Skarby przeszłości - Nora Roberts - ebook + książka

Skarby przeszłości ebook

Nora Roberts

0,0
49,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nora Roberts jako J.D. Robb

Skarby przeszłości

Przełożyła Agnieszka Ciepłowska-Kwiatkowska

Nora Roberts łączy w jednej porywającej powieści dwie tajemnicze, pełne napięcia i namiętności historie rozciągające się między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

W pierwszej części Nora Roberts przedstawia Laine Tavish, właścicielkę sklepu Skarby Przeszłości z antykami i pamiątkami w Angel’s Gap w stanie Maryland. Mieszkańcy miasteczka nie mają pojęcia, że Laine naprawdę nazywa się Elaine O’Hara i jest córką legendarnego oszusta Big Jacka O’Hary. Nie wiedzą też, że całe dzieciństwo przed czymś uciekała. Jednak przeszłość właśnie ją dopadła. Po latach odnajduje ją dawno niewidziany wuj, który zostawia jej tajemnicze ostrzeżenie, po czym ginie potrącony przez samochód. Niedługo później ktoś plądruje dom Laine. Kobieta wraz z tajemniczym Maxem Gannonem musi odkryć, kto ją ściga i dlaczego. Odpowiedź kryje się w zaginionym majątku, który może odmienić jej życie.

W części drugiej Nora Roberts przenosi czytelnika do Nowego Jorku w roku 2059 i oddaje sprawę w ręce porucznik Eve Dallas. Skarb, którego szukali Laine i Max, nigdy nie został odnaleziony w całości. Teraz ktoś ponownie rusza tropem zaginionych klejnotów – ktoś, kto jest gotów zabijać, by je zdobyć. Błyskotliwa i nieustępliwa Eve doskonale zna mroczne zakamarki świata przyszłości, gdzie przestępczość spotyka się z najnowocześniejszą technologią. Tym razem zrobi wszystko, by raz na zawsze odnaleźć diamenty i zakończyć pasmo śmierci oraz niebezpieczeństw, które towarzyszą im od dekad…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 623

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Remem­ber When

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Ewa Witan Korekta: Bro­ni­sława Dzie­dzic-Weso­łow­ska, Jadwiga Pil­ler

Copy­ri­ght © 2003 by Nora Roberts Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Agnieszka Kwiat­kow­ska, 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00, www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Maz., ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32, www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68921-36-6

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Mary Kay McCo­mas, która gra na instru­men­cie muzycz­nym raczej śred­nio, ale za to jest naj­lep­szą przy­ja­ciółką na świe­cie

Część pierwsza

Chci­wym okiem na cudzą wła­sność patrząc, o wła­sną nie dbał wcale.

Gaius Sal­lu­stius Cri­spus

Kim jestem? Ach, to dopiero zagadka!

Lewis Car­roll

Rozdział 1

1

Razem z głu­chym pomru­kiem grzmotu zawi­tał do sklepu nie­wy­soki męż­czy­zna. Spoj­rzał prze­pra­sza­jąco, jakby hałas powstał z jego winy, a nie za sprawą natury, wetknął pod ramię jakąś paczuszkę i zyskaw­szy w ten spo­sób wolną rękę, zamknął pasia­sty, czarno-biały para­sol. Para­sol ten, podob­nie jak jego wła­ści­ciel sto­jący na pro­sto­kąt­nej wycie­raczce, ocie­kał wodą. Obaj wyglą­dali żało­śnie. Po dru­giej stro­nie drzwi zimny wio­senny deszcz wytrwale bęb­nił w chod­nik, a przy­bysz stał, tam gdzie się zatrzy­mał, jakby nie miał pew­no­ści, czy jest mile widziany.

Laine obró­ciła ku niemu głowę, powi­tała go lek­kim ski­nie­niem i zdaw­ko­wym uśmie­chem. Taki wyraz twa­rzy jej przy­ja­ciele nazy­wali miną uprzej­mej sprze­daw­czyni.

Do dia­bła, w końcu prze­cież była uprzejmą sprze­daw­czy­nią, a na doda­tek los wysta­wił ją na ciężką próbę!

Gdyby prze­wi­działa, że deszcz zwabi klien­tów, a nie, jak sądziła, zatrzyma ludzi w domu, nie dałaby Jenny wol­nego. Z dru­giej strony jed­nak, nie miała nic prze­ciwko pracy w skle­pie. Bo i po co otwie­ra­łaby inte­res w jakiejś dziu­rze zabi­tej dechami, gdyby nie była pewna, że z przy­jem­no­ścią poświęci mu co naj­mniej tyle samo czasu, uwagi i serca, co poga­dusz­kom, słu­cha­niu plo­te­czek oraz roz­strzy­ga­niu przy­ja­ciel­skich spo­rów?

I bar­dzo dobrze, pomy­ślała Laine, wszystko w porządku.

Tyle tylko, że gdyby Jenny została w pracy, zamiast sie­dzieć w domu, malo­wać paznok­cie u nóg i gapić się na opery mydlane, to wła­śnie Jenny, a nie ona, zaj­mo­wa­łaby się teraz bliź­niacz­kami.

Darla Price Davis i Carla Price Gohen. Obie miały włosy ufar­bo­wane na ten sam kolor popie­la­tego blondu, ubrane były w iden­tyczne gład­kie nie­bie­skie płasz­cze prze­ciw­desz­czowe, w dło­niach trzy­mały torebki od kom­pletu. Zazwy­czaj wza­jem­nie koń­czyły po sobie zda­nia, a na doda­tek poro­zu­mie­wały się za pomocą spe­cy­ficz­nego kodu, zło­żo­nego z czę­stego uno­sze­nia brwi, wydy­ma­nia warg, wzru­sza­nia ramio­nami oraz kiwa­nia głową.

Zacho­wa­nie takie, cza­ru­jące u ośmio­la­tek, u kobiet czter­dzie­sto­ośmio­let­nich było trudne do znie­sie­nia.

Laine miała jed­nak na wzglę­dzie fakt, że bliź­niaczki ni­gdy nie wycho­dziły z jej skle­piku, opa­trzo­nego dum­nym szyl­dem: Skarby Prze­szło­ści, z pustymi rękami. Ow­szem, nie­kiedy mijały całe godziny, zanim coś wybrały, ale zawsze doko­ny­wały jakie­goś zakupu. A mało co pod­no­siło Laine na duchu tak sku­tecz­nie, jak dźwięk brzę­czyka przy kasie.

Dzi­siaj sio­stry szu­kały zarę­czy­no­wego pre­zentu dla kuzynki. Nie powstrzy­mały ich ani ulewa, ani grzmiące pio­runy, nie przej­mo­wały się także lekko wystra­szoną parą mło­dych ludzi, któ­rzy ponoć zaj­rzeli do Angel’s Gap w dro­dze do Waszyng­tonu. Ani tym czło­wiecz­kiem z pasia­stym para­so­lem, zda­niem Laine jakby tro­chę nie­spo­koj­nym i wystra­szo­nym.

Obda­rzyła klienta nieco cie­plej­szym uśmie­chem.

– Jedną chwi­leczkę – obie­cała i ponow­nie zwró­ciła się do bliź­nia­czek.

– Rozej­rzyj­cie się jesz­cze – zapro­po­no­wała. – Zasta­nów­cie się spo­koj­nie. Ja tylko…

Carla chwy­ciła ją za nad­gar­stek i Laine zyskała abso­lutną pew­ność, że ni­gdzie nie uciek­nie.

– Musimy się na coś zde­cy­do­wać. Car­rie jest mniej wię­cej w twoim wieku, kocha­nie. Co ty chcia­ła­byś dostać na pre­zent zarę­czy­nowy?

Laine nie musiała zatrud­niać tłu­ma­cza, by zro­zu­mieć ten mało sub­telny przy­tyk. W końcu rze­czy­wi­ście miała dwa­dzie­ścia osiem lat – i nie była mężatką. Nie była nawet zarę­czona. Na domiar złego wła­ści­wie nie miała chło­paka. Według bliź­nia­czek Price to srogi wystę­pek prze­ciwko natu­rze.

– Posłu­chaj – pod­jęła Carla piskli­wym gło­sem – nasza Car­rie poznała Paula zeszłej jesieni na kola­cji, przy spa­ghetti. Powin­naś czę­ściej bywać mię­dzy ludźmi, Laine.

– To prawda – przy­znała Laine z uśmie­chem.

Oczy­wi­ście gdy­bym chciała się zarę­czyć z łysie­ją­cym, roz­wie­dzio­nym urzęd­ni­czyną, wiecz­nie cho­rym na zatoki.

– Car­rie tak czy ina­czej będzie zachwy­cona waszym wybo­rem – zapew­niła klientki. – Wydaje mi się, że od cio­tek mogłaby dostać coś bar­dziej oso­bi­stego niż świecz­niki. Są rze­czy­wi­ście śliczne, ale popa­trz­cie, na przy­kład ten kom­ple­cik toa­le­towy jest taki kobiecy… – Wzięła do ręki szczotkę do wło­sów inkru­sto­waną sre­brem. – Widzę w wyobraźni, jak panna młoda cze­sze włosy w noc poślubną…

– Coś bar­dziej oso­bi­stego – zaczęła Darla. – Bar­dziej…

– …dziew­czę­cego. Tak! Mogły­by­śmy wziąć świecz­niki na…

– …pre­zent ślubny. Ale obej­rzyjmy jesz­cze biżu­te­rię. Masz, kochana, coś z per­łami? Coś…

– …sta­rego, mia­łaby od razu na cere­mo­nię ślubną. Odłóż na bok te świecz­niki i kom­plet toa­le­towy też, kocha­nie. Zer­k­niemy na biżu­te­rię i jesz­cze się zasta­no­wimy.

Roz­mowa przy­po­mi­nała mecz ping-ponga. Jak piłeczka po ser­wie, odbi­jana raz z jed­nej strony, raz z dru­giej, tak tutaj słowa szy­bo­wały z jed­nych do dru­gich iden­tycz­nych ust uma­lo­wa­nych taką samą kora­lową szminką. Laine z nie­kła­maną dumą pogra­tu­lo­wała sobie refleksu oraz kon­cen­tra­cji, dzięki któ­rym uda­wało jej się stale dotrzy­my­wać bliź­niacz­kom kroku i wie­dzieć, która co powie­działa.

– Świetny pomysł. – Ujęła w dło­nie wspa­niałe drez­deń­skie świecz­niki. Nikt nie mógł zarzu­cić sio­strom braku gustu ani skąp­stwa.

Gdy ruszyła do lady, drogę zastą­pił jej ten nie­wy­soki męż­czy­zna.

Był jej wzro­stu, więc spoj­rzała mu pro­sto w oczy – bla­do­nie­bie­skie, jakby spło­wiałe, o zaczer­wie­nio­nych biał­kach. Kto wie, może z powodu braku snu, przez alko­hol albo uczu­le­nie? Posta­wiła na brak snu, bo pod oczami klienta ryso­wały się ciemne worki, wyraźny sygnał zmę­cze­nia. Włosy miał jak siwy mop, osza­lały na desz­czu. Ubrany był w ele­gancki płaszcz Bur­berry, ale trzy­mał w dłoni para­sol za trzy dolary. Golił się naj­wy­raź­niej w pośpie­chu, bo wzdłuż szczęki pozo­stał ciemny pasek szorst­kiego zaro­stu.

– Laine…

Wypo­wie­dział jej imię z dziw­nym naci­skiem, zupeł­nie jakby byli w zaży­łych sto­sun­kach.

Uśmiech na twa­rzy Laine Tavish ustą­pił miej­sca kon­ster­na­cji.

– Prze­pra­szam, czy my się znamy?

– Nie pamię­tasz mnie… – Wyda­wało się, że oklapł jak balon, z któ­rego uszło całe powie­trze. – Dawno się nie widzie­li­śmy, ale myśla­łem…

– Pro­szę pani! – zawo­łała kobieta jadąca do Waszyng­tonu. – Dostar­czają pań­stwo kupione rze­czy pod wska­zany adres?

– Tak, oczy­wi­ście – zapew­niła Laine. Bliź­niaczki, pochy­lone nad kol­czy­kami oraz broszką, pro­wa­dziły jedną ze swo­ich ste­no­gra­ficz­nych debat, nato­miast podró­żu­jąca do Waszyng­tonu para naj­wy­raź­niej doj­rzała do tego, by coś kupić. A nie­po­zorny męż­czy­zna przy­glą­dał się Laine z nadzieją i jakoś dziw­nie ufnie, aż cier­pła jej od tego skóra.

– Bar­dzo prze­pra­szam, aku­rat więk­szy ruch dzi­siaj… – Zro­biła krok, odsta­wiła świecz­niki na ladę. Ufność i zaży­łość nie była prze­cież niczym dziw­nym w małych mia­stecz­kach. Ten męż­czy­zna pew­nie był tu już kie­dyś, tyle tylko, że ona go nie zapa­mię­tała. – Czy szuka pan cze­goś kon­kret­nego, czy chce się pan rozej­rzeć?

– Potrze­buję two­jej pomocy. Zostało nie­wiele czasu. – Wycią­gnął wizy­tówkę, wetknął Laine w dłoń pro­sto­kątny kar­to­nik. – Zadzwoń do mnie, jak tylko będziesz mogła.

– Pro­szę pana… – Zer­k­nęła na nazwi­sko. – Panie Peter­son, naprawdę nie rozu­miem, o co cho­dzi. Czy pan chce coś sprze­dać?

– Nie, skądże! – W jego śmie­chu roz­brzmiały nutki histe­rii, aż Laine ucie­szyła się, że nie jest z nim w skle­pie sama. – Teraz już nie. Wszystko wyja­śnię, tylko nie w tej chwili. – Rozej­rzał się po skle­pie. – I nie tutaj. Nie powi­nie­nem był tu przy­cho­dzić. Zadzwoń. – Chwy­cił ją za rękę tak gwał­tow­nie, że Laine musiała powstrzy­mać nagły odruch, by ją wyrwać z uści­sku. – Obie­caj.

Pach­niał desz­czem, mydłem i… wodą toa­le­tową Brut. Ten zapach budził jakieś odle­głe wspo­mnie­nie.

Męż­czy­zna moc­niej zaci­snął palce.

– Obie­caj – powtó­rzył ochry­płym szep­tem, a ona wciąż widziała w nim tylko nie­zwy­kłego klienta w mokrym płasz­czu.

– Zadzwo­nię. Obie­cuję.

Obser­wo­wała go, gdy ruszył w stronę drzwi i na progu otwo­rzył tani para­sol. Ode­tchnęła z ulgą, kiedy wyszedł na deszcz. Był sta­now­czo dzi­waczny.

Raz jesz­cze spoj­rzała na wizy­tówkę.

Wydru­ko­wano na niej imię i nazwi­sko: Jasper R. Peter­son, a numer tele­fonu dopi­sano ręcz­nie i dwu­krot­nie pod­kre­ślono.

Wetknęła kar­to­nik do kie­szeni i skie­ro­wała się w stronę mał­żeń­stwa, które naj­wy­raź­niej potrze­bo­wało przy­ja­ciel­skiej rady. I w tej wła­śnie chwili z ulicy dobiegł pisk hamul­ców, a sekundę póź­niej zabrzmiały prze­ra­żone okrzyki. Laine obró­ciła się gwał­tow­nie. Usły­szała straszny dźwięk, głu­che stuk­nię­cie, któ­rego nie miała zapo­mnieć do końca życia. Sekundę póź­niej dzi­waczny męż­czy­zna w ele­ganc­kim płasz­czu odbił się od witryny jej sklepu.

Jed­nym szarp­nię­ciem otwo­rzyła drzwi i sko­czyła w strugi desz­czu. Na chod­niku stu­kały kroki, gdzieś nie­da­leko roz­legł się roz­dzie­ra­jący zgrzyt metalu trą­cego o metal, i zaraz potem brzęk tłu­czo­nej szyby.

– Pro­szę pana! – Laine chwy­ciła nie­zna­jo­mego za rękę, pochy­liła się nad nim, osła­nia­jąc sobą zakrwa­wione ciało przed desz­czem, choć nie­wiele to dawało. – Niech pan się nie rusza. – Odwró­ciła się do gapiów. – Wezwij­cie karetkę! – krzyk­nęła. Pośpiesz­nie ścią­gnęła żakiet i przy­kryła ran­nego.

– Widzia­łem go. Widzia­łem. Laine, nie powi­nie­nem był tu przy­cho­dzić.

– Pomoc jest już w dro­dze.

– Zosta­wi­łem ci wszystko. Bo on chciał, żebym ci to dał.

– Rozu­miem. – Odgar­nęła z oczu włosy ocie­ka­jące wodą i wzięła pod­su­niętą przez kogoś para­solkę. Osło­niła leżą­cego, a gdy lekko pocią­gnął ją za rękę, pochy­liła się niżej.

– Bądź ostrożna. Wybacz mi, dzie­cino. Bądź bar­dzo ostrożna.

– Dobrze. Będę ostrożna. Niech pan postara się uspo­koić, musi pan wziąć się w garść. Zaraz będzie pogo­to­wie.

– Ty nic nie pamię­tasz… – Krew cien­kim stru­mycz­kiem wypły­nęła mu z ust. – Moja maleńka Lainie. – Z tru­dem zaczerp­nął tchu i natych­miast zakrztu­sił się krwią. Z dali dobie­gło wycie karetki, a męż­czy­zna zaczął nucić nie­pew­nym gło­sem.

– „Pakuj wszyst­kie tro­ski i kło­poty – roz­le­gły się chra­pliwe słowa – żegnaj, drogi kosie”.

Patrzyła na jego pora­nioną twarz i robiło jej się coraz zim­niej. Wró­ciły do niej wspo­mnie­nia, dawno temu zepchnięte w nie­pa­mięć.

– Wujek Willy? O, Boże…

– Lubi­łem kie­dyś tę pio­senkę… Zawa­li­łem sprawę. – Bra­ko­wało mu tchu. – Wybacz mi. Myśla­łem, że jest bez­piecz­nie. Nie wolno mi było tu przyjść.

– Nie rozu­miem. – Coś dła­wiło ją w gar­dle, po policz­kach pły­nęły łzy. Umie­rał. Umie­rał, ponie­waż go nie roz­po­znała, bo wyrzu­ciła go na deszcz. – Prze­pra­szam. Tak mi przy­kro.

– Teraz on wie, gdzie jesteś. – Oczy zaczęły mu ucie­kać pod powieki. – Ukryj psiaka.

– Co? – Pochy­liła się niżej, pra­wie doty­ka­jąc go war­gami. – Nie sły­szę! – Ale ręka, którą ści­skała w dłoni, nagle stała się prze­ra­ża­jąco bez­władna.

Któ­ryś z sani­ta­riu­szy odsu­nął ją na bok. Obi­jały się o nią krót­kie zda­nia pełne tre­ści, medyczny żar­gon znany z tele­wi­zyj­nych seriali. W zasa­dzie mogłaby cyto­wać nie­które zwroty. Tyle że tym razem wszystko działo się w rze­czy­wi­sto­ści. Krew roz­my­wana desz­czem była praw­dziwa.

Jakaś kobieta o piskli­wym gło­sie powta­rzała w kółko to samo, szlo­cha­jąc:

– Wybiegł mi pod koła. Nie zdą­ży­łam zaha­mo­wać. Wybiegł mi pod koła. Wyzdro­wieje, prawda? Wyj­dzie z tego. Wyzdro­wieje, prawda?

Nie, chciała powie­dzieć Laine. Nie wyzdro­wieje.

– Chodź, kocha­nie. – Darla objęła ją za ramiona i popro­wa­dziła w stronę sklepu. – Prze­mo­kłaś do nitki. Nic już tutaj nie pomo­żesz.

– Powin­nam była coś zro­bić. – Wpa­try­wała się w poła­many pasia­sty para­sol, ubło­cony i popla­miony krwią.

Powinna była usa­dzić przy­by­sza przy kominku. Dać mu coś cie­płego do picia i pozwo­lić się ogrzać. Gdyby tak zro­biła, na­dal by żył. Opo­wia­dałby jej naj­prze­róż­niej­sze aneg­dotki i nie­mą­dre dow­cipy.

Nie­stety, nie poznała go, dla­tego teraz umie­rał.

Nie mogła wejść do cie­płego, suchego wnę­trza. Nie mogła zosta­wić tego męż­czy­zny samego wśród obcych. Ale też nie mogła nic już dla niego zro­bić. Mogła tylko bez­rad­nie patrzeć, jak leka­rze wal­czą o jego życie, jak tracą czło­wieka, który przed laty śmiał się z jej spa­lo­nych dow­ci­pów i śpie­wał jej głu­pawe rymo­wanki. Umarł przed drzwiami jej sklepu, w któ­rego stwo­rze­nie wło­żyła wiele wysiłku, i obu­dził wszyst­kie wspo­mnie­nia, przed któ­rymi tak długo ucie­kała.

*

Była kobietą inte­resu, uzna­nym człon­kiem miej­sco­wej spo­łecz­no­ści – i oszustką. Na zaple­czu sklepu nalała dwie fili­żanki kawy, wie­dząc, że będzie musiała okła­mać czło­wieka, któ­rego uwa­żała za przy­ja­ciela. I wyprzeć się zna­jo­mo­ści z dru­gim, któ­rego kie­dyś kochała.

Ze wszyst­kich sił sta­rała się uspo­koić. Przy­gła­dziła dłońmi wil­gotne pasma jasno­ru­dych wło­sów, nor­mal­nie zwią­za­nych w się­ga­jący ramion koń­ski ogon. Była blada, deszcz spłu­kał jej z twa­rzy maki­jaż, zawsze tak sta­ran­nie nakła­dany, więc piegi na wąskim nosie oraz policz­kach wystą­piły tym wyraź­niej. Oczy miała jasno­nie­bie­skie, spoj­rze­nie szkli­ste, zamglone smut­kiem. Usta, odro­binę za duże w tej szczu­płej twa­rzy, lekko drżały.

Na ścia­nie wisiało lustro opra­wione w ramę z pozła­ca­nego drewna. Laine uważ­nie przyj­rzała się swo­jemu odbi­ciu. I zoba­czyła całą prawdę. Cóż, zrobi co trzeba, żeby prze­trwać. Willy na pewno by to zro­zu­miał.

Naj­pierw obo­wiązki, pomy­ślała, a potem się zoba­czy, co dalej.

Ode­tchnęła głę­biej, wzdry­gnęła się mimo­wol­nie, wresz­cie się­gnęła po kawę. Gdy wcho­dziła do sklepu, dło­nie już jej pra­wie wcale nie drżały. Ukła­dała w myślach fał­szywe zezna­nie dla sze­ryfa Angel’s Gap.

– Wybacz, że tak długo to trwało – ode­zwała się, pod­cho­dząc do klin­kie­ro­wego kominka, przy któ­rym stał Vince Bur­ger.

Sze­ryf miał posturę niedź­wie­dzia i jasno­blond włosy tak sztywne, że nie­omal stały pio­nowo, jakby zdu­mione, że zna­la­zły się nad taką wyra­zi­stą, przy­stojną twa­rzą. Oczy w kolo­rze roz­my­tego błę­kitu, oto­czone wachla­rzy­kiem zmarsz­czek od śmie­chu, błysz­czały współ­czu­ciem.

Był mężem Jenny, a dla Laine stał się bli­ski jak rodzony brat. Teraz jed­nak musiała pamię­tać, że roz­ma­wia z nią gli­niarz, a gra toczy się o wszystko, na co tak długo i tak ciężko pra­co­wała.

– Laine, może byś usia­dła? Sporo prze­szłaś…

– Czuję się ogłu­szona. – To aku­rat była prawda. Nie musiała kła­mać w każ­dym sło­wie. Mimo wszystko nie usia­dła. Z kub­kiem kawy w ręku prze­szła kilka kro­ków, sta­nęła przy wysta­wie i zapa­trzyła się w deszcz, żeby nie mieć przed sobą tych oczu peł­nych smutku i zro­zu­mie­nia. – Doce­niam, że przy­je­cha­łeś tutaj spi­sać moje zezna­nie. Wiem, że jesteś bar­dzo zajęty.

– Tak sobie pomy­śla­łem, że nie będę cię cią­gał na komendę.

Lepiej okła­my­wać przy­ja­ciela niż obcego, pomy­ślała z gory­czą.

– Nie wiem, co wła­ści­wie mam ci powie­dzieć. Nie widzia­łam wypadku. Tylko usły­sza­łam… pisk hamul­ców, krzyki, okropny huk, a potem zoba­czy­łam… – Nie, nie zamknie oczu. Gdyby je zamknęła, zoba­czy­łaby to raz jesz­cze. – Zoba­czy­łam, jak ude­rzył w szybę, jakby go ktoś na nią rzu­cił. Wybie­głam i zosta­łam z nim do przy­jazdu karetki. Szybko przy­je­chali. Wyda­wało mi się, że cze­kamy całe godziny, ale tak naprawdę minęło tylko kilka minut.

– Przed wypad­kiem był w skle­pie.

Teraz zamknęła oczy. I przy­go­to­wała się do zro­bie­nia tego, co musiała zro­bić, żeby ochro­nić sie­bie.

– Tak. Dziś rano wbrew moim ocze­ki­wa­niom zja­wiło się kilku klien­tów, nie powin­nam była zwal­niać Jenny. Przy­szły bliź­niaczki i jakieś mał­żeń­stwo, które zatrzy­mało się u nas w dro­dze do Waszyng­tonu. Kiedy wszedł ten męż­czy­zna, byłam zajęta, więc jakiś czas roz­glą­dał się po skle­pie.

– Ta kobieta spoza mia­sta odnio­sła wra­że­nie, że się zna­cie.

– Naprawdę? – Odwró­ciła się do niego ze zdu­mie­niem na twa­rzy, odda­nym per­fek­cyj­nie, jak przez zdol­nego arty­stę na dobrym por­tre­cie. Zro­biła kilka kro­ków, usia­dła w jed­nym z dwóch foteli usta­wio­nych przed komin­kiem. – Nie wiem dla­czego.

– Takie odnio­sła wra­że­nie. – Vince zbył sprawę wzru­sze­niem ramion. Usiadł powoli i ostroż­nie, pamię­ta­jąc o swo­ich potęż­nych roz­mia­rach. – Powie­działa, że wziął cię za rękę.

– Poda­li­śmy sobie ręce – spro­sto­wała Laine. – I dał mi wizy­tówkę. – Wyj­mu­jąc kar­to­nik z kie­szeni, zmu­siła się, by całą uwagę sku­pić na twa­rzy Vince’a. Pło­mie­nie strze­lały w kominku, dając miłe cie­pło, lecz ona poczuła chłód. A nawet zimno. – Powie­dział, że chciałby ze mną poroz­ma­wiać, kiedy będę mniej zajęta. Wspo­mniał o czymś inte­re­su­ją­cym do kupie­nia – wyja­śniła. – Spo­ty­kam się z tym pra­wie na co dzień – dorzu­ciła, poda­jąc Vince’owi wizy­tówkę. – Wła­śnie dzięki temu utrzy­muję się w branży.

– Wszystko jasne. – Wsu­nął kar­to­nik do kie­szeni na piersi. – Czy dostrze­głaś w tym czło­wieku coś cha­rak­te­ry­stycz­nego?

– Ude­rzyło mnie tylko to, że ubrany był w piękny płaszcz, a w ręku trzy­mał kom­plet­nie bez­sen­sowny tan­detny para­sol. No i nie wyglą­dał mi na takiego, który lubi spa­cery po nie­wiel­kich mia­stecz­kach. Wyglą­dał na miesz­kańca dużej metro­po­lii.

– Tak jak i ty, jesz­cze parę lat temu. Wła­ści­wie… – zmru­żył oczy, lekko pogła­dził ją po policzku – jesz­cze ci to nie prze­szło.

Uśmiech­nęła się, bo tego wła­śnie ocze­ki­wał.

– Vince – ode­zwała się już poważ­nym tonem. – Przy­kro mi, że nie potra­fię ci pomóc. To było straszne.

– Na razie mamy cztery różne zezna­nia świad­ków. Wszy­scy widzieli czło­wieka, który wybiegł na ulicę, pro­sto pod koła samo­chodu, jakby prze­stra­szony. Czy twoim zda­niem on się cze­goś bał?

– Nie zwra­ca­łam na niego aż takiej uwagi. Widzisz, Vince, wła­ści­wie w pew­nym sen­sie go wypro­si­łam, kiedy zda­łam sobie sprawę, że nie zamie­rza nic kupo­wać. Mia­łam w skle­pie klien­tów. – Pokrę­ciła głową, głos jej się zała­mał. – Zacho­wa­łam się gru­bo­skór­nie…

Sze­ryf pocie­sza­jąco pokle­pał ją po dłoni, a Laine poczuła się jesz­cze pod­lej.

– Nie wie­dzia­łaś prze­cież, co się sta­nie. Po wypadku byłaś przy nim pierw­sza.

– Leżał tuż za drzwiami. – Musiała pocią­gnąć duży łyk kawy, zmyć nutę smutku. – Pra­wie na progu.

– Mówił coś do cie­bie.

– Tak. – Znowu się­gnęła po kawę. – Ale to nie miało żad­nego sensu. Kilka razy prze­pra­szał… Chyba nie wie­dział, do kogo mówi ani co się stało. Przy­pusz­czam, że bre­dził. Zaraz potem przy­je­chała karetka i… i wtedy umarł. Co teraz? Zna­czy, cho­dzi mi o to, że ten męż­czy­zna jest tutaj obcy. Na wizy­tówce napi­sał numer z Nowego Jorku. Zasta­na­wiam się, czy był tu tylko prze­jaz­dem? Dokąd jechał, skąd pocho­dził…

– Będziemy szu­kali odpo­wie­dzi na te pyta­nia, musimy zawia­do­mić jego rodzinę. – Vince wsta­jąc poło­żył Laine rękę na ramie­niu. – Nie będę ci radził, żebyś się sta­rała o tym nie myśleć. Na razie i tak nie dasz rady. Ale powiem, że zro­bi­łaś wszystko, co w ludz­kiej mocy. Nikt nie zro­biłby dla niego wię­cej.

– Dzięki. Na dzi­siaj już koniec. Zamy­kam i wra­cam do domu.

– Dobry pomysł. Pod­wieźć cię?

– Nie, dzię­kuję. – W rów­nej mie­rze sym­pa­tia jak i poczu­cie winy kazały jej wspiąć się na palce i cmok­nąć powoli i ostroż­nie Vince’a Bur­gera w poli­czek. – Powiedz Jenny, że jutro na nią cze­kam.

*

Nazy­wał się Willy Young, w każ­dym razie pod takim nazwi­skiem go znała.

Przy­pusz­czal­nie Wil­liam, pomy­ślała Laine, pro­wa­dząc samo­chód nie­równą żwi­rową alejką. Nie był jej praw­dzi­wym wuj­kiem, o ile wie­działa, raczej pia­sto­wał tę god­ność z nada­nia. I zawsze miał w kie­szeni cukierki z likwo­rem dla zna­jo­mej małej dziew­czynki.

Nie widziała go od dwu­dzie­stu lat. Wtedy był sza­ty­nem i miał okrą­glej­szą twarz. I zawsze cho­dził żwa­wym kro­kiem.

Nic dziw­nego, że nie roz­po­znała go w tym przy­gar­bio­nym, nie­spo­koj­nym czło­wieczku, który nie­śmiało wsu­nął się do sklepu.

Jak ją zna­lazł? Dla­czego jej szu­kał?

Ponie­waż był naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem jej ojca, zapewne podob­nie jak on parał się zło­dziej­stwem i oszu­stwem. Nie takich zna­jo­mo­ści potrze­bo­wała sza­no­wana kobieta inte­resu.

Tylko dla­czego, u licha, czuła się winna i przy­gnę­biona?

Wci­snęła hamu­lec, a gdy samo­chód sta­nął, dłuż­szą chwilę sie­działa, słu­cha­jąc mono­ton­nego rytmu wycie­ra­czek i przy­glą­da­jąc się swo­jemu ślicz­nemu domowi na wznie­sie­niu.

Uwiel­biała to miej­sce. Jej wła­sne. Praw­dziwy dom. Pię­trowy budy­nek był, szcze­rze mówiąc, za duży dla samot­nej kobiety, ale uwiel­biała po nim błą­dzić. Każda minuta spę­dzona na sta­ran­nym urzą­dza­niu wnętrz była praw­dziwą roz­ko­szą. Wszystko musiało być dokład­nie tak, jak sobie życzyła. Ona – i tylko ona.

Zbyt dobrze wie­działa, jakie to uczu­cie: pako­wać się w eks­pre­so­wym tem­pie, przy dźwię­kach pio­se­neczki Żegnaj, kosie i brać nogi za pas. Nie zamie­rzała tego robić już ni­gdy w życiu.

Uwiel­biała krzą­tać się po podwórku, pra­co­wać w ogro­dzie, przy­ci­nać krzewy, pod­le­wać traw­nik, wyry­wać chwa­sty. Naj­zwy­klej­sze czyn­no­ści na świe­cie. Pro­ste, zwy­kłe zaję­cia, w sam raz dla kogoś, kto w ciągu pierw­szej połowy życia nie­wiele zaznał nor­mal­no­ści.

Miała prawo być teraz sobą. Być Laine Tavish i korzy­stać ze wszyst­kiego, co się z tym łączyło. Miała swój skle­pik, miesz­kała w siel­skim mia­steczku, we wła­snym domu, zna­la­zła wokół przy­ja­ciół… miała swoje życie. I miała prawo korzy­stać z wize­runku, jaki sama sobie stwo­rzyła.

Wil­lowi nic by nie pomo­gło, gdyby powie­działa sze­ry­fowi prawdę. Nic by to nie zmie­niło, a dla niej rów­na­łoby się trzę­sie­niu ziemi. Vince dowie­działby się, że męż­czy­zna leżący w miej­skiej kost­nicy nie był żad­nym Jaspe­rem R. Peter­so­nem, ale Wil­lia­mem Youn­giem z mnó­stwem pseu­do­ni­mów. Zna­la­złby też wpisy w kar­to­tece, ponie­waż Willy zro­bił z jej ojcem nie­je­den skok. Byli jak bra­cia.

Ziry­to­wana wysko­czyła z samo­chodu, żwa­wym kro­kiem pode­szła do drzwi domu i sta­now­czym gestem wycią­gnęła klu­cze.

Wystar­czyło, że weszła do środka, a natych­miast się uspo­ko­iła. Oto­czyła ją przy­ja­zna atmos­fera. Bal­sa­miczna cisza, zapach olejku cytry­no­wego, który wła­sno­ręcz­nie wcie­rała w każdy kawa­łek drewna, sub­telna sło­dycz wio­sen­nych kwia­tów przy­nie­sio­nych z wła­snego ogródka… Od razu lepiej, spo­koj­niej, praw­dziwe uko­je­nie dla napię­tych ner­wów.

Odło­żyła klu­cze na gli­niany rusty­kalny talerz usta­wiony na sto­liku w przed­po­koju, wyjęła z torebki tele­fon komór­kowy i od razu pod­łą­czyła do łado­warki. Zsu­nęła z nóg pan­to­fle, zdjęła żakiet i powie­siła go na słupku od porę­czy. Torebkę posta­wiła na naj­niż­szym stop­niu.

Jak zwy­kle poszła od razu do kuchni. Nor­mal­nie nasta­wi­łaby w czaj­niku wodę na her­batę i cze­ka­jąc, aż się zago­tuje, przej­rza­łaby pocztę, zabraną ze skrzynki u wylotu alejki.

Dziś jed­nak nalała sobie duży kie­li­szek wina.

Sta­nęła przy zle­wie, zapa­trzona w ogró­dek na tyłach domu.

Kie­dyś już miesz­kała w domu z ogród­kiem… nawet wię­cej niż raz… kie­dyś, jako dziecko. Pamię­tała jeden taki ogró­dek… gdzie on był, w Nebra­sce? W Iowa?

Co za róż­nica, pomy­ślała i wypiła długi łyk.

Lubiła tam­ten ogró­dek, bo na środku rosło wiel­kie drzewo. Powie­sił na nim starą oponę na gru­bych linach.

I huś­tał ją tak wysoko, aż chwi­lami zda­wało jej się, że fruwa.

Jak długo tam miesz­kali – nie pamię­tała. Samego domu w ogóle nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć. Więk­sza część dzie­ciń­stwa zacho­wała się we wspo­mnie­niach Laine jako pasmo nie­wy­raź­nych, coraz to innych miejsc i twa­rzy: cią­głe podróże samo­cho­dem, szyb­kie pako­wa­nie skrom­nego bagażu. A w tym wszyst­kim on, ojciec, o dono­śnym, dźwięcz­nym gło­sie i wiel­kich dło­niach, z szel­mow­skim uśmie­chem, któ­remu trudno się oprzeć, sypiący bez­tro­sko obiet­ni­cami bez pokry­cia.

Pierw­szych dzie­sięć lat życia kochała go całym ser­cem, a przez wszyst­kie następne robiła co w ludz­kiej mocy, by zapo­mnieć o jego ist­nie­niu.

Jeśli nawet znowu miał kło­poty, to nie jej sprawa.

Nie była już malutką Lainie, uko­chaną córeczką Jacka O’Hary. Teraz była Laine Tavish, powa­żaną oby­wa­telką Angel’s Gap.

Zer­k­nęła na butelkę wina, wzru­szyła ramio­nami i nalała sobie drugi kie­li­szek. Była w końcu doro­sła, miała prawo ubz­dryn­go­lić się we wła­snej kuchni, zwłasz­cza w dniu, kiedy przy­bysz z nie­chlub­nej prze­szło­ści wyzio­nął ducha u jej stóp.

Z kie­lisz­kiem w ręku pode­szła do drzwi przed­po­koju, skąd dobie­gało pełne tęsk­noty popi­ski­wa­nie.

Wpadł do środka jak kula armat­nia – wło­chata, ozdo­biona mięk­kimi zwi­sa­ją­cymi uszami. Łapami wsparł się jej na pier­siach, szturch­nął ją w twarz dłu­gim pyskiem i zaczął ener­gicz­nie lizać po policz­kach, pełen wylew­nej, bez­wa­run­ko­wej miło­ści.

– Dobrze już, dobrze, ja też się cie­szę, że cię widzę.

Obo­jętne, w jakim nastroju wra­cała do domu, po powi­ta­niu Henry’ego, nie­sa­mo­wi­tego kun­dla z prze­wagą krwi psa goń­czego, zawsze odzy­ski­wała humor.

Oca­liła mu życie. W każ­dym razie tak to wła­śnie postrze­gała. Dwa lata temu wybrała się do schro­ni­ska z zamia­rem wybra­nia sym­pa­tycz­nego szcze­niaka. Zawsze chciała mieć przy sobie jakąś psią sło­dycz, roz­bra­ja­jące ślicz­no­ści, które wychowa od małego.

Tym­cza­sem natknęła się na niego – wiel­kiego, nie­zgrab­nego, nie­praw­do­po­dob­nie pospo­li­tego psa z zie­mi­stą sier­ścią. Skrzy­żo­wa­nie niedź­wie­dzia z mrów­ko­ja­dem.

I zako­chała się w nim od pierw­szego wej­rze­nia, gdy przez drzwiczki boksu spoj­rzała mu w oczy.

Każdy zasłu­guje na drugą życiową szansę, pomy­ślała, i zabrała Henry’ego do domu.

Ni­gdy nie dał jej powodu, by żało­wała tego impul­syw­nego gestu. Kochał ją miło­ścią abso­lutną, tak wielką, że nawet kiedy sypała do jego miski karmę, nie odry­wał od swo­jej pani wzroku peł­nego uwiel­bie­nia.

– Można jeść, kolego.

Dopiero na pole­ce­nie Henry wsa­dził pysk do miski.

Ona też powinna coś prze­ką­sić, zro­bić choćby mizerny pod­kład pod wino, ale nie miała ochoty na jedze­nie. Jesz­cze odro­bina trunku w krwio­biegu – i będzie mogła prze­stać myśleć, zasta­na­wiać się, nie­po­koić.

Przed­po­kój zosta­wiła otwarty, ale spraw­dziła zamki w zewnętrz­nych drzwiach. Gdyby ktoś bar­dzo się uparł, dostałby się do środka przez wej­ście dla psa, ale wtedy Henry natych­miast wsz­cząłby alarm.

Poszcze­ki­wał za każ­dym razem, gdy alejką pod domem prze­jeż­dżał jakiś samo­chód i choć przy­wi­tałby każ­dego intruza, obli­zu­jąc go z zachwy­tem – oczy­wi­ście wów­czas, kiedy już prze­stałby się go bać – to jed­nak korzyść z jego szcze­ka­nia była bez­dy­sku­syjna: nikt ni­gdy Laine swoją wizytą nie zasko­czył. No i ni­gdy, pod­czas tych czte­rech lat pobytu w Angel’s Gap, nie miała żad­nych nie­pro­szo­nych gości ani w domu, ani w skle­pie.

Aż do dzi­siaj, popra­wiła się w myślach.

W końcu posta­no­wiła jed­nak zamknąć także drzwi do przed­po­koju i wypu­ścić Henry’ego na wie­czorny spa­cer.

Przez chwilę miała ochotę zadzwo­nić do mamy, ale szybko zre­zy­gno­wała z tego pomy­słu. Bo i po co? Mama już od dawna pro­wa­dziła wyma­rzone uczciwe życie z wyma­rzo­nym uczci­wym męż­czy­zną. Zasłu­żyła sobie na ten luk­sus. Nie było sensu nisz­czyć jej tego ide­al­nego świata, mówiąc: „Cześć, wiesz wpa­dłam dzi­siaj na wujka Willy’ego, a potem to samo zro­bił dżip che­ro­kee”.

Z kie­lisz­kiem w ręku poszła na pię­tro. Naszy­kuje sobie coś do prze­gry­zie­nia, weź­mie gorącą kąpiel i wcze­śniej się położy.

Zapo­mni o tym, co się dzi­siaj stało.

„Zosta­wił dla cie­bie”. Tak powie­dział. Pew­nie bre­dził. A poza tym jeśli cokol­wiek zosta­wił, i tak tego nie chciała.

Miała już wszystko, co było jej potrzebne do szczę­ścia.

*

Max Gan­non dostał złe wia­do­mo­ści na temat Willy’ego od recep­cjo­ni­sty w Zajeź­dzie pod Czer­wo­nym Dachem, dokąd spro­wa­dził go świeży trop tego drob­nego cwa­niaczka. Lokalne wła­dze dotarły do motelu wcze­śniej, lecz Max mimo wszystko zain­we­sto­wał pierw­szy tego dnia bank­not dwu­dzie­sto­do­la­rowy w infor­ma­cję o nume­rze oraz klucz.

Gli­nia­rze nie zabrali jesz­cze rze­czy denata, a nawet, co było widać gołym nie­uzbro­jo­nym okiem, nie prze­pro­wa­dzili solid­nego prze­szu­ka­nia. Bo i niby po co mie­liby się szcze­gól­nie inte­re­so­wać poko­jem wyna­ję­tym przez ofiarę ulicz­nego wypadku. Dopiero kiedy się dowie­dzą, kim był zabity, wrócą i znacz­nie sta­ran­niej przy­łożą się do roboty.

Nawet nie zdą­żył się roz­pa­ko­wać, zauwa­żył Max.

W jedy­nej walizce – od Louisa Vuit­tona – zostały skar­petki, bie­li­zna oraz sta­ran­nie poskła­dane gar­ni­tu­rowe koszule. Willy nale­żał do porząd­nic­kich i lubił rze­czy fir­mowe. Gar­ni­tur powie­sił w sza­fie. Ele­gancki odcień sza­ro­ści, jed­no­rzę­dowa mary­narka, Hugo Boss. Do tego para czar­nych pół­bu­tów Fer­ra­gamo, usztyw­nio­nych pra­wi­dłami, usta­wio­nych porząd­nie na dnie szafy.

Max prze­szu­kał kie­sze­nie, uważ­nie spraw­dził pod­szewkę. Wyjął z butów pra­wi­dła i wetknął palce aż po czubki.

Prze­szedł do łazienki. Dokład­nie spraw­dził zestaw kosme­ty­ków od Diora. Pod­niósł pokrywę rezer­wu­aru, potem ukuc­nął i poszu­kał za sede­sem, zaj­rzał pod umy­walkę.

W sypialni wysu­nął po kolei wszyst­kie szu­flady, następ­nie prze­trzą­snął samą walizkę oraz jej zawar­tość. Spraw­dził też mate­rac na stan­dar­do­wym dwu­oso­bo­wym łóżku.

Nie minęła godzina, a on wie­dział już z całą pew­no­ścią, że Willy nie zosta­wił nic god­nego uwagi. Gdy wycho­dził, pokój wyglą­dał tak samo dzie­wi­czo jak przed jego wej­ściem.

Zasta­no­wił się, czy by nie zosta­wić recep­cjo­ni­ście jesz­cze jed­nej dwu­dziestki, z prośbą, żeby o jego wizy­cie nie wspo­mi­nał gli­nom, ale doszedł do wnio­sku, że w ten spo­sób tylko skło­niłby tego faceta do nie­po­trzeb­nych domy­słów.

Wsiadł do swo­jego Porsche, włą­czył Spring­ste­ena i poje­chał do miej­skiej kost­nicy upew­nić się, że jego naj­waż­niej­szy trop śledz­twa spo­czywa w lodówce.

Wetknął straż­ni­kowi dwu­dzie­staka i w zamian dostał mil­czącą zgodę na obej­rze­nie ciała. Z doświad­cze­nia wie­dział, że por­tret Andrew Jack­sona toruje drogę szyb­ciej i sku­tecz­niej niż wszel­kie wyja­śnie­nia, doku­menty oraz biu­ro­kra­cja.

– Głu­pek. Cho­lera, Willy, myśla­łem, że jesteś mądrzej­szy.

Patrząc na pora­nioną twarz trupa, wziął długi oddech.

Po kiego dia­bła ucie­ka­łeś? I co cię ścią­gnęło do tej dziury zabi­tej dechami w sta­nie Mary­land?

Co albo może: kto?

Ponie­waż Willy nie zamie­rzał mu nic powie­dzieć, Max wró­cił na drogę pro­wa­dzącą do Angel’s Gap, by tam pod­jąć trop wart miliony dola­rów.

*

Jeśli chcesz posłu­chać mało­mia­stecz­ko­wych plo­tek, musisz pójść tam, gdzie prze­sia­dują miesz­kańcy. Gdzie za dnia zbie­rają się przy kawie i prze­ką­skach, nato­miast wie­czo­rem scho­dzą się na coś moc­niej­szego.

Max, pod­jąw­szy decy­zję, że zosta­nie w Angel’s Gap jesz­cze dzień lub dwa, zamel­do­wał się w Hotelu Stru­dzony Podróż­nik. Naj­pierw zafun­do­wał sobie gorący prysz­nic i zmył z sie­bie pierw­sze dwa­na­ście godzin mija­ją­cego dnia. Naj­wyż­szy czas ruszyć szla­kiem numer dwa.

Zjadł cał­kiem przy­zwo­ity cie­pły posi­łek przy­nie­siony do pokoju, prze­glą­da­jąc jed­no­cze­śnie w lap­to­pie stronę stwo­rzoną przez Infor­ma­cję Tury­styczną Angel’s Gap. W oknie poświę­co­nym życiu noc­nemu zna­lazł kilka inte­re­su­ją­cych barów, klu­bów i kawiarni. Szu­kał jakie­goś lokal­nego pubu, do któ­rego wpada się na piwo, by zamie­nić parę słów z przy­ja­ciółmi.

Zna­lazł trzy, które mogły odpo­wia­dać jego ocze­ki­wa­niom, zaj­rzał do adre­sów i dokoń­czył jedze­nie nad wydru­kiem mapy.

Sym­pa­tyczne mia­steczko, uznał.

Oto­czone górami. Piękne widoki, mnó­stwo miejsc rekre­acyj­nych, zwłasz­cza dla entu­zja­stów sportu albo miło­śni­ków spę­dza­nia urlopu w przy­cze­pie lub pod namio­tem. Wystar­cza­jąco spo­kojne dla tych, któ­rzy pra­gnęli odpo­cząć od wiel­ko­miej­skiego życia, ale z pełną klasy ofertą kul­tu­ralną, a na doda­tek w roz­sąd­nej odle­gło­ści od kilku więk­szych aglo­me­ra­cji, więc dosko­nałe także dla tych, któ­rzy chcie­liby wysko­czyć w góry tylko na week­end.

Infor­ma­cja tury­styczna zachę­cała do sko­rzy­sta­nia z oferty polo­wa­nia, łowie­nia ryb, gór­skich wycie­czek i innych form spę­dza­nia czasu na świe­żym powie­trzu. Żadna z nich nie wydała się atrak­cyjna miesz­czu­chowi tkwią­cemu w Mak­sie. On, gdyby chciał zoba­czyć niedź­wie­dzia albo jele­nia w natu­ral­nym oto­cze­niu, włą­czyłby kanał Disco­very.

Tak czy ina­czej mia­steczko miało swój nie­za­prze­czalny urok, piękne strome uliczki, stare domy z solid­nej ciem­no­czer­wo­nej cegły… Poto­mac toczył wody sze­roko, dzie­ląc miej­sco­wość na dwie czę­ści, brzegi spi­nały piękne łuki mostów. Wiele kościel­nych iglic strze­lało w niebo, na nie­któ­rych miedź pokryła się miękką zie­le­nią świad­czącą o upły­wie czasu i zmien­nej pogo­dzie. Z daleka dobiegł długi sygnał nad­jeż­dża­ją­cego pociągu, powtó­rzony przez echo.

Na pewno jesie­nią, gdy drzewa stro­iły się w tysiące barw, oko­lica sta­no­wiła praw­dziwą ucztę dla oka. A zimą, gdy wszystko otu­lał biały śnieg, musiało być tu pięk­nie jak na pocz­tówce. Wszystko to jed­nak nie wyja­śniało, dla­czego Willy Young dał się prze­je­chać aku­rat tutaj, na Mar­ket Street.

Max byl zde­cy­do­wany zna­leźć odpo­wiedź na to pyta­nie. Wyłą­czył kom­pu­ter, chwy­cił uko­chaną kurtkę lot­ni­czą i ruszył w kurs po barach.

Rozdział 2

2

Pierw­szy minął, nawet się nie zatrzy­mu­jąc. Stło­czone przed wej­ściem Hogi i Har­leye wyraź­nie okre­ślały go jako przy­sta­nek dla moto­cy­kli­stów, a w takim miej­scu spo­kojni miesz­kańcy mia­steczka nie plot­kują o swo­ich spra­wach nad drin­kiem.

Drugi bar szybko zakla­sy­fi­ko­wał jako knajpkę stu­dencką, gdzie tło muzyczne zapew­niała jakaś dzi­waczna kapela alter­na­tywna, w kącie dwóch smu­ta­sów grało w sza­chy, a reszta gości odby­wała stan­dar­dowe rytu­ały godowe.

Trzeci oka­zał się wła­ściwy.

Pub U Artiego był miej­scem, gdzie facet może zapro­sić żonę, ale nie kochankę. W takim wła­śnie lokalu uma­wiasz się z przy­ja­ciółmi, spo­ty­kasz zna­jo­mych albo wpa­dasz na jed­nego w dro­dze do domu.

Max gotów był się zało­żyć, że dzie­więć­dzie­siąt pro­cent bywal­ców mówi sobie „ty”, a wcale nie­mała część jest wręcz spo­krew­niona ze sobą.

Usiadł przy barze, zamó­wił Becka z beczki i rozej­rzał się dookoła. Odbior­nik tele­wi­zyjny z wyłą­czo­nym dźwię­kiem, prze­ką­ski do piwa w pla­sti­ko­wych koszycz­kach, wielki Murzyn za kon­tu­arem i dwie kel­nerki roz­no­szące drinki.

Pierw­sza z kel­ne­rek przy­po­mi­nała mu biblio­te­karkę z liceum, która zawsze zda­wała się widzieć wszystko i wiecz­nie była z cze­goś nie­za­do­wo­lona. Niska, o roz­ło­ży­stych bio­drach, dobie­gała czter­dziestki. Błysk w jej oku zdra­dzał, że nie zno­siła plo­tek.

Druga miała dwa­dzie­ścia kilka lat i była z gatunku zalot­nych. Chęt­nie demon­stro­wała swoje zgrabne ciałko wci­śnięte w gładki czarny swe­te­rek i opięte dżinsy. Dzie­liła czas pracy równo na dwie połowy: tyle samo poświę­cała odrzu­ca­niu blond wło­sów, ile zbie­ra­niu pustych szkla­nek. Z tego, w jaki spo­sób odcho­dziła od służ­bo­wego sto­lika, jak strze­lała oczami, Max mógł się zało­żyć, że była kopal­nią infor­ma­cji i że podzieli się nimi z przy­jem­no­ścią.

Wziął jesz­cze tro­chę na wstrzy­ma­nie, ale w końcu uśmiech­nął się do niej sze­roko, kiedy sta­nęła przy barze, by zło­żyć zamó­wie­nia.

– Straszny dzi­siaj ruch – zagad­nął.

Odpo­wie­działa mu rów­nie sze­ro­kim uśmie­chem.

– Nie jest tak źle. – Prze­nio­sła cię­żar ciała na drugą nogę, odwra­ca­jąc się w jego stronę, co w języku ciała nie­za­wod­nie ozna­czało zapro­sze­nie do roz­mowy. – Pan nie­tu­tej­szy?

– Dużo jeż­dżę. W inte­re­sach.

– Mówi pan jak chło­pak z połu­dnia.

– Roz­szy­fro­wa­łaś mnie. Jestem z Savan­nah, ale dawno już nie zaglą­da­łem do domu. – Wycią­gnął rękę. – Max.

– Miło mi. Ja jestem Angie. Co to za inte­resy spro­wa­dziły cię do Gap?

– Ubez­pie­cze­nia.

Jej wujek sprze­da­wał polisy ubez­pie­cze­niowe, ale z pew­no­ścią nie byłby tak atrak­cyjną deko­ra­cją baro­wego stołka. Ten tutaj miał ponad metr osiem­dzie­siąt, z czego prze­wa­ża­jącą część sta­no­wiły dłu­gie nogi. Zbu­do­wany niczego sobie, ważył, tak na oko, osiem­dzie­siąt kilka dobrze roz­miesz­czo­nych kilo­gra­mów. A Angie wie­działa, że potrafi dobrze oce­nić na oko. Szczu­płą twarz obcego o dość ostrych rysach ota­czała szopa ciem­nych wło­sów, które po desz­czu uło­żyły się w mięk­kie fale. Ciem­no­brą­zowe oczy patrzyły przy­jaź­nie i bystro. Prze­cią­gał słowa, jakby w roz­ma­rze­niu. Gdyby nie lekko skrzy­wiona trójka, miałby uśmiech dosko­nały.

Podo­bali jej się bystrzy faceci, nie cał­kiem dosko­nali.

– Ubez­pie­cze­nia? Mnie byś na to nie nacią­gnął.

– Nikt nie zna swo­jego losu. – Wrzu­cił do ust kra­kersa, bły­ska­jąc w uśmie­chu bia­łymi zębami. – A więk­szość ludzi ryzy­kuje. Zupeł­nie jakby sądzili, że będą żyli wiecz­nie. – Pocią­ga­jąc łyk piwa, zauwa­żył, że kel­nerka zer­k­nęła na jego lewą dłoń. Spraw­dziła, czy ma obrączkę, czy jest żonaty. – A prze­cież każdy musi umrzeć. Podobno nie dalej jak dziś rano jakiś bie­dak dał się prze­ro­bić na mia­zgę na Main Street.

– Mar­ket Street – popra­wiła odru­chowo, a Max Gan­non przy­wo­łał na twarz wyraz zacie­ka­wie­nia. – To się stało na Mar­ket Street. Facet wybiegł pro­sto pod koła dżipa panny Leager. Bie­daczka, nie może dojść do sie­bie.

– Przy­kra sprawa. Zwłasz­cza że to chyba nie była jej wina.

– No wła­śnie. Mnó­stwo ludzi widziało ten wypa­dek, nic się nie dało zro­bić. Wybiegł jej pro­sto pod koła.

– Fatal­nie. I jesz­cze pew­nie go znała… Tak to już bywa w małych mia­stecz­kach.

– A, nie, nikt go nie znał. Nie był stąd. Podobno aku­rat wycho­dził ze Skar­bów Prze­szło­ści… Pra­cuję tam na pół etatu. Sprze­da­jemy antyki, różne pamiątki i dro­bia­zgi… Może szu­kał cze­goś na pre­zent. Straszne. Po pro­stu okrop­ność.

– Co zro­bić, takie życie. Widzia­łaś wypa­dek?

– Nie… Aku­rat mia­łam wolne – zamil­kła, jakby pró­bo­wała zde­cy­do­wać, czy jest jej z tego powodu żal, czy wręcz prze­ciw­nie, cie­szy się, że nie była świad­kiem czy­jejś śmierci. – Jakoś nie mogę zro­zu­mieć, dla­czego on tak wypadł na ulicę. Strasz­nie wtedy lało… Pew­nie nie widział samo­chodu.

– Po pro­stu pech.

– No wła­śnie.

– Angie, roz­nie­siesz wresz­cie te drinki, czy zacze­kasz, aż pójdą same? – ode­zwała się biblio­te­karka.

Angie prze­wró­ciła oczami.

– Już idę. – Puściła do Maxa per­skie oko i wzięła ciężką tacę. – Poga­damy póź­niej?

– Jasne.

Zanim wró­cił do hotelu, miał cał­kiem nie­złe poję­cie o poczy­na­niach Willy’ego. Nie­bie­ski pta­szek zamel­do­wał się w motelu poprzed­niego wie­czora, około dzie­sią­tej, i z góry zapła­cił gotówką za trzy­dniowy pobyt. No, raczej nie upo­mni się o zwrot nad­pła­co­nej sumy. Następ­nego ranka samot­nie zjadł śnia­da­nie w barku, a potem wyna­ję­tym samo­cho­dem poje­chał na Mar­ket Street, gdzie zapar­ko­wał dwie prze­cznice na pół­noc od Skar­bów Prze­szło­ści.

Ponie­waż Willy’ego naj­wy­raź­niej nie inte­re­so­wały w tej oko­licy żadne sklepy, kawiar­nie ani inne miej­sca poza skle­pi­kiem z anty­kami, nasu­wało się jedyne logiczne roz­wią­za­nie: zapar­ko­wał daleko od celu i mimo ulew­nego desz­czu szedł na pie­chotę z ostroż­no­ści. Albo cier­piał na para­noję.

Ponie­waż stra­cił życie, nale­żało posta­wić na ostroż­ność.

Teraz nasu­wało się pyta­nie, czego Willy szu­kał w skle­piku z pamiąt­kami w Angel’s Gap, dokąd przy­je­chał aż z Nowego Jorku, sta­ran­nie zacie­ra­jąc za sobą ślady.

Czy tam był punkt prze­rzu­towy? Jakiś kon­takt?

Max ponow­nie włą­czył kom­pu­ter i wszedł na stronę główną mia­sta. Po kilku klik­nię­ciach zna­lazł wizy­tówkę Skar­bów Prze­szło­ści. Antyki, stara rodowa biżu­te­ria, różne gratki dla kolek­cjo­ne­rów. Kupno i sprze­daż.

Zapi­sał nazwę sklepu na pod­kładce i dodał „Paser?”. Oto­czył słowo podwój­nym okrę­giem.

Obej­rzał godziny otwar­cia, numery tele­fonu i faksu, adres elek­tro­niczny, zwra­ca­jąc uwagę na fakt, że kupione rze­czy wysy­łano na cały świat.

A potem zauwa­żył nazwi­sko wła­ści­cielki.

Laine Tavish.

Był prze­ko­nany, że nie miał tego nazwi­ska na swo­jej liście, ale i tak dla pew­no­ści zer­k­nął w zapi­ski. Żad­nej Laine, upew­nił się, żad­nej Tavish. Ale była Ela­ine O’Hara. Jedyna córka Wiel­kiego Jacka.

Wydął wargi w zamy­śle­niu i odchy­lił się na opar­cie krze­sła. Mia­łaby dziś jakieś… dwa­dzie­ścia osiem, może dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Inte­re­su­jące. Może nie­odrodna córeczka poszła w ślady tatuśka i też została zło­dziejką? Zmie­niła imię, nazwi­sko i przy­cup­nęła w jakimś zabi­tym dechami gór­skim mia­steczku?

No, wresz­cie zaczęło to wszystko nabie­rać tro­chę sensu.

*

Po czte­rech latach w Angel’s Gap Laine wie­działa, czego się spo­dzie­wać rano po otwar­ciu Skar­bów Prze­szło­ści.

Pierw­sza przyj­dzie Jenny, odro­binę spóź­niona, przy­nie­sie świeże ciastka, może pączki. Była w szó­stym mie­siącu ciąży i rzadko zda­rzało jej się prze­trwać dłu­żej niż dwa­dzie­ścia minut bez zje­dze­nia cze­goś ocie­ka­ją­cego cukrem i tłusz­czem. W rezul­ta­cie Laine także zaczy­nała spo­glą­dać na swoją wagę łazien­kową z pewną nie­chę­cią. Jenny zwy­kle popi­jała ciastka jakąś zio­łową her­batką zapa­rzoną w ter­mo­sie, od któ­rej wyraź­nie się uza­leż­niła.

Naj­pierw zacznie wypy­ty­wać o wyda­rze­nia poprzed­niego dnia. Cho­ciaż jako żona szefa poli­cji miała już infor­ma­cje od męża, to wcale nie pogar­dzi wer­sją Laine.

Dokład­nie o dzie­sią­tej zaczną się scho­dzić cie­kaw­scy.

Nie­któ­rzy, pomy­ślała Laine, wkła­da­jąc do kasy drobne na wyda­wa­nie reszty, będą uda­wali, że chcą coś kupić, inni nawet nie zada­dzą sobie trudu, by ukry­wać, że przy­szli po naj­śwież­sze plotki.

Znowu będzie musiała przejść przez to wszystko. Znowu będzie kła­mała, a w każ­dym razie uni­kała szcze­rych odpo­wie­dzi, uda­jąc, że ni­gdy wcze­śniej nie widziała męż­czy­zny, który przed­sta­wił się jako Jasper Peter­son. Już dawno nauczyła się ukry­wać twarz za odpo­wied­nią maską, by prze­trwać kolejny dzień. Prze­ra­ża­jące, do jakiej doszła wprawy.

Gdy poja­wiła się Jenny, spóź­niona zale­d­wie pięć minut, Laine była już gotowa.

Żona miej­sco­wego stróża prawa przy­wo­dziła na myśl psot­nego aniołka. Była krą­gła i miękka, różowo-biała, miała piwne oczy o lekko unie­sio­nych zewnętrz­nych kąci­kach. Gęste czarne włosy spi­nała czę­sto, tak jak dzi­siaj, w luźny kok na czubku głowy. Ubrana była w obszerny czer­wony swe­ter, roz­cią­gnięty na wysta­ją­cym brzu­chu, wor­ko­wate dżinsy i stare mar­tensy.

Sta­no­wiła abso­lutne prze­ci­wień­stwo Laine: nie­po­rządna, impul­sywna, nie­zdy­scy­pli­no­wana, praw­dziwa emo­cjo­nalna trąba powietrzna. Dokład­nie za taką przy­ja­ciółką Laine tęsk­niła przez całe dzie­ciń­stwo. I uwa­żała tę zna­jo­mość za jeden z naj­cud­niej­szych uśmie­chów losu.

– Umie­ram z głodu – oznaj­miła Jenny. – A ty? – Rzu­ciła na ladę pudełko z logo pie­karni i gorącz­ko­wym ruchem roz­darła wieczko. – Ślinka mi leci od samego zapa­chu. Myśla­łam, że nie dojdę, cho­ciaż od Kro­sena to prze­cież dwa kroki. Mało bra­ko­wało, a zaczę­ła­bym wyć. – Wepchnęła do ust więk­szą część ciastka z gala­retką. – Mar­twi­łam się o cie­bie. Co prawda zapew­nia­łaś mnie wczo­raj, że wszystko w porządku, to tylko ból głowy i nie ma o czym mówić, i tak dalej, ale przez tele­fon można sobie gadać, co się chce. A ja się o cie­bie mar­twię i już.

– Nic mi się nie stało. To wszystko było straszne, ale jakoś prze­ży­łam.

Jenny pod­su­nęła jej pudełko.

– Zjedz coś słod­kiego.

– Boże… Czy ty wiesz, ile trzeba się potem namę­czyć, żeby to zrzu­cić z bio­der?

Jenny tylko się uśmiech­nęła, a Laine się­gnęła po ciastko z kre­mem.

– Daj spo­kój, twoje bio­dra zniosą to jedno ciastko. – Okrą­głymi ruchami pogła­dziła wysta­jący brzuch. – Coś mi się zdaje, że mało dzi­siaj spa­łaś.

– Jakoś nie mogłam się uło­żyć. – Choć bar­dzo się sta­rała nie patrzeć w stronę okna, jed­nak zer­k­nęła na witrynę. – Byłam ostat­nią osobą, z jaką roz­ma­wiał, a spła­wi­łam go, bo mia­łam klien­tów!

– Wyobra­żasz sobie, jak się dzi­siaj czuje Missy? A w końcu nie jest bar­dziej winna niż ty. – Ruszyła na zaple­cze kacz­ko­wa­tym cho­dem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla cię­żar­nych i po chwili wró­ciła z dwoma kub­kami. – Popij ten cukier her­batą. Przyda ci się tro­chę ener­gii, bo ina­czej nie wytrzy­masz tej karu­zeli, jaka się zacznie minutę po otwar­ciu. Zaj­rzy tu każda żywa dusza.

– Wiem.

– Vince nie zamie­rza pusz­czać pary z ust, póki nie dowie się cze­goś kon­kret­nego, ale plotka i tak się rozej­dzie, a w końcu my też mamy prawo wie­dzieć.

Zaczyna się, pomy­ślała Laine.

– Co mamy prawo wie­dzieć?

– No, na przy­kład, jak się nazy­wał. Bo prze­cież nie tak, jak na tej wizy­tówce, co ci ją dał.

– Słu­cham?

– Na pra­wie jazdy i na kar­tach kre­dy­to­wych znaj­do­wało się inne imię i nazwi­sko – cią­gnęła Jenny pod­eks­cy­to­wana. – Na wizy­tówce był pseu­do­nim. Naprawdę nazy­wał się Wil­liam Young. Mało tego, to dawny ska­za­niec.

Laine z przy­kro­ścią słu­chała, jak męż­czy­znę, któ­rego wspo­mi­nała tak cie­pło, nazy­wano daw­nym ska­zań­cem, jakby to okre­śle­nie naj­peł­niej go cha­rak­te­ry­zo­wało. Nie­na­wi­dziła sie­bie za to, że nie zro­biła nic, by go bro­nić.

– Żar­tu­jesz. Ten kur­du­pel?

– Kra­dzież, oszu­stwo, paser­stwo – tyle mu udo­wod­niono. Z tego, co mi się udało wydo­być od Vince’a, podej­rze­wano go o znacz­nie wię­cej. Zawo­dowy kry­mi­na­li­sta. A do nas przy­je­chał pew­nie po to, żeby obro­bić jakiś sklep!

– Jenny, oglą­dasz sta­now­czo za dużo kry­mi­na­łów.

– Nie­prawda! Kto wie, co by się stało, gdy­byś była tutaj sama! A gdyby miał broń?

Laine strzep­nęła cukier z pal­ców.

– A miał?

– No nie, nie miał… Ale mógł mieć. Mógł cię obra­bo­wać.

– Zawo­dowy kry­mi­na­li­sta miałby się faty­go­wać aż do Angel’s Gap, żeby obra­bo­wać mój sklep? Rany, reklama w Inter­ne­cie rze­czy­wi­ście czyni cuda.

Jenny bar­dzo chciała zro­bić obu­rzoną minę, ale nie zdo­łała i wybuch­nęła śmie­chem.

– Dobra, niech ci będzie, pew­nie nie pla­no­wał skoku i nie chciał obra­bo­wać two­jego uko­cha­nego kramu.

– Będę zobo­wią­zana, jeśli prze­sta­niesz nazy­wać mój sklep kra­mem.

– Tak czy ina­czej, coś pla­no­wał. Dał ci wizy­tówkę, no nie?

– Ow­szem, ale…

– Więc może miał nadzieję, że sprzeda u cie­bie jakieś skra­dzione rze­czy. Kto przy zdro­wych zmy­słach szu­kałby w takim miej­scu gorą­cego towaru? To samo powie­dzia­łam Vince’owi: pew­nie nie­dawno zro­bił skok, a że jego nor­malny kanał się zablo­ko­wał albo coś w tym stylu, musiał szu­kać spo­sobu, żeby się pozbyć tref­nych gadże­tów, i to pew­nie szybko.

– I ze wszyst­kich skle­pi­ków z anty­kami na tym świe­cie wybrał wła­śnie mój! – Roze­śmiała się Laine, ale serce pode­szło jej do gar­dła, bo kto wie, może fak­tycz­nie taka była przy­czyna poja­wie­nia się Willy’ego na jej progu.

– No wiesz, gdzieś musiał pójść, dla­czego aku­rat nie tu?

– Bo to życie, a nie serial tele­wi­zyjny?

– Musisz przy­znać, że to dziwne.

– Tak, przy­znaję, to dziwne i smutne. Ale, ale: wybiła dzie­siąta. Otwie­ramy – i zoba­czymy, co przy­nie­sie dzień.

Tak jak ocze­ki­wała, poja­wili się plot­ka­rze i cie­kaw­scy żądni sen­sa­cji. Jenny świet­nie sobie radziła: z zapa­łem oma­wiała kolejne teo­rie, a jed­no­cze­śnie cudow­nie zaj­mo­wała się sprze­dażą. Laine stchó­rzyła. Zasła­nia­jąc się papier­kową robotą, ucie­kła na zaple­cze, zosta­wiła obsługę klien­tów pomoc­nicy. Nie­stety, udało jej się skraść tylko dwa­dzie­ścia minut.

– Chodź. – Jenny wetknęła głowę w drzwi pro­wa­dzące na zaple­cze. – Musisz zoba­czyć to zja­wi­sko.

– Jeżeli to nie pies żon­glu­jący w cza­sie jazdy na jed­no­ko­ło­wym rowe­rze, nie odry­waj mnie od pracy.

– Co tam pies! Lep­szy cyrk! – Jenny spoj­rzała przez ramię i wró­ciła do sklepu, zosta­wia­jąc otwarte drzwi.

Cie­ka­wość zwy­cię­żyła, Laine wyszła z zaple­cza.

Trzy­mał w ręku zie­lony kie­lich z gru­bego szkła. Oglą­dał go pod świa­tło. Kru­chy przed­miot wyda­wał się zbyt deli­katny, zbyt kobiecy dla wyso­kiego męż­czy­zny, ubra­nego w znisz­czoną kurtkę lot­ni­czą i spor­towe buty. Ale ten wyjąt­kowy okaz odsta­wił naczy­nie z nie­spo­ty­kaną deli­kat­no­ścią i pod­niósł dru­gie, iden­tyczne, by je pod­dać rów­nie uważ­nym oglę­dzi­nom.

– Mmm… – Jenny wydała taki sam dźwięk jak wów­czas, gdy z ape­ty­tem spo­glą­dała na ciastko z gala­retką. – No, z takiego źró­dła każda kobieta chęt­nie będzie piła wiel­kimi hau­stami.

– Cię­żarna kobieta i w dodatku mężatka nie powinna się śli­nić na widok obcych męż­czyzn.

– Jestem cię­żarną kobietą i mężatką, ale nie śle­pym bez­gu­ściem.

– Niech ci będzie. – Laine trą­ciła przy­ja­ciółkę łok­ciem. – Dosyć tego. Do roboty.

– Ty się nim zaj­mij. Ja muszę wyjść. Wiesz, jak to cię­żarna kobieta, na siu­siu.

Zanim Laine zdą­żyła zapro­te­sto­wać, Jenny znik­nęła. Nie było się o co zło­ścić, sytu­acja wyda­wała się raczej zabawna.

– Dzień dobry – powi­tała klienta.

Oczy­wi­ście miała na twa­rzy uśmiech sym­pa­tycz­nej sprze­daw­czyni.

Odwró­cił się i spoj­rzał jej pro­sto w oczy.

Nagle świat zawi­ro­wał i nogi się pod nią ugięły. Odnio­sła wra­że­nie, jakby coś wysy­sało jej z głowy wszyst­kie sen­sowne myśli, a na ich miej­scu zostało jedy­nie: O rany! O kur­czę! No, no, no!

– Witam. – Na­dal trzy­mał w ręku szkło.

Ma oczy jak tygrys, pomy­ślała Laine nie­przy­tom­nie. Wiel­kie, groźne, dra­pieżne. I ten pół­u­śmie­szek, z jakim sza­co­wał ją wzro­kiem… Obu­dził w niej pożą­da­nie! Zasko­czona wła­sną reak­cją roze­śmiała się cicho i pokrę­ciła głową.

– Prze­pra­szam, zamy­śli­łam się. Pan coś kolek­cjo­nuje?

– Jesz­cze nie. Za to moja mama, ow­szem.

– Rozu­miem. – Dba o mamę! Prze­słodki! – Inte­re­suje ją coś szcze­gól­nego?

Poka­zał w uśmie­chu wszyst­kie zęby, a Laine rap­tem stra­ciła resztki przy­tom­no­ści umy­słu.

– Nie ogra­ni­cza się do kon­kret­nej dzie­dziny. Ceni sobie róż­no­rod­ność i nie­spo­dzianki. Ja też. – Odsta­wił szkło. – Podo­ba­łoby jej się tutaj.

– Słu­cham?

– Pani skle­pik to raj dla kolek­cjo­nera.

– Dzię­kuję.

Podob­nie jak ty, pomy­ślał Max cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie. Taka pro­mienna. Włosy, oczy, uśmiech… Śliczna jak deser tru­skaw­kowy, ale o niebo bar­dziej sek­sowna. Nie tak jak ta bru­netka, wylewna, pra­wie try­wialna, o nie… Ta jest dys­kretna, zaska­ku­jąca, intry­gu­jąca…

– Pan z Geo­r­gii? – spy­tała.

Leciutko uniósł lewą brew.

– Brawo.

– Pozna­łam po wymo­wie. Znam się na tym. Szuka pan pre­zentu uro­dzi­no­wego dla mamy?

– Prze­stała obcho­dzić uro­dziny jakieś dzie­sięć lat temu. Od tam­tej pory ten dzień roku nazy­wamy po pro­stu dniem Mar­lene i nie liczymy upły­wa­ją­cych lat.

– Mądra kobieta. Te kie­li­chy, które pan oglą­dał, to frag­ment zastawy do pod­wie­czorku, nie­czę­sto można je zna­leźć. Rzadko się spo­tyka cały kom­plet, sześć sztuk, na doda­tek w takim sta­nie. Zapro­po­nuję panu korzystną cenę.

Znowu wziął do ręki szkło, ale patrzył na Laine.

– Powi­nie­nem się tar­go­wać?

– Tak każe dobry oby­czaj. – Przy­su­nęła się o krok, pod­nio­sła drugi kie­li­szek, poka­zała mu przy­kle­joną pod spodem cenę. – Jak pan widzi, są po pięć­dzie­siąt za sztukę, ale jeśli weź­mie pan kom­plet, oddam za dwie­ście sie­dem­dzie­siąt pięć.

– Pro­szę mnie źle nie zro­zu­mieć, ale… ślicz­nie pani pach­nie. – Zapach był przy­tłu­miony, sub­telny, nie­zau­wa­żalny aż do chwili, gdy mocno ude­rzył w noz­drza. – Naprawdę urze­ka­jąco. Dwie­ście dwa­dzie­ścia pięć.

Ni­gdy w życiu nie flir­to­wała, zwłasz­cza z klien­tami, tym razem jed­nak, sama nie zda­jąc sobie z tego sprawy, odwró­ciła się do niego, sta­jąc nieco bli­żej niż przy jakim­kol­wiek innym kupu­ją­cym i uśmiech­nęła się cie­pło wprost do tych groź­nych oczu dra­pież­nika.

– Cie­szę się, że się panu podo­bają. Jeśli wezmę dwie­ście sześć­dzie­siąt, dam się obra­bo­wać.

– Pro­szę dorzu­cić prze­syłkę do Savan­nah i kola­cję w moim towa­rzy­stwie, a dobi­jemy targu.

Strasz­nie dawno, sta­now­czo zbyt dawno czuła ostatni raz ten wewnętrzny dreszcz nie­po­ko­jący ciało.

– Dzi­siaj dostawa oraz drink, z uwzględ­nie­niem moż­li­wo­ści kola­cji w ter­mi­nie póź­niej­szym. To uczciwa oferta.

– Rze­czy­wi­ście. O siód­mej? Może w Hotelu Stru­dzony Podróż­nik? Mają tam ponoć dość sym­pa­tyczny bar.

– Jak naj­bar­dziej. Może być o siód­mej. Jak pan chce zapła­cić?

Podał jej kartę kre­dy­tową.

– Max Gan­non – prze­czy­tała. – Tak po pro­stu: Max? Nie Maxwell, Maxi­mil­lian, Maxfield? – Skrzy­wił się lekko, a ona wybuch­nęła śmie­chem. – Czyli Maxfield, jak Maxfield Par­rish.

– Zwy­czaj­nie Max – oznaj­mił sta­now­czo.

– Niech będzie „zwy­czaj­nie Max” – zgo­dziła się gładko. – Mam kilka bar­dzo dobrze opra­wio­nych pla­ka­tów Par­ri­sha.

– Zapa­mię­tam.

Weszła za ladę, poło­żyła na bla­cie for­mu­larz dostawy.

– Pro­szę to wypeł­nić, wyślemy towar dziś po połu­dniu.

– I jesz­cze ope­ra­tywna. – Oparł się na kon­tu­arze i zaczął wypeł­niać rubryczki. – Pani już wie, jak się nazy­wam. Powie mi pani coś o sobie?

– Nazy­wam się Laine Tavish.

Cią­gle uśmiech­nięty, pod­niósł na nią oczy.

– Zwy­czaj­nie Laine? Nie Ela­ine?

Nawet nie mru­gnęła.

– Zwy­czaj­nie Laine. – Wstu­kała należ­ność w kasę i podała mu uro­czą kartkę na życze­nia. – Opa­ku­jemy pre­zent odświęt­nie i dołą­czymy tę wizy­tówkę, jeśli zechce pan do mamy napi­sać kilka słów.

W tej chwili ode­zwał się dzwo­nek nad drzwiami i do sklepu weszły bliź­niaczki.

– Laine – Carla zmie­rzała pro­sto do lady. – Jak się trzy­masz?

– Dobrze. Dosko­nale. Zaraz do was podejdę.

– Mar­twi­ły­śmy się o cie­bie, prawda, Darlo?

– O tak, i to bar­dzo.

– Nie­po­trzeb­nie – zawo­łała Jenny dziw­nie wystra­szona. Inter­lu­dium z Maxem pozwo­liło jej zapo­mnieć o smutku i nie­po­koju, a teraz znów przy­po­mniała sobie o Wil­lym. – Zaraz przy­niosę wasze dro­bia­zgi, tylko skoń­czę.

– Nie śpiesz się. – Carla prze­krzy­wiła głowę, żeby prze­czy­tać miej­sce dostawy. – Nasza kochana Laine jest dumna z jako­ści obsługi – poin­for­mo­wała Maxa.

– I jako­ści dostawy także, jak sądzę. Dro­gie panie, sta­no­wi­cie praw­dziwą ucztę dla oka.

Bliź­niaczki rów­no­cze­śnie spie­kły raka.

– Pań­ska karta – ode­zwała się Laine. – I rachu­nek.

– Dzię­kuję pani.

– Mam nadzieję, że pre­zent spodoba się mamie.

– Na pewno. – Zaśmiał się do niej samymi oczami i zwró­cił do bliź­nia­czek: – Żegnam panie.

Trzy kobiety odpro­wa­dziły go wzro­kiem. Po jego wyj­ściu dłuż­szy czas pano­wała cisza, aż wresz­cie Carla wypu­ściła długo wstrzy­my­wany oddech.

– O rrrany – powie­działa. I nic wię­cej.

Max spo­waż­niał od razu za pro­giem.

Nie ma powodu, żebym czuł się winny, prze­ko­ny­wał sam sie­bie. Zapro­sze­nie atrak­cyj­nej kobiety na drinka to nic szcze­gól­nego, zwy­kła uprzej­mość oraz jego nie­za­prze­czalne prawo jako samot­nego męż­czy­zny bez szcze­gól­nych zobo­wią­zań.

A poza tym w ogóle nie miał prze­ko­na­nia do poczu­cia winy. Kłam­stwo, mija­nie się z prawdą, uda­wa­nie i oszu­stwo sta­no­wiły część jego pracy. Przy tym nale­żało także pamię­tać, że w zasa­dzie prze­cież jej nie okła­mał… na razie.

Wkrótce sta­nął w miej­scu, skąd dosko­nale widać było frag­ment ulicy, gdzie Willy stra­cił życie.

Okła­mie ją jedy­nie wów­czas, gdy się okaże, że jest w to wszystko zamie­szana. A jeśli jest, to kłam­stwa będą tylko drob­nym pre­lu­dium do kosz­mar­nego ciągu dal­szego.

Mar­twił go brak pew­no­ści, brak nawet naj­lżej­szego prze­czu­cia. Zwy­kle miał nosa do takich spraw, wła­śnie dla­tego był taki dobry w swoim fachu. Tym­cza­sem Laine Tavish otu­ma­niła go tak kom­plet­nie, że nie czuł nic poza słod­kim, wszech­ogar­nia­ją­cym zawro­tem głowy, gro­żą­cym kom­plet­nym odu­rze­niem.

Gdy uda­wało mu się wyrzu­cić z pamięci wiel­kie błę­kitne oczy oraz kuszący uśmiech i sku­pić się na rachunku praw­do­po­do­bień­stwa, docho­dził do wnio­sku, że ta kobieta sie­dzi w całej spra­wie po samą smu­kłą szyję. A on zawsze wie­rzył rachun­kowi praw­do­po­do­bień­stwa. Willy zło­żył jej wizytę, następ­nie zaś gwał­tow­nie zakoń­czył życie tuż przed jej skle­pem. Wystar­czy się dowie­dzieć, dla­czego tak się stało, a będzie to duży krok w stronę bły­sko­tli­wego, a nawet lśnią­cego zakoń­cze­nia tej histo­rii.

Gdyby nato­miast musiał wyko­rzy­stać Laine, żeby do tego końca dotrzeć, takie zawroty głowy byłyby mocno nie­wska­zane.

Wró­cił do hotelu, wyjął z kie­szeni rachu­nek i sta­ran­nie wyse­lek­cjo­no­wał odci­ski pal­ców. Zna­lazł cał­kiem przy­zwo­ity ślad kciuka oraz palca wska­zu­ją­cego. Zeska­no­wał je i wysłał do przy­ja­ciela, który pchnie sprawę dalej, nie zada­jąc zbęd­nych pytań.

Potem usiadł wygod­niej, uło­żył palce jak pia­ni­sta szy­ku­jący się do kon­certu i włą­czył się do ruchu na infor­ma­tycz­nej auto­stra­dzie.

Pogrą­żony w pracy wypił kawę, zjadł kanapkę z kur­cza­kiem i popra­wił naprawdę cał­kiem przy­zwo­itą szar­lotką. Zna­lazł domowy adres Laine, a gdzieś mię­dzy tele­fo­nem i e-mailem infor­ma­cję, że kupiła dom oraz zało­żyła skle­pik na Mar­ket Street przed czte­rema laty. Poprzed­nio miesz­kała w Fila­del­fii. Jesz­cze odro­bina poszu­ki­wań i oka­zało się, że zaj­mo­wała wtedy lokal w apar­ta­men­towcu.

Posłu­gu­jąc się meto­dami nie do końca etycz­nymi, poświę­cił jesz­cze tro­chę czasu na zapo­zna­nie się z życio­ry­sem Laine Tavish i w końcu zaczął uzy­ski­wać dość spójny obraz. Edu­ka­cję ukoń­czyła w Pen­syl­wa­nii. Była wtedy pod opieką rodzi­ców: Mari­lyn i Roberta Tavi­shów.

Dziwne. Max w zamy­śle­niu zabęb­nił pal­cami o blat biurka. Żona Jacka O’Hary ma… czy też może miała na imię Mari­lyn. Czy to aby odro­binę nie za duży zbieg oko­licz­no­ści?

– Sie­dzisz w tym po uszy, ślicz­notko – mruk­nął i zde­cy­do­wał, że czas poważ­niej zabrać się do roboty.

Znał różne spo­soby i spo­so­biki na wydo­by­cie szcząt­ków infor­ma­cji, które pro­wa­dziły do kolej­nych rów­nie nie­wiel­kich, lecz istot­nych frag­men­tów wie­dzy. Pozwo­le­nie na pro­wa­dze­nie han­dlu anty­kami pani Laine Tavish było, zgod­nie z wymo­gami prawa, umiesz­czone w skle­pie na widocz­nym miej­scu. Numer licen­cji posłu­żył Maxowi jako odskocz­nia. Kilka fine­zyj­nych posu­nięć dopro­wa­dziło go do jej wnio­sku o wyda­nie doku­mentu oraz numeru ubez­pie­cze­nia.

To mu wystar­czyło. Korzy­sta­jąc z cyfr, intu­icji oraz pro­wa­dzony nie­na­sy­coną cie­ka­wo­ścią, wyśle­dził swój obiekt, dotarł aż do jej domu, w archi­wach sądo­wych odszu­kał nazwę banku udzie­la­ją­cego kre­dytu, a gdyby zła­mał jesz­cze kilka para­gra­fów, dotarłby nawet do poda­nia o pożyczkę.

Byłaby to inte­re­su­jąca roz­rywka, bo Max uwiel­biał wyko­rzy­sty­wać moż­li­wo­ści pod­su­wane przez współ­cze­sną tech­no­lo­gię, ale dowie­działby się jedy­nie, skąd pocho­dziła, a nie, co się z nią działo teraz.

Cof­nął się do jej rodzi­ców i zato­nął w poszu­ki­wa­niach, które – jak się wkrótce oka­zało – wyma­gały zamó­wie­nia dru­giego dzbanka kawy. Kiedy w końcu odna­lazł Roberta oraz Mari­lyn Tavi­shów w Taos, w sta­nie Nowy Mek­syk, pokrę­cił głową z powąt­pie­wa­niem.

Laine nie paso­wała mu na miesz­kankę zachodu. Nie. Sta­now­czo pocho­dziła ze wschodu, z jakie­goś dużego mia­sta. Tym­cza­sem gdy tak o tym roz­my­ślał, dotarł do infor­ma­cji, że Bob i Mari­lyn są wła­ści­cie­lami cze­goś o nazwie Rundka, co oka­zało się knajpką z gril­lem, ulo­ko­waną na zacho­dzie kraju i rekla­mo­waną na odręb­nej stro­nie w Sieci.

Dzi­siaj już każdy ma swoją stronę, pomy­ślał Max.

Znaj­do­wało się na niej nawet zdję­cie sze­roko uśmiech­nię­tej pary wła­ści­cieli obok gigan­tycz­nego kar­to­no­wego kow­boja z las­sem. Max powięk­szył i wydru­ko­wał foto­gra­fię, następ­nie ruszył dalej w inter­ne­tową dżun­glę. Menu wyeks­po­no­wane na wir­tu­al­nej stro­nie robiło nie­naj­gor­sze wra­że­nie, a „Dia­bel­nie ostry sos Roba” można było zamó­wić drogą elek­tro­niczną.

Rob, zano­to­wał sobie w pamięci Max. Nie Bob, tylko Rob.

Zado­wo­leni z życia, uznał, przy­glą­da­jąc się odbitce. Zwy­kli ludzie pracy, pro­wa­dzący wła­sny inte­res. Mari­lyn Tavish nie wyglą­dała ani na byłą żonę zło­dzieja i oszu­sta, ani na podej­rzaną wspól­niczkę tego sza­chraja, który nie tylko snuł zuchwałe plany, ale i dążył do ich speł­nie­nia. Spra­wiała raczej wra­że­nie kobiety, która z przy­jem­no­ścią przy­szy­kuje kanapkę, a potem z uśmie­chem na ustach pój­dzie wie­szać pra­nie.

Zano­to­wał, że Rundka działa od ośmiu lat, co ozna­czało, że musieli zacząć pro­wa­dzić inte­res, kiedy Laine była w col­lege’u. Na chy­bił tra­fił zalo­go­wał się na stro­nie lokal­nej gazety, zanur­ko­wał w archiwa i szpe­rał w poszu­ki­wa­niu Tavi­shów.

Zna­lazł aż sześć takich rodzin, co go nieco zdzi­wiło. O pierw­szej z nich wspo­mniano przy oka­zji otwar­cia restau­ra­cji. Prze­czy­tał uważ­nie cały arty­kuł, zwra­ca­jąc baczną uwagę na wtręty zdra­dza­jące szcze­góły życia oso­bi­stego opi­sy­wa­nych osób. Takie jak ten, że Tavi­sho­wie byli mał­żeń­stwem od sze­ściu lat, że poznali się, według autora arty­kułu w Chi­cago, gdzie Mari­lyn pra­co­wała jako kel­nerka, a Rob sprze­da­wał samo­chody marki Chry­sler. Zna­lazła się tam także krótka wzmianka o córce, która na Wschod­nim Wybrzeżu koń­czyła col­lege na wydziale han­dlu. Rob zawsze marzył o otwar­ciu wła­snego inte­resu i tak dalej, w końcu namó­wił żonę, by wyko­rzy­stała swoje kuli­narne talenty pro­fe­sjo­nal­nie, a nie tylko kar­miąc przy­ja­ciół i sąsia­dów na pik­ni­kach.

W innych arty­ku­łach Max zna­lazł infor­ma­cje o zain­te­re­so­wa­niu Roba miej­scową poli­tyką; Mari­lyn nato­miast zwią­zała się z radą arty­styczną Taos. Kolejne zdję­cie upa­mięt­niało obchody pią­tej rocz­nicy ist­nie­nia Rundki, przy­ję­cie na świe­żym powie­trzu, połą­czone z prze­jażdż­kami na kucy­kach dla dzieci.

A także roz­pro­mie­nioną parę, obej­mu­jącą roze­śmianą Laine.

Jezu, była nie­sa­mo­wita. Głowę odrzu­ciła do tyłu, ser­decz­nie obej­mo­wała matkę w pasie, a ojczyma za ramiona. Ubrana była w bluzkę koszu­lową w kow­boj­skim stylu, z frędz­lami przy kie­sze­niach, co, nie wie­dzieć czemu, Maxa potwor­nie roz­zło­ściło.

Patrząc na matkę i córkę, nie­trudno było się doszu­kać podo­bieństw: te same oczy, iden­tyczne usta… Ale włosy córka wzięła po ojcu. Po Wiel­kim Jacku. Teraz już Max nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Wszystko zga­dzało się w cza­sie aż za dobrze. Mari­lyn O’Hara wystą­piła o roz­wód, kiedy Jack odsia­dy­wał krótki wyrok w sta­nie Indiana. Zabrała dziecko i wynio­sła się do Jack­so­nville na Flo­ry­dzie. Wła­dze miały na nią oko przez kilka mie­sięcy, ale zacho­wy­wała się wzo­rowo, pra­co­wała jako kel­nerka.

Jakiś czas jeź­dziła tro­chę po kraju. Tek­sas, Fila­del­fia, Kan­sas. W któ­rymś momen­cie znik­nęła, spa­dła z radaru, nie­całe dwa lata przed ślu­bem z Robem.

Może chciała zacząć wszystko od początku. Dla dobra dziecka, dla wła­snego spo­koju. A może wszystko to było jed­nym wiel­kim oszu­stwem.

Max posta­no­wił dotrzeć do prawdy.

Rozdział 3

3

Co mnie napa­dło? To nie w moim stylu.

Jenny zer­k­nęła nad ramie­niem Laine na ich wspólne odbi­cie w łazien­ko­wym lustrze.

– Wybie­rasz się na drinka z nie­ziem­skim przy­stoj­nia­kiem. To nie jest pro­blem, który trzeba koniecz­nie prze­dys­ku­to­wać z psy­cho­te­ra­peutą.

– Nawet nie wiem, kim on wła­ści­wie jest. – Laine odło­żyła szminkę, choć nie zro­biła z niej użytku. – A mimo to pole­cia­łam na niego. Na litość boską, pod­ry­wa­łam go we wła­snym skle­pie!

– Jeżeli kobieta nie może pode­rwać sek­sow­nego faceta nawet we wła­snym skle­pie, to gdzie? Uma­luj usta. – Spoj­rzała na psa, który walił ogo­nem w pod­łogę. – Widzisz, Henry się ze mną zga­dza.

– Powin­nam zadzwo­nić do hotelu i zosta­wić mu wia­do­mość, że nie mogę przyjść.

– Laine, łamiesz mi serce. – Jenny podała jej szminkę. – Maluj.

– Jakim cudem namó­wi­łaś mnie do zamknię­cia sklepu pół godziny wcze­śniej? W dodatku nie musia­łaś się spe­cjal­nie wysi­lać. I jesz­cze przy­je­cha­łam do domu, żeby się prze­brać… Od razu wia­domo, że trak­tuję to spo­tka­nie jak randkę.

– A co w tym złego?

– Chyba nic… – Laine wresz­cie pocią­gnęła wargi szminką i zasty­gła bez ruchu, wpa­tru­jąc się w pomadkę. – Nie mogę zebrać myśli. On mnie… zwa­lił z nóg. Mia­łam ochotę zedrzeć mu koszulę i zjeść go żyw­cem.

– Będziesz miała oka­zję.

Laine obró­ciła się ze śmie­chem.

– Nic z tego. Wypi­jemy drinka, nie ma sprawy. Była­bym nie­uprzejma, gdy­bym się nie zja­wiła. Ale zaraz potem zdrowy roz­są­dek znowu doj­dzie do głosu, wrócę grzecz­nie do domu i tak się zakoń­czy ta dzi­waczna przy­goda. – Roz­ło­żyła ręce na boki. – Jak wyglą­dam, ujdzie w tłoku?

– Lepiej.

– Lepiej niż „ujdzie w tłoku” ozna­cza: dobrze. Czas już na mnie.

– Idź. Ja zamknę Henry’ego w przed­po­koju, bo jak się zacznie­cie żegnać, to będzie cię czuć psem, a nie per­fu­mami. Jedź już, ja wszystko poza­my­kam.

– Dzięki. Wdzięcz­ność po grób. I za wspar­cie moralne też. Czuję się jak skoń­czona idiotka.

– Słu­chaj, jeśli będziesz miała ochotę prze­dłu­żyć miły wie­czór, to tylko do mnie zadzwoń. Zabiorę Henry’ego, poby­czymy się razem.

– Dzię­kuję ci, ale niczego nie będę prze­dłu­żała. Jeden drink. Za godzinę wra­cam. – Cmok­nęła Jenny w poli­czek, a potem, ryzy­ku­jąc jed­nak prze­siąk­nię­cie zapa­chem eau de Henry, uca­ło­wała psa w pysk tuż nad nosem. – Do jutra! – zawo­łała, rusza­jąc w stronę scho­dów.

Zacho­wała się nie­mą­drze, przy­jeż­dża­jąc do domu tylko po to, by zaraz wra­cać do mia­sta, ale cie­szył ją ten nie­roz­sądny krok. Choć nawet Jenny nie zdo­łała jej prze­ko­nać do wło­że­nia małej czar­nej – bo to mówi­łoby o jej sto­sunku do tej randki sta­now­czo zbyt wiele – cie­szyła się, że zmie­niła ubra­nie. W mięk­kim swe­trze koloru spo­koj­nej leśnej zie­leni było jej wyjąt­kowo do twa­rzy, a jest to strój na tyle nie­dbały, że na pewno nie będzie wysy­łała żad­nych fał­szy­wych sygna­łów.

Cho­ciaż na razie nie miała poję­cia, jakie wła­ści­wie sygnały chcia­łaby wysy­łać…

Wcho­dząc do hotelu, prze­żyła chwilę nie­pew­no­ści. W zasa­dzie nie potwier­dzili spo­tka­nia. Całe to uma­wia­nie się było kwe­stią impulsu, takie to dla niej nie­ty­powe… Co będzie, jeśli on w ogóle nie przyj­dzie? Albo, co gor­sza, zej­dzie do baru i będzie zasko­czony jej wido­kiem? Nie­za­do­wo­lony? Zły…?

Fatal­nie. Skoro tyle ner­wów kosz­to­wało ją coś tak nie­skom­pli­ko­wa­nego jak wypi­cie drinka w sym­pa­tycz­nym hote­lo­wym barze, wnio­sek nasu­wał się tylko jeden: sta­now­czo za rzadko uma­wiała się na randki.

Weszła przez drzwi z rżnię­tymi szy­bami i uśmiech­nęła się do kobiety za barem z czar­nego dębu.

– Cześć, Jac­kie.

– Witaj, Laine. Co ci podać?

– Na razie nic. – Rozej­rzała się po nastro­jowo mrocz­nym wnę­trzu, prze­su­nęła wzro­kiem po kana­pach i krze­słach obi­tych czer­wo­nym plu­szem. Dostrze­gła kilku biz­nes­me­nów, dwie pary i trzy młode kobiety, naj­wy­raź­niej roz­po­czy­na­jące roz­ryw­kową noc od wymyśl­nego drinka. Maxa Gan­nona nie było.

Usia­dła przy sto­liku, tak że mogła obser­wo­wać drzwi. Się­gnęła po menu tylko po to, żeby coś zro­bić z rękami, jed­nak w pół gestu zmie­niła zda­nie, bo doszła do wnio­sku, że wyglą­da­łaby na znu­dzoną. Albo głodną. Boże!

W końcu wyjęła z torebki tele­fon komór­kowy i zadzwo­niła do auto­ma­tycz­nej sekre­tarki w domu. Nie było nowych wia­do­mo­ści i nic dziw­nego, wyszła stam­tąd naj­wy­żej przed dwu­dzie­stoma minu­tami. Były tylko dwa głu­che połą­cze­nia, w odstę­pie kilku minut.

Ścią­gnęła brwi, zasta­na­wia­jąc się nad ich przy­czyną.

– Złe wie­ści? – usły­szała nad sobą głos Maxa.

– Nie. – Jed­no­cze­śnie zado­wo­lona i nie­spo­kojna roz­łą­czyła się, a potem wrzu­ciła tele­fon do torebki. – Nic waż­nego.

– Spóź­ni­łem się?

– Nie, to ja jestem iry­tu­jąco punk­tu­alna. – Zasko­czył ją, bo usiadł obok niej, na nie­wiel­kiej kana­pie, zamiast, jak się spo­dzie­wała, zająć miej­sce na krze­śle po prze­ciw­nej stro­nie sto­lika. – Nic na to nie pora­dzę.

– Wspo­mi­na­łem już, że ślicz­nie pach­niesz?

– Ow­szem. Za to ja jesz­cze cię nie spy­ta­łam, co robisz w Angel’s Gap.

– Muszę tu zała­twić kilka spraw. Poszczę­ściło mi się i zostanę jesz­cze parę dni. Ze względu na miej­scowe atrak­cje.

– Nie­trudno cię zro­zu­mieć. – Już nie była zde­ner­wo­wana, nawet się tro­chę dzi­wiła, czemu przed­tem miała takie obiek­cje. – Na pewno nie będziesz się nudził. Mamy piękne szlaki gór­skie, jeśli lubisz cho­dzić, to praw­dziwa gratka.

– A ty? – Musnął pal­cami grzbiet jej dłoni. – Lubisz gór­skie wycieczki?

– Nie bar­dzo mam na nie czas. Pro­wa­dze­nie sklepu wymaga sporo pracy. A czym ty się zaj­mu­jesz?

– Zara­biam na życie. – Pod­niósł wzrok na kel­nerkę, która aku­rat pode­szła do ich sto­lika.

– Co mogę podać?

Była nowa, Laine jej nie znała.

– Bom­bay mar­tini z dwiema oliw­kami, na lodzie – zde­cy­do­wała Laine.

– Brzmi nie­źle. Niech będzie razy dwa. – Gdy kel­nerka ode­szła, zwró­cił się znów do Laine. – Miesz­kasz tu od uro­dze­nia?

– Nie, ale szcze­rze mówiąc, nie mia­ła­bym nic prze­ciwko temu. To mia­steczko jest miłe, bo ma zalety i mia­sta, i wsi, a wad ani jed­nego, ani dru­giego. Poza tym lubię góry. – Trzeba przy­znać, że nie­źle sobie radziła w tej czę­ści rytu­ału zwią­za­nego z rand­kami. Nie miała aż tak dłu­giej prze­rwy. – Ty na­dal miesz­kasz w Savan­nah?

– W zasa­dzie prze­pro­wa­dzi­łem się do Nowego Jorku, ale sporo podró­żuję.

– Dla­czego?

– Dla­tego, że takie mam zaję­cie i dla­tego że lubię. Pra­cuję w ubez­pie­cze­niach, ale nie bój się, nie sprze­daję polis.

Poja­wiła się kel­nerka ze szklan­kami i szej­ke­rami na tacy. Nalała drinki. Usta­wiła na stole srebrną miseczkę ze sło­dzo­nymi orzesz­kami i dys­kret­nie się wyco­fała.

Laine pod­nio­sła szklankę i uśmiech­nęła się do Maxa.

– Za twoją mamę.

– Dzię­kuję w jej imie­niu. – Stuk­nął szklanką o jej mar­tini i oboje upili po łyku. – Jak to się stało, że masz sklep z anty­kami?

– Marzył mi się wła­sny inte­res. Zawsze lubi­łam sta­ro­cie, pociąga mnie ich histo­ria, korze­nie. Nie mam nic prze­ciwko robo­cie papier­ko­wej, ale nie chcia­łam całymi dniami prze­sia­dy­wać w biu­rze. – Zupeł­nie roz­luź­niona, odsta­wiła szklankę i obró­ciła się nieco, by nie sie­dzieć bokiem i móc na niego patrzeć. – Lubię kupo­wać i sprze­da­wać, lubię obser­wo­wać, jak ludzie kupują i sprze­dają. Zło­żyw­szy to wszystko razem i prze­my­ślaw­szy sprawę, otwo­rzy­łam Skarby Prze­szło­ści. Teraz ty: w jakich ubez­pie­cze­niach sie­dzisz?

– Głów­nie dużych firm. Sama nuda. Masz w oko­licy rodzinę?

Aha, pomy­ślała. Nie bar­dzo ma ochotę opo­wia­dać o pracy.

– Rodzice miesz­kają w Nowym Mek­syku. Prze­pro­wa­dzili się tam parę lat temu.

– Masz jakieś rodzeń­stwo?

– Nie, jestem jedy­naczką. A ty?

– Mam brata i sio­strę. Dzięki nim przy­było mi dwóch bra­tan­ków i sio­strze­nica.

– Zazdrosz­czę ci – wyznała szcze­rze. – Zawsze chcia­łam mieć liczną rodzinę, tęsk­ni­łam za gwa­rem, wspól­nymi kło­po­tami, przy­jaź­niami, współ­za­wod­nic­twem…

– O tak, tego wszyst­kiego nam nie bra­kuje. Wra­ca­jąc do cie­bie: skoro nie pocho­dzisz z tych stron, to gdzie się wycho­wy­wa­łaś?

– Czę­sto się prze­pro­wa­dza­li­śmy. Ojciec miał taką pracę.

– Skąd ja to znam… – Prze­gryzł orze­szek i pod­jął lek­kim, obo­jęt­nym tonem. – A co robił?

– Pra­co­wał… w han­dlu. – Jak ina­czej okre­ślić jego zaję­cie w cywi­li­zo­wa­nym towa­rzy­stwie? – Potra­fił dia­błu ogień sprze­dać.

Usły­szał w jej gło­sie nutkę dumy, za to w oczach dostrzegł cień smutku.

– Zmie­nił zawód?

Mil­czała chwilę, upiła ze szklanki długi łyk, by zyskać czas do namy­słu.

Jak naj­bli­żej prawdy, upo­mniała się w duchu.

– Rodzice otwo­rzyli restau­ra­cyjkę w Taos. To dla nich coś w rodzaju eme­ry­tury. Oboje uwiel­biają to zaję­cie. Cie­szą się jak dzieci.

– Tęsk­nisz za nimi.

– To prawda, ale nie była­bym tam szczę­śliwa. No i wylą­do­wa­łam tutaj. Kocham Angel’s Gap. Czuję się tu naprawdę u sie­bie. Masz takie miej­sce?

– Pew­nie tak. Tylko jesz­cze go nie zna­la­złem.

Zatrzy­mała się przy nich kel­nerka.

– Jesz­cze raz to samo?

Laine pokrę­ciła głową.

– Przy­je­cha­łam samo­cho­dem.

Max popro­sił o rachu­nek, a potem ujął Laine za rękę.

– Na wypa­dek, gdy­byś zmie­niła zda­nie, zare­zer­wo­wa­łem sto­lik w restau­ra­cji. Laine, pro­szę cię, zmień zda­nie i zjedz ze mną kola­cję.

Jakie on ma nie­ziem­skie oczy. I ten aksa­mitny głos, jak bour­bon z lodem… Mogłaby go słu­chać bez końca. W zasa­dzie – co w tym złego…?

– Dobrze. Z przy­jem­no­ścią.

*

Powta­rzał sobie, że nie ma nic nie­wła­ści­wego w łącze­niu pracy z przy­jem­no­ścią, jeśli tylko pamięta się o prio­ry­te­tach. Dosko­nale potra­fił kie­ro­wać roz­mową, wydo­by­wać infor­ma­cje. A fakt, że był tą kobietą zain­te­re­so­wany nie tylko zawo­dowo, lecz także pry­wat­nie, nie miał żad­nego wpływu na jakość pracy.

I nie będzie miał żad­nego wpływu na jakość pracy.

Trudno mu było z taką samą pew­no­ścią, jaką miał jesz­cze nie­dawno, twier­dzić, że Laine Tavish jest uwi­kłana w sprawę. Ale ta zmiana osądu nie miała nic, ale to abso­lut­nie nic wspól­nego z tym, że go cią­gnęło do Laine. Jej matka osia­dła z mężem numer dwa w Nowym Mek­syku, sama Laine zado­mo­wiła się w Mary­land, a Wielki Jack prze­padł jak kamień w wodę.

Nie bar­dzo widział moż­li­wość, żeby dzia­łali we trójkę. Znał się na ludziach na tyle dobrze, by widzieć, że sklep nie jest dla Laine Tavish tylko przy­krywką. Uwiel­biała go, kochała tę pracę i naprawdę podo­bało jej się w Angel’s Gap.

Wszystko to jed­nak nie tłu­ma­czyło ani wizyty Willy’ego, ani jego śmierci. Nie wyja­śniało także, dla­czego Laine nie wspo­mniała poli­cji, że ofiara wypadku nie była jej obca. Ale to wcale nie świad­czyło o jej winie.

Sta­now­czo nie miała ochoty opo­wia­dać o swoim dzie­ciń­stwie, wyjąt­kowo gładko prze­szła od ojca do ojczyma. Mniej uważny słu­chacz mógłby odnieść wra­że­nie, że to ten sam czło­wiek.

Nie zająk­nęła się sło­wem na temat roz­wodu rodzi­ców. Udo­wod­niła w ten spo­sób, że potrafi ukryć fakty, na któ­rych odsła­nia­niu jej nie zale­żało.

Nie bez żalu Max włą­czył do miłej roz­mowy ducha Willy’ego Younga.

– Sły­sza­łem o tym wypadku, który się zda­rzył pod twoim skle­pem. – Zauwa­żył, że kur­czowo ści­snęła łyżeczkę, aż na moment pobie­lały jej kłyk­cie. Była to jedyna oznaka, że pyta­nie wywarło na niej więk­sze wra­że­nie.

– Tak, to naprawdę straszne. – Teraz już spo­koj­nie mie­szała kawę zamó­wioną na koniec kola­cji. – Zdaje się, że nie zoba­czył samo­chodu… okrop­nie wtedy lało.

– Był w twoim skle­pie?

– Tak, wła­śnie ode mnie wyszedł. Nic nie kupił ani nie sprze­dał, tylko się rozej­rzał kilka chwil. Zamie­ni­łam z nim wszyst­kiego dwa słowa, bo mia­łam innych klien­tów, a byłam sama; aku­rat dałam wolne Jenny, mojej pra­cow­nicy. Trudno kogo­kol­wiek winić za to okropne zda­rze­nie. Po pro­stu fatalny przy­pa­dek.

– Ten czło­wiek był miej­scowy?

– W moim skle­pie zja­wił się pierw­szy raz. – Patrzyła mu pro­sto w oczy. – Może chciał się scho­wać przed desz­czem, pogoda była naprawdę paskudna.

– Wiem coś na ten temat. Aku­rat wtedy pro­wa­dzi­łem po górach. Przy­je­cha­łem tu dosłow­nie dwie godziny po wypadku. Aż do wie­czora wszę­dzie sły­sza­łem tylko o tym zabi­tym i naj­róż­niej­sze wer­sje zda­rzeń. Na przy­kład na sta­cji ben­zy­no­wej dowie­dzia­łem się, że był mię­dzy­na­ro­do­wym zło­dzie­jem klej­no­tów ucie­ka­ją­cym przed poli­cją.

Oczy jej zawil­got­niały, naj­wy­raź­niej ze smutku.

– Mię­dzy­na­ro­dowy zło­dziej… – szep­nęła. – Nie, wcale nie wyglą­dał na kogoś takiego. Ludzie gadają, co im ślina na język przy­nie­sie.

– To prawda. – Po raz pierw­szy od chwili przy­ję­cia zle­ce­nia uwie­rzył, że Laine Tavish alias Ela­ine O’Hara nie miała rze­czy­wi­ście naj­mniej­szego poję­cia, co jej ojciec wraz z Wil­lia­mem Youn­giem oraz jak dotąd nie­zi­den­ty­fi­ko­waną trze­cią osobą zro­bili pół­tora mie­siąca wcze­śniej.

Odpro­wa­dza­jąc Laine do samo­chodu, zasta­na­wiał się, w jaki spo­sób i do jakiego stop­nia mógłby wyko­rzy­stać tę zna­jo­mość. Co zdra­dzić, a czego nie, kiedy nadej­dzie wła­ściwy czas.

Cho­ciaż, szcze­rze mówiąc, nie był to naj­wła­ściw­szy temat do roz­my­ślań w ten wcze­sny wio­senny wie­czór, gdy wiatr roz­rzu­cał włosy Laine, odu­rza­jąc go jej zapa­chem.

– Zimno się zro­biło – zauwa­żył Max.

– Noce mogą być chłodne aż do czerwca. Albo pogoda zmieni się w ciągu jed­nej chwili i już w maju będzie jak w pie­kar­niku. – A ty, przy­stoj­niaku, znik­niesz, zanim noce zapo­mną o zimo­wych przy­mroz­kach, dodała w myślach. Trzeba o tym pamię­tać. Koniecz­nie zacho­wać roz­są­dek. Zawsze była roz­sądna. Niech to szlag. – Dzię­kuję za miły wie­czór. – Obró­ciła się twa­rzą do niego, prze­su­nęła dłońmi po jego tor­sie, splo­tła mu je na karku i pocią­gnęła go w dół, do swo­ich ust.

Tego wła­śnie chciała i do dia­bła z roz­sąd­kiem! Stę­sk­niła się za tym uczu­ciem, za pod­nie­ca­ją­cym ryzy­kiem, za przy­śpie­szo­nym biciem serca, jakie nie­odmien­nie wywo­ły­wał ten nie­bez­pieczny krok. Żyła tak spo­koj­nie. Tak nudno. Stale pod zna­kiem bez­pie­czeń­stwa.

O, teraz lepiej. Nie­cier­pli­wie nacie­ra­jące na sie­bie wargi, natrętny język, ostre zęby, gorączka pożą­da­nia, o tak, to dużo lep­sze niż bez­pie­czeń­stwo. Wresz­cie czuła, że żyje, przy­po­mniała sobie, jak to jest po pro­stu brać to, na co się ma ochotę.

Jak mogła zapo­mnieć ten dreszcz roz­ko­szy, budzący się, gdy robiła, co chciała, nie bacząc na kon­se­kwen­cje?

Max już wie­dział, że Laine potrafi zaska­ki­wać. Wie­dział to od chwili, gdy pierw­szy raz spoj­rzał jej pro­sto w oczy. Ale cze­goś takiego się nie spo­dzie­wał. Nie było to słod­kie cmok­nię­cie ani gładki buzia­czek miesz­czący się w gra­ni­cach flirtu, ale wibru­jący namięt­no­ścią poca­łu­nek, który wrzu­cił jego pożą­da­nie na piąty bieg.

W jed­nej chwili stała wtu­lona w niego całym jędr­nym, kształt­nym cia­łem, zupeł­nie jakby byli parą roz­bit­ków, a w następ­nej, mruk­nąw­szy coś, tro­chę jak kot, poczę­sto­wany śmie­tanką, wolno się odsu­nęła, nie­sa­mo­wi­tym, ela­stycz­nym ruchem, zda­wa­łoby się nie­ma­ją­cym początku ani końca, któ­rego oszo­ło­miony Max nie potra­fił zatrzy­mać, bo zabra­kło mu przy­tom­no­ści umy­słu.

Obli­zała wargi. Sek­sowne i wil­gotne. Uśmiech­nęła się.