Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
61 osób interesuje się tą książką
Nie wybieramy swoich koszmarów. To one wybierają nas
Na pierwszy rzut oka koniec świata nie nadszedł. Na drugi – coś zdecydowanie poszło nie tak. A nawet gorzej.
Ziemia i niebo pękają w szwach. Wskazówki zegarów gubią rytm i mylą krok. Dni aż się roją od nocnych mar. Nawet śmierć już chyba nie działa, jak trzeba, bo Trzecie Oko Idy ma problemy z Widzeniem, a Pieśni Umarłych umilkły na dobre.
W tym nowym świecie niemożliwych absurdów pewne jest tylko jedno: nie ma czasu.
Jak odróżnić jawę od snu, skoro i jedno, i drugie to istny koszmar? Jak wyplątać prawdę – i siebie – z pajęczyny kłamstw? Jak komukolwiek zaufać, kiedy przeszłość jest pełna czarnych dziur i białych plam?
Co, jeśli otchłań, w którą tak boisz się spojrzeć, kryje się w mroku twojej własnej duszy?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 567
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Na pierwszy rzut oka koniec świata nie nadszedł.
A nawet jeśli, to z pozoru było to szczęśliwe zakończenie, zwieńczone jeszcze szczęśliwszym początkiem.
I niby wszystko wyglądało jak dotąd. Mozaikowa posadzka z kamiennych płytek. Rzeźbione kolumny dźwigające podziurawiony dach, gęste niczym las stalagnatów. Z napuchniętych bąbli tynku nadal ciurkały łańcuszki wody; krople pobrzękiwały srebrzyście jak kryształowe dzwoneczki, potęgując skojarzenie z podziemną jaskinią. Sklepienie roiło się od fragmentów wyblakłych malowideł, wielkich dziur po cegłach i skruszonej zaprawie oraz ciemnych plam wilgoci, zazielenionych tu i ówdzie od pleśni i mchu. A wszędzie dookoła gruz, kawałki cegieł, nabrzmiałe wodą modlitewniki, zbutwiałe szczątki kościelnych ław…
Każdy najdrobniejszy szczegół trafił z powrotem na swoje miejsce po tym, jak za sprawą jednego pocałunku – zabójczego i życiodajnego zarazem – pajęczyna wszechświata rozsnuła się niby mgła o świcie, po to jedynie, aby niewidzialni demiurdzy natychmiast utkali ją na nowo wedle niemalże identycznego wzoru. Niemalże, bo tym razem z pominięciem fałszywych ściegów, destrukcyjnych wątków, losowych splotów, które nigdy nie powinny były się skrzyżować, i całej oszukańczej osnowy…
Prawda i kłamstwo. Rzeczywistość i iluzja. Jawa i sen. Wszystkie te nici przeplatały się teraz i wiązały z innymi tak, jak należy, wyznaczając wyraźne i szczelne granice między tym, co realne, a tym, co zmyślone.
A w każdym razie wiele na to wskazywało.
Dlatego szamanka i łowca byli przekonani, że najgorsze mają za sobą. Że nieodwołalnie wyczerpali limit wyścigów z czasem, ucieczek przed fatum oraz dramatycznych starć z przeznaczeniem, bo więcej zwyczajnie by już nie znieśli. Że spokojne, leniwe, cudownie nudne czasy, których ani razu nie było im dane zaznać i za którymi tęsknili po cichu przez całe swoje życie, nawet o tym nie wiedząc, wreszcie nadeszły i teraz tylko czekają na ich pierwszy wspólny ruch. Wystarczy zrobić krok i z otwartymi ramionami przyjąć ten rzadki dar od losu.
Po tym, jak każde z nich długo zmagało się z własnym mrokiem, oboje w końcu odważyli się otworzyć na zmiany – i pewnie to właśnie dlatego tak łatwo było ich omamić. Gdyż powodowani dogłębnym, niecierpliwym pragnieniem, którego nigdy wcześniej nie ośmielili się słuchać, dali się nagle porwać równie błogiemu, co złudnemu wrażeniu, że odtąd liczy się jedynie to, co tu i teraz, a poza tym nic, nic, absolutnie nic więcej, bo przeszłość nie ma nad nimi już żadnej władzy, a przyszłość spoczywa bezpiecznie w ich rękach.
Przez jedno mgnienie w to właśnie wierzyli.
I była to naprawdę przepiękna wizja. Przetykana złotem, przesłodka jak sen. Odurzająca niczym najsilniejszy narkotyk. Tak upajająca, tak hipnotyczna, że zatraciwszy się w niej od razu i bez pamięci, oboje zupełnie przegapili ten moment, w którym błysnęła stal i szczęknęły nożyce. Gdy poprzecinane nici życia wysnuły się miękko z koronkowych splotów, a czyjeś niewidoczne palce zaczęły z wprawą przedzierzgać to nierealne marzenie w bardzo realny koszmar.
*
Dopiero gdy trzymając się za ręce, ruszyli spod ołtarza w stronę wyjścia z cmentarnej kaplicy, Ida zdała sobie sprawę, że coś jest nie w porządku. Cokolwiek to było, Kruchy także musiał to wyczuć. Zwolnił kroku i mocniej ścisnął jej dłoń.
Zatrzymali się jednocześnie, nagle spięci i czujni. Śmiertelnie poważni, bez śladu uśmiechów, które jeszcze przed chwilą rozpromieniały im twarze. Powiedli dookoła badawczym wzrokiem. Nadstawili uszu.
Donośne, miarowe echo, które brali do tej pory za odbijający się od pustych murów odgłos ich własnych kroków, nie tylko nie zamilkło, lecz rozbrzmiewało teraz z jeszcze większą siłą. Rozejrzeli się znowu. Nikogo. Niczego. Żadnego ruchu. Żadnej obecności, widzialnej czy niewidzialnej. Tylko oni dwoje i narastający łomot. Mechaniczny, regularny jak stukanie metronomu.
Jedna sekunda, dwie, trzy – tyk, tyk, TYK! – i oto nadeszło spóźnione olśnienie. A kiedy szamanka wreszcie zrozumiała, co słyszy, poczuła, jak uginają się pod nią kolana, serce zaś zamiera jej w piersi. Zerknęła na łowcę. Skinął głową na znak, że on także rozpoznał ten dźwięk i zdążył już nabrać jak najgorszych podejrzeń.
Coś poszło nie tak.
O wiele gorzej niż źle.
Czas, który po unicestwieniu Fałszywego Pieśniarza powinien był się cofnąć, odczyniając po kolei wszystkie wyśnione przez niego klątwy i przywracając rzeczom naturalny porządek, grzmiał teraz na nich zza podszewki świata, a w jego głosie nie było ani cienia wdzięczności.
Tylko gniew.
Wściekły ból.
Ogłuszająca, przeraźliwa bezsilność.
Ida i Kruchy stali pośrodku grobowej świątyni i patrzyli sobie w oczy, wsłuchani w dudniące tykanie wieczystego zegara, od którego drżało powietrze i wibrowała ziemia. A potem bez słowa ruszyli dalej główną nawą, zostawiając z tyłu złowrogie milczenie ołtarza. Szli ramię przy ramieniu. Dusza przy duszy. Jedno struchlałe serce przy drugim. Na początku stąpali ostrożnie jak po spękanym lodzie. Pod koniec już biegli.
Ledwo minęli przewróconą kropielnicę i bezgłowy posąg z szarego kamienia, ledwo wkroczyli w wielką plamę kolorowego światła, wpadającego do środka przez witrażową rozetę, rzeczywistość zgrzytnęła po raz kolejny.
I znowu stanęli jak urzeczeni.
Aż do tej chwili nie zauważyli, że drzwi pogrążonej w półmroku kaplicy są otwarte na oścież, ponieważ za nimi zamiast skąpanego w słońcu cmentarza… nie było nic. Tylko czarna pustka.
Tyk. Tyk.
TYK!
Zadarli głowy. Zmrużyli oczy oślepieni jasnością, nasączoną barwami przez szkiełka witraża. I raz jeszcze spojrzeli przed siebie. W głęboki, pusty mrok.
Za oknem dzień. Za drzwiami noc.
Gdziekolwiek trafili, nie wrócili do domu.
Czymkolwiek było to miejsce, nie miało prawa istnieć.
Wszystko, co tu ujrzeli, okazało się kłamstwem.
Ani na moment nie spuszczając wzroku z rozwartych na oścież wrót do nicości, Kruchy mocniej splótł palce z palcami Idy. Odwzajemniła uścisk z taką siłą, że cudem jedynie nie zmiażdżyła mu dłoni. Trwali nieruchomo w kałuży blasku niczym dwie muchy złapane w pajęczynę tęczowych refleksów, zatopione na zawsze w świetlistym bursztynie, zamrożone na horyzoncie zdarzeń wielkiej czarnej dziury.
– Jakieś pomysły? – spytał łowca niby od niechcenia, chyba tylko po to, żeby przerwać grobowe milczenie.
Ida poznała po jego głosie, że wcale nie oczekuje odpowiedzi, i była mu za to niezmiernie wdzięczna. Ponieważ jedyna odpowiedź, którą znalazła, jedyna, która mogła mieć sens, za nic nie chciała jej się pomieścić w głowie ani tym bardziej przejść przez ściśnięte gardło. Zresztą szamanka i tak nie zdążyłaby wydusić choćby słowa, bo nagle…
Tyk, t-tyk… Tyyy-tyyyk…
T-T-TYYY-T-T-TYYYYY…
…nagle pradawny mechanizm zwolnił bieg. Zgubił rytm. Niewidzialne wskazówki pracowały nierówno, raz szybciej, raz wolniej, jak gdyby czas w ogóle już nie płynął, lecz stawiał niepewne, rozchwiane kroki, potykał się o własne splątane sekundy, zataczał jak pijany od chwili do chwili i gubił po drodze całe momenty. Migoczące w słońcu drobinki kurzu skakały w powietrzu to w górę, to w dół, wciąż po tej samej poklatkowej spirali, jak na nagraniu, które ktoś nieustannie przewija o parę kadrów, raz do przodu, a raz wstecz.
I wtedy przez metaliczny szczęk kół zębatych, wielkich i przedwiecznych jak pragalaktyki, od którego kaplica dygotała w posadach, zniszczone mury płakały deszczem tynku, a posadzka zakwitała obłokami szarego pyłu, przebił się inny dźwięk. Z początku subtelny, ledwo uchwytny. Jak szept. Jak syk piasku w klepsydrze. W dziesiątkach, setkach, tysiącach rozszemranych klepsydr. Jak tykanie miliona kieszonkowych zegarków, zlane w jednostajny, monotonny szelest.
Nagle ten odgłos wydał się Idzie niepokojąco znajomy. Przymknęła powieki, starając się przywołać odpowiednie wspomnienie. Daleki szum wzmagał się niby nadciągająca ulewa. Uderzał o mury kaplicy jak sztormowe fale. Wzbierał niczym rzeka podczas oberwania chmury. Rzeka, która lada moment ma wystąpić z brzegów…
Szamanka ze świstem wciągnęła powietrze. Raptownie otworzyła oczy, gdy prawda, w przedziwny sposób równie szokująca, co oczywista, zalała jej umysł złowieszczym spokojem. Bo to w istocie była rzeka. Rzeka Czasu. Rzeka Przemijania.
Rzeka Śmierci.
Ida poczuła, jak dłoń Kruchego wymyka się z jej dłoni. Zacisnęła palce, by zatrzymać go przy sobie, lecz równie dobrze mogłaby próbować zamknąć w ręku zapach albo powiew wiatru. Ona sama także zaczęła już tracić cielesność, która w tym kuglarskim niemiejscu, w tym zagubionym nieczasie i tak była przecież jedynie iluzją. Majakiem. Sennym mirażem rozwiewającym się na ich oczach, strzępek po strzępku, niby puch z dmuchawca.
Szamanka i łowca znikali razem ze swoim ulotnym marzeniem, jak dwie krople rosy w promieniach fałszywego słońca.
– Wiem już, gdzie jesteśmy – szepnęła Ida tak cicho, że nie była pewna, czy łowca w ogóle ją słyszy. – To są zaświaty, Kruchy. My… – Spojrzała na niego oczami wielkimi i ciemnymi jak dwa księżyce w nowiu. – My chyba… nie żyjemy.
Usłyszał każde słowo, poznała po jego minie, i krótko skinął głową. Trzeba mu oddać, że spokojnie przyjął te druzgocące wieści. Opuścił powieki, głęboko westchnął. A potem się uśmiechnął. Z kpiną, tak jak zwykle, jednym kącikiem ust. Jakby od początku nie ufał własnej nadziei. Jakby tylko czekał, aż ten czar pryśnie, a upiorna prawda na powrót sprowadzi zimę i zamknie go w bryle lodu. Jakby od dawna wiedział, że będą musieli się z Idą spieszyć i nie ma sensu tracić resztek istnienia na niedowierzanie, pytania czy próżne targi z losem, który jak zwykle nie zamierzał grać fair.
Może to łowca użył więzów, by mocniej spętać ich rozproszone istnienia. Może to szamanka wstrzymała Wiatr Zaświatów, by choć na krótką chwilę odwlec nieuniknione. A może po prostu nagły przypływ desperacji u obojga sprawił, że znowu mogli się dotknąć. Cokolwiek to było, Kruchy nie zamierzał marnować ani sekundy.
Jednym krokiem pokonał dzielącą ich odległość, wziął Idę w ramiona, zanurzył twarz w burzy czarnych loków. Zaciągnął się ich zapachem – jaśmin, kwiat akacji, dym z jałowca i szałwii – jak gdyby umrzeć naprawdę mógł dopiero wtedy, gdy ta kwiatowo-ziołowo-kadzidlana woń, która wypełniała jedne z jego najcenniejszych wspomnień, na dobre wywietrzeje mu z głowy.
Musnął ustami miękki płatek jej ucha, łagodną linię szczęki, ciepły policzek. Wreszcie odnalazł wargi, które rozchyliły się lekko, żeby coś powiedzieć, lecz kiedy tylko dotknął ich swoimi, natychmiast zapomniały o słowach. Kradli sobie z ust przemilczane wyznania w pocałunku długim jak wieczność i krótkim jak mgnienie, głębokim, rozpaczliwym, pełnym takiego głodu, tylu niedoszłych pragnień, tak gorączkowej niezgody na to, co miało zaraz nastąpić, że oboje stali się w połowie żarliwym gniewem, w połowie zimnym bólem i rozdarci niemożliwie między ogniem a lodem mieli ochotę wrzeszczeć. Tyle że wtedy musieliby rozłączyć wargi… Na samą myśl o tym przeszył ich ostry lęk, przywarli więc do siebie jeszcze zachłanniej.
Ten pocałunek nie byłby ich ostatnim i nie poprzestaliby na nim za żadne skarby świata – gdyby tylko ten świat właśnie nie zaczął się kończyć. Gdyby tylko ich ciała na powrót nie zaczęły zanikać jak szarpane wiatrem wstęgi dymu.
Ogromnym wysiłkiem woli Kruchy wypuścił Idę z objęć. Zanim się odsunął, przycisnął jeszcze czoło do jej czoła, pragnąc dodać tym gestem odwagi i sobie, i jej. Ujął w dłonie pobladłą twarz dziewczyny, obrysował kciukiem drżące wargi, wpatrując się w nie z tak intensywną determinacją, jakby próbował wypalić sobie ich obraz w sercu, w duszy, w umyśle, aby móc zabrać go ze sobą, dokądkolwiek miał trafić. Wreszcie zajrzał z bliska w zaszklone łzami piwne oczy – dokładnie w momencie, w którym jego własne zgasły nagle jak wypalone gwiazdy.
Wszystko dookoła strzępiło się i rwało z suchym trzaskiem dartego na kawałki płótna, ale oni ledwie zwrócili na to uwagę, czekając z trwogą na chwilę, kiedy w końcu pęknie także łącząca ich nić.
– Odnajdę cię jeszcze – obiecał Kruchy z takim przekonaniem, że Ida nie miała wyjścia, musiała mu uwierzyć.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Nie zdążyła nawet otworzyć ust ani nabrać tchu, ani skinąć głową, ani choćby…
T-t-t-tyyy-yk…
Tyk. Tyk-tyk.
TYK!
…ani choćby mrugnąć.
Nie miała nawet kiedy się przerazić.
Ponieważ czas właśnie wtedy znowu ruszył z miejsca.
*
Ostatnim, co poczuli, było szarpnięcie za ich więzy, tak potwornie silne, tak obezwładniająco bolesne, jak gdyby sama Opatrzność własnymi rękami rozdzierała im dusze na drobne kawałki i uśmiechała się przy tym z okrutnym zadowoleniem.
Ostatnim dźwiękiem, który do nich dotarł, był trzask, z jakim nić łącząca jej los z jego losem zaczęła pękać. Powoli, lecz nieuchronnie, z metodycznym pedantyzmem, jedno włókno po drugim, trach, trach, trach…!
Ostatnim obrazem przed ich ciemniejącymi oczami była natomiast piękna katastrofa – ta sama, której nie udało im się zapobiec. Potworna, aż zamierało serce. Cudowna, aż zapierało dech. Pełna świateł i mroku. Płomieni i mrozu. Rodzących się galaktyk i umierających gwiazd. I czerni, i bieli, i wszystkich barw pomiędzy, łabędziego śpiewu i głuchej, martwej ciszy, bezgranicznej pustki i chaosu tworzenia, lodowego bezruchu i zamętu pożogi…
Szamanka od umarlaków i łowca demonów, ponura żniwiarka i przędzarz gwiazd, anielica zagłady i jej diabeł stróż patrzyli bezsilnie na swoją zerwaną nić, mizerną teraz i wiotką niby babie lato w porywach huraganu. I byli tak pochłonięci swoją małą apokalipsą, że z trudem dostrzegli początek tej wielkiej, gdy tkanina Wszechrzeczy naraz puściła w szwach i znany im dotąd świat z miejsca zaczął się pruć.
A zanim jeszcze zdążył się spruć do końca, wiekuista ciemność wdarła się do kaplicy niczym kosmiczne tsunami. Runęła czarną falą na dwie rozdarte dusze i porwała je z rykiem ku nieskończoności.
You don’t choose your nightmares, they choose you.
John Irving
W dniu pogrzebu komisarza Konstantego Kruszyńskiego spadł pierwszy śnieg.
Skrzący się w słońcu gwieździsty diamencik sfrunął z nieba na ciemne wieko trumny dokładnie w momencie, w którym grabarze chwycili za liny i zaczęli powoli opuszczać ją do grobu.
– Kompaniaaa… BACZNOŚĆ! Na ramięęę… BROŃ! Prezentuuuj… BROŃ! Na prawooo… PATRZ!
Dwunastu łowców demonów z asysty honorowej wykonało komendy w doskonałej harmonii, a potem zastygło nad mogiłą w równym dwuszeregu, aby oddać cześć tragicznie zmarłemu koledze. Wszyscy posągowo milczący i nieruchomi, zapatrzeni w przestrzeń gdzieś ponad głowami tłumu. Żałobnicy otaczali miejsce pochówku w uroczystej ciszy, ciężkiej od powściąganych emocji i pytań bez odpowiedzi. I tylko jedna postać, skryta za welonem z czarnej koronki, opłakiwała komisarza otwarcie, rozdzierająco, krztusząc się własną rozpaczą, dławiąc rwanym oddechem. Przygarbiony mężczyzna o surowej twarzy i szpakowatych włosach obejmował towarzyszkę jedną ręką, a drugą ukradkiem ocierał oczy.
Ida nie miała pojęcia, kim byli ci dwoje. Potworny żal, że nie zdążyła poznać Kruchego na tyle, aby wiedzieć cokolwiek o ludziach, którzy przyszli go opłakiwać, wycisnął jej z płuc powietrze razem z westchnieniem niebezpiecznie podobnym do szlochu. Czym prędzej uciekła wzrokiem od pary nieznajomych. Naciągnęła kaptur głębiej na twarz.
Stała na uboczu, w cieniu wysokich drzew. Nie potrafiła się zmusić, żeby podejść bliżej. Bała się gniewnych szeptów, prychnięć i syków nieustannie rozbrzmiewających jej za plecami. Bała się spojrzeń kipiących nienawiścią, pogardą i strachem. Bała się grobowego milczenia, które aż buzowało od niewypowiedzianych oskarżeń.
Dlatego nie, nie pójdzie tam teraz. Nie wejdzie w ten tłum. Zaczeka, aż cmentarz opustoszeje i pozostaną na nim jedynie umarli, bo oni rozumieją ją lepiej niż żywi. Zupełnie jak gdyby w wigilię Wszystkich Świętych Ida przeszła niepostrzeżenie na drugą stronę Rzeki i stamtąd obserwowała swój dawny świat, który nie chciał mieć z nią już nic wspólnego. Jak gdyby pozostawała przy życiu samym tylko ciałem, nawiedzanym czasami przez jej własnego ducha.
Jak gdyby tamtej nocy umarła razem z łowcą.
Bo przecież powinna.
*
Odkąd akta osobowe młodszej aspirantki Idy Brzezińskiej oraz wszystkie szczegóły śledztwa w sprawie tragicznej śmierci komisarza Kruszyńskiego zostały objęte najwyższą klauzulą tajności, Firma wrzała od plotek. I nic dziwnego. Nowego też nic. Ta historia powtarzała się już tyle razy, że całe życie szamanki, od samego dnia narodzin poprzez wszystkie prawie-śmierci, zdawało się składać wyłącznie z mniej lub bardziej głośnych skandali – przy czym obecny zdecydowanie zaliczał się do tych głośniejszych.
Jak można było przewidzieć, adnotacja „ściśle tajne”, zamiast wyciszyć sprawę, wywołała lawinę domysłów, spekulacji i teorii spiskowych. Dla jednych Ida była tylko ślepym narzędziem w rękach Fałszywego Pieśniarza, znanego również jako Pożeracz Dusz. Dla drugich – jego wyrachowaną wspólniczką w zbrodni. Jeszcze inni uważali, że od samego początku infiltrowała WON na zlecenie Demona Luster i nawet jego samobójcza śmierć w celi oraz rzekoma anihilacja Pożeracza były częścią większego planu, który dopiero zaczął się realizować.
W obliczu coraz to nowszych pytań oraz chronicznego braku odpowiedzi znaleźli się, jakżeby inaczej, również i tacy, którzy na własną rękę podjęli się weryfikacji przeszłości głównej podejrzanej, a dokonawszy odkrycia, że Ida Brzezińska to wydziedziczona spadkobierczyni rodu tych Brzezińskich, zaczęli wskazywać na jej potencjalne powiązania ze środowiskiem mafijnym jako bezpośrednią przyczynę sprowadzanych przez nią nieszczęść. Wszak czego jak czego, ale genów nie oszukasz.
Pozostali, raczej nieliczni, byli zdania, że przez cały ten czas działała na własną rękę w sobie tylko znanym celu.
Kolejne hipotetyczne scenariusze pojawiały się jak grzyby po deszczu i tylko w jednej kwestii wszyscy byli zgodni: gdyby nie szamanka, łowca wciąż by żył.
On, troje innych agentów, a także bez mała pół setki czarowników i czarownic, którzy niespełna miesiąc temu na mocy podstępnych cyrografów sprzed lat zaczęli jeden po drugim składać się Pożeraczowi w ofierze, dokonując makabrycznych rytualnych samospaleń. W oczach byłych współpracowników młodsza aspirantka Ida Brzezińska z tych Brzezińskich, specjalistka do spraw pośmiertnych, dyscyplinarnie zawieszona w czynnościach służbowych i czekająca na postawienie w stan oskarżenia, miała na rękach krew. Mnóstwo krwi. Bo to przecież od niej wszystko się zaczęło. Tamtego feralnego dnia, gdy dla własnych korzyści zaczęła rozgrzebywać dawno zamkniętą sprawę Demona Luster. Gdy jakimś paskudnym fortelem wciągnęła komisarza Kruszyńskiego w swoje intrygi i tym sposobem z góry wydała na niego wyrok śmierci.
W jej wersję wydarzeń nikt nie uwierzył. I nikt nie próbował. Przede wszystkim zaś – nie chciał. Nawet po tym, jak czytacze umysłów prześwietlili jaźń podejrzanej neuron po neuronie i w oficjalnej ekspertyzie potwierdzili prawdziwość złożonych wcześniej zeznań. No bo co to niby za zeznania, skoro na większość pytań odpowiadała: „Nie pamiętam”.
I nieważne, czy mówiła prawdę, czy nie. Nieważne, że mało brakowało, a przekręciłaby się z wycieńczenia po kilkudniowej wiwisekcji, kiedy naszprycowana mnemosyną i podłączona do aparatury neurostymulującej za wszelką cenę starała się przypomnieć sobie, co dokładnie zaszło tamtej nocy. Nic, co zrobiła po tym, jak odnaleziono ją na krawędzi Pęknięcia, nie miało żadnego znaczenia. Bo to nie za niepamięć tak ją znienawidzono. Nawet nie za śmiercionośny dar, który po raz kolejny zebrał makabryczne żniwo.
Jedna z najcięższych zbrodni szamanki polegała na tym, że po wszystkim, czego dokonały jej zabójczy umysł i zabójcze dłonie, ona sama przeżyła.
Z kolei drugą – tę niewybaczalną – stanowił ten prosty fakt, że przeżyła jako jedyna.
*
– Kompaniaaa… BACZNOŚĆ! Na ramięęę… BROŃ! Do nogiii… BROŃ! Salwa honorowa! Kompaniaaa… SPOCZNIJ!
Sześciu łowców z drugiego szeregu sztywno odstąpiło krok w tył.
– Do salwy honorowej trzemaaa… ŁADUJ!
Rozległ się trzask równocześnie przeładowywanej broni.
– Salwąąą… PAL!
Huk pierwszego wystrzału odbił się echem od zachmurzonego nieba niczym od ołowianej misy. Żałobnicy wzdrygnęli się mimowolnie. Spłoszone ptaki z wrzaskiem poderwały się z drzew.
– Salwąąą… PAL!
Drugi wystrzał wydawał się jednocześnie słabszy i głośniejszy od pierwszego.
– Salwąąą… PAL!
Po trzecim i ostatnim zapadła na moment dzwoniąca w uszach cisza.
– Po salwie honorowej kompaniaaa… SPOCZNIJ!
Drugi szereg mechanicznym krokiem wrócił na swoje miejsce.
– Kompaniaaa… BACZNOŚĆ! Na ramięęę… BROŃ! Prezentuuuj… BROŃ! Na prawooo… PATRZ!
Idzie przemknęło przez myśl, czy by nie stanąć przed nimi jak przed plutonem egzekucyjnym i nie poprosić, żeby ją rozstrzelali.
*
Powinnaś była zginąć tam zamiast niego, mówiło palące spojrzenie Rudej, która stała nad grobem najlepszego przyjaciela z garścią czarnej ziemi w zaciśniętej do białości dłoni.
Szamanka nie mogła się z nią nie zgodzić. Każdego ranka wypowiadała dokładnie te same słowa do swojego odbicia w lustrze. Odwróciła głowę, by uciec przed wzrokiem czarownicy tak samo jak przed własnym. Schowała twarz pod kapturem opończy, po raz kolejny tego dnia czując, jak bolesny ucisk w piersi rozpływa się powoli w morzu upiornej obojętności.
Ziołowe mieszanki z ksiąg odziedziczonych po ciotce oraz proszki od firmowego psychoalchemika szybko przestały przynosić ukojenie. Dziewczyna znalazła jednak inny sposób na odrealnienie rzeczywistości, która stała się dla niej prawdziwą torturą. Zanim tutaj przyszła, wciągnęła ścieżkę opalizującego piasku. Cieniutką kreseczkę sypkiego snu. Zaledwie parę ziarenek, bo tyle wystarczyło, żeby uciec umysłem od koszmarnej jawy, lecz nie odpłynąć dalej w objęcia Morfeusza. Trwać w zawieszeniu między wymiarami. W półśnie. W półżyciu. W półśmierci.
Świat kołysał się teraz pod stopami Idy niby łódź na falach, wytłumiony, przygaszony, spowity chłodną mgłą. Nie minęło pół minuty, a całkiem zapomniała o Rudej. I już-już miała odpłynąć w dal z łagodnym prądem i z ulgą zapomnieć także o Kruchym… Ale pech chciał, że dostrzegła w tłumie kolejną znajomą sylwetkę, a zamazany wzrok odruchowo złapał ostrość na twarz.
Łódź rozpadła się z ostrym trzaskiem i szamanka poczuła, że tonie.
Kornelia Kwiatuszek w żałobie niezłamanej choćby plamką żywszego koloru, z czarną chustą skrywającą jej niesforne platynowe kędziory, robiła tak piorunujące wrażenie, że Ida zachwiała się nagle i w ostatnim momencie przytrzymała drzewa. Jak gdyby widok kobiety w czerni zamiast zwyczajowych wszystkich barw tęczy uderzył ją nie tylko w przenośni. I nawet działka czystego śnienia nie zdołała tym razem uśpić wszystkich potworów. Nie złagodziła bólu. Nie powstrzymała jęku, który nieproszony wyrwał się z jej ust.
Ida mocniej wczepiła dłonie w pień sędziwego dębu, przycisnęła policzek do zimnej, szorstkiej kory. Zamknęła oczy. Pod powiekami natychmiast błysnęło wspomnienie siedmiu hiacyntów o wściekle różowych płatkach. Kiedyś, dawno temu, w poprzednim życiu, w jakimś innym czasie, w świecie oddalonym o całe lata świetlne, spopieliła wszystkie siedem kwiatów, jeden po drugim, urokiem zabójczego dotyku – upiornym prezentem od Fałszywego Pieśniarza, który w zamian wziął sobie kęs jej własnej duszy i tym samym na pewien czas odebrał jej śmiercionośne sny. Dar za dar. Broń za broń. Śmierć za śmierć. I mając teraz w głowie obraz sczerniałych pąków, Ida pomyślała, że Kornelia tak właśnie dzisiaj wygląda. Jak wielki martwy kwiat, spalony do cna ciążącą na szamance klątwą.
Wszystko, czego się tknę, obracam w popiół i dym, pomyślała półprzytomnie. Wszystkich wokół siebie zabijam, krzywdzę i tracę.
Kwiatek poprawiła ciemne okulary, spod których spłynęła pojedyncza łza. Rzuciła garść ziemi na trumnę, a Ida poczuła, że dłużej tego nie zniesie. Na miękkich nogach przekradła się na szczyt niewielkiego wzniesienia, skryła głębiej w cieniu drzew.
Trach.
Trach-trach.
Trrraaach!
Kolejne grudy ziemi łomotały głucho o dębowe drewno, ale szamanka nie mogła już tego widzieć. Próbowała też niczego nie słyszeć. Kuliła się pod olbrzymim żywotnikiem i zasłaniała uszy, dopóki nie nastała cisza. Potem długą chwilę wpatrywała się w swoje urękawiczone dłonie, zanim ponownie zerknęła w stronę żałobników.
Tłum milczących postaci czuwał nad ziejącym w ziemi dołem. Nikt się nie poruszał. Nikt nawet nie szepnął. Trwało to tak długo, że czas również zdawał się stać w miejscu.
Niby nic szczególnego. Nie był to typowy religijny obrządek. Czarodzieje mieli swoje zwyczaje pogrzebowe, pełne medytacji, zbiorowych transów i milczącej zadumy. A jednak w przymglonym umyśle szamanki podzwaniało cichutko natarczywe wrażenie, że coś na tym obrazku jest mocno nie tak.
Zmarszczyła brwi. I zaraz uniosła je w szczerym zdumieniu, gdy dotarło do niej, w czym rzecz.
Śnieg.
Okruchy skutego lodem nieba zastygły w powietrzu niczym brylanty zawieszone na pajęczych niciach.
Ida zamrugała. Wyciągnęła rękę i trąciła palcem płatek śniegu, który migotał w słońcu na wysokości jej oczu. Nie spadł na trawę, przesunął się tylko pod jej dotykiem, po czym znieruchomiał, ledwo cofnęła dłoń, ugrzązł niczym brokatowy owad w przejrzystym bursztynie. Zerknęła niżej, kątem oka wychwyciwszy kolejny dziwny szczegół.
Grób łowcy był pusty. Trumna wciąż stała obok…
Zdezorientowana szamanka obserwowała po raz kolejny, jak grabarze, którzy jako pierwsi przełamali posągowy bezruch, chwytają za liny i zaczynają powoli opuszczać skrzynię do dołu.
Potrząsnąwszy głową, Ida przetarła oczy. Musiało jej się coś przywidzieć – aż podskoczyła, gdy powietrze po raz drugi rozdarł spazmatyczny kobiecy szloch – i przesłyszeć.
Dla otrzeźwienia poklepała się po policzkach. Nabrała do płuc zimnego powietrza. Nie pomogło. Znów czuła na sobie rozogniony wzrok Rudej. Ale przecież Ida stała teraz w zupełnie innym miejscu, czarownica nie miała prawa jej tutaj dojrzeć.
No więc co? Déjà vu? Tyle że ono nigdy nie trwa przecież tak długo…
Trach. Trach.
Tra-trach…
Trach!
Grudy czarnej ziemi uderzały głucho w dębowe wieko trumny.
TRRRAAACH!
Rumor narastał i narastał, aż grunt zaczął dygotać, jak gdyby lada moment miał się rozstąpić i pogrzebać ich wszystkich żywcem.
Ida przycisnęła dłonie do uszu. Przygryzła wargę. Mocno. I mocniej, pomimo bólu. Przygryzła język, poczuła smak krwi… i naraz wszystko zamarło.
Płacz kobiety ucichł równie raptownie, jak wybuchł. Zamilkł też hurgot sypanej ziemi. Teraz było słychać jedynie szum deszczu ze śniegiem, ciurkanie wody z nagich gałęzi, plusk kropel w kałużach.
Ida niepewnie wyjrzała spod kaptura.
Cmentarz był pusty.
*
Wokół żywej duszy. Na nocnym niebie kłębowisko burzowych chmur. A w dole, u stóp łagodnego wzniesienia, świeża mogiła obsypana kwiatami i wiązankami ziół, zalana morzem amuletów pogrzebowych i rytualnych lampionów.
– Chyba jednak wzięłam za dużo – stwierdziła szamanka cicho, przecierając twarz mokrą nie wiadomo, czy od deszczu, czy od łez. – Musiałam przysnąć. To tylko sen. Okropny sen, nic więcej.
Ruszając powoli w dół pagórka, pomyślała, nie po raz pierwszy, że koszmary nie są wcale takie złe. Bo w końcu się budzisz, wzdychasz z ulgą – i już. Po krzyku.
Za to z rzeczywistości nie ma przebudzenia. Żadnej prawdziwej ucieczki. Otwierasz oczy po chwili zapomnienia, a ból wciąż tam jest. Straszydła nie znikają. Świt nie nadchodzi. Czerń wiecznej nocy wlewa ci się do ciała przez czarne dziury źrenic i pożera ci duszę kawałek po kawałku, dopóki znów nie uśniesz.
A potem wszystko zaczyna się od nowa. Powtarza się raz za razem, raz jeszcze i jeszcze, i ciągle, i wciąż, jak w czasoprzestrzennej bańce twojego prywatnego piekła na ziemi. Zmieniasz się powoli we własny udręczony cień, aż wreszcie zupełnie wtapiasz w smolisty mrok, gdy tę przeklętą pętlę kończy na zawsze sen nieskończony…
Ida szarpnęła głową, niemal fizycznym wysiłkiem zatrzymując strumień myśli czarnych jak jej rozpacz. W ostatniej chwili złapała równowagę na śliskiej trawie. Wypchany watą umysł rejestrował wszystko ze sporym opóźnieniem. Ciało musiało radzić sobie samo, wsłuchane w pierwotne instynkty, bezwolne odruchy i atawistyczne lęki. Tu zaczepiło butem o wystający korzeń. Tam uderzyło ramieniem w kolumnę mauzoleum z szarego marmuru. A mimo to z uporem szło dalej. Jak animowane ręką niewidzialnego lalkarza. Zamroczona świadomość nie mogła za nim nadążyć i tylko przeszkadzała ospałymi reakcjami, które jeszcze bardziej wytrącały je z rytmu. Grzechotała głucho w pustej czaszce niby obluzowana śrubka zepsutej marionetki.
Wzięłam zdecydowanie za dużo, pomyślała szamanka w przebłysku przytomności. Potknęła się znowu. Runęła na kolana między pełgające ogniki. Z najwyższym trudem zmusiła się wreszcie do podniesienia wzroku. Bała się patrzeć. I bała się nie patrzeć.
Patrzyła długo.
Imię widniejące na pogrzebowej tabliczce przeszywało ją na wskroś niczym rozżarzony pręt, wypalało piętno na każdym fragmencie jej duszy, lecz nie potrafiła, nie mogła, nie chciała przestać go czytać. Jeszcze raz. I jeszcze. I ciągle, i wciąż, w beznadziejnej nadziei, że trwający wokół koszmar w istocie jest tylko koszmarem. Okrutnym kłamstwem nocy, które pryśnie bez śladu w promieniach nowego dnia.
Ale nie. Nic z tego. Wszak z rzeczywistości nie było przebudzenia.
Straszydła nie znikną.
Świt nie nadejdzie.
Martwi nie wstaną z grobów.
Za to żywi, na szczęście, mogą się w nich położyć.
Ida wsunęła dłoń do kieszeni opończy, zacisnęła palce na woreczku z piaskiem. Drobne ziarenka zachrzęściły kusząco.
Taak, tym razem zdecydowanie wzięła o wiele za dużo. I wciąż za mało. Bo jeśli z koszmaru nie da się obudzić, pozostaje jedynie całkiem się w nim zatracić. Zapaść w jeszcze twardszy sen. Ten najgłębszy ze wszystkich.
A jednak Ida obiecała sobie tego ranka, że nie zażyje już dzisiaj ani odrobiny. Nie pójdzie na dno. Jeszcze nie teraz. Bo nadal miała tu coś do zrobienia.
*
Czuwała nad grobem Kruchego przez długie godziny.
Przemokła do suchej nitki, przemarzła do kości i było jej z tego powodu zupełnie wszystko jedno. Kiedy dopaliły się ostatnie znicze, niemal uwierzyła, że mrok naprawdę wygrał, a słońce na dobre zgasło i już nigdy nie wróci. Nie żeby miała coś przeciwko temu. Spowijająca ją ciemność i ciemność w jej duszy pasowały do siebie jak dwie połowy nocy.
Wiedziała, że jest obserwowana. I nic nie mogła na to poradzić, a skoro tak, nie zamierzała zaprzątać sobie tym głowy. Bo i po co? Niech się dzieje, co chce. Jeśli spotkanie z Fałszywym Pieśniarzem czegokolwiek ją nauczyło, to właśnie tego, że cokolwiek zrobi lub czegokolwiek nie zrobi, nie ma to ostatecznie żadnego znaczenia. Na koniec i tak zostanie jej tylko własne odbicie w lustrze, któremu nie będzie umiała nawet spojrzeć w oczy.
Odliczała czas do godziny duchów, czując na plecach nieprzyjemne mrowienie, niemające nic wspólnego z panującym wokół chłodem. Firma pod wieloma względami przypominała ogarnięte biurokratycznym chaosem, bliskie implozji korpo, ale jednego nie można jej było odmówić: nie popełniała drugi raz tego samego błędu. Nigdy. Nauczona doświadczeniem przypięła swojej głównej podejrzanej ogon, którego nie dało się unieszkodliwić garścią nasennego piasku ani szamańskimi sztuczkami.
Ida nie omieszkała tego sprawdzić. Wielokrotnie. Gdy tylko przydybała któregoś ze swoich strażników poza bezpiecznym azylem wyekranowanego służbowego auta, skryta w gęstwinach swojego ogrodu albo za kotarą przy uchylonym oknie wysypywała sobie na dłoń kopczyk sypkiego snu, po czym przywoływała Wiatr Zaświatów, który unosił drobne ziarenka z jej palców i ciskał nimi prosto w twarz wskazanego celu. Jak dotąd – bez skutku. Żaden nawet nie ziewnął. Nie potarł powiek. Nic. Zero reakcji. W końcu Ida zaprzestała prób pozbycia się obstawy i uznała towarzystwo dwóch smutnych panów i jednej smutnej pani za stały element otoczenia, który czasem naprawdę sprytnie się kamuflował. Tak jak teraz. Z niechętnym uznaniem musiała przyznać, że czasem nie sposób było ich dostrzec. A jednak bez trudu wyczuwała tę nieustanną, bliżej nieokreśloną obecność, od której mimowolnie tężały jej mięśnie karku, a spięte ramiona drgały.
Nawet we własnym domu, przy zatrzaśniętych okiennicach i zaciągniętych zasłonach, szamanka odnosiła wrażenie, że jest inwigilowana, a każdy jej ruch poddawany analizie i raportowany do centrali. Prawdopodobnie zresztą tak właśnie było, bo w przypadku Firmy „inwigilacja” wcale nie musiała oznaczać konwencjonalnej obserwacji ani podsłuchu. I nawet magiczne fortyfikacje willi czy sieć bezpieczeństwa założona kiedyś przez łowcę wokół całej posesji nie gwarantowały dziewczynie pełnej prywatności.
Chociaż akurat w tej chwili z pewnością szpiegowano ją w tradycyjny sposób. Widać ją było wszakże jak na dłoni. A pół dnia i pół nocy spędzone w ulewnym deszczu przy mogile łowcy, w którego śmierć była zamieszana, w oczach szpiegujących ją agentów bez wątpienia stanowiły kolejny poszlakowy dowód jej winy. Tyle że Ida jakoś nie potrafiła się tym przejąć. Miała robotę do wykonania, do diabła z całą resztą. Do diabła z nimi. Z nią samą także.
Oby jak najszybciej.
Obejrzała się ostentacyjnie raz i drugi. Pomachała w mrok. Skryci w nim operacyjni bez wątpienia uzbroili się w zaprojektowane przez czytaczy czujniki sygnatur psychoenergetycznych, skalibrowane pod jej świadome śnienie. Jeśli spróbowałaby teraz wykreować jakiś sen, bez znaczenia, śmiercionośny czy nie, zabiją ją na miejscu.
Gdyby tylko wiedzieli, że ani na moment nie rozstawała się z zapasem usypiającego piasku, już dawno zostałaby zastrzelona podczas próby ucieczki, czynnej napaści na funkcjonariusza czy pod innym wygodnym – i nieważne, czy wiarygodnym – pretekstem. W zasadzie obie strony byłyby chyba całkiem zadowolone z takiego obrotu spraw. Ale szamance nie zależało na pośpiechu. Zostało jej tu jeszcze coś do załatwienia. A poza tym nie zamierzała im przecież niczego ułatwiać. Dlatego podczas żadnego z wielu przesłuchań ani żadnej rewizji nie zająknęła się słowem, że nosi przy sobie niewyczerpany zapas nasion snu, których najwyraźniej nikt poza nią oraz innymi oneironautami nie mógł ani zobaczyć, ani wyczuć dotykiem.
Nie miała pojęcia, dlaczego Aisling, piaskunka, która ją wyszkoliła i która przed feralną nocą podarowała jej sakiewkę perłowych ziarenek, do tej pory nie zgłosiła tego śledczym. Cóż, najpewniej dlatego, że nie pracowała dla Firmy, tylko dla Kornelii Kwiatuszek. Poza ścisłym kręgiem zaufanych przyjaciół nikt nie podejrzewał tej nierozgarniętej sekretarki z Wydziału Archiwów ani o ostry jak skalpel umysł, ani o szeroką sieć kontaktów i aktywów po obu stronach prawa. Nikt niewtajemniczony nie miał powodów przypuszczać, że ktokolwiek mógłby zataić coś w swoich zeznaniach na polecenie Kwiatka. Że to otyłe, zakompleksione i głupawo rozszczebiotane popychadło może w kimkolwiek budzić respekt i od kogokolwiek skutecznie egzekwować posłuszeństwo.
Ale szamanka już wielokrotnie przekonała się na własnej skórze, jak wielki potencjał drzemie w umyśle skrytym pod celowo nietwarzową fryzurą na platynowego baranka oraz infantylną pstrokatością opasek, spinek i klamerek do włosów. Skoro piaskunka dotąd nie wydała Idy, to oznaczało, że Kornelia ma wobec dziewczyny własne plany.
Jakie? Szamanka wolała tego nie wiedzieć. Bo tym razem nie miała cienia złudzeń: wiedziała, że Kwiatek nie chroni jej z sympatii czy poczucia lojalności, gdyż podobnie jak Ruda obwinia Idę o śmierć przyjaciela. Prawdopodobnie chodziło zatem o prywatną wendetę, a na samą myśl o misternym, wyrachowanym planie zemsty, który rodził się w genialnej głowie pozornej kretynki, szamanka w pierwszym odruchu miała ochotę dobrowolnie oddać się w ręce Firmy i z miejsca przyznać do wszystkiego, o co by ją oskarżyli. W drugim odruchu wybierała jednak lunatyczny eskapizm.
Oczywiście zdawała sobie sprawę, że jej półśnięty umysł sprowokowany jakimś przypadkowym skojarzeniem w dowolnej chwili może zacząć kreować oniryczne światy, co było w zasadzie jednoznaczne z samobójstwem. Jedno nieostrożne senne marzenie, choćby zaledwie po części świadome, i przyczajone w ciemnościach czujki natychmiast zmiotą ją z powierzchni ziemi.
A jednak ryzykowała. Za każdym razem bardziej, zapadając w coraz głębszy sen, z którego coraz trudniej było jej się obudzić. Z jednej strony nie była gotowa do podjęcia żadnych ostatecznych kroków, z drugiej nieustannie kusiła los. Rzucała kośćmi, pozornie zdając się na kaprys przypadku, a tak naprawdę w pełni świadoma, że prędzej czy później przegra.
A może właśnie wygra?
Poczuła, jak mięśnie twarzy tężeją jej w boleśnie gorzkim uśmiechu.
Może w jej pechowym życiu śmierć to jedyne szczęście, które miało ją spotkać?
Wybiła w końcu godzina duchów i cała nekropolia rozszemrała się raptem głosami zza świata. Brzmiało to tak, jakby rozstrojone radio odbierało pełne trzasków i zakłóceń przebitki z tysięcy transmisji naraz. Jakby każdy znicz, każde cmentarne drzewo i nagrobny kwiat, każdy kamienny posąg i drewniany krzyż, każda kropla deszczu – żywej wody, co umarła z szumem podczas lotu z chmur i wpadła z pluskiem w martwe kałuże między mogiłami – jak gdyby to wszystko wszędzie dookoła otworzyło puste oczy, rozwarło upiorne usta, mając nagle szamance wiele do powiedzenia.
I to nic dobrego.
Ida klęczała w błotnistej kałuży, nad płonącą świecą, z zamkniętymi oczami i otwartym Okiem, przeczesując metodycznie całe widmowe pasmo, jedną częstotliwość po drugiej. Docierały do niej urywki gorączkowych monologów, płaczliwych pretensji, naelektryzowanych gniewem kłótni, a niezrozumiałe strzępki słów, które napływały zewsząd gwałtownymi falami, co rusz topiły pozostałe odgłosy w spienionych odmętach białego szumu.
A pośród tego wszystkiego najprzenikliwiej dźwięczała cisza. Głucha i ostentacyjna. Ida chłonęła tę ciszę ze ściśniętym sercem i duszą skurczoną w maleńki okruch lodu. Tak jak się obawiała, ten jeden jedyny głos, z którym przyszła tu porozmawiać, wciąż nie miał jej nic do powiedzenia. Bo to właśnie on tak głośno do niej milczał.
Mimo to nasłuchiwała dalej. Nie miała przecież dokąd pójść. Nie miała pojęcia, co innego mogłaby zrobić. Ani dziś, ani jutro. Ani w ogóle. I czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek cokolwiek…
Dopiero gdy już całkiem straciwszy nadzieję, zwinęła rozsnute nici umysłu z powrotem w ciasny kłębek, poczuła przeszywający chłód. Wokół siebie, owszem – lecz przede wszystkim w sobie. Tuż pod siną skórą i głęboko w trzewiach, jak gdyby w jej żyłach zamiast ciepłej krwi płynęła zmrożona deszczówka.
Jeszcze przez kilka chwil jej skostniałe ciało rezonowało sennym pomrukiem trupiej ziemi, nikłym echem dawno przebrzmiałych istnień. A potem Ida cofnęła wreszcie dłonie znad świecy i pozwoliła, by lodowate krople zdławiły płomień. Szybko. Bezgłośnie.
Było życie – cyt – i nie ma.
Nie ma, więc co z tego, że było?
Co z tego, że było, więc co z tego, że nie ma?
Co z tego, że nie ma – co z tego zatem, że nie będzie już nigdy…
Czym prędzej wystawiła twarz na deszcz. Zimny prysznic nieco ją oprzytomnił, powstrzymał kolejny przypływ trującej melancholii.
Drgnęła, gdy wtem przez szum ulewy przebiło się rytmiczne chlupotanie wody w kałużach.
Kroki.
Ktoś się zbliżał.
Skoczyła na równe nogi, niemal krztusząc się własnym sercem. Najwyższym wysiłkiem woli zdławiła impuls, aby rzucić się biegiem między skąpane w mroku mogiły. Głos rozsądku tym przytomniejszy, im więcej ziaren snu zdążyło wykiełkować, zakwitnąć i zwiędnąć w jej umyśle, słusznie podpowiadał, że wyczerpana, zziębnięta i wciąż otumaniona resztkami sypkiego śnienia nie powinna gnać na oślep po śliskim błocie, jeśli nie chce skręcić karku, potknąwszy się o korzeń, albo rozbić sobie głowy o któryś z nagrobków. Stała więc po kostki w wodzie, roztrzęsiona z zimna, oczekiwania i strachu. Z coraz większym trudem utrzymując pion, wpatrywała się w czerń pod drzewami, najzupełniej pewna, że lada chwila ujrzy znajomą twarz.
Przeczucie i tym razem jej nie myliło. A przynajmniej nie całkiem.
Bo na ścieżkę meandrującą wśród zalanych deszczem mogił zamiast widma Kruchego wyszedł człowiek z krwi i kości.
Na jego widok Ida opadła z powrotem na kolana ni to z westchnieniem, ni to ze szlochem i pozwoliła, by przemoknięty kaptur zsunął jej się na plecy, a deszcz lał strugami za kołnierz.
Starszy sierżant Tomasz Smoczyński podszedł do szamanki bez słowa. Stanął obok, na tyle blisko, aby skulona na ziemi zmieściła się pod jego parasolem. Nie miało to większego sensu, bo i tak już ociekała wodą. Niemniej liczył się gest. Zauważyła go i doceniła, lecz z całych sił udawała, że wcale nie.
– Pół dnia cię szukałem – odezwał się po długiej chwili. – Nie widziałem cię na pogrzebie.
– Nie chciałam, żebyś zobaczył.
– Domyśliłem się w końcu i już nie mogłem zasnąć. No to przyjechałem.
– Ja ci zasnąć na pewno nie pomogę – odburknęła, wciąż pochylona, z palcami w czarnych rękawiczkach wbitymi w błoto. Wyglądała teraz jak swój własny cień, który straciwszy zaufanie do blasku dnia, rozpaczliwie próbuje przekonać ciemną noc, żeby go pożarła.
– Doprawdy? – W głosie Tomasza dało się usłyszeć ironię i gorycz, jakich szamanka nie słyszała u niego jeszcze ani razu. – Tamtej nocy jakoś nie miałaś z tym problemów.
– Czyli co? – warknęła tak ostro, że niemal napastliwie, nadal jednak nie podnosiła głowy. – Chcesz znowu oberwać piachem po oczach?
– Nie.
– Więc nie jestem w stanie ci pomóc. Nie ululam cię do snu opowieścią na dobranoc, bo nie mam dla ciebie żadnych odpowiedzi. Niczego nie pamiętam, mówiłam już…
– Nie po to tu jestem.
– Więc po co?
– Tak jakby uratowałem ci życie – przypomniał tym razem bez kpiny czy wyrzutu, ale i bez dumy. Po prostu powiedział na głos to, co wiedzieli oboje. – Więc teraz tak jakby czuję się za ciebie odpowiedzialny.
Znajome słowa wbiły się w nią jak stalowe szpikulce do lodu, aż z trudem zdusiła jęk.
– No to tak jakby możesz już przestać – odparła głucho. – Bo wcześniej to ja uratowałam twoje. Jesteśmy kwita.
– Czyżby?
Ida zacisnęła dłonie. Zapadły się w grząski grunt aż po nadgarstki.
– Zamiast iść ze mną do tej przeklętej kaplicy – wycedziła – i zginąć tak jak Kruchy, zasnąłeś snem sprawiedliwego, dzięki czemu nadal tutaj jesteś. Drobiazg, naprawdę. Nie musisz dziękować.
Smoczyński uniósł brwi i pokręcił głową, lecz zaraz zdał sobie sprawę, że wpatrzona w ziemię szamanka nie może tego widzieć.
– Wiesz, jakie to uczucie przespać koniec świata? – zapytał tonem, który nie pozostawiał wątpliwości, że cokolwiek go tutaj przygnało w tę paskudną noc, zdecydowanie nie była to wdzięczność za ocalenie.
– Owszem. Wiem. Z czarną dziurą w mózgu to tak, jakbym i ja go przespała…
– Nie do końca. Pamięć być może kiedyś ci wróci. A w moim przypadku nie ma żadnych wspomnień, które mógłbym odzyskać.
– I co? Zamierzasz się licytować, które z nas ma gorzej?
– Na razie wygrywasz – odparł po krótkim wahaniu, jak gdyby rzeczywiście najpierw sprawdził punktację. – Bo syndrom ocalałego też nie jest ci chyba obcy. – Zabrzmiało to jak pytanie, choć wcale nim nie było.
Poderwała głowę i w końcu spojrzała mu w oczy.
– Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? – wysyczała. – Przeprosin? Wyjaśnień? Z czego konkretnie mam ci się tłumaczyć? Z tego, że przeżyłam dzięki tobie czy że ty przeżyłeś dzięki mnie, bo się pogubiłam?
– Ida…
– Nic ci nie jestem winna, Smoku. Nic! Ani ty mnie. Spłaciłeś swój dług, więc, do jasnej cholery, przestań za mną łazić.
– Posłuchaj, ja…
– Ty żyjesz, Kruchy zginął. Wolałbyś, żeby było odwrotnie?
– Nie o to mi…
– Bo ja tak! – krzyknęła, znów nie dając mu dojść do słowa.
Przestraszył się trochę na widok jej oczu, tak wielkich i ciemnych, że zdolnych pomieścić całą noc tego świata. Wykonał ruch, jakby chciał się cofnąć. Nie zrobił tego jednak.
– To właśnie bym wolała! – ciągnęła wciąż podniesionym głosem, który tylko za sprawą łoskotu ulewy nie niósł się echem po całym cmentarzu. – Wolałabym stać teraz z żywym Kruchym nad twoim grobem! To chciałeś usłyszeć?!
Milczał długo. Bardzo długo. Tak długo, aż Ida zaczęła się zastanawiać, czy odezwie się jeszcze, nim nadejdzie świt. Czy odezwie się kiedykolwiek. I dopiero teraz pojęła, że kolejne kamienne milczenie w jej żałośnie pustym życiu niechybnie ją zabije.
I bardzo dobrze.
Oby jak najszybciej.
Deszcz był chyba skłonny spełnić jej ostatnie życzenie, bo łomotał o parasol Smoka z taką zawziętością, jak gdyby ciężkie krople próbowały przebić naprężony materiał, wprasować oboje w rozmokłą ziemię, wepchnąć ich żywcem Kruchemu do grobu.
– Tak – odparł wreszcie Tomasz. – To chciałem usłyszeć.
Nie udało jej się ukryć, jak bardzo ją tym zaskoczył. Odgarnęła mokre włosy z twarzy i ledwo wytrzymując jego poważne spojrzenie, burknęła z osobliwym rodzajem pojednawczej drwiny:
– Tylko mi nie mów, że udręczony wyrzutami sumienia przyszedłeś się tu honorowo utopić.
– Nie. Ryzyko jest spore, to fakt. – Zapluskał butem w kałuży sięgającej mu już prawie do kostek i atmosfera od razu nieco się rozluźniła. – Ale nie to miałem na myśli.
– Bądź więc łaskaw uściślić.
– Z miłą chęcią, tylko może przenieśmy się najpierw w jakieś suchsze…
– Nie.
– Nie?
– Nie. Jeszcze tu nie skończyłam.
Zerknął pod nogi, na plamę białego wosku w plamie czarnej wody i uniósł brew.
– No więc? – ponagliła, zanim wszedł w rolę detektywa i zaczął zadawać niewygodne pytania.
Przestąpił z chlupotem z nogi na nogę. Poprawił uchwyt na rączce parasola.
– Odkąd znalazłem cię na krawędzi Pęknięcia… – zaczął powoli i zaraz urwał. – Otchłani? Czeluści? – poprawił się niepewnie. – Czy jak wy tam dramatycznie nazwaliście tę dziurę…? A, mniejsza z tym. No więc odkąd cię tam znalazłem, wydawało mi się, że wyniosłem z tej kaplicy zupełnie obcą osobę… Nie, czekaj, to niezupełnie tak. Cholera, sam nie wiem, jak ci to… – Zaplątał się, westchnął i zaczął od nowa. – Dobra, to inaczej: przez cały ten czas miałem wrażenie, że uratowałem tylko twoje ciało. Jakby w środku nikogo nie było.
Ida złapała się na tym, że kiwa głową, doskonale wiedząc, o czym Smoczyński mówi, mimo że on sam tak do końca nie miał prawa tego rozumieć. Jednak zachęcony jej potakiwaniem, kontynuował:
– Przez ostatnie tygodnie byłaś jak jeden z tych waszych Bezdusznych, tyle że bez dzikiego lokatora. Jak bezwolna kukła. Puste naczynie. Sama skorupa…
– Okej, okej, łapię. Nie sil się, proszę, na więcej porównań, bo zrobi mi się przykro.
– Chodzi mi o to, że pierwszy raz od tamtej nocy dałaś w końcu jakiś dowód życia. Aż do teraz zastanawiałem się, czy śmierć Kruchego jakkolwiek cię obeszła, czy w ogóle zauważyłaś, że go nie ma…
Oburzona podobną sugestią Ida gwałtownie wciągnęła powietrze.
– Co ty pieprzysz, jak mogłabym nie…
– …bo tak się składa, że wiem co nieco o żałobie, i to nie było to – dokończył spokojnie, tym razem nie pozwalając sobie przerwać. – To, co się z tobą do tej pory działo, zupełnie nie kwalifikuje się ani na zaprzeczenie, ani na wyparcie, ani na dysocjację. Na klasyczne topienie smutków też nie. Tylko raczej na… bo ja wiem? Autohipnozę? Jakiś mentalny letarg czy trans?
Szamanka odwróciła wzrok, czując w kieszeni nęcący ciężar sakiewki z piaskiem snu.
– Prawdziwą żałobę to ty dopiero zaczynasz – ciągnął Smoczyński takim tonem, jakby był całkowicie świadom, że trafił bez pudła, jakby doskonale wiedział, o czym dziewczyna teraz myślała. – Teraz, w tej chwili. Czyli jednak nadal tu jesteś.
– I to cię niby cieszy?
– Nie jakoś szczególnie. Gdyby nadkomisarz Poniedziałek nie wepchnął cię siłą do mojego życia, nie miałbym teraz tylu powodów do zastanawiania się, co jest, do diabła, nie tak z tym światem…
– Piękne dzięki.
– …ani do kwestionowania każdego aspektu rzeczywistości, włącznie z moim zdrowiem psychicznym. I z tego tytułu od samego początku żywię do ciebie pewną urazę, której nigdy zresztą przed tobą nie ukrywałem.
– Wręcz przeciwnie.
– Wręcz przeciwnie – przyznał uczciwie. – Ale to przecież nie znaczy, że życzę ci śmierci. Gdyby tak było, to bym cię tam zostawił.
– Może należało.
– Oj weź – parsknął zirytowany, że Ida z takim uporem buduje napięcie, które on przez cały czas starał się rozładować. – Nie gadaj bzdur.
– Nie gadam. Ty wyjątkowo też nie – dodała wspaniałomyślnie. – Masz nosa i bystre oko, mówiłam ci to już kiedyś. I teraz czuję się dokładnie tak, jak opisałeś. Rozdarta na kawałeczki. Przełamana na pół. Żywa z wierzchu, martwa w środku. Wydmuszka, skorupka, wylinka człowieka…
– W porządku, przyjąłem. – Podniósł wolną rękę w geście kapitulacji, drugą gwałtownie zamachał parasolem. – Nie sil się lepiej na więcej metafor, bo robi się niezręcznie.
– Chyba tobie. Mnie tu nie ma, Smoku. Nie tak naprawdę.
– Jesteś, jesteś – mruknął mocno już skrępowany, nie wiedząc, co niby innego miałby na to rzec. Tym bardziej że to wcale nie zabrzmiało jak przenośnia, tylko stwierdzenie jakiegoś niemożliwie pokręconego faktu, którego sierżant za nic nie miał zamiaru przyjmować do wiadomości. Bo chyba by oszalał. – Skoro cię boli, to znaczy, że żyjesz – dodał sentencjonalnie w nagłym olśnieniu.
– Ano żyję. Nic mnie od życia nie uratowało. – Ida uśmiechnęła się samymi ustami. – A gdybyś i ty zapragnął się przekonać o stanie własnego istnienia, to ja ci z dziką rozkoszą zadam trochę bólu. Powiedz tylko słowo.
Uśmiech, którym jej odpowiedział, także nie sięgał oczu.
– Będę o tym pamiętał.
*
Zerwał się wiatr pachnący mrozem, zwiędniętymi kwiatami, butwiejącymi liśćmi i dymem ze zniczy. Smok postawił kołnierz kurtki, zatupał dla rozgrzewki, rozchlapując wodę. Ida nadal tkwiła w błotnistej kałuży jak zlodowaciała rusałka z bagien, a od tego widoku policjantowi zrobiło się jeszcze zimniej, więc pośpiesznie odwrócił głowę.
– No dobra. To co zrobimy z tak pięknie rozpoczętym… – zerknął na zegarek – …środkiem nocy, który lada moment przejdzie w blady świt?
– Ty nic. Wracaj do domu, Smoku. Mam tu do załatwienia sprawę osobistą.
– Rozumiem – odparł, jednak nie ruszył się z miejsca. – Myślałem, że do wywołania ducha nie trzeba koniecznie siedzieć mu na grobie – rzucił mimochodem, czubkiem buta trącając resztki świecy.
– Bo nie trzeba. Zazwyczaj.
Zdziwił się, że odpowiedziała, zamiast znowu kazać mu iść do diabła. Jak widać brakowało jej towarzystwa znacznie bardziej, niż była gotowa przyznać.
– A kiedy nie jest zazwyczaj? – Podchwycił trochę wbrew sobie, bo tak naprawdę wcale nie chciał wiedzieć. Pytał wyłącznie dla podtrzymania rozmowy. Z dwojga złego wolał jednak gorzkie słowa od złowieszczego milczenia.
– Na przykład wtedy, gdy duch nie chce z tobą gadać.
– Och.
– Właśnie. Och. Twoja obecność w niczym tu nie pomoże.
– Jesteś pewna?
Najwyraźniej nie była, bo milczała długą chwilę.
– Nie – przyznała wreszcie. – W zasadzie już niczego. – Opuściła wzrok na zalany deszczem ogarek. – Nawet tego, czy w ogóle szukam Kruchego we właściwym miejscu.
– No cóż… – Tomasz chrząknął z zakłopotaniem. – Słyszałem pogłoski, że pochowali tutaj pustą trumnę, bo niby wciąż nie znaleźli jego ciała, ale chyba się nie łudzisz, że on…
Posłała Smokowi takie spojrzenie, że urwał natychmiast i pogrzebał tę niedokończoną myśl w mogile tuż obok łowcy.
– Okej, upewniam się tylko, że jesteś na bieżąco z ustaleniami, bo ciągle powtarzasz, że nic nie pamiętasz, a teraz jako podejrzanej o… właściwie nie do końca wiem, o co, prócz tego, że o wszystko, raczej nikt cię o niczym nie informuje, no więc pomyślałem…
– W wielu grobach agentów leżą puste trumny – przerwała mu twardym, rzeczowym tonem, uchwyciwszy się suchych faktów, żeby zupełnie się nie rozlecieć. – Czasem z powodu zaginięcia zwłok, czasem ich całkowitego zniszczenia. A czasem, choć rzadko, skażenie czarną magią jest na tyle wysokie, że ciała nie można po prostu spalić ani zakopać, więc trafia do podziemi w pilnie strzeżonej placówce Firmy, a pogrzeb ma charakter wyłącznie symboliczny… Ale Kruchy nie należy do żadnego z tych szczególnych przypadków. Nie wykryto na nim ani śladu podejrzanych zaklęć… – Przełknęła ślinę, przymknęła oczy. – Nawet ja od razu się zorientowałam, że nie zabiła go magia.
– Aha, czyli coś tam jednak pamiętasz – stwierdził Smoczyński i westchnął głęboko, bo naprawdę wolałby być teraz gdzie indziej i rozmawiać z kimś innym o czymkolwiek, byle nie o tym.
Ida nie przytaknęła ani słowem, ani skinieniem. Za to atrament, który wypełniał jej ogromne źrenice, pochłaniał tęczówki i miał lada moment wylać się na białka, odpowiadał na o wiele więcej pytań, niż Smoczyński ośmieliłby się zadać.
A jednak przełknąwszy własny dyskomfort, tak wielki, że już czuł gorzki przedsmak mentalnej niestrawności, sierżant nie spróbował skierować rozmowy na inne tory, tylko dzielnie milczał. Milczał i czekał na to, co powie szamanka. W końcu przyszedł tu nie dla siebie, lecz dla niej. Bo blisko miesiąc temu złożył obietnicę, że nie pozwoli jej cierpieć w samotności. I chociaż nikt żywy nie wiedział, do czego się zobowiązał na krótko przed końcem świata, ani myślał łamać przyrzeczenia.
Już na pierwszy rzut oka było dla niego jasne, że jeśli Ida natychmiast nie podzieli się wszystkim, co zatruwa ją od środka, z jakąś życzliwą duszą, a nie tylko z kipiącym wrogością śledczym w pokoju przesłuchań, to albo wybuchnie, albo imploduje. A wtedy rozsypie się tak, że nie będzie czego zbierać. Potrzebowała rozmowy jak powietrza w płucach i wody w ciele, jak blasku ognia w ciemności i ziemi pod stopami. Nie mogła dłużej tego w sobie dusić. Musiała usunąć z organizmu ołowiane słowa tkwiące pod skórą niby pociski. Powierzyć je komuś, kto był gotów je przyjąć takie, jakie były. Kto nie zamierzał ich przekręcać ani za nie łapać, ani używać ich przeciwko niej. Dla własnego dobra powinna jak najprędzej wypluć wreszcie te czarne wspomnienia, gęste i lepkie niczym stygnąca smoła, które od prawie miesiąca jątrzyły się paskudnie w miejscu, gdzie kiedyś miała serce, i za nic nie chciały się goić.
– Ostatnim, co potrafię przywołać z tamtej nocy – zaszemrała Ida tak cicho, że deszcz niemal całkiem ją zagłuszył; Smoczyński musiał się zbliżyć i mocno nachylić, żeby czegoś nie uronić – jest moment, gdy wychodzę z ciemnego lasu na opuszczony cmentarz i idę w stronę kaplicy. Przekraczam próg i nagle ktoś gasi mi światło w głowie, a potem… Diabeł jeden wie, co potem. Pamiętam tylko, jak czas staje w miejscu. A później wyrywa do przodu, szarpie gwałtownie, aż zwala mnie z nóg. I wszystko znika. Kiedy się budzę przed roztrzaskanym ołtarzem, który, jak mi się zdaje, wcześniej chyba był cały, na zewnątrz jest już jasno, Kruchy leży tuż obok, trzyma mnie za rękę i wygląda, jakby spał… – Głos szamanki gasł z każdym zdaniem niczym zanikająca fala w radiu.
Następne słowa zawisły na jej drżących wargach jak na krawędzi przepaści, aż w końcu ześlizgnęły się po odrętwiałym języku i wpadły z powrotem do ściśniętego gardła. Przełknęła je z trudem, o mało się nimi nie krztusząc.
Zacisnęła powieki.
Zacisnęła dłonie.
Zacisnęła wspomnienie w maleńki supełek, którego miała nadzieję nigdy więcej nie musieć rozplątywać. A jednak wiedziała, przeczuwała, śmiertelnie się bała, że ono już wkrótce rozmota się samo i oplecie ją ciasno jak niegdyś więzy łowcy. Z tą kolosalną różnicą, że zamiast miękkim, łagodnym ciepłem przeszłość spęta ją zimnem o ostrych krawędziach, które nie przyniesie niczego poza cierpieniem, nic prócz potwornej tęsknoty, tnącej aż do kości.
Coś z grzechotem przewaliło się w jej wnętrzu, gdy Ida spróbowała podnieść się z ziemi. Serce, pomyślała półprzytomnie, czując przeszywający ból w mostku. To jego odłamki tak we mnie hurkoczą.
Kawałki umysłu. Szklane drzazgi duszy. Marne resztki tego, co ze mnie zostało, takie sypkie, takie miałkie, same kruche okruchy…
Kruche
Okruchy
Kruchy
Kruchy
K r u c h y
Rozpadła się w jednej chwili. Nasiąknęła łzami, którymi bała się płakać, jak gdyby z każdą z nich mogła bardziej go stracić, aż wszystko w niej zmiękło, rozpuściło się, rozkleiło.
Kruchy, gdzie jesteś?!, załkała w duchu.
Jak mogłeś tak po prostu zostawić mnie samą?
Nie odpowiedział. Nigdy nie odpowiadał.
Ida nie potrafiła już nawet porządnie zaczerpnąć tchu. Płuca miała sflaczałe, dziurawe i wiotkie. Za nic nie chciały nabrać powietrza, rzęziły tylko w bezsilnym wysiłku.
Nie ma go. Nie ma nigdzie.
Był – cyt! – i przestał być.
Kruchy nie żyje. Kruchy umarł. Kruchy odszedł. Kruchy nie wróci.
Jak to się, do cholery, stało?
Dlaczego? Za co? Za jakie grzechy?
Z jakiej niby racji?
Jakim, kurwa, prawem?
Czemu musiał zapłacić za jej własne błędy?
I czemu, do diabła, ona ciągle tu jest?!
Przecież to jej wybory sprowadziły na niego taki koniec. To ona pozwoliła się okraść z daru, którym Fałszywy Pieśniarz wyśnił łowcy śmierć. To na nią rzucono klątwę zabójczego dotyku, która przecięła nić jego życia. To z nią los powinien był wyrównać rachunki. To wszystko jej wina.
Jej wina.
Jej wina.
Jej wina.
Zabiła go, zabiła go, zabiła, zabiła… Zabiła.
O dobry Boże, jak to piekielnie boli…
To nie do wytrzymania. Tego się nie da przetrwać. To z pewnością zabija. Bo jeśli nie…
Sumienie przygniotło Idę jak głaz, starło jej umysł na pył. Gwałtownie zgięła się wpół, zatoczyła, zachwiała. Ledwo ustała na nogach, po części ze zmęczenia, po części z powodu zesztywniałych mięśni, w których nocny ziąb niemal całkowicie pozbawił ją czucia. Nie zauważyła nawet, że kiedy zaczęła tracić równowagę, Smok doskoczył do niej i przytrzymał ją wolną ręką, na darmo osłaniając parasolem przed strugami wody. Nie widziała go, nie słyszała, nie czuła nic a nic. Bo znów była sama na opuszczonym cmentarzu – nie, nie na tym, nie tutaj i nie w tej chwili, lecz na innym, gdzieś daleko, dwadzieścia siedem pustych nocy wcześniej.
Nie pierwszy raz zapragnęła gołymi rękami rozgarnąć ziemię u swoich stóp, położyć się w trumnie obok Kruchego i z hukiem zatrzasnąć wieko – na wieki wieków. To miałoby o wiele więcej sensu, niż tkwić tu w ciemnościach, na deszczu i zimnie. Śmierć wydawała się o wiele mniej okrutna niż te szczątki życia, które jej zostały. O wiele łaskawsza. Tak bardzo kusząca…
Odkąd przestano wzywać ją na przesłuchania i zmuszać do powracania myślami do najgorszej nocy jej życia, Ida ze wszystkich sił odwracała wzrok od powidoków, zagłuszała echa i zatrzaskiwała na powrót drzwi w nawiedzonym domu swojej udręczonej duszy, które z płaczliwym jękiem ciągle same się otwierały. Od zmierzchu do świtu wkładała niemal całą życiową energię w to, żeby sobie nie przypominać.
Ale pod koniec dnia zawsze nadchodził zmierzch i każda noc niby fala przypływu niosła ze sobą odpryski tamtego poranka i wyrzucała je, jeden po drugim, na brzeg świadomości jak morze wyrzuca rozbitków i wraki okrętów. A im bardziej Ida starała się przeciąć nić między otępiałym umysłem a upiornymi cieniami, rozszarpać je na strzępy, pogrzebać w niepamięci, z tym większą brutalnością prędzej czy później wyrywały się na wolność wraz z jej bezwolnym krzykiem. Wydzierały szamance wrzask prosto z trzewi niby zakrzywione, wyszczerbione, zardzewiałe ostrze.
Schwytana w sieć niechcianych wspomnień Ida nie była w stanie zrobić nic więcej. Tylko wrzeszczeć i podążać śladami własnej zbrodni, zapadając się w sobie coraz głębiej i głębiej. Oglądać stroboskopowe migawki z horroru, który złamał jej serce i odebrał rozum i w którym miała odtąd dogorywać nieustannie do końca swoich dni.
I teraz znowu poczuła, jak narasta w niej krzyk.
Bo czy tego chciała, czy nie, właśnie nadeszła pora na kolejny seans.
Redakcja: Piotr Chojnacki
Korekta: Justyna Yiğitler, Natalia Owsianka
Projekt okładki i stron tytułowych, ilustracje wykorzystane na okładce: Urszula Gireń
Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68608-47-2
