193 osoby interesują się tą książką

Opis

Są blizny, których nie przykryje żaden tusz, i decyzje, które nawet po latach odciskają na życiu trwałe piętno.


W studniówkową noc 1993 roku ginie Sylwia Nowicka. Dziewczyna kłóci się z chłopakiem i wraca pieszo do domu, a następnego dnia znika bez śladu. Poszukiwania nie przynoszą rezultatu, a wysłany do rodziców list pożegnalny sprawia, że w teorię na temat porwania niemal nikt już nie wierzy.

Blisko dwadzieścia pięć lat później, w jednym z mieszkań w centrum Sosnowca policja trafia na kasetę VHS z zapisem zabójstwa młodej dziewczyny. W mieszkaniu nie ma ciała ani żadnych śladów wskazujących na to, że doszło tu do zbrodni. Komisarz Robert Kreft i jego zespół muszą ustalić, kim jest ofiara, a także kto i kiedy pozbawił ją życia.
Poza tym dlaczego akurat teraz ktoś podrzucił taśmę śledczym?


Ślad to opowieść o tym, że jedna nierozważna decyzja może zrujnować życie wielu ludzi i jak wielkie piętno odciska na nas przeszłość. O wyborach, które tkwią niczym drzazga w sercu bliskich i nie pozwalają o sobie zapomnieć. A także o tym, że prawda potrzebuje czasu, zatacza koło i zaciska się pętlą na przyszłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 418

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Przemysław Żarski, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Agnieszka Szmatoła / Słowne Babki

Korekta: Ewdokia Cydejko, Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Projekt typograficzny, skład i łamanie: TYPO Marek Ugorowski

Projekt okładki i stron tytułowych: PiK Studio

Fotografie na okładce: Johannes Plenio / StockSnap

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66517-21-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Rodzicom i Bratu,

Za to, że pozwoliliście mi być sobą i nie zwątpiliście,

że to dokądś prowadzi.

PROLOG

Odliczał czas zaklęty w płatkach śniegu. Śledził je, gdy wdzierały się za kołnierz płaszcza, rozpływały pod wpływem ciepła skóry i niosły przyjemne uczucie chłodu. Ich istnienie zamykało się w nawiasie kilku sekund. Topniały do cna, wnikając resztką wilgoci w skórę i ubranie, nie zostawiając śladu na otaczającej rzeczywistości.

„Ludzkie życie nie jest nawet tyle warte”, pomyślał.

Wpatrywał się w przestrzeń przykrytą śnieżnobiałym kocem. Oswajał ją.

Świat kręci się wokół rytuałów. Wystarczy wsiąść na karuzelę, wrzucić do środka monetę i dać im się ponieść. Z czasem się dostosował. Wybierał ławkę z widokiem na ogródek jordanowski, a w zasadzie na coś, co w zamyśle urbanistów miało go przypominać.

W letnie popołudnia dobiegał stąd gwar zabaw. Zimą plac pustoszał. Miejsce dzieci zajmowały hordy ptaków, poszukujące tu resztek pokarmu.

Proces oswajania wymaga powtarzalności. Skórzaną teczkę układał na kolanach i sięgał po papierową torbę, owiniętą dla pewności podwójną warstwą folii. Wyjmował skórki, jedna po drugiej, i kładł je obok kosza na śmieci. Czekał.

Pierwszy gawron potrzebował kilku podejść, by odważyć się sięgnąć po ofiarowany mu pokarm. Szybko przekonał swych upierzonych braci do udziału w uczcie. Odtąd ptasie zastępy rozsiadały się na oparciach ławek i zerkały z wiszących nisko gałęzi.

Najpierw czujnie sprawdzały, czy nie grozi im ze strony mężczyzny żadne niebezpieczeństwo. Z czasem skracały dzielący ich dystans. Skradały się po liźniętej jęzorem mrozu trawie i wpatrywały w człowieka, usiłując odczytać coś z rozrysowanych na twarzy nieznajomego bruzd. Badały go.

Jeden z ptaków podszedł do niego. Ostrożnie, balansując ciałem niczym pięściarz, trzymał wysoko gardę i pochylał się na wiotkich nogach, gotów w każdej chwili zerwać się do lotu. Pierwsza próba nie była udana. Skóra z nieprzyjemnym plaśnięciem upadła na ziemię. Ptak podniósł ją i wzbił się w powietrze. Usiadł na krawędzi fontanny i zaczął się z nią szarpać. Odrywał tłuste kąski, rzucał mięso na betonową płytę i próbował je zmiękczyć, podrzucając głową i uderzając dziobem w zmarzniętą ziemię.

Wreszcie wypracował metodę. Z sąsiednich drzew zerwały się ptaki i zaczęły toczyć bitwy o pokarm, dzieląc skrawki mięsa między sobą niczym łup, który z trofeum stał się zwykłym posiłkiem.

Zdumiało go, jak szybko się uczą.

Jeśli stanie się to nawykiem, przekażą go kolejnym pokoleniom.

Zupełnie odwrotnie niż ludzie. Oni nigdy nie uczą się na błędach. Nigdy…

Istnieją różne formy polowań, nęcenia ofiar, różne strategie prowadzące do zaspokojenia głodu. Najtrudniejszy do ukojenia i najbardziej odrażający jest ten, który wzbierał w nim od lat i coraz śmielej domagał się spełnienia.

Głód śmierci.

Zgniótł papierową torbę w kulkę i wrzucił ją do kosza. Poprawił kołnierz płaszcza, zacisnął posiniałe palce na rączce skórzanej teczki i odszedł w stronę zaparkowanego pod wiaduktem samochodu.

Ostatnia lekcja właśnie dobiegła końca.

Hajduk, Sosnowiec, grudzień 2017 roku

Michał Hajduk nie wierzył w duchy. Wiedział za to, że ludzie są zbyt bojaźliwi, żeby w nie zwątpić. To podejście pozwoliło mu rozwinąć dobrze prosperujący biznes, ubić kilka niezłych interesów i wypchać portfel na uprzedzeniach i nieuzasadnionym strachu.

Opowieści o nawiedzonych domach i duszach, które nie chcą ich opuścić, uprzykrzając życie lokatorom, są stare jak świat i rozpalają wyobraźnię od pokoleń. Odwiedził dziesiątki takich miejsc; owianych złą legendą, zbudowanych na grząskim gruncie urojeń, wybujałej wyobraźni i strachu. I zrozumiał – na tej zbiorowej halucynacji można porządnie zarobić.

Od lat skwapliwie z tej wiedzy korzystał.

– Zanim zagonisz mnie do roboty, muszę coś zjeść. Ssie mnie w żołądku. Wziąć ci coś? – zapytał młody chłopak, który siedział z nim przy stoliku.

– Nie. Zamów mi tylko dużą kawę. Bez mleka, ostatnio mi nie służy.

– Jak chcesz. Ale ta szopka z nietolerancją laktozy to kit, wiesz o tym?

Hajduk nie odrywał wzroku od ekranu laptopa, schodząc kursorem w dół tablicy ogłoszeń. Na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy rozkręcał firmę, praca w nieruchomościach była orką. Bieganie ze spotkania na spotkanie, odręczne rysunki i fotografie z polaroidu, na których trudno było odróżnić jedno mieszkanie od drugiego. Identyczne umeblowanie też nie ułatwiało zadania. Żmudny proces wykupu ogłoszeń w prasie lokalnej, kłopot z drukiem ulotek i obsługą biura w centrum miasta, oklejonego dziesiątkami ofert. Wreszcie telefon na kablu i brak kontaktu z klientem. Koszmar.

Odkąd internet zmienił relacje międzyludzkie, to klienci odwalali większość pracy. Wrzucali do sieci oferty sprzedaży, najmu i zamiany nieruchomości. Rola Hajduka ograniczała się do odsiania ziaren od plew. Przeglądał zdjęcia, szacował wartość i wybierał lokale, które dawały gwarancję łatwego zysku.

– Rzygam już tą jajecznicą na maśle – głos Figasa ściągnął go na ziemię – ale boję się zamówić coś z wkładką, czuję się jak wykręcona szmata.

Przytulna knajpka, a dokładniej kilka stolików w części gastronomicznej centrum handlowego, od miesiąca robiła za biuro nieruchomości. Oficjalnie do czasu zakończenia remontu i przeniesienia się do nowej siedziby.

– Aż tak ostro zabalowałeś?

– Nawet nie. Pękła flaszka, dwie, a łeb mi chce rozsadzić. Nie widziałem się z bratem dwa lata, ten szkocki bimber ewidentnie mi nie wchodzi. Wolę nie wiedzieć, na czym oni tam pędzą te szczyny. – Dla potwierdzenia tych słów wypił pół szklanki wody.

Hajduk uśpił laptop i uśmiechnął się do kelnerki, która postawiła na stoliku dwie duże kawy i jajecznicę. Wsypał do filiżanki torebkę trzcinowego cukru i odczytał tekst na opakowaniu saszetki – „To twój dzień”. „Taaa”, pomyślał i wypił łyk. Przecedził przez szparę w zębach drobinki słabo zmielonej arabiki.

– Fajna laska, nie?

– Co?

– Mówię, że fajna dupa z tej małej. – Figas odprowadził kelnerkę wzrokiem aż na zaplecze. – Nie ściemniaj, że nie zwróciłeś na nią uwagi.

– Przecież ona mogłaby być moją córką – odparł przytomnie Hajduk.

– Ale nie jest. – Nałożył jajecznicę na bułkę, ugryzł kęs i zmienił temat: – À propos. Byłem wczoraj u klientki, którą mi naraiłeś. Wiesz, o kim mówię?

Hajduk skinął głową. Artur Figas poczuł się zobligowany pociągnąć wątek.

– Wyobraź sobie, że babka mieszka w chacie za kilka melonów, jeździ wyrąbaną w kosmos furą, ma dzianego gacha, a gdy się u niej zjawiłem, odstawiła się jak na wybieg. Wierz mi, jaja same składały mi się do oklasków.

– Prowizja ze sprzedaży wynagrodzi ci uciążliwe warunki pracy – uspokoił go.

– Żebyś wiedział. Żal się będzie z nią rozstać. Znaczy, nie żeby do czegoś doszło, wiesz, jak jest, po prostu miło nacieszyć oczy – usprawiedliwiał się.

Hajduk przyglądał mu się, popijając kawę. Figas miał dwadzieścia osiem lat, ogoloną czaszkę i ciuchy ściągnięte z wieszaka najdroższych stylistów. Pół dnia nawijał o imprezach i laskach, które zaliczył lub planował zaliczyć, wlewał w siebie alkohol bez opamiętania i pracował na pół gwizdka. Dopóki przynosił firmie zyski, Hajduk nie zamierzał go na siłę uczłowieczać.

– Dociśnij ją, niech zejdzie z ceny.

– Znasz mnie, docisnąłbym ją z przyjemnością. – Znów ten wkurzający rechot. Zaczynał mu działać na nerwy. Hajduk spotykał się z młodymi kobietami, nie lubił, gdy ktoś je traktuje w ten sposób. – A mówiąc serio, powoli odpuszcza. Dwa, trzy tygodnie i spuści z tonu. Albo ja z krzyża.

Hajduk wyczuł wibrację w kieszeni i zerknął na wyświetlacz telefonu. Nieznany numer, na pewno nowy klient. Rozmowa trwała dwie i pół minuty. Zapisał dane i adres nieruchomości na chusteczce i się rozłączył. Schował ją do kieszeni. Na szczegółowy wywiad przyjdzie czas na miejscu. Nigdy nie wystawiał oferty w ciemno, bez wstępnej weryfikacji. Trzymał się tego.

Figas dokończył śniadanie i wytarł usta. Z profilu przypominał węża, który zaczyna trawić własny ogon. Hajduk zachował to przemiłe skojarzenie dla siebie.

– Nowe zlecenie?

– Dom w Kazimierzu Górniczym, gdzieś pod lasem. Gość chce to opchnąć i przenieść się w kieleckie, bliżej rodziny. Nie dziwię mu się. Wbiję adres w nawigację i pojadę tam, gdy wrócę z Sobieskiego. – Wypił stygnącą kawę.

– Zapomniałem, że to dzisiaj. Przeglądałeś papiery, które ci podesłałem?

– Tak. Właściciel zaśpiewał za tę ruderę dwieście osiemdziesiąt kafli, wyobrażasz sobie?

– Nic tak nie ożywia rynku nieruchomości jak trup. Udaje, że nie wie, do czego tam doszło, albo próbuje to przed nami ukryć – mówił Figas, przeżuwając.

Hajduk sięgnął do portfela, schował laptop i zaczął zbierać się do wyjścia.

– Oni nigdy nie wiedzą. Zdzwoń się z Uchem, niech przekopie archiwum. Może znajdzie coś, co pozwoli nam zbić cenę tego domu pod lasem. Adres wyślę ci esemesem. – Popatrzył na niego z góry, czekając, aż skończy jeść.

Chłopak nie wyglądał na zadowolonego. Wciąż walczył z niewyspaniem.

– Wiesz, jak on reaguje na spontaniczne akcje. Zjedzie mnie po całości.

– Niech się weźmie do pracy. Nie robi tego za darmo.

– Jemu to powiedz – bronił się. Nie zamierzał robić za piorunochron.

Hajduk puścił tę uwagę mimo uszu. Uregulowali rachunek i obaj ruszyli w swoją stronę. W tej branży w weekend jest najwięcej pracy, zdążył do tego przywyknąć.

Zaparkował przy Sobieskiego i przeszedł na początek ulicy. Mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze kamienicy połatanej plombami farby. Dla wzmocnienia efektu ktoś ozdobił drzwi do klatki skorupą spreju. Na rogu kamienicy działał jeden z ostatnich w mieście zakładów tapicerskich. O innym Hajduk nie słyszał.

Spojrzał w górę. Nad głową wisiał balkon, uginający się pod ciężarem wielobarwnych doniczek z kwiatami. Hajduk uznał, że lepiej będzie nie kusić losu.

Wdrapał się na ostatnie piętro i zadzwonił do drzwi. Otworzył mu szczupły, wysoki mężczyzna i bez zbędnych uprzejmości zaprosił agenta nieruchomości do środka.

– Proszę wybaczyć, że tyle to trwało. Wie pan, to moje kalectwo… – Zrobił pauzę, przełożył kulę do drugiej ręki i podparł się na niej, kontynuując: – …ma też dobre strony. Zanim dokuśtykam do drzwi, większość tych natrętnych domokrążców szuka szczęścia w kamienicy obok. – Zaśmiał się i zamknął za nim drzwi.

Hajduk odwzajemnił uśmiech, chociaż go nie słuchał, koncentrując się na oględzinach mieszkania. Pierwsze, na co zwrócił uwagę, to uszkodzony zamek. Właściciel deklarował, że lokal jest po remoncie i nawet jeśli ograniczył się do wyburzenia ścianki dzielącej kuchnię i jadalnię, a wystrój nie uległ zmianom, to mieszkanie wydawało się większe od tego z przygotowanej przez Figasa oferty. Od sporządzenia szkicu i wykonania niewyraźnych zdjęć upłynęło dwadzieścia lat. W nieruchomościach to szmat czasu.

Na stoliku pod ścianą stał magnetowid na kasety VHS. Zabawne, że ktoś jeszcze ich używał w dwudziestym pierwszym wieku.

– Ile metrów ma mieszkanie?

– Osiemdziesiąt z groszami. Nie pamiętam dokładnie, musiałbym zajrzeć do papierów. Na co dzień nie zwraca się na to uwagi.

– Nie trzeba, akt własności będzie mi potrzebny dopiero u notariusza. Jeśli uda mi się znaleźć kupca, konieczne będzie zaświadczenie ze spółdzielni o niezaleganiu z opłatami i wymeldowanie wszystkich lokatorów w urzędzie – uprzedził właściciela.

– Oczywiście, dostarczę, co trzeba. Mieszkam tu sam.

Właściciel oprowadził go po mieszkaniu, pokazując kolejne pomieszczenia. W żadnym nie zostali dłużej. Hajduk naoglądał się takich jałowych wnętrz. Umeblowanie przypominało twórczy chaos, rozłożony na lata niczym kiepska pożyczka. Stare sprzęty zastąpiono nowymi, niepasującymi do reszty.

Obserwował mężczyznę kątem oka. To zamieszanie kosztowało go dużo wysiłku. Właściciel zasugerował, żeby usiedli w salonie i porozmawiali o konkretach.

Gospodarz sięgnął po stojącą na stole karafkę i rozlał wodę do szklanek. Hajduk wypił łyk, przejrzał się w mętnym odbiciu i przeszedł do meritum.

– Ile chciałby pan dostać za to mieszkanie?

Mężczyzna poprawił się w fotelu i odstawił kule pod ścianę. Nie wyglądał na kogoś skrępowanego, przeciwnie, z jego oczu biła pewność siebie.

– Rozmawialiśmy o tym przez telefon. Mówiłem o dwustu osiemdziesięciu, ostatecznie dwustu siedemdziesięciu tysiącach złotych – powiedział stanowczo.

– Pamiętam. Przygotuję ofertę i sprawdzimy, czy znajdą się chętni. Chociaż będę z panem szczery. Średnia cena metra kwadratowego w tej okolicy i w tym standardzie to niespełna trzy tysiące złotych. Mieszkanie jest po remoncie, w niezłym stanie, może uda się dobić do dwustu dwudziestu tysięcy – rachował na głos. – O ile nie posiada żadnych ukrytych wad.

Obliczenia nie zrobiły na właścicielu wrażenia.

– Nie ma. – Głos mu nie zadrżał. Poprawił się w fotelu i szybko opadł z sił. – To znaczy jest jedna rzecz, świeża sprawa. Gdyby był pan tak uprzejmy i pomógł mi odsłonić zasłonę, o tutaj… – Wskazał palcem na grubą szarą zasłonę w kącie pokoju.

Hajduk podszedł do okna i chwilę mocował się z rozplątaniem supła. Na ścianie w rogu zauważył spory zaciek wilgoci, przypominający plamę oleju.

– Grzyb. Zgłaszałem to w spółdzielni. Przysłali nawet fachowca z administracji. Wszedł na dach i stwierdził, że to załatają. Kiedyś znajdowała się w tym miejscu antena zbiorcza. – Gospodarz wsparł się o krawędź fotela i sięgnął po leżącą obok kulę. Próbował się podnieść, jednak odwrócił się tak niezdarnie, że zawadził biodrem o stolik, a stojąca na nim szklanka się rozbiła. – Przepraszam, później to pozbieram. Przyniosę panu nową… – powiedział przejęty, usiłując się podnieść.

– Nie trzeba, naprawdę. – Hajduk schylił się i zebrał spod stóp co większe kawałki szkła. – Ma pan może jakąś zmiotkę? Spróbuję to zgarnąć.

– Nie. Poradzę sobie – usłyszał w odpowiedzi. I poczuł silny uścisk wokół nadgarstka. Zadziwiająco silny.

Mężczyzna brzmiał tak zdecydowanie, że agent wolał się nie narzucać. Wiedział, że osoby niepełnosprawne bywają wyczulone na tym punkcie i muszą niemal na każdym kroku udowadniać, że nie potrzebują niańki. Skoro tak, odłożył szkło na stół.

– Wróćmy do konkretów. Skoro cena jest za wysoka, co pan proponuje?

Hajduk mógł wreszcie przejść do przećwiczonego scenariusza. Sięgnął po tekturową teczkę ze zdjęciami i przedrukami. Rozłożył na stole ksero artykułu sprzed kilkunastu lat. Dziennikarz sklecił kilka zdań, podparł je cytatem z oficera prasowego policji i komentarzem sąsiadki człowieka, który udusił w tym miejscu żonę, po czym podciął sobie żyły.

Tasował w dłoniach wykonane przez policyjnych techników i wygrzebane z archiwum zdjęcia z miejsca zbrodni. Najlepiej przemawiały do wyobraźni.

– Moja oferta jest następująca – zaczął. – Odkupię od pana to mieszkanie za sto osiemdziesiąt tysięcy. Nikt się nie dowie, do czego tu doszło. Oszczędzi pan sobie wstydu, rozmów z klientami i ich dociekliwych pytań. A proszę mi wierzyć, potrafią być upierdliwi. Przyzna pan, że to uczciwa propozycja?

– A jeśli nie przystanę na taką ofertę? – odparł po chwili namysłu.

– To będzie miał pan kłopot, żeby pozbyć się tego mieszkania. Nikt nie chce ani trupów w szafie, ani wytykania palcem przez upierdliwych sąsiadów.

Spoglądał mężczyźnie w oczy i szukał w nich oznak niezdecydowania. Nie znalazł.

– Rynek nieruchomości to zamknięte środowisko – dodał, wierząc, że przemówi mu do rozsądku. – Takie wieści odstraszą nabywców. Niestety.

Mężczyzna ukrył twarz w dłoniach, jakby chciał zetrzeć z niej ślady zdenerwowania. Hajduk śledził mowę jego ciała. Spodziewał się innej reakcji, nie widział żadnych nerwowych gestów. Słyszał równy, regularny oddech.

– Potrzebuję czasu do namysłu. Zaskoczył mnie pan i chcę się przespać z tą propozycją. – Jego głos był mechaniczny. Zimny.

Hajduk nie miał wyrzutów sumienia. Uznał, że powinien coś powiedzieć:

– Wie pan…

– A teraz proszę się wynosić. Natychmiast – nie pozwolił mu dojść do słowa.

Zrobił to. Upłynie trochę czasu, aż ciśnienie opadnie. Ludzie w takich sytuacjach reagują różnie. Jedni udają zaskoczonych, że ktoś dokopał się do ponurej historii ich rodzin, domu, ich samych. Inni wpadają w szał i grożą mu pozwem. Przyzwyczaił się do tego. Koniec końców jedni i drudzy przystają na ofertę. Dużo łatwiej przełknąć stratę niż upokorzenie.

Wyszedł na zewnątrz i spojrzał na zegarek. Dochodziła szesnasta. Wbił w nawigację adres klienta, który dzwonił rano, i płynnie się włączył do ruchu. Objechał centrum i za siedzibą sądu rejonowego, wzniesioną na początku minionego stulecia przez Schoenów, jedną z najznamienitszych rodzin w historii miasta, skręcił w prawo, po czym stanął przed orientalną restauracją.

Kurczak jalfrezi.

Gdy dotarł na miejsce, przeciągnął palcami mapę i powiększył obraz w komórce. Dom, w którym umówił się z klientem, znajdował się przy ulicy Nowej. Od krawędzi lasu dzieliła go z jednej strony ścieżka, z drugiej pas nieużytków, mimo to istniało większe ryzyko, że spotka tu dzika niż wścibskiego sąsiada. Wydawało mu się, że kojarzy to miejsce, choć podobne przeczucia miewał w przypadku wielu domów, które odwiedził. Tłumaczył to sobie specyfiką pracy. Pracował w nieruchomościach odwierć wieku. Ich liczba przestała lawinowo rosnąć, powierzchnia miasta też nie była z gumy.

Oddzwonił pod ostatni numer. Telefon milczał. Odbiorca był poza zasięgiem, co nie mogło dziwić, znajdował się prawie w środku lasu. Figas też nie odbierał.

Zaczął się niecierpliwić. Wokół zrobiło się ciemno. Nie zamierzał tu kwitnąć w nieskończoność, licząc, że w końcu złapie zasięg.

Ponowił połączenie. Cisza. Niech to szlag! Poradzi sobie w inny sposób.

Rozejrzał się. Budynek przypominał dom z dziecięcych obrazków: nudną, kwadratową kostkę z płaskim dachem, obrzuconą chropowatym tynkiem. Ale tu ktoś wymazał okno na parterze i w jego miejsce wstawił prowadzące na taras, przeszklone drzwi, które nijak nie pasowały do całości.

Ruda blizna brukowej kostki przecinała plac przed domem na dwie części. Palety z drugą partią kostki, która miała posłużyć do wybrukowania placu, piętrzyły się z tyłu. Płot od strony ulicy obsadzono żywopłotem.

Chwycił za klamkę od furtki. Otwarte.

Szedł wolno i spoglądał pod nogi. Stanął przed drzwiami, szukał przycisku dzwonka. Nie zadziałał. Zapukał do drzwi. Najpierw raz, potem drugi. Nic.

Nasłuchiwał, jednak nikt nie otwierał. Cofnął się parę kroków. W jednym z pomieszczeń na dole tliło się światło, uznał, że ktoś musi być w środku.

Drzwi nie były zamknięte. W korytarzu uderzył go słodko-mdlący zapach.

– Halo, jest tu ktoś?! – rzucił w pustkę. Zabrnął za daleko, by się wycofać.

Z pokoju w końcu korytarza dobiegł dziwny dźwięk, przypominający ni to szmer, ni to szum, jakby ktoś lub coś czaiło się za ścianą. Na oklejonych tapetą ścianach podskakiwały cienie; grały w berka, pojawiały się lub znikały pod drewnianą posadzką.

– Czy ktoś… – urwał w pół zdania, czując wibrację telefonu. – Kurwa mać!

Zadzwoń teraz. Użytkownik zakończył rozmowę telefoniczną. Możesz do niego zadzwonić.

„Przynajmniej jest zasięg”, stwierdził z ulgą i powtórzył ostatnie połączenie.

Wsłuchiwał się w szum po drugiej stronie. Dźwięk dochodził z sąsiedniego pokoju? Zajrzał. Nic. Goła żarówka wisiała na kablu, oświetlając kwadratową kuchnię żółtawym światłem. Wyglądało to tak, jakby w domu trwał remont. Podłogi, lodówkę i meble obłożono folią. Ktoś okleił taśmą malarską ramy drzwi i okien. Wzdłuż ścian piętrzyły się elementy lakierowanych mebli. Wymiana starych paneli na imitujące drewno płytki była na półmetku. Wszędzie unosił się zapach świeżej farby.

Zadzwonił. Nikt nie odbierał.

– To jakieś żarty… – burknął pod nosem, zniesmaczony całą sytuacją.

Na stole leżał plik wydruków, głównie rachunków, i kartka pocztowa. Wziął ją do ręki i odczytał parę zdań pisanych niewyraźnym dziecięcym pismem:

Nauczyłem się jeździć na nartach! Mama śle Ci całusy, ja nie, bo to obrzydliwe. Wracamy przed świętami, o szkołę się nie martw. Nadrobię. Kuba.

Odłożył kartkę. Za oknem sypał śnieg. Puszysty i lepki jak cukrowa wata. Podjazd tonął w ciemności, a stojąca przed domem latarnia okryła naleciałości świeżego puchu ciepłą kołdrą światła. Kuchenna żarówka odbijała się w przedniej szybie stojącego przed domem samochodu. Aż raziła w oczy.

Ostatni raz wybrał to przeklęte połączenie. Cisza. Znowu brak zasięgu.

– Niech to szlag!

Gotów był przysiąc, że wychwycił jakiś urwany dźwięk i coś poruszyło się w korytarzu na piętrze. Może to złudzenie? Poszedł tam. Kiedy przykładał komórkę do ucha, dźwięk nasilał się. Czuł, że z każdym krokiem znajduje się bliżej źródła i stąpa po niewidzialnym dywanie utkanym z niepewności. Prócz żarówki w kuchni i odprysków światła latarni, wpadającego przez okno, wszędzie panowała ciemność. Zaciągnięte zasłony odcinały dopływ światła. Las wokół domu zawzięcie strzegł swoich tajemnic.

Hajduk przejechał dłonią po drewnianej poręczy. Odruchowo, jakby chciał odczytać wydrążone w niej historie. Stopień po stopniu wspinał się w górę.

Sygnał telefonu gęstniał pod sufitem. Stał się lepki, zawiesisty i ranił słuch.

Pod drzwiami jednego z pokoi ujrzał smugę światła. Pociągnął za klamkę.

Minął próg i poczuł się tak, jakby ktoś wpuścił mu do gardła żyłkę z haczykiem i szarpał za nią, rozlewając treść żołądka na podłogę. Przełknął ślinę.

Widok był tak absurdalny, że podświadomość w pierwszym odruchu chciała zrobić z nim to, co przećwiczył żołądek. Ciało młodej kobiety unosiło się kilkanaście centymetrów nad ziemią. Jej szeroko rozstawione ramiona ktoś oplótł zwiniętą w rulon zasłoną, a brzegi przywiązał do wwierconych w sufit haków. Hajduk zastanawiał się, w jaki sposób ta misterna konstrukcja utrzymywała ciało.

Dziewczyna miała przecięte nadgarstki.

Krew rozlała się po wewnętrznej stronie dłoni i spłynęła w dół.

Przypominała umazanego krwią anioła zawieszonego nad ziemią.

Pod stopami, na wyłożonej przezroczystą folią posadzce, plamy krwi mieszały się ze strzępami złuszczonej farby, układając się w upiorną mozaikę.

Gdyby był pan tak uprzejmy i pomógł mi odsłonić zasłonę, o tutaj…

Słowa mężczyzny powróciły do niego i odbiły się od ścian żołądka.

O co w tym wszystkim chodzi?

Zasłona. Dotarło do niego, ile śladów zostawił na tym kawałku materiału. Oddech przyspieszał, a nogi zrobiły się miękkie jak z waty. Odwrócił się i podszedł do komody. Na blacie zamrugał wyświetlacz komórki. Zawahał się.

Wreszcie podniósł ją i odblokował. Na ekranie mignęło zdjęcie kobiety – tej samej, którą miał przed sobą. I lista nieodebranych połączeń. Z jego numeru.

– Co teraz? Skup się – upominał się na głos, wydeptując dziury w cienkiej folii.

Z oczu kobiety wyzierała pustka. Przypominały szklane kule wypełnione barwnikiem. Przeglądał się w tym mętnym płynie. Wsiąkał w niego coraz głębiej i głębiej.

Znał ją. Spędził z nią poprzednią noc, jej ciało mogło o tym zaświadczyć. Usiłował przypomnieć sobie, ile razy się spotkali. Pięć, sześć? Nieistotne. O ostatni raz za dużo. Starał się opanować drżenie rąk, uspokoić je na tyle, by móc się skupić na czymś pożytecznym. W domu nikogo nie było, musiał zrobić teraz wszystko, by tak zostało. Zbiegł na parter i zaryglował drzwi.

„Co teraz…”

Wrócił na górę i rozejrzał się po pokoju. Wyniesiono stąd wszystko oprócz lampy i drewnianej komody. Zaczął grzebać w szufladach, szukając wskazówek, jednak nic w nich nie znalazł. Malarska folia szeleściła na podłodze.

Zamknął oczy, chciał odwlec to, co nieuniknione. W końcu się jej przyjrzał.

Była naga i blada niczym płótno. Zwinięta w rulon zasłona, która oplatała jej ramiona, zachłannie spijała z nich krew pozostawioną na materiale. Znalazł się w potrzasku, niczym zapędzone w sidła zwierzę. Biologiczne ślady, będące świadectwem ich bliskości, mogły go pogrążyć i posłać na lata za kratki. Wiedział, że zostało mu mało czasu. Musiał zaryzykować.

Wokół siniejących stóp, luźno wiszących nad podłogą, ktoś rozsypał garść potłuczonego szkła. Wbity w skórę kawałek stanowił coś w rodzaju przesłania i precyzyjnie trafił do adresata. Wiedział, kto był nadawcą, choć nie znał powodu, dla którego ten zadał sobie aż tyle trudu, by go odszukać i ukarać.

Jego numer wciąż wyświetlał się na komórce. Za każdym razem, gdy się z nią umawiał, korzystał z niezarejestrowanej karty. Tak było bezpieczniej. To nie był numer, na który zwykle dzwonił, więc pewnie robiła podobnie.

Usunął połączenie. Uderzał palcami w obudowę aparatu, jakby w podzespołach tej plastikowej zabawki spodziewał się znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania. Wczytał listę kontaktów. Nie znalazł nikogo, kto mógłby mu pomóc. Pozostało liczyć wyłącznie na siebie. W tym był akurat dobry.

Handlował śmiercią od lat, ale wciąż nie potrafił przywyknąć do jej widoku.

Uryga, Sosnowiec, grudzień 2017 roku

Obudził go posmak papieru ściernego w gardle i światło wpadające do sypialni przez szczelinę między oknem i źle dopasowaną roletą. Leżał z zamkniętymi oczami i wsłuchiwał się w odgłos gałęzi stukających o szybę. Wygrywały na niej jakąś żałobną pieśń. Usiłował zrozumieć, gdzie się właściwie znajduje, choć dobrze wiedział, że nigdy nie powinien tu być.

Błażej Uryga żałował, że nie ma wyrzutów sumienia. Zanim zaczął pracę w policji, wierzył, że są niczym automat, który w sytuacji zagrożenia zapala czerwoną lampkę i animuje ludzkie odruchy. To nieprawda. Przekonał się o tym boleśnie.

Otworzył oczy. Pragnął wymazać spod powiek to, co zostawiła noc i dołożyła wyobraźnia. Chłonął zapach kobiecej skóry, czuł na językusłodko-gorzki smak spędzonej z Natalią nocy. To było silniejsze od niego, uzależniające.

Podniósł się i natychmiast tego pożałował. Ból przeszył czaszkę, odebrał chęć do działania. Odszukał telefon w stercie ubrań rozrzuconych na podłodze i spojrzał na wyświetlacz. Lampka groziła wyczerpaniem baterii.

– Kurwa! – zaklął, usiłując wydostać się z pomiętej pościeli.

Prawą ręką zbierał ciuchy, w lewej ściskał komórkę. Pięć nieodebranych połączeń. Wydawało mu się, że słyszał sygnał, lecz we śnie słyszy się tyle dziwnych rzeczy, z których niewiele okazuje się po przebudzeniu prawdą.

A już na pewno nie dwie opróżnione butelki po martini i piękna kobieta w łóżku. A tak się szczęśliwie złożyło, że ten widok miał teraz przed oczami.

Mieli się zdrzemnąć. Odpocząć i nabrać sił po nieprzespanej nocy. A teraz skakał jak kretyn na jednej nodze, usiłując trafić stopą w nogawkę spodni.

– Coś się stało? – zapytała Natalia, wyraźnie rozbawiona całą sytuacją.

Błażej zganił ją wzrokiem. Opierała się plecami o wezgłowie łóżka, w tle rzęził telewizor, a on nie umiał oderwać wzroku od jej kształtnych piersi. Chciał coś powiedzieć, zrazić ją do siebie i wrócić, skąd przyszedł, z podkulonym ogonem, jednak jakiś impuls wciąż go pchał w jej ramiona.

Poznali się dwa miesiące temu na jednej z konferencji prasowych. Zwrócił na nią uwagę wcześniej, ale dotąd nie było okazji zamienić słowa na osobności. Sama nawiązała kontakt, pytając o jakiś drobiazg związany ze śledztwem, nie pamiętał już o co. Nie był upoważniony do odpowiedzi, ale po dwóch randkach wylądowali w łóżku. Miesiąc później wyprowadził się od żony i dziecka i zamieszkali razem w jej dwupokojowym mieszkaniu na największym osiedlu w Sosnowcu.

– Sprawdź godzinę, a potem pytaj, czy coś się stało. – Usiadł na brzegu łóżka, włożył skarpetki i zawiązał wysokie buty. – Kreft mnie zabije. Zabije! Urwie mi jaja przy samej dupie i zrobi z nich brelok do kluczy, nie żartuję.

– Myślałam, że masz wolne. Jest niedziela. Zresztą to nie trwało długo…

– Co nie trwało długo? Spaliśmy trzy godziny. W środku pieprzonego dnia!

Za to w nocy nie spali w ogóle. Nie tracili czasu na tak przyziemne sprawy. Kochali się, oglądali głupawe filmiki w necie, resztę nocy po prostu przegadali. O wszystkim i o niczym. Wciąż mieli sobie tyle do opowiedzenia.

– I co z tego? – Wzruszyła ramionami. Przejechała dłonią wzdłuż jego uda. Prosty, przyjemny gest. Nie reagował. Dotarło do niego, że relacja zabrnęła za daleko. Kłopot w tym, że nie umiał jej skończyć. – Zdrzemnęliśmy się. Wielka mi rzecz. – Poklepała poduszkę, zapraszając go do łóżka. – No chodź.

Ubrał się, włożył kurtkę i wyszedł bez słowa na zewnątrz. Walnął drzwiami od samochodu tak mocno, jakby wierzył, że echo wybije mu ją z głowy.

Kwadrans później wysiadł przed kamienicą na Starym Sosnowcu, wciągnął powietrze, a w zasadzie rakotwórczą mieszankę dostarczaną do płuc ze spalanych w piecach śmieci, i ruszył w stronę bramy. Sprawdził adres, wyłącznie po to, by zająć czymś myśli. Policyjne koguty wywijały na jezdni zgrabne hołubce, zapraszając do tańca wirujące nad głową płatki śniegu.

Minął skinieniem opatrzone, policyjne twarze, burknął coś na przywitanie i wbiegł na ostatnie piętro kamienicy. Zmachał się, jakby przebiegł maraton.

– Gdzieś ty się, kurwa, podziewał?

Nie spodziewał się werbli na powitanie, lecz nie miał w rękawie ciętej riposty. Daniel Zieliński wyraził tylko to, co reszta miała wypisane na twarzach.

„Nie pozwól się sprowokować”, powtarzał sobie w myślach niczym mantrę.

– Nie twój zasrany interes – nie wytrzymał i odpowiedział zgodnie z prawdą.

– Co ty powiesz? Jak ty się opierdalasz, ktoś musi zrobić za ciebie robotę.

– Zejdź ze mnie. Skoro masz tyle pracy, to się nią zajmij – ustąpił i odszedł.

Nigdy za sobą nie przepadali, jednak ostatnio wciąż skakali sobie do gardeł. Zieliński był niższy o głowę, ale dobrze zbudowany i silny, a braki fizyczne nadrabiał sprytem i inteligencją. Był egoistą, myślał wyłącznie o sobie, dlatego nie umieli się dogadać i wciąż między nimi iskrzyło.

W mieszkaniu pracowali technicy. Każdy ślad, każdy drobiazg, który mógł mieć związek ze sprawą, należało zabezpieczyć i sfotografować. Procedura przebiegała zgodnie z przyjętym scenariuszem, choć miejsce zdarzenia różniło się od tych, które dotąd odwiedził, jednym istotnym szczegółem.

Zwykle w centrum tego bałaganu znajdowały się czyjeś zwłoki. Nie tym razem.

Uryga stanął z boku i przyglądał się pracy ekipy technicznej.

– Wyglądasz, jakbyś założył twarz na lewą stronę. Wszystko w porządku? – Nie zauważył, kiedy podszedł do niego komisarz Robert Kreft. Przełożony nie dał mu czasu na reakcję. – Idź do kuchni i napij się kawy.

Nawet jeśli nie było to polecenie służbowe, wolał się nie sprzeciwiać. Pracowali razem od kilku lat. Kreft nigdy nie tworzył sztucznego dystansu, nie wykorzystywał pozycji do gnojenia ludzi; Uryga czasem miał wręcz wrażenie, że szef czerpał satysfakcję z naginania zardzewiałych policyjnych procedur.

Ostatnia noc dała mu w kość, uznał więc, że to nie jest wcale zły pomysł.

Kuchnia znajdowała się po drugiej stronie korytarza. Była urządzona klasycznie, o ile za wyznacznik klasy przyjąć imitującą drewno sklejkę i tapetę w kratę, z każdym myciem śmielej odchodzącą od ściany. Przelewowy ekspres na stoliku pod oknem zacharczał, opróżnił żołądek i wypluł smolistą ciecz do podajnika. Już sam zapach pobudzał do pracy szare komórki.

– Weź sobie szklankę. Jest nad zlewem. – Młodsza z dwóch policjantek, na które natknął się w kuchni, wskazała mu szafkę i wróciła do rozmowy z koleżanką. Starał się im nie przysłuchiwać. Nawijały o swoich sprawach.

Wszyscy sprawiali wrażenie dziwnie odprężonych. Z jakiegoś powodu zeszło z nich ciśnienie, które jest na trwałe wpisane w charakter tej pracy, a w wydziale kryminalnym niemal tężeje na twarzach. Uznał to za zły znak.

Wlał sobie kawy, podszedł do okna i wpatrując się w swoje odbicie w szybie, spróbował zrozumieć, kiedy tak spektakularnie spieprzył sobie życie.

Robert Kreft stał w drzwiach pokoju i nic nie mówił. Podwinął rękawy czarnej koszuli i zagryzł dolną wargę, przesuwając palcami po ostrym, kilkudniowym zaroście. Czuł, że sporo go ominęło. Salon był przestronny, w razie potrzeby mógł pomieścić dwadzieścia osób. Teraz wydawał się klaustrofobicznie wręcz ciasny. Policyjni technicy skończyli pracę i obwieścili to bezradnym rozłożeniem rąk i skąpym komunikatem, że nic tu po nich, po czym udali się tłumnie w stronę wyjścia. Nie miał im tego za złe. Zrobiłby podobnie.

Stary odtwarzacz wideo na stoliku pod ścianą ciągle mielił kasetę VHS.

– Muszę zabrać taśmę. – Ostatni z techników robił, co mógł, by zabrzmieć profesjonalnie.

– A ja muszę mieć ją rano na biurku. Możesz to przegrać, skręcić ten film od nowa, naprawdę, nie interesuje mnie to.

– Osobiście przyniosę ci ją w zębach, zadowolony? – odparł i wyjął taśmę z odtwarzacza. Przeklinał komisarza w duchu, choć wiedział, że ten miał rację.

– Nie oczekuję aż takiego poświęcenia. Z góry dziękuję. – Uśmiechnął się, rozładowując niepotrzebne napięcie, i przepuścił go w drzwiach do pokoju.

Robił wszystko, by pobudzić się do myślenia. Nic się tu nie zgadzało. Nie było zwłok ani śladów wskazujących, że doszło do zbrodni. Oprócz taśmy. Z tyłu głowy wyświetlała się zapisana na niej scena; młoda skrępowana kobieta i zabójca w kominiarce bez wahania podcinający jej gardło. Rodzaj nośnika i kiepska jakość nagrania wskazywały na to, że taśma miała przynajmniej kilkanaście lat. A na pewno na taką wyglądała. Gdzie się podziewała przez cały ten czas?

Usłyszał za plecami głos Błażeja i odwrócił się w jego stronę.

– Zjawi się łaskawie ktoś z prokuratury?

– Po co ci prokurator, widzisz tu jakieś zwłoki? – wszedł mu w słowo Zieliński. Siedział na krześle z wyciągniętymi nogami i bawił się smartfonem.

Uryga wolał nie wdawać się w niepotrzebne pyskówki. Cała trójka stała w ciszy, jakby schodziło z nich powietrze. Atmosfera wymagała przewietrzenia.

– Dowiedziałeś się, czyje to mieszkanie? – powiedział Kreft do Zielińskiego, uprzedzając w ten sposób zbliżającą się wymianę uprzejmości.

– Tak. Zaraz dostanę namiary na właściciela. Sąsiedzi nic nie widzieli. To znaczy na klatce kręcili się jacyś ludzie, ale kto dziś zwraca na to uwagę?

– W takim razie kto wezwał policję?

– Kurier. Twierdzi, że drzwi od mieszkania były otwarte. Nie wchodził do środka. Wsunął awizo za próg, domknął je i zadzwonił. O niczym nie wie.

– Zacznijcie od sprawdzenia terenu, pogadajcie z ludźmi. Obaj – uściślił i wskazał palcem na Błażeja. – Śpiąca królewna musi się dotlenić.

– Przyznaję, dałem ciała. Długo zamierzacie mi o tym przypominać?

– Wygląda na to, że zabawa się dopiero rozkręca. Wolałbym, żebyś był w formie – powiedział spokojnie Kreft i poklepał go po ramieniu.

Uryga nie wyglądał na zachwyconego, jednak przełknął tę gorzką pigułkę.

– Daliście już sobie po razie? – wtrącił się Zieliński, zapinając kurtkę. – Miło z waszej strony. Zanim skoczę do właściciela, chciałem podjechać na chwilę na chatę i trochę mi się spieszy, więc wybaczcie. Bury, zbieraj dupę!

– Możecie jechać, będziemy w kontakcie. Tu i tak niczego nie znajdziemy.

Kreft usiadł w fotelu. Jeśli istnieje coś tak ulotnego jak intuicja, szósty zmysł, przeczucie, zwał jak zwał, to był dobry czas, by złapać to coś za fraki i zaprząc do roboty. Wdepnęli w bagno. Czuł to.

Czekał, aż pokój opustoszeje. Z doświadczenia wiedział, że tłok nie sprzyja przepływowi myśli. Zbliżał się wieczór, kamienica zaczynała tętnić życiem. Zaczął doceniać ten czas, zawieszony w pół drogi między spokojem nocy a gorączką kończącego się dnia.

Zastanawiał się, po co ktoś odkurzył starą taśmę i ściągnął ich tu, by im ją pokazać? Kim był sprawca, co łączyło go z ofiarą i czemu ją zabił?

Na tym etapie pytania i wątpliwości są czymś naturalnym. Stanął w oknie i spoglądał w dół. Księżyc ostrożnie rozsuwał pomarszczoną kotarę chmur.

Hajduk, Sosnowiec, grudzień 2017 roku

Dwadzieścia jeden gramów. Tyle, przynajmniej według Duncana MacDougala, waży ludzka dusza. Amerykański uczony układał konających pacjentów na wadze i notował ich ciężar przed i tuż po tym, jak wyzionęli ducha. Różnica pomiarów wynosiła dwadzieścia jeden gramów.

Bez względu na to, jak wiarygodne były te badania, Michał Hajduk żałował, że nikt nie wpadł na pomysł, by postąpić podobnie z wyrzutami sumienia. Nie potrzebował wagi, żeby stwierdzić, że ciężar zwłok włożonych do bagażnika kilkuletniego outlandera nie zmienił się od chwili ich ściągnięcia na podłogę i przetransportowania do auta. Gotów był nawet przysiąc, że taszcząc ofiarę na plecach, stracił na wadze więcej niż dwadzieścia jeden gramów.

Z duszą czy bez, zwłoki kobiety ważyły, plus minus, pięćdziesiąt kilogramów, a droga do zaparkowanego pod domem auta miała niewiele mniej metrów. W teorii plan był dziecinnie prosty: musiał się tylko upewnić, że nikogo nie ma w pobliżu, otworzyć pilotem bagażnik i przenieść zawinięte w koc ciało z punktu A do punktu B. W teorii. Cała operacja zabrała mu godzinę i nie dawała gwarancji, że plan nie wyłoży się już na pierwszym wirażu.

Hajduk miewał w życiu zakręty, jednak tym razem znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Bez rozsądnej alternatywy. Opadł ciężko na fotel, dał odpocząć zmęczonym nogom. Las zacisnął wokół domu silne ramiona i sposobił się do snu. Wiatr ucichł, zachłysnął się hipnotyzującą ciszą i upajał jej smakiem. Śnieg opadał na spuchniętą ziemię. Lekko i bezrefleksyjnie.

Uruchomił silnik. Ledwie zaciągnął się oparami paliwa, zgasił go i wypadł na zewnątrz. Zmazał podeszwą odbite w śniegu ślady i zaklął głośno, wiedząc, że z bieżnikiem opon nie pójdzie tak łatwo. Padający śnieg zrobi to za niego. W samochodzie było zimno. Oddech unosił się nisko i osiadał na szybach tłustą warstwą pary. Czuł się jak przed wyprawą w nieznane – powtarzał w myślach listę spraw do załatwienia, rzeczy do spakowania. Zastanawiał się, czy usunął ślady, które łączyły go z tym zabójstwem.

Wytarł wymiociny papierowym ręcznikiem i dla pewności spuścił go w kiblu. Szmata, którą polerował klamki, blat i poręcz, leżała zwinięta w kłębek na tylnej kanapie samochodu. Ślady obuwia. Bieżnik. „Co jeszcze…? Myśl…”

Ściągnął folię z podłogi i zabrał zasłonę, w którą zawinięte było ciało. Umył podłogę. Starał się niczego nie dotykać. Nawet światło zostawił włączone.

Wibracja komórki uświadomiła mu, że o czymś zapomniał. Poczuł dreszcz.

Spojrzał na telefon. Najpierw na swój, później na ten znaleziony na górze. Nie wierzył w to, co zobaczył. Ściągnął obudowę i zajrzał do środka. Spod obudowy wystawała karteczka z wiadomością. „To niemożliwe”, upominał się w myślach, przecierając dłonią zaparowaną szybę. Na krawędzi lasu zalśnił niewyraźny świetlik. „To się nie dzieje naprawdę…”

Zajrzał do schowka i znalazł latarkę. Woził w aucie różne graty, nigdy nie wiadomo, kiedy się mogły przydać. Sprawdził, czy baterie działają, i pobiegł w stronę lasu, oświetlając sobie drogę snopem żółtego światła.

Cisza, niczym zdolny dyrygent, stopniowała napięcie i rozsadzała czaszkę. Słyszał przyspieszony oddech i śnieg strzelający pod podeszwami butów. Omiótł las wiązką światła. Zgarbione konary drzew nisko się pochylały, a suche gałęzie kładły mu na plecach kościste łapska. Mimo to brnął głębiej.

Wiedział, że ta gonitwa nie skończy się dobrze. Z jakiegoś powodu parł jednak do przodu, wbrew rozsądkowi, wiedziony instynktem. Smuga światła rozpraszała mrok, prowadziła go niczym zwierzę gonione w sidła przez myśliwego. Wyczuwał, że ktoś go obserwuje, czerpie siłę z jego strachu.

Osaczały go cienie. Rozbiegły się po lesie, chowały za drzewami i czekały, aż je odnajdzie. Paraliżował go strach. Przełknął ślinę i wszedł głębiej w mrok. Odwrócił głowę, usiłując dostrzec za plecami ścieżkę prowadzącą w głąb lasu. Czuł, że ciemność wyciska z niej całą ostrość. Zwolnił i zawrócił.

Wypluł pajęczynę, która przykleiła mu się do ust, gdy wpadł w jakieś krzaki, i strzepnął resztki tego, co dostało się za kaptur i boleśnie drapało w plecy.

Odwrócił się. Promień światła zniknął za kolumną drzew. Na ściskanej w dłoni kartce krzywo narysowana emotka szczerzyła się w uśmiechu.

Podążał na północ skąpaną w mroku drogą. Zostawiał za sobą wypłowiałe budynki, schowane za ścianą mgły. Jadący z przeciwka chevrolet obrzucił go śnieżną breją i zmusił do uruchomienia wycieraczek. Droga to wznosiła się, to opadała, jak taśma rozciągnięta na potężnych barkach lasu.

Sprawca wybrał dziewczynę nieprzypadkowo. Wysłał do Hajduka wiadomość, której ten nie umiał rozszyfrować. Wiedział, że nie może jej zostawić. Nie chodziło o nią, zbyt wiele śladów prowadziło do niego. Uznał, że spędzi noc w motelu przy trasie. W razie czego skłamie, że spotkanie biznesowe przeciągnęło się do późna i nie opłacało się wracać do domu. Ćwiczył ten manewr wiele razy, spotykając się z kobietami w hotelu, i jak na razie ta taktyka nigdy go nie zawiodła.

Spiker ostrzegał, że temperatura spadnie nocą do minus dziesięciu stopni. „Nic tak nie konserwuje zwłok jak mróz”, pomyślał mimowolnie i zawstydził się tego. Prześpi się, zresetuje umysł i znajdzie rozwiązanie.

O ile bezpieczne wyjście z tej sytuacji w ogóle istniało.

Dźwięk przychodzącej wiadomości o mało nie zniweczył tych planów. Sięgnął do kurtki i zahaczył łokciem o kierownicę. Koła straciły przyczepność i ściągnęły tył auta do krawędzi drogi. Odruchowo odbił w drugą stronę, wbił hamulec i stanął w poprzek. Na szczęście nikt nie nadjeżdżał z naprzeciwka.

– Kurwa! – Złapał się za głowę, próbując przywrócić krążenie w zmarzniętych dłoniach. Oddychał tak szybko, że niemal czuł, jak tętno rozrywa mu skórę.

Nie mógł ryzykować. Zjechał na pobocze i odczytał wiadomość od Figasa:

Sprawdziłem chatę, o której rozmawialiśmy rano. Zabawne, opchnąłeś ją w 93. Samobój. Niezłe jaja, co?

Znajdź mi wszystko na ten temat – odpisał bez namysłu i wyłączył telefon.

Intuicja go nie zawiodła. Musiał sprawdzić, komu sprzedał dom. Zmienił plan, zawrócił i ruszył w stronę centrum. Pot oblał mu twarz, ręce drżały jak na niezłym rauszu. Księżyc uparcie rozsuwał zasłonę nieba i kłuł go boleśnie w oczy. Bał się je zamknąć nawet na ułamek sekundy.

Minął dworzec w centrum Sosnowca, ubrany w świąteczne iluminacje, i zwolnił na światłach przed wiaduktem. Zielona strzałka prowadziła w kierunku ronda, wystarczyło wybrać drugi zjazd i zwolnić przed kamienicą na Sobieskiego, w której wszystko się zaczęło.

Wyjechał spod wiaduktu, spojrzał w lewo i poczuł ukłucie w sercu.

Wyłączył migacz i pojechał prosto. Zostawił za plecami tańczące na jezdni światła policyjnych kogutów. Wokół kręcili się ludzie. Ulica była zamknięta.

Wycieraczki z trudem zbierały świeży śnieg, odchylały się w lewo i w prawo i tylko dzięki irytującemu dźwiękowi, który wydawały, wciąż czuł, że żyje. W tej sytuacji szczerze tego żałował.

Kreft, Sosnowiec, grudzień 2017 roku

Postać w roboczym kombinezonie i kominiarce stała odwrócona tyłem do kamery. Sylwetka niewiele zdradzała. Szeroki kostium zniekształcał ciało i utrudniał identyfikację. Sposób poruszania się, postura, wzrost, a przede wszystkim statystyka wskazywały jednak, że mieli do czynienia z mężczyzną.

Napastnik ściskał w ręce nóż z szerokim ostrzem. Stał spokojnie i czekał.

W lewym górnym rogu ekranu komisarz Kreft zauważył sylwetkę młodej kobiety.

Siedziała na krześle. Światło w kolorze uryny sączyło się z żarówki nad jej głową i oświetlało ją jak lampa teatralną scenę. Wokół panował półmrok, a spod jego szponów wynurzały się tylko niewyraźne kontury przedmiotów.

„Albo cienie dusz, które utknęły tu na wieki”, dopowiedział w myślach Kreft.

Jakość nagrania była fatalna. Szukał wskazówek między klatkami, jednak ustalenie miejsca wydawało się niemożliwe. Całość skrywała ciemność, resztę robiły niedociągnięcia techniki.

Film trwał dwie minuty czterdzieści sekund. Obraz śnieżył, ale na taśmie nie było zarysowań. Kreft przyglądał się dziewczynie. Nie wyglądała na wychudzoną ani brudną, uznał, że przebywała w tym miejscu najwyżej kilka dni. Sprawca milczał, nakręcał się oczekiwaniem na emocjonujący finał.

W połowie nagrania podszedł do dziewczyny i zaczął gładzić jej jasne włosy. Schodził dłonią w dół, dotykał policzków i ocierał łzy, jakby pragnął ją przekonać, że wszystko dobrze się skończy. Czerpał z jej słabości siłę? Żywił się jej strachem?

Szarpała się, usiłowała uwolnić dłonie i stopy. Po kilku próbach odpuściła. Była związana od pasa w dół, ręce miała splecione za oparciem krzesła. Na jej twarzy Kreft nie dostrzegł emocji, wyglądała na pogodzoną z tym, co zaraz miało nastąpić. Przygotował ją na to? Ściągnął zawiązaną wokół oczu dziewczyny chustę i jednym precyzyjnym cięciem poderżnął jej gardło...

Po wszystkim wrócił do ustawionej na statywie kamery i wyłączył nagrywanie. Przedstawienie dobiegło końca.

– Możesz zatrzymać to na sekundę? – zwrócił się Kreft do siedzącego obok informatyka, a ten zastopował film.

Znajdowali się w jednym z pomieszczeń komendy miejskiej w Sosnowcu. Po wyniesieniu stąd pudeł z przestarzałym sprzętem komputerowym i całą masą niepotrzebnych rupieci wreszcie dało się tu normalnie oddychać.

– Jesteś w stanie to trochę powiększyć? – zapytał komisarz.

– Mówisz o jej twarzy?

– Na przykład.

Informatyk wstukał coś w klawiaturę, przejechał kursorem wzdłuż ekranu i zbliżył obraz, który z każdą ingerencją stawał się coraz bardziej rozmazany i niewyraźny.

– Tyle. Więcej z tego nie dam rady wycisnąć.

„Dobre i to”, pomyślał Kreft i skoncentrował się na twarzy kobiety w chwili, gdy sprawca ściągał jej opaskę z oczu. To był ostatni moment, w którym mógł ją zidentyfikować. Kilka wyświetleń później poprosił o zrobienie screena.

– Zachowuje się tak, jakby chciał wzbudzić w niej lęk i zmusić ją do uległości – myślał na głos. – Dlaczego zasłonił jej oczy, skoro i tak zamierzał ją zabić? Może go znała?

Długowłosy informatyk w fotelu przed ekranem spojrzał na niego z ukosa.

– Jeśli mnie pytasz, to nie znam się na tym. To nie moja bajka.

– Sorry, mówiłem do siebie. Zboczenie zawodowe.

Obraz na monitorze się zacinał. Ofiara nie wyglądała ani na zaskoczoną, ani na pobudzoną. Kreft po wielokroć wracał do tej sceny i utwierdzał się w przekonaniu, że to, co widział w jej źrenicach, przypominało raczej rezygnację.

– I co o tym wszystkim sądzisz? – zwrócił się do siedzącej obok kobiety.

Pierwszy raz mieli okazję współpracować tak blisko, chociaż zdarzało się, że była częścią zespołu przy trudniejszych sprawach, zwłaszcza tych wymagających czasochłonnych badań. W każdym razie nie znali się od wczoraj. Dopiero gdy o to zapytał, uświadomił sobie, jak wiele osób pracuje na ten wspólny sukces. Albo porażkę, bo tego też nie mógł na tym etapie wykluczyć.

Przyglądał się jej. Martyna Hirsz była niewiele od niego starsza, zbliżała się do czterdziestki. Z pozoru wyglądała na kogoś, kto nie wyściubia nosa z segregatora pełnego faktur, rachunków i zestawień piętrzących się na biurku. Wbrew tej mylącej powierzchowności ta krótko obcięta, drobna szatynka w grubych oprawkach na nosie wolała rozwiązywać równania śmierci.

– Ciężko cokolwiek powiedzieć, gdy nie mam przed sobą ciała – burknęła.

Wolał nie licytować się z nią na to, czego on potrzebuje do rozwiązania sprawy. Milczał, pozwalając jej zebrać myśli.

– Skoro nalegasz, powróżmy z tych fusów – zaczęła ostrożnie, zerkając w monitor. – Ofiara jest młoda. Ma nie więcej niż osiemnaście do dwudziestu pięciu lat. Na ciele trudno dopatrzyć się śladów przemocy. Sama śmierć, będąca, jak sądzę, efektem rozległej rany w okolicy tętnicy szyjnej, nastąpiła w ciągu kilkudziesięciu sekund. Nic więcej nie widać… – Pochyliła się i przesunęła palcem po ekranie. – Na pewno nastąpiła duża utrata krwi, to naturalne w takich przypadkach.

– To wszystko?

– Wszystko. Nie umiem ci pomóc. Chyba że uściślisz pytania, puścisz mi ciąg dalszy tej historii, a najlepiej dostarczysz jej ciało – droczyła się z nim. Nie doszukiwał się w tym złośliwości, cenił żart sytuacyjny. – Za to chętnie obejrzę film jeszcze raz. Już na spokojnie. U siebie.

Odpuścił. Mimo to wciąż nie odrywał od niej wzroku.

– Co chcesz ode mnie usłyszeć? – Pytanie zawisło w próżni. – Że nie trafiła na mój stół? Nie, nie przypominam sobie. Zresztą, jeżeli zdarzyło się to dwadzieścia lat temu, na co wiele wskazuje, byłam wtedy w liceum lub zaczynałam studia. Gdy dostałam to zdjęcie, porozmawiałam ze znajomymi, lecz nie słyszałam, by trafiła do kogoś innego. A wierz mi, wiedziałabym o tym. Takie sprawy zapadają w pamięć.

– Jakość taśmy o niczym nie świadczy. Mogła zginąć kilka dni temu.

– Właśnie o tym mówię. Zrobiłam rozeznanie, nikt z kolegów jej nie pamięta.

– I nic cię w tej zbrodni nie dziwi? – prowokował ją i ciągnął za język.

– Wiesz, że to pytanie nie do mnie. Nawet laik zauważy nieścisłości. – Złapała przynętę. – Po co nagrywa wszystko, skoro w kluczowym momencie i tak nic nie widać, bo zasłania kamerę plecami? – spytała przytomnie. – No po co?

– Może zrobił to nieświadomie lub zabrakło mu doświadczenia, bo zabił po raz pierwszy? Albo to zabójstwo na zlecenie, a nagranie jest dowodem na wykonanie zadania – myślał na głos, zmuszając ją do odbicia piłeczki.

– Sam widzisz. Nic tu po mnie.

Spasował. Poprosił informatyka, żeby przerzucił film na dysk zewnętrzny. Gdy Martyna Hirsz wyszła z pokoju, nawet się nie odezwał. Zamiast tego składał dalej rozsypane puzzle w całość.

– Dobra, co ty powiesz o tym nagraniu? – zwrócił się do informatyka.

– Nie znam się na VHS-ach, to prehistoria. Mogę poszukać urządzenia, na którym skręcono film, przerobić go na inny format, takie tam techniczne duperele. Albo skontaktować cię z gościem, który w tym siedział. Nie powiem ci, kto to zrobił. Ani gdzie to się odbyło. Sorry.

– Biorę, co masz. Długo ci to zajmie?

– Nie. Mam znajomego na mieście, lata siedział w tym sprzęcie. Jak tylko coś z niego wyciągnę, podeślę ci raport na biurko. Jestem ci do czegoś jeszcze potrzebny? Mam masę roboty w serwerowni… – Zbierał się do wyjścia.

– Idź. Przejrzę to raz czy dwa i też spadam. Klucz zostawię ci na recepcji.

– Jasne, nie musisz się spieszyć. Później i tak chcę wyskoczyć coś zjeść.

Ślęczał nad filmem godzinę, żyłował go na zwolnionych obrotach, przewijał i puszczał od nowa. Uważnie, ujęcie po ujęciu, jakby wertował ściskany w ręce plik pożółkłych fotografii i uczył się na pamięć kolejnych sekwencji.

Zabójca był szczupłym facetem, raczej żylastym niż osiłkiem. Wydawać się mogło, że działa, jakby każdy jego ruch był zamierzony, ale w jego zachowaniu komisarz dostrzegł coś nienaturalnego. Nie cofnął ręki, nie zawahał się, a mimo to cięcie, które wyprowadził, wyglądało na wyćwiczone; nie było w nim pasji, gniewu, emocji. Po wszystkim wytarł nóż i wyłączył nagranie. Kurtyna opadła.

Kreft zrozumiał, że stawką w tej grze jest coś więcej. Zabójca zadał sobie trud, aby odcisnąć sens śmierci na taśmie. Krew wsiąknęła w nią, wypełniła treścią, ale przekaz był ukryty głębiej. Zamierzał się do niego dokopać.

Czas wypuścić powietrze, przetrzeć lustro palcami i przejrzeć się w nim.

Hajduk, Sosnowiec, grudzień 2017 roku

Hajduk siedział przy drewnianej ławie na tarasie i usiłował przypomnieć sobie, czy zdarzyło mu się kiedyś, by śniadanie w przydrożnym motelu nie zajeżdżało ścierą do podłóg, a do jajecznicy wbito świeże jaja zamiast chemicznej papki, po której człowiek miał ochotę wypluć żołądek razem z zawartością.

Nie pamiętał jednak niczego takiego. Nawet jeśli ów smak podkręcała wizja więziennego wiktu, na którym, jeśli powinie mu się noga, miał się stołować przez najbliższe lata, to dopieszczone kubki smakowe odsuwały na później te niestrawne wizje.

Wrócił do bufetu. Nałożył sobie na talerz łyżkę sałatki jarzynowej, kostkę masła i kilka plastrów wędliny, dołożył do tego dwie kromki pełnoziarnistego chleba. Za białym nie przepadał, podwyższony cholesterol od dawna przypominał, żeby wyłączył go z diety. Jedyną rzeczą, do jakiej mógł się przyczepić, była lurowata kawa, którą wlał do filiżanki. Za arabikę musiał dopłacić, a wolał nie korzystać z karty debetowej, nie chciał zostawiać po sobie śladów.

– Smakuje panu? – usłyszał kobiecy głos dochodzący z kuchni.

– Słucham?

– Pytam, czy smakuje panu jajecznica? Jeśli nie, za chwilę będą sadzone.

– Dziękuję. Jedzenie jest pyszne. Planuję wpadać częściej – zaśmiał się.

– Cieszę się. Proszę spróbować naszych wędlin. Zamawiamy je u zaprzyjaźnionego producenta i goście bardzo je sobie chwalą.

Gdyby w zaparkowanym przed motelem samochodzie nie znajdowały się zwłoki dziewczyny, pewnie uznałby, że jest śliczna. Ale wolał nie wdawać się w zbędne dyskusje i odwzajemnił uśmiech.

– Targi, mam rację? – nie dawała za wygraną.

– Zgadza się – uciął temat. Od kilku lat na granicy z Dąbrową Górniczą działało centrum targowo-konferencyjne, pewnie stąd te przypuszczenia. Uznał, że bezpiecznie będzie trzymać się tej wersji. – Dziś muszę wracać.

– Zawsze jak są targi, mamy komplet gości. Na pewno spotka pan u nas paru znajomych – zaśmiała się serdecznie, uzupełniając talerze.

– Na pewno.

Wolał nikogo takiego nie spotkać, ale postanowił nie ciągnąć tego wątku. Skinął głową i wrócił na taras. Wciąż nie wiedział, co zrobić, a nieprzespana noc niczego nie ułatwiła. Bał się, że zostawił ślady, i przestał się łudzić, że wplątał się w to przypadkowo. Nie umiał przypomnieć sobie właściciela mieszkania. Nie miał pamięci do twarzy, nie przyglądał mu się. Zapamiętał tylko, że był osobą niepełnosprawną, chociaż i to nie było wcale pewne.

Wiedział za to, że nie może wrócić do domu. Gdyby się okazało, że coś na niego znaleźli, zwłoki w bagażniku pogrzebią każdą linię obrony.

Osiem godzin temu zatrzymał się przed zajazdem schowanym za dźwiękochłonnymi ekranami przy trasie na Kraków i wziął pokój na drugim piętrze. Wcześniej pozbył się folii i zasłon. Spalił je i przysypał resztki liśćmi.

Wszedł na górę, rzucił torbę na łóżko pod oknem i zasunął rolety. Wyjął z kieszeni telefon i powiesił kurtkę na wieszaku. Próbował ściągnąć obudowę komórki i podważył kartę paznokciem.Za nic nie chciała się wysunąć.

Uderzył telefonem o kant stołu. Pomogło. Trzymał kartę w ręce i wahał się, co zrobić. Wszedł do łazienki, złamał ją, po czym wrzucił do kibla. Spuścił wodę.

Powtórzył manewr z kartą SIM ofiary. Wiedział, że to jedyne rozwiązanie.