Zły los. Piękne i okrutne #1 - A.M. Hargrove, Terri E. Laine - ebook + audiobook

Zły los. Piękne i okrutne #1 ebook i audiobook

A.M. Hargrove, Terri E. Laine

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Autorki bestsellerów „USA Today” przedstawiają wzruszającą, pełną porywów namiętności historię opartą na faktach.

Studentka Cate Forbes ma starannie zaplanowaną przyszłość, nic jednak nie wie o miłości. Bez obaw udaje się na randkę w ciemno ze smakowitym kąskiem, jakim niewątpliwie jest Drew McKnight. Cate myśli, że ukoronowaniem wieczoru będą gorące igraszki. Wystarczy jedno spojrzenie na seksownego rezydenta szpitala, by zapragnęła czegoś więcej. Nieustępliwy, grający w hokeja Drew doskonale wie, czego chce: jego celem jest kariera w onkologii. Kiedy poznaje Cate, dochodzi do wniosku, że jedna noc z nią to za mało. Jest zdeterminowany, by zdobyć dziewczynę – w każdy możliwy sposób – i pokazać jej, jaka wspaniała czeka ich przyszłość.

Życie ma jednak inne plany. Dzieje się coś wprost nie do pomyślenia... Oboje będą musieli walczyć ze złym losem i trzymać się tego, co piękne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 618

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 27 min

Lektor: Anna Dzilińska
Oceny
4,8 (232 oceny)
200
23
4
4
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Shindi

Nie oderwiesz się od lektury

och co za książka dawno tak nie ryczałam
30
Catimini

Nie oderwiesz się od lektury

Boże... Tak! Tak!.. brak mi słów żeby opisać tę historię. Nigdy nie pisze recenzji, nigdy! Ale te tu historię po prostu trzeba przeczytać. Naprawdę czekam na dalsze losy bohaterów drugoplanowych z niecierpliwością 😊Po prostu perełka w stogu bursztynów🥰
30
karola_j

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna książka, która łamie serce.
20
Atlanta1986

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągnęła mnie od razu ta historia jest tak nieprzewidywalna że do końca nie wiesz jaki będzie finał. I pomimo że byłam pewna zakończenia to tym razem się rozczarowałam że tak bardzo mogłam się pomylić
10
AnaZet

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham, uwielbiam i nienawidzę. Tak, dokładnie. To jest książka, która na zawsze zapada w pamięć. To jest obowiązkowa lektura dla każdej romansoholiczki. To jest książka, od której nie można się oderwać. I to jest książka, której nigdy nie zapomnę. Pięć gwiazdek to za mało...
10

Popularność




Podziękowania

PODZIĘ­KO­WA­NIA

Chcia­ły­by­śmy gorąco podzię­ko­wać Czy­tel­ni­kom, któ­rzy dali szansę tej książce. Wasze zain­te­re­so­wa­nie zna­czy dla nas wię­cej, niż jeste­śmy w sta­nie wyra­zić sło­wami. O tym, że opi­sana przez nas histo­ria stała się bli­ska naszym ser­com, świad­czy cho­ciażby sterta chu­s­te­czek, które zostały zużyte pod­czas jej pisa­nia. Dzię­ku­jemy za całą Waszą miłość do ksią­żek.

Kie­ru­jemy także ukłony w stronę naszych pierw­szych Czy­tel­ni­czek. W szcze­gól­no­ści za ich wyro­zu­mia­łość oka­zaną w trak­cie pracy nad naszym pierw­szym wspól­nym pro­jek­tem. Roz­po­czy­na­jąc pisa­nie, nawet nie marzy­ły­śmy, że znaj­dziemy się w tym miej­scu, i bez Waszego wkładu ni­gdy by się to nie wyda­rzyło. Skła­damy więc wyrazy wdzięcz­no­ści: Jill Pat­ten, Adriane Leigh, Michelle Leigh­ton, Liz Crowe, Andrei Staf­ford oraz Kat Gri­mes.

Trudno nie doce­nić także pracy Sary Eirew, która cier­pli­wie nano­siła suge­ro­wane przez nas zmiany w pro­jek­cie okładki. Nie jeste­śmy w sta­nie ich zli­czyć (ucieka i chowa się zawsty­dzona!). Dzięki Ci, Saro!

Ser­deczne podzię­ko­wa­nia skła­damy rów­nież Anne Cha­co­nas z Bad Ass Mar­ke­ting za, no cóż, kozacki mar­ke­ting!

Za ogrom oka­za­nej pomocy dzię­ku­jemy także Julie, Kri­sowi, Ric­kowi i Amy z Red Coat PR.

Aby na bie­żąco dowia­dy­wać się o naszych kolej­nych publi­ka­cjach, zapisz się do new­slet­tera.

Terri Annie

Dołącz także do naszych klu­bów, aby niczego nie prze­ga­pić:

Har­grove’s Han­gout

Terri’s Reader Group

Książka jest oparta na praw­dzi­wych wyda­rze­niach.

Prolog

PRO­LOG

PRZE­SZŁOŚĆ

Budzi mnie chra­pliwy głos. To nie cał­kiem prawda, bo w rze­czy­wi­sto­ści już nie śpię. Moje ciało unosi się w prze­strzeni, która nie należy do końca ani do świata snu, ani jawy. Po tym ostat­nim roku nie jestem pewna, czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze prze­śpię porząd­nie noc.

– Cate?

– Tak? Co się stało? – stale utrzy­muję stan pod­wyż­szo­nej goto­wo­ści.

– Myślę, że już czas. Jestem gotowy jechać do szpi­tala.

Słowa, któ­rych oba­wia­łam się od tygo­dni, tra­fiają mnie pro­sto w żołą­dek. Ale nie pozwa­lam mu tego zoba­czyć.

– Dobrze, dobrze. Tylko się ubiorę.

– Cate? Myślę, że powin­naś zadzwo­nić pod 999. Wydaje mi się, że nie będę w sta­nie sam iść – robi wdech, po któ­rym sły­szę słabe rzę­że­nie docho­dzące z głębi piersi. Boże, jak ja to prze­żyję?

Drew? – schy­lam się w jego stronę i przy­ci­skam poli­czek do jego policzka. To, co było jędr­nym cia­łem, jest teraz niczym wię­cej niż skórą obcią­gniętą na kościach. Moje ręce zaci­skają się na jego ramio­nach i wra­że­nie jest takie samo. Cała masa mię­śniowa znik­nęła, skra­dziona przez cho­robę, która znisz­czyła jego piękne ciało i duszę.

– Będzie dobrze, Cate, obie­cuję. Wszystko będzie dobrze. Po pro­stu zadzwoń na 999 – z tru­dem pró­buje odchrząk­nąć.

Zawsze opty­mi­sta. Chcę mi się krzy­czeć i wrzesz­czeć, tupać i ciskać rze­czami. Ale nic takiego nie robię. Patrzę w jego chmurne nie­bie­skie oczy, nie­gdyś tak czy­ste i pełne czaru, i kiwam tylko głową. Pod­no­szę słu­chawkę sto­ją­cego przy łóżku tele­fonu i dzwo­nię, pro­sząc głos po dru­giej stro­nie, by prze­ka­zał ratow­ni­kom, żeby nie włą­czali sygna­łów i świa­teł, oraz tłu­ma­czę dla­czego. Gdy wresz­cie przy­jeż­dżają, pro­wa­dzę ich do Drew. Potem jadę za karetką do szpi­tala. Po dro­dze wyko­nuję kilka wypeł­nio­nych stra­chem tele­fo­nów do rodziny.

Pusta. Taka się czuję, patrząc, jak wyno­szą Drew na noszach. Wszystko zostało ze mnie wydarte – jelita, serce, dusza. Sto­jąc tu, zagry­zam palce. On wie, co się dzieje. Jest leka­rzem. Wszystko mi roz­pi­sał i wyja­śnił, choć nie uwie­rzy­łam w połowę z tego, co powie­dział. Dla­czego musiał mieć rację? Mój umysł chce po pro­stu pojąć pewne rze­czy. I ta do nich nie należy.

Kiedy wresz­cie znaj­du­jemy się w sali, zasy­pia. Ciem­no­fio­le­towe cie­nie pod oczami mocno kon­tra­stują z jego bladą skórą. Przy­po­mi­nam sobie czasy, kiedy był opa­lony. A jego włosy, które po ostat­niej nie­uda­nej che­mii są tylko odra­sta­ją­cym puszy­stym mesz­kiem, tak róż­nią się od gru­bych nie­ujarz­mio­nych fal, nawet zimą peł­nych sło­necz­nych reflek­sów. Jed­nak nawet teraz, kiedy nie­wiele różni się od szkie­letu, na­dal jest moim ide­al­nym Drew. I ponow­nie, tysięczny raz, zadaję sobie pyta­nie, jak ja to wytrzy­mam.

Póź­niej tego dnia, kiedy Drew wresz­cie się budzi, daje mi znak, abym pode­szła do jego łóżka.

– Cate, wiesz, kiedy po raz pierw­szy zoba­czy­łem cię na tam­tej impre­zie, wie­dzia­łem, że jesteś dla mnie tą jedyną. Moją dziew­czynką. I wtedy tak bar­dzo mi się opie­ra­łaś, że nie sądzi­łem, że kie­dy­kol­wiek uda mi się zapro­sić cię na randkę. Ale udało mi się.

Zagry­zam dolną wargę, pró­bu­jąc się nie roz­pła­kać na to wspo­mnie­nie.

Lewy kącik jego gór­nej wargi powę­dro­wał do góry, to jego znak roz­po­znaw­czy, który tak uwiel­biam. To spra­wia, że czuję się, jakby prze­je­chał po mnie pie­przony czołg, i chcę zwi­nąć się przy nim na łóżku, przy­le­ga­jąc do niego na zawsze.

– Wie­dzia­łem, że gdy­bym tylko dostał szansę zabra­nia cię na randkę, mógł­bym cię zdo­być. Dzięki Bogu się udało. Jesteś moim życiem, Cate, celem mojego ist­nie­nia. Przy­kro mi tylko, że to wszystko tak się skoń­czyło. To – prze­suwa dłońmi w górę i w dół swo­jego ciała – nie było czę­ścią mojego planu na cie­bie. Chcia­łem całego pakietu – ślubu, i mamy to, ale chcia­łem też dzieci, SUV-a, dużego domu, a także wnu­ków. Przy­kro mi, że to wszystko zje­ba­łem, kocha­nie. Ale słu­chaj, kocham cię nad życie. I posłu­chaj mnie teraz. Chcę, żebyś wró­ciła do domu.

Kiwam głową i powstrzy­muję łzy.

– Zgoda, pójdę do domu, wezmę prysz­nic, bo tro­chę cuchnę. Też cię kocham, Drew. Bar­dziej niż jestem w sta­nie wyra­zić.

– Cate, stop. Nie to mia­łem na myśli. Chcę, żebyś mi coś obie­cała, OK? Przy­się­gnij mi natych­miast – jego głos jest sta­now­czy, sil­niej­szy niż w ciągu ostat­nich dni.

– Dobrze. Co takiego?

– Chcę, żebyś wyszła teraz z tej sali i poszła do domu, ale nie chcę, żebyś wra­cała, jak weź­miesz prysz­nic. Chcę, żebyś się ze mną poże­gnała tu i teraz.

– Co?! Co ty mówisz? – serce pod­ska­kuje mi do gar­dła.

– Mówię to, co sły­szysz. Bar­dzo cię kocham, tak bar­dzo, że nie pozwolę ci sie­dzieć tu przez kilka kolej­nych dni. Nie chcę tego. Przy­się­głaś, Cate.

– Drew, ja nie mogę.

– Ow­szem, możesz. No już, idź. Odwróć się, przejdź przez drzwi i nie oglą­daj się za sie­bie. Wszyst­kie moje rze­czy są spa­ko­wane dokład­nie tak, jak cię pro­si­łem, i wiesz, co z nimi zro­bić. Moi i twoi rodzice będą tu razem z Benem. Ale ty, ty nie musisz tu być. Nie chcę, żebyś tu była. Chcę, żebyś zapa­mię­tała mnie takim, jakim byłem, kiedy byłem zdrowy, w naszych naj­lep­szych latach. No już, spójrz na drzwi i postaw pierw­sze kroki ku nowemu życiu, Cate. I obie­caj mi, że będziesz żyć, Cate. Zrób to dla mnie.

Jeden

JEDEN

TERAŹ­NIEJ­SZOŚĆ

DWA LATA I CZTERY MIE­SIĄCE PÓŹ­NIEJ

Przej­mu­jący chłód prze­nika przez mój weł­niany płaszcz, jakby był wyko­nany z sia­teczki, co zmu­sza mnie, bym otu­liła się nim jesz­cze cia­śniej. Kiedy prze­cho­dzę przez ulicę, migają już świa­tła, dla­tego przy­spie­szam kroku. Jak znam moje szczę­ście w ostat­nich dniach, raczej nie zdążę przejść na drugą stronę na czas. Bar­dziej praw­do­po­dobne jest, że potrąci mnie jakiś mały samo­chód marki Smart, bo tak­sów­ka­rze w Waszyng­to­nie są tak samo sza­leni jak w Nowym Jorku. I jakimś cudem prze­żyję, pozba­wiona jedy­nie moż­li­wo­ści poru­sza­nia któ­rąś z koń­czyn.

Gdy tylko doty­kam sto­pami kra­węż­nika, za moimi ple­cami war­czy samo­chód, ochla­pu­jąc mi nogi i dół płasz­cza falą błot­ni­stego lodu i śniegu. Wzdry­gam się, kiedy zimno prze­nika mnie aż do kości.

– Wspa­niale – mam­ro­czę, otrze­pu­jąc się i omi­ja­jąc lodowe tafle oble­pia­jące chod­nik po wczo­raj­szej śnie­życy. Ja to mam szczę­ście. Waszyng­ton nie bywa raczej ata­ko­wany przez pół­nocne zimy, a przy­naj­mniej tak sły­sza­łam. Znaj­duje się wystar­cza­jąco daleko na połu­dniu. Podob­nie jak w Char­le­sto­nie, Dzia­dek Mróz nie ma zwy­czaju roz­sy­py­wać tu wia­der śniegu – a przy­naj­mniej tak było, dopóki nie obra­łam tego miej­sca za swój dom.

Tym­cza­sem wczo­raj­szy śnieg pobił pra­wie rekord naj­wcze­śniej zano­to­wa­nego opadu z pią­tego listo­pada 1892 roku. Zabra­kło rap­tem sied­miu dni. Świet­nie – no chyba nie. Nie jestem fanką świata w bieli, dla­tego też wybra­łam Waszyng­ton, a nie Big Apple1. Kiedy pra­wie rok temu zde­cy­do­wa­łam się opu­ścić Karo­linę Połu­dniową, mia­łam pro­ste potrzeby i nie­wiele wyma­gań, z któ­rych naj­waż­niej­szym było życie w dużym mie­ście i naj­le­piej na pół­nocy. W żad­nym wypadku nie bra­łam nato­miast pod uwagę, że będę miesz­kała w miej­scu, w któ­rym przez wię­cej mie­sięcy w roku jest zimno niż cie­pło. Lepiej być nie mogło.

Z zamy­śle­nia wyrywa mnie nie­uważny krok. Poty­kam się i wpa­dam w poślizg, wyma­chu­jąc sze­roko rękami jak śmi­głami wia­traka. Komiczne ruchy w niczym nie poma­gają mi się zatrzy­mać i w końcu tracę rów­no­wagę. Nagle, zupeł­nie zni­kąd, poja­wia się czy­jaś ręka, która pod­trzy­muje moje ramiona, pod­czas gdy druga sta­bi­li­zuje bio­dra. Muszę spoj­rzeć wysoko w górę, aby ujrzeć mojego wybawcę, który zdaje się prze­by­wać gdzieś nade mną w stra­tos­fe­rze.

Ni stąd, ni zowąd znika przy­gnę­bia­jąca sza­rość dnia i orien­tuję się, że pły­wam w oce­anie błę­kitu. Nie dowie­rzam wła­snym oczom, gdyż bły­ska­wicz­nie roz­po­znaję osobę, która mnie ura­to­wała. Czuję, jakby los grał ze mną w rosyj­ską ruletkę, i w końcu naci­skam spust. Z potęż­nym hukiem.

– Cześć – wykrztu­szam.

Męż­czy­zna o oczach jak woda i twa­rzy, w którą mogła­bym wpa­try­wać się bez końca, przy­gląda mi się o sekundę dłu­żej, niż wydaje się to sto­sowne. Wyraz jego sze­roko otwar­tych oczu potwier­dza, że jest tak samo zasko­czony jak ja.

Kiedy się odzywa, jego głos jest głę­boki – jak gówno, w które wła­śnie wdep­nę­łam. Nasza histo­ria jest o wiele za długa. Wtem, na sekundę, sek­sowny błysk w jego oczach oświe­tla wszyst­kie myśli o prze­szło­ści, któ­rych napór tak długo powstrzy­my­wa­łam.

– Cześć. Ja… ech… nie spo­dzie­wa­łem się spo­tkać cię tutaj – to można śmiało uznać za spo­tka­nie stu­le­cia. Los spra­wił, że natkną­łem się na cie­bie wła­śnie na uli­cach Waszyng­tonu, odgry­wa­jąc przy oka­zji rolę wybawcy – z jego języka jak cie­pły miód spływa cha­rak­te­ry­styczne połu­dniowe zacią­ga­nie.

Nie odsuwa się, potrą­cany przez kilku kolej­nych prze­chod­niów. Zamiast tego pro­wa­dzi mnie w bar­dziej ustronne miej­sce w głębi ulicy, obok ban­ko­matu.

Mimo że oboje nie­mal od stóp do głów jeste­śmy okryci zimo­wymi ubra­niami, znaj­du­jemy się wystar­cza­jąco bli­sko sie­bie, abym mogła poczuć bijące od niego cie­pło. Wspo­mnie­nia z prze­szło­ści prze­la­tują przez moją głowę i mam wra­że­nie, jakby ktoś prze­szedł po moim gro­bie. Czuję zimny dreszcz.

Pociera moje ramiona ukry­tymi w ręka­wicz­kach dłońmi tak, jakby to zauwa­żył.

– Miesz­kasz tu?

Głu­pio kiwam głową, ponie­waż jest ostat­nią osobą, którą spo­dzie­wa­ła­bym się jesz­cze kie­dyś zoba­czyć, zwłasz­cza że przez więk­szość czasu przed nim ucie­kam.

– Tak. A ty? – pytam, naprawdę zacie­ka­wiona, czy wpadł tu tylko z wizytą, czy też nie.

Chmurka zmro­żo­nej pary wypływa z jego ust, kiedy wzdy­cha i prze­suwa dło­nią po wło­sach poły­sku­ją­cych słoń­cem pomimo pory roku.

– Nie jestem pewien.

Moje brwi wędrują do góry, gdy nie­mal ze śmie­chem odpo­wia­dam, rzu­ca­jąc mu wymowne spoj­rze­nie:

– No co ty? Albo miesz­kasz, albo nie – ton mojego głosu, mimo że roz­ba­wiony, nie powstrzy­muje zaci­ska­nia się mojego żołądka w skom­pli­ko­wany węzeł.

Wzru­sza ramio­nami.

– Badam grunt. Teraz, kiedy ukoń­czy­łem spe­cja­li­za­cję…

– Ukoń­czy­łeś? – wyrywa mi się. Jestem zasko­czona jego wyzna­niem.

Jego uśmiech jest cie­pły, ale nie do końca współ­gra z tym, co wyra­żają oczy. A ja czuję się nie­zręcz­nie, że w ogóle zapy­ta­łam. Oczy­wi­ście, że ukoń­czył. Był tego bli­ski już wtedy, gdy ucie­kłam.

– Wła­ści­wie to nie – szep­cze, przy­bli­ża­jąc się nieco.

Nawet na zatło­czo­nej ulicy jego słowa dzwo­nią mi w uszach. Spo­sób, w jaki na mnie patrzy, spra­wia, że czuję, jakby czy­tał moją duszę. Nagle na mojej twa­rzy poja­wia się wyraz udręki, którą on na pewno dostrzega. Zatrzy­muje moje spoj­rze­nie nieco dłu­żej. Potem pro­stuje się i kon­ty­nu­uje, jakby wcale nie dzie­liło nas tyle czasu:

– Pra­cuję teraz z jed­nym z naj­lep­szych gości z dzie­dziny onko­lo­gii. Lekarka z jego przy­chodni jest na urlo­pie macie­rzyń­skim. Moje zastęp­stwo ma poten­cjał, aby prze­kształ­cić się w peł­no­wy­mia­rową współ­pracę. To może być życiowa szansa. Tak czy ina­czej, muszę zde­cy­do­wać, czy to miej­sce wystar­cza­jąco mi odpo­wiada, by prze­pro­wa­dzić się tu na stałe. Wiesz prze­cież, że moje serce pozo­stało w Char­le­sto­nie. Całą resztę zdaję na los.

Znów to słowo. Czy to los posta­wił go na mojej dro­dze? Jaka jest szansa, że pośli­zgnę się, a on będzie tym, który mnie zła­pie, całe kilo­me­try od naszego rodzin­nego mia­sta?

Ist­nieje wiele powo­dów, dla któ­rych nie powin­nam się nad tym zasta­na­wiać. Naj­waż­niej­szym z nich jest fakt, że wyje­cha­łam z Char­le­stonu po tym, jak on dał mi mnó­stwo powo­dów, bym została.

– Powin­nam wra­cać do pracy. Jestem już spóź­niona – mówię, odwra­ca­jąc wzrok.

Jego ręce powstrzy­mują mnie przed ucieczką, unie­moż­li­wia­jąc mi jaki­kol­wiek ruch. Poważ­nym spoj­rze­niem pró­buje zła­pać ze mną kon­takt wzro­kowy, zanim decy­duje, co chce powie­dzieć.

– Może wysko­czymy na lunch albo kola­cję? Cokol­wiek. Wiem, że naj­bar­dziej lubisz kuch­nię wło­ską. Sły­sza­łem, że nie­da­leko stąd jest jakaś dobra restau­ra­cja.

– Nie wiem – przy­znaję szcze­rze. Przy­ła­puje mój wzrok, ale kie­ruję spoj­rze­nie w pod­łogę, poszu­ku­jąc drogi ucieczki. Mimo że jest naprawdę przy­stoj­nia­kiem, myśl o kon­tak­to­wa­niu się z nim spra­wia mi wiele bólu. Gdy ode­szłam, skrzyw­dzi­łam nie tylko jego. Sie­bie rów­nież.

Unosi pal­cem moją brodę, zmu­sza­jąc mnie, bym spoj­rzała w jego cudowne oczy.

– Nie musimy roz­ma­wiać o prze­szło­ści – Char­le­sto­nie, szpi­talu, o żad­nej z tych rze­czy. Możemy to zro­bić tak, jak­by­śmy spo­tkali się pierw­szy raz. Zacząć zupeł­nie od nowa.

Moje serce galo­puje jak rumak czy­stej krwi pod­czas polo­wa­nia na dzi­kiego zwie­rza.

– Drew…

Znowu potrząsa głową.

– Nie, spró­bujmy cze­goś nowego.

Robi jeden mały krok w tył, po czym podaje mi rękę.

– Cześć, jestem Andy.

– Andy? – jestem pewna, że moje brwi pod­sko­czyły aż do linii wło­sów.

Pochyla się w moją stronę i szep­cze:

– Inne imię mogłoby przy­po­mnieć ci o prze­szło­ści.

Zagry­zam dolną wargę, ponie­waż to imię wzbu­dza przy­pływ nie­przy­jem­nych emo­cji w moim żołądku. Emo­cji, które spra­wiają, że moja twarz się czer­wieni, a po policz­kach spły­wają łzy wiel­kie jak gro­chy. Ucie­kam przed tymi uczu­ciami, podob­nie jak przed męż­czy­zną, który stoi przede mną.

Nie­zdolna uczy­nić nic innego z wycią­gniętą w moim kie­runku dło­nią, ści­skam ją z nie­śmia­łym uśmie­chem.

– Cześć, Andy.

Zatrzy­muje moją dłoń na dłuż­szą chwilę, znacz­nie dłuż­szą, niż zro­biłby to jaki­kol­wiek obcy. Kiedy wresz­cie ją pusz­cza, na jego twa­rzy poja­wia się szel­mow­ski uśmiech, który z całą pew­no­ścią mógłby zostać ode­brany jako zalotny.

– Miło cię poznać, Cate – poru­sza zabaw­nie brwiami – czy dała­byś mi swój numer?

Ta okle­pana fraza powinna zabrzmieć żenu­jąco, ale spo­sób, w jaki ją wypo­wie­dział, był w sta­nie spra­wić, by bie­li­zna każ­dej kobiety stała się wil­gotna.

Odwra­cam wzrok, nie chcąc, żeby zauwa­żył, jak jestem prze­jęta. Co wię­cej, deli­kat­nie dał mi do zro­zu­mie­nia, że wie, iż zmie­ni­łam numer. To ozna­cza, że pomimo całej sytu­acji pró­bo­wał się do mnie dodzwo­nić. Fakt, że nic mi o tym nie mówi, tylko świad­czy na korzyść jego dekla­ra­cji o nowym początku.

Wyciąga dłoń okrytą czarną skó­rzaną ręka­wiczką, by dotknąć mojego policzka, i odrywa mnie od mojej wewnętrz­nej zawie­ru­chy. Zmu­sza mnie, bym sta­nęła twa­rzą w twarz z nim i wła­sną szcze­ro­ścią.

– Widzę, jak twoja śliczna mała główka inten­syw­nie pra­cuje. Jeste­śmy tu, w Waszyng­to­nie, z daleka od wszyst­kiego. Nikt nie musi wie­dzieć – mówi, a potem mnie pusz­cza.

Myśl, że nasza rodzina lub przy­ja­ciele mogliby nabrać choćby naj­mniej­szych podej­rzeń, że w ogóle roz­wa­żamy spo­ty­ka­nie się, prze­raża mnie do sza­leń­stwa. Poza tym na­dal sama sobie nie wyba­czy­łam. Wyrzu­ci­łam z głowy tę myśl. Zebraw­szy się w sobie, wycią­gam tele­fon z kie­szeni. Bóg jeden wie, czy to dobra decy­zja, ale jestem już zmę­czona ucie­ka­niem. Ujmę to ina­czej. Jestem już zmę­czona ucie­ka­niem przed nim.

– A jaki jest twój?

Jego uśmiech spra­wia, że roz­pły­wam się od głowy po czubki pal­ców. Nie odpo­wiada. Opuszka jego scho­wa­nego w ręka­wiczce kciuka prze­suwa się deli­kat­nie po moim policzku.

– Na­dal jesteś tak samo piękna jak tego dnia, gdy ujrza­łem cię po raz pierw­szy.

Jego oczy prze­ni­kają mnie jak laser, tra­fia­jąc impul­sem elek­trycz­nym aż do rdze­nia. Tak jak wtedy czuję zakło­po­ta­nie tym, jak moje ciało na niego reaguje. Sama myśl o jego dotyku każe moim trze­wiom zaci­skać się w ocze­ki­wa­niu.

Obser­wuję, jak jego usta recy­tują numer. Zadzi­wia­jące, że w ogóle jestem w sta­nie go sły­szeć, sku­piona na wyobra­ża­niu sobie tych wszyst­kich rze­czy, które mógłby robić za pomocą swo­ich zręcz­nych ust. Pyta­nie, które wysła­łam, jest pro­ste. Trzy słowa, któ­rych kolej­ność podała mi moja wewnętrzna kocica.

Lunch, kola­cja czy śnia­da­nie?

Po szyb­kim poże­gna­niu ruszam nie­spiesz­nie. Chcąc pierw­szy raz od wie­ków wydać się sexy, wpla­tam w rytm moich kro­ków koły­sa­nie bio­drami tylko po to, by znów się pośli­zgnąć.

Łapie mnie po raz drugi i szep­cze:

– Jeśli będziesz się tak cią­gle prze­wra­cać, pomy­ślę, że chcesz, abym stale trzy­mał na tobie moje dło­nie. A to ozna­cza, że naszym pierw­szym wspól­nym posił­kiem będzie śnia­da­nie.

Para z jego odde­chu dmu­cha pro­sto w mój poli­czek, a jej cie­pło powo­duje, że prze­biega mnie dreszcz. Stoi za moimi ple­cami, więc nie widzę wyrazu jego twa­rzy. Ale dobrze wiem, że maluje się na niej zadzior­ność. Gdy tylko się odwra­cam, by coś powie­dzieć, on już odcho­dzi w prze­ciw­nym kie­runku. Zasy­sam dolną wargę, deli­kat­nie ją przy­gry­za­jąc. Sta­ram się nie czuć pod­eks­cy­to­wa­nia na myśl o lun­chu z Drew… Nie. Andym. Zmu­szam się, by wypchnąć z głowy myśli o prze­szło­ści. Naj­mniej ważną z nich jest ta, jak mogę sobie w ogóle kie­dy­kol­wiek wyba­czyć. Po tym wszyst­kim, co stra­ci­li­śmy, i po moim wyjeź­dzie, ni­gdy bym nie przy­pusz­czała, że on w ogóle będzie chciał mnie jesz­cze kie­dy­kol­wiek widzieć, a tym bar­dziej, że mi wyba­czy.

Tym­cza­sem jakimś cudem w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu minut moje życie obrało zde­cy­do­wany kie­ru­nek. Co gor­sza, nie mogę wyrzu­cić go z głowy. Przez cały czas, odkąd widzia­łam go ostatni raz, usil­nie sta­ra­łam się zapo­mnieć i żyć dalej. Prze­raża mnie fakt, że od cza­sów związku z nim nie spo­ty­ka­łam się z nikim na poważ­nie. Boję się, że odkry­wa­jąc swoje serce, wysta­wiam się na zra­nie­nie. Jed­nak moż­li­wość zje­dze­nia śnia­da­nia w jego towa­rzy­stwie budzi we mnie głód, któ­rego nie jest w sta­nie zaspo­koić jedze­nie.

Kiedy otrzy­muję odpo­wiedź: Kola­cja z moż­li­wo­ścią śnia­da­nia, z pusz­cza­ją­cym oczko emo­ti­ko­nem, zasta­na­wiam się, czy w ogóle mam prawo tak sze­roko się szcze­rzyć.

Dwa

DWA

PRZE­SZŁOŚĆ

Moja współ­lo­ka­torka Jenna zagląda zza futryny. Łapię ją kątem oka. Zna moją zasadę – żad­nego prze­szka­dza­nia, kiedy jestem w trak­cie pracy. Mój nos utkwiony jest w ekra­nie kom­pu­tera, a palce roz­bie­gły się po kla­wia­tu­rze. Ten stos tysiąca ese­jów musi zostać oddany w ciągu pierw­szego mie­siąca tego seme­stru. Jenna nic nie mówi, po pro­stu wkra­cza w prze­strzeń. Nie­stety i tak działa na mnie na tyle roz­pra­sza­jąco, że wytrąca mnie z ciągu myśli i zaczy­nam pisać kom­pletne bzdury.

– Dobra, pod­daję się. Czego chcesz? – pyta­nie zawiera tyle samo humoru co fru­stra­cji.

Krzy­żuje ramiona na piersi, widać, że jest zde­cy­do­wana o czymś mi powie­dzieć.

– Mam newsa – na jej twa­rzy, niczym kwiat, roz­kwita nie­przy­zwo­ity uśmiech.

– Newsa? – marsz­czę się.

– Pamię­tasz przy­ja­ciela mojego brata, który był na impre­zie w zeszły week­end?

– Chyba tak – prawdę mówiąc, nie mam zie­lo­nego poję­cia, o kim ona mówi, ale muszę szybko wró­cić do pisa­nia eseju, który mam oddać już jutro. Poza tym Ben obra­cał się na impre­zie wśród mnó­stwa ludzi. Jestem bli­ska odwró­ce­nia wzroku, ale szybka odpo­wiedź Jenny zatrzy­muje moją uwagę.

– Musisz pamię­tać. Jest uro­czy. Wysoki, włosy pia­skowy blond, nie­bie­skie oczy. Ma na imię Drew?

Jej twarz roz­świe­tla się, jakby była repor­terką bru­kowca, która wła­śnie zna­la­zła histo­rię godną okładki.

– No więc? – bo szcze­rze, tak jak uwiel­biam przy­ja­ciel­skie poga­du­chy, tak cała robota, którą muszę ogar­nąć, zupeł­nie je wyklu­cza.

– Podo­basz mu się. Bar­dzo.

Zawie­szam się na sekundę, kon­cen­tru­jąc się na spo­so­bie, w jaki dodała tę ostat­nią część. Potem potrzą­sam głową.

– I dla­tego wytrą­casz mnie z transu, wariatko? – z uśmie­chem rzu­cam w jej kie­runku dłu­go­pi­sem wycią­gnię­tym zza ucha.

– Hej! – śmieje się, wie­dząc, że zła­pa­łam przy­nętę – Drew jest gorący. Nie­ziem­sko gorący. Jak słodki grzech.

– No dobra, po pierw­sze, nie mam czasu na Nie­ziem­sko Gorą­cego Drew. A po dru­gie, jaki u licha słodki grzech?

– Jak gorąca pianka mar­sh­mal­low z cze­ko­ladą na kra­ker­sie. Taki. Nawet lep­szy. A dobrze wiesz, jak kocham pianki na kra­ker­sach.

Kręcę głową, bo Jenna zawsze była zwa­rio­wana na punk­cie chło­pa­ków. Na szczę­ście dla niej uda­wało jej się spo­ty­kać tych wła­ści­wych.

– Jak­kol­wiek smacz­nie to brzmi, jestem teraz za bar­dzo zajęta. Muszę utrzy­mać dobre oceny, jeśli chcę zacho­wać sty­pen­dium – sku­piam się z powro­tem na kom­pu­te­rze i pró­buję sobie przy­po­mnieć, co wła­śnie zamie­rza­łam napi­sać.

– Jezu, Cate, w kółko tylko uczysz się i piszesz. Prak­tycz­nie siłą musia­łam cię zacią­gnąć na tamtą imprezę w sobotę. Przy­się­gam, gdyby nie to, że Ben jest w mie­ście, pew­nie ni­gdy byś nie poszła.

Zata­czam głową kółko, pró­bu­jąc roz­luź­nić sztyw­ność karku.

– Wiesz prze­cież, czemu nie mogę sobie odpu­ścić. Jeśli stracę sty­pen­dium, nie będę mogła opła­cić cze­snego. Nawet teraz ledwo stać mnie na cokol­wiek wię­cej niż to, co pokrywa sty­pen­dium. Rodzice ostrze­gali mnie, jak wygląda nasza sytu­acja finan­sowa, kiedy decy­do­wa­łam się pójść tutaj do szkoły.

Patrzy na mnie, jakby zapo­mniała. Wzdy­cham.

– Wszystko zależy ode mnie – w końcu udaje mi się to powie­dzieć w nadziei, że zapa­mięta. – Moja rodzina nie ma pie­nię­dzy w prze­ci­wień­stwie do two­jej. Muszę utrzy­mać dobre oceny. Pra­wie to zawa­li­łam przez jakie­goś dupka.

Jenna marsz­czy czoło.

– Jezu, Cate, jedna mała prze­rwa cię nie zbawi.

– Ow­szem, byłam na impre­zie, co nie? Upi­łam się. Nie pamię­tam połowy rze­czy, które tam robi­łam. Poza tym ostat­nim razem, kiedy poświę­ci­łam swoją uwagę face­towi, sporo mnie to kosz­to­wało. Wycią­gnę­łam solidną lek­cję z tam­tego razu. Pamię­tasz?

– Tak, ale myśla­łam, że mówisz o tym, jak…

Muszę ją powstrzy­mać. Lepiej, żeby to jedno wspo­mnie­nie pozo­stało w mro­kach nie­pa­mięci. Moja dłoń poszy­bo­wała w powie­trze wraz z gło­śnym jękiem.

– To była jebana kata­strofa od początku do końca. Pró­bo­wa­łam iść do łóżka z kre­ty­nem i wiesz, jak to się skoń­czyło.

Pod­biega i przy­tula mnie.

– Tak mi przy­kro. Wiem, że cię zra­nił.

– Tak, nawet gorzej, to było poni­ża­jące – mam­ro­czę w jej ramię. – Nie tylko. Moje oceny poszy­bo­wały z hukiem w dół. Nie chcę znów przez to prze­cho­dzić. Biorę dodat­kowe lek­cje i haruję dwa razy wię­cej, żeby się wycią­gnąć w tym seme­strze. Więc nie. W tym momen­cie nie biorę pod uwagę pianki na kra­ker­sie. Chcia­ła­bym, żeby było ina­czej.

Jenna wiąże włosy w nie­dbały koczek, opla­ta­jąc go gumką do wło­sów.

– Myśla­łam, że skoro w sobotę poświę­ci­łaś tyle czasu, miz­drząc się do niego i zaga­du­jąc, to jesteś nim zain­te­re­so­wana.

Marsz­cząc się, mówię:

– Mhm, tak, to brzmi podej­rza­nie jak na mnie.

– Czyli jesteś na tak?

– Chcia­ła­bym, ale nauka jest na pierw­szym miej­scu. A teraz spa­daj, żebym mogła cokol­wiek dziś dokoń­czyć.

Wyśli­zguje się za drzwi, a ja wra­cam do pracy. Teraz jed­nak muszę wycza­ro­wać jakieś bzdury, bo poprzed­nia myśl kom­plet­nie mi ule­ciała. Niech to szlag. Po jakichś dwu­dzie­stu minu­tach wstaję i stwier­dzam, że pójdę pobie­gać. Bie­ga­nie zawsze pomaga mi zebrać myśli. Wiążę buty i zni­kam za drzwiami. Czter­dzie­ści minut póź­niej, kiedy jestem już z powro­tem, na sto­liku stoi piękny bukiet kwia­tów.

– Był kurier, kiedy cię nie było – ogła­sza Jenna z uśmiesz­kiem na twa­rzy.

Opie­ram dło­nie na bla­cie i roz­cią­gam łydki, pod­czas gdy moja cie­ka­wość skła­nia mnie ku małej bia­łej kar­teczce z napi­sem: Cate For­bes.

– Od kogo?

– Zga­duję, że od Drew, ot co – odpo­wiada Jenna, zbli­ża­jąc do mnie twarz.

– No tak – wybu­cham śmie­chem, bo dobrze znam swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę – kupi­łaś je, a teraz uda­jesz, że są od Drew, prawda?

Jenna aku­rat ma na tyle przy­zwo­ito­ści, by wyglą­dać na obu­rzoną. Z ręką na piersi odpo­wiada:

– Serio? Myślisz, że zro­bi­ła­bym coś takiego?

– Ow­szem, tak myślę – kiwam głową.

– Kurwa. Nie masz o mnie zbyt dobrego zda­nia, co nie?

– Ależ mam. Kocham cię, naprawdę. Ale jak się na coś uprzesz, zbo­czona Jenna wkra­cza z pełną mocą.

Wywraca oczami i chi­cho­cze.

– No dobra, więc nie wysła­łam tych kwia­tów, ale teraz żałuję, że tego nie zro­bi­łam.

OK, to kom­pli­kuje sprawę.

– Naprawdę to nie ty?

– Przy­się­gam na mały palec, jeśli chcesz – pod­nosi palec w górę.

Więc jeśli to nie ona, musiał to zro­bić ten koleś, Drew. Wra­cam znów do kwia­tów i nie­pewną dło­nią się­gam po dołą­czony do nich bile­cik.

– Nie ugry­zie cię, jakby co – sar­ka­styczna uwaga Jenny dosięga mnie z dru­giego końca pokoju.

Pod­no­szę kartkę i odczy­tuję.

Chciał­bym dostać szansę zapro­sze­nia Cię na kola­cję.

Drew McK­ni­ght

– I co napi­sał?

– No nie – beł­ko­czę zmie­szana – zapro­sił mnie na kola­cję. A one są piękne. Ni­gdy wcze­śniej nie dosta­łam kwia­tów. – Pochy­lam się, aby poczuć ich zapach.

– Ow­szem. I na kiedy cię zapro­sił? I nie marszcz się. Wiesz prze­cież, co powta­rza moja mama: to nie­za­wodny spo­sób, aby naba­wić się przed­wcze­snych zmarsz­czek.

Cała sytu­acja z kwia­tami wpra­wiła mnie w oszo­ło­mie­nie. Nikt wcze­śniej nie zro­bił dla mnie nic tak słod­kiego jak to.

– Nie podał kon­kret­nej daty, napi­sał tylko, że chciałby mnie zapro­sić.

– O mój Boże.

– Niech ci się nie robi od tego tak mokro – mówię, ale w rze­czy­wi­sto­ści to ja tu jestem tą, która się nakręca.

– Jesteś pewna, że go nie pamię­tasz? Był z moim bra­tem przez całą noc. I mie­li­ście cał­kiem miłą małą poga­wędkę.

– Nie, nie pamię­tam go! – pisz­czę, łapiąc ją za rękę. – Pomóż mi, Jenna! Byłam nawa­lona. Ledwo pamię­tam, że widzia­łam Bena – total­nie urwał mi się film tam­tej nocy. – Cze­kaj. Przy­ja­ciel Bena… W jakim wieku jest ten koleś?

– W tym samym co Ben.

– Co? Czyli to by było ile? Dwa­dzie­ścia sie­dem?

– No, coś takiego.

– Jezu. To jak dzia­dek. Nie ma mowy, żebym spo­ty­kała się z kimś w tym wieku.

– Jest na dru­gim roku rezy­den­tury. Jest leka­rzem – mówi to w taki spo­sób, jakby machała mi przed twa­rzą złotą mar­chewką.

– I? Czy to cokol­wiek zmie­nia w kwe­stii rand­ko­wa­nia? Nie obcho­dzi mnie, czy jest synem pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Jest dla mnie za stary. Praw­do­po­dob­nie mógłby już szu­kać żony czy cokol­wiek. Ja sta­ram się skoń­czyć szkołę, a nie zało­żyć rodzinę.

– Kurwa, Cate, wylu­zuj. To nie jest tak, że on jest od cie­bie o dwa­dzie­ścia lat star­szy. Tylko o sie­dem. To wszystko. Wiele dziew­czyn w twoim wieku uma­wia się z face­tami o sie­dem lat od sie­bie star­szymi.

– O, czyżby? Na przy­kład kto?

– Na przy­kład ta Scar­lett z pierw­szego roku, która cho­dzi z nami na angiel­ski. Ona się uma­wiała.

– No i spała pra­wie ze wszyst­kimi chło­pa­kami z Pur­due. Utrzy­muje całą dru­żynę Boiler­ma­kers na wyso­kich obro­tach. W zeszłym roku w poje­dynkę obsłu­gi­wała oral­nie wszyst­kich gości z czwar­tego roku inży­nie­rii mecha­nicz­nej.

– To czy­ste przy­pusz­cze­nia.

– Czy­ste? To nie jest słowo, któ­rego uży­ła­bym w zda­niu doty­czą­cym Scar­lett.

– Kurwa, jaka ty jesteś uparta. Po pro­stu się z nim umów. Jedna randka. Jeśli ci się nie spodoba lub po wszyst­kim stwier­dzisz, że jed­nak jest za stary, wtedy OK. Nie musisz się z nim wię­cej spo­ty­kać.

Kiedy się lepiej nad tym zasta­na­wiam, musiało wtedy mię­dzy nami zaiskrzyć, skoro spę­dzi­łam z nim czas na tej impre­zie, nawet jeśli byłam pijana. To nie jest coś, co zazwy­czaj mi się zda­rza. Bar­dziej w moim stylu jest trzy­mać się z daleka od wszel­kich face­tów.

– OK, zro­bię to. Daj mu mój numer. Ale pro­szę, odpuść sobie, jeśli to nie wypali, zwłasz­cza że to przy­ja­ciel Bena.

– Tym się nie martw, kochana.

Póź­niej tej nocy prze­glą­dam listę ese­jów, które mam do napi­sa­nia, i spraw­dzam, jak wiele z nich będzie wyma­gało dużo pracy pod kątem zebra­nia źró­deł. Robie­nie dwóch kie­run­ków to nie bułka z masłem, ale nie mogłam doko­nać wyboru mię­dzy księ­go­wo­ścią a dzien­ni­kar­stwem, więc oto sie­dzę na dupie i piszę. Ale tak szcze­rze – kocham to.

Kiedy dzwoni tele­fon, odbie­ram, nie patrząc nawet, kto jest po dru­giej stro­nie. Zga­duję, że mama. Zazwy­czaj dzwoni o tej godzi­nie, bo wie, że to naj­lep­szy moment, żeby mnie zła­pać.

– Hej, mamo.

Odpo­wiada mi sza­le­nie sek­sowny głos:

– Uhm, to nie mama. Z tej strony Drew… – kiedy nie odpo­wia­dam, dodaje: – McK­ni­ght.

Cho­lera. Drew. Facet od kwia­tów i randki. Dzia­dek!

– O, hej! C-co tam? – jąkam się. Ogar­nia mnie ta dziwna ner­wo­wość, ponie­waż nie pamię­tam nic, co go doty­czy, i nagle czuję się z tym okrop­nie. Ale jeśli cho­ciaż w poło­wie jest tak przy­stojny, jak brzmi lub jak mówi Jenna, to ozna­cza, że mam kło­poty.

– Jenna dała mi twój numer – jego głos jest cie­pły i ser­deczny i przy­po­mina mi, od jak dawna są zanie­dby­wane moje kobiece strefy.

– Tak! Bar­dzo ci dzię­kuję za kwiaty. Są prze­piękne. To słod­kie – dodaję.

– Cie­szę się. Ja, hm, nie wie­dzia­łem, w jaki jesz­cze spo­sób mógł­bym spra­wić, żebyś zgo­dziła się ze mną umó­wić.

Teraz czuję się źle. Jak suka, przez którą musiał aż tak kom­bi­no­wać.

– Oj, ja nie…

– Nie ma pro­blemu, Cate. Po pro­stu chcia­łem, żebyś posma­ko­wała mojego porząd­nego, sta­ro­mod­nego uroku połu­dniowca – wyczu­wam uśmiech skryty za tymi sło­wami i natych­miast robi mi się lepiej.

– No więc podzia­łało. Jak mogła­bym powie­dzieć „nie” kwia­tom? – czy ja wła­śnie z nim flir­tuję? Muszę wziąć się w garść. Robi ogromny wyłom w murze, który posta­wi­łam wokół tematu rand­ko­wa­nia, i muszę sama sobie przy­po­mi­nać, że nie mam na to czasu.

– Jesteś zajęta w sobotę?

Zajęta? Kto pyta kogoś, czy jest zajęty? Muszę hamo­wać śmiech.

– Pozwól, że spraw­dzę – oczy­wi­ście, że nie jestem, ale nie chcę, by pomy­ślał, że fak­tycz­nie jestem taką fra­jerką. Pozwa­lam więc minąć kilku sekun­dom, zanim odpo­wiem: – Nie, jestem wolna – słowa wymy­kają mi się, bo Jenna ma rację. Spę­dzam sta­now­czo za dużo czasu przed kom­pu­te­rem. Jedna noc nie­win­nej zabawy nie sprawi, że stracę sty­pen­dium.

– Świet­nie! Chciał­bym zabrać cię na kola­cję.

– Dobrze – prze­ry­wam, bo na mojej twa­rzy poja­wia się uśmiech. Przy­gry­zam wargę, by go powstrzy­mać. Tak będzie lepiej. – Chęt­nie gdzieś wyjdę – rzu­cam.

– Nie, przy­jadę po cie­bie. Pasuje ci siódma?

– Siódma? Ide­al­nie. Mogę wysłać ci mój adres ese­me­sem.

– Nie trzeba. Wysła­łem ci kwiaty, pamię­tasz? Ben był tak miły i mi dał twój adres.

Cho­lera. Jestem idiotką.

– Och, racja.

– Prawda jest taka, Cate, że poma­ga­łem Benowi przy prze­pro­wadzce Jenny.

– Och – to mnie zasko­czyło. – Nie wie­dzia­łam.

– Lubisz wło­ską kuch­nię?

– Lubię każdą, ale wło­ska to moja ulu­biona.

– Wspa­niale, to zjemy coś wło­skiego. Atmos­fera cał­kiem swo­bodna.

– Brzmi świet­nie – zbie­ram się, by zakoń­czyć roz­mowę, ale coś mnie powstrzy­muje. – Mogę cię o coś zapy­tać?

– Pew­nie.

Bio­rąc głę­boki oddech, wyrzu­cam z sie­bie:

– Dla­czego ja? Prze­cież jestem tylko stu­dentką trze­ciego roku i w zasa­dzie się nie znamy poza imprezą.

– Kiedy na impre­zie zapy­ta­łem Bena o cie­bie, ochrza­nił mnie, co mnie jesz­cze bar­dziej zain­try­go­wało, więc cię odszu­ka­łem. Po naszej roz­mo­wie wie­dzia­łem, że chcę cię lepiej poznać.

Żuję koń­cówkę mojego dłu­go­pisu.

– Naszej roz­mo­wie?

– Tak. Roz­ma­wia­li­śmy o Char­le­sto­nie.

– Mhm…

Jego chi­chot jest mroczny, z odu­rza­ją­cym ude­rze­niem, jak whi­skey spły­wa­jąca do gar­dła przy pierw­szym łyku.

– Nie pamię­tasz tego, prawda?

– Nie będę kła­mać. Nie pamię­tam. Prze­pra­szam. To wina alko­holu.

– Lubisz tę pio­senkę, co?2 – par­ska śmie­chem. – Roz­ma­wia­li­śmy o tym, jakie to zabawne, że ni­gdy się nie spo­tka­li­śmy, cho­ciaż oboje jeste­śmy z Char­le­stonu i ty przy­jaź­nisz się z Jenną, a ja z Benem. Coś ci dzwoni?

Moja ręka auto­ma­tycz­nie dotyka karku, dra­pie go. O Boże, dla­czego tego nie pamię­tam? Ni­gdy wię­cej nie piję.

– Nie i strasz­nie głu­pio mi to przy­znać.

Znowu wybu­cha śmie­chem i tym razem jego dźwięk wywo­łuje dresz­cze spły­wa­jące w dół mojego krę­go­słupa.

– Cate, nie przej­muj się tym. Chcesz wie­dzieć, co jesz­cze mi powie­dzia­łaś?

– O Boże. Nie jestem pewna – mam­ro­czę.

Głę­bo­kie dud­nie­nie jego śmie­chu spra­wia, że zaci­ska mi się żołą­dek. O co cho­dzi z tym typem? I czemu nie mogę sobie przy­po­mnieć, jak wygląda, niech to szlag!

– To nic złego, serio.

– OK, więc co?

– Chcia­łaś wie­dzieć, co taki facet jak ja robi na takiej impre­zie. Powie­dzia­łem, że wpa­dłem z Benem. Wtedy chcia­łaś poznać szcze­góły. Przy­zna­łem ci się, czym się zaj­muję, a ty wyszep­ta­łaś mi do ucha, że gdy­bym był gine­ko­lo­giem, ni­gdy nie przy­szła­byś do mojego gabi­netu, bo oba­wia­ła­byś się, że poczu­jesz zakło­po­ta­nie pod­czas bada­nia.

Jezu­sie Naza­reń­ski. Zakry­wam twarz poduszką. Czuję się total­nie upo­ko­rzona i nie wiem, co powie­dzieć.

– Cate, jesteś tam?

– Uuugg­ghhh – wydaję z sie­bie jęk. Jest gorzej, niż się spo­dzie­wa­łam.

– To było cał­kiem sek­sowne, muszę przy­znać.

– Czy zro­bi­łam jesz­cze coś, co na zawsze wypa­czy mi obraz mojego życia?

– Nie, mówi­łaś tylko parę razy, że jestem sek­sowny, ale nie pamię­tam szcze­gó­łów.

Prze­tłu­maczmy to jako – nie chcę cię dalej pogrą­żać.

– Sek­sowny? Powie­dzia­łam ci w twarz, że jesteś sek­sowny? – tem­pe­ra­tura moich policz­ków praw­do­po­dob­nie roz­topi mi skórę.

– Tak. I przy­bra­łaś wszyst­kie odcie­nie czer­wieni, gdy uświa­do­mi­łaś sobie, że powie­dzia­łaś to na głos.

Pró­buję ode­zwać się znowu, ale moje słowa brzmią nie­wy­raź­nie, ponie­waż znów ukry­łam twarz w poduszce. Sia­dam i decy­duję się teraz to wyja­śnić.

– Więc pozo­staje pyta­nie, dla­czego chcesz umó­wić się z dziew­czyną, która zro­biła z sie­bie idiotkę przy pierw­szym spo­tka­niu.

– Jeśli mam być szczery, Cate, twoja otwar­tość wydała mi się orzeź­wia­jąca, zwłasz­cza w przy­padku tak pięk­nej kobiety jak ty. Nawet w nieco nie­trzeź­wym sta­nie byłaś dow­cipna i uwo­dzi­ciel­ska. Gdy­bym mógł cię prze­ko­nać, żeby­śmy poszli do mnie, zro­bił­bym to. Tyle że Ben by mnie zabił.

Moje usta roz­cią­gnęły się w sze­ro­kim uśmie­chu.

– Tak?

– Tak.

Moje ciało zapło­nęło na to wyzna­nie. A to tylko roz­mowa przez tele­fon. Co dopiero, cho­lera, kiedy zoba­czę go na żywo?

– OK, w takim razie, Drew, do zoba­cze­nia.

– Świet­nie. A, Cate?

– Tak?

– Obie­cuję, że nie będę zacho­wy­wał się jak dzia­dek. Do zoba­cze­nia o siód­mej w sobotę. – Żar­to­bli­wość jego tonu jest wyraźna.

Zabiję Jennę. Bar­dzo powoli i bole­śnie.

*

Dokład­nie o siód­mej w sobotę dźwię­czy dzwo­nek do moich drzwi. Kiedy je otwie­ram, patrzę pro­sto w parę naj­pięk­niej­szych modrych oczu na świe­cie. Ich kąciki marsz­czą się, kiedy ich wła­ści­ciel się uśmie­cha, a wtedy uka­zuje mi się peł­nia obrazu. Drew w żad­nym wypadku nie jest dziad­kiem. Bez­sprzecz­nie jest nie­ziem­sko gorący. Gorąca pianka mar­sh­mal­low z kawał­kiem cze­ko­lady na kra­ker­sie, mówiąc sło­wami Jenny. A moimi – deser lodowy z gorącą polewą krów­kową, z bitą śmie­taną i wisienką na górze, a do tego cze­ko­la­dowe ciastko z lukrem.

Jego głowę okry­wają grube, falo­wane włosy w kolo­rze pia­sko­wego brązu muśnięte poca­łun­kiem słońca. Są zmierz­wione, jakby wła­śnie prze­su­nął przez nie dło­nią, ale spra­wiają, że sama chcę zanu­rzyć w nich palce i bawić się nimi pod­czas seksu. Bar­dzo nie­grzecz­nie. Wyso­kie kości policz­kowe, nie za mały i nie za duży nos i usta, na widok któ­rych muszę prze­łknąć, żeby nie zacząć się śli­nić, two­rzą razem piękną twarz. Ide­alne zęby lśnią w nie­usta­ją­cym uśmie­chu. To nie jest typowy chło­pak z col­lege’u. Bra­kuje mi słów. Jak, do dia­bła, mogłam zapo­mnieć taką twarz?

– Rozu­miem, że się zga­dzasz? – jego głos także jest ide­alny. Połu­dniowy akcent, za któ­rym tak tęsk­nię, odkąd miesz­kam tu, na środ­ko­wym zacho­dzie, wywo­łuje sze­roki uśmiech na mojej twa­rzy.

– Prze­pra­szam. Po pro­stu chcia­łam spraw­dzić, czy cokol­wiek sobie przy­po­mnę, patrząc na cie­bie – nie jest to prawda i jestem pra­wie pewna, że on o tym wie.

Chi­cho­cze, kiedy rzu­cam mu kilka kolej­nych ukrad­ko­wych spoj­rzeń. Ma sze­ro­kie ramiona i dużą klatę zwę­ża­jącą się w kie­runku talii. Moje hor­mony sza­leją jak u nasto­latki, kiedy śli­nię się na myśl o zaj­rze­niu pod jego zapiętą koszulę. Chcia­ła­bym zoba­czyć, czy ma sze­ścio-, czy też ośmio­pak. Jestem też cie­kawa, czy dół jego brzu­cha ma kształt litery V, bo jestem cho­ler­nie pewna, że tak. Ma na sobie ciemne dżinsy opusz­czone nisko na bio­dra, cia­sno przy­le­ga­jące do ciała. Mam ochotę popro­sić go, by się obró­cił, żebym mogła przyj­rzeć się jego poślad­kom, ale powstrzy­muję się.

– No więc? – jego szel­mow­ski uśmiech tylko dodaje mu uroku.

– Dobra, przy­ła­pa­łeś mnie – uno­szę dło­nie do góry. Zawsze byłam nie­śmiała i zwie­rzam się wyłącz­nie Jen­nie. Wydaje mi się, że to, co mia­łam za ukrad­kowe spoj­rze­nia, nie było aż tak nie­zau­wa­żalne, jak pla­no­wa­łam. Co do cho­lery we mnie wstą­piło?

Z ser­decz­nym śmie­chem odrzuca głowę w tył.

By szybko zmyć z sie­bie podej­rze­nia, wyrzu­cam:

– Pomy­śla­łam, że tak będzie spra­wie­dli­wie, ponie­waż na impre­zie byłam pijana i nie pamię­tam naszego spo­tka­nia. Jestem pewna, że mia­łeś mnó­stwo czasu, żeby mnie sobie obej­rzeć, więc stwier­dzi­łam, że teraz wyko­rzy­stam swoją szansę.

– Mam nadzieję, że cię nie zawio­dłem – mówi, pochy­la­jąc głowę.

– W żad­nym wypadku – odsła­niam zęby w uśmie­chu. Jeśli nic wię­cej z tego nie wyj­dzie, mocno roz­wa­żam cho­ciaż jedną noc. To kom­plet­nie nie w moim stylu, ale, cho­lera, on jest tego wart.

Powstrzy­muje uśmiech, ale widzę, że z wysił­kiem.

– W takim razie, pani For­bes, czy jest pani gotowa udać się ze mną na kola­cję? – pyta, ofe­ru­jąc mi swoje ramię.

– Jak naj­bar­dziej – chwy­tam małą torebkę, w któ­rej mam tele­fon i klu­cze, zanim podam mu dłoń.

Zamy­kam drzwi i ruszamy w kie­runku toyoty 4-run­ner. Nie jest to naj­now­szy model, ale także nie stary. Nie­sa­mo­wi­cie lśni czy­sto­ścią, nie jak moja nie­ogar­nięta, zaba­ła­ga­niona honda civic. Bła­gam, niech Drew nie będzie pedan­tem. Jeśli jest, może mnie nie polu­bić i skoń­czyć to, zanim w ogóle się zaczęło. Co dziwne, czuję, że była­bym roz­cza­ro­wana, gdyby tak się stało.

– Jenna mówiła, że stu­diu­jesz dwa kie­runki: księ­go­wość i dzien­ni­kar­stwo.

– To prawda. Co jesz­cze Jenna o mnie mówiła? – sztur­cham go żar­to­bli­wie.

– Nie złość się na nią. Zadrę­cza­łem ją od kilku dni. Na początku nie bar­dzo chciała mówić, dopóki jej nie zamę­czy­łem. Powi­nie­nem cię ostrzec. Potra­fię być taki.

– O nie, tylko nie to! – udaję zasko­cze­nie. Odnosi to zamie­rzony sku­tek, Drew wybu­cha śmie­chem.

– O tak. Mia­łem naj­lep­szą nauczy­cielkę. Moją matkę.

– Hmm. Przy­naj­mniej mnie ostrze­głeś.

– Więc?

To jedno słowo powo­duje, że sku­piam się na jego ustach. Zaj­muje mi sekundę, by prze­nieść wzrok z powro­tem na jego oczy.

– Tak. Dwa kie­runki. Na początku stu­dio­wa­łam tylko biz­nes, ale to nie było dla mnie. Potem odkry­łam księ­go­wość i się zako­cha­łam. A że zawsze mia­łam dryg do pisa­nia, uzna­łam, że może mogła­bym połą­czyć oby­dwa w dzien­ni­kar­stwo biz­nesowe lub pra­co­wać dla kor­po­ra­cji i pisać tek­sty na temat zarzą­dza­nia. Jesz­cze nie wiem.

– Brzmi jak dobry plan – ma cie­pły uśmiech i bar­dzo łatwo mi się z nim roz­ma­wia. Bałam się, że roz­mowa będzie z mojej strony wymu­szona. Zda­nia wyle­wają się ze mnie, jak­bym cier­piała na gorączkę sło­wo­toczną.

– Taki na pół gwizdka, jak mówi mój tata. Jest prze­ko­nany, że skoń­czę w pod­rzęd­nej robo­cie gdzieś tam – śmieję się i potrzą­sam głową na myśl o rodzi­nie.

– No tak, rodzice potra­fią być albo naj­więk­szym wspar­ciem, albo naj­cięż­szą prze­szkodą w tych spra­wach. Powin­naś iść za gło­sem serca.

Uśmie­cham się. Nie­wielu ludzi widzi moją logikę w połą­cze­niu tych dwóch kie­run­ków.

– Dzięki – mówię, stu­ka­jąc go w ramię. – Miło to sły­szeć, bo nawet Jenna uważa, że osza­la­łam. Daje mi w kość, ponie­waż cią­gle się uczę.

– To dobrze być ambit­nym, Cate. Nie każdy taki jest.

Wygła­dzam sukienkę na kola­nach.

– Nie nazwa­ła­bym tego od razu ambi­cją. To kwe­stia koniecz­no­ści – tłu­ma­czę mój układ z rodzi­cami i sty­pen­diami.

– Ach, rozu­miem. Ale rze­czy tego rodzaju moty­wują jesz­cze bar­dziej. Ja widzę to tak: mogła­byś pójść łatwą drogą i wybrać szkołę, któ­rej chcieli twoi rodzice. Zamiast tego wybra­łaś Pur­due i ciężko pra­cu­jesz, żeby tu pozo­stać. To twój wybór, prawda?

– No tak. Kiedy mówisz o tym w ten spo­sób, to myślę, że tak – Drew spra­wia, że czuję się dobrze z tym, że muszę się dużo uczyć. Wszy­scy pozo­stali, włą­cza­jąc w to moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę, mi to utrud­niają.

Patrzę na jego pro­fil, kiedy pro­wa­dzi, i widzę, jak jego usta ukła­dają się w uśmiech. Jest zupeł­nie inny, niż się spo­dzie­wa­łam. A czego się spo­dzie­wa­łam? Jakie­goś star­szego gościa. Dla­czego? Nie wiem. Za sie­dem lat będę w tym samym wieku. Czy będę się uwa­żała za starą? Odrzu­cam tę myśl, widząc, jak nie­do­rzeczne były moje obawy.

– Czemu tak zamil­kłaś? – rzuca mi spoj­rze­nie, a potem z powro­tem kon­cen­truje się na dro­dze.

– Szcze­rze? – powin­nam czuć się głu­pio, ale tak nie jest. Drew wydaje się życz­liwy.

– Tak.

– Przez kilka rze­czy. Pierw­sza, rozu­miesz, dla­czego spę­dzam tyle czasu na nauce. Wszy­scy inni uwa­żają, że to głu­pie. A druga, pomy­śla­łam, że dwa­dzie­ścia sie­dem lat to nie jest w sumie tak dużo.

– Och, a więc może nie jestem takim dziad­kiem – pusz­cza oczko w moją stronę.

Kręcę głową.

– Nie mogę uwie­rzyć, że Jenna ci o tym powie­działa.

– Nie złość się na nią. Jak mówi­łem, jestem prze­ko­nu­jący. Musia­łem wie­dzieć, czemu jesteś tak prze­ciwna naszemu spo­tka­niu. Potem uzna­łem, że to zabawne. Z tej strony stary McK­ni­ght.

Brzmi komicz­nie, kiedy tak o tym mówi.

– To czę­ściowo przez to, że nie uma­wiam się z chło­pa­kami, bo muszę zadbać o naj­lep­sze oceny. Więc przy­jaź­ni­cie się z Benem? – pytam.

– Tak. Od przed­szkola.

– To takie zabawne, że wszy­scy jeste­śmy z Char­le­stonu, co nie?

– Tak, ale śmiesz­niej­sze jest to, że nie pamię­tasz naszej roz­mowy na ten temat – mówi, szcze­rząc się w uśmie­chu.

Cho­wam twarz w dło­niach.

– Boże. Tak mi wstyd. Nie wie­rzę, że jestem taka głu­pia. Powiedz mi więc, co mi umknęło.

– Jedy­nie to, że przy­jaź­nię się z Benem od przed­szkola, tak jak ty i Jenna.

– To nie­sa­mo­wite! – ude­rzam się w kolana. Wystar­cza­jąco dziwne jest, że Jenna i ja, obie z Char­le­stonu, jeste­śmy tu w Pur­due. Więk­szość połu­dniow­ców ni­gdy nie wyjeż­dża z Połu­dnia. Ni­gdy. Chyba że mają jakiś bar­dzo istotny powód, jak poślu­bie­nie milio­nera, praca warta miliony czy coś w tym stylu. Poza tym połu­dniowcy rzadko idą do col­lege’u na pół­nocy, chyba że zależy im na dyplo­mie w dzie­dzi­nie, któ­rej nie mogą stu­dio­wać na uczelni na Połu­dniu. Ale serio? Czy to w ogóle moż­liwe? Więc jak Jenna i ja wylą­do­wa­ły­śmy w Pur­due? Ponie­waż jej brat Ben tu przy­je­chał i ZAKO­CHAŁ SIĘ w tym miej­scu, a przy­naj­mniej to sły­sza­ły­śmy przez ostat­nie cztery lata. Jenna prze­ko­nała mnie zatem, bym przy­je­chała tu razem z nią i, muszę to przy­znać, rów­nież się zako­cha­łam.

– Więc dla­czego ni­gdy o tobie nie sły­sza­łam?

Uniósł rękę w geście nie­wie­dzy.

– Nie mam poję­cia. Patrz, co cię omi­nęło przez cały ten czas – wybu­cha śmie­chem, uka­zu­jąc per­ło­wo­białe zęby.

Niech to szlag. Skręcę Jen­nie kark, jak tylko ją zoba­czę. A kiedy się nad tym zasta­no­wić, to dla­czego Jenna ni­gdy nie uga­niała się za Drew? Ni­gdy o nim nie mówiła. Ni­gdy.

W nie­kon­tro­lo­wany spo­sób wyrzu­cam z sie­bie na głos:

– Dla­czego Jenna ni­gdy nawet o tobie nie wspo­mniała? Serio, przez te wszyst­kie lata myślę, że sły­sza­ła­bym o tobie.

Jego twarz przy­biera naj­pięk­niej­szy odcień różu. Fala wędruje po same czubki jego uszu.

– Może przez róż­nicę wieku. Dzia­dek, sama rozu­miesz. Pomyśl. Ben i ja byli­śmy w liceum, kiedy ty i Jenna cho­dzi­ły­ście do pod­sta­wówki lub gim­na­zjum – pusz­cza mi oczko. Potem wyraz jego twa­rzy robi się posępny. – Ale byłem w poważ­nym związku jesz­cze dwa lata temu.

– Ach. Prze­pra­szam. Nie chcia­łam być wścib­ska – teraz to ma sens, ale wolę się trzy­mać z daleka od zawo­dów miło­snych.

– Tak, spo­ty­ka­łem się z nią w col­lege’u i byłem pewien, że weź­miemy ślub, ale ona posta­no­wiła ina­czej. Zerwała ze mną w trak­cie mojego trze­ciego roku szkoły medycz­nej.

– Och.

– Będę z tobą szczery. Znio­słem to nie­zbyt dobrze. Więc tak, pew­nie dla­tego.

– Rozu­miem – doko­na­łam paru obli­czeń w gło­wie. – Więc skoro było to ponad dwa lata temu, można uznać to za zawód miło­sny?

O cho­lera. Czy serio powie­dzia­łam to gło­śno?

– Zawód miło­sny? Uwa­żasz, że prze­ży­wam na­dal zawód miło­sny? – par­kuje samo­chód i spo­gląda w kie­runku restau­ra­cji.

– Ja, uhm… – zasy­sam powie­trze przez zęby – nie mia­łeś tego sły­szeć. Obli­cza­łam czas w swo­jej gło­wie.

Obraca się na swoim sie­dze­niu i wbija we mnie wzrok. Zostaję przy­szpi­lona do miej­sca przez te cho­ler­nie nie­bie­skie oczy. Są naprawdę nie­sa­mo­wite.

– Nie prze­ży­wam już zawodu miło­snego. Przez wiele mie­sięcy nie byłem w sta­nie nawet ode­zwać się do kobiety. Pra­wie przez rok, jeśli mam być pre­cy­zyjny. Potem byłem na kilku rand­kach i zaprze­sta­łem. Po pro­stu nie czu­łem się gotowy. Ale w końcu zosta­wi­łem to za sobą. Kiedy odpu­ści­łem, zro­zu­mia­łem, że nie byli­śmy dla sie­bie stwo­rzeni. Mie­li­śmy zupeł­nie różne wizje życia. Kiedy to się stało, wszystko jakby wsko­czyło na swoje miej­sce. Minęły już ponad dwa lata, pra­wie trzy od roz­sta­nia, i jestem teraz szczę­śliw­szy niż kie­dy­kol­wiek. Więc nie. Nie prze­ży­wam na­dal zawodu miło­snego, Cate.

– Dzię­kuję. Nie musia­łeś mi tego wszyst­kiego mówić.

– Nie, nie musia­łem – stwier­dza to z wdzięcz­no­ścią. – Ale to dziwne, że jeste­śmy z tego samego mia­sta, a ni­gdy dotąd się nie spo­tka­li­śmy. A fakt, że przy­jaź­nię się z bra­tem two­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, spra­wia, że to jesz­cze dzi­wacz­niej­sze. To wyma­gało pew­nego wyja­śnie­nia. Cie­szę się, że ci o tym powie­dzia­łem. A teraz czy możemy iść jeść?

– Myślę, że tak.

Okrąża samo­chód i otwiera mi drzwi, jak praw­dziwy dżen­tel­men.

– Tak à pro­pos, czy mówi­łem ci, jak dobrze dziś wyglą­dasz? – pyta.

– Nie.

– Mój błąd. Wyglą­dasz wspa­niale.

– Dzię­kuję – spo­glą­dam w dół na swój strój, czarną dzia­ni­nową przy­le­ga­jącą do ciała sukienkę. Nie jest jakaś wyjąt­kowa, ale pod­kre­śla moje atuty i zawsze czuję się w niej atrak­cyj­nie.

– Muszę ci coś powie­dzieć. Tej nocy, kiedy zoba­czy­łem cię na impre­zie, nie mogłem ode­rwać od cie­bie wzroku. Po naszej małej poga­wędce obra­łem sobie za cel umó­wie­nie się z tobą. Dzię­kuje, Cate, że mi pomo­głaś.

– Pomo­głam ci?

– No tak. Pomo­głaś mi osią­gnąć mój cel – mówi, uno­sząc brwi.

– Masz jesz­cze jakieś cele, które mnie doty­czą? – pytam. Nie odważę się mu powie­dzieć, że sama usta­li­łam już swoje wła­sne. I nie są one z rodzaju tych, któ­rymi lubię się dzie­lić.

– Tak, ale na razie ich nie ujaw­nię. Może potem, po kie­liszku wina.

Pochy­lam się w jego kie­runku.

– Będę umie­rać z cie­ka­wo­ści, Drew.

– Nie musisz się oba­wiać, Cate.

Kola­cja jest prze­pyszna. To naj­lep­sze wło­skie dania, jakie kie­dy­kol­wiek jadłam poza Char­le­sto­nem i Nowym Jor­kiem. Drew zama­wia dla nas obojga, ponie­waż nie jestem w sta­nie sama się zde­cy­do­wać. W końcu pro­szę go, by mnie zasko­czył. Kiedy jedze­nie staje na stole, jest go tyle, że wybu­cham śmie­chem. Jestem pewna, że zapa­ku­jemy je do domu, ale Drew je, jakby jego żołą­dek był stud­nią bez dna. Jestem pod wra­że­niem.

– Gdzie to wszystko się mie­ści? Aż po same palce stóp?

– Tak. Coś takiego. Dźwi­gam dużo cię­ża­rów, więc jestem wiecz­nie głodny.

Teraz naprawdę chcę zoba­czyć jego „V”. Może nawet poli­zać i ugryźć. Ni­gdy w życiu nie widzia­łam jej na żywo. Jeśli już o tym mowa, tylko raz w życiu upra­wia­łam pseu­do­seks, i to z tym dup­kiem, z któ­rym spo­ty­ka­łam się w zeszłym roku. Sta­rał się co noc wbi­jać swoim kuta­sem w moją cipkę i to było tak obrzy­dliwe, że zażą­da­łam, żeby prze­stał. Skoń­czyło się tym, że obrzu­cił mnie naj­gor­szymi inwek­ty­wami – jak fiut­blo­kerka i zimna suka – więc zerwa­łam z nim, leżąc nago w łóżku i pła­cząc. To był naj­bar­dziej upo­ka­rza­jący moment mojego życia. Na­dal śnią mi się kosz­mary. A ten dupek nie miał choćby śladu „V”. Jego brzuch bar­dziej przy­po­mi­nał miskę gala­retki. Wyda­wał się cał­kiem uro­czy z wyglądu, ale przy­się­gam, że po jego chu­jo­wym zacho­wa­niu w sypialni za każ­dym razem, gdy go widzia­łam, jego twarz przy­po­mi­nała mordę trolla. Cóż, cią­gle zakli­nam roje psz­czół, by obsia­dły jego kutasa i żądliły na śmierć. Nie zasłu­guje na wię­cej.

– O czym, na litość boską, myślisz, że tak groź­nie wyglą­dasz? Mam nadzieję, że nie o mnie?

Dobry Boże.

– Och, nie! – mój śmiech jest drżący. – Zde­cy­do­wa­nie nie o tobie. Wła­ści­wie o niczym, serio – dra­pię się po ramie­niu, spo­glą­da­jąc na ser­wetkę roz­ło­żoną na moich udach. Dla­czego w ogóle myślę o tej okrop­nej nocy?

– Daj spo­kój, Cate. Dwie sekundy temu wyglą­da­łaś jak asa­syn z jed­nego z tych fil­mów o Jaso­nie Bour­nie.

– Serio?

– Tak. Wyrzuć to z sie­bie – jego uśmiech jest roz­bra­ja­jący.

– Nie. Pomy­ślisz, że jestem obrzy­dliwa – ostat­nią rze­czą, jaką bym zro­biła, jest powie­dze­nie mu o tym dupku.

– Tylko jeśli to doty­czy mnie – mówi.

– Nie, ale i tak nie mogę ci powie­dzieć. To zbyt oso­bi­ste.

– No dobrze, mam nadzieję, że ni­gdy nie będziesz miała takiej miny przeze mnie.

– Mam nadzieję, że ty też nie. Powiem ci jedy­nie, że to ma coś wspól­nego z zabój­czymi psz­czo­łami.

– Zabój­czymi psz­czo­łami. Zapa­mię­tam to. Zmie­nia­jąc temat, co powiesz na jakiś zabój­czy deser?

Jeśli tylko jest nim twoja „V”, jestem jak naj­bar­dziej za.

– OK. Co zama­wiasz?

– Mają tu naj­lep­sze tira­misu.

– Chcesz wziąć na pół?

– Nie. Jestem zbyt zachłanny na sło­dy­cze.

– Kocham szcze­rych ludzi. Weźmy w takim razie dwa razy.

Kel­ner bie­rze nasze zamó­wie­nie, a kiedy przy­nosi desery, oka­zuje się, że Drew miał rację. Jest smaczne. Ale założę się, że jego „V” sma­kuje lepiej. Dla­czego jestem dzi­siaj taką napa­loną suką? Zja­dam drugą łyżeczkę, kiedy jego tale­rzyk robi się pusty. Wyciąga rękę przez mały kwa­dra­towy sto­lik i zanu­rza swoją łyżeczkę w moim dese­rze.

Jego zło­dziej­stwo wywo­łuje mój śmiech.

– Cho­lera, naprawdę jesteś zachłanny.

– Prze­pra­szam. Jestem zasko­czony, że moje zęby nie są roz­miaru Giant Chic­lets3. Jestem ogrom­nym miło­śni­kiem sło­dy­czy.

– To bierz, co chcesz – dla­czego z nim flir­tuję?

Poru­sza znowu brwiami i mówi:

– Liczy­łem na to.

Pra­wie wyplu­wam kawa­łek tira­misu, który wła­śnie wło­ży­łam do ust. Jego twarz przy­biera znowu lekko różową barwę, co wydaje mi się nie­zwy­kle uro­cze.

– Prze­pra­szam. To było tro­chę nie na miej­scu – stwier­dza.

Prze­ły­kam, by się nie zakrztu­sić, i odpo­wia­dam:

– Nie. Ja nie mia­łam na myśli niczego, co by było nie na miej­scu. Po pro­stu wzią­łeś mnie z zasko­cze­nia – zanim jestem gotowa wziąć kolejny kęs, mój tale­rzyk jest pusty. Drew patrzy na mnie wzro­kiem peł­nym poczu­cia winy. I z jakie­goś powodu mam ochotę uszczyp­nąć go w poli­czek i powie­dzieć, że wszystko w porządku. Jak bar­dzo jest to dziwne? Zazwy­czaj nie jestem dziew­czyną, która chi­cho­cze i łapie za policzki. Teraz, gdy o tym myślę, w ogóle nie jestem dziew­czyną, która je desery na spółkę.

– Prze­pra­szam, że ukra­dłem twoje tira­misu.

– W porządku. Odda­łeś mi przy­sługę.

– Jak to?

– Nie potrze­buję aż tylu dodat­ko­wych kalo­rii.

– O nie, pro­szę, powiedz, że nie jesteś jedną z tych – cofa się ku opar­ciu krze­sła i przy­gląda mi się uważ­nie.

– Jedną z któ­rych? – jestem naprawdę zdez­o­rien­to­wana.

– Kró­licz­ków. Dziew­czyn, które jedzą jak kró­liki.

– Nie, nie prze­ży­ła­bym bez pizzy. Chyba to zauwa­ży­łeś.

– Zauwa­ży­łem, że wyglą­dasz ide­al­nie.

Oho, wszy­scy tak mówią, kiedy chcą się dobrać do two­ich maj­tek.

– Nie wie­rzysz mi?

– Nie, wie­rzę. Ale daj spo­kój. Więk­szość face­tów myśli tylko o jed­nym.

– To prawda. Ale, Cate, ja nie jestem jak więk­szość face­tów.

Wybu­cham śmie­chem.

– O tak, to wcale nie jest typowy tekst.

– Cho­lera. Zawa­li­łem, prawda?

– Nie jest naj­go­rzej – oboje chi­cho­czemy.

– Więc, Cate For­bes, czy masz ochotę pójść ze mną na drinka?

– Tak. Jedno pyta­nie. Gdzie miesz­kasz?

Znów poja­wia się ten uro­czy uśmiech i Drew mówi:

– W Indy. Ale nie martw się. Zare­zer­wo­wa­łem pokój w hotelu na tę noc. Myśla­łem, że może nam się zejść do późna i nie chcia­łem potem wra­cać przez godzinę do domu.

To było słod­kie.

– Gdzie się zatrzy­ma­łeś?

– W Union.

– Super. To jedźmy tam.

Decy­du­jemy się na klub o nazwie Chuc­kie’s. W samo­cho­dzie Drew pochyla się w moją stronę i pyta:

– Cate, pozwolą ci wejść do klubu, skoro nie masz jesz­cze dwu­dzie­stu jeden lat?

– Bez obaw. – Macham ręką. – Jestem zaradną stu­dentką. Mam fał­szywy dowód.

– Zdą­ży­łem się zorien­to­wać po tym, że jesteś przy­ja­ciółką Jenny.

Kiedy docie­ramy do Chuc­kie’s, kie­ru­jemy się pro­sto do baru. Drew zama­wia dla nas drinki – wódkę z napo­jem gazo­wa­nym dla mnie, a dla sie­bie wódkę z toni­kiem – po czym roz­po­czyna polo­wa­nie na jakieś miej­sce, żeby usiąść i poga­dać. Łapie mnie za rękę i pro­wa­dzi przez salę do małego sto­lika w pobliżu par­kietu.

– Jestem zasko­czony, że udało nam się zna­leźć to miej­sce.

– Wiem. Punkt dla nas – robię z nim żół­wika i stu­kamy się szklan­kami.

Roz­brzmiewa muzyka, ludzie tań­czą, a ja roz­glą­dam się po sali, spraw­dza­jąc, czy roz­po­znam kogoś z obec­nych.

Nie koja­rzę nikogo, więc zamiast tego sku­piam się na nie­sa­mo­wi­tych oczach Drew. Patrzy na mnie z wyra­zem zain­te­re­so­wa­nia. Nie jest to ani tro­chę nie­zręczne. Nikt wcze­śniej nie spra­wiał, że czu­łam się wyjąt­kowa, ale kiedy on na mnie patrzy, wła­śnie tak się czuję. Uśmie­cham się, potem wypi­jam łyk drinka.

– Jeśli będziesz mi się tak przy­glą­dać, pomy­ślę, że mam coś na twa­rzy.

Zgina rękę i pochyla się nad sto­łem, by zna­leźć się bli­żej mnie.

– Sta­ram się być grzeczny i nie poca­ło­wać cię tak, jak mam na to ochotę, tutaj, przy wszyst­kich.

– A może ja mam ochotę, żebyś mnie poca­ło­wał – mówię bez cie­nia wstydu.

Pra­wie odkrywa mój blef, kiedy ni stąd, ni zowąd kel­nerka sta­wia przed nami dwa szoty. Drew płaci i unosi jeden kie­li­szek.

– To ty je zamó­wi­łeś?

Unosi jeden kącik ust w sek­sow­nym uśmieszku.

– Przy­znaję się do winy. Wiem, że lubisz wódkę, więc pomy­śla­łem, że parę szo­tów z cytrynką będzie dobrym pomy­słem.

– Uwiel­biam szoty z cytrynką. Pró­bu­jesz mnie upić, Drew McK­ni­gh­cie?

– Usil­nie pró­buję cię zdo­być, Cate For­bes, w każdy moż­liwy spo­sób.

Nie potrze­buję wódki, bo jestem pijana nim. Jest z nim tak swo­bod­nie i czuję się obok niego tak kom­for­towo, jak­by­śmy znali się od lat, a nie parę godzin.

– Za cytryny i wódkę!

Sze­roki uśmiech Drew przy­wo­łuje w odpo­wie­dzi taki sam na moją twarz. Cho­lera, facet jest nie­sa­mo­wi­cie uro­czy, na moje szczę­ście. A może na jego wła­sne szczę­ście? Stu­kamy się szo­tami i wypi­jamy do dna. To idzie sta­now­czo zbyt łatwo. Nagle roz­brzmiewa I Gotta Feeling zespołu Black Eyed Peas.

Wyfru­wam z mojego krze­sła bez cie­nia skrę­po­wa­nia. Jak wariatka bie­gnę na par­kiet, naćpana życiem i Drew, zaczy­nam tań­czyć. Alko­hol mnie wylu­zo­wał i poczu­łam ochotę na mały show. Drew sie­dzi, a ja tań­czę tylko dla niego, huś­ta­jąc bio­drami i krą­żąc wokół niego. Parę razy zda­rza mi się zachwiać, ale łapię rów­no­wagę, uno­sząc kciuki w kie­runku Drew, jak­bym chciała poka­zać, że to był zamie­rzony ruch. On zaś śmieje się i robi żół­wika na odle­głość. Kiedy pio­senka się koń­czy, roz­trze­puję włosy i wra­cam do sto­lika.

– Nie­zła z cie­bie tan­cerka, Cate.

– O tak, to jeden z moich talen­tów. Jesteś szczę­ścia­rzem, Drew. Więk­szość ludzi nie ma poję­cia o tych moich ukry­tych zdol­no­ściach. – Pochy­lam się bli­żej niego i szep­czę mu do ucha. – Upra­wiam ste­alth dance4.

– Och, naprawdę?

– Tak. Mam wła­sne kroki.

– Wie­rzę, że masz, ale muszę się z tobą czymś podzie­lić.

– Tak? Czym?

– Też mam swoje sekretne kroki, Cate.

– Och, jestem pewna, że masz.

Zaczy­nają grać wolną pio­senkę i Drew bie­rze mnie za nad­gar­stek, obraca mnie i mówi:

– Na przy­kład teraz. Co powiesz na taniec, tan­ce­reczko?

Staję na par­kie­cie w jego ramio­nach szyb­ciej, niż jestem w sta­nie pomy­śleć. I podoba mi się to. Nie, jest ide­al­nie. Trzyma mnie bli­sko sie­bie, o wiele bli­żej, niż suge­ro­wa­łaby dłu­gość naszej zna­jo­mo­ści. Prawda jest taka, że sama mam ochotę zabrać ręce z jego ramion i wplą­tać moje palce w jego włosy. Ma miły zapach. Nie za mocny, ale świeży i czy­sty, a ja chcia­ła­bym uło­żyć twarz w miej­scu, gdzie jego ramię łączy się z szyją, i wtu­lić się w niego tu, na par­kie­cie. Moja dłoń spo­czywa w jego dłoni, ale wtedy Drew zmie­nia kroki. Splą­tuje nasze palce razem. Ten nie­wielki ruch spra­wia, że żołą­dek mi się zaci­ska, a ja despe­racko pra­gnę go poca­ło­wać. Odchy­lam się, by na niego spoj­rzeć, i odkry­wam, że on także mi się przy­gląda. Na jego twa­rzy nie ma uśmie­chu, jedy­nie jakiś poważny zamiar wyryty w przy­mru­żo­nych lekko oczach. Nie­spo­dzie­wa­nie pio­senka się koń­czy i sta­jemy unie­ru­cho­mieni wła­snymi spoj­rze­niami, pod­czas gdy zaczyna lecieć coś szyb­szego. Drew nie mówi ani słowa, tylko odpro­wa­dza mnie z par­kietu, obej­mu­jąc na wyso­ko­ści ramion.

– Dzię­kuję ci za ten taniec, Cate – mówi, kiedy docie­ramy do sto­lika. Pochyla się i daje mi buziaka w poli­czek.

Jesz­cze tro­chę pijemy i tań­czymy. A ja bawię się o wiele za dobrze. Tak dobrze, że Drew musi mnie prak­tycz­nie siłą stam­tąd wycią­gać. Na szczę­ście po kola­cji zapar­ko­wał samo­chód w garażu hotelu Union, skąd poszli­śmy pie­szo do Chuc­kie’s. Teraz musimy wró­cić do domu. Cudow­nie się z nim czuję. Nie chcę, by ta noc się koń­czyła. Mówię mu o tym.

– To naj­lep­sza randka, na jakiej kie­dy­kol­wiek byłam.

– I pomy­śleć, że nazy­wa­łaś mnie dziad­kiem – dźga mnie łok­ciem.

– Skąd mogłam wie­dzieć, że dziad­ko­wie są tacy sek­sowni.

Jest późny wrze­sień i nocą robi się tro­chę chłodno. Obej­muję się rękami, a Drew ota­cza moje ramiona. Ale pra­gnę wię­cej. Pra­gnę, by oto­czyły mnie obie jego ręce, i chcę go skosz­to­wać. Mój pod­stępny umysł zaczyna pra­co­wać, więc udaję, że na czymś staję i poty­kam się. Działa ide­al­nie. Łapie mnie za bio­dra, utrzy­mu­jąc mnie sta­bil­nie, i sta­jemy twa­rzą w twarz. Obej­muję jego szyję, a on pochyla głowę, aż nasze usta pra­wie się sty­kają. To mi nie wystar­cza. Pra­gnę wię­cej Drew McK­ni­ghta. Pra­gnę całego Drew McK­ni­ghta. Ale nie jestem zbyt doświad­czona, więc pozwa­lam mu pro­wa­dzić.

Odsuwa się i szep­cze:

– Powiedz mi, że jest w porządku.

– Jest o wiele lepiej niż w porządku.

Jego usta przy­le­gają do moich, z początku nie­pew­nie, jakby bada­jąc grunt. Mięk­kie, acz sta­now­cze, wgry­zają się w moje i nagle czuję jego język. Prze­ciąga nim po mojej dol­nej war­dze i otwie­ram usta. Nagle zaczy­namy się cało­wać. Cało­wać agre­syw­nie. Przy­ci­ska moje ciało do swo­jego, oplata mnie cia­sno ramie­niem, jego głowa prze­chyla się na bok, a poca­łu­nek staje się głęb­szy. Eks­plo­ruje moje usta, przy­ci­ska­jąc się do mnie z całą mocą. Czuję jego twar­dość i siłę przez mate­riał mojej sukienki. Moje ciało staje się żywym prze­wo­dem elek­trycz­nym – gęsia skórka wykwita od szyi po same kostki, brzuch się zaci­ska, sutki tward­nieją i po raz pierw­szy w życiu jestem mokra. Od samego poca­łunku. Do wszyst­kich sek­sow­nych dia­błów.

Prze­su­wamy się. Drew unosi mnie w powie­trze i, nie prze­sta­jąc się cało­wać, prze­su­wamy się. Nie jestem pewna dokąd i mało mnie to obcho­dzi, o ile nasze usta będą cały czas razem. Zatrzy­mu­jemy się, gdy moje plecy o coś się opie­rają. Za każ­dym razem, gdy odrywa się ode mnie, bio­rąc oddech, wgryza się ponow­nie w moje usta, spra­wia­jąc, że chcę jesz­cze wię­cej. Potem jedna z jego dłoni zsuwa się niżej do moich bio­der i zaci­ska, chwy­ta­jąc mnie moc­niej, przy­ci­ska­jąc jesz­cze do jego ciała. Szarp­nię­ciem odrywa się ode mnie.

– Kurwa. Cate. Cate­lyn. Cate, Cate, Cate – lita­nia do imie­nia Cate.

Chwilę póź­niej jego usta są z powro­tem przy­ci­śnięte do moich. Trwa to tylko sekundę, więc zaczy­nam jęczeć w pro­te­ście, gdy znów się odry­wają. Drżę na całym ciele i mam mięk­kie kolana. Chwy­tam go za ramię, by nie prze­wró­cić się na chod­nik. To jest to, o czym piszą poematy i ero­tyki. Mam mokro mię­dzy nogami, a jedyne, czego dotknął poza moją twa­rzą, to wnę­trze moich ust i bio­dra. Jesz­cze raz jego usta odnaj­dują moje, splą­tu­jąc mój żołą­dek w węzeł sza­leń­stwa i powo­du­jąc zawroty głowy. Tym razem, kiedy prze­staje, potrze­buję kilka chwil, by dojść do sie­bie.

– Chodź ze mną do pokoju. Pro­szę. Nie musimy robić niczego, z czym się nie będziesz dobrze czuła. Obie­cuję. Chcę cię tylko przy­tu­lić. I patrzeć na cie­bie. I się z tobą obu­dzić. Może brzmię jak cipka, ale nie jestem jesz­cze gotowy, żeby odwieźć cię do domu.

Moje brwi z całą pew­no­ścią szy­bują aż pod linię wło­sów, kiedy chi­cho­czę. Jedy­nie dla­tego, że jestem pijana – pijana jego poca­łun­kami. Nie zno­szę chi­cho­czą­cych dziew­czyn, ale pomysł, że można by nazwać go cipką, śmier­tel­nie mnie bawi.

– Dobrze. W porządku, przyjdę. Ale nie będę się z tobą pie­przyć – wyrzu­cam.

– Nie, oczy­wi­ście. Żad­nego pie­prze­nia. Nie ma mowy o pie­prze­niu. Solen­nie przy­się­gam. Słowo skauta. Boże, jesteś tak cho­ler­nie piękna.

Ten facet jest ide­alny. Jak z moich marzeń. I pomy­śleć, że o mały włos bym się z nim nie umó­wiła! Nie patrzy­łam tak na to, ale jaki wielki błąd bym popeł­niła! Bie­rze mnie za rękę i kie­ru­jemy się do jego pokoju. Mam nadzieję, że to wszystko dzieje się naprawdę, a nie tylko alko­hol spra­wia, że tak się czuję. Zatrzy­muję się na chwilę i szczy­pię się w rękę.

– Co się stało? Robak cię ugryzł?

– Nie. Chcia­łam się tylko upew­nić, że nie śnię – i w mgnie­niu oka jego dło­nie mnie obej­mują, a jego twarz pochyla się nad moją.

– Nie śnisz, Cate. To się dzieje naprawdę – i całuje mnie znowu, wykra­da­jąc ze mnie każdy kolejny oddech. Kiedy w końcu prze­staje, prze­su­wam pal­cami po jego war­gach.

Potrzą­sam głową, by wykla­ro­wać myśli.

– Nie wiem, co ja sobie myśla­łam.

– Co masz na myśli?

– Dla­czego nie chcia­łam się z tobą umó­wić? Co, do dia­bła, było ze mną nie tak? – wtedy uświa­da­miam sobie, że brzmię głu­pio i że powie­dzia­łam to gło­śno. Muszę zamknąć usta, zanim prze­stra­szę bied­nego chło­paka.

– Dla­tego obra­łem sobie taki cel, Cate.

– Muszę ci coś wyznać – mówię, kiedy ruszamy dalej.

– Tak?

– Potknę­łam się celowo. Chcia­łam mieć pre­tekst, żeby cię dotknąć.

Staje i przy­gląda mi się.

– Serio?

Kiwam głową, a on ponow­nie mnie całuje.

– Jak tylko zoba­czy­łem cię na tej impre­zie, wie­dzia­łem już, że to klik­nie.

Chwilę potem poja­wia się przed nami hotel Union i nagle robię się ner­wowa. Co, jeśli roz­bie­rzemy się do naga? O nie! Nie pozby­łam się buszu. Ani się nie ogo­li­łam, ani nie wyde­pi­lo­wa­łam woskiem. Niech to szlag! Wyglą­dam tam na dole jak prze­ro­śnięta małpa. Kurwa! Co ja zro­bię? Nie spo­dzie­wa­łam się tego, ni­gdy nawet nie wyobra­ża­łam sobie, że prze­trwamy tę kola­cję! Może zakradnę się do łazienki i użyję jego maszynki. Ale potem zer­kam na jego twarz i przy­po­mi­nam sobie, że zapusz­cza lekki zarost, więc pew­nie nawet żad­nej ze sobą nie zabrał na tę jedną noc. Cho­ler­cia.

– Co jest? Pro­szę, nie mów, że zaczy­nasz wąt­pić. Obie­cuję, Cate, możemy po pro­stu usiąść i poroz­ma­wiać. Chcę tylko spę­dzić z tobą czas.

– Wiem. Ufam ci, Drew – i, co dziwne, naprawdę tak jest.

Kiedy moje myśli wra­cają do poszu­ki­wa­nia moż­li­wo­ści, doznaję oświe­ce­nia. Mogę powie­dzieć, że ni­gdy nie roz­bie­ram się na pierw­szej randce. Tak. Tak zro­bię. Ide­al­nie sen­sowne i akcep­to­walne. Docie­ramy do jego pokoju i Drew pyta, czy mam ochotę na coś do picia. Pro­szę o wodę. W ciągu paru minut dostaję szklankę, z któ­rej łap­czy­wie piję.

Spo­sób, w jaki na mnie patrzy, suge­ruje mi, że widzi moje zde­ner­wo­wa­nie.

– Masz wyrzuty sumie­nia, prawda?

Kręcę głową.

– Nie, to nie to.

– Pro­szę, powiedz mi. Nie chcę, żeby coś ci cią­żyło.

Moje głu­pie, total­nie głu­pie usta wyrzu­cają z sie­bie natych­miast:

– Wyglą­dam dziś jak zaro­śnięta małpa od pasa w dół.

– Że co?

Zga­duję, że jako męż­czy­zna nie zro­zu­miał, o co mi cho­dzi. Pod­no­szę więc palec wska­zu­jący i wska­zuję bez­po­śred­nio mię­dzy nogi.

W świe­tle zapa­lo­nej żarówki wszystko staje się oczy­wi­ste, ponie­waż widzę jego uśmiech. Olbrzymi.

– W porządku. I tak nie pla­no­wa­łem cię roz­bie­rać.

OK, więc wła­śnie wyja­wi­łam swój naj­głęb­szy, naj­ciem­niej­szy i naj­bar­dziej upo­ka­rza­jący sekret – no, pra­wie naj­bar­dziej upo­ka­rza­jący – i to wszystko na nic? Poczu­łam się śmier­tel­nie zakło­po­tana bez naj­mniej­szej potrzeby? Chcę wpeł­znąć do jakiejś nory i tam umrzeć. Robię tylko jedną rzecz, którą znam. Łapie naj­bli­żej leżącą poduszkę i cho­wam w niej twarz. Naj­przy­stoj­niej­szy facet, jakiego w życiu spo­tka­łam, o naj­bar­dziej uro­czych oczach na tej pla­ne­cie, sie­dzi przede mną, a ja wła­śnie powie­dzia­łam mu, że moja cipka jest zaro­śnięta jak Wielka Stopa. To wła­śnie zastą­piło histo­rię z tam­tym dup­kiem na pierw­szym miej­scu listy naj­bar­dziej uwła­cza­ją­cych rze­czy w moim życiu. Ni­gdy jesz­cze tak nisko nie upa­dłam. Ni­gdy.

Trzy

TRZY

TERAŹ­NIEJ­SZOŚĆ

Żywa muzyka i moi jesz­cze żywsi współ­pra­cow­nicy wypeł­niają klub. Ale nie widzę ani nie sły­szę żad­nego z nich. Wpa­truję się w lustro wiszące za barem, zasta­na­wia­jąc się, czyje odbi­cie widzę. Pra­wie nie roz­po­znaję kobiety przy­glą­da­ją­cej mi się pustym wzro­kiem. Drew… Andy jest w mie­ście. Minęły trzy dni, odkąd go spo­tka­łam, i nie jestem w sta­nie wyrzu­cić go z głowy.

– Cate, jesteś za cicha. To uro­czy­stość. Zakoń­czy­li­śmy spra­woz­da­nie Caine’a. Może teraz będzie nam dane spać dłu­żej niż cztery godziny na dobę – Daniel uśmie­cha się i przy­kłada szklankę do ust. – Przy­naj­mniej do czasu zebra­nia w ponie­dzia­łek, gdzie oma­wiamy nasz nowy pro­jekt.

Śmieje się z wła­snego żartu, gdy Mandy przy­suwa się do nas z dwoma drin­kami w rękach. Pochyla się, by szep­nąć mi do ucha:

– Nie wiem, co się z tobą dzi­siaj dzieje, ale będziesz świę­to­wać.

Biorę zaofe­ro­wany mi drink, czu­jąc się jak smu­ta­ska. Mandy unosi swoją szklankę, a po niej cały team robi to samo. Nie chcąc być odszcze­pień­cem, dołą­czam się i przy­kle­jam na twarz uśmiech.

– Za nas, a szcze­gól­nie za Cate. Bez jej pomocy w ostat­nim momen­cie wszy­scy mogli­by­śmy być teraz w biu­rze, popra­wia­jąc pro­jekt – ogła­sza Mandy.

– Za Cate – wszy­scy wzno­szą toast.

– Za nasz team – odpo­wia­dam. – W teamie nie ma miej­sca na „ja”. Wszy­scy poświę­ci­li­śmy godziny i wszy­scy, mam nadzieję, otrzy­mamy nagrody.

– Tak jest, tak jest! – roz­lega się chór okrzy­ków.

Nie mam poję­cia, czy za ukoń­cze­nie zada­nia na czas otrzy­mamy bonusy inne niż ten wolny dzień, który już dosta­li­śmy. Ale na­dal mogę mieć nadzieję. Popi­jam szota, nie wie­dząc kom­plet­nie, co to za napój.