Słodki tatuś - Terri E. Laine - ebook

Słodki tatuś ebook

Terri E. Laine

4,3

Opis

Autorka bestsellerów USA Today, przedstawia słodką, ale bardzo seksowną opowieść o samotnym tacie.

Jake dostaje więcej niż się spodziewał, gdy jego ojciec nalega, by zatrudnił Honey, jedyną kobietę, o której nie potrafi zapomnieć. Gdy ona wdziera się do serc jego rodziny, musi wziąć pod uwagę coś więcej niż tylko swoją potrzebę uwiedzenia jej. Jego serce dotąd w całości należało tylko do jednej osoby – jego córki. Dopóki nie wdarła się do niego Honey… Jeśli Jake nie zachowa ostrożności, granica między pracownikiem a pracodawcą całkowicie się zatrze...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 207

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (211 ocen)
114
54
28
12
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Sylwiajabl

Z braku laku…

słaba
30
joleczkajoleczka1

Nie polecam

Przez te głupie określenia książka nie jest romantyczna tylko zalosna
00
Handzia1969

Nie oderwiesz się od lektury

Lekka, szybka i fajna lektura. Polecam.
00
mater0pocztaonetpl

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia 💙💙💙
00
Ninka84

Dobrze spędzony czas

Przyjemna, prosta książka.
00

Popularność




Część I. Honey

CZĘŚĆ I

HONEY

Pro­log

Pro­log

Wojna potrafi zła­mać czło­wieka. Z torbą na ramie­niu sze­dłem przez wiwa­tu­jący tłum w kie­runku drogi i zamó­wio­nego Ubera.

Wie­dzia­łem, że zosta­wi­łem Tarę, ale sądzi­łem, że zro­zu­mie, dla­czego musia­łem się zacią­gnąć do armii. Czu­łem się niczym ugo­dzony szty­le­tem, ponie­waż nie cze­kała na mnie. Cho­ciaż nie roz­ma­wia­li­śmy od mie­sięcy, myśla­łem, że może… może… się ock­nie. Jed­nak nie przy­szła.

Zgod­nie z apli­ka­cją szu­ka­łem jasno­brą­zo­wej toyoty camry. Tyle że to był jeden z tych samo­cho­dzi­ków typu smart, który stał zapar­ko­wany przy kra­węż­niku. Zigno­ro­wa­łem go i wycią­gną­łem szyję, by wśród wielu zapar­ko­wanych aut odna­leźć camry.

Moją uwagę przy­kuł dźwięk opusz­cza­nej szyby.

– Dokąd, Cukie­reczku?

Zamru­ga­łem, kiedy kobieta z połu­dnio­wym akcen­tem, o twa­rzy che­ru­binka z różo­wymi policz­kami, uśmiech­nęła się do mnie sze­roko.

– Ja… – jąka­łem się, nie mogąc myśleć, gdy jej twarz roz­pro­mie­niła się w uśmie­chu. – Cze­kam na Ubera.

Teraz jej pro­mienny uśmiech stał się wręcz zabój­czy.

– Czyli na mnie.

Zmarsz­czy­łem brwi.

– Cze­kam na…

– Camry. Prze­pra­szam, zepsuła się dziś rano i musia­łam poży­czyć to – roz­ło­żyła ręce. – Chodź. Czas ucieka.

Nie było mowy, żebym – mając metr dzie­więć­dzie­siąt trzy wzro­stu – zmie­ścił się w tym malut­kim samo­cho­dzie.

– Jest więk­szy, niż się wydaje – dodała, jakby czy­ta­jąc w moich myślach.

Pochy­liła się do przodu, zapew­nia­jąc mi nie­ogra­ni­czony widok na swój dekolt, który skry­wał obie­cu­jąco atuty nie­miesz­czące się w dwóch gar­ściach. Ogar­nęła mnie żądza. Przy­mkną­łem na to oko. Ile to już czasu minęło, odkąd prze­by­wa­łem w towa­rzy­stwie atrak­cyj­nej kobiety, z którą nie toczy­łem walki?

Otwo­rzyła drzwi i usia­dła wygod­nie.

Jęk­ną­łem i prze­su­ną­łem torbę, bojąc się, że w spodniach sta­nął mi namiot. Dziew­czyna zgięła palce w geście zapra­sza­ją­cym mnie do środka.

– Cukie­reczku, ruszajmy. Kiedy ten tłum się rozej­dzie, wydo­sta­nie się stąd zaj­mie całą wiecz­ność.

Miała rację. Ludzie już zmie­rzali w stronę par­kingu.

Jakimś cudem wgra­mo­li­łem się do samo­chodu. Z torbą na kola­nach ledwo mogłem wyj­rzeć przez szybę.

Naci­snęła przy­cisk w tele­fo­nie i poja­wiła się apli­ka­cja nawi­ga­cyjna ze wska­zów­kami dojazdu do mnie. Odchy­li­łem się do tyłu i zamkną­łem oczy, pró­bu­jąc zmu­sić erek­cję do ule­gło­ści. Nie­stety, łatwiej było to powie­dzieć niż zro­bić. Sie­dzia­łem bowiem koło kobiety, która uży­wała per­fum o zapa­chu dzi­kich kwia­tów

Gdy wje­cha­li­śmy na długi pod­jazd pro­wa­dzący do mojego rodzin­nego ran­cza, pra­wie się uspo­ko­iłem.

Kiedy wysia­dała z samo­chodu, szu­ka­łem klamki w drzwiach. Ode­tchną­łem, gdy się otwo­rzyły i ścią­gną­łem torbę z kolan. Brą­zo­wo­włosa pięk­ność uśmiech­nęła się do mnie, odsła­nia­jąc przy tym zęby, gdy pod­no­si­łem się z sie­dze­nia.

– Dzięki, pro­szę pani – powie­dzia­łem zmie­szany tym, że to ona mi pomo­gła, a nie na odwrót.

Nie byłem sek­si­stą, ale zosta­łem tak wycho­wany, że nie­któ­rzy mogliby nazwać mnie nieco sta­ro­świec­kim.

– Pro­szę pani? – potrzą­snęła głową. – Nie jestem żadną panią. Jestem Honey, Cukie­reczku.

– Honey?

Spoj­rzała na mnie zdzi­wio­nym wzro­kiem.

– Nie oce­niaj.

Przez chwilę się nie odzy­wa­łem.

– Jestem Jake.

– Bar­dziej podoba mi się Cukie­re­czek – obli­zała wargi, a jej oczy powę­dro­wały po mnie w dół.

Przy tej kobie­cie czu­łem się nagi i odkryty. Ema­no­wała pew­no­ścią sie­bie, któ­rej mi bra­ko­wało pod­czas powrotu z wojny do domu. Mia­łem stać się kimś, kim mój ojciec od zawsze chciał, żebym był, i nie wie­dzia­łem, jak się z tym czuję.

– Pomóc ci z tym?

– Z czym?

Jej oczy sku­piły się na moim kro­czu, a ja nie musia­łem patrzeć, żeby wie­dzieć, że mój kutas prak­tycz­nie machał do niej przez spodnie.

Zro­biła krok do przodu z czy­sto zapra­sza­ją­cym spoj­rze­niem. To mi wystar­czyło. Kiedy była już wystar­cza­jąco bli­sko, pozwo­li­łem jej się pochy­lić, zanim zagłę­bi­łem palce w jej jedwa­bi­stych wło­sach i przy­cią­gną­łem do sie­bie jej usta. Sma­ko­wała słodko, jak mię­towe cukierki.

Tylko przez chwilę w moich myślach poja­wiła się twarz Tary. Zre­zy­gno­wała z nas. Od mie­sięcy nie mia­łem od niej żad­nych wie­ści, pomimo wie­lo­krot­nych prób kon­taktu. Kurwa, mogłem robić, co tylko dusza zapra­gnie. A tak się zło­żyło, że w tam­tym momen­cie pra­gną­łem Honey.

Złą­czeni w uści­sku weszli­śmy na werandę. Opar­łem ją o drzwi wej­ściowe, roz­ko­szu­jąc się doty­kiem jej mięk­kich krą­gło­ści. Kiedy otarła się o mojego fiuta, jęk­ną­łem w jej usta.

Ran­czo roz­cią­gało się na kil­ka­set hek­ta­rów i jak dotąd nie zauwa­żyli nas robot­nicy. Jed­nak bzy­ka­nie się z tą kobietą na zewnątrz nie wyda­wało mi się wła­ściwe. Cof­ną­łem się i jed­no­cze­śnie modli­łem, żeby nie zmie­niła zda­nia.

– Chodźmy do środka.

Przy­gry­zła wargę, zanim ski­nęła głową. Jasna cho­lera, nie sądzi­łem, że mogę być jesz­cze tward­szy. Prze­su­ną­łem ją z wycie­raczki pod naszymi sto­pami, po czym się­gną­łem po scho­wany tam klucz.

Po otwar­ciu drzwi nie tra­ci­łem czasu. Pod­nio­słem ją i pozwo­li­łem, by oplo­tła nogi wokół moich ple­ców, po czym zatrza­sną­łem drzwi kop­nia­kiem.

– Kur­czę, ale jesteś silny.

Odpo­wie­dzia­łem jej poca­łun­kiem, cału­jąc ją przez całą drogę, kiedy zmie­rza­łem w stronę sypialni na tyłach domu.

Oboje byli­śmy tak chętni, że nawet nie zdję­li­śmy wszyst­kich ubrań. Ona nie­po­rad­nie sta­rała się roz­piąć guziki mojego mun­duru, a ja jej sta­nik.

Led­wie zdą­ży­łem opu­ścić spodnie do połowy i zało­żyć pre­zer­wa­tywę, gdy ona zdjęła dżinsy, roz­chy­la­jąc swoje sek­sowne uda. Z kuta­sem twar­dym jak skała, wsu­ną­łem dwa palce w jej jedwa­bi­stą głę­bię, by spraw­dzić, czy jest gotowa. Była tak cho­ler­nie mokra, że aż jęk­ną­łem, gdy zato­pi­łem w niej fiuta i jak opę­tany przy­war­łem do jej ust.

Powę­dro­wa­łem war­gami w dół jej szyi i pod­nio­słem sta­nik, by odsło­nić krą­głe, pełne piersi. Przy­lgną­łem do jed­nego sutka, a ona wygięła się w moją stronę. Jej ciało było nie­biań­skie. Czu­łem, że posia­dłem naj­bar­dziej pocią­ga­jącą kobietę, jaką kie­dy­kol­wiek widzia­łem.

Jej pięty wbiły się w mój tyłek, zachę­ca­jąc do zwięk­sze­nia tempa. Chcia­łem dłu­żej napa­wać się tym, że owi­nęła się wokół mnie jak bluszcz, jed­nak pod­da­łem się przy­jem­no­ści i ujeż­dża­łem ją mocno.

Kiedy jej cipka zaci­snęła się na moim fiu­cie, wystrze­li­łem, pul­su­jąc w jej wnę­trzu, pcha­jąc mocno, aż cał­ko­wi­cie się wypom­po­wa­łem.

Jakimś cudem udało mi się utrzy­mać na jed­nej ręce i nie wgnieść jej w mate­rac. Ku mojemu zasko­cze­niu wyśli­zgnęła się spode mnie i prze­czoł­gała pod moim ramie­niem, żeby się uwol­nić. Patrzy­łem, jak zakłada koszulkę i schyla się, żeby zna­leźć dżinsy.

Jej tyłek był taki kuszący. Mój kutas odżył i znów zaczął tward­nieć. Jej oczy niczym magnes przy­cią­gały mojego fiuta.

– Prze­pra­szam, Cukie­reczku, muszę wra­cać do pracy.

Wytrzesz­czy­łem oczy.

– Pracy?

Przy­tak­nęła.

– Obo­wiązki wzy­wają.

– Myśla­łem, że kie­rowcy Ubera sami usta­lają sobie godziny pracy.

– Tak jest. Tylko że ja w dni wolne pra­cuję w szpi­talu i w barze.

– Trzy prace?

Zaszczy­ciła mnie uśmie­chem.

– Ktoś musi pła­cić za moją edu­ka­cję.

– Czyli jesz­cze do tego się uczysz?

Kiedy ona miała na to wszystko czas? Gdy skoń­czyła się ubie­rać, pode­szła i pokle­pała mnie po policzku.

– Nie jestem modelką plus size jak Ash­ley Gra­ham. Muszę pra­co­wać.

Nie wie­dzia­łem, kim jest Ash­ley Gra­ham, ale byłem zbyt wstrzą­śnięty, żeby zapy­tać, kiedy odwró­ciła się i chciała odejść.

– Czy jesz­cze cię zoba­czę?

Jej zalotny uśmiech powi­nien był sta­no­wić wystar­cza­jącą odpo­wiedź.

– Masz oczy, prawda?

Mru­gnęła do mnie, cho­lera, mru­gnęła.

Czu­łem się, jak­bym bła­gał, do czego nie byłem przy­zwy­cza­jony. Jed­nak i tak zapy­ta­łem.

– Dasz mi swój numer?

Zatrzy­mała się i oparła dłoń o fra­mugę drzwi.

– Po pro­stu nazwijmy rzecz po imie­niu.

– Po imie­niu?

– Speł­ni­łam swój obo­wią­zek.

– Obo­wią­zek? – zapy­ta­łem. Czu­jąc się jak zdarta płyta, powta­rza­jąc wszystko, co mówiła.

– Tak.

Obser­wo­wała mnie, a potem jej spoj­rze­nie powę­dro­wało po pokoju.

– Ty i ja. To oczy­wi­ste, że wła­śnie wró­ci­łeś ze służby. Skoro zadzwo­ni­łeś po Ubera, zakła­dam, że jesteś sam. Bóg wie, ile czasu minęło, odkąd… tak, rozu­miem, bo taki facet jak ty… – zaśmiała się, kre­śląc dło­nią kółka w powie­trzu. – Wiem, jaka jestem, a skoro byłeś na tyle miły, by popro­sić mnie o numer, zakła­dam, że nauczono cię dobrych manier. Jed­nak kiedy już się zado­mo­wisz, kobiety będą do cie­bie lgnęły jak muchy do miodu. Nie jestem na tyle głu­pia, żeby myśleć, że naprawdę zadzwo­nisz. Więc cieszmy się chwilą… – ode­tchnęła głę­boko, co tylko wyeks­po­no­wało jej piersi. – Muszę już lecieć.

Znik­nęła, zanim zdą­ży­łem cokol­wiek powie­dzieć. Przez chwilę zasta­na­wia­łem się, czy tak wła­śnie czują się kobiety po jed­no­ra­zo­wej przy­go­dzie – tanie i wyko­rzy­stane. Oce­niła mnie tak grun­tow­nie, że minęło kilka sekund, zanim wró­cił mi rozum. Wsta­łem, zapią­łem spodnie i pobie­głem za nią.

Po otwar­ciu drzwi zasta­łem tylko chmurę kurzu uno­szącą się za samo­cho­dem. Co, do cho­lery, się wła­śnie wyda­rzyło?

Pocze­ka­łem, aż jej auto znik­nie za zakrę­tem i kurz opad­nie. Zamkną­łem drzwi. Myśla­łem o wszyst­kich rze­czach, które powi­nie­nem był powie­dzieć. Po pierw­sze, zaprze­czyć jej twier­dze­niom, że nosze­nie przez nią roz­miaru innego niż 36 miało dla mnie zna­cze­nie. Tak naprawdę wola­łem kobiety przy kości. Kiedy w liceum zaczą­łem spo­ty­kać się z Tarą, nie­któ­rzy mogliby ją nazwać pulchną. Nic z tych rze­czy. Pod koniec ostat­niej klasy stra­ciła na wadze, która nada­wała jej krą­gło­ściom odpo­wied­niej mięk­ko­ści. Jed­nak nie mia­łem jej tego za złe. Miłość jest ślepa, jak zawsze mawiała moja mama.

Kiedy życie na ran­czu zaczęło mnie przy­tła­czać, zacią­gną­łem się do armii. Pocho­dzi­li­śmy z rodu dum­nych ran­cze­rów i pie­nią­dze były ostat­nią rze­czą, o którą moi rodzice mogliby się mar­twić. Wysy­ła­łem więc mój żołd Tarze, żeby mogła opła­cić swoje zaję­cia z aktor­stwa i kupić wszystko, czego potrze­bo­wała, żeby zro­bić karierę. Kiedy zoba­czy­łem ją rok temu na prze­pu­stce, była pod­eks­cy­to­wana wizją naszej wspól­nej przy­szło­ści. Pla­no­wa­li­śmy prze­pro­wa­dzić się do Los Ange­les po zakoń­cze­niu mojej służby.

Ale zanim wró­ci­łem, mama zacho­ro­wała. Wylą­do­wała w szpi­talu z cho­robą nerek. To dla­tego rodzice nie przy­je­chali po mnie do bazy. Regu­lar­nie pod­da­wano ją dia­li­zom. Cho­roba roz­wi­nęła się tak bar­dzo, że wpi­sano ją na listę do prze­szczepu. Jed­nym z moich pierw­szych kro­ków po powro­cie do domu miało być spraw­dze­nie, czy mogę zostać dawcą.

Kiedy powie­dzia­łem Tarze, że nie mogę się prze­pro­wa­dzić, natych­miast zerwała ze mną kon­takt.

Zamkną­łem drzwi i zagłę­bi­łem się w fotelu taty. Honey wysnuła błędny wnio­sek – zało­żyła, że jestem jakimś kobie­cia­rzem, ale było wręcz prze­ciw­nie. W całym życiu byłem tylko z jedną kobietą – Tarą. Nie wiem, co we mnie wstą­piło, kiedy spo­tka­łem Honey. To prawda, że minęło już tro­chę czasu, ale byłem wierny Tarze przez całe cztery lata mojej nie­obec­no­ści. Co takiego było w Honey, że osza­la­łem na tyle, by zapo­mnieć o kobie­cie, którą uwa­ża­łem za swoją miłość?

Prze­je­cha­łem dło­nią po twa­rzy i posta­no­wi­łem spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Tara nie ode­zwała się do mnie ani sło­wem od pra­wie roku. Tele­fony i e-maile pozo­sta­wały bez odpo­wie­dzi. Nawet jej matka prze­stała odbie­rać moje tele­fony. Mia­łem wystar­cza­jąco dużo czasu, by wybić sobie Tarę z głowy.

Do moich noz­drzy wdarł się zapach wicio­krzewu. Powi­nie­nem wstać i wziąć prysz­nic, ale chcia­łem, żeby zapach Honey utrzy­my­wał się na mojej skó­rze cho­ciaż przez chwilę.

Usły­sza­łem dźwięk domo­wej krzą­ta­niny, kiedy rodzice wró­cili ze szpi­tala i otwo­rzy­łem oczy. Pierw­szą osobą, którą zoba­czy­łem, była mama. Pode­rwa­łem się na nogi, żeby jej pomóc, ale pac­nęła mnie w rękę i przy­tu­liła.

– Jake, złotko, tęsk­ni­łam za tobą – poca­ło­wała mnie w poli­czek. – Jesz­cze nie umar­łam. Mogę cho­dzić. A ty zosta­wi­łeś torbę na weran­dzie.

Zapo­mnia­łem o tym.

– Prze­pra­szam, mamo.

Pokle­pała mnie po ple­cach, kiedy spo­koj­nym kro­kiem wszedł tata, nio­sąc moją torbę.

– Jake, mój chłop­cze…

– Tak jest! – odpo­wie­dzia­łem.

Tata był kie­dyś ran­ge­rem1. Cho­ciaż chciał, żebym został i prze­jął rodzinną firmę, usza­no­wał moją decy­zję o wyjeź­dzie i zosta­niu panem samego sie­bie.

– Nie wci­skaj mi tych bzdur. Przy­tul swo­jego sta­ruszka.

Tata na­dal był dużym męż­czy­zną, ale już nie musia­łem patrzeć na niego z dołu. Byłem odro­binę wyż­szy. Zanim zdą­ży­li­śmy powie­dzieć coś wię­cej, do domu weszła kolejna osoba.

Gdy zoba­czy­łem, kto to jest, rzu­ci­łem okiem na mamę. Zaci­snęła usta, jakby żało­wała tego, co miało nastą­pić.

Spoj­rza­łem z powro­tem na mamę Tary i dostrze­głem cha­rak­te­ry­styczny dla niej gry­mas. Na bio­drze trzy­mała nie­mowlę.

Teraz ja byłem zdez­o­rien­to­wany.

– Czy z Tarą wszystko w porządku?

Mary rzadko opusz­czała swój dom na kół­kach. A kiedy już to robiła, odsta­wiała wiel­kie przed­sta­wie­nie, żeby poka­zać, jak bar­dzo jest ura­żona. Cho­ciaż mię­dzy mną a Tarą wszystko było skoń­czone, serce mi się kra­jało na samą myśl o tym, że coś jej się stało. Czy to dla­tego do mnie nie oddzwa­niała? Tylko czemu jej matka mia­łaby cze­kać, żeby powie­dzieć mi to teraz?

– U Tary wszystko w porządku. Przy zało­że­niu, że zosta­wie­nie mnie na lodzie z jej dziec­kiem jest w porządku.

Dziec­kiem? Tara miała dziecko? Czy to był powód jej mil­cze­nia?

Mary jesz­cze nie skoń­czyła.

– Teraz, kiedy wró­ci­łeś do domu na dobre, możesz wziąć na sie­bie odpo­wie­dzial­ność.

Wci­snęła mi nie­mowlę. Nie mia­łem wyboru, musia­łem je przy­trzy­mać. Maleń­stwo wło­żyło pięść do ust i zaczęło ją żuć.

– Co ty mówisz?

Jed­nak nie potrze­bo­wa­łem jej odpo­wie­dzi. Jedno spoj­rze­nie na nie­bie­skie oczy maleń­stwa, które były lustrza­nym odbi­ciem moich wła­snych, sta­no­wiło wystar­cza­jącą odpo­wiedź. Zaczą­łem liczyć. Nie byłem dobry w okre­śla­niu wieku dzieci, jed­nak z moich obli­czeń wyni­kało, że mogło być moje.

– Mówię, że Tara mnie zała­twiła. Zwiała, żeby zostać gwiazdą, zosta­wia­jąc mnie ze swoim dziec­kiem.

Nie zwró­ci­łem jej uwagi, że jest bab­cią tego dziecka.

– Powie­działa, że to ty jesteś ojcem. Wszyst­kie doku­menty są w tor­bie.

Moje spoj­rze­nie powę­dro­wało na pod­łogę, gdzie obok drzwi leżała duża torba.

– Nie dzwoń do mnie – powie­działa, wycho­dząc i zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Nie­mowlę zaczęło hała­so­wać, a ja patrzy­łem, jak z jego ust wydo­stają się bąbelki. Mama spoj­rzała na mnie ze współ­czu­ciem.

Dzieci były dla mnie czymś tak obcym, że nie wie­dzia­łem, czy to dziew­czynka, czy chło­piec. Mary nie raczyła nawet powie­dzieć, jak ma na imię.

Tata zwró­cił się do mnie z typo­wym dla sie­bie sto­ic­kim spo­ko­jem:

– Pora­dzisz sobie, synu. Przej­dziemy przez to jako rodzina.

Na woj­nie widzia­łem straszne rze­czy. W porów­na­niu z tym dziecko powinno być sie­lanką.

Roz­dział pierw­szy. Honey

Roz­dział pierw­szy

Honey

Wdy­cha­nie i wydy­cha­nie powie­trza ni­gdy nie wyda­wało się takie trudne… aż do dziś. Dam sobie radę. Minęło już pra­wie pięć lat. Na pod­sta­wie infor­ma­cji, które otrzy­ma­łam od agen­cji, było mało praw­do­po­dobne, że w ogóle tu miesz­kał. Mia­łam się spo­tkać z nie­ja­kim Jack­so­nem Turn­bal­lem.

Wcią­gnę­łam powie­trze, wzię­łam się w garść, jak na dużą dziew­czynkę przy­stało, i zapu­ka­łam.

Po dru­giej stro­nie drzwi roz­le­gły się lek­kie kroki. Zamknę­łam oczy. Jeśli tu miesz­kał, to miał rodzinę. Jak mogła­bym tu pra­co­wać?

Drzwi się otwo­rzyły i mała istotka spoj­rzała na mnie z dołu.

– Jamie! – zawo­łał głę­boki głos gdzieś z tyłu domu.

Dziecko miało równo obcięte włosy tuż pod uchem, więc nie wia­domo było na pewno, czy to chło­piec, czy dziew­czynka, choć ta śliczna buzia była tro­chę za ładna jak na chłopca.

Było tu dziecko, poza tym dom nie róż­nił się zbyt­nio od momentu, gdy widzia­łam go kilka lat temu. Miał wiej­ski styl w nowo­cze­snym wyda­niu. W otwar­tym salo­nie znaj­do­wała się skó­rzana sofa, a za nią nowo­cze­sna kuch­nia.

Kiedy w polu widze­nia poja­wił się on, gło­śno prze­łknę­łam ślinę. Był tak samo piękny, jak go zapa­mię­ta­łam. Wysoki, szczu­pły i umię­śniony. Jego ręce wyglą­dały na wystar­cza­jąco silne, by móc pod­nieść samo­chód. Brodę pokry­wał kil­ku­dniowy zarost. Spra­wiał, że na sam widok zro­biło mi się mokro w majt­kach.

Oczy mu się zwę­ziły i zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy w ogóle mnie pamięta. Od czasu, gdy go widzia­łam, schu­dłam kilka kilo­gra­mów. Jed­nak nie tyle, by nosić wię­cej niż jeden roz­miar mniej. Według mnie nie wyglą­da­łam jakoś spe­cjal­nie ina­czej.

– Czy mogę ci w czymś pomóc? – zapy­tał.

Miał ochry­pły głos, co wywo­łało we mnie kolejny przy­pływ pożą­da­nia.

– Ja w spra­wie pracy.

Jego spoj­rze­nie pociem­niało.

– Powie­dziano mi, że mam się spo­dzie­wać Hil­lary Hun­ter.

Przy­ci­snę­łam dłoń do piersi.

– To ja, choć nikt ni­gdy nie nazy­wał mnie Hil­lary. Zawsze byłam Honey.

– Honey Hun­ter? – w jego gło­sie zabrzmiała żar­to­bliwa nutka.

– Dokład­nie tak. Wiem, że nie spo­dzie­wa­łeś się znowu mnie zoba­czyć, ale jestem – rozej­rza­łam się dookoła. – Więc… gdzie jest pacjent?

Cienki gło­sik, który zaraz potem się ode­zwał, ścią­gnął nasze spoj­rze­nia w dół.

– Dz-zia­da­deek m-m-miał wypa­na­na­dek. N-n-nie ma go w łószszku.

Męż­czy­zna kom­plet­nie o mnie zapo­mniał, rzu­cił się w lewo i znik­nął w kory­ta­rzu. Poszłam w jego ślady, po czym weszli­śmy do iście kró­lew­skiego pokoju.

– Cho­lerne stare nogi – star­szy męż­czy­zna, sto­jący w samej koszuli, wpa­try­wał się w łóżko, jakby było prze­klęte.

W pokoju pach­niało amo­nia­kiem. Okrą­ży­łam syna, który zszo­ko­wany wpa­try­wał się w ojca.

– Dobrze wiem, co masz na myśli. Sta­rze­nie się jest do dupy. Popusz­czam, kiedy się śmieję lub kicham za mocno. To okrop­nie ssie – powie­dzia­łam.

Męż­czy­zna wpa­try­wał się we mnie zwę­żo­nymi oczami.

– Nie oce­niaj – dro­czy­łam się. – Nie ma dnia, żebym nie oba­wiała się o to, że będę mieć drobny wypa­dek.

To nie do końca prawda, ale w tym przy­padku to nie było ważne. Pocze­ka­łam chwilę, aż na twa­rzy męż­czy­zny poja­wił się sze­roki uśmiech i zaczął się śmiać do roz­puku. Dobrze, że jego koszula była wystar­cza­jąco długa, żeby zakryć wszyst­kie czę­ści ciała, ponie­waż w pokoju znaj­do­wało się teraz dziecko.

– Kim jest ta kobieta? Lubię ją – powie­dział.

– Ja też cię lubię – poda­łam mu dłoń.

– Jake, zatrud­nij tę kobietę.

– Ale… – wykrztu­sił Jake – ona jest…

– Zatrud­niona – powie­dział męż­czy­zna.

Zauwa­ży­łam łazienkę.

– Może przy­go­tu­jemy ci gorącą kąpiel?

Po tym, jak w ciemno wypo­wie­dzia­łam to zda­nie, modli­łam się, żeby była tam wanna.

Wesoły sta­ru­szek spoj­rzał na mnie zawa-diacko.

– Przy­łą­czysz się do mnie?

– Tato – powie­dział ostrze­gaw­czo Jake. – Jamie jest w pokoju.

Odwró­ci­łam się w stronę Jake’a, ale spoj­rza­łam na dziecko.

– Czy możesz przy­nieść mi czy­stą pościel i ręcz­niki? – dziew­czynka ski­nęła głową i wybie­gła pędem z pokoju.

Teraz zwró­ci­łam się do Jake’a.

– Możesz pomóc, zdej­mu­jąc prze­ście­ra­dła.

Nie dałam mu czasu na odpo­wiedź, zwłasz­cza kiedy zauwa­ży­łam jego gry­mas. Pierw­sze wra­że­nie było klu­czowe. By mieć jaką­kol­wiek szansę na zdo­by­cie tej pracy, musia­łam poka­zać Jake’owi, że potra­fię pora­dzić sobie w każ­dej sytu­acji. W tej chwili przy­pusz­cza­łam, że widział we mnie tylko tę pusz­czal­ską, która się z nim prze­spała, cho­ciaż led­wie go znała. Jeśli chcia­łam, żeby dostrzegł we mnie kogoś wię­cej niż tylko mate­riał na jed­no­ra­zową przy­godę, mia­łam przed sobą dużo pracy.

– Zwy­kle lubię poznać imię kobiety, zanim się roz­biorę – powie­dział star­szy pan.

Wycią­gnę­łam rękę do ojca Jake’a.

– Honey.

Uśmiech­nął się do mnie zawa­diacko.

– Honey, jestem Ford. Nie mogę powie­dzieć, że sta­rze­nie się jest takie złe, kiedy tak piękna kobieta jak ty się mną zaopie­kuje.

– Cóż, z przy­jem­no­ścią.

Po tym, jak Ford umo­ścił się w wan­nie, wyszłam, aby przy­nieść mu ubra­nie na zmianę. Jake i Jamie ście­lili łóżko.

– Mogę cię zmie­nić, jeśli nie masz nic prze­ciwko temu, żeby przy­nieść ubra­nie dla two­jego taty.

Jake się nie ode­zwał. Po pro­stu pod­szedł do komody i zro­bił to, o co go popro­si­łam, pod­czas gdy ja pod­wi­ja­łam brzegi prze­ście­ra­dła. Kiedy skie­ro­wał się w stronę łazienki, odcię­łam mu drogę.

– Powin­nam mu pomóc.

– Jesteś dla niego obcą osobą – powie­dział zimno Jake.

– Dokład­nie. Nie musi mi nic udo­wad­niać.

Wyrwa­łam mu ubra­nia z rąk i wró­ci­łam do pacjenta. Wcho­dząc, uśmiech­nę­łam się, by ukryć skrę­po­wa­nie wywo­łane lek­ce­wa­żą­cym tonem Jake’a.

– Umiesz goto­wać? – zapy­tał Ford.

Podo­bało mi się, że pomimo mojej wagi nie zało­żył, że potra­fię.

– Jasne, że umiem.

– Moja Mar­tha umie goto­wać.

– Tak?

Zgod­nie z opi­sem Ford miał lekką demen­cję star­czą. Nie było w nim mowy o tym, czy jego żona żyje, a jedy­nie, że pacjent potrze­buje opie­kunki, która z nim zamieszka.

– Oczy­wi­ście, że potrafi.

– Jesteś głodny?

– Jestem. Mam ochotę na pie­czeń Mar­thy z purée ziem­nia­cza­nym.

– Zoba­czę, co da się zro­bić.

Gdy był już ubrany, pomo­głam mu wejść do sypialni. Jake stał tam sam. Nie byłam pewna, gdzie jest Jamie.

– Jake, Ford chciałby spró­bo­wać kuchni two­jej matki.

Domy­śli­łam się, kim była Mar­tha.

Po spa­ni­ko­wa­nym wyra­zie twa­rzy Jake’a zało­ży­łam, że jego matki nie ma już wśród żywych.

Zwró­ci­łam się do Forda.

– Może zanim zde­cy­du­jesz się mnie zatrud­nić, zachwycę cię umie­jęt­no­ściami kuli­nar­nymi?

– Honey, już cię zatrud­ni­łem – powie­dział Ford z zawa­diac­kim uśmie­chem.

– Tato…

Ford pod­niósł rękę.

– Pie­lę­gniarka jest dla cie­bie czy dla mnie?

Jake odwró­cił wzrok.

– Dla cie­bie.

– Jesz­cze nie jestem mar­twy. Pozwól mi więc wybrać, kto będzie wycie­rał mój tyłek.

Przy­gry­złam wargę, żeby się nie roze­śmiać.

Jake zaci­snął zęby.

– Masz rację.

– Oczy­wi­ście, że mam. A teraz opro­wadź tę damę i pozwól jej olśnić mnie umie­jęt­no­ściami kuli­nar­nymi.

Ford mru­gnął do mnie i usiadł na łóżku. Uśmiech­nę­łam się sze­roko i zasta­na­wia­łam, czy nie mylili się co do jego cho­roby. Wyglą­dało na to, że ten czło­wiek ma w gło­wie wszystko poukła­dane.

– Tędy – powie­dział nie­chęt­nie Jake.

Ruszy­łam w stronę drzwi i sta­ra­łam się nie zamru­czeć, gdy jego dłoń wylą­do­wała na moich ple­cach.

Kiedy zosta­li­śmy sami w holu, odwró­ci­łam się do niego, ale nie mogłam napo­tkać jego wzroku.

– Mogę wymy­ślić jakąś wymówkę, żeby nie przy­jąć tej pracy, jeśli moja obec­ność ci nie odpo­wiada.

Nic nie powie­dział, dopóki nasze spoj­rze­nia się nie spo­tkały.

– Mój ojciec cię lubi, a nie polu­bił nikogo innego.

Ilu kan­dy­da­tów się zgło­siło? Chcia­łam uśmiech­nąć się dum­nie z dobrze wyko­na­nego zada­nia, ale wie­dzia­łam, że nie byłoby to mile widziane.

– Dobrze – powie­dzia­łam.

Zaczę­łam się odwra­cać, gdy poczu­łam jego rękę na przed­ra­mie­niu. Zatrzy­ma­łam się.

Roz­dział drugi. Jake

Roz­dział drugi

Jake

Doty­ka­nie tej kobiety spra­wiło, że moje serce przy­spie­szyło, gdy przy­po­mi­na­łam sobie wspólne chwile po pamięt­nej prze­jażdżce Ube­rem. Zaci­sną­łem zęby, powstrzy­mu­jąc rosnącą potrzebą zabra­nia jej do swo­jego łóżka i poka­za­nia nam obojgu, jak dosko­nale do sie­bie pasu­jemy.

– Chcę tylko jasno powie­dzieć, że to, co się wtedy wyda­rzyło, nie może się powtó­rzyć. Tym razem nie będziemy zacie­rać gra­nicy mię­dzy pracą a życiem pry­wat­nym.

W jej pięk­nych brą­zo­wych oczach bły­snął gniew.

– Wcze­śniej nie zacie­ra­li­śmy gra­nicy. Prze­sta­łeś być moim klien­tem, kiedy wysia­dłeś z samo­chodu. Poza tym nie musisz się mar­twić. Jeden raz wystar­czył.

Tra­fiała pro­sto w moje ego. Prze­pchnęła się obok, podą­ży­łem więc za nią, zada­jąc pyta­nie:

– Co masz na myśli?

Jej włosy się roz­wiały, gdy odwró­ciła się do mnie.

– Myślę, że dobrze wiesz, o co mi cho­dzi.

– Tatu­siu?

Odwró­ci­łem się i, zoba­czyw­szy Jamie sto­jącą w drzwiach, zmie­ni­łem temat.

– Czy pomo­głaś Mit­chowi nakar­mić konie? – ski­nie­nie jej głowy było tro­chę zbyt gwał­towne. – Czy jest jakiś pro­blem?

– L-Logel c-c-cie potsze­buje. B-B-Blow­nie jest go-gotowa.

Zro­zu­mia­łem, co się dzieje. Hodowla koni czy­stej krwi była tylko jedną z rze­czy, któ­rymi zaj­mo­wa­li­śmy się na ran­czu.

– Za chwilę przyjdę.

Sku­pi­łem się z powro­tem na cza­ru­ją­cej kobie­cie.

– Twój syn?

Prze­peł­niła mnie iry­ta­cja.

– Córka – ścią­gną­łem brwi. – Wiesz, co…

Honey zało­żyła kosmyk ciem­nych wło­sów za ucho.

– To był błąd. Szcze­rze mówiąc, myśla­łam, że to dziew­czynka. Tylko pomyśla­łam, że nazwa­nie dziew­czynki chłop­cem będzie mniej obraź­liwe niż chłopca dziew­czynką. Wy, faceci, macie ego wiel­ko­ści Tek­sasu.

Jej porów­na­nie mogło być trafne. Po śmierci mamy wszy­scy odczu­li­śmy jej stratę, a zwłasz­cza Jamie. Mama była jedyną kobietą na ran­czu na pełny etat, aż do czasu poja­wie­nia się Honey. Dla­tego jej obec­ność powinna być czymś dobrym. Otrzą­sną­łem się z obaw o to, jak mia­łaby tu pra­co­wać, jeżeli nie będę mógł jej dotknąć.

Wska­za­łem na salon, który był otwarty na wszyst­kie pomiesz­cze­nia.

– Tam jest kuch­nia, a twój pokój tutaj – prze­su­ną­łem rękę i wska­za­łem miej­sce, w któ­rym spę­dzi­li­śmy pamiętne popo­łu­dnie. Sta­ra­łem się nie myśleć o tym, że (przy­naj­mniej według tego, co mówiła) tylko ja byłem pora­żony naszym wcze­śniej­szym spo­tka­niem.

Zaczą­łem się odwra­cać, ale po chwili znów sta­ną­łem przed nią.

– Zda­jesz sobie sprawę z tego, że to cały etat, prawda? Nie masz innej pracy, którą musisz się zająć?

Kiedy spo­tka­li­śmy się ostat­nim razem, powie­działa, że ma trzy prace i się uczy. Jej oczy zwę­ziły się, a ja zda­łem sobie sprawę, że znowu powie­dzia­łem coś nie­sto­sow­nego.

– Mia­łam wiele zajęć, żeby zapła­cić za szkołę. Ktoś taki jak ty może tego nie rozu­mieć.

Odwró­ciła się, umoż­li­wia­jąc mi niczym nie­ogra­ni­czony ogląd jej fan­ta­stycz­nego tyłka. Chcia­łem zostać i podzi­wiać go dłu­żej, ale obo­wiązki wzy­wały.

Wysze­dłem drzwiami fron­to­wymi i prze­sze­dłem przez sto­dołę na drugą stronę. Brow­nie leżała cicho na ziemi. Moi robot­nicy trzy­mali się w odpo­wied­niej odle­gło­ści. Nie zamie­rza­li­śmy inge­ro­wać, chyba że będzie potrze­bo­wała pomocy.

Obją­łem Jamie ramie­niem.

– Jak leci, szkra­bie?

Spoj­rzała na mnie swo­imi sar­nimi oczami i wzru­szyła ramio­nami.

– Cz-cz-czy to-o b-b-boli?

Wła­śnie w takich chwi­lach czu­łem się jak ryba wyjęta z wody. Obie­ca­łem sobie, że zawsze będę z moją córką tak szczery, jak to tylko moż­liwe. Tak wycho­wali mnie rodzice.

– Z pew­no­ścią, ale ona jest silna.

– Cz-cz-czy… m-m-m-mama b-była silna?

Głę­boki wydech nie wystar­czył, by zła­go­dzić dys­kom­fort. Pochy­li­łem się, żeby spoj­rzeć jej pro­sto w oczy.

– Wystar­cza­jąco silna, by dać ci szansę na lep­sze życie i każ­dego dnia dzię­kuję za cie­bie Bogu.

Poca­ło­wa­łem Jamie w czu­bek głowy, a potem wzią­łem ją w ramiona. Nie wie­działa, że mnie oca­liła. Pla­no­wa­łem powie­dzieć to w dniu jej ślubu.

Roz­dział trzeci. Honey

Roz­dział trzeci

Honey

Zdą­ży­łam już wsta­wić pie­czeń do pie­kar­nika, gdy dołą­czył do mnie Ford. Jego obec­ność była krze­piąca. Zwłasz­cza że był jedy­nym doro­słym w tym domu, który chciał, żebym w nim została.

– Opo­wiesz mi o Mar­cie? – zapy­ta­łam.

Cie­pły uśmiech roz­lał się po całej jego twa­rzy, pod­czas gdy ja myłam ziem­niaki w zle­wie na wyspie. W kuchni pozwa­la­łam sobie na swo­bodę. Szu­ka­łam wszyst­kiego, co było mi potrzebne, aby stwo­rzyć posi­łek, na który cze­kał z utę­sk­nie­niem.

– Ach… ta kobieta. Według mojego brata mie­li­śmy wzię­cie i mogli­śmy prze­bie­rać wśród dam. Uwa­żał, że Mar­tha nie nale­żała do tych naja­trak­cyj­niej­szych. Jed­nak ja zawsze uwa­ża­łem się za szczę­ścia­rza, dla­tego że Mar­tha mnie zechciała.

Nasta­wi­łam ziem­niaki i zaczę­łam tro­chę sprzą­tać, zanim zabra­łam się do warzyw.

– To brzmi, jakby twój brat był dosyć kry­tyczny.

Zaśmiał się.

– On lubi kobiety eks­po­naty.

Tym razem ja się zaśmia­łam.

– Powie­dzia­łem Jake’owi, żeby trzy­mał się z dala od takich kobiet. Nadają się do pochwa­le­nia się przed zna­jo­mymi i niczego wię­cej.

Unio­słam brew, a on do mnie mru­gnął. Kiedy zadzwo­nił dzwo­nek do drzwi, mach­nę­łam ręką, żeby Ford nie wsta­wał ze stołka przy bla­cie, i poszłam otwo­rzyć.

Za drzwiami stała osoba, którą Ford nazwałby kobietą eks­po­na­tem. Była niż­sza ode mnie o kilka cen­ty­me­trów. Dłu­gie, lśniące, czarne włosy opa­dały jej za ramiona. Wyglą­dały jak z reklam szam­po­nów. Jej oczy się zwę­ziły.

– Kim jesteś? – brzmiała jak wredna dziew­czyna z liceum.

Spoj­rza­łam na Forda i dostrze­głam w jego oczach nie­uf­ność. Coś mu się w niej nie podo­bało. Jako jego pra­cow­nik nie chcia­łam zdra­dzać faktu, że Ford wymaga opieki.

– Gospo­sią.

Jej twarz się roz­ja­śniła i kobieta prze­szła obok mnie nie­dba­łym, pew­nym sie­bie kro­kiem, jak­bym nie była godna uwagi. To nie była dla mnie żadna ujma, chyba że pew­nego dnia będę musiała dla niej pra­co­wać. Na samą myśl o tym pra­wie dosta­łam roz­stroju żołądka.

– Dobrze, że Jake w końcu zatrud­nił poko­jówkę. Może teraz będzie mógł spę­dzać ze mną wię­cej czasu.

Nie mia­łam prawa być zazdro­sna. Ta kobieta w dopa­so­wa­nej fla­ne­lo­wej koszuli wpusz­czo­nej w dżinsy, które przy­le­gały do jej chu­dej syl­wetki, i w kow­boj­skich butach, była z Jakiem. Jej lek­ce­wa­że­nie pod­ko­pało jed­nak moją samo­ocenę. Nie prze­szło jej nawet przez myśl, że mogła­bym być dla niej zagro­że­niem. Nie chcia­łam poczuć się dotknięta, ale tak się stało.

– A tak przy oka­zji, gdzie jest Jake? – kon­ty­nu­owała, roz­glą­da­jąc się dookoła, jakby się gdzieś ukrył.

W drzwiach poja­wiła się Jamie. Kiedy spoj­rzała na kobietę, jej oczy zro­biły się ogromne. Tamta zro­biła krok do przodu, a Jamie szybko się cof­nęła.

Kobieta uśmiech­nęła się, jed­no­cze­śnie roz­glą­da­jąc dookoła.

– Gdzie jest twój tatuś, kocha­nie?

Już chcia­łam odpo­wie­dzieć, ale tylko zagry­złam wargę.

– Je-jest n-na zewnontsz – jej cią­głe, mięk­kie jąka­nie roz­darło mi serce. Cho­ciaż tym razem nie byłam pewna, czy bała się tej kobiety, czy tak po pro­stu mówiła. W końcu do tej pory mało się odzy­wała.

– Gdzie na zewnątrz? W sto­dole? – zapy­tała gło­śno, jakby Jamie miała pro­blem ze słu­chem, a nie wadę wymowy.

Dziew­czynka popa­trzyła na nią zasko­czona, potem jed­nak posta­rała się odpo­wie­dzieć:

– B-B-Blow­nie lodzi.

Twarz kobiety się zmarsz­czyła.

– Powiedz tatu­siowi, że tutaj byłam, dobrze? Powiedz mu, że może przyjść wie­czo­rem – mru­gnęła do Jamie, która wybie­gła z domu, jakby się paliło.

Pod­róbka Bar­bie obró­ciła się, żeby sta­nąć naprze­ciw mnie.

– Ponie­waż wkrótce to ja będę pro­wa­dzić dom, powin­nam się przed­sta­wić. Jestem Jacque. Jacque przez q.

Podała mi rękę, a ja ją uści­snę­łam. Choć bar­dzo potrze­bo­wa­łam tej pracy, nie byłam pewna, jak długo wytrzy­mam, jeśli Jacque przez q zosta­nie moją sze­fową.

– Mar­tha.

To słowo wypo­wie­dział Ford, ale nie brzmiał już jak ten dziar­ski męż­czy­zna, z któ­rym roz­ma­wia­łam kilka minut temu. Teraz wyda­wał się zagu­biony.

Kiedy jego oczy zatrzy­mały się na mnie, nie doj­rza­łam w nich nawet śladu tego, że mnie poznaje.

– Gdzie jest Mar­tha?

Jacque prze­wró­ciła oczami i ruszyła w kie­runku Forda.

– Ford, wiesz, że Mar­tha…

Szcze­rze mówiąc, nie wie­dzia­łam, że potra­fię się tak szybko poru­szać. Ale sta­nę­łam jej na dro­dze.

– Ode­szła. Mar­tha ode­szła.

Rozu­mia­łam to, że pacjen­tom z cho­robą Alzhe­imera należy mówić prawdę. Ist­niał jed­nak wła­ściwy i niewła­ściwy spo­sób prze­ka­zy­wa­nia komuś wia­do­mo­ści, które mogły go zmar­twić.

– Ty… – Ford wska­zał na Jacque. – Wynoś się z mojego domu. Mógł­bym cię zabić za to, co zro­bi­łaś mojemu bratu.

Kiedy mówił, z jego ust pole­ciała ślina. W oczach kobiety poja­wił się prze­ra­że­nie i cof­nęła się.

– Dopil­nuj, by Jake wie­dział, że wpa­dłam – powie­działa, umy­ka­jąc z domu.

Krzy­żyk na drogę, pomy­śla­łam, gdy dawała dra­paka.

Odwró­ci­łam się do mojego pacjenta i pod­nio­słam ręce, aby go uspo­koić. Rysy Forda zła­god­niały.

– Mar­tha?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

W ory­gi­nale Army Ran­gers (a wła­ści­wie: Uni­ted Sta­tes Army Ran­gers) – to eli­tarna for­ma­cja wojsk lądo­wych Sta­nów Zjed­no­czo­nych do zadań spe­cjal­nych. [wróć]