Słowodzicielka - Anna Szumacher - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Słowodzicielka ebook i audiobook

Anna Szumacher

3,8

29 osób interesuje się tą książką

Opis

Książka potrzebuje głównego bohatera – inaczej stery przejmują postacie drugoplanowe, a to oznacza Poważne Problemy.

Nieco skołowani, ale za to bardzo zdeterminowani zabójca, minstrel i rycerz wyruszają w absurdalną podróż po luźnych wątkach, przedzierając się przez czas i przestrzeń. Wiedzcie jedno: nie cofną się przed niczym. Łącznie z wciągnięciem w całą sprawę autorki nigdy niedokończonej powieści przygodowo-fantastycznej.

Dosłownie wciągnięciem, w sam środek ledwo trzymającej się fabuły. Po tej historii możecie się spodziewać wszystkiego.

I smoków. Będą też smoki.

Wydanie poszerzone o opowiadanie Morderstwo w City Noir

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 389

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 1 min

Lektor: Sebastian Konrad

Oceny
3,8 (4 oceny)
2
0
1
1
0
Sortuj według:
toroj

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonała historia, pełna humoru i przygód. Nie można się oderwać.
00

Popularność




PROLOG

Tonął. Ewentualnie dusił się – trudno było orzec, gdy rozpaczliwie machał rękami w rzece czarnych jak noc liter i co chwilę znikał pod jej powierzchnią. Palce wpadały mu w brzuszki samogłosek, kanty spółgłosek tarły o suchą jak papier skórę. Koło twarzy przepłynął mu długi wąż bezdźwięcznego „ssssssss”. Dookoła pojawiały się i znikały czarno-białe kontury drzew, gdzieś w górze zamajaczył lecący szkielet smoka.

A potem nagle wypadł na szeleszczącą trawę, która z sekundy na sekundę nabierała barwy, miękkości, zapachu. Ostatnim, co widział, gdy wycieńczony zamykał oczy, były jednowymiarowe litery wsiąkające w wilgotną, twardą ziemię. I dwie inne ludzkie sylwetki, padające obok niego.

Wiedza powoli wnikała w jego skórę, zabarwiając ją na zdrowszy, lekko różowy kolor.

CZĘŚĆ I

Oczywiście, że wierzę wistnienie innych światów, gdyby tak nie było, życie nie byłoby interesujące. Tak samo jest zmiłością, nie widzisz jej, ale istnieje – po prostu dlatego, że wnią wierzysz.

Hayao Miyazaki

1ŚWIAT LUŹNYCH WĄTKÓW

Niebo o świcie przybrało kolor płynnego złota i wyglądało tak, jakby można było nim płacić. Płomienie pełzały leniwie po resztkach ogniska. Wśród trzasków żarzącego się drewna zabrzmiało pytanie:

– Ktoś widział dowódcę?

Pytający uzyskał odpowiedź, której chyba się nie spodziewał.

– Jakiego dowódcę?

– Weź się nie wygłupiaj! Naszego! Tego, wiesz, takiego… – Młodzieniec, który dotąd leżał wygodnie przy ogniu, teraz usiadł. Długie pasma czerwonych włosów opadły mu na plecy. – No, tego… – Rękoma próbował uformować ludzki kształt. – Wiesz przecież, jak wygląda nasz przywódca! – dokończył dziwnie poirytowany.

Jego rozmówca zamyślił się głęboko.

– Chłop na schwał? – zaryzykował. – Niepokonany w walce? Niezwykle inteligentny i sprytny?

– Właśnie, właśnie! Kojarzysz!

– Niespecjalnie – przyznał mężczyzna i zaczął grzebać patykiem w żarze. Głodny był. Nie pamiętał, czy coś piekli, ale nie znalazł żadnych resztek, więc musiał uznać wyższość smutnej rzeczywistości nad potrzebami żołądka. Podniósł głowę i skierował spojrzenie niepokojących, intensywnie niebieskich oczu na wpatrującego się w niego towarzysza.

– Po prostu tylko takiego człowieka nazwałbym swoim dowódcą – powiedział po chwili.

Trzeci, do tej pory milczący osobnik poprawił głowę opartą o wypchany worek i powiedział z dziwną zadumą:

– Słuchajcie, wiem, jak to zabrzmi, ale w naszej historii chyba brakuje głównego bohatera.

Popatrzyli na niego jak na wariata.

– Hę? – spytali jednocześnie.

– Głównego bohatera – powtórzył człowiek w półpancerzu, wyglądający na najemnika. – Dowódcy. Herszta. Księcia. Nie ma go w fabule.

– Fabule… – Niebieskooki obracał to słowo w ustach, starając się nadać mu sens.

– Skąd to wiesz? – zainteresował się czerwonowłosy chłopak, który przed chwilą dopytywał o miejsce bytności dowódcy. – Znaczy, czekaj…

Położył dłoń na piersi w miejscu, gdzie, wedle jego wiedzy, znajdowało się serce. Powinno mu coś podpowiadać, prawda? – I musimy… Musimy… – mamrotał, skupiając całą siłę woli na tym jednym problemie. – Musimy…

Ogień dogasał. Wiatr lekko szumiał w koronach pobliskich drzew. W ciszy, jaka zapadła, zrozumienie spływało na nich powoli, jak woda z lodowych sopli. Na niektórych wolniej, na innych nieco szybciej.

– Musimy go znaleźć – mruknął niebieskooki jako pierwszy. – Inaczej nie posuniemy tej całej „fabuły” do przodu. Cokolwiek by to było. – Westchnął głośno. Czuł w trzewiach, że coś jest nie tak. Nie sądził jednak, że aż tak bardzo. Jak w ogóle znaleźli się w tej sytuacji?

– Ale jak mamy to zrobić?! – Głos czerwonowłosego podniósł się o tonację. Ręce zaczęły mu się pocić z nerwów. – Ja nawet nie wiem, jak on wygląda! Ani jak się nazywa, jeśli już o tym mówimy! – przyznał wreszcie. – Dlatego pytałem! Może my w ogóle nie mamy dowódcy?! I skąd się wziąłem w waszym towarzystwie? Bogowie, ja nawet nie wiem, kim wy jesteście!

Zerwał się, spanikowany.

– Siadaj i zamknij się – poradził mu niebieskooki takim tonem, że mający zamiar rzucić się do ucieczki w dowolnym kierunku mężczyzna posłusznie usiadł i zamilkł. – A jak już przy tym jesteśmy, to zanim nam tu zemdlejesz, powiedz, jak się nazywasz – dodał, machając żarzącym się patykiem. – A dopiero potem się zamknij.

– Jestem Agni – powiedział długowłosy, odruchowo podciągając kolana pod brodę.

– Hidra. – Niebieskooki wrzucił gałązkę do ogniska i sięgnął po większy kawałek drewna. Robiło się zimno. Zimno i gorąco zarazem. – A ty coś za jeden? – zwrócił się do domniemanego najemnika.

– Mówią na mnie Erwon Jord. Wystarczy Jord – powiedział tamten.

– Arystokrata! – parsknął Hidra, słysząc podwójne imię. – Z jakiejś starej, pobocznej linii?

– Dość dawno straciliśmy prawa do tronu – przyznał najemnik. – Teraz służę na zamku jako nauczyciel szermierki i przyboczny księcia koronnego.

– Którego księcia? – Hidra zamienił pogawędkę w przesłuchanie.

– Aenaia… – odpowiedział odruchowo Jord.

– Aenaia Debonaira? – zainteresował się Agni. – Poznałem go kiedyś na zamku. Nie królewskim, musiał być w podróży. Nigdy nie byłem w stolicy.

– Jeśli naszym dowódcą rzeczywiście jest książę koronny, to mówimy o potężnie zbudowanym mężczyźnie, którego trudno pokonać w walce – przyznał ostrożnie Jord. – Co by tłumaczyło, dlaczego włóczę się po lesie, zamiast siedzieć w zamku. Jestem tam, gdzie on.

– Poza momentami, kiedy nie wiesz, gdzie jest – rzucił zgryźliwie Hidra i kontynuował: – Chyba udało nam się określić, kto odpowiada za to całe zamieszanie. Obaj go znacie, może jesteście na tej samej wyprawie.

– „Jesteście”? – Jord zauważył wykluczenie w tym słowie. – A ty, przepraszam, co? Znalazłeś się przy tym ognisku przypadkiem?

Hidra nieco zapadł się w sobie.

– Nie pamiętam – przyznał niechętnie. – Nie kojarzę tego waszego księcia koronnego. Nie wiem, co tu robię. Ale mam wrażenie, że powinienem być w jakimś zupełnie innym miejscu.

Przez chwilę wszyscy siedzieli markotni, wpatrując się w ognisko.

– To może… – odezwał się nagle Jord z ożywieniem – zacznijmy od przeszukania naszych rzeczy? A potem okolicy?

Hidrze nie trzeba było powtarzać dwa razy. Zajrzał pod piaskową luźną bluzę, jednak poza starannie pozapinaną na ramionach i tułowiu uprzężą z zestawem niewielkich noży i sztyletów nie odkrył nic niezwykłego. Metodycznie przeszedł do przeglądania dalszych części odzieży. Wysypał na ziemię zawartość kieszeni, a kiedy i tam nie znalazł nic godnego uwagi, zajął się przegrzebywaniem podróżnego worka w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek. Choć nie był pewien, jak powinny wyglądać.

Agni zajrzał do kieszonek w kamizelce, pomacał się po rękawach jasnej koszuli i poklepał po wąskich spodniach. Niezadowolony z efektów poszukiwań wyciągnął przed siebie długie nogi i popatrzył dookoła, jakby podpowiedzi mogły walać się na ziemi.

Jord przyglądał się Agniemu.

– Masz coś na bucie – powiedział w końcu i przysunął się do niego. – Właściwie to pod podeszwą.

– Wdepnąłem w coś? – jęknął Agni. – Jakby nieszczęść było mało…

– Nie do końca… – Rycerz sięgnął w kierunku jego nogi i szybkim ruchem oderwał kawałek kartki w dziwną niebieską kratkę.

– Agni Veer – przeczytał. – Podpisujesz wszystkie swoje rzeczy?

Wyżej wymieniony pokręcił zdumiony głową.

– Stary, ledwo składam litery do kupy – powiedział. – A tak naprawdę to wcale.

– Kolejny arystokrata? – Hidra zasłonił twarz dłonią. – Po polach was sieją?

– Jeśli gdzieś wśród przodków miałem arystokratę, to było to cholernie dawno temu – zezłościł się Agni. – Wychowała mnie matka, w jednoizbowej chałupie. W dachu były takie dziury, że sowy przełaziły.

Jord skinął głową i spuścił wzrok z powrotem na kartkę.

– Dobrze, że ja trochę umiem czytać – zauważył. – Osiemnaście lat. Dostałeś jakiś wyrok?

Głowa Agniego ponownie wykonała ruch z lewa na prawo i z powrotem.

– Musisz przerywać po każdym zdaniu? Co tam jest napisane? – Ponad masywnym ramieniem Jorda błysnęły wielkie niebieskie oczy Hidry. Bez wahania wyrwał świstek z dłoni towarzysza. Nabrał powietrza.

– Agni Veer, osiemnaście lat, gładki w mowie, czego nie wywalczy, to wyłga – przeczytał. – Muzykant. Niezwykle atrakcyjny wygląd i kolor włosów zawdzięcza jednemu z przodków o boskiej proweniencji. Jego związki z kobietami zawsze są skomplikowane. Ogień, który w nim płonie, jest więcej niż symbolem żarliwej natury.

Zapadła chwila ciszy.

– Ty młody jesteś. Praktycznie dzieciak… Czekaj, twój dziadek był bogiem? – zainteresował się Hidra. – No nieźle.

– Zaraz, moment! – Agni zerwał się z posłania. – Nie uważacie, że powinniśmy się jednak skupić na kwestii, skąd ta notatka wzięła się na moim bucie? Podnosić nogi, obaj!

Hidra bez sprzeciwu usiadł, by obejrzeć swoje stopy od spodu. Na podeszwach lekkich butów nie miał nic poza kurzem sugerującym wiele dni marszu, którego nie pamiętał.

– To jakiego boga masz wśród przodków?

– Aaaaachhhh! – Agni złapał się za włosy. Przynajmniej teraz wiedział, dlaczego są takiego, a nie innego koloru. Choć wolałby poznać tajemnicę swego pochodzenia od jakiejś półnagiej kapłanki, a nie w tak przyziemny sposób. – Daj mi spokój! Wróćmy do ważniejszych kwestii. Na przykład skąd to cholerstwo się wzięło. – Wskazał na karteczkę wciąż tkwiącą w dłoni Hidry.

– Tu się zgadzam. – Niebieskooki oddał Agniemu notatkę. – Ja na butach nic nie mam. Ty, jak ci tam… Jord! Kończyny w górę, już, już! I kieszenie na lewą stronę!

Rycerz, pobrzękując cicho, machnął jedną, potem drugą nogą, pokazując podeszwy butów pokaźnych rozmiarów.

– Czemu tylko ja? – W głosie Agniego słychać było urazę. – Czym sobie na to zasłużyłem?

– Czymś na pewno – mruknął Jord i wsadził ręce do kieszeni. – Au! Coś mnie ugryzło! – Wyszarpnął dłoń ze środka.

– Jednak jest jakaś sprawiedliwość… – zaczął czerwonowłosy, przerwał jednak, kiedy zobaczył dyndającą na końcu palca Jorda glinianą kulkę. Ta, poza tym, że najwyraźniej miała zęby, posiadała też sznurkowy „ogonek” z przyczepioną na końcu karteczką.

Hidra był szybszy. Zanim Jord zaczął machać dłonią, by pozbyć się intruza, oderwał niewielki świstek papieru.

– Shuk-atch – przeczytał pogrubiony napis zakończony gwiazdką. Druga taka sama znajdowała się na dole kwadratowej fiszki. – Szukajcie, a znajdziecie – doczytał drobny tekst.

Jord przestał machać dłonią, na której końcu nadal tkwił nieproszony gość.

Zanim Agni zdążył zapytać, co to niby ma znaczyć, gliniana kulka otworzyła na sekundę oko i w końcu odpadła od palca rycerza. Potoczyła się kilka stóp po ziemi i zamarła, udając całkiem niegroźny okrągły kamień.

– I co teraz? – zapytał Agni.

– Shuk-atch – powtórzył Hidra.

Na kulce otworzyło się jedno, prawdopodobnie jedyne oko i łypnęło na mówiącego.

– Te, szukacz, gdzie jest nasz dowódca? – warknął Jord, ssąc obolały palec.

Kulka mrugnęła jeszcze raz, tym razem w stronę rosłego wojownika, wyszczerzyła zęby i powoli odtoczyła się w kierunku pobliskiego lasu.

– No i co teraz? – powtórzył Agni. – Nie myślicie chyba, że polazła w stronę odpowiedzi na zadane pytanie?

Przez chwilę spoglądali na siebie bez słowa, po czym rzucili się za glinianą kulką, zostawiając dogasające ognisko.

*

Złapali shuk-atcha niedaleko jakichś zabudowań. Najwyraźniej reagował na proste: „stój!”, więc przynajmniej jedną rzecz udało im się rozszyfrować szybko, prosto i bezboleśnie. Przy bliższym badaniu odkryli, że budynek był zwyczajną, położoną przy rozdrożu karczmą.

– Nadal nie mamy pojęcia, gdzie jest nasz dowódca ani co powinniśmy robić – zaczął powoli Agni. – Kto jest za tym, by z braku innych pomysłów zalać się w trupa, czekając, aż nasze problemy rozwiążą się same? – zapytał i sam szybko podniósł rękę.

Hidra zerknął na niego, sprawdzając, czy nie żartuje, i skinął głową. Jord uznał, że i tak zostałby przegłosowany, a zresztą czemu nie, i pierwszy ruszył w stronę zajazdu.

Nie minęło wiele czasu, gdy przed każdym z nich stał kufel rozwodnionego sikacza, za którego podawanie karczmarzowi należałby się stryczek. Nie mieli jednak specjalnego wyboru, więc tylko siedzieli w milczeniu, mając nadzieję, że każdy kolejny kufel będzie smakował może nie lepiej, ale przynajmniej nie aż tak źle.

Agni wstał nagle i skierował się w stronę wyjścia.

– Muszę się odlać – skwitował pytające spojrzenia towarzyszy i zniknął za drzwiami.

Nie dane mu było delektować się chwilą i podziwiać piękno przyrody, delikatnie oświetlonej popołudniowym słońcem, gdyż zza płotu przed nim wychynął podejrzanie wyglądający staruszek.

– Taaaak… – zaczął. – To właśnie ciebie szukam!

Agni poczuł się nieswojo: bezbronny, w głupiej sytuacji i z nieco ograniczonymi możliwościami ucieczki.

– Naprawdę? – zapytał słabym głosem.

Tymczasem starzec, niemający chyba wrogich zamiarów, kontynuował w natchnieniu:

– Wyglądasz zupełnie jak swój ojciec! Masz w sobie Moc, która pragnie zostać uwolniona! Jesteś Wybrańcem! Musisz podążyć za mną!

Agni popatrzył na niego kwaśno. Zapiął spodnie, obciągnął kamizelkę i czując pewniejszy grunt pod stopami, odparł:

– Mam to w dupie.

Po czym odwrócił się i poszedł w stronę karczmy.

Usiadł z rozmachem na swoim miejscu na ławie i powiedział:

– Czuję się, jakbym właśnie zabił jakąś książkę.

Nie zdążył wytłumaczyć, o co mu chodziło, bo nagle dosiadło się do nich dwóch zdumiewająco podobnych do siebie osobników. Byli niedogoleni, w średnim wieku, a na przykurzone ubrania narzucone mieli szare płaszcze, spięte pod szyjami fantazyjnymi broszami.

– Słyszałeś o tym skarbie? – Jeden z nich zaczepił Hidrę, rozkładając na brudnym stole pergaminową mapę. Wśród licznych rysunków gór, dróg i znaków oznaczających niebezpieczeństwo w prawym górnym rogu znajdował się duży czerwony krzyżyk. – Obłowimy się po czubki uszu, ale musimy zebrać nielichą kompaniję. Mamy już maga, uzdrowiciela i tragarza, a ty wyglądasz na zacnego zabójcę. Co powiesz na to, żeby…

– Nie. – Głos Hidry nie znosił sprzeciwu.

– Ale… – zacukał się nieznajomy.

– Spadaj. Nie jestem zainteresowany – dodał niebieskooki i teatralnie odwrócił się do rozmówcy plecami, zabierając swój kufel.

Drugi z mężczyzn bełkotał w tym czasie coś do ucha Jordowi.

– Piękna księżniczka… wysoka wieża… ale pilnuje jej…

Jord nie dowiedział się, co strzeże księżniczki, bo zirytowany zepchnął natręta na podłogę. To chyba zniechęciło obcych, bo przestrzeń wokół trzech przybyszy opustoszała.

– Pilnujcie się – mruknął Hidra, ponownie siadając przodem do stołu i pochylając głowę w stronę towarzyszy. – Kręci się tu mnóstwo luźnych wątków. Oczy dookoła głowy i postarajmy się nie wypaść z właściwej fabuły, jeśli jeszcze jakąś mamy.

– Przede wszystkim pod żadnym pozorem nie dajmy się rozdzielić – dodał Jord.

Agni kątem oka zauważył upiornego staruszka, który dopadł wychudzonego pomywacza przy drzwiach i zaczął mu coś tłumaczyć. Do Agniego dotarły słowa „Moc” i „Wybraniec”. Aż nim wstrząsnęło. Odwrócił się, bo wolał nie sprawdzać, czy chłopaczek wpadnie w sidła zdziczałego motywu.

– Jest jeden problem – powiedział, odgarniając płomienną grzywkę z oczu. – Jak mamy się zorientować, która z fabuł jest tą naszą?

Przez chwilę siedzieli zadumani.

– Wracamy do pierwotnego planu – zaproponował wreszcie Hidra. – Jedno, co wiemy na pewno, to to, że jest nas za mało. Brakuje nam czwartego.

– Dowódcy.

– Przewodnika.

– Głównego bohatera.

– Kogoś, kto wie, do cholery, co się tu dzieje.

Westchnęli jednocześnie. Rozejrzeli się dookoła. Co najmniej kilkanaście osób czaiło się po kątach, łypiąc na nich żarłocznie i chcąc wcisnąć im swoje historie.

To będzie długa i pełna niebezpieczeństw droga.

*

Okazało się, że mieli rację. Nie udało im się wysiedzieć nawet do zachodu słońca, bo coraz częściej ktoś próbował wciągnąć ich w inną opowieść. Przez to, że ich własna stała się kulawa i właśnie dogorywała, byli łatwym łupem dla innych drapieżnych fabuł. Ostatecznie musieli salwować się ucieczką, kiedy w kierunku ich stolika ruszył wielki rycerz od stóp do głowy okryty czarną zbroją.

– Chciałem się tylko napić – jęczał Agni, truchtem oddalając się od karczmy. – Dlaczego nie mogę się w spokoju napić?

– Nie gadaj, tylko biegnij – przerwał mu Hidra, oglądając się za siebie. Co bardziej zdeterminowane wątki wciąż za nimi podążały. Wkrótce zostały tylko trzy.

– Paniczu, pół smoka i serce królewny! – Jednemu z nich, goniącemu za rycerzem, wszystko się pomieszało.

– Krew, to jest w twojej krwi! – wył inny, machając w stronę Agniego.

– Nie słucham was, nie słucham, lalalalala! – Niebieskooki wsadził palce w uszy i przyspieszył. – Biegiem, panowie, biegiem!

Pokonali jeszcze kilka zakrętów piaszczystej, poznaczonej koleinami drogi. W pewnym momencie wskoczyli do zarośniętego wysoką trawą rowu, mając nadzieję, że uda im się zmylić nadbiegającego przeciwnika.

Luźne wątki wypadły zza zakrętu i pognały dalej. Agni, Jord i Hidra podejrzliwie wyglądali zza chaszczy i czekali. Minęło jeszcze trochę czasu, zanim powracające wątki znowu pojawiły się na drodze, złorzecząc i wlokąc się noga za nogą.

Kiedy uznali, że nic im już nie zagraża, wyczołgali się z kryjówki pogryzieni przez owady i jeszcze bardziej poirytowani.

– To co, próbujemy jeszcze raz sztuczki z szukaczem?

– Chyba nie mamy wyboru…

Hidra sięgnął po przytroczoną do pasa sakiewkę i ostrożnie wytrząsnął na dłoń kulkę.

– Te, szukacz. – Puknął palcem drzemiący kamyk. Ten niechętnie otworzył oko.

– Szukamy dowódcy. Nasz dowódca – powtórzył Hidra z naciskiem, kładąc shuk-atcha na ścieżce. Ten zamrugał, łypnął w prawo, potem w lewo, przez chwilę kręcił się w miejscu, po czym raźno potoczył się z powrotem tą samą drogą, którą przed chwilą uciekali z oberży.

Agni zaklął, ruszając w pogoń za kulką. Złapał ją po kilku krokach i ostrożnie trzymał, by nie wgryzła mu się w dłoń.

– Pójdziemy dookoła – zakomenderował Hidra. – Jeśli rzeczywiście szukamy księcia, to już wiemy, że w karczmie go nie ma…

Czerwonowłosy bez ostrzeżenia rzucił mu małego przewodnika, kiedy poczuł ostre ząbki na skórze.

– …więc miniemy to nieszczęsne miejsce i wypuścimy go na rozdrożu – dokończył Agni, kiedy Hidra bronił się przed ugryzieniem.

Ostrożnie ruszyli przez pola, zginając się wpół, kiedy przebiegali w okolicy tętniącego fabułami lokalu.

*

Stanie na życiowych rozstajach przyjmuje czasami całkiem namacalną formę. Agni, Jord i Hidra od jakiegoś czasu tkwili na samym środku krzyżujących się dróg i rozglądali dookoła. Shuk-atch wirował pod ich nogami, robiąc coraz większe zagłębienie w ziemi, jednak wciąż nie mógł się zdecydować.

– Dowódca! – ryknął ponownie Hidra.

Shuk-atch jeszcze bardziej przyspieszył, wyleciał z dołka, pisnął i wreszcie niepewnie potoczył się najmniej uczęszczaną drogą. Mężczyźni odetchnęli z ulgą. Może na nikogo na niej nie wpadną.

Po dwóch godzinach jednostajnego marszu i wpatrywania w turlającą się kulkę Agni nie wytrzymał.

– Już nie mogę – zajęczał, wspinając się na kolejne wzgórze, łudząco podobne do kilku poprzednich. – Niech się coś wydarzy! Cokolwiek!

– Przestań zachowywać się jak dziecko! – zganił go Hidra, ocierając pot z czoła.

– Jak dziecko? Tak jakbym nie miał powodu! – warknął Agni. – Nogi mnie bolą! Utknąłem bez sensu i bez fabuły z dwoma irytującymi i przepoconymi facetami, których na dodatek wcale nie lubię! Co ja tu właściwie robię? Jak trafiłem w to miejsce? Powinienem teraz uwodzić jakąś naiwną damę dworu, niewinną księżniczkę, ewentualnie pogłębiać znajomości w pierwszym lepszym zamtuzie. A nie wędrować w poszukiwaniu…

– Myślisz, że mnie się ta sytuacja podoba? – Hidra przystanął. – Też mam tego dosyć! I was też mam…

– Ehm… – wtrącił się milczący przez ostatnie godziny Jord. – Może dokończycie to później?

– A to czemu? – oburzył się Agni. – Jak raz mówię prawdę… – zacukał się, rozglądając dookoła.

W czasie, gdy byli zajęci kłótnią, zostali otoczeni przez grupkę zbirów na koniach. Bandyci byli brzydcy jak noc, niedomyci tak, że Agni zdumiał się, iż nie poczuł ich wcześniej, ale jednak grzeczni. Na tyle, że nie przerwali kompanom utarczki słownej, tylko poczekali, aż dokończą. Może mieli nadzieję, że Agni i Hidra załatwią sprawę za nich i sami się pozabijają.

– Już? – zapytał jeden ze zbójców, pochylając się w stronę wędrowców. A musiał się pochylić, bo jego wierzchowiec był prawdziwą masywną bestią. I to jeszcze zakutą w końską zbroję, co sugerowało, że wcześniej należał do jakiegoś pechowego, choć możnego rycerza. Oczy Jorda zalśniły. Przydałby mu się taki koń bojowy.

– Szukacz, stój! – zawołał Hidra, rozsądnie uznając, że niezależnie od rozwoju wypadków, chwilę im to zajmie. Przeliczył przeciwników. Trzech, sześciu… ośmiu. Wszyscy uzbrojeni po zęby.

Zbójca także zlustrował przeciwników: chudzielec, piękniś i rycerz. Łatwy łup.

– Oddajcie nam wszystkie cenne rzeczy, to może pozwolimy wam odejść – zaproponował.

– No nie wiem, trudno będzie mi się rozstać z taką twarzą. – Agni zaprezentował się z lepszego profilu.

– Panowie, na pewno dojdziemy do kompromisu – zapewnił Hidra, podnosząc ręce. Na moment coś metalicznie błysnęło przy jego nadgarstkach. – Powiedzmy… wy zostawcie wasze konie i zabawki, a my może pozwolimy wam odejść.

Jord lekko wysunął miecz z pochwy.

– Nie? – Hidra nie zamierzał czekać na odpowiedź. Pochylił się i zaatakował pierwszy, ślizgiem wpadając między napastników.

Niesamowite, co można osiągnąć dzięki dobrze naostrzonym sztyletom w odpowiednich rękach. Przecięcie popręgów dwóm losowym jeźdźcom i zranienie zwierząt zawsze dawało ciekawy efekt na początku walki. Spadający ludzie i spłoszone konie potrafiły nieźle namieszać w szeregach przeciwnika, a dzisiaj ta sztuczka zadziałała nad wyraz dobrze. Jeden z koni wpadł w totalną panikę, stanął dęba, znokautował swojego spadającego właściciela, po czym stał się temperamentnym, chaotycznym zagrożeniem dla wszystkich i wszystkiego w najbliższej okolicy.

Jord zamachnął się i ciął najbliższego, pieszego już rozbójnika na skos przez klatkę piersiową. Ten zatrzymał się zaskoczony, a gdy krew buchnęła z rany, z wrzaskiem padł na ziemię, zwijając się z bólu.

Rycerz uderzył pięścią w napierśnik, wydał okrzyk bojowy i rzucił się na kolejnego zbójcę.

Hidra docenił pomoc, gdyż przeciwnicy mieli jednak przewagę liczebną. Okręcił się na pięcie, przywalił jednemu ze spieszonych rozbójników łokciem w brodę, po czym drugą ręką gładko dźgnął sztyletem w sam środek krtani. Wyszarpnął ostrze i skoczył dalej, nie patrząc na efekt ataku. Nie musiał.

Agni uciekł. Zanim ktokolwiek się zorientował, narzekający na zmęczenie i ból nóg boski potomek był już daleko od miejsca akcji, schowany w jakimś dołku. Pozostali byli na tyle zajęci walką, że nawet tego nie zauważyli.

Jord dorżnął tymczasem ostatniego z niefartownych zbójów i rozejrzał się, przeczesując wzrokiem okolicę. Gdzie był jego nowy, ulubiony koń? No gdzie?!

Hidra także patrzył po pobojowisku. Poza gniadym olbrzymem jeszcze dwa inne wierzchowce uciekły, ale i tak mieli o pięć koni więcej niż wcześniej. W sumie był to udany dzień. Zerknął na walające się po trakcie zwłoki. No dobra. Zależy dla kogo.

Przykucnął i zaczął metodycznie czyścić zakrwawioną broń o ubranie jednego z przeciwników. Książę koronny Aenai, lub ktokolwiek inny, kogo szukali, mógł poczekać. Jego kompani mogli poczekać. Cholera, cały świat mógł czekać, ale o broń musiał zadbać natychmiast.

*

Agniego znaleźli dopiero po jakimś czasie, gdy drzemał wśród pagórków, schowany pod niewielkimi krzakami.

– Jedźmy i znajdźmy naszego dowódcę – zażądał rycerz, kiedy szczerym kopniakiem obudził śpiącego kompana. Jak można było przespać walkę? Taką porządną, dobrą walkę? Trochę cudzej krwi, element sprawiedliwości i zmniejszenie przestępczości w okolicy były jak miód na serce prawego wojownika.

Agni ziewnął, przeciągnął się i potrząsnął głową, wciąż rozespany, masując obolały bok.

– Z prawdziwą przyjemnością popatrzę, jak wy dwaj przeklepiecie jego zakazaną mordę. Znaczy, kiedy już na niego trafimy – powiedział wreszcie, nadal nie mogąc sobie przypomnieć, jak owa morda wyglądała.

– Należy mu się za to, że nas porzucił w tej fabularnej dziurze – przytaknął Hidra.

Jord złapał za łęk siodła i podciągnął się na grzbiet wybranego wcześniej wierzchowca. Nie udało mu się złapać najlepszego z koni, ale komfort ich podróży i tak znacząco się poprawił.

– To uruchomcie szukacza i wio.

2ZAGINIONY ROZDZIAŁ

Kiedy wyszli z zamku, Hidra powiedział:

– Co?

– Jakiego zamku? – zdumiał się Agni. – Nie pamiętam żadnego…

Odwrócił się. Zamczyska nie dało się nie zauważyć – było wielgachne i ponure.

– Cholera, chyba pominęliśmy jakiś rozdział – skwitował Jord. – Musimy wrócić.

– Nie musimy! – zaprotestował Agni. – Zobaczcie, jeśli z niego wyszliśmy i nadal jesteśmy we trzech, to znaczy, że w środku nie było nic ciekawego. Ani tym bardziej naszego głównego bohatera.

Pozostała dwójka przez chwilę myślała nad tym, co powiedział ich towarzysz.

– Nie, jednak nie da rady – doszedł do wniosku Jord. – Trzeba zobaczyć, czy ktoś tam nie potrzebuje pomocy.

Hidra wahał się.

– Może za pierwszym razem przeoczyliśmy jakąś wskazówkę, która powie nam, co się tu właściwie dzieje i gdzie jest nasz dowódca? – zaryzykował.

– A może wbiją nasze głowy na pale, jak wrócimy w miejsce, gdzie przed chwilą narobiliśmy jakiegoś strasznego zamieszania? – próbował ich powstrzymać Agni.

– Pamiętasz jakieś straszne zamieszanie? – zainteresował się Jord.

– Nie. – Agni pokręcił głową. – Ale zapach spalenizny i czarne ptaki krążące nad podwórcem jeszcze nigdy nie znaczyły nic dobrego.

*

Wielkie ognisko z halabard i krzeseł powoli dogasało na dziedzińcu. Ludzie walali się wszędzie: na ławach, na wąskich kamiennych korytarzach, a jeden z paziów jakimś cudem zawisł na ciężkim pozłacanym żyrandolu. Jord, Hidra i Agni przez dłuższą chwilę maszerowali w totalnej ciszy. W końcu Agni wybuchnął:

– I ominęła nas taka impreza?

Jedno z mijanych ciał podniosło się ciężko i popatrzyło na nich nieprzytomnie. Skupiło wzrok.

– Łooraaa… nyyy… Joooord. Pijeeeemyyy… – wybełkotało.

– Wygląda na to, że całkiem czynnie w niej uczestniczyliśmy. – Hidra wysoko uniósł nogę i przekroczył zalanego w trupa strażnika. – I patrząc na to, jak wygląda cała reszta towarzystwa, jestem z nas więcej niż dumny. Macie coś ciekawego poupychanego po kieszeniach, co mogłoby nam powiedzieć, jak tu trafiliśmy i co w tym zamku tak szaleńczo świętowano? Jeden zupełnie przeciętny człowiek mógłby teraz zdobyć tron, skarbiec i księżniczkę. Tylko dlatego, że byłby trzeźwy.

Przez chwilę przeszukiwali kieszenie.

– Mam kilkanaście złotych monet, wejścia w posiadanie których sobie nie przypominam – podsumował Hidra. – Poza tym dużo ostrej broni, ale własnej.

– Na wpół ogryzioną nogę z kurczaka… – wyliczał Agni. – Kilka srebrnych monet… grzebień i… – Do połowy wyciągnął różowy jedwabny materiał, wyhaftowany na brzegu. Lekko zmieszany wcisnął go z powrotem do kieszeni spodni. – A poza tym w normie, nic, czego bym się nie spodziewał.

Najciekawsze okazały się łupy Jorda.

– Pieniądze, których wcześniej nie miałem, dwa nieduże klejnoty i… – Na wyciągniętej ręce pokazał im coś, co wyglądało jak olbrzymia rybia łuska. – Albo mają tu bardzo dobrze zaopatrzone jeziora, albo skrzywdziliśmy jakiegoś smoka – zaryzykował stwierdzenie, oglądając płaski owalny przedmiot.

Kiedy we trzech debatowali nad istnieniem, a właściwie już nieistnieniem potencjalnego smoka, na kamiennej posadzce dało się słyszeć lekkie kroki. Zza rogu wychynęła niewiasta w bogato zdobionej wrzosowej sukni, idealnie pasującej do koloru jej fiołkowych oczu. Zatrzymała się skonsternowana, a potem spłonęła krwistym rumieńcem, podkreślającym jej młodzieńczą urodę i wrodzoną niewinność.

*

– Co tu jeszcze, do jasnej cholery, robicie?! – darła się chwilę później, przygważdżając Hidrę do ściany stopą w złoconym trzewiku. – Nie tak się umawialiśmy!

Agni zamarł, kiedy suknia zsunęła się ze zgrabnej nogi aż do połowy uda i, och, jakże zazdrościł Hidrze! Marzył, by być na jego miejscu. Cieszył się jednak tym, co miał, i spozierał łapczywie na obleczoną kosztowną pończochą łydkę. Bardzo zgrabną, choć naznaczoną wzorem zielonkawych łusek po zewnętrznej stronie wspomnianego już uda.

– Chyba znalazłem naszego smoka… – powiedział słabo.

Dziewczyna opuściła nogę i wygładziła materiał sukni. Hidra odlepił się od muru.

– Ciszej trochę, ściany mają uszy! – warknęła. – Chcecie narazić waszą cudem uratowaną księżniczkę?

Księżniczka. To wiele wyjaśniało. Ale nie wszystko. Hidra nabrał powietrza.

– Słuchaj, odwaliliśmy kawał roboty i zdaje się, dostaliśmy wynagrodzenie, ale my też mamy swoje problemy. Potrzebujemy jakiegoś namiaru na maga, jasnowidza, wieszczkę, czarownicę… – Głos Hidry brzmiał tak przekonująco, że Agni prawie uwierzył, iż tamten wie, o czym mówi. – Wskażesz nam drogę i już nas nie ma.

– I nie mogliście o tym wspomnieć przez trzy dni dzikiej popijawy, kiedy cała ta hołota tańcowała dookoła kawałka mojego ogona? – zdumiała się księżniczka.

– Ogona… – Agniego ogarniało coraz większe pragnienie, by się dowiedzieć, jak wyglądało kilka ostatnich dni z ich życia.

– Nie mogliśmy, byliśmy zajęci piciem – odpowiedział Hidra, zastanawiając się, na ile konfabulacji może sobie bezpiecznie pozwolić.

– Tyle o nas, a co ty robiłaś przez ostatnie dni, łaskawa pani? – wtrącił się Agni, próbując objąć księżniczkę w pasie. Złapała go za nadgarstek i wykręciła tak, że odruchowo ukląkł, piszcząc z bólu.

– Nigdy się nie uczysz na błędach? – Puściła go. – Znaj swoje miejsce.

Ruszyła przed siebie. Odwróciła się i popatrzyła, wciąż poirytowana, na trzech mężczyzn.

– No co tak stoicie, chcecie tę magiczkę czy nie?

Odruchowo pokiwali głowami i grzecznie podążyli za księżniczką.

– Co robiłam przez ostatnie dni…? – zastanawiała się na głos, wędrując kolejnym wąskim korytarzem. – Od czego by tu zacząć…

– Od początku! – wyrwało się Jordowi.

*

– Podążamy za szukaczem, bo to chwilowo jedyny pewnik, jaki mamy – myślał głośno Hidra, rysując patykiem abstrakcyjne kształty na ziemi. – O ile oczywiście wszyscy należymy do tej samej fabuły. – Popatrzył podejrzliwie na resztę.

– Po jaką inną cholerę bym się z wami wlókł, gdybym nie tkwił w tej samej linii fabularnej? – odparł Agni.

W sumie miał rację. Hidra już od jakiegoś czasu zastanawiał się, co robi w tej wesołej kompanii, i chyba tylko nadrzędny imperatyw mógł go do tego zmusić. Nie był sobie w stanie wyobrazić innego powodu, dla którego porzuciłby ekscytującą, elitarną i dobrze płatną pracę. Przecież nie ze względów towarzyskich.

Jego rozmyślania przerwał cichy trzask łamanej gałązki. Bez namysłu wyciągnął z zanadrza sztylet i wycelował w stronę krzaków. Coś tam tupało i szeleściło. Kiedy kilka minut później z chaszczy wyczołgała się młoda kobieta w długiej sukni, zdumiony opuścił broń.

– Um… – Obrzuciła trzech mężczyzn krytycznym spojrzeniem. – Nie jesteście bandytami?

Po tym pytaniu zapadła cisza, podczas której zapytani zamyślili się głęboko nad tym, czy gdyby byli bandytami, toby się do tego przyznali.

– Nic mi o tym nie wiadomo. – Pierwszy ocknął się Agni. – Pani.

– To dobrze – odetchnęła. – Potrzebuję bohaterów do zabicia smoka, a wy wyglądacie na takich, co sobie z tym poradzą! – wyrzuciła z siebie.

Hidra, człowiek interesu, od razu przeszedł do konkretów.

– Co będziemy z tego mieć?

Dziewczyna milczała przez chwilę.

– Rozumiem, że sama przygoda was nie interesuje?

– Dziękuję, mamy już własną.

– W takim razie co powiecie na pieniądze? Złoto, klejnoty, to się zawsze przydaje w podróży.

Hidra zastanowił się. Tak, ich sytuacja finansowa nie przedstawiała się najlepiej. Mogli przynajmniej wysłuchać propozycji.

– Zapraszam.

Dłonią wskazał miniaturowe obozowisko.

– Jestem Jolanda – powiedziała dziewczyna. – Księżniczka Jolanda. Kiedy miałam czternaście wiosen, zostałam porwana przez smoka. Taka jest przynajmniej wersja oficjalna – zaczęła swoją opowieść, wygodnie rozsiadając się przy ognisku.

Z bliska było widać, że jej suknia jest za ciasna i rozchodzi się w szwach, rąbek i rękawy poszarpane, a wrzosowy materiał wyblakły i miejscami mocno przybrudzony.

– Teraz mam wiosen siedemnaście i chyba właśnie wyszłam z okresu buntu – uzupełniła. – Znudziło mi się mieszkanie w jaskini. Tęsknię za kolorowymi muślinowymi sukniami. Wygodnym łóżkiem. I baraniną, która nie biega i jest podawana bez wełny. Potrzebuję bohatera, który uratuje mnie z niewoli smoka i dostarczy na zamek księcia ojca.

– Nie możesz po prostu pójść do zamku? – zdziwił się Agni, jako że dziewczę bez problemu przyszło chociażby do ich tymczasowego obozowiska.

– Nie mogę, bo najpierw trzeba zabić smoka – wyjaśniła cierpliwie. – Sytuacja, gdy księżniczka biega sobie swawolnie po polach, bez pilnującego jej gada, zrodzi za dużo niewygodnych pytań. A sama go uchlastać przecież nie mogę. – Jakby na potwierdzenie przejechała paznokciem po przedramieniu. Pod skórą zarysował się delikatny wzór z łusek i zniknął.

– To rodzinne? – zainteresował się Hidra, pochylając z wyraźnym zaciekawieniem i oglądając rękę księżniczki z bliska. – Muszę przyznać, że pierwszy raz się z czymś takim spotkałem.

Agni i Jord zerkali na siebie zakłopotani za plecami zabójcy.

– Idzie po linii kobiecej – odpowiedziała Jolanda, odtrącając dłonią dźgający ją palec Hidry. Rozdrażniona popatrzyła na pozostałych dwóch mężczyzn. – To ja jestem tym smokiem, tak? Umiem się zamieniać w wielką, rogatą, pokrytą łuskami bestię, tak? Palę wioski, zjadam mieszkańców, takie rzeczy. Potrzebuję kogoś, kto odetnie mi kawałek ogona, kiedy się przemienię. Potem go opalimy, powiemy, że otruliście czymś smoka i wybuchł. Księżniczka zaś cała i zdrowa wróci w ramiona stęsknionych rodziców, a dokładniej rzecz biorąc, niczego nieświadomego księcia i matki smoczycy. Tak?

Hidra twierdząco kiwał głową, z rękoma założonymi na piersi. Agni i Jord przez chwilę patrzyli na nią z otwartymi ustami. Wreszcie odezwali się jednocześnie:

– Aaaaaaaaaa… Trzeba było tak od razu!

*

Hidra rozrysowywał na oczyszczonej ziemi schemat składający się z kresek i kropek.

– Jola… znaczy, księżniczka Jolanda zmieni się na nasz znak. Czy zachowasz przytomność umysłu, czy się na nas rzucisz? – zapytał, odkrywając nagle nowo powstały problem.

– Na pewno będzie mnie kusiło, ale powstrzymam się – odpowiedziała księżniczka. – Szczególnie że nie jestem wielbicielką wykałaczek, a ty składasz się z nich w zatrważająco dużej części. – Wskazała na uzbrojonego po zęby Hidrę. – Tamten jest zapakowany po uszy w metal. – Machnęła drobną dłonią w kierunku Jorda. – A ten… – Popatrzyła na Agniego. Pociągnęła nosem, węsząc przez moment. – Ten jest dziwny i mam wrażenie, że mógłby mi zaszkodzić.

Agni popatrzył na nią wzrokiem zranionego jelonka.

– To dobrze czy źle, że jestem dziwny? – zapytał.

– Nie jedz go, ma boskie korzenie – uprzedził Hidra. – Na pewno jest trujący.

– A jakiż to bóg zaszczycił twoją przodkinię swoją obecnością? – zainteresowała się księżniczka Jolanda.

– Prawdopodobnie nie najmądrzejszy – przyznał Agni. – Ale przynajmniej był przystojny.

– Zupełnie jak ktoś, kogo znam – mruknął Hidra z przekąsem. – Możemy wrócić do planowania? Jord, ty zajmiesz się ogonem, masz najwięcej siły i naprawdę porządny miecz. Agni, w razie czego będziesz biegał przed jej pyskiem, więc twoja rola ogranicza się przede wszystkim do odwracania uwagi. Nie daj się sfajczyć.

– Fantastycznie, a ty? – spytała przynęta w postaci boskiego potomka.

Hidra już chciał odpowiedzieć, że będzie siedział za skałą i robił notatki, ale powstrzymał się w ostatniej chwili.

– Ja będę się czaił tutaj. – Pokazał na gryzmoł mający przedstawiać strome wzgórze. – Na pewno jest wyższe niż twoja smocza postać? – zwrócił się do księżniczki.

Ta pokiwała głową.

– Tak mi się wydaje. Poza tym nie mam skrzydeł, więc mała szansa, żebym wzbiła się w powietrze. Gdybym wpadła w szał, będę najwyżej podskakiwać.

– Będzie ziać ogniem i podskakiwać, a ja będę robić za przynętę – jęknął Agni. – I co jeszcze?

Został zignorowany.

– Ja w takim razie przyczaję się i jakby co, zaatakuję z góry. Czy jest jakiś sposób, by zamienić cię z powrotem w człowieka, czy musi to nastąpić świadomie? – pytał Hidra.

– Nigdy wcześniej nie miałam problemu z kontrolą emocji, utratą świadomości czy przemianą – oświadczyła pewnie Jolanda. – Ale też nikt wcześniej nie próbował… – Zacięła się. – No dobra, był jeden… no, kilku… nastu, którzy chcieli usiec smoka i uratować księżniczkę, ale teraz z własnej woli chcę zakończyć swój smoczy etap!

– Nie chcę wiedzieć, jak skończyło tych kilku… nastu, prawda? – zapytał Agni, domyślając się odpowiedzi.

Księżniczka bardzo obrazowo przedstawiła gestami scenkę płonących i biegających rycerzy.

– Bum, aaaaaa, arghhh, puf! – zakończyła, rozkładając szeroko ręce.

– Wspaniale – podsumował młodzian z grobową miną. – Mam nadzieję, że mój przodek, poza ładną buzią, miał jednak jakiś popisowy boski numer. Na przykład powstawanie z popiołów.

Hidra podniósł się z kolan.

– No dobra, zbieramy się – powiedział, robiąc kilka przysiadów. – Ubijemy smoka, uratujemy księżniczkę i jeszcze tego samego wieczora załapiemy się na jakąś ucztę w zamku. Dobry plan?

Jord pokiwał głową. Zajdź potwora od tyłu i obetnij mu ogon. Prosty rozkaz, był w stanie go wykonać. Zwinny i wyćwiczony Hidra pomoże, atakując w razie czego z góry, jak drapieżny ptak. A Agni po prostu ma nie dać się zabić. Poza tym smok był chętny do współpracy. Co może pójść nie tak?

*

Całkiem dużo może pójść nie tak, myślał Agni. Śmierć w płomieniach jest bardzo nie tak. Rola kawałka sera w pułapce jest bardzo nie tak. W ogóle cała ta fabuła wymagała sporych poprawek. Co właściwie było celem ich dziwacznej podróży? A tak, znalezienie dowódcy. Po co był im dowódca? Może w ogóle go nie potrzebowali? Świetnie radzili sobie bez niego… Popatrzył w ślepia smoka, a potem na przyczajonych w bezpiecznej odległości towarzyszy. No, przynajmniej niektórzy z nich.

Pociągnął nosem. Mógłby przysiąc, że dookoła smoczej jaskini był wyczuwalny zapach spalenizny. I to całkiem świeżej. Pewnie księżniczka przed wyruszeniem na poszukiwanie bohatera przekąsiła jakąś biedną owieczkę. Ewentualnie pastuszka.

– Czy to aby na pewno dobry pomysł? – zadał retoryczne pytanie leżącemu przed nim pyskowi smoka. Gadzina zamrugała i beknęła w odpowiedzi. Ach, więc smród spalenizny, siarki i rozkładu wydobywał się spomiędzy zębów smoczyska.

A jeszcze przed chwilą na jego miejscu stała taka śliczna i niewinna dziewczyna. Kiedy doszli do pieczary, przeprosiła ich na chwilę i udała się do jaskini, by zdjąć suknię i nie gorszyć ich swoją nagością. Agni na pewno nie czułby się zgorszony.

Teraz Jolanda leżała przed nim całkiem naga, ale jednak to nie było to samo. Wielkie zielone łapy z potężnymi szponami, pokaźne kolce na grzbiecie, dwa rzędy ostrych jak sztylety zębów i ten oddech – to mogłoby zniechęcić największego amanta na świecie.

Redakcja: Ewa Białołęcka

Korekta: Małgorzata Kuśnierz

 

Projekt okładki, ilustracja wykorzystana na I stronie okładki: Agnieszka Zawadka

 

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydrukowano w Polsce

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-707 Warszawa, ul. Floriańska 14 m 3

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

 

ISBN 978-83-67341-26-4