Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy w życiu naszej bohaterki wszystko ułoży się po jej myśli? Z czym jeszcze, do cholery, będzie musiała się zmierzyć?
————–
Maria Dee robi wszystko, co w jej mocy, by pozbyć się nadnaturalnych elementów ze swojego życia, jednak z jakiegoś powodu nadnaturalne elementy nie chcą się odczepić od niej. To napada na nią wrzeszcząca żaba, to Maria prawie dokonuje magicznego samozapłonu – ot, zwykły wtorek. W sumie mogłaby się już przyzwyczaić. Chociaż nie, w końcu jej życzeniem jest wrócić do tego, co kiedyś. Do Idealnego Planu na Życie. Albo chociaż do względnej normalności. Jednak zamiast tego musi wepchnąć gdzieś między wykłady byłą królową piekła, lokalny kowen czarownic, umowę z mroczną boginią, wściekłego archanioła i nowo przebudzoną moc, nad którą kompletnie nie panuje, a która zapewne zabije ją jeszcze przed sesją egzaminacyjną. Krótko mówiąc, Maria marzy o tym, by ktoś ją przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze; tyle że jej ukochany Zagam zniknął wraz z Lucyferem i pojawienie się któregokolwiek z nich zamiast ukojenia zwiastowałoby zapewne kolejne problemy. Magia rani, magia kąsa, ale przede wszystkim cała ta magia cholernie Marię irytuje.
—————
A dla ukojenia nerwów do ostatniego tomu trylogii dołączymy dla Was terapeutyczną kolorowankę, którą stworzyła Małgorzata Lewandowska
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 349
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: W kręgu almagii (Cykl Marii Dee: tom III)
Autor: Anna Szumacher
Copyright © Anna Szumacher, 2025
Copyright © Wydawnictwo IX, 2025
Copyright for the cover art ©
by Joanna Widomska & Wydawnictwo IX, Kraków 2025
All rights reserved.
Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX
Redakcja: Marta Sobiecka
Korekta: Anna Hrycyszyn
Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński
Ilustracja na okładce: Joanna Widomska
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, za wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.
Wydawnictwo IX
wydawnictwoix.pl
Kraków 2025
Wydanie I
ISBN 978-83-68257-82-3
Tę książkę dedykuję kawie. Kocham Cię.
Bez Ciebie by nie powstała.
Nice to meet you, where you been?
I could show you incredible things
Magic, madness, heaven, sin
Taylor Swift, „Blank Space”
Czarownica nigdy nie powinna się obawiać, nawet w najciemniejszym lesie, tłumaczyła jej kiedyś babcia Weatherwax, ponieważ w głębi serca wie, że najstraszniejszą istotą w tym lesie jest ona sama.
Terry Pratchett, Zimistrz
Ropucha nadęła się, otworzyła szeroki pysk i rzuciła z wyraźnym, południowym akcentem:
— Przyjdziesz wreszcie, księżniczko, czy mamy ci rozwinąć czerwony dywan?
Marię zatkało, a ropucha, wciąż tkwiąca na głowie tego pieprzonego kota, dodała z wyczuwalnym wyrzutem:
— No ileż można czekać?
Marię zatkało bardziej. A potem zrobiła to, co ostatnio czyniła nagminnie: udała, że problem jej nie dotyczy. Ba, wiadomo powszechnie, że gadające ropuchy nie istnieją, a jeśli coś nie istnieje, to znaczy, że Maria nie musi się tym przejmować.
Więc po prostu poprawiła pasek przerzuconego przez ramię plecaka, po czym ruszyła dalej chodnikiem, kompletnie ignorując i kota, i płaza.
I wtedy, mogłaby przysiąc, że to ropuchę zatkało na dobre. Cóż, ale to też nie był problem Marii, która nie uciekała, wcale nie, skądże, tylko… no… zdecydowanym krokiem właśnie znikała za rogiem, obiecując sobie solennie, że zmieni trasę powrotu do domu, nawet jakby miała nadłożyć kilometr i to pod górę, by już nigdy nie trafić na ten pokręcony zwierzęcy duet.
* * *
W kolejnych dniach Maria ograniczyła do minimum wychodzenie z domu, uznając, że w ten sposób problem gadającej ropuchy rozwiąże się sam. No, ale nie mogła siedzieć w mieszkaniu wiecznie. Już pomijając zakupy spożywcze, bo te, starym sposobem Harukiego, zaczęła zamawiać z dowozem, jednak w końcu musiała ruszyć dupę, choćby na uczelnię. Nie po to przeżyła Kindreda i uciekła spod noża Michaelowi, paktując w tym celu z boginią ciemności – przez co teraz, jak mniemała, gadały do niej ropuchy – żeby zawalić trzeci rok studiów. No, kurwa, nie.
Więc kiedy nadeszła jesień, a wraz z nią pierwsze zajęcia, Maria karnie udała się do autobusu i właśnie raźnie maszerowała przez park, mijając Prince Hall Memorial, kiedy spod przystrzyżonego krzaczka usłyszała wyraźny skrzek: „Hej! Ty! Blondyna!”.
Potknęła się lekko i przez moment starała się unormować krok. Uparcie udawała, że to przez gałązkę na ścieżce, a nie skaczące za nią i wrzeszczące żabsko. Przyspieszyła. Miała dłuższe nogi niż to zielone cholerstwo, nie da się przegonić żabie! Ruchliwą Massachussets Ave przecięła po pasach praktycznie biegiem, minęła niewielki Gannett House i popędziła w lewo, szeroką ścieżką wytyczoną między Hemenway Gymnasium i Austin Hall. I nawet nie miała nierównego oddechu, kiedy wpadła sporo przed czasem do budynku zajmowanego przez wydział prawa. No, regularne ćwiczenia jednak na coś się przydawały!
Gdy w końcu przysiadła, udając, że zajmuje się studiowaniem, no jasne, jak wszyscy inni „normalni” studenci, zadumała się nad swoją obecną sytuacją. Co ona ma zrobić z tą cholerną żabą? To poprzednie, to raczej była ropucha, czy teraz wszystkie płazy w mieście będą za nią nawoływać? Przecież ona tego nie przetrwa, niechybnie zwariuje… Czy mogłaby się przed nimi jakoś ukryć? Przefarbować? Wyjechać gdzieś, gdzie nie ma żab, na Saharę chyba… A w ogóle one chyba zimują, kiedy zimują żaby? Pewnie, jak wskazuje nazwa, zimą, przymrozki, te sprawy. Nie może czekać ze swoim życiem do przymrozków! Więc jednak ukryć się, może magicznie… Zaraz, w sumie miała w domu księgę od Agiela, na pewno jest tam zaklęcie ukrywające!
Zamarła z brodą opartą na dłoni i przez chwilę wyrzucała sobie od idiotek. Tak, no świetnie, miała unikać tego szajsu, a nie się w to głębiej pakować, to było jak kopanie własnego grobu… No ale, z drugiej strony, umiała w książki i dzięki magii udało jej się uratować życie Zagama, nie mówiąc już o tym, że nie musiała się przejmować zmarszczkami i ewentualną siwizną, a w otaczającej ją rzeczywistości osiwieje ze stresu raczej wcześniej niż później… Jedno małe zaklęcie ukrywające ją przed magicznymi stworzeniami chyba nie zaszkodzi, nie? Co najwyżej może pomóc.
Tym postanowieniem osiągnęła pewien pułap spokoju i mogła się wreszcie skupić na wykładzie, którego połowę już przeoczyła. Oj, dobrze się zapowiadał ten rok akademicki, po prostu wyśmienicie.
Opcji, by zatrzymać się i wysłuchać, co żabsko miało właściwie do powiedzenia, nawet przez moment nie brała pod uwagę.
* * *
Och, jakże żałowała tego popołudnia, że nie może zrobić Zagamowego „tu i tam” i przeskoczyć od razu do mieszkania. Po pierwsze, bo pogoda się zepsuła i znikąd lunął zimny deszcz, dodatkowo podrasowany porywistym wiatrem. Zupełnie jakby niebo pękło w pół i to podczas poważnej awarii hydraulicznej. Po drugie, bo wszędzie teraz było mokro, na trawnikach stały kałuże, a Maria mogłaby przysiąc, że na jej drodze do domu będą czatowały wszystkie lokalne płazy, z ambystomą tygrysią włącznie i nie, nawet nie chciała wiedzieć, skąd wie, że to też jest płaz żyjący na terenie Ameryki. I Kanady, nie zapominajmy o Kanadzie.
W końcu, kiedy ulewa trochę zelżała, szczelnie zapięła torbę i wyległa ze sporą grupą pierwszoroczniaków, mając nadzieję, że w tłumie nie tylko się ukryje, ale ewentualnie, że te tupiące i depczące stopy skutecznie odstraszą wszystko, co chciałoby do niej przemawiać z poziomu ziemi.
I – dosyć zaskakująco, bo spodziewała się najgorszego – ten plan się powiódł i jakimś cudem udało jej się dotrzeć do domu z lekko przemoczonymi butami, ale bez żadnych nadnaturalnych stalkerów upierających się, że „muszą porozmawiać”. Co, niestety, znowu przypomniało jej o Zagamie, no ale on przynajmniej stalkował ją po terenie kampusu z kawą, a żaby tylko na nią wrzeszczały, jak ciotka z Teksasu. Cóż za brak wychowania.
Rzuciła torbę na kanapę, uruchomiła ekspres do kawy i z westchnieniem ruszyła w kierunku biurka, gdzie, w przestrzeni między obudową a najniższą szufladą, trzymała magiczną księgę wysępioną od Agiela. Nie używała jej od tej sprawy z Lucyferem i właściwie trzymała ją na tak zwany wszelki wypadek, bo głupio wyrzucać magiczną księgę. Jeszcze by wpadła w czyjeś niepowołane ręce i Maria pośrednio byłaby odpowiedzialna za apokalipsę zombie czy czegoś równie przyjemnego.
Wróciła do kuchni, wyciągnęła kruche ciasteczka z cukrem, rozsiadła się przy stole i otworzyła księgę. Szkoda, że nie miała spisu treści. Co prawda już raz ją kiedyś mniej więcej przekartkowała, ale wtedy szukała zaklęcia lokalizującego. Gdzieś tu też było zaklęcie ochronne, które może być całkiem przydatne, tylko skąd ona weźmie ogon traszki, z AliExpress? Ale teraz potrzebowała znaleźć coś, co ukryje ją przed innymi. Jakąś pelerynę niewidkę, postrzępiony kaptur drowów czy coś w ten deseń…
Popijając kawę i pogryzając ciasteczka przekartkowała część o kryształach i kamieniach szlachetnych, przejechała wzrokiem po pierścieniach zodiakalnych, wypisała sobie w notesie, że istnieją kamienie talizmany i ewentualnie mogłaby zacząć nosić przy sobie czarny turmalin (ochronna bariera przed negatywnymi energiami i atakami sił nadprzyrodzonych), choć chronić przed złem miał ją akurat tatuaż na plecach, no ale pewnie nie działał, jeśli żabsko było bezpośrednio związane z kowenem i Hekate. Po czym na dłużej utknęła przy amuletach i talizmanach. Zaczynając od tego, że nie miała pojęcia, czym różnią się jedne od drugich.
– „Talizmany to przedmioty stworzone po to, aby osobom, które je noszą lub posiadają zapewnić specyficzną siłę, opiekę, wsparcie i energię… zawsze zapewniają szczególne korzyści właścicielom i są stworzone dla konkretnego zastosowania” – mamrotała Maria pod nosem, robiąc schludne notatki, jak gdyby odrabiała pracę domową z Dostępu do sprawiedliwości w świecie cyfrowym, choć akurat z tych spotkań grupy czytelniczej nie miała egzaminu na koniec. – „Natomiast amulety mają bardziej ogólne zastosowanie i zazwyczaj chronią właściciela przed niebezpieczeństwem”. No okej. Czyli talizmany są aktywne, amulety bierne i reagują na wydarzenia, a nie je kreują… I jeszcze są czary szczęścia, stanowiące kombinację amuletu i talizmanu… – Z jękiem odchyliła się na krześle i przetarła oczy. To ona już chyba wolała tę sprawiedliwość w świecie cyfrowym, a nawet prawo rolnicze, a to ostatnie było naprawdę, naprawdę nudne.
Ostatecznie uznała, że obwiesi się po prostu wszystkim, co tylko uda jej się znaleźć, stworzyć, ewentualnie kupić i będzie utrzymywać wśród koleżanek, że wchodzi w swoją fazę boho, a w ogóle to naprawdę nie widziały pokazów haute couture na wiosnę-lato? Maria po prostu śledzi trendy. Właśnie tak.
Wstała, przeciągnęła się, zrobiła kilka skłonów i usiadła z powrotem do lektury.
Ocknęła się dwie godziny później, z bolącym kręgosłupem i zimną kawą, zastanawiając się, czemu do cholery czyta z wypiekami na twarzy o tworzeniu golemów. No dobra, tematyka była naprawdę wciągająca, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kogo nigdy research nie poniósł, ale gdzie amulety, gdzie ochrona przed żabami, a gdzie „I Pan uformował człowieka z kurzu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, i człowiek stał się istotą żyjącą”? Zamknęła księgę magii, wstała, wylała resztę starej kawy do zlewu i na autopilocie powędrowała pod szybki prysznic, a potem od razu do łóżka.
Tej nocy nic jej się nie śniło.
* * *
Świtem bladym, jeszcze przed uczelnią, ruszyła do najbliższego sklepu zielarsko-ezoterycznego, by zgromadzić już, natychmiast, bez czekania na przesyłkę, rzeczy niezbędne do stworzenia amuletu łamane na talizmanu łamane na czaru. Czterdzieści minut później wychodziła stamtąd obładowana jak wielbłąd wszelkiej maści ziołami, kamieniami półszlachetnymi, półproduktami i brzęczącymi buteleczkami, radośnie podśpiewując: „Are you going to Scarborough Fair? Parsley, sage, rosemary, and thyme”, bo z taką artylerią miała wrażenie, że odgrodzi się nie tylko od złośliwych, gadających płazów, ale w ogóle od całego zła tego świata, z seminarium ze zmiany paradygmatów w Sądzie Najwyższym włącznie.
Grzecznie przesiedziała cały dzień na zajęciach, w międzyczasie zjadła szybki lunch, nie opuszczając kampusu, po czym wczesnym wieczorem skierowała się do domu, nie natykając się po drodze na żadne problemy.
Nie dziwota, bo problemy czekały na nią na skraju chodnika, tuż przy schodach prowadzących do jej budynku. Do jej domu. Czekały, nadymały się soczystą, chyba wręcz toksyczną zielenią i jak tylko ją zobaczyły, wydarły się:
— Głucha jesteś?!
Ledwo się powstrzymała, by nie rzucić ciężkimi torbami w żabę, miażdżąc ją w procesie. No cóż, to w pewnym stopniu udowodniłoby, że te kamienie i zioła, i amulety rzeczywiście chronią. Choć chyba nie do końca o to chodziło w instrukcji. Nadwyrężone sznurki nerwów Marii w końcu się zerwały i coś w niej dosłownie pękło. Tym razem to ona się wydarła, prawdopodobnie upewniając sąsiadów, że mieszkają pod jednym dachem z wariatką. Jakby nie wystarczył ten cholerny martwy gołąb na wycieraczce i drzwi umazane krwią…
— Nie. Jestem. Głucha! — wrzeszczała, dławiąc się każdym słowem. — Po. Prostu. Cię. Ignoruję! — Głęboko nabrała powietrza i kontynuowała wściekłą tyradę w kierunku chodnika: — Może nie ignorowałam wystarczająco jasno i powinnam rozwinąć czerwony dywan? Wysłać list w trzech kopiach z informacją, byś się odczepiła? No więc odczep się! Nie chcę, nie interesuje mnie, cokolwiek to jest! Przestań mnie nachodzić, bo w menu pojawią się żabie udka! — Po czym mocniej chwyciła uszy toreb, przekroczyła żabsko i pędem wbiegła po schodach, zatrzymując się dopiero pod drzwiami mieszkania. Upuściła zakupy i trzęsącymi się dłońmi zaczęła szukać kluczy, starając się powstrzymać to, co rodziło się w jej gardle. Szczególnie że nie wiedziała, czy to szloch czy dziki ryk wściekłości. Raczej to drugie, bo miała wrażenie, że aż wszystko nabrało czerwonej barwy, kompletnie przestawała panować nad emocjami i miała wrażenie, że się dusi. W końcu wpadła do środka, zatrzasnęła drzwi, rzuciła torby w przedpokoju i ruszyła w głąb mieszkania, nie za bardzo w sumie wiedząc, w jakim celu.
Dopiero gdy stała w łazience z głową wsadzoną pod kran i czuła, jak lodowata woda spływa jej po włosach, uszach i karku, odrobinę odzyskała panowanie nad sobą. Zachłysnęła się powietrzem, nieco uspokoiła oddech i w końcu zakręciła kurek. Wycisnęła nadmiar wody z włosów, owinęła je ręcznikiem i wyprostowała się, wciąż czując, jak wali jej serce.
Wyszła z łazienki zastanawiając się, czy gdzieś jeszcze znajdzie awaryjną paczkę fajek i zamarła. Przez cały salon, od przedsionka aż do łazienki biegł wyraźny ślad jej stóp. Bosych stóp. Wypalony ślad jej bosych stóp.
Zamrugała.
— Co jest, kurwa… — Powoli zaczęła łączyć kropki i przeniosła wzrok z ciemnych śladów na parkiecie na własne nogi. Uniosła stopę, na której nadal miała trampek.
No, pół trampka, jak się okazało, bo podeszwa po prostu zniknęła, rozpuściła się, a Maria patrzyła na swoje nagie palce, majtające w pozostałościach buta, dopiero teraz odnotowując lekki zapach spalenizny.
Wściekłość właśnie dosłownie przepaliła jej buty i zostawiła zwęglone ślady na podłodze.
— No ja pierdolę — dodała bezsilnie, gapiąc się na to pobojowisko.
Co się z nią działo? Co się z nią, do diabła, działo?!
* * *
Kwadrans później niespokojnie krążyła po kuchni, klapiąc bosymi stopami po kafelkach, bo tak szczerze, trochę bała się założyć kapcie.
Krążyła, wypalała właśnie trzeciego papierosa i nerwowo stukała wymalowanym na perłowo paznokciem wolnej dłoni w wygaszony ekran telefonu.
Jej opcje były… ograniczone. Mocno ograniczone. Do kogo dzwoni się w takich sprawach? Żaby do mnie mówią, a w ogóle to przed chwilą prawie dokonałam samozapłonu. Na straż pożarną czy od razu do Facetów w Czerni?! Jakże w takich momentach brakowało jej Zagama… On by wiedział… Nie tylko by wiedział, ale prawdopodobnie powiedziałby, że to nic takiego, ot, drobnostka, może zrobię ci herbaty?
Zagama jednak tu nie było. Może nie było go już w ogóle, może zginął podczas przewrotu pałacowego i tej całej, pieprzonej, Lucyferowej wojny. Była tylko Maria, jej myśli i jej stopy.
Dlatego sama zrobiła sobie herbaty i jeszcze chwilę krążyła, próbując się uspokoić. Jak to było? Wdech i wydech. Wdech i…
No dobra, jej opcje były ograniczone, ale nie nieistniejące.
W końcu wybrała numer.
— Żaby mnie dręczą! — zasyczała do słuchawki bez przywitania, gdy tylko po drugiej stronie usłyszała kobiecy głos. — Żaby, ropuchy, płazy wszelakie łażą za mną i na mnie krzyczą. Po ludzku! To na pewno jakaś wiedźmia robota, nawet nie próbuj mi wmawiać, że nie, a ja się standardowo na to nie pisałam! Czy wy wszyscy nie możecie się ode mnie po prostu odkumkać?! — Bez siły opadła na najbliższe krzesło i zakryła twarz dłonią. — A na dodatek chyba zamieniam się w jakiegoś X-mena, znaczy, X-menkę, czy tam inną X-womankę, wiesz, człowiek-magma czy coś w ten deseń… — Przerwała na moment, czując, że jej dygresja ma już własną dygresję i za bardzo wchodzi w kwestie językoznawczo-płciowe. — Syb, błagam, zrób coś z tym… — dodała nieco płaczliwie.
Usłyszała głośne westchnienie. A potem jej znajoma wróżka odpowiedziała spokojnie:
— To pierwsze, to pewnie Ceres, zawsze była zbyt namolna i jako bogini kompletnie nie ogarnia stosunków międzyludzkich.
— Ceres — powtórzyła Maria, bo w sumie coś jej dzwoniło, ale nie do końca wiedziała, gdzie. — Czego chce ode mnie jakiś nadnaturalny babsztyl, którego na oczy nigdy nie widziałam? I dlaczego spaliłam sobie buty wraz z podłogą? I jeszcze…
— Poczekaj, po kolei — przerwała jej Syb. — Choć może powinnyśmy raczej priorytetami… Nie, jednak nie. Ceres się nie przejmuj, to sekretarzyni Hekate, ale, jak wspominałam, jest zwykle bezsensownie namolna i nie należy jej traktować specjalnie poważnie. Z tego, co wiem, Gospodyni wcale cię tu nie oczekuje, a w każdym razie nie w najbliższym czasie. Gdyby czegoś od ciebie chciała, dałaby ci znać osobiście, to nie jest osoba, która rzuca luźne sugestie. I na pewno nie wysyłałaby gadającej żaby. Czego chciała Ceres?
Ta rozmowa w jakiś sposób wpływała na Marię uspokajająco. Normowała rzeczy.
— W sumie to nie jestem pewna, dobrze wiesz, że ja raczej z tych, co uciekają przed problemem, zamiast stawić mu czoła — mruknęła. — Było coś o tym, że ileż można czekać, a potem już tylko wrzeszczała i mnie wyzywała od głuchych blondyn. Więc ja też na nią nawrzeszczałam. I uciekłam.
Syb parsknęła. Zakrztusiła się, próbując powstrzymać śmiech.
— Przepraszam — powiedziała po chwili. — Ale dobrze wiedzieć, że niektóre rzeczy się nie zmieniają.
— Ja. Ja się zmieniam — przypomniała jej Maria kwaśno. — Przepaliłam się przez własne buty, pamiętasz? Zostawiłam zwęglone ślady na podłodze.
— Doprowadzona do szału przez wrzeszczącą Ceres?
Maria pokiwała głową. Kiedy dotarło do niej, że Syb jej nie widzi, potwierdziła:
— Owszem.
— Rośnie twoja moc jako czarownicy — oceniła wróżka. — Ile minęło od paktu z Hekate?
— Nie wiem, dwa miesiące? Plus minus.
— To by się zgadzało. Stawiam, że będzie z ciebie niezła empatomantka, o ile wcześniej szlag cię nie trafi na miejscu.
— Osobiście stawiam na to drugie, ale, przepraszam, będzie ze mnie co? — Maria sięgnęła po kolejnego papierosa.
Syb przez chwilę milczała.
— Czarownica kreująca magię z emocji. Własnych. Cudzych. Z rozszczepioną duszą i możliwością dosłownego wchodzenia w innych wydaje się to całkiem logicznym rozwojem. Kontrolowałaś już umysły wcześniej, więc przetwarzanie emocji też powinno być w twoim zakresie możliwości. Postaraj się, no nie wiem…
— Pić więcej ziółek? Brać tabletki na uspokojenie? Zaopatrzyć się w zapas trawki? — sarknęła Maria.
— No, są jeszcze medytacje…
— Syb! Błagam! — jęknęła Maria. — A w ogóle, to po co Ceres mnie dręczy, jeśli Hekate niczego ode mnie nie chce? Podczas naszego ostatniego spotkania nie mówiła mi, że mam przyjść, raczej w drugą stronę!
— A co dokładnie mówiła Gospodyni? — zainteresowała się Sybilla.
— Że przyda mi się każda pomoc — mruknęła Maria — dopóki nie odkryję, co we mnie drzemie. I że wtedy będę wiedziała, gdzie jej szukać, bo przyjmuje mnie do swojego kowenu.
Obie milczały przez dłuższą chwilę.
— No, jak na mój gust, to masz dosyć jasne instrukcje, co powinnaś zrobić, jak już odkryłaś, co w tobie drzemie — podsumowała Syb podejrzanie radośnie.
Coś w duszy Marii jęknęło. I to by było na tyle, jeśli chodzi o święty spokój i normalność.
— Znasz adres — dodała Syb.
Maria westchnęła.
— Sprawdzę poranne pociągi do New Haven — powiedziała ponuro. — A jak spotkasz na korytarzu tę całą Ceres, to przekaż jej, żeby się odczepiła, bo już tam jadę. Tak na wypadek, gdyby moje wrzaski nie były wystarczająco jasne. Dobrze, że to nie drugi koniec kraju, jakoś to chyba połączę ze studiami, nie? Nie?!
— Przydasz nam się tutaj — odpowiedziała wróżka wymijająco. — My cię odpowiednio uziemimy, żebyś przypadkiem nie wybuchła z powodu spóźnionego autobusu, a ty też spojrzysz obiektywnym okiem na to, co się tu dzieje, bo ostatnio jest trochę… dziwnie.
Dziwnie.
Jakby to miało ją zachęcić.
Syb naprawdę powinna już wiedzieć lepiej…
Pogoda była piękna, a Maria, nauczona doświadczeniem, tym razem wzięła wygodne buty i rozsądnie spakowała plecak, wiedząc, że czeka ją wspinaczka na górę z aniołem. I prawdopodobnie nocleg. Kolejny rok akademicki, a ona standardowo zajmowała się wszystkim, tylko nie studiowaniem. Dobrze, że był piątek, to jak jej się przedłuży wyjazd, może nie straci aż tylu zajęć. A na weekendowe imprezy i tak nie chodziła. Kompletnie straciła do nich serce, tak jak i do poznawania nowych ludzi. Po prostu… nie była na to gotowa. Na poznawanie… ludzi.
W każdym razie, pierwszym możliwym pociągiem jadącym z Bostonu do New Haven, mamrocząc pod nosem „jestem rannym ptaszkiem, ciężko rannym”, dotarła do celu, a obecnie maszerowała raźno przed siebie, ze słuchawkami w uszach, podśpiewując rytmicznie: „Ooh, look what you made me do, look what you made me do, look what you just made me do, look what you just made me…”, i starając się usilnie zagłuszyć narastające z każdym krokiem przekonanie, że znowu, no znowu pakuje się w jakąś straszliwą, nadnaturalną intrygę. Sama z siebie lezie w stronę kłopotów. Jeśli to nie był masochizm połączony z głupotą, to ona już naprawdę nie wiedziała, co jest.
No ale, jaki miała wybór? Działo się z nią coś naprawdę niedobrego i wyglądało na to, że tylko czarownice mogą jej pomóc. Nie no, serio, źle dobrała sobie ścieżkę dźwiękową, zamiast śpiewać o reputacji i zemście powinna raczej wkroczyć na drogę „The game of life is hard to play, I’m gonna lose it anyway, suicide is painless” z filmu M*A*S*H, ewentualnie, pozostając w filmowych klimatach, bardziej na nutę czarnego humoru „Life’s a piece of shit, when you look at it, always look on the bright side of life” z Monty Pythona. Maria nadal nie wiedziała, czy wygrywa w niej mroczny sarkazm czy raczej pogodne pogodzenie się z nadchodzącym końcem, więc dalej maszerując w takt „I’m sorry, the old Taylor can’t come to the phone right now. Why? Oh, ‚cause she’s dead” zupełnie niespodziewanie dotarła na szczyt wzgórza. Tego samego wzgórza, które przy poprzedniej wspinaczce prawie ją zabiło. I nawet myśl o tym, że będzie musiała zejść po tych wszystkich pieprzonych schodkach jakoś jej nie przerażała. A więc jednak stawała się silniejsza, przynajmniej fizycznie, bo jej umysł był w kompletnej rozsypce. Podobno nie można mieć wszystkiego…
Przelazła przez zamknięte ogrodzenie, wcześniej upewniając się, że nikt jej nie widzi, po czym znalazła konkretne nazwiska na tablicy pamiątkowej i odblokowała pierwszą zapadkę. Ruszyła do wnętrza pomnika, udrożniła schody wiodące do podziemia czarownic i z nowym przypływem determinacji zagłębiła się w mroczną klatkę schodową.
Osiemdziesiąt siedem schodków później, już lekko zmęczona, ale nie półmartwa jak ostatnio, dotarła do wąskiego korytarzyka opieczętowanego jaśniejącymi w mroku runami. Miała niejasne wrażenie, że część z nich nawet rozpoznaje, musiała na nie trafić w księdze Agiela. Po zastanowieniu wyciągnęła telefon i cyknęła im fotki, w sumie nie wiedząc nawet, czy cokolwiek na nich wyjdzie, po czym ruszyła przed siebie.
Dalej również nic się nie zmieniło. Olbrzymia, wysoka sala była tak samo przytulna jak Maria pamiętała, z puchatymi burgundowymi dywanami i ciemną boazerią na ścianach. I okazała się tak samo zagracona jak poprzednio, pełna foteli, kanap, poduszek, popiersi, kwiatów, obrazków i książek, naprawdę całej masy książek. W tle rozlegał się śpiew ptaków. A przez olbrzymi witraż przebijały ciepłe promienie słońca. Magii nigdy nie przeszkadzały drobiazgi typu podziemna lokalizacja czy pora roku. Ot, w tym salonie miała panować wieczna wiosna? To panowała.
A w jednym z foteli drzemała Syb, chyba na nią czekając. I, ku wielkiej uldze Marii, nigdzie nie było widać córki Sybilli, rzucającej dzikimi i nisko latającymi wieszczbami.
— Hej! — Maria podeszła i delikatnie postukała wróżkę w pulchne ramię. — Dzień dobry.
— Co? — Sybilla leniwie otworzyła oczy. — Och, dotarłaś!
— Dotarłam — potwierdziła Maria.
— Nie wybuchłaś!
— Bo pociąg się nie spóźnił.
Przez chwilę obie patrzyły na siebie w milczeniu, po czym z ich piersi jednocześnie wyrwał się nerwowy chichot. To nie był lekki, rozluźniony śmiech, tylko raczej sposób na rozładowanie… cóż, nadmiaru stresu. A wyglądało na to, że każda z nich ma co rozładowywać. Niedobrze.
— To co, zrobimy sobie jakiejś mięty w kuchni? Rumianku? I wrócimy tu na spokojnie porozmawiać? — zaproponowała Sybilla.
Maria w sumie chętniej strzeliłaby sobie Krwawą Mary, a jeszcze lepiej trzy, może dzięki temu nauczyłaby się przechodzić przez lustra, a to prawie jak teleportacja, jednak ostatecznie przytaknęła:
— Mięta będzie spoko.
— Ceres akurat nie ma — dodała wróżka, wstając i zmierzając w kierunku olbrzymiej kuchni. — Załatwia jakieś sprawy na mieście.
— Cudownie. Dzień od razu stał się lepszy.
W ciszy poczekały, aż zagotuje się woda, chwyciły dwa półlitrowe, gliniane kubki w kwiatki i wróciły do Saloniku Wiecznej Wiosny.
— Dobrze, to opowiadaj, co tam ostatnio się u ciebie działo — rzuciła Syb.
— Znaczy, już po tym, jak odebraliśmy paczki z fragmentami Lucyfera, Zagam postanowił popełnić honorowe samobójstwo, a potem obaj, w glorii i chwale, opuścili moje mieszkanie, by skopać dupsko Michaelowi, uwolnić Estelle i przywrócić prawowitego władcę na tron piekielny? — upewniła się Maria. — No to niewiele. A przynajmniej nic nadzwyczajnego, dopóki nie zaczęły wrzeszczeć na mnie żaby.
Syb patrzyła na nią z szeroko otwartymi ustami. Czyli czarownice nie wiedziały jednak o wszystkim. W sumie Maria nie była pewna, czy to dobrze, czy nie. Hekate pewnie ogarniała sytuację lepiej, ale najwidoczniej nie dzieliła się ze swoimi podopiecznymi posiadaną wiedzą. Cóż, Maria potrafiła docenić, że Hekate nie plotkowała na prawo i lewo o jej prywatnych sprawach. Nawet jeśli „prywatne sprawy” dotyczyły pomocy w piekielnej rewolucji i przewrocie pałacowym.
— Biedactwo — powiedziała w końcu Syb.
Maria zacisnęła usta, by nie dodać, że ta cała impreza z Lucyferem prawdopodobnie by ją ominęła, no, pomijając fakt, że ukradła Zagamowi ucho, więc tu sama się prosiła, ale wieszczba Pythii z pewnością jej nie pomogła.
— Było, minęło. — Zamiast tego machnęła dłonią. — Więc teraz twoja kolej, dlaczego, do cholery, prześladują mnie wredne płazy, każące mi tu natychmiast przybyć? I o co chodzi z tą całą dziwnością?
Syb nieco nerwowo obejrzała się przez ramię.
„Oho, to rzeczywiście musi być coś grubszego” – pomyślała Maria, jednak zamiast tego rzuciła na głos:
— Miałyście tu gdzieś bezpieczny pokój, nie? Glify? Stół na środku? Miedziane ściany? Mam wrażenie, że z dalszymi rozmowami powinnyśmy się tam przenieść.
Syb tylko kiwnęła głową. Wstała i poprowadziła Marię przez znane jej korytarze. Kiedy zatrzasnęła za nimi drzwi, napięcie w jej ramionach opadło. Odrobinę. I, jak poprzednio, usiadły w miękkich fotelach, odstawiając kubki na stolik o powyginanych nóżkach.
— Ktoś podgryza Hekate i kowen od środka — wyznała wróżka po dłuższej chwili. — A to szkodzi magii tego miejsca. Jest tak silna dzięki jednomyślności, jeśli pojawiają się rysy, to oznacza…
— Że w środku coś gnije — dokończyła Maria.
— Dlatego Ceres tak histeryzuje. Oddałaby prawie wszystko nie tylko za Hekate, ale i za to miejsce. Rozumiesz, nasza Gospodyni jest jej niezbędna do życia jako połączenie między światem dnia i nocy, pani plonów i upiorów w jednym. Krótko mówiąc, Hekate ma prywatne, obrotowe drzwi ze świata żywych do świata umarłych, a Ceres… cóż, Ceres po prostu bardzo tęskni za swoją córką i nie wytrzymałaby bez niej pół roku. Więc regularnie ją odwiedza przez przejście Hekate. A i Kore bardzo lubi do nas wpadać, jak ma akurat wolniejszy dzień. Czy tam noc. Jedzą wtedy fast foody i oglądają seriale kryminalne.
Styki w mózgu Marii aż się rozżarzyły, kiedy zaczęła łączyć kropki.
— Poczekaj moment. — Uniosła dłoń jak grzeczna uczennica. — Bo mnie chyba dopiero teraz to się skleja. Hekate to Hekate, spoko, bogini gładko przechodząca między religiami, staroazjatycka i tak dalej, obskakuje prawie wszystkie możliwe tematy, od bóstwa przyrody do pani czarnej magii, odbębniłam swoją czytankę. Ale Ceres i Kore… mówimy o Demeter i Persefonie?
— No… tak.
— Ughhh — jęknęła Maria, do której właśnie dotarło, że nawrzeszczała na dosyć istotną grecką boginię. Czy ona naprawdę miała życzenie śmierci? A przede wszystkim, dlaczego w ogóle ewoluowała z „normalna studentka” do „dziewczynka na posyłki króla piekieł”, a zaraz po tym do „popychadło starożytnych bogiń z okolic Morza Śródziemnego”? Za co, za co?!
— Co te wszystkie boginie w ogóle robią na Wschodnim Wybrzeżu?! — wyrzuciła z siebie z wyraźną irytacją. — Czemu nie siedzą na jakiejś małej, greckiej wysepce, popijając sake, tfu, ouzo, jedząc gołąbki w liściach winogron i rozkoszując się sjestą?! I dlaczego ja w to wszystko znowu jestem wplątana?!
I wtedy styki rozżarzyły się po raz drugi. Czemu Syb w ogóle jej o tym opowiadała? Przecież Maria była tu całkowicie obca, człowiek z zewnątrz, takich rzeczy nie opowiada się nieznajomym, chyba że…
— Czemu mi o tym mówisz? — zapytała podejrzliwie. — O gniciu w kowenie? No bo, sorry, nie z dobroci serca.
Zanim Syb zdążyła odpowiedzieć, Maria usłyszała za plecami spokojne stwierdzenie:
— Bo ja ją o to poprosiłam.
Nagle, znikąd, bo na pewno nie przeszła przez drzwi, pojawiła się Hekate. Jak zwykle była zjawiskowo piękna i groźna jednocześnie. Marii to wisiało. Obrzuciła Syb zranionym wzrokiem myśliwego postrzelonego przez pijanego kolegę.
— No wiesz?!
Syb skuliła się, choć tylko odrobinę.
— Sybilla ma rację, w kowenie coś pęka, a ja nie jestem w stanie dostrzec, co. Znam większość tych kobiet za długo, a to oznacza, że mogą mi umykać pewne… wzory. Wbrew pozorom, kiedy znajdujesz się w środku czegoś, cierpisz na ślepotę. A na dodatek, jako że wszyscy tu się znają za dobrze, wiedzą, jak mogą coś łatwo ukryć.
— Ale ja nie jestem w środku.
— Nie.
— I mogę dostrzec coś, czego nie widzi wszechmocna bogini? — sarknęła Maria z niedowierzaniem.
— Tak.
No dobra, trudno się z nią dyskutowało, gdy odpowiadała tylko twierdzeniem lub przeczeniem.
— Tyle że ja mam obecnie na głowie budzącą się magię, a ta prawdopodobnie rozsadzi mnie od środka wraz z najbliższym kwartałem, w którym akurat będę przebywać. Więc raczej nie jestem najlepszą osobą do prowadzenia śledztwa — zauważyła Maria, chwytając się swojej nowej przypadłości jak koła ratunkowego. — Jako że mogę zepsuć w pakiecie całe to sanktuarium.
— Och, to akurat żaden problem, zaraz założymy ci… bezpiecznik. Będzie ci odcinało dopływ magii za każdym razem, jak zacznie się przelewać. A po drodze zrobi ci się kurs panowania nad mocą, ogniskowania i kumulacji.
Brzmiało jak coś, czego Maria nie chciała robić, ale chyba nie miała specjalnego wyboru.
— Czyli… — zaczęła podejrzliwie — mam śledzić mieszkanki podziemia czarownic w celu znalezienia potencjalnej wichrzycielki łamane przez zdrajczyni, a w zamian dostanę blokadę i krótki kurs obrony przed samą sobą? — upewniła się.
— Tak — odpowiedziała Hekate krótko.
— A da się to załatwić przez weekend, bo ja w poniedziałek od rana mam zajęcia na uczelni? — rzuciła Maria bezmyślnie, a już na pewno mocno podświadomie. — Z całym szacunkiem znaczy. No, a przynajmniej to zakładanie bezpiecznika? Bo śledzić ruchy wewnątrz sanktuarium mogę nawet bardziej skutecznie, jak mnie tu oficjalnie nie będzie, w końcu nikt nie wpadnie na to, że zostawiłam tu moją duszę, nie? A naprawdę wolałabym nie opuszczać wykła…
Zamilkła.
Co?
Co ona właśnie zaproponowała?
Jak to się stało?
Ale czemu?
Co ona sobie obiecywała? Żadnego więcej rozdzielania duszy! Żadnego pakowania się w ten szajs! Co ona robi?!
— Ależ to bardzo dobry pomysł! — Syb aż klasnęła z radości. — Że też sama na to wcześniej nie wpadłam!
— Zgoda — powiedziała Hekate.
A obie połówki duszy Marii jednocześnie zawyły:
— Kuuuurwaaaaa…
* * *
Montowanie „bezpiecznika w dupie”, jak Maria zaczęła o tym myśleć, przebiegło zaskakująco szybko i gładko. Hekate kazała jej pokazać tatuaż, więc Maria niechętnie ściągnęła ramoneskę i podwinęła podkoszulkę z różowym napisem „Proszę wstać, sąd idzie”, tak by odsłonić plecy, jednocześnie nie świecąc przed wszystkimi bielizną. Jeszcze czego.
I tym razem udało jej się nie stracić przytomności z bólu, bo Hekate tylko przejechała palcami wzdłuż jej kręgosłupa, rzuciła zdawkowe „hm”, po czym nacisnęła jej kość ogonową i stwierdziła:
— Powinno wystarczyć. No i może nie przesadzaj z tymi emocjami, żeby tama nie pękła i nie zaczęło przelewać się gdzieś bokiem. Wszystko ma swoje granice.
— Czyli jednak ziółka, oddechy i medytacje — westchnęła Maria, obciągając T-shirt i woląc nie pytać, co się stanie, jak tama puści. — Dziękuję. — Odwróciła się w stronę bogini. — To teraz chyba możemy przejść do szybkiego szkolenia z ogniskowania, a ja pójdę drażnić ludzi w ramach szukania dziury w całym… No, a potem z pompą opuszczę sanktuarium i wtedy zacznę prawdziwą akcję zwiadowczą. Tak?
A Taylor w jej głowie nuciła: „another day another drama, drama, but not for me, not for me, all I think about is karma… ooh, look what you made me do, look what you made me do…”.
* * *
Hekate i Sybilla jednomyślnie uznały, że do szkolenia przyda się ktoś, kto ma spore zasoby magii własnej.
— Kogo by tu… — dumała bogini na głos, pukając palcem wskazującym w brodę.
— No na pewno nie Ceres — bąknęła Syb półgłosem.
— I odpadają jednocześnie wszystkie młode, ludzkie czarownice, bo nie wiadomo, kto kogo by mógł tu czegoś nauczyć; z tego co słyszałam, masz już pewne doświadczenie… bojowe — zauważyła bogini, zerkając na Marię.
— Podyktowane wyłącznie pilną potrzebą przetrwania — dopowiedziała Maria odruchowo. — Poza tym miałam całkiem niezły podręcznik do nauki. Daliśmy za niego kupę kasy tak w ogóle, więc dobrze, że ta cała księga czarów się przydała.
— Przyniesiesz ją następnym razem? Chciałabym na nią zerknąć — poprosiła Hekate.
— Oczywiście, choć nie sądzę, by znalazło się tam coś, czego bogini już nie zna, to tylko jakaś losowa księga czarów kupiona w równie losowym demonicznym antykwariacie. — Maria wzruszyła ramionami, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem. A najgorsze było to, że dla niej to naprawdę zaczynała być najzwyklejsza rzecz pod słońcem. Aż się wzdrygnęła.
— A może Tytania? — odezwała się nagle wróżka. — Co prawda czerpie moc raczej z zewnątrz, z ziemi i roślin, ale…
— Tytania powinna się nadać — przytaknęła Hekate. — Ma lata doświadczenia i wiedzy na karku.
Więc poszły szukać Tytanii.
* * *
Maria wiedziała, że w sanktuarium jest „ogródek”, bo jak była tu poprzednim razem, Syb rozmawiała z jedną z czarownic o jakichś ziołach i ogródku właśnie.
Ale to… to już było przegięcie.
Chwilę wcześniej ruszyły zagraconymi korytarzami, upstrzonymi zdjęciami oraz obrazkami, zagłębiając się w trzewia podziemia czarownic. Marii przemknęła przez głowę myśl, że to musi być naprawdę spore podziemie, może nawet ciągnące się pod całym miastem.
A potem dojrzała uchyloną, drewnianą, półokrągłą bramę, kojarzącą się raczej z wjazdem do jakiegoś zamku niż z wnętrzem dużego, ale jednak domu. Doleciał ją zapach kwiatów i mokrej trawy.
Hekate pociągnęła za jedne z drzwi i delikatnie popchnęła Marię przodem. To, co zobaczyła, było… no po prostu przegięciem.
Wzgórza, doliny, sady, trawniki, szklarnie, sadzawki, pola uprawne, stawy i grządki ciągnęły się po sam pieprzony horyzont. I wszystko kwitło. Albo owocowało. Ewentualnie kwitło i owocowało w tym samym momencie. A wśród fali łąk szumiących i kwiatów powodzi, nurzała się w zieloność i jak łódka brodziła Tytania we własnej osobie. Jej długie, rude włosy unosiły się lekko zapewne w magicznym wietrze.
— Ja pierdolę — wyrwało się Marii, kiedy zamarła w miejscu, jakby stała się kolejną z wielu, bardzo wielu roślin w tym absurdalnym miejscu. — Co tu się…
— Tytania jest bardzo… płodną istotą, a jak się dogadały z Ceres, to już w ogóle wyszło, że nawet przysłowiowe niebo nie jest ograniczeniem — odpowiedziała jej Syb, klepiąc pokrzepiająco po ramieniu. — Przywykniesz.
Maria nie chciała przywykać! Maria chciała wrócić do swoich książek, kawiarni i kariery!
Kiedy w końcu oderwała stopy od żyznej gleby i dotarły do Tytanii kontrolującej właśnie stan owoców na poletku truskawek, Hekate w kilku słowach wyjaśniła, czego oczekuje od elfki. Ta uniosła oczy ku niebu, ale rzuciła im promienny uśmiech, ukazując drobne, ostre ząbki.
— Oczywiście — odpowiedziała śpiewnie. — To zaczynajmy, uwiniemy się z tym szybko, a potem zbierzesz i zaniesiesz jabłka dla Ceres, bo postanowiła zrobić cydr.
Maria mocno zacisnęła usta, w ostatniej chwili powstrzymując się przed rzuceniem, że Ceres może ją ugryźć w du… No, ale potem przypomniała sobie, że już i tak ma na pieńku z boginią o wybuchowym charakterze i może warto byłoby nie antagonizować jej bardziej, bo może ją, w znaczeniu Marię, usunąć z tego łez padołu i dzięki znajomościom wepchnąć do najohydniejszego kąta Hadesu. Ewentualnie przerobić na nawóz. To Maria jednak podziękuje.
— Zaczynajmy — westchnęła, czując, jak opadają jej ramiona. — Tutaj?
— Siadaj. Byle nie na owocach. O, tam jest polanka akurat na naszą drobną sesję. — Tytania pokazała na wzgórek nieopodal.
Już po chwili siadały naprzeciwko siebie, Tytania ostrożnie rozkładając nieskazitelną, długą suknię – swoją drogą, jakim cudem nie pogniotła jej i nie uwalała ziemią, pracując w ogrodzie?! – Maria w dżinsach, które widziały zdecydowanie więcej akcji, niż powinny, i to nie takiego rodzaju, jakiego Maria by sobie życzyła.
— Las, łąka, a w naszym wypadku magiczny ogród są dobrymi miejscami, jeśli w grę wchodzi nauka eksploracji dzikiej magii — zaczęła Tytania. — A jeśli mam być twoją przewodniczką, lepiej, bym znajdowała się w miejscu, gdzie czuję się najsilniejsza, bo w razie, gdyby coś poszło nie tak, będę w stanie odpowiednio zareagować i zneutralizować to, co wymknie się spod kontroli.
To… nawet brzmiało sensownie.
— Dzika magia to tak naprawdę pierwotna natura magii, zanim została ona… ucywilizowana, spętana i wepchnięta w formułki, zaklęcia i księgi — kontynuowała Tytania spokojnym głosem. — Jeśli zrozumiesz ten prosty fakt, że to, co w tobie buzuje, jest magią w czystej, nieskażonej postaci, w jakiej powinna występować, to ułatwi ci to naprawdę wiele rzeczy.
— O… okej? — powiedziała Maria niepewnie, patrząc, jak Tytania pochyla się lekko w jej stronę i chwyta jej dłonie w swoje. Miała nieskazitelnie gładkie palce, żadnych odcisków, zgrubień, nawet wystającej skórki. Bycie magiczną królową elfów miało swoje zalety i Maria poważnie zaczęła się zastanawiać, co taka kobieta robi na tym zadupiu.
— Skup się — skarciła ją Tytania. — A nie wędrujesz gdzieś myślami.
— Mam dużo na głowie — mruknęła Maria w odpowiedzi, ale naprawdę postarała się skupić. Tylko nie do końca wiedziała na czym.
— Odnajdź punkt, z którego wypływa magia, swój rdzeń mocy.
Taaa, łatwiej powiedzieć niż zrobić. Maria przymknęła oczy i naprawdę spróbowała się skupić na tym całym szukaniu. Pewnie byłoby łatwiej, gdyby była facetem, mogła się założyć, że wie, gdzie w takim wypadku znajdowałby się jej rdzeń, a tak…
Poczuła, jak połówka jej duszy kręci się niespokojnie.
— Też mogłabyś się przydać, w końcu masz bliżej do tego całego rdzenia — burknęła Maria bezgłośnie. — Weź no się tam rozejrzyj po wnętrzu, co?
No więc rozglądały się obie, Maria i Maria, jednak wyglądało na to, że w jej ciele nie ma żadnej magii, jest tylko pustk… chwila…
Maria mocniej zacisnęła powieki, kiedy w końcu udało jej się wymacać mentalny ciężar, którego do tej pory nie było. A może i był, ale zrzucała to raczej na karb stresu. Teraz jednak czuła to wyraźnie. Tuż nad kością potyliczną, tkwiła mała kula ciemnej, niebezpiecznej, buzującej mocy. I jak już udało jej się ją namierzyć, zdumiała się, że mogła przeoczyć coś tak… oczywistego.
— Mam! — westchnęła zdławionym głosem. — Rany boskie, co teraz?
Tytania mocniej ścisnęła jej dłonie.
— Spróbuj wyciągnąć z niej pasmo, jakby to była puchata włóczka, wyobraź sobie, że ma jakąś formę, może wody, woda wydaje się dosyć bezpieczna i prześlij ją przez swoje ciało do rąk i potem do mnie.
Maria przez dłuższą chwilę przyglądała się kłębkowi czystej magii. Wyglądał tak niepozornie. A jednocześnie czuła, że mógł eksplodować bez ostrzeżenia. Implodować. Zamienić się w czarną dziurę, która wyssie całe powietrze i całe życie z okolicy, zostawiając tylko wielką, ciemną, wieczną pustkę.
Ostrożnie, jak saper pocący się nad dylematem o zielonym i niebieskim kabelku, sięgnęła jaźnią do źródła swojej nowej, kompletnie niezbadanej mocy i, gdy poczuła wibracje, pociągnęła, mając nadzieję, że uszczknie cienką, cieniutką niteczkę, gdzie pasmo, jakie pasmo, wystarczy jej coś jak nić dentystyczna, a może nawet nanonitka, ot, fragmencik.
Kula nie była chyba specjalnie zadowolona, ale pozwoliła na oddzielenie od siebie czegoś na kształt oddechu w zimowym powietrzu.
Maria nie przyglądała się temu za bardzo ani tym bardziej za długo, wyobraziła sobie wiosenny ciepły deszcz, wodę w plastikowym kubku, coś miłego, dobrego i niewielkiego. Ot, mokre, życiodajne, w temperaturze co najwyżej letniej.
A potem puściła tę wizję przez szyję, barki, ramiona, łokcie, nadgarstki i palce, przerzucając tę mokrość do Tytanii.
Poczuła zieloną, starą, ożywczą magię elfiej królowej, odruchowo wniknęła głębiej, chcąc się zapaść w nią, jak w miękki mech, a potem zaskoczona rozbiła się na gęstej ścianie splecionego bluszczu i długich różanych kolców. Krzyknęła z bólu, wyrywając się z uścisku Tytanii i upadając na plecy.
Otworzyła oczy.
Podniosła się na łokciu.
I zamarła, z półotwartymi ustami, wpatrując się w siedzącą naprzeciwko niej kobietę. Tytania się nie ruszyła. Tkwiła bez ruchu w tej samej pozycji, w której usiadła do ich szkolenia.
I ociekała wodą.
* * *
Echo śmiechu Hekate jeszcze długo rozbrzmiewało w powietrzu, znacząc całą okolicę lśnieniem srebrnych dzwoneczków.
— Dziecino, czyś ty w nią rzuciła wszystkim, co miałaś? — dopytywała, gdy Tytania bez słowa, bez ani jednego grymasu, oddaliła się do swoich kwater, by przebrać się w coś suchego i przestać przypominać świeżo podlaną paprotkę.
— Jezu, Jezuuu, tak strasznie przepraszam. — Maria powtarzała to jak mantrę, odkąd tylko otworzyła oczy i zobaczyła, co zrobiła dumnej elfce. Nadal siedziała na trawie i odruchowo bujała się w przód i w tył. — Ja naprawdę nie chciałam, to była ledwo sugestia mocy, taka niteczka, przecież nie zrobiłam tego specjalnie, wymsknęła mi się, kiedy znienacka wpadłam na tę ścianę bluszczu i kolców i się przestraszyłam.
— Och, to musiała być magiczna bariera Tytanii. Jestem zdumiona, że wpuściła cię tak daleko.
— Chyba nie miała tego w planach, tyle że ja już mam doświadczenie w opętywaniu demonów — jęczała dalej Maria. — Możliwe, że nie spodziewała się nurka głębinowego, w końcu jestem tylko durnym człowiekiem, a mnie to przychodzi odruchowo. Teraz ona też mnie znienawidzi…
— Co? — zdumiała się bogini.
— Szkolenie Kindreda plus wiele kreatywności i inwencji własnej, przynajmniej z tego co się orientuję — odezwała się Syb.
— Yhyyy — dobiegło z trawnika.
— Myślę, że na dziś wystarczy tego szkolenia — powiedziała nagle bogini. — Zanim przejdziemy do dalszych punktów, chciałabym zerknąć na wyniki aparatury i dowiedzieć się, z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Możliwe, że twoje źródło jest nieco większe niż zwykle. Przeciążenie ci nie grozi, zostałaś skutecznie zakotwiczona. Wiesz, gdzie znajduje się twój rdzeń. Ta stabilizacja powinna wystarczyć, byś nie zrobiła niechcący krzywdy ani sobie, ani innym.
Powinna. Super.
— Jestem — dobiegło je nagle zza pleców. — To co, rundka druga?
Wszystkie trzy popatrzyły w tamtym kierunku. Tytania znów wyglądała nienagannie.
— Niech na razie pozbiera te jabłka — orzekła Hekate. — Jeśli Ceres sobie ubzdurała, że zrobi cydr, to będzie wiercić dziurę w brzuchu, dopóki tego nie osiągnie. A tak się czymś zajmie. I prawdopodobnie ciebie również, dziecinko, bo nie sądzę, by skończyło się na zbieraniu. Tylko postaraj się jej uciec przed kolacją. — Dostojnie ruszyła w kierunku bramy prowadzącej z powrotem do mieszkalnej części sanktuarium.
Coś w duszy Marii jęknęło. Tak, zostawcie ją samą z królową elfów i wyślijcie na roboty do wściekłej bogini zbiorów. To się na pewno dobrze skończy.
Chyba że Hekate chciała sprawdzić, jak mocny jest zamontowany w Marii bezpiecznik i czy kotwica jednak nie puści. Jeśli tak, to wybrała sobie świetny sposób testowania, bo jak Marię ma szlag jasny trafić, to z pewnością dziś trafi.
— Ile tych jabłek? — zapytała, wzdychając przeciągle.
— Zacznij od pięćdziesięciu kilo, a potem się zobaczy — poradziła jej Tytania, uśmiechając się szeroko. I znowu Maria miała wrażenie, że wpatruje się w bardzo pięknego i niebezpiecznego drapieżnika. Cóż to była za zjawiskowa kobieta! — Kosze są tam — dodała elfka, pokazując na szopę częściowo skrytą za jabłoniowym sadem. — Ceres powinna być na zapleczu kuchni.
Maria zacisnęła usta i poszła zbierać jabłka.
„Pięćdziesiąt kilo, a potem się zobaczy. Chyba je Bóg opuścił…” – pomyślała, chwytając kosz i sięgając do uginających się od owoców gałęzi.
A mogłaby teraz siedzieć w domu, bindżować Netflixa i w spokoju pić wino…
* * *
— „Jabłka winne krają się na pół i rzucają w kupę na dwadzieścia cztery godziny lub cokolwiek więcej, co je usposabia do prędzszej fermentacji — perorowała Ceres, wymachując wielką drewnianą łychą. — Potem się rozbijają w stępach i wygniatają w prasach… Sok stąd otrzymany zlewa się do kadzi, poczem przelewa się do beczki po winie wprzód siarką wykadzonej”.
Maria naprawdę starała się skupić, ba, patrzyła kolejnej bogini na usta, ale słowa, które z nich wylatywały, zdawały się jakimś kompletnym bełkotem.
— Tak było od zawsze i zawsze będzie, nie gmera się w starych przepisach! — dodała z mocą okrąglutka kobieta w pomarańczowych dresach. Włosy w kolorze dojrzałego zboża miała splecione wokół głowy w koronę. — A teraz leć no po jeszcze kilka koszy, bo tu czuć malizną.
Maria nie zamierzała się kłócić. Każdy powód, by wydostać się z gorącej, lepkiej kuchni był przez nią witany z prawdziwą radością. Poza tym, jak się spodziewała, kiedy bogini ją zobaczyła i połączyła kropki, kto jest kim, rzuciła jakiś mało pochlebny komentarz o tej dzisiejszej młodzieży i zasugerowała, że podtapianie takich bezczelnych wiedźmich młódek przez inkwizycję może jednak miało jakiś głębszy sens.
Maria powstrzymała się przed poinformowaniem, że chwilowo to właśnie ona może nie tyle podtopiła, tylko podlała Tytanię, i żeby Ceres lepiej pilnowała swoich zbiorów, bo Maria jest na tyle niestabilna, że „przypadkiem” mogłaby sprowadzić gradobicie akurat na to pole, którego doglądała ta złośliwa baba.
I, jak na gust Marii, jeśli coś gniło wewnątrz kowenu, to może właśnie Ceres za to odpowiadała. W końcu wiadomo, ryba psuje się od głowy, a Ceres była tu druga po Bog… no, po bogini.
Mieląc te wszystkie myśli w głowie wędrowała między sadem a kuchnią, zastanawiając się, czy nie mogłaby się gdzieś zgubić po drodze.
Cztery pełne kosze później uratowała ją kolacja.
I w sumie, niewiele z niej pamiętała, poza tym, że ten dzień ją kompletnie wykończył. Coś zjadła – nie wiedziała, co dokładnie, ale bez wątpienia szerokim łukiem ominęła szarlotkę, nie mogła patrzeć na jabłka. A potem Syb chwyciła ją opiekuńczo pod ramię i zaprowadziła do pokoju, w którym Maria nocowała poprzednim razem.
I teraz, co prawda na autopilocie, ale Maria zachowała na tyle przytomności, by porządnie zaryglować drzwi, w razie gdyby Pythia znowu chciała na nią zwalić jakąś misję ratowania świata.
Takiego wała.
* * *
Następnego ranka, tuż po śniadaniu, Sybilla podpowiedziała jej, że Hekate już na nią czeka w bibliotece.
— Macie tu bibliotekę? — zdziwiła się Maria odruchowo. — No jasne, że macie tu bibliotekę. Niech zgadnę, połowa z niej to współczesne romansidła, a druga bezcenne manuskrypty z Biblioteki Aleksandryjskiej, cudem uratowane przed pożarem w… który to był, czterdziesty ósmy przed naszą erą? Oraz, och, no nie wiem, starodruki z Atlantydy.
— Mniej więcej — przyznała Syb. — Przy czym główne zniszczenia to nie wojna z Cezarem tylko później, w dwieście siedemdziesiątym trzecim, Lucjusz Domicjusz Aurelian doszczętnie zrujnował pałac z księgozbiorem. A raczej zniszczyłby, gdyby ten nie został przeniesiony wcześniej.
— A… aha.
— Do tego trochę książek kucharskich, magicznych i dotyczących roślin trujących i nie — dodała Syb.
— Dobra, ale musisz mnie tam zaprowadzić — rzuciła Maria. — Nie mam pojęcia, gdzie jest ta cała biblioteka, już pomijając, że znając moje szczęście, skręcę nie w ten korytarz i nagle znajdę się w labiryncie Minotaura.
Syb kiwnęła głową i ruszyła przed siebie. Maria podążyła za nią.
* * *
Hekate siedziała przy jednym ze stołów i wyraźnie na nie czekała. Fakt, że trzymała w dłoniach niewielki sztylecik, przypominający trochę nożyk do listów, a trochę kolec do kruszenia lodu, nie napawał optymizmem. Maria już czuła, że to będzie bolało. W ten sposób czy inny.
— Podejdź no tu, dziecko, i usiądź obok mnie. — Bogini pokazała na krzesło.
„Dziecko? Oj, na pewno będzie bolało” — przemknęło Marii przez myśl. Z pewnym wahaniem, ale również wiedzą, że nie ma specjalnie wyboru, podeszła i posłusznie przysiadła na krześle. Rzuciła okiem na wielką, zamkniętą księgę leżącą na blacie.
Genealogia przez wieki – głosił złocony tytuł.
Hekate podążyła za jej spojrzeniem.
— Jeśli chcemy lepiej poznać twoją moc, warto sprawdzić, skąd się wywodzi. Czy jesteś pierwszym pokoleniem czarownic, czy w twojej krwi było już coś, co tkwiło w uśpieniu i teraz zostało zwyczajnie aktywowane.
— Nie przypominam sobie, by moja matka czy babka miały jakieś wiedźmie odchyły, żadnego gotowania żab, bulgoczących kociołków i latania na miotle — mruknęła Maria, patrząc, jak Hekate otwiera księgę. — Znaczy, nie obrażając nikogo — dodała szybko.
Jednak zamiast ućkanych spisów nazwisk i dat księga była pusta. Czysta. Ani jednej literki.
— Wyciągnij rękę nad kartą — poleciła bogini spokojnym tonem.
Maria poczuła, jak stojąca za nią Syb opiekuńczo kładzie jej dłoń na ramieniu. Cóż, chociaż tyle. Poza tym i tak nie było źle, mogła teraz tkwić w kuchni z Ceres…
Na tę myśl odważnie wyciągnęła dłoń, spodziewając się, co się stanie. I rzeczywiście, Hekate wyciągnęła sztylecik i ukłuła ją w środkowy palec, po czym wycisnęła kilka kropel krwi na pożółkły papier. Maria zdusiła syknięcie, głośno wciągając powietrze przez nos.
A potem równie głośno westchnęła, gdy czerwone plamki zaczęły się rozrastać w długi, baaardzo długi spis.
Maria Dee. Martin Dee. Robert Dee. George Dee. Edward Dee.
— Czyli jednak uśpiona magia, i to na dodatek po męskiej linii, zadziwiające… — zaczęła Hekate, obserwując piszącą krew.
Henry Dee. Charles Dee. William Dee. Jonathan Dee.
— To zdecydowanie tłumaczy poziom mocy… — mruknęła.
Samuel Dee. Thomas Dee. Richard Dee. Arthur Dee.
— Arthur? — zdumiała się Hekate, po czym zamilkła, szeroko otwierając oczy.
John Dee. Rowland Dee. Bedo Ddu. Zakończyła krew.
— Oj — dobiegł z tyłu głos wróżki. — Ojojoj.
Maria popatrzyła na księgę. Na Hekate. A potem odwróciła głowę i zerknęła na Syb.
— „Ojojoj”? — powtórzyła. — Tak w skali od jeden do dziesięć jak bardzo mam przesrane?
Przez chwilę w bibliotece panowała ciężka cisza.
— Będziesz potrzebowała większą kotwicę — oświadczyła w końcu Hekate, pocierając czoło. — Bardzo, bardzo dużą kotwicę.
Po czym wstała, dając znak Sybilli, by ta poszła za nią i równie jasny znak Marii, by za nimi nie szła i w ogóle nigdzie się nie ruszała.
Gdy tylko zamknęły się za nimi ciężkie, dębowe drzwi, Maria wyciągnęła telefon i uruchomiła przeglądarkę. W Internecie jest wszystko, jeśli tylko odpowiednio długo się szuka. A ona była człowiekiem-researchem. Skoro udało jej się ogarnąć wskrzeszanie Lucyfera, to sprawdzenie własnych pra pra ileśtam pradziadków raczej nie będzie problemem.
I rzeczywiście nie było. Nie musiała nawet zagłębiać się w dokumenty kościelne czy inne zdigitalizowane dokumenty muzealno-biblioteczne. Nie, wystarczyła pieprzona Wikipedia, by zmiękły jej nogi.
A i tak zaczęła od mniejszego kalibru i tego całego Arthura.
— Alchemik. Lekarz cara Michała I z Romanowów. Ach, i Karola I, króla Anglii. No, dziadziuś miał znajomości, nie powiem… — mruczała pod nosem. — Napisał Fasciculus Chemicus, zbiór pism na temat alchemii. Ciekawe, czy gdzieś tu stoi.
Podniosła głowę i popatrzyła po ciągnących się w ciemność półkach uginających się od książek.
— Filozofia okultystyczna… — dalej skanowała tekst wzrokiem — …w jednym z alchemicznych notatników Dee odkryto szyfr, rzekomo zawierający przepis na tak zwany kamień filozoficzny. A Rasputin zarąbał mu pamiętniki i zapiski jego ojca Johna. No to zobaczmy tego Johna.
Zamknęła jedną stronę, otworzyła drugą.
— John Dee. Antykwariusz, matematyk, astronom, astrolog, okultysta, alchemik. No, od razu widać, że nie pracował na etacie… a może jednak — mruknęła. — Nadworny astronom i doradca Elżbiety I. W sumie mogłam się spodziewać, jak jego syn robił u cara… Opowiadał się za założeniem angielskich kolonii w Nowym Świecie… no to powinien być zadowolony, język mniej więcej się zgadza… Napisał hermetyczne dzieło Monas Hieroglyphica… ponownie, ciekawe czy gdzieś je tu mają… z kabalistyczną interpretacją glifu jego własnego projektu, wyrażającą mistyczną jedność całego stworzenia… — westchnęła, patrząc, ile tekstu jeszcze przed nią. — Starał się nawiązać kontakt z duchami. A, to akurat umiem, łatwizna. No jasne, i oczywiście, że przez jakiegoś wróżbitę kontaktował się z aniołami. Serio, to nawet nie jest sytuacja, gdzie grzechy ojców przechodzą na synów, w tej rodzinie od wieków pakujemy się w ten sam nadprzyrodzony szajs! Ciekawe czy John znał Michaela… — Aż się wzdrygnęła na myśl, że jej przodek z XVI wieku mógł być tak samo łatwo zmanipulowany jak ona, po czym wróciła do czytania. — W Europie nie ufano mu z powodu jego powiązań z angielską królową, bo uważali Dee za szpiega. A nie dlatego, że opowiadał po dworach monarszych, że komunikuje się z aniołami? No standard… — Przeleciała wzrokiem po długim akapicie o matematyce i współczesnych odniesieniach i nagle szalenie zmęczona przymknęła oczy.
— Czyli… moje drzewo genealogiczne to bardzo długa lista czarowników lubujących się w grzebaniu w alchemii, nieśmiertelności i byciu szarą eminencją przy najwyższej władzy. — Uniosła powieki i wgapiła się w sufit. — Trzeba było, kurna, brać tę robotę u Lucyfera, genetycznie jestem do tego stworzona… Tylko… jak to wszystko wpływa na wielką, czarną kulę wibrującą w mojej czaszce? I czemu w ogóle się jej dorobiłam?
Na to nie miała jednak żadnej odpowiedzi, nawet bezsensownej. O sensownej na tym etapie nie śmiała już nawet marzyć. Ponownie zamknęła oczy i wyciągnęła przed siebie długie nogi.
W takiej nieruchomej, półleżącej pozycji odnalazły ją Hekate i Syb, które powróciły do biblioteki po dobrej godzinie albo i dwóch.
I po ich minach było widać, że też nie mają nic sensownego do powiedzenia. Bezsensownego też nie.
Więc Maria uznała, że jak jest w dupie, to równie dobrze może się w niej rozgościć.
— Ja odpalam medytacje, oddechy i ziółka i jutro wracam do Bostonu — oświadczyła, wstając. — Jak się umawiałyśmy, zostawię tu… część siebie, żeby odwdzięczyć się jakoś za pomoc i dla odmiany pomóc kowenowi w odzyskaniu równowagi. A we wtorek idę do fryzjera, bo jak mnie ma szlag trafić, to przynajmniej chcę dobrze wyglądać w trumnie. No, chyba że wybuchnę, to wtedy sorry, zamknięte wieko.
— I postaraj się unikać sytuacji stresowych — poradziła jej Syb, dla której obronne mamrotanie Marii i warstwa czarnego humoru były już znajomym standardem.
— Niech lepiej sytuacje stresowe unikają mnie — odpowiedziała Maria, przenosząc wzrok na Hekate. — Serio mówię, niech Ceres trzyma się ode mnie z daleka, bo naprawdę nie zdzierżę. Mogę iść się zrelaksować do ogrodu? Czy montujemy jeszcze jakieś dodatkowe bezpieczniki i kotwice?
— Chwilowo nie mam pomysłu, czym jeszcze cię potraktować, ptaszyno — wyznała Hekate ze smutkiem. — Muszę pomyśleć. Poczytać. Może i jestem boginią, ale nigdy nie twierdziłam, że jestem również wszechwiedząca.
Cóż, jakby była wszechwiedząca, to by wiedziała, kto jest kretem i Maria nie byłaby jej potrzebna.
— Naprawdę doceniam szczerość — oznajmiła, przeciągając się, aż strzeliły jej stawy. — Miła odmiana po Kindziu, który nie mówił nic i nikomu oraz Michaelu, który okłamywał wszystkich. — Po czym spokojnym krokiem wyszła z biblioteki.
* * *
A następnego dnia rano, zgodnie z zapowiedzią, głośno i wyraźnie pożegnała się z kim popadnie, dając jasno do zrozumienia, że wyjeżdża, zostawiła swoją duszę w Saloniku Wiecznej Wiosny, po czym wspięła się po osiemdziesięciu siedmiu schodkach i wróciła do domu.
