Słodki tatuś - Terri E. Laine - ebook

Słodki tatuś ebook

Terri E. Laine

4,3

Opis

Autorka bestsellerów USA Today, przedstawia słodką, ale bardzo seksowną opowieść o samotnym tacie.

Jake dostaje więcej niż się spodziewał, gdy jego ojciec nalega, by zatrudnił Honey, jedyną kobietę, o której nie potrafi zapomnieć. Gdy ona wdziera się do serc jego rodziny, musi wziąć pod uwagę coś więcej niż tylko swoją potrzebę uwiedzenia jej. Jego serce dotąd w całości należało tylko do jednej osoby – jego córki. Dopóki nie wdarła się do niego Honey… Jeśli Jake nie zachowa ostrożności, granica między pracownikiem a pracodawcą całkowicie się zatrze...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 207

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (172 oceny)
94
47
20
10
1
Sortuj według:
Sylwiajabl

Z braku laku…

słaba
20
Lilyt66

Z braku laku…

Jake, były żołnierz i właściciel farmy. Z jakiego powodu musiał zwolnić się ze służby i w trybie natychmiastowym wrócić do domu wtedy też spadła na niego kolejna "niespodzianka". Czy mężczyzna podoła trudnemu zadaniu a, raczej roli? „Wyją­kane przez Jamie »tatu­siu« spra­wiło, że ponow­nie sku­pi­łem się na niej. Posze­dłem dowie­dzieć się, dla­czego mnie po­trze­buje. Ona była moim prio­ry­te­tem, nie Honey”. Mężczyzna jednego dnia dostaje na swoje barki bardzo wiele, ponieważ nie wie, czy podoła samotnemu rodzicielstwu, które dla obu stron medalu jest trudne. Szczerze mówiąc, podziwiałam głównego bohatera, bo nie dość, że wychowuje swoją córkę sam, bez matki to jeszcze musi zajmować się ojcem, oprócz tego ma na głowie gospodarstwo i rozumiałam go doskonale, bo wiem, jak to jest wychowywać się z jednym rodzicem i nie jest to miłe... Co do Honey, naszej głównej bohaterki, która również nie miała łatwo, jeśli chodzi o sprawy...
00
Ara11

Nie oderwiesz się od lektury

cudowna
00
TAnna

Dobrze spędzony czas

Ogólnie rzecz biorąc książka fajna, trochę inna, szybko się czyta i dużo oj dużo się dzieje. Ledwie jeden wątek się kończy a już zaczyna nowy. W sumie to czego w tej książce nie było? Powrót ze służby; jednorazowy, niezapomniany numerek; samotny ojciec; śmierć matki; choroba ojca; zbliżające się problemy finansowe; odrzucenie przez matkę; dzika namiętność; zazdrosna sąsiadka; nieoczekiwany powrót kobiety z przeszłości; próba gwałtu; chore dziecko; groźby; rozstania i powroty; małżeństwo w Vegas itd. Brakowało tylko najazdu kosmitów, ale nawet z tym wątkiem autorka zapewne poradziłaby sobie idealnie. Mimo tylu wydarzeń umieszczonych w tak krótkiej książce nie poczujecie się zagubieni. Autorka umie pisać. Choć przyznaje, że niekiedy mniej znaczy więcej.
00
Aga_7

Nie oderwiesz się od lektury

Urocza historia, idealna na poprawę humoru. I napawająca nadzieją.
00

Popularność




Część I. Honey

CZĘŚĆ I

HONEY

Pro­log

Pro­log

Wojna potrafi zła­mać czło­wieka. Z torbą na ramie­niu sze­dłem przez wiwa­tu­jący tłum w kie­runku drogi i zamó­wio­nego Ubera.

Wie­dzia­łem, że zosta­wi­łem Tarę, ale sądzi­łem, że zro­zu­mie, dla­czego musia­łem się zacią­gnąć do armii. Czu­łem się niczym ugo­dzony szty­le­tem, ponie­waż nie cze­kała na mnie. Cho­ciaż nie roz­ma­wia­li­śmy od mie­sięcy, myśla­łem, że może… może… się ock­nie. Jed­nak nie przy­szła.

Zgod­nie z apli­ka­cją szu­ka­łem jasno­brą­zo­wej toyoty camry. Tyle że to był jeden z tych samo­cho­dzi­ków typu smart, który stał zapar­ko­wany przy kra­węż­niku. Zigno­ro­wa­łem go i wycią­gną­łem szyję, by wśród wielu zapar­ko­wanych aut odna­leźć camry.

Moją uwagę przy­kuł dźwięk opusz­cza­nej szyby.

– Dokąd, Cukie­reczku?

Zamru­ga­łem, kiedy kobieta z połu­dnio­wym akcen­tem, o twa­rzy che­ru­binka z różo­wymi policz­kami, uśmiech­nęła się do mnie sze­roko.

– Ja… – jąka­łem się, nie mogąc myśleć, gdy jej twarz roz­pro­mie­niła się w uśmie­chu. – Cze­kam na Ubera.

Teraz jej pro­mienny uśmiech stał się wręcz zabój­czy.

– Czyli na mnie.

Zmarsz­czy­łem brwi.

– Cze­kam na…

– Camry. Prze­pra­szam, zepsuła się dziś rano i musia­łam poży­czyć to – roz­ło­żyła ręce. – Chodź. Czas ucieka.

Nie było mowy, żebym – mając metr dzie­więć­dzie­siąt trzy wzro­stu – zmie­ścił się w tym malut­kim samo­cho­dzie.

– Jest więk­szy, niż się wydaje – dodała, jakby czy­ta­jąc w moich myślach.

Pochy­liła się do przodu, zapew­nia­jąc mi nie­ogra­ni­czony widok na swój dekolt, który skry­wał obie­cu­jąco atuty nie­miesz­czące się w dwóch gar­ściach. Ogar­nęła mnie żądza. Przy­mkną­łem na to oko. Ile to już czasu minęło, odkąd prze­by­wa­łem w towa­rzy­stwie atrak­cyj­nej kobiety, z którą nie toczy­łem walki?

Otwo­rzyła drzwi i usia­dła wygod­nie.

Jęk­ną­łem i prze­su­ną­łem torbę, bojąc się, że w spodniach sta­nął mi namiot. Dziew­czyna zgięła palce w geście zapra­sza­ją­cym mnie do środka.

– Cukie­reczku, ruszajmy. Kiedy ten tłum się rozej­dzie, wydo­sta­nie się stąd zaj­mie całą wiecz­ność.

Miała rację. Ludzie już zmie­rzali w stronę par­kingu.

Jakimś cudem wgra­mo­li­łem się do samo­chodu. Z torbą na kola­nach ledwo mogłem wyj­rzeć przez szybę.

Naci­snęła przy­cisk w tele­fo­nie i poja­wiła się apli­ka­cja nawi­ga­cyjna ze wska­zów­kami dojazdu do mnie. Odchy­li­łem się do tyłu i zamkną­łem oczy, pró­bu­jąc zmu­sić erek­cję do ule­gło­ści. Nie­stety, łatwiej było to powie­dzieć niż zro­bić. Sie­dzia­łem bowiem koło kobiety, która uży­wała per­fum o zapa­chu dzi­kich kwia­tów

Gdy wje­cha­li­śmy na długi pod­jazd pro­wa­dzący do mojego rodzin­nego ran­cza, pra­wie się uspo­ko­iłem.

Kiedy wysia­dała z samo­chodu, szu­ka­łem klamki w drzwiach. Ode­tchną­łem, gdy się otwo­rzyły i ścią­gną­łem torbę z kolan. Brą­zo­wo­włosa pięk­ność uśmiech­nęła się do mnie, odsła­nia­jąc przy tym zęby, gdy pod­no­si­łem się z sie­dze­nia.

– Dzięki, pro­szę pani – powie­dzia­łem zmie­szany tym, że to ona mi pomo­gła, a nie na odwrót.

Nie byłem sek­si­stą, ale zosta­łem tak wycho­wany, że nie­któ­rzy mogliby nazwać mnie nieco sta­ro­świec­kim.

– Pro­szę pani? – potrzą­snęła głową. – Nie jestem żadną panią. Jestem Honey, Cukie­reczku.

– Honey?

Spoj­rzała na mnie zdzi­wio­nym wzro­kiem.

– Nie oce­niaj.

Przez chwilę się nie odzy­wa­łem.

– Jestem Jake.

– Bar­dziej podoba mi się Cukie­re­czek – obli­zała wargi, a jej oczy powę­dro­wały po mnie w dół.

Przy tej kobie­cie czu­łem się nagi i odkryty. Ema­no­wała pew­no­ścią sie­bie, któ­rej mi bra­ko­wało pod­czas powrotu z wojny do domu. Mia­łem stać się kimś, kim mój ojciec od zawsze chciał, żebym był, i nie wie­dzia­łem, jak się z tym czuję.

– Pomóc ci z tym?

– Z czym?

Jej oczy sku­piły się na moim kro­czu, a ja nie musia­łem patrzeć, żeby wie­dzieć, że mój kutas prak­tycz­nie machał do niej przez spodnie.

Zro­biła krok do przodu z czy­sto zapra­sza­ją­cym spoj­rze­niem. To mi wystar­czyło. Kiedy była już wystar­cza­jąco bli­sko, pozwo­li­łem jej się pochy­lić, zanim zagłę­bi­łem palce w jej jedwa­bi­stych wło­sach i przy­cią­gną­łem do sie­bie jej usta. Sma­ko­wała słodko, jak mię­towe cukierki.

Tylko przez chwilę w moich myślach poja­wiła się twarz Tary. Zre­zy­gno­wała z nas. Od mie­sięcy nie mia­łem od niej żad­nych wie­ści, pomimo wie­lo­krot­nych prób kon­taktu. Kurwa, mogłem robić, co tylko dusza zapra­gnie. A tak się zło­żyło, że w tam­tym momen­cie pra­gną­łem Honey.

Złą­czeni w uści­sku weszli­śmy na werandę. Opar­łem ją o drzwi wej­ściowe, roz­ko­szu­jąc się doty­kiem jej mięk­kich krą­gło­ści. Kiedy otarła się o mojego fiuta, jęk­ną­łem w jej usta.

Ran­czo roz­cią­gało się na kil­ka­set hek­ta­rów i jak dotąd nie zauwa­żyli nas robot­nicy. Jed­nak bzy­ka­nie się z tą kobietą na zewnątrz nie wyda­wało mi się wła­ściwe. Cof­ną­łem się i jed­no­cze­śnie modli­łem, żeby nie zmie­niła zda­nia.

– Chodźmy do środka.

Przy­gry­zła wargę, zanim ski­nęła głową. Jasna cho­lera, nie sądzi­łem, że mogę być jesz­cze tward­szy. Prze­su­ną­łem ją z wycie­raczki pod naszymi sto­pami, po czym się­gną­łem po scho­wany tam klucz.

Po otwar­ciu drzwi nie tra­ci­łem czasu. Pod­nio­słem ją i pozwo­li­łem, by oplo­tła nogi wokół moich ple­ców, po czym zatrza­sną­łem drzwi kop­nia­kiem.

– Kur­czę, ale jesteś silny.

Odpo­wie­dzia­łem jej poca­łun­kiem, cału­jąc ją przez całą drogę, kiedy zmie­rza­łem w stronę sypialni na tyłach domu.

Oboje byli­śmy tak chętni, że nawet nie zdję­li­śmy wszyst­kich ubrań. Ona nie­po­rad­nie sta­rała się roz­piąć guziki mojego mun­duru, a ja jej sta­nik.

Led­wie zdą­ży­łem opu­ścić spodnie do połowy i zało­żyć pre­zer­wa­tywę, gdy ona zdjęła dżinsy, roz­chy­la­jąc swoje sek­sowne uda. Z kuta­sem twar­dym jak skała, wsu­ną­łem dwa palce w jej jedwa­bi­stą głę­bię, by spraw­dzić, czy jest gotowa. Była tak cho­ler­nie mokra, że aż jęk­ną­łem, gdy zato­pi­łem w niej fiuta i jak opę­tany przy­war­łem do jej ust.

Powę­dro­wa­łem war­gami w dół jej szyi i pod­nio­słem sta­nik, by odsło­nić krą­głe, pełne piersi. Przy­lgną­łem do jed­nego sutka, a ona wygięła się w moją stronę. Jej ciało było nie­biań­skie. Czu­łem, że posia­dłem naj­bar­dziej pocią­ga­jącą kobietę, jaką kie­dy­kol­wiek widzia­łem.

Jej pięty wbiły się w mój tyłek, zachę­ca­jąc do zwięk­sze­nia tempa. Chcia­łem dłu­żej napa­wać się tym, że owi­nęła się wokół mnie jak bluszcz, jed­nak pod­da­łem się przy­jem­no­ści i ujeż­dża­łem ją mocno.

Kiedy jej cipka zaci­snęła się na moim fiu­cie, wystrze­li­łem, pul­su­jąc w jej wnę­trzu, pcha­jąc mocno, aż cał­ko­wi­cie się wypom­po­wa­łem.

Jakimś cudem udało mi się utrzy­mać na jed­nej ręce i nie wgnieść jej w mate­rac. Ku mojemu zasko­cze­niu wyśli­zgnęła się spode mnie i prze­czoł­gała pod moim ramie­niem, żeby się uwol­nić. Patrzy­łem, jak zakłada koszulkę i schyla się, żeby zna­leźć dżinsy.

Jej tyłek był taki kuszący. Mój kutas odżył i znów zaczął tward­nieć. Jej oczy niczym magnes przy­cią­gały mojego fiuta.

– Prze­pra­szam, Cukie­reczku, muszę wra­cać do pracy.

Wytrzesz­czy­łem oczy.

– Pracy?

Przy­tak­nęła.

– Obo­wiązki wzy­wają.

– Myśla­łem, że kie­rowcy Ubera sami usta­lają sobie godziny pracy.

– Tak jest. Tylko że ja w dni wolne pra­cuję w szpi­talu i w barze.

– Trzy prace?

Zaszczy­ciła mnie uśmie­chem.

– Ktoś musi pła­cić za moją edu­ka­cję.

– Czyli jesz­cze do tego się uczysz?

Kiedy ona miała na to wszystko czas? Gdy skoń­czyła się ubie­rać, pode­szła i pokle­pała mnie po policzku.

– Nie jestem modelką plus size jak Ash­ley Gra­ham. Muszę pra­co­wać.

Nie wie­dzia­łem, kim jest Ash­ley Gra­ham, ale byłem zbyt wstrzą­śnięty, żeby zapy­tać, kiedy odwró­ciła się i chciała odejść.

– Czy jesz­cze cię zoba­czę?

Jej zalotny uśmiech powi­nien był sta­no­wić wystar­cza­jącą odpo­wiedź.

– Masz oczy, prawda?

Mru­gnęła do mnie, cho­lera, mru­gnęła.

Czu­łem się, jak­bym bła­gał, do czego nie byłem przy­zwy­cza­jony. Jed­nak i tak zapy­ta­łem.

– Dasz mi swój numer?

Zatrzy­mała się i oparła dłoń o fra­mugę drzwi.

– Po pro­stu nazwijmy rzecz po imie­niu.

– Po imie­niu?

– Speł­ni­łam swój obo­wią­zek.

– Obo­wią­zek? – zapy­ta­łem. Czu­jąc się jak zdarta płyta, powta­rza­jąc wszystko, co mówiła.

– Tak.

Obser­wo­wała mnie, a potem jej spoj­rze­nie powę­dro­wało po pokoju.

– Ty i ja. To oczy­wi­ste, że wła­śnie wró­ci­łeś ze służby. Skoro zadzwo­ni­łeś po Ubera, zakła­dam, że jesteś sam. Bóg wie, ile czasu minęło, odkąd… tak, rozu­miem, bo taki facet jak ty… – zaśmiała się, kre­śląc dło­nią kółka w powie­trzu. – Wiem, jaka jestem, a skoro byłeś na tyle miły, by popro­sić mnie o numer, zakła­dam, że nauczono cię dobrych manier. Jed­nak kiedy już się zado­mo­wisz, kobiety będą do cie­bie lgnęły jak muchy do miodu. Nie jestem na tyle głu­pia, żeby myśleć, że naprawdę zadzwo­nisz. Więc cieszmy się chwilą… – ode­tchnęła głę­boko, co tylko wyeks­po­no­wało jej piersi. – Muszę już lecieć.

Znik­nęła, zanim zdą­ży­łem cokol­wiek powie­dzieć. Przez chwilę zasta­na­wia­łem się, czy tak wła­śnie czują się kobiety po jed­no­ra­zo­wej przy­go­dzie – tanie i wyko­rzy­stane. Oce­niła mnie tak grun­tow­nie, że minęło kilka sekund, zanim wró­cił mi rozum. Wsta­łem, zapią­łem spodnie i pobie­głem za nią.

Po otwar­ciu drzwi zasta­łem tylko chmurę kurzu uno­szącą się za samo­cho­dem. Co, do cho­lery, się wła­śnie wyda­rzyło?

Pocze­ka­łem, aż jej auto znik­nie za zakrę­tem i kurz opad­nie. Zamkną­łem drzwi. Myśla­łem o wszyst­kich rze­czach, które powi­nie­nem był powie­dzieć. Po pierw­sze, zaprze­czyć jej twier­dze­niom, że nosze­nie przez nią roz­miaru innego niż 36 miało dla mnie zna­cze­nie. Tak naprawdę wola­łem kobiety przy kości. Kiedy w liceum zaczą­łem spo­ty­kać się z Tarą, nie­któ­rzy mogliby ją nazwać pulchną. Nic z tych rze­czy. Pod koniec ostat­niej klasy stra­ciła na wadze, która nada­wała jej krą­gło­ściom odpo­wied­niej mięk­ko­ści. Jed­nak nie mia­łem jej tego za złe. Miłość jest ślepa, jak zawsze mawiała moja mama.

Kiedy życie na ran­czu zaczęło mnie przy­tła­czać, zacią­gną­łem się do armii. Pocho­dzi­li­śmy z rodu dum­nych ran­cze­rów i pie­nią­dze były ostat­nią rze­czą, o którą moi rodzice mogliby się mar­twić. Wysy­ła­łem więc mój żołd Tarze, żeby mogła opła­cić swoje zaję­cia z aktor­stwa i kupić wszystko, czego potrze­bo­wała, żeby zro­bić karierę. Kiedy zoba­czy­łem ją rok temu na prze­pu­stce, była pod­eks­cy­to­wana wizją naszej wspól­nej przy­szło­ści. Pla­no­wa­li­śmy prze­pro­wa­dzić się do Los Ange­les po zakoń­cze­niu mojej służby.

Ale zanim wró­ci­łem, mama zacho­ro­wała. Wylą­do­wała w szpi­talu z cho­robą nerek. To dla­tego rodzice nie przy­je­chali po mnie do bazy. Regu­lar­nie pod­da­wano ją dia­li­zom. Cho­roba roz­wi­nęła się tak bar­dzo, że wpi­sano ją na listę do prze­szczepu. Jed­nym z moich pierw­szych kro­ków po powro­cie do domu miało być spraw­dze­nie, czy mogę zostać dawcą.

Kiedy powie­dzia­łem Tarze, że nie mogę się prze­pro­wa­dzić, natych­miast zerwała ze mną kon­takt.

Zamkną­łem drzwi i zagłę­bi­łem się w fotelu taty. Honey wysnuła błędny wnio­sek – zało­żyła, że jestem jakimś kobie­cia­rzem, ale było wręcz prze­ciw­nie. W całym życiu byłem tylko z jedną kobietą – Tarą. Nie wiem, co we mnie wstą­piło, kiedy spo­tka­łem Honey. To prawda, że minęło już tro­chę czasu, ale byłem wierny Tarze przez całe cztery lata mojej nie­obec­no­ści. Co takiego było w Honey, że osza­la­łem na tyle, by zapo­mnieć o kobie­cie, którą uwa­ża­łem za swoją miłość?

Prze­je­cha­łem dło­nią po twa­rzy i posta­no­wi­łem spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Tara nie ode­zwała się do mnie ani sło­wem od pra­wie roku. Tele­fony i e-maile pozo­sta­wały bez odpo­wie­dzi. Nawet jej matka prze­stała odbie­rać moje tele­fony. Mia­łem wystar­cza­jąco dużo czasu, by wybić sobie Tarę z głowy.

Do moich noz­drzy wdarł się zapach wicio­krzewu. Powi­nie­nem wstać i wziąć prysz­nic, ale chcia­łem, żeby zapach Honey utrzy­my­wał się na mojej skó­rze cho­ciaż przez chwilę.

Usły­sza­łem dźwięk domo­wej krzą­ta­niny, kiedy rodzice wró­cili ze szpi­tala i otwo­rzy­łem oczy. Pierw­szą osobą, którą zoba­czy­łem, była mama. Pode­rwa­łem się na nogi, żeby jej pomóc, ale pac­nęła mnie w rękę i przy­tu­liła.

– Jake, złotko, tęsk­ni­łam za tobą – poca­ło­wała mnie w poli­czek. – Jesz­cze nie umar­łam. Mogę cho­dzić. A ty zosta­wi­łeś torbę na weran­dzie.

Zapo­mnia­łem o tym.

– Prze­pra­szam, mamo.

Pokle­pała mnie po ple­cach, kiedy spo­koj­nym kro­kiem wszedł tata, nio­sąc moją torbę.

– Jake, mój chłop­cze…

– Tak jest! – odpo­wie­dzia­łem.

Tata był kie­dyś ran­ge­rem1. Cho­ciaż chciał, żebym został i prze­jął rodzinną firmę, usza­no­wał moją decy­zję o wyjeź­dzie i zosta­niu panem samego sie­bie.

– Nie wci­skaj mi tych bzdur. Przy­tul swo­jego sta­ruszka.

Tata na­dal był dużym męż­czy­zną, ale już nie musia­łem patrzeć na niego z dołu. Byłem odro­binę wyż­szy. Zanim zdą­ży­li­śmy powie­dzieć coś wię­cej, do domu weszła kolejna osoba.

Gdy zoba­czy­łem, kto to jest, rzu­ci­łem okiem na mamę. Zaci­snęła usta, jakby żało­wała tego, co miało nastą­pić.

Spoj­rza­łem z powro­tem na mamę Tary i dostrze­głem cha­rak­te­ry­styczny dla niej gry­mas. Na bio­drze trzy­mała nie­mowlę.

Teraz ja byłem zdez­o­rien­to­wany.

– Czy z Tarą wszystko w porządku?

Mary rzadko opusz­czała swój dom na kół­kach. A kiedy już to robiła, odsta­wiała wiel­kie przed­sta­wie­nie, żeby poka­zać, jak bar­dzo jest ura­żona. Cho­ciaż mię­dzy mną a Tarą wszystko było skoń­czone, serce mi się kra­jało na samą myśl o tym, że coś jej się stało. Czy to dla­tego do mnie nie oddzwa­niała? Tylko czemu jej matka mia­łaby cze­kać, żeby powie­dzieć mi to teraz?

– U Tary wszystko w porządku. Przy zało­że­niu, że zosta­wie­nie mnie na lodzie z jej dziec­kiem jest w porządku.

Dziec­kiem? Tara miała dziecko? Czy to był powód jej mil­cze­nia?

Mary jesz­cze nie skoń­czyła.

– Teraz, kiedy wró­ci­łeś do domu na dobre, możesz wziąć na sie­bie odpo­wie­dzial­ność.

Wci­snęła mi nie­mowlę. Nie mia­łem wyboru, musia­łem je przy­trzy­mać. Maleń­stwo wło­żyło pięść do ust i zaczęło ją żuć.

– Co ty mówisz?

Jed­nak nie potrze­bo­wa­łem jej odpo­wie­dzi. Jedno spoj­rze­nie na nie­bie­skie oczy maleń­stwa, które były lustrza­nym odbi­ciem moich wła­snych, sta­no­wiło wystar­cza­jącą odpo­wiedź. Zaczą­łem liczyć. Nie byłem dobry w okre­śla­niu wieku dzieci, jed­nak z moich obli­czeń wyni­kało, że mogło być moje.

– Mówię, że Tara mnie zała­twiła. Zwiała, żeby zostać gwiazdą, zosta­wia­jąc mnie ze swoim dziec­kiem.

Nie zwró­ci­łem jej uwagi, że jest bab­cią tego dziecka.

– Powie­działa, że to ty jesteś ojcem. Wszyst­kie doku­menty są w tor­bie.

Moje spoj­rze­nie powę­dro­wało na pod­łogę, gdzie obok drzwi leżała duża torba.

– Nie dzwoń do mnie – powie­działa, wycho­dząc i zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Nie­mowlę zaczęło hała­so­wać, a ja patrzy­łem, jak z jego ust wydo­stają się bąbelki. Mama spoj­rzała na mnie ze współ­czu­ciem.

Dzieci były dla mnie czymś tak obcym, że nie wie­dzia­łem, czy to dziew­czynka, czy chło­piec. Mary nie raczyła nawet powie­dzieć, jak ma na imię.

Tata zwró­cił się do mnie z typo­wym dla sie­bie sto­ic­kim spo­ko­jem:

– Pora­dzisz sobie, synu. Przej­dziemy przez to jako rodzina.

Na woj­nie widzia­łem straszne rze­czy. W porów­na­niu z tym dziecko powinno być sie­lanką.

Roz­dział pierw­szy. Honey

Roz­dział pierw­szy

Honey

Wdy­cha­nie i wydy­cha­nie powie­trza ni­gdy nie wyda­wało się takie trudne… aż do dziś. Dam sobie radę. Minęło już pra­wie pięć lat. Na pod­sta­wie infor­ma­cji, które otrzy­ma­łam od agen­cji, było mało praw­do­po­dobne, że w ogóle tu miesz­kał. Mia­łam się spo­tkać z nie­ja­kim Jack­so­nem Turn­bal­lem.

Wcią­gnę­łam powie­trze, wzię­łam się w garść, jak na dużą dziew­czynkę przy­stało, i zapu­ka­łam.

Po dru­giej stro­nie drzwi roz­le­gły się lek­kie kroki. Zamknę­łam oczy. Jeśli tu miesz­kał, to miał rodzinę. Jak mogła­bym tu pra­co­wać?

Drzwi się otwo­rzyły i mała istotka spoj­rzała na mnie z dołu.

– Jamie! – zawo­łał głę­boki głos gdzieś z tyłu domu.

Dziecko miało równo obcięte włosy tuż pod uchem, więc nie wia­domo było na pewno, czy to chło­piec, czy dziew­czynka, choć ta śliczna buzia była tro­chę za ładna jak na chłopca.

Było tu dziecko, poza tym dom nie róż­nił się zbyt­nio od momentu, gdy widzia­łam go kilka lat temu. Miał wiej­ski styl w nowo­cze­snym wyda­niu. W otwar­tym salo­nie znaj­do­wała się skó­rzana sofa, a za nią nowo­cze­sna kuch­nia.

Kiedy w polu widze­nia poja­wił się on, gło­śno prze­łknę­łam ślinę. Był tak samo piękny, jak go zapa­mię­ta­łam. Wysoki, szczu­pły i umię­śniony. Jego ręce wyglą­dały na wystar­cza­jąco silne, by móc pod­nieść samo­chód. Brodę pokry­wał kil­ku­dniowy zarost. Spra­wiał, że na sam widok zro­biło mi się mokro w majt­kach.

Oczy mu się zwę­ziły i zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy w ogóle mnie pamięta. Od czasu, gdy go widzia­łam, schu­dłam kilka kilo­gra­mów. Jed­nak nie tyle, by nosić wię­cej niż jeden roz­miar mniej. Według mnie nie wyglą­da­łam jakoś spe­cjal­nie ina­czej.

– Czy mogę ci w czymś pomóc? – zapy­tał.

Miał ochry­pły głos, co wywo­łało we mnie kolejny przy­pływ pożą­da­nia.

– Ja w spra­wie pracy.

Jego spoj­rze­nie pociem­niało.

– Powie­dziano mi, że mam się spo­dzie­wać Hil­lary Hun­ter.

Przy­ci­snę­łam dłoń do piersi.

– To ja, choć nikt ni­gdy nie nazy­wał mnie Hil­lary. Zawsze byłam Honey.

– Honey Hun­ter? – w jego gło­sie zabrzmiała żar­to­bliwa nutka.

– Dokład­nie tak. Wiem, że nie spo­dzie­wa­łeś się znowu mnie zoba­czyć, ale jestem – rozej­rza­łam się dookoła. – Więc… gdzie jest pacjent?

Cienki gło­sik, który zaraz potem się ode­zwał, ścią­gnął nasze spoj­rze­nia w dół.

– Dz-zia­da­deek m-m-miał wypa­na­na­dek. N-n-nie ma go w łószszku.

Męż­czy­zna kom­plet­nie o mnie zapo­mniał, rzu­cił się w lewo i znik­nął w kory­ta­rzu. Poszłam w jego ślady, po czym weszli­śmy do iście kró­lew­skiego pokoju.

– Cho­lerne stare nogi – star­szy męż­czy­zna, sto­jący w samej koszuli, wpa­try­wał się w łóżko, jakby było prze­klęte.

W pokoju pach­niało amo­nia­kiem. Okrą­ży­łam syna, który zszo­ko­wany wpa­try­wał się w ojca.

– Dobrze wiem, co masz na myśli. Sta­rze­nie się jest do dupy. Popusz­czam, kiedy się śmieję lub kicham za mocno. To okrop­nie ssie – powie­dzia­łam.

Męż­czy­zna wpa­try­wał się we mnie zwę­żo­nymi oczami.

– Nie oce­niaj – dro­czy­łam się. – Nie ma dnia, żebym nie oba­wiała się o to, że będę mieć drobny wypa­dek.

To nie do końca prawda, ale w tym przy­padku to nie było ważne. Pocze­ka­łam chwilę, aż na twa­rzy męż­czy­zny poja­wił się sze­roki uśmiech i zaczął się śmiać do roz­puku. Dobrze, że jego koszula była wystar­cza­jąco długa, żeby zakryć wszyst­kie czę­ści ciała, ponie­waż w pokoju znaj­do­wało się teraz dziecko.

– Kim jest ta kobieta? Lubię ją – powie­dział.

– Ja też cię lubię – poda­łam mu dłoń.

– Jake, zatrud­nij tę kobietę.

– Ale… – wykrztu­sił Jake – ona jest…

– Zatrud­niona – powie­dział męż­czy­zna.

Zauwa­ży­łam łazienkę.

– Może przy­go­tu­jemy ci gorącą kąpiel?

Po tym, jak w ciemno wypo­wie­dzia­łam to zda­nie, modli­łam się, żeby była tam wanna.

Wesoły sta­ru­szek spoj­rzał na mnie zawa-diacko.

– Przy­łą­czysz się do mnie?

– Tato – powie­dział ostrze­gaw­czo Jake. – Jamie jest w pokoju.

Odwró­ci­łam się w stronę Jake’a, ale spoj­rza­łam na dziecko.

– Czy możesz przy­nieść mi czy­stą pościel i ręcz­niki? – dziew­czynka ski­nęła głową i wybie­gła pędem z pokoju.

Teraz zwró­ci­łam się do Jake’a.

– Możesz pomóc, zdej­mu­jąc prze­ście­ra­dła.

Nie dałam mu czasu na odpo­wiedź, zwłasz­cza kiedy zauwa­ży­łam jego gry­mas. Pierw­sze wra­że­nie było klu­czowe. By mieć jaką­kol­wiek szansę na zdo­by­cie tej pracy, musia­łam poka­zać Jake’owi, że potra­fię pora­dzić sobie w każ­dej sytu­acji. W tej chwili przy­pusz­cza­łam, że widział we mnie tylko tę pusz­czal­ską, która się z nim prze­spała, cho­ciaż led­wie go znała. Jeśli chcia­łam, żeby dostrzegł we mnie kogoś wię­cej niż tylko mate­riał na jed­no­ra­zową przy­godę, mia­łam przed sobą dużo pracy.

– Zwy­kle lubię poznać imię kobiety, zanim się roz­biorę – powie­dział star­szy pan.

Wycią­gnę­łam rękę do ojca Jake’a.

– Honey.

Uśmiech­nął się do mnie zawa­diacko.

– Honey, jestem Ford. Nie mogę powie­dzieć, że sta­rze­nie się jest takie złe, kiedy tak piękna kobieta jak ty się mną zaopie­kuje.

– Cóż, z przy­jem­no­ścią.

Po tym, jak Ford umo­ścił się w wan­nie, wyszłam, aby przy­nieść mu ubra­nie na zmianę. Jake i Jamie ście­lili łóżko.

– Mogę cię zmie­nić, jeśli nie masz nic prze­ciwko temu, żeby przy­nieść ubra­nie dla two­jego taty.

Jake się nie ode­zwał. Po pro­stu pod­szedł do komody i zro­bił to, o co go popro­si­łam, pod­czas gdy ja pod­wi­ja­łam brzegi prze­ście­ra­dła. Kiedy skie­ro­wał się w stronę łazienki, odcię­łam mu drogę.

– Powin­nam mu pomóc.

– Jesteś dla niego obcą osobą – powie­dział zimno Jake.

– Dokład­nie. Nie musi mi nic udo­wad­niać.

Wyrwa­łam mu ubra­nia z rąk i wró­ci­łam do pacjenta. Wcho­dząc, uśmiech­nę­łam się, by ukryć skrę­po­wa­nie wywo­łane lek­ce­wa­żą­cym tonem Jake’a.

– Umiesz goto­wać? – zapy­tał Ford.

Podo­bało mi się, że pomimo mojej wagi nie zało­żył, że potra­fię.

– Jasne, że umiem.

– Moja Mar­tha umie goto­wać.

– Tak?

Zgod­nie z opi­sem Ford miał lekką demen­cję star­czą. Nie było w nim mowy o tym, czy jego żona żyje, a jedy­nie, że pacjent potrze­buje opie­kunki, która z nim zamieszka.

– Oczy­wi­ście, że potrafi.

– Jesteś głodny?

– Jestem. Mam ochotę na pie­czeń Mar­thy z purée ziem­nia­cza­nym.

– Zoba­czę, co da się zro­bić.

Gdy był już ubrany, pomo­głam mu wejść do sypialni. Jake stał tam sam. Nie byłam pewna, gdzie jest Jamie.

– Jake, Ford chciałby spró­bo­wać kuchni two­jej matki.

Domy­śli­łam się, kim była Mar­tha.

Po spa­ni­ko­wa­nym wyra­zie twa­rzy Jake’a zało­ży­łam, że jego matki nie ma już wśród żywych.

Zwró­ci­łam się do Forda.

– Może zanim zde­cy­du­jesz się mnie zatrud­nić, zachwycę cię umie­jęt­no­ściami kuli­nar­nymi?

– Honey, już cię zatrud­ni­łem – powie­dział Ford z zawa­diac­kim uśmie­chem.

– Tato…

Ford pod­niósł rękę.

– Pie­lę­gniarka jest dla cie­bie czy dla mnie?

Jake odwró­cił wzrok.

– Dla cie­bie.

– Jesz­cze nie jestem mar­twy. Pozwól mi więc wybrać, kto będzie wycie­rał mój tyłek.

Przy­gry­złam wargę, żeby się nie roze­śmiać.

Jake zaci­snął zęby.

– Masz rację.

– Oczy­wi­ście, że mam. A teraz opro­wadź tę damę i pozwól jej olśnić mnie umie­jęt­no­ściami kuli­nar­nymi.

Ford mru­gnął do mnie i usiadł na łóżku. Uśmiech­nę­łam się sze­roko i zasta­na­wia­łam, czy nie mylili się co do jego cho­roby. Wyglą­dało na to, że ten czło­wiek ma w gło­wie wszystko poukła­dane.

– Tędy – powie­dział nie­chęt­nie Jake.

Ruszy­łam w stronę drzwi i sta­ra­łam się nie zamru­czeć, gdy jego dłoń wylą­do­wała na moich ple­cach.

Kiedy zosta­li­śmy sami w holu, odwró­ci­łam się do niego, ale nie mogłam napo­tkać jego wzroku.

– Mogę wymy­ślić jakąś wymówkę, żeby nie przy­jąć tej pracy, jeśli moja obec­ność ci nie odpo­wiada.

Nic nie powie­dział, dopóki nasze spoj­rze­nia się nie spo­tkały.

– Mój ojciec cię lubi, a nie polu­bił nikogo innego.

Ilu kan­dy­da­tów się zgło­siło? Chcia­łam uśmiech­nąć się dum­nie z dobrze wyko­na­nego zada­nia, ale wie­dzia­łam, że nie byłoby to mile widziane.

– Dobrze – powie­dzia­łam.

Zaczę­łam się odwra­cać, gdy poczu­łam jego rękę na przed­ra­mie­niu. Zatrzy­ma­łam się.

Roz­dział drugi. Jake

Roz­dział drugi

Jake

Doty­ka­nie tej kobiety spra­wiło, że moje serce przy­spie­szyło, gdy przy­po­mi­na­łam sobie wspólne chwile po pamięt­nej prze­jażdżce Ube­rem. Zaci­sną­łem zęby, powstrzy­mu­jąc rosnącą potrzebą zabra­nia jej do swo­jego łóżka i poka­za­nia nam obojgu, jak dosko­nale do sie­bie pasu­jemy.

– Chcę tylko jasno powie­dzieć, że to, co się wtedy wyda­rzyło, nie może się powtó­rzyć. Tym razem nie będziemy zacie­rać gra­nicy mię­dzy pracą a życiem pry­wat­nym.

W jej pięk­nych brą­zo­wych oczach bły­snął gniew.

– Wcze­śniej nie zacie­ra­li­śmy gra­nicy. Prze­sta­łeś być moim klien­tem, kiedy wysia­dłeś z samo­chodu. Poza tym nie musisz się mar­twić. Jeden raz wystar­czył.

Tra­fiała pro­sto w moje ego. Prze­pchnęła się obok, podą­ży­łem więc za nią, zada­jąc pyta­nie:

– Co masz na myśli?

Jej włosy się roz­wiały, gdy odwró­ciła się do mnie.

– Myślę, że dobrze wiesz, o co mi cho­dzi.

– Tatu­siu?

Odwró­ci­łem się i, zoba­czyw­szy Jamie sto­jącą w drzwiach, zmie­ni­łem temat.

– Czy pomo­głaś Mit­chowi nakar­mić konie? – ski­nie­nie jej głowy było tro­chę zbyt gwał­towne. – Czy jest jakiś pro­blem?

– L-Logel c-c-cie potsze­buje. B-B-Blow­nie jest go-gotowa.

Zro­zu­mia­łem, co się dzieje. Hodowla koni czy­stej krwi była tylko jedną z rze­czy, któ­rymi zaj­mo­wa­li­śmy się na ran­czu.

– Za chwilę przyjdę.

Sku­pi­łem się z powro­tem na cza­ru­ją­cej kobie­cie.

– Twój syn?

Prze­peł­niła mnie iry­ta­cja.

– Córka – ścią­gną­łem brwi. – Wiesz, co…

Honey zało­żyła kosmyk ciem­nych wło­sów za ucho.

– To był błąd. Szcze­rze mówiąc, myśla­łam, że to dziew­czynka. Tylko pomyśla­łam, że nazwa­nie dziew­czynki chłop­cem będzie mniej obraź­liwe niż chłopca dziew­czynką. Wy, faceci, macie ego wiel­ko­ści Tek­sasu.

Jej porów­na­nie mogło być trafne. Po śmierci mamy wszy­scy odczu­li­śmy jej stratę, a zwłasz­cza Jamie. Mama była jedyną kobietą na ran­czu na pełny etat, aż do czasu poja­wie­nia się Honey. Dla­tego jej obec­ność powinna być czymś dobrym. Otrzą­sną­łem się z obaw o to, jak mia­łaby tu pra­co­wać, jeżeli nie będę mógł jej dotknąć.

Wska­za­łem na salon, który był otwarty na wszyst­kie pomiesz­cze­nia.

– Tam jest kuch­nia, a twój pokój tutaj – prze­su­ną­łem rękę i wska­za­łem miej­sce, w któ­rym spę­dzi­li­śmy pamiętne popo­łu­dnie. Sta­ra­łem się nie myśleć o tym, że (przy­naj­mniej według tego, co mówiła) tylko ja byłem pora­żony naszym wcze­śniej­szym spo­tka­niem.

Zaczą­łem się odwra­cać, ale po chwili znów sta­ną­łem przed nią.

– Zda­jesz sobie sprawę z tego, że to cały etat, prawda? Nie masz innej pracy, którą musisz się zająć?

Kiedy spo­tka­li­śmy się ostat­nim razem, powie­działa, że ma trzy prace i się uczy. Jej oczy zwę­ziły się, a ja zda­łem sobie sprawę, że znowu powie­dzia­łem coś nie­sto­sow­nego.

– Mia­łam wiele zajęć, żeby zapła­cić za szkołę. Ktoś taki jak ty może tego nie rozu­mieć.

Odwró­ciła się, umoż­li­wia­jąc mi niczym nie­ogra­ni­czony ogląd jej fan­ta­stycz­nego tyłka. Chcia­łem zostać i podzi­wiać go dłu­żej, ale obo­wiązki wzy­wały.

Wysze­dłem drzwiami fron­to­wymi i prze­sze­dłem przez sto­dołę na drugą stronę. Brow­nie leżała cicho na ziemi. Moi robot­nicy trzy­mali się w odpo­wied­niej odle­gło­ści. Nie zamie­rza­li­śmy inge­ro­wać, chyba że będzie potrze­bo­wała pomocy.

Obją­łem Jamie ramie­niem.

– Jak leci, szkra­bie?

Spoj­rzała na mnie swo­imi sar­nimi oczami i wzru­szyła ramio­nami.

– Cz-cz-czy to-o b-b-boli?

Wła­śnie w takich chwi­lach czu­łem się jak ryba wyjęta z wody. Obie­ca­łem sobie, że zawsze będę z moją córką tak szczery, jak to tylko moż­liwe. Tak wycho­wali mnie rodzice.

– Z pew­no­ścią, ale ona jest silna.

– Cz-cz-czy… m-m-m-mama b-była silna?

Głę­boki wydech nie wystar­czył, by zła­go­dzić dys­kom­fort. Pochy­li­łem się, żeby spoj­rzeć jej pro­sto w oczy.

– Wystar­cza­jąco silna, by dać ci szansę na lep­sze życie i każ­dego dnia dzię­kuję za cie­bie Bogu.

Poca­ło­wa­łem Jamie w czu­bek głowy, a potem wzią­łem ją w ramiona. Nie wie­działa, że mnie oca­liła. Pla­no­wa­łem powie­dzieć to w dniu jej ślubu.

Roz­dział trzeci. Honey

Roz­dział trzeci

Honey

Zdą­ży­łam już wsta­wić pie­czeń do pie­kar­nika, gdy dołą­czył do mnie Ford. Jego obec­ność była krze­piąca. Zwłasz­cza że był jedy­nym doro­słym w tym domu, który chciał, żebym w nim została.

– Opo­wiesz mi o Mar­cie? – zapy­ta­łam.

Cie­pły uśmiech roz­lał się po całej jego twa­rzy, pod­czas gdy ja myłam ziem­niaki w zle­wie na wyspie. W kuchni pozwa­la­łam sobie na swo­bodę. Szu­ka­łam wszyst­kiego, co było mi potrzebne, aby stwo­rzyć posi­łek, na który cze­kał z utę­sk­nie­niem.

– Ach… ta kobieta. Według mojego brata mie­li­śmy wzię­cie i mogli­śmy prze­bie­rać wśród dam. Uwa­żał, że Mar­tha nie nale­żała do tych naja­trak­cyj­niej­szych. Jed­nak ja zawsze uwa­ża­łem się za szczę­ścia­rza, dla­tego że Mar­tha mnie zechciała.

Nasta­wi­łam ziem­niaki i zaczę­łam tro­chę sprzą­tać, zanim zabra­łam się do warzyw.

– To brzmi, jakby twój brat był dosyć kry­tyczny.

Zaśmiał się.

– On lubi kobiety eks­po­naty.

Tym razem ja się zaśmia­łam.

– Powie­dzia­łem Jake’owi, żeby trzy­mał się z dala od takich kobiet. Nadają się do pochwa­le­nia się przed zna­jo­mymi i niczego wię­cej.

Unio­słam brew, a on do mnie mru­gnął. Kiedy zadzwo­nił dzwo­nek do drzwi, mach­nę­łam ręką, żeby Ford nie wsta­wał ze stołka przy bla­cie, i poszłam otwo­rzyć.

Za drzwiami stała osoba, którą Ford nazwałby kobietą eks­po­na­tem. Była niż­sza ode mnie o kilka cen­ty­me­trów. Dłu­gie, lśniące, czarne włosy opa­dały jej za ramiona. Wyglą­dały jak z reklam szam­po­nów. Jej oczy się zwę­ziły.

– Kim jesteś? – brzmiała jak wredna dziew­czyna z liceum.

Spoj­rza­łam na Forda i dostrze­głam w jego oczach nie­uf­ność. Coś mu się w niej nie podo­bało. Jako jego pra­cow­nik nie chcia­łam zdra­dzać faktu, że Ford wymaga opieki.

– Gospo­sią.

Jej twarz się roz­ja­śniła i kobieta prze­szła obok mnie nie­dba­łym, pew­nym sie­bie kro­kiem, jak­bym nie była godna uwagi. To nie była dla mnie żadna ujma, chyba że pew­nego dnia będę musiała dla niej pra­co­wać. Na samą myśl o tym pra­wie dosta­łam roz­stroju żołądka.

– Dobrze, że Jake w końcu zatrud­nił poko­jówkę. Może teraz będzie mógł spę­dzać ze mną wię­cej czasu.

Nie mia­łam prawa być zazdro­sna. Ta kobieta w dopa­so­wa­nej fla­ne­lo­wej koszuli wpusz­czo­nej w dżinsy, które przy­le­gały do jej chu­dej syl­wetki, i w kow­boj­skich butach, była z Jakiem. Jej lek­ce­wa­że­nie pod­ko­pało jed­nak moją samo­ocenę. Nie prze­szło jej nawet przez myśl, że mogła­bym być dla niej zagro­że­niem. Nie chcia­łam poczuć się dotknięta, ale tak się stało.

– A tak przy oka­zji, gdzie jest Jake? – kon­ty­nu­owała, roz­glą­da­jąc się dookoła, jakby się gdzieś ukrył.

W drzwiach poja­wiła się Jamie. Kiedy spoj­rzała na kobietę, jej oczy zro­biły się ogromne. Tamta zro­biła krok do przodu, a Jamie szybko się cof­nęła.

Kobieta uśmiech­nęła się, jed­no­cze­śnie roz­glą­da­jąc dookoła.

– Gdzie jest twój tatuś, kocha­nie?

Już chcia­łam odpo­wie­dzieć, ale tylko zagry­złam wargę.

– Je-jest n-na zewnontsz – jej cią­głe, mięk­kie jąka­nie roz­darło mi serce. Cho­ciaż tym razem nie byłam pewna, czy bała się tej kobiety, czy tak po pro­stu mówiła. W końcu do tej pory mało się odzy­wała.

– Gdzie na zewnątrz? W sto­dole? – zapy­tała gło­śno, jakby Jamie miała pro­blem ze słu­chem, a nie wadę wymowy.

Dziew­czynka popa­trzyła na nią zasko­czona, potem jed­nak posta­rała się odpo­wie­dzieć:

– B-B-Blow­nie lodzi.

Twarz kobiety się zmarsz­czyła.

– Powiedz tatu­siowi, że tutaj byłam, dobrze? Powiedz mu, że może przyjść wie­czo­rem – mru­gnęła do Jamie, która wybie­gła z domu, jakby się paliło.

Pod­róbka Bar­bie obró­ciła się, żeby sta­nąć naprze­ciw mnie.

– Ponie­waż wkrótce to ja będę pro­wa­dzić dom, powin­nam się przed­sta­wić. Jestem Jacque. Jacque przez q.

Podała mi rękę, a ja ją uści­snę­łam. Choć bar­dzo potrze­bo­wa­łam tej pracy, nie byłam pewna, jak długo wytrzy­mam, jeśli Jacque przez q zosta­nie moją sze­fową.

– Mar­tha.

To słowo wypo­wie­dział Ford, ale nie brzmiał już jak ten dziar­ski męż­czy­zna, z któ­rym roz­ma­wia­łam kilka minut temu. Teraz wyda­wał się zagu­biony.

Kiedy jego oczy zatrzy­mały się na mnie, nie doj­rza­łam w nich nawet śladu tego, że mnie poznaje.

– Gdzie jest Mar­tha?

Jacque prze­wró­ciła oczami i ruszyła w kie­runku Forda.

– Ford, wiesz, że Mar­tha…

Szcze­rze mówiąc, nie wie­dzia­łam, że potra­fię się tak szybko poru­szać. Ale sta­nę­łam jej na dro­dze.

– Ode­szła. Mar­tha ode­szła.

Rozu­mia­łam to, że pacjen­tom z cho­robą Alzhe­imera należy mówić prawdę. Ist­niał jed­nak wła­ściwy i niewła­ściwy spo­sób prze­ka­zy­wa­nia komuś wia­do­mo­ści, które mogły go zmar­twić.

– Ty… – Ford wska­zał na Jacque. – Wynoś się z mojego domu. Mógł­bym cię zabić za to, co zro­bi­łaś mojemu bratu.

Kiedy mówił, z jego ust pole­ciała ślina. W oczach kobiety poja­wił się prze­ra­że­nie i cof­nęła się.

– Dopil­nuj, by Jake wie­dział, że wpa­dłam – powie­działa, umy­ka­jąc z domu.

Krzy­żyk na drogę, pomy­śla­łam, gdy dawała dra­paka.

Odwró­ci­łam się do mojego pacjenta i pod­nio­słam ręce, aby go uspo­koić. Rysy Forda zła­god­niały.

– Mar­tha?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W ory­gi­nale Army Ran­gers (a wła­ści­wie: Uni­ted Sta­tes Army Ran­gers) – to eli­tarna for­ma­cja wojsk lądo­wych Sta­nów Zjed­no­czo­nych do zadań spe­cjal­nych. [wróć]