby spędził w drodze – najpierw do Monument, teraz do tego małego miasteczka w północnym Nowym Meksyku. Zatrzymał się w Pueblo, żeby coś zjeść, a potem zadzwonił do Dylana. Zgodnie z obietnicą Dylan czegoś się dowiedział. Niewiele, ale zawsze coś. To właśnie sprowadziło Trouble’a tutaj. Do stolika naprzeciw ojca dziewczynki. A przynajmniej tak wynikało z rozmowy z kobietą, która nie chciała się przedstawić. Nie rozmawiał z byłą żoną Dylana, tylko z kobietą, która poprosiła ją o pomoc. Cała sprawa trąciła konspiracją. Trouble nie rozumiał, skąd ta paranoja. Ale miał nadzieję się dowiedzieć.
Portfel i telefon na kartę leżały na stole. Trouble wyjął z portfela prawo jazdy i podał je Mitchellowi. Mężczyzna oglądał dokument przez kilka długich chwil, po czym zwrócił go Trouble’owi.
– Zadowolony? – zapytał Trouble.
Mitchell skinął głową.
– Więc powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi? – Trouble musiał uważać. Nie znał tego faceta i nie zamierzał mówić mu, że zeszłej nocy zabił dwóch ludzi, próbując uratować córkę Mitchella. Poza tym chciał usłyszeć całą historię z pierwszej ręki. Sam nie zamierzał zdradzać żadnych informacji. Nadmierna ostrożność nieraz wychodziła mu na dobre, a w drodze do Nowego Meksyku zdołał trochę uspokoić nerwy. W brzuchu wciąż jednak czuł uporczywy lęk, którego nie umiał wyjaśnić. To uczucie zawsze tam tkwiło, jak swędzące miejsce pośrodku pleców. Niby blisko, a nie sposób dosięgnąć.
– Moja córka – powiedział Mitchell. – Potrzebuję pomocy w sprawie córki.
– Jak ona wygląda? – zapytał Trouble.
– Moja córka?
– Tak. Jak wygląda twoja córka?
Mitchell zawahał się. Opuścił głowę i, nie podnosząc jej, spojrzał na Trouble’a.
– Ma dziewięć lat. Włosy ma blond, z rudawym odcieniem. Niebieskie oczy. Jasna cera.
– Czyli poprosiłeś kogoś, żeby pomógł ci ją znaleźć, tak? – zapytał Trouble. – Kogoś, komu ufałeś?
– Nie – odparł Mitchell, kręcąc głową.
Trouble wybrał stolik w rogu przy wejściu, obok dużego panoramicznego okna. Mitchell co chwila zerkał na zewnątrz, jakby spodziewał się zobaczyć kogoś znajomego. Za szybą niewiele było widać: mały parking i zalesione wzgórze po drugiej stronie drogi.
Trouble czekał. Mitchell nie kwapił się z wyjaśnieniami.
– Dobra. Czyli nie potrzebujesz pomocy w odnalezieniu córki. Mój błąd – powiedział Trouble. – Wybacz, że zabieram ci czas. Myślałem, że skoro się spotykamy, porozmawiamy otwarcie. Że powiesz mi, na czym polega problem. Żebym mógł ci pomóc.
Mitchell pochylił się, gotów mówić, ale w tej samej chwili podeszła kelnerka z dzbankiem. Cofnął się, żeby siwowłosa kobieta mogła nalać Trouble’owi kawy.
– Dziękuję – powiedział Trouble.
Kobieta skinęła głową i podejrzliwie spojrzała na Mitchella. Nawet nie próbowała tego ukryć.
Kiedy odeszła, Mitchell znów się pochylił.
– Nie potrzebuję pomocy w odnalezieniu córki – wyszeptał. – Wiem już, gdzie jest. Wczoraj potrzebowałem pomocy, żeby ją ochronić, ale najwyraźniej nic z tego nie wyszło. A skoro dowiedziałem się, że dziś rano wróciła, nie ma chyba sensu próbować ponownie. Pewnie wiedzą już, że pomogłem im uciec. Kto wie, co mi zrobią.
– Zaraz, po kolei – powiedział Trouble. – Komu pomogłeś uciec i skąd? Gdzie teraz jest twoja córka?
Mitchell utkwił wzrok w Trouble’u.
– Jest tam, na górze – odparł Mitchell i wskazał kciukiem za siebie.
– Dobra – powiedział Trouble, wyglądając przez okno na drogę prowadzącą w góry. – To chodźmy po nią.
Mitchell prychnął i pokręcił głową. Osunął się na krześle i spojrzał na swoje dłonie.
– Nie żyją, prawda? – zapytał. – Moi przyjaciele?
– Kim byli twoi przyjaciele? Opisz mi ich.
– John Virgil. W średnim wieku. Włosy jak moje. To znaczy tak samo uczesane. Trochę brzucha. Wygląda jak agent ubezpieczeniowy. Trent i Shelly. Młodsi ode mnie. Oboje przystojni. Są małżeństwem. Shelly jest ładna, nawet z tymi bardzo krótko obciętymi włosami. Oboje mają jasnobrązowe włosy. Trent też ma taką fryzurę jak ja, przynajmniej miał, kiedy go ostatnio widziałem.
– Tak – powiedział Trouble. – Tak, chyba nie żyją.
Mitchell wydał z siebie zduszony jęk i spuścił wzrok na filiżankę Trouble’a. Długo milczał.
– A ludzie, którzy przyjechali i ją zabrali? Co się z nimi stało?
– Nie wiem – skłamał Trouble. – Chyba uciekli.
Mitchell pokręcił głową i zaczął wstawać.
– Kłamiesz. Współpracujesz z nimi, prawda?
Trouble wyciągnął rękę i chwycił go za nadgarstek.
– Dobra, dobra. Po prostu usiądź, dobrze? Powiem ci, co się stało.
Mitchell spojrzał na kelnerkę i pozostałych klientów.
– Nie zwracaj na nich uwagi – powiedział Trouble. – Nic ci przy nich nie grozi. Nikomu nie mówiłem, że tu będziemy, jasne? A ty?
Mitchell pokręcił głową i usiadł.
Trouble puścił nadgarstek Mitchella.
– Dobra. Byłem tam, ale dotarłem za późno. Nie miałem dość informacji, żeby od razu działać, więc przez chwilę siedziałem na zewnątrz i obserwowałem dom. Wtedy podjechało czterech gości w maskach i z bronią. Zanim zdążyłem coś zrobić, byli już w środku i strzelali. Kiedy w końcu ruszyłem, trzech z nich zginęło. Czwarty uciekł z twoją córką. Jak ona ma na imię?
Mitchell wpatrywał się w Trouble’a szeroko otwartymi oczami. Usta miał lekko rozchylone.
– Jak ma na imię twoja córka? – powtórzył Trouble.
– Eee… Shayna – powiedział Mitchell. – Ale większość ludzi nazywa ją Angel. Mówisz, że trzech z nich zginęło? Jak?
Trouble pokręcił głową, zastanawiając się, jak uniknąć odpowiedzi. Wtedy coś za oknem przykuło jego uwagę. Po tej samej stronie drogi, na północ od kawiarni, stała stacja benzynowa; na południe – Dollar General. Po zachodniej stronie drogi nie było nic poza stromym wzgórzem gęsto porośniętym sosnami. Wzdłuż drogi płynął szeroki, choć płytki strumień. Na wzgórzu za strumieniem coś się poruszało. Coś dużego.
Trouble odwrócił się i wyjrzał przez okno, na wpół spodziewając się niedźwiedzia wyłażącego z lasu. Niczego jednak nie zobaczył. Cokolwiek to było, przestało się poruszać. Pod drzewami rozróżniał tylko ciemne cienie.
– Na co patrzysz? – zapytał Mitchell z nutą paniki w głosie.
– Na nic. Wydawało mi się tylko, że coś się rusza wśród drzew.
Mitchell wytrzeszczył oczy. Odwrócił głowę ku oknu i spojrzał na drugą stronę drogi. Potem szarpnął się do tyłu i spadł z krzesła na podłogę.
Przez długą chwilę Trouble siedział nieruchomo, oszołomiony, wpatrując się w mężczyznę kulącego się na podłodze. W głębi sali kelnerka przeniosła wzrok z Trouble’a na Mitchella i z powrotem. Trouble tylko wzruszył ramionami, po czym ponownie wyjrzał przez okno. Ślady butów prowadziły od drzew przez jezdnię. Zostawił je ktoś, kto wszedł do strumienia. Znikały za SUV-em po północnej stronie parkingu.
– Mitchell? – zapytał Trouble. – Jeździsz srebrnym SUV-em Forda?
– Tak – odparł Mitchell z podłogi.
– Dobra. Zostań tutaj.
Trouble wstał, zostawiając na stole dziesięciodolarowy banknot za kawę. Zabrał telefon i portfel.
– Zaraz wracam – powiedział.
Wyszedł z kawiarni, trzymając prawą rękę w prawej kieszeni kurtki i zaciskając palce na rękojeści Zastavy M88. Wiosenny dzień był chłodny, ale słońce przyjemnie ogrzało mu twarz. Niespiesznym krokiem obszedł SUV-a Mitchella od tyłu, lecz nikogo nie zobaczył.
Za to na bocznym lusterku SUV-a wisiał mały różowy plecak – w sam raz dla dziewczynki w wieku Shayny. Trouble rozejrzał się, zerkając w stronę stacji benzynowej przez wąski pas zaniedbanej nowomeksykańskiej trawy. Jakiś mężczyzna patrzył na niego przez tylną szybę Jeepa, który właśnie odjeżdżał od dystrybutorów. Na tylnym siedzeniu facet wykręcił się do tyłu i gapił prosto na Trouble’a przez plastikową szybę mocowaną na suwak. Miał bladą twarz; z tej odległości zdawało się, że pokrywają ją blizny. Równie dobrze mogło to być złudzenie światła. Trouble nie był pewien.
Czarny Jeep wyjechał ze stacji. Trouble dostrzegł jeszcze dwóch mężczyzn na przednich siedzeniach. Widział właściwie tylko blade sylwetki. Wszyscy trzej zerknęli w jego stronę, zanim kierowca skręcił na drogę prowadzącą na północ, w góry.
Trouble podszedł do różowego plecaka. Zamek był lekko rozsunięty, więc wsunął dwa palce w szczelinę i otworzył plecak nieco szerzej. W środku leżała kartka. Trouble wyjął z kieszeni kurtki skórzane rękawice motocyklowe i założył je, zanim wyciągnął kartkę. Notatka.
Nie pozwól, by strach przejął kontrolę nad twoim życiem. Nie pozwól światu dyktować ci, jak masz żyć.
Możemy dać jej wolność. Możemy dać jej miłość. Możemy dać jej oświecenie.
Wróć do domu, a i ty je otrzymasz.
W plecaku nie było nic więcej. Trouble zabrał plecak i kartkę do środka. Mitchell wciąż siedział na podłodze. Cała obsługa i troje pozostałych klientów patrzyli na Mitchella.
– Zabierz go stąd – powiedziała kelnerka stojąca niedaleko kuchni.
– Chodźmy – powiedział Trouble. – Masz mi sporo do opowiedzenia.
– To plecak Shayny! – wykrzyknął Mitchell, zrywając się z podłogi. – Gdzie go znalazłeś?
Trouble nie odpowiedział. Wyszedł na zewnątrz, nie chcąc dłużej nadwerężać cierpliwości ludzi w kawiarni. Wolał, żeby gliny się tu nie zjawiły. Choć w Nowym Meksyku nie był poszukiwany, był pewien, że policja ma dostęp do jakiejś ogólnokrajowej bazy i może sprawdzić, czy na danego delikwenta wystawiono nakaz aresztowania w innym stanie. A on miał takie nakazy w co najmniej dwóch.
Trouble omiótł wzrokiem stację benzynową i parking przed Dollar General, po czym zatrzymał się przy SUV-ie Mitchella. Odwrócił się i podał mu plecak. Mitchell wyciągnął kartkę, chwycił ją oburącz i upuścił plecak na ziemię.
Mitchell przeczytał ją trzy razy – przynajmniej tyle naliczył Trouble – a za każdym razem wpadał w coraz większą histerię.
Kiedy po raz czwarty przeniósł wzrok na początek kartki, Trouble się odezwał.
– Znasz kogoś, kto jeździ czarnym Jeepem?
Mitchell milczał. W oczach wezbrały mu łzy. Trouble’owi trudno było na niego patrzeć. Czuł bijącą od faceta falami desperację. Napędzała ją miłość do córki. I właśnie przez to Trouble czuł się najbardziej nieswojo. Desperację znał doskonale. Ale tak czysta, odbierająca rozum miłość wytrącała go z równowagi. Nie wiedział, jak na nią reagować. Nagle poczuł się, jakby stał o krok za blisko uszkodzonego reaktora jądrowego.
– Mitchell! – zawołał. Mężczyzna aż podskoczył. – Znasz kogoś, kto jeździ czarnym Jeepem?
– Wiedzą, że to ja – wykrztusił. – Wiedzą, że to był mój pomysł. Jezu Boże, oni wiedzą.
– Mów do mnie, Mitch – powiedział Trouble, czując, że szybko traci z nim kontakt. – Kim oni są?
Mitchell rozejrzał się gorączkowo, kręcąc głową. Schylił się po plecak, po czym ruszył, by obejść SUV-a od tyłu. Trouble poszedł za nim.
– Gdzie idziesz?
– Byłem głupi – powiedział Mitchell. – Głupi, skoro myślałem, że ktokolwiek może mi pomóc.
– Mogę ci pomóc. Po prostu powiedz mi, co tu się, do cholery, dzieje – odparł Trouble, czując nagłe mdłości. Choć czuł się z tym nieswojo, kłopoty Mitchella przyciągały go jak magnes. Chciał pomóc mu odzyskać córkę. Nie. Nagle musiał to zrobić, nawet jeśli nie rozumiał, skąd brał się ten przymus. Wspomnienie Shayny i zamaskowanego mężczyzny przy domu błysnęło mu w głowie jak stroboskop.
Wciąż kręcąc głową, Mitchell otworzył drzwi kierowcy i wsunął się za kierownicę. Trouble przytrzymał je, żeby nie mógł ich zamknąć. Nachylił się do środka.
– Jeśli nie pozwolisz mi sobie pomóc, idź przynajmniej na policję.
Mitchell zaśmiał się raz, krótko i ostro, bez cienia wesołości. Potem wbił w Trouble’a rozbiegane spojrzenie.
– Po prostu wracaj do domu – powiedział. – Przepraszam, że zmarnowałem ci czas.
– Nie – odparł Trouble. – Chciałeś pomocy, to ją masz. Rozgryziemy to. Uwierz mi.
Mitchell próbował zatrzasnąć drzwi, ale Trouble ani drgnął. Mężczyzna pochylił się, otworzył schowek, wyciągnął srebrny rewolwer Smith & Wesson i wcisnął lufę w pierś Trouble’a.
– Odsuń się – powiedział, spuszczając wzrok na broń.
Trouble zauważył, że palec Mitchella nie spoczywał na spuście. Mógłby go bez trudu rozbroić, lecz tego nie zrobił. Cofnął się z uniesionymi rękami. Gdy tylko odsunął się od samochodu, Mitchell zatrzasnął drzwi, uruchomił silnik i wyjechał z parkingu. Skręcił na północ, w tym samym kierunku, w którym odjechał Jeep.
Trouble podjął decyzję w ułamku sekundy. Podbiegł do Triumpha, którego z przyzwyczajenia zaparkował tyłem, i wskoczył na siodło. Odpalił maszynę i ruszył z parkingu akurat, gdy SUV Mitchella znikał za zakrętem.
Prawą ręką odkręcił gaz, lewą operował sprzęgłem, a lewą stopą zmieniał biegi, aż znów zobaczył SUV-a Mitchella. Zwolnił, zachowując bezpieczny dystans. Nie miał pojęcia, co Mitchell zrobi. Gdyby facet jednak spróbował do niego strzelić, Trouble nie chciał robić z siebie łatwego celu.
Trouble uważał to jednak za mało prawdopodobne. Facet był zdesperowany, ale Trouble nie był jego wrogiem.
Jadąc, Trouble obserwował zmieniający się krajobraz. Mijali kilka domków przycupniętych na zboczach pośród świerków, sosen i osik. Większość podjazdów była gruntowa albo żwirowa. Nad koronami drzew widać było kilka eleganckich, choć rustykalnych rezydencji. Wyniesione wysoko, zdawały się panować nad krętą doliną. Po prawej mignął mu skrawek pola golfowego.
Nie miał planu. Nie wiedział, co osiągnie, jadąc za Mitchellem, poza tym, że go wkurzy. Ale nic innego nie przychodziło mu do głowy. Kimkolwiek byli ci ludzie, doprowadzali Mitchella do granic wytrzymałości. To, że tak szybko wyciągnął broń na Trouble’a, wiele mówiło o jego stanie psychicznym – nawet jeśli wcale nie zamierzał strzelać.
Mitchell z pewnością wiedział, że Trouble jedzie za nim. A jednak nie próbował go zgubić. Może rozumiał, że to niemożliwe. Żaden SUV nie był dość szybki, żeby uciec przed doświadczonym motocyklistą na maszynie takiej jak Triumph Trouble’a. W pobliżu nie było też rozległego miasta, w którym można by się ukryć. W miarę jak oddalali się od miasteczka z kawiarnią, zabudowa rzedła.
Przez niemal pół godziny Trouble jechał za SUV-em z prędkością około dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę, dopasowując tempo do Mitchella. Na każde szesnaście kilometrów zyskiwali mniej więcej sto metrów wysokości. Powietrze stawało się chłodniejsze i rzadsze. Pachniało sosnami i wilgotnym poszyciem.
Wreszcie lewy kierunkowskaz SUV-a zaczął migać, a chwilę później zapłonęły światła stopu. Trouble zwolnił, utrzymując dystans. Wąska, jednopasmowa droga, w którą skręcił Mitchell, była nieoznakowana i miała nawierzchnię z ubitej ziemi. Zdawała się piąć po zboczu, ale Trouble widział tylko pierwsze czterdzieści pięć metrów; dalej znikała między drzewami.
SUV zatrzymał się zaraz po zjeździe z szosy 64, skutecznie blokując wjazd. Trouble nie widział Mitchella przez przyciemniane szyby, ale czuł na sobie jego wzrok. Mimo to pojechał dalej i minął samochód.
Ruch na szosie był niewielki, ale Trouble nie chciał zawracać na środku jezdni. Na krętej drodze nie sposób było zobaczyć, co kryje się za zakrętem. Musiał więc przejechać prawie półtora kilometra, zanim znalazł żwirowe pobocze, na którym mógł się zatrzymać i zawrócić.
