Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
15 osób interesuje się tą książką
Siedem obrączek. Pradawna klątwa. I kobieta, która może ją złamać.
Gdy Sonya MacTavish dziedziczy tajemniczą posiadłość na wybrzeżu Maine, nie spodziewa się, że stanie się częścią historii pełnej duchów, dawnych namiętności i niewyjaśnionych tragedii. Z czasem poznaje prawdę na temat siedmiu obrączek skrywających mroczną klątwę, która przez pokolenia niszczyła życie kolejnych kobiet.
W miarę jak Sonya odkrywa sekrety przeszłości, zaczyna rozumieć, że tylko ona może przerwać krąg cierpienia. Pomaga jej Trey, mężczyzna, który z czasem stanie się dla niej kimś więcej niż tylko sprzymierzeńcem.
Nora Roberts łączy w Siedmiu obrączkach romans, tajemnicę i elementy nadprzyrodzone w hipnotyzującą opowieść o miłości silniejszej niż czas.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 631
Tytuł oryginału: The Seven Rings
Wydawca: Adrian Tomczyk Redaktor prowadzący: Iwona Denkiewicz Redakcja: Cecylia Kobierzycka Korekta: Ewa Grabowska
Copyright © 2025 by Nora Roberts All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Rosłan, 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68812-53-4
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla Leslie i Amy, przyjaciółek i partnerek
Część pierwsza
Szaleństwo
W tym szaleństwie jest metoda.
William Szekspir, Hamlet, przeł. Stanisław Barańczak
W latach osiemdziesiątych XVIII wieku Arthur Poole, młody człowiek o wielkich ambicjach, wsiadł na statek płynący przez Atlantyk. Podróż zawiodła go na skaliste, smagane wiatrem i falami wybrzeże Maine, do Nowego Świata, który szybko uznał za własny.
Tu pracował, uczył się i rozwijał.
Jako chłopak z wizją, zajął się budową łodzi, tworząc podwaliny przedsiębiorstwa szkutniczego. W trosce o jego przyszłość wżenił się w zamożną, wysoko postawioną rodzinę.
Z czasem, niczym kwiat na ugorze, w jego małżeństwie rozkwitła miłość.
Z myślą o dalszych latach i następnych pokoleniach konsekwentnie budował trwałe, solidne przedsiębiorstwo. A na urwisku ponad wzburzonym, huczącym morzem postawił wielki – tak samo trwały i solidny – dom o kamiennych, krytych drewnem ścianach, z wieżyczkami wzniesionymi ku niebu i potężnymi drzwiami z najszlachetniejszego mahoniu.
Jako miłośnik morza, zadbał o to, by na dachu domostwa znalazł się taras. Stojąc na nim, śledził wzrokiem wyprodukowane w jego firmie statki, sunące po kapryśnych wodach Atlantyku.
To tu, w tej posiadłości, przychodziły na świat, a potem bawiły się, biegały po ogrodach, wędrowały po pobliskim lesie, uczyły się jeździć konno i żeglować jego dzieci.
Arthur Poole był z siebie zadowolony. Wiedział, że odniósł sukces – nie tylko jako przedsiębiorca, który z nędzy doszedł do bogactwa i mieszka w rezydencji górującej nad miasteczkiem nazwanym od jego nazwiska, lecz również jako spełniony mąż i ojciec. Że jest nie tylko głową rodziny, lecz przede wszystkim w pełni oddanym jej człowiekiem.
Był dumny ze swoich dzieci, w szczególności z pierworodnego syna – jednego z bliźniaków – który zdobył serce i starał się o rękę uroczej (i zamożnej) panny.
Collin Poole miał się ożenić z Astrid Grandville nie ze względu na awans społeczny czy pieniądze, lecz z miłości.
Pewnego chłodnego, jesiennego dnia, który miał się okazać ostatnim dniem jego życia, Arthur jechał konno przez las, rozmyślając – jak to często bywało – o przyszłości. Snuł wizję udanego ślubu syna – najpiękniejszej i najelegantszej uroczystości, jaką miało oglądać miasteczko Poole’s Bay. Planował też rozbudowę domu, by zapewnić miejsce i wygodę przyszłym wnukom.
Nie wiedział jeszcze, że nie będzie mu dane ich poznać, ani nawet uczestniczyć w uroczystości zaślubin syna. Że w ten chłodny, jesienny dzień padnie ofiarą wiedźmy gotowej posunąć się do wszystkiego, byle dostać w swe ręce jego własność.
Nie chodziło jej jednak ani o rodzinę, ani o firmę, ani nawet o majątek.
Gra toczyła się o dom. W dążeniu do tego, by zostać panią Domu Poole’ów, Hester Dobbs nie miała zahamowań.
Ci zaś, którzy znali i kochali Arthura Poole’a, nie mogli odżałować tego, co go spotkało – tragicznego w skutkach upadku z konia.
Gdy się okazało, że śmierć Arthura Poole’a nie przyniesie Hester Dobbs tego, czego pragnęła, wiedźma z zimną krwią zamordowała Astrid Grandville Poole w dniu jej ślubu.
Ponieważ bestialski mord, krew Poole’ów na rękach i na języku, a obrączka Astrid na palcu również nie wystarczyły, Dobbs rzuciła klątwę na upragniony dom wraz z całą jego przyszłością.
Odtąd miała w nim zginąć panna młoda z każdego pokolenia Poole’ów.
Uciekłszy spod stryczka, obłąkana wiedźma powróciła do domu, na którego punkcie miała obsesję. Gdy zegar wybił trzecią w nocy, pod bielejącą nad ciemnym morzem pełną tarczą księżyca przypieczętowała klątwę własną krwią.
Rzuciła się z murka okalającego urwisko.
Kamienny dom przez ponad dwa stulecia górował nad bezkresem morza. Jego mury były świadkami pierwszych i ostatnich tchnień. Zgodnie z zamierzeniem Arthura Poole’a wychowywały się w nim jego wnuki, ich dzieci, a potem ich dzieci i wnuki.
W każdym pokoleniu dochodziło jednak do tragedii: panna młoda padała ofiarą bezlitosnej Hester Dobbs.
Miało się tak dziać aż do czasu, gdy zginie ich siedem, a na palcach wiedźmy zalśni siedem ślubnych obrączek.
W murach tego domu uwięzione były teraz ich duchy. Pozostawał tu także duch Dobbs oraz duchy innych ludzi, którzy albo sami postanowili tu zostać, albo nie znaleźli dotąd sposobu, by się stąd wydostać.
Błądzili więc po jego korytarzach, pracowali i obserwowali.
Trwali w oczekiwaniu na kogoś, kto zdejmie klątwę.
I oto przybyła – kobieta, w której żyłach płynęła krew Poole’ów, choć ona sama nie miała o tym pojęcia. Nie wiedziała też, że jej ojciec miał brata bliźniaka ani że po śmierci ich matki, która tuż po porodzie padła ofiarą klątwy Hester Dobbs, dzieci zostały w okrutny sposób rozdzielone.
Nie była świadoma obecności duchów, istnienia złego czaru ani roli, jaką sama miała odegrać w tej sprawie.
Lecz z czasem o wszystkim się dowiedziała.
Przybyła do domu samotnie, choć nie miała samotna pozostać. Poznała nieobecną dotąd w jej życiu rodzinę, jej historię, a także przyczynę, dla której jej ojciec został brutalnie wyrwany z rodzinnego gniazda.
Jak to możliwe, że choć przed tragiczną, przedwczesną śmiercią nigdy nie gościł w tym domu, sportretował go na obrazie? I jakim cudem, choć nigdy nie poznał swego bliźniaka, narysował lustro w ramie rzeźbionej w drapieżne zwierzęta, a w jego tafli – odbicie swego sobowtóra?
Chodząc po domu, żyjąc w nim i pracując, Sonya stopniowo poznawała odpowiedzi na te pytania.
Kiedy poczuła zew zwierciadła, przeszła przez nie na drugą stronę. Trafiła do przeszłości, gdzie na jej oczach rozegrały się sceny śmierci siedmiu panien młodych. Opłakała je. Będąc świadkiem kradzieży siedmiu obrączek, przysięgła je odzyskać.
To, co Sonya MacTavish uznawała dotąd za niemożliwe, stało się teraz jej codziennością. Zrozumiała, że aby zdjąć klątwę z Domu Poole’ów i na zawsze przepędzić z niego Hester Dobbs, musi zdobyć obrączki siedmiu jej ofiar.
Ze względu na wszystkich, którzy żyli tu przed jej przybyciem, ze względu na miejsce, w którym odnalazła prawdziwy dom i ze względu na siedem nieszczęsnych panien młodych – obiecała sobie, że tu zostanie. Że będzie szukać i walczyć.
Że wytrwa, mimo że wszędzie wokół czaiła się śmierć.
Umarli wypełniali swą obecnością dom, ale nie w sposób, do którego Sonya przywykła i który w pewnym sensie nawet polubiła. Teraz wypełniali go krwią, okaleczonymi ciałami, agonią i rozpaczą.
Sonya zaś, patrząc na powiększającą się czerwoną plamę na białej sukni Astrid Poole i spoglądając na kołyszące się na stryczku ciało pierwszego Collina Poole’a, przeżywała ich ból i przerażenie niczym własne.
U stóp schodów obok ciała pierwszej panny młodej w nienaturalnej pozycji leżało zalane krwią ciało tej ostatniej – Johanny Poole. Obok niej, z dłonią na jej dłoni, spoczywał Collin Poole, który, przeżywszy żonę o kilka dekad, zmarł po upadku z tych samych okazałych schodów.
Choć umierał jako człowiek dużo starszy niż jego bliźniak, Sonya rozpoznawała w jego twarzy rysy ojca. Teraz oprócz bólu i strachu malował się na niej smutek – raptowny i niespodziewany.
Chcąc poczuć ciepło i życie, Sonya odruchowo chwyciła Treya za rękę.
– To Collin. Brat mojego taty.
– Tak. Leży dokładnie tak jak wtedy, gdy go znalazłem.
Dla Treya, czyli Olivera Doyle’a III, prawnika z trzeciego pokolenia Doyle’ów, przyjaciela i kochanka Sonyi, Collin Poole był człowiekiem tak bliskim jak członek rodziny. W odruchu współczucia Sonya przytuliła się do mężczyzny.
– Jest mi tak strasznie przykro, Treyu. Tak przykro. – Mocno zacisnęła powieki. – Boże, słyszycie ich? Słyszycie ich wszystkich?
– Słyszę. Owenie! – Trey odwrócił się do przyjaciela, kuzyna Sonyi.
– Trudno słyszeć cokolwiek innego, oczywiście prócz wycia psów.
– Postaw mnie już. – Cleo szturchnęła Owena w pierś, by odstawił ją na ziemię. – Upuściłam szklankę. Uważajcie pod nogi, wszyscy jesteśmy boso.
Podeszła do Sonyi, wzięła ją za rękę i stwierdziła, że dłoń przyjaciółki jest tak samo lodowata jak jej własna.
– Ja posprzątam. – Owen się zgłosił na ochotnika.
Cleo spiorunowała go spojrzeniem.
– Ani mi się waż stąd ruszać. Ani mi się waż.
– Musimy coś zrobić. – Sonya nie wytrzymała i zakryła uszy rękami. – Ona ich torturuje. Musimy to ukrócić.
– Pamiętajcie, Dobbs się karmi strachem – przypomniała im Cleo. – Ze wszystkich sił staram się nie dać jej ani odrobiny, ale… – zawiesiła głos i skierowała spojrzenie na schody. – O, mój Boże. Nie!
Stała tam Johanna w towarzystwie jakiejś niewyraźnej postaci. Mimo hałasu wyraźnie usłyszeli chrupnięcie, towarzyszące gwałtownemu ruchowi jej głowy, i bezwładne ciało kobiety runęło w dół po schodach – tak samo jak w dniu jej ślubu.
– Ponownie je zabija. Wszystkie, jak leci. Każda umiera powtórnie. Musimy coś z tym zrobić – oznajmiła Sonya. – Pieprzyć ten cholerny strach. – Ścierała łzy z policzków, czując, że narastający gniew wypala jej przerażenie. – Każe im to przeżywać jeszcze raz, dręczy je na naszych oczach, a na nas wywiera presję.
Kiedy mówiła, pierwszy Collin Poole ze stryczkiem na szyi skoczył ze schodów. Dało się słyszeć trzaśnięcie sznura podobne do chrupnięcia jego karku.
– Brutalne – mruknął Owen. – Jeśli chodzi o pieprzenie strachu, jestem cały na tak.
– Tworzymy krąg, złapcie się za ręce! – rozkazała Cleo.
– Dlaczego?
– Słuchaj, Owenie, wiem, że jestem amatorką, ale w jedności siła. Przypomnij sobie, co zrobiłeś, kiedy Pye popędziła pod drzwi Złotego Pokoju podczas napadu wściekłości tej jędzy?
– Pobiegłem za nią.
– I zacząłeś śpiewać. Więc śpiewajmy, do cholery. No, już. Wszyscy razem – śpiew.
– Co? – zdumiał się Trey. – Mam teraz śpiewać?
Cleo wzruszyła ramionami.
– Lepsze to niż tylko stać i patrzeć, i dalej słuchać. Clover porozumiewa się z nami za pomocą muzyki, więc dlaczego by nie.
– Dobra, śpiewamy, tylko co? – zastanowił się Owen, mocno ściskając dłonie Cleo i Sonyi, podczas gdy Astrid Poole z ręką przyciśniętą do krwawiącej rany chwiejnie schodziła po schodach.
– Cholera, nie mam pojęcia. Nic mi nie przychodzi do głowy.
– Jesteśmy wkurzeni! – zawołał Trey, a jego twarz wykrzywiła się z wściekłości, gdy ciało mężczyzny, którego kochał jak drugiego ojca, stoczyło się po schodach.
– Jesteśmy, i to jak! – Choć łzy spływały po jej policzkach, Sonya powtórzyła: – Jesteśmy cholernie wkurzeni.
– W takim razie lecimy z tym koksem. – Trey przekrzykiwał płacz, szlochy i wycie. – Keep you in the dark, you know they all pretend (Nie mówiłem ci, ale wiesz, że wszyscy udają) – zaśpiewał piosenkę Foo Fighters.
Jego głos – głos dawnego lidera licealnej kapeli z siedzibą w garażu – zabrzmiał mocno i czysto. Natychmiast podłapał go Owen.
Sonya odszukała w pamięci te upiorne słowa i wraz z Cleo włączyła się w śpiew.
– „Dawaj tu swoje szkielety”.
Piosenka piekielnie dobrze pasuje do okoliczności, pomyślała. Śpiewali o oporze i wyzwaniu, z mocą wykrzykując słowa, w których nie wybrzmiewał nawet cień strachu.
Światła zapalały się i gasły, drzwi otwierały się i zamykały z trzaskiem. Ale koszmarne odgłosy udręki powoli, stopniowo cichły.
Kiedy doszli do refrenu, a później zaśpiewali dalej o „ręce, która cię zniszczy”, Sonya wczuła się w tekst całym sercem.
Gdy skończyli, w domu zapanowała cisza. W holu przy schodach nie leżało żadne ciało; nikt nie kołysał się na stryczku nad ich głowami.
– Foo Fighters. – Owen i Trey stuknęli się pięściami. – To był natchniony wybór.
– Uznałem, że The Pretender (Uzurpator) będzie idealny, bo tym właśnie jest Dobbs. Uzurpatorką, której się zdaje, że jest panią tego domu. – Uniósł dłoń Sonyi do ust. – Dobrze się czujesz, skarbie?
– Nie, ale zaraz się poczuję. – Dziewczyna się schyliła, by pogłaskać Yodę drepczącego u jej stóp. – Ale się wystraszyłeś, co? Wszystkie się wystraszyłyście, pieski.
– Moja dama też – rzekła Cleo, gdy czarna kotka prześlizgnęła się między jej nogami, a potem otarła o łydkę Owena. – Całej czwórce przyda się krótki spacer. Sama też chętnie odetchnę świeżym powietrzem.
– Tylko nie zamykaj drzwi – poprosiła Sonya. – Niech się trochę przewietrzy. A ja posprzątam szkło.
– Daj, ja to zrobię. – Trey zgłosił się na ochotnika. – Ty idź się przejść z Cleo.
Kiedy Sonya zagoniła na dwór Yodę, Mookiego – psa Treya oraz Jonesa, nieodłącznego towarzysza Owena, Trey ruszył do kuchni po szczotkę. Wróciwszy, zastał Owena wpatrzonego w miejsce, gdzie przed chwilą leżał Collin.
– Widziałeś, jak spadał – rzekł Trey.
Owen skinął głową.
– Tak. Zawsze się obawiałem, że mogła to być jego własna decyzja, że miał dość życia bez Johanny. Albo jeszcze gorzej – że Dobbs mu to zrobiła.
– A on się zwyczajnie potknął. Też podejrzewałem to co ty, ale nie, on się potknął. Był na wpół przytomny, wyrwany ze snu.
– Od paru dni męczyło go przeziębienie.
– Ach, więc tym bardziej. Ale coś go zbudziło, zaskoczyło. Myślę, że widział…
– …Johannę – dokończył Owen. – U stóp schodów. Nie wiem, czy naprawdę ją widział, czy tylko ją sobie wyobrażał, czy sobie przypomniał, że ją tam znalazł – w każdym razie wytrąciło go to z równowagi.
– Nie sądzę, by to była sprawka Dobbs. Collin zwyczajnie potknął się, upadł i runął.
– Trzymał dłoń na dłoni Johanny. Teraz, kiedy go widzieliśmy. Raczej nie zrobił tego celowo, ale myślę, że było mu przyjemnie. Dobbs popełniła błąd, że nam to pokazała, bo dzięki temu czuję się lepiej. Kiedy wiem, że stracił równowagę i spadł ze schodów, ale ostatecznie było mu przyjemnie. Pokonamy ją, Owenie.
– To nie ulega wątpliwości, bezsprzecznie tak. – Owen wyszczerzył zęby. – Odkrywam w sobie niekończące się pokłady muzycznych natchnień.
Clover, szósta panna młoda i zarazem babcia Sonyi, puściła utwór Rihanny Don’t Stop the Music (Nie wyłączaj muzyki).
– Się robi, laska. A idąc dalej tym tropem, zjadłbym jakieś śniadanie. Za godzinę i tak trzeba by było wstawać. – Owen zerknął na otwarte drzwi. – Jak myślisz, jaka jest szansa, że namówię Cleo do zrobienia nam omletów przed świtaniem?
– Sam powinieneś wiedzieć, to ty z nią sypiasz.
– Szacuję, że pięćdziesiąt procent, a jeśli będę na nią czekał z kawą, to nawet więcej.
Trey ze szczotką i śmietniczką pełną odłamków szkła wrócił do kuchni.
– Rób tę kawę – poradził. – Wszyscy potrzebujemy chwili na ochłonięcie. To było zupełnie coś innego niż zwykła świadomość, że mieszkamy pod jednym dachem z duchami. Patrzyliśmy, jak umierają. Słyszeliśmy to. I czuliśmy.
– Dobbs ucichła. Przygotowanie tego widowiska kosztowało ją sporo energii.
– Chciała ich skrzywdzić. Wszystkich, którzy przebywają w tym domu, żywych czy umarłych. Jedynym sposobem jej unieszkodliwienia jest odnalezienie obrączek. Odebranie ich. Zdjęcie klątwy. Wtedy stąd zniknie.
– A Sonya widziała już wszystkie siedem panien młodych. Ich śmierć.
– Właśnie. Od tej chwili będzie tylko trudniej, Owenie. – Trey, który siedział przy kuchennej wyspie, wbił rękę w zmierzwione włosy. – Nie możemy przecież tu być dwadzieścia cztery godziny na dobę. A dziewczyny tu mieszkają. Pracują.
Włączywszy ekspres do kawy, Owen wyjął jajka, ser i bekon. Uznał, że jeżeli nie uda mu się nakłonić Cleo do zrobienia śniadania, sam coś skleci.
– Rozumiem, co masz na myśli. Też się martwię. Ale tak szczerze? – Rzucił przyjacielowi krótkie spojrzenie. – Nie znam dwóch innych kobiet – co tam kobiet, ludzi! – którzy radziliby sobie z czymś takim lepiej niż one.
– Zwierciadło, kiedy się pojawi, nie zostawia wyboru. Sonya musi przez nie przejść. To silniejsze od niej.
– A ty nie możesz iść z nią. – Owen, mierząc Treya stanowczym spojrzeniem zielonych oczu Poole’ów, podał mu kubek z kawą. – Za to ja mogę. O ile tu jestem. Ale ty i Cleo musicie zostać po tej stronie. Rozumiem, jakie to trudne do przełknięcia dla faceta, który ma w naturze pomaganie ludziom i naprawianie świata. I ma do tego wszelkie predyspozycje.
– Powiem ci, że za każdym razem coraz trudniej jest mi wierzyć, że stamtąd wrócicie.
– Oto, co myślę. – Owen wziął do ręki kubek z kawą. – Ponieważ rama lustra rzeźbiona jest w drapieżniki, człowiek odruchowo myśli, że zaraz pożre go żywcem. Ale na zdrowy rozum musi być odwrotnie: lustro jest po naszej stronie, bo inaczej po co pokazywałoby Sonyi, co ma robić, by pozbyć się tej wiedźmy?
– Też to sobie powtarzam. Z tego, co wiemy lub uznajemy za prawdę, Collin i ojciec Sonyi nawiązywali ze sobą kontakt. Może nigdy tak naprawdę nie pojmowali, jak to możliwe ani dlaczego.
– Ojciec Sonyi raczej nie pojmował, ale Collin musiał do tego dojść – zwłaszcza po tym, jak twój tata opracował drzewo genealogiczne Poole’ów. Kiedy się dowiedział, że ma brata bliźniaka, z którym go rozdzielono i którego oddano do adopcji, musiał to rozpracować.
– A kiedy to rozpracował i postanowił się skontaktować z Andrew MacTavishem, ten już nie żył.
– Tak, nie żył, więc zapisał dom jego jedynej córce. Ty się w niej zakochałeś. Ona sprowadziła tu swoją kumpelę, w której zakochałem się ja. Widzę tu pewną symetrię. Nie mam pojęcia, co ona ma oznaczać, ale nie da się ukryć, że istnieje.
Doszły do nich odgłosy wbiegających do domu psów.
– Zobaczmy, czy zakochała się we mnie na tyle, by mi zrobić omlet.
Zanim Cleopatra Fabares przeprowadziła się z Bostonu do Maine, wschody słońca zdarzało jej się obserwować wyłącznie po zarwanych nocach – czy to na imprezowaniu, czy na pracy twórczej.
Jeśli zaś chodzi o szykowanie śniadań – lub w ogóle jakichkolwiek posiłków – to zdecydowanie nie zdarzało jej się to nigdy.
Ale to było kiedyś. A teraz się zmieniło.
Cleo przyjęła propozycję Sonyi, by wprowadzić się do jej domu w Maine, i bez chwili wahania zaanektowała studio malarskie Collina Poole’a w wieżyczce. Postawiła jednak warunek, że zajmie się zakupami i kuchnią.
Opanowanie sztuki kulinarnej kosztowało urodzoną w Luizjanie plastyczkę sporo zachodu, ale powiodło się. I co więcej, dawało Cleo mnóstwo frajdy.
A ponieważ ostatnia pobudka o trzeciej nad ranem i późniejsze mocne przeżycia, które po niej nastąpiły, pobudziły również jej apetyt, o zrobienie omletów nie trzeba było jej długo prosić.
Teraz zebrała w koczek burzę karmelowych loków i wysłała Owena do ogródka po pietruszkę i estragon. Po czym zabrała się do pracy.
Cieszyła się, że ma się czym zająć, a co ważniejsze – wiedziała, że daje przyjaciółce czas na wyciszenie emocji.
W Sonyi nadal kipiał gniew, a Cleo była ostatnim człowiekiem, który chciałby go stłumić. Zauważyła jednak, że Sonya pobladła, a widoczne w jej ciemnozielonych oczach zmęczenie spowodowane jest czymś dużo poważniejszym niż nieprzespana noc.
To ona dźwigała na sobie największy ciężar. A oni – pozostała trójka – mogli jej w tym pomóc, lecz nie mogli wziąć jej brzemienia na siebie.
Pomagamy, jak możemy, pomyślała Cleo. Robiąc śniadanie, dotrzymując towarzystwa, wykonując rutynowe czynności.
Trey i Sonya nakarmili zwierzaki, a Owen rozstawił naczynia na stole.
Zamieszanie, zwyczajne życie, bycie razem – to wszystko niosło ulgę.
Brzęknął timer. Sonya wyjęła bekon z piekarnika, a Trey, który akurat wkładał chleb do tostera, podniósł na nią wzrok.
Boi się, że Sonya się rozsypie, pomyślała Cleo, zsuwając trzeci z czterech omletów z patelni na talerz i wkładając go do nagrzanego piekarnika, by nie wystygł.
Ale ona się nie rozsypie.
W każdym razie nie bardziej, niż rozsypaliby się Trey czy Owen po przymusowym oglądaniu na żywo śmierci kogoś bliskiego.
Żaden z nich by się nie rozsypał.
Kiedy ostatnia porcja masła spieniła się na patelni, Cleo wylała na nią masę jajeczną z serem i ziołami.
– Chyba pójdę dziś malować w ogrodzie na tyłach domu. Może jakiś sielski widoczek. O, wiem! Namaluję wisterię na pergoli.
– Ze względu na mnie nie musisz trzymać się blisko domu, Cleo.
– Ale mogę, jeśli akurat mam na to ochotę. A czuję, że chce mi się malować w ogrodzie i tyle. Chyba że namówię cię na wspólny rejs moją śliczniutką łódeczką? Hm? Nie chciałabyś przewietrzyć głowy?
– Muszę zrobić parę rzeczy w związku z kampanią dla Ryder Sports. Nie, dziś nie daję sobie wolnego.
– To co, w najbliższy weekend?
Sonya się uśmiechnęła, ale jej oczy patrzyły z powagą.
– W weekend chętnie, rzecz jasna.
Kiedy ostatni omlet wraz z bekonem i tostem wylądował na talerzu, usiedli razem przy stole, a wszystkie cztery zwierzaki zapadły w poranną drzemkę.
– Cleo, wspaniałe te omlety – powiedziała Sonya.
– Uwierzę ci, jak zobaczę, że jesz.
– Będę jadła. Przepraszam, jestem dziś trochę… przyciężkawa.
– Nie jesteś – zaprotestował Trey.
– Ale tak się czuję. Widziałam… widziałam wprawdzie zdjęcia, a Collin w chwili śmierci był dużo starszy niż mój tata, ale… nie wiem, jakoś nie byłam przygotowana na to podobieństwo. Dla ciebie i Owena musiało to być jeszcze gorsze doświadczenie, wiem, ale sama nie mogę się na razie z tego otrząsnąć. A od wczoraj wieczorem, kiedy skończyła się impreza, nie słyszeliśmy w ogóle Clover. A przecież ona ma zawsze tyle do powiedzenia. Teraz się martwię, że…
Kiedy to mówiła, tablet leżący na kuchennym blacie zagrał I’m Still Standing (Ciągle się trzymam) Eltona Johna.
Do oczu Sonyi napłynęły łzy, a Trey wyciągnął do niej rękę.
– Nie, nie, już mi lżej. Właśnie to potrzebowałam usłyszeć. My też się trzymamy, Clover. – Nadziała na widelec kawałek omleta i włożyła do ust. Kiedy się uśmiechnęła, zrobiła to całą sobą. – Cleo, jest tak świetny, na jaki wygląda.
Ludzie jedli, zwierzęta spały, a tablet grał. Jakby się wcześniej umówili, nie rozmawiali o tym, co się zdarzyło w nocy. Na razie. Wiedzieli, że przyjdzie na to czas, lecz na razie sprawa musiała się odleżeć.
– Ech, Lafayette, ty to masz talent. – Owen pochłonął ostatni kęs omleta.
– No, na to wygląda.
– Ale dziś wieczorem dajemy ci wolne – odezwał się Trey. – Co wy na to, żebyśmy przywieźli coś na wynos?
– Moje uczucia na tym nie ucierpią – zapewniła go Cleo. – Będę miała więcej czasu na malowanie. Kiedy już zadecyduję, czy to będzie lekka akwarelka czy mocny olej.
– A w jaki sposób decydujesz? – zaciekawił się Owen.
– Spontanicznie. – Spojrzała na niego zmrużonymi oczami. – Uwielbiam iść przez życie na spontanie.
– Bardzo się cieszę, że robisz sobie wolne, żeby malować. – Sonya wzięła do ręki kubek z kawą i odchyliła się na oparcie krzesła. – I zobaczysz, twoja jesienna wystawa w Bay Arts zrobi furorę.
– O tym się dopiero przekonamy, ale tak, ja też się cieszę. A kiedy lato minie, znów będę gotowa ilustrować. Boże, zapomniałam ci powiedzieć, że dostałam przeuroczy liścik od Burta Springera, któremu wysłałam egzemplarz ukochanej książki jego wnuczki z autografami – moim i autorki.
– Burt jest przemiłym gościem. Naprawdę uwielbiam z nim współpracować. Ja nie żyję ani nie pracuję na spontanie, ale freelancerka zawiodła mnie w zupełnie nowe miejsca. Rok temu nie wyobrażałam sobie, że będę prowadzić własną firmę graficzną.
– I to z jakim sukcesem – rzucił Trey, a ona się do niego uśmiechnęła.
– Tak. W życiu sobie tego nie wyobrażałam. Ani też tego, że zamieszkam we wspaniałym, ogromnym, nawiedzonym wiktoriańskim domu na wybrzeżu Maine. Ani że będę mieć ulubionego kuzyna – dodała, unosząc kubek z kawą w stronę Owena. – Ani też że będę z tobą, prawnikiem w trzecim pokoleniu, który będzie mi przywoził kolację z miasteczka i utwierdzał mnie w przekonaniu, że daję radę. – Sonya odrzuciła do tyłu włosy i westchnęła. – Żadne numery Dobbs tego nie zmienią. Ona nas nie powstrzyma. Cleo już to mówiła, i to prawda. Nasycamy ten dom światłem i życiem. I nie przestaniemy.
– Połowa roku to wcale nie za wcześnie, by zacząć planować wielką imprezę świąteczną, prawda?
Sonya wycelowała palcem w przyjaciółkę.
– Nie. Ani odrobinę nie za wcześnie.
– I znowu nas zaprzęgną do dźwigania mebli, stary. – Owen wstał. – Będę się zbierał, ale najpierw ogarnę naczynia. Domyślam się, że Molly też ma za sobą ciężką noc.
Cleo wstała razem z nim, położyła dłonie na jego pociemniałych od wczorajszego zarostu policzkach i z entuzjazmem go pocałowała.
– Należysz do wytrawnych facetów, Owenie, ale masz w sobie akurat tyle słodyczy, ile trzeba. Słońce może i wstało, ale ja? Kładę się spać.
– Po takim śniadaniu i czekaj… ilu kawach? Dwóch?
– Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby Cleo od spania, jeśli Cleo chce spać.
– W przeciwieństwie do mojej przyjaciółki, która już rusza do pracy, mimo że nie ma jeszcze szóstej.
– Robota czeka, klienci muszą być zadowoleni.
Z tabletu dobiegły dźwięki utworu Johnny’ego Casha i June Carter Cash Time’s a Wastin’ (Nie ma czasu do stracenia).
– Nie wydaje mi się, żeby to była piosenka o pracy. – Owen spontanicznie objął Cleo, przegiął ją do tyłu i z zapałem pocałował.
– Cóż, zależy, co kto ma na myśli.
– Zawsze mam to na myśli, ale Jones i ja też mamy huk roboty i klientów, których też trzeba zadowolić.
– Wpiszcie i mnie na tę listę. – Trey wstał. – Pomogę Owenowi i też znikam. Wykąpię się i przebiorę u siebie. Wrócę z kolacją. Jakieś specjalne zamówienia?
– Nie, zaskocz nas – poprosiła Sonya.
– Nie ma sprawy.
Teraz ona ujęła jego twarz w dłonie i zajrzała mu w jaskrawobłękitne oczy.
– Przeszłabym przez to i bez ciebie, bo nie miałabym wyjścia. Ale cieszę się, że nie musiałam.
Otoczyła go ramionami i przytrzymała.
– Naprawdę się cieszę. – Przycisnęła wargi do jego ust. – Idę na górę, trochę się ogarnę i siadam do pracy.
– Dzwoń, gdyby coś się działo.
– Jasne.
– Idę wypuścić Pye i Yodę, a potem się kładę. W razie czego szukaj nas na górze.
Wszystkie cztery czworonogi chętnie wybiegły na dwór, a Cleo przystanęła w otwartych drzwiach.
– Och, to będzie idealny dzień na malowanie en plain air. Sonya da sobie radę – dodała, nie odrywając spojrzenia od trawnika, ogrodu i ciemnej ściany lasu. – Przywiązała się do tego miejsca, a kiedy Sonya jest czemuś oddana, naprawdę trudno ją do tego zniechęcić.
Odwróciła się.
– Właśnie dlatego trzymała się Brandona, mimo że miała wątpliwości, czy powinna za niego wychodzić. A kiedy nakryła go w łóżku z kuzynką? – Cleo pstryknęła palcami. – Nastąpił koniec. Gdyby ten dupek okazał skruchę, może by mu wybaczyła, ale na pewno by do niego nie wróciła. Przytaczam jego przykład tylko po to, żebyś się o nią tak strasznie nie martwił. To, że Sonya się nie podda, to jedno. A to, że się wyrwie, jeśli ją przyprzeć do muru, to drugie. Ostatnia noc to był błąd. – Cleo wskazała palcem w górę, na Złoty Pokój i Hester Dobbs. – Potężny błąd.
– Co konkretnie masz na myśli? – spytał Owen, przerywając ładowanie zmywarki.
– To, co ta zołza uczyniła siedmiu pannom młodym. Będzie musiała za to zapłacić. Trzeba ją powstrzymać. Ale to wszystko przeszłość. Mimo że Sonya przeszła na drugą stronę lustra i widziała to na własne oczy, te rzeczy już się wydarzyły. Kiedyś. Dawno. A wczorajsza noc? Wczoraj Dobbs skrzywdziła ludzi, którzy są nam drodzy. To się zdarzyło tu i teraz. I było wymierzone w nas.
– Sonya musiała się otrząsnąć ze smutku i odnaleźć w sobie żar.
Cleo uśmiechnęła się do Treya.
– Znasz ją. Mówię to jako ktoś, kto ją zna i kocha dłużej niż ty. Że ona się nie złamie. Nie podda.
– Czasem strasznie mnie to martwi.
– Potrzebuje tego domu i wszystkiego, co go stanowi – z jednym wyjątkiem, oczywiście – a ten dom i wszystko, co go stanowi, potrzebuje jej. Moc jest po naszej stronie. Trzeba w to wierzyć.
– Mogę cię o coś prosić? Trzymaj się dziś w pobliżu.
– Jasne. A teraz wpuszczę Yodę i Pye, żebyście mogli spokojnie odjechać. A potem idę spać. Brak snu szkodzi na urodę.
Wychodząc, przeciągnęła palcem po policzku Owena. Ten zaś, patrząc za nią, pokręcił głową.
– Ech, brachu, wpadłem na całego. Ta kobieta ma mnie w małym paluszku. I wiesz co? Ona się nie myli. We wszystkim, co powiedziała, ma rację.
– Wiem. Dam radę z tym żyć. Ty też.
– Pewnie, że ja też. Napisz mi, jak będziesz gotowy jechać po żarcie, to się spotkamy.
Kiedy po długim, gorącym prysznicu Sonya wyszła z łazienki, zastała w sypialni Yodę, a na schludnie pościelonym łóżku – parę legginsów do pół łydki i luźny tiszert.
Głęboko wzdychając, powstrzymała łzy.
– Dzięki, Molly. Z przyjemnością się w to ubiorę.
Młoda irlandzka pokojówka z dawno minionych czasów nie przestawała jej usługiwać. I robiła to raczej z miłości niż z obowiązku – Sonya nie tylko to wyczuwała, lecz szczerze w to wierzyła.
Te same motywy kierowały Jackiem – chłopcem, który zmarł w tym domu, nie mając nawet dziesięciu lat – kiedy po kryjomu bawił się z Yodą. A także Jerome’em, który czuwał nad całą posiadłością i dbającą o domową zieleń Eleanor.
Ich duchy – wraz z duchami innych, których imion Sonya nie znała – były tu nadal obecne i stanowiły część Domu Poole’ów, tak samo jak szyby w oknach i deski podłóg.
Sonya miała wobec nich zobowiązania – tak wobec nich, jak i wobec siedmiu panien młodych: Astrid, Catherine, Marianne, Agathy, Lisbeth, Clover i Johanny. To dla nich – jeszcze bardziej niż dla siebie i dla Cleo – pragnęła zachować ten dom.
Dom, który miał pozostać i pozostanie Domem Poole’ów – czyli tym, czym był od początku.
To dla nich – myślała, ubierając się – zostanę tu, będę tu pracować i walczyć. Odbiorę jędzy skradzione obrączki i złamię jej klątwę.
Jeśli ma to oznaczać pobudki o trzeciej nad ranem – czyli o godzinie, o której Hester Dobbs rzuciła się z urwiska, by własną krwią przypieczętować klątwę – będę wstawać o trzeciej. Jeśli ma to oznaczać ciągłe przechodzenie na drugą stronę lustra, by być świadkiem koszmarów – będę przechodzić przez lustro.
I znajdę wreszcie sposób, by zdjąć z palców martwej wiedźmy wszystkie nienależące do niej obrączki.
Mimo snucia tych myśli Sonya wcale nie wiedziała, jak tego dokona.
Zamiast od razu wysuszyć włosy, zaplotła je w warkocz. Trudno, gdyby zdarzyło jej się spotkanie online, skorzysta z awaryjnego zestawu do makijażu, który trzymała w biurku.
Gdy ruszyła do drzwi, Yoda zerwał się, przebiegł przez salonik i razem z nią wyszedł na korytarz. Zauważyła, że drzwi sypialni Cleo są lekko uchylone. To pewnie dla Pye, by mogła do woli krążyć w tę i z powrotem.
Ponieważ doskonale znała swoją przyjaciółkę – w akademiku dzieliły wszak pokój – spodziewała się, że Cleo pośpi co najmniej do południa.
Żałowała, że sama tak nie potrafi.
Nie pozostawało jej nic innego, jak tylko pójść do odległej wieżyczki, mieszczącej bibliotekę, w której urządziła sobie gabinet.
Rzuciwszy okiem na tablicę inspiracji, usiadła za biurkiem ustawionym na wprost szerokich drzwi.
Ależ tu cisza, pomyślała, gdy Yoda mościł się u jej stóp, by dotrzymać towarzystwa w pracy. Zza okien dobiegał tylko huk morza. Sonya pokochała już odgłos fal z impetem uderzających o skały. Do pokoju wpadało poranne słońce. Na parapecie kwitła na różowo Xena – fiołek afrykański, podarowany jej przez Cleo pierwszego dnia na uczelni.
Tu, w dwupoziomowej bibliotece, otaczały ją książki, piękno i historia.
Pracowało jej się tu doskonale – twórczo i skutecznie – wiedziała, że to się nie zmieni. Wykonała tu już kawał dobrej roboty – i wykona jeszcze niejeden.
Ten gabinet, ten dom oraz wszystko, co się w nim znajdowało, należało teraz do niej. Podobnie jak duże pieniądze, dzięki którym mogła żyć i pracować na własnych warunkach, ponieważ Collin Poole przekazał jej, córce swego brata, cały majątek. Jego śmierć przyniosła jej nowe życie. A ona nie mogła przestać o tym myśleć.
Włączyła komputer.
Najpierw mejle – przeczytać i odpowiedzieć. Wprowadzić zmiany i poprawki do dotychczasowych, rozpoczętych już projektów. I dopiero przejść do tych bieżących.
Nagle przycisnęła palce do oczu.
– Boże, Clover. Muszę to powiedzieć i mam nadzieję, że mnie teraz słuchasz. Strasznie się z tym czuję, że zafundowała ci taki koszmar. Potwornie mi żal wszystkich panien młodych, ale ciebie najbardziej. Ona odebrała życie tobie, lecz Charlie sam je sobie odebrał. Ukradła ci nie tylko ślubną obrączkę, lecz także wszystkie marzenia. Dom, który chcieliście z Charliem tu stworzyć. Sztukę, która miała tu powstać. Ogród, który pragnęliście uprawiać. I dzieci, które mogły się wam jeszcze urodzić.
Zrobiła głęboki wdech, by się uspokoić.
– A zeszłej nocy, kiedy to wszystko słyszałam, widziałam i czułam – jednocześnie – nagle coś do mnie dotarło i skleiło się w całość. Gdyby te straszne rzeczy nie przytrafiły się tobie, wam wszystkim, począwszy od Astrid, a skończywszy na Johannie, mnie by tu nie było. – Zamilkła. – Nie miałabym tego, co mam. Czasu cofnąć nie mogę, ale przysięgam, że znajdę sposób, aby to naprawić. Żeby nie wiem co, wynagrodzę to tobie, wam wszystkim. Zrobię to dla ciebie. Bo jesteś matką mego ojca. Moją najbliższą rodziną. I jestem ci to winna.
Tablet zagrał piosenkę Invisible String (Niewidzialna nić) Taylor Swift.
Sonya otarła łzę. Obiecała sobie, że to już ostatnia, która stoczyła się dziś po jej policzku.
– Tak, tak, to prawda. Właśnie to nas łączy. Nas wszystkich. I przysięgam, że jej nie zerwę. Graj nam dalej, dobrze? Co tylko chcesz. Myślę, że muzyka służy nam obu.
Wreszcie uspokojona otworzyła pierwszy mejl i przystąpiła do pracy.
Pierwszą przerwę zrobiła, kiedy kotka weszła do gabinetu, usiadła i wlepiła w nią wzrok.
– Co? Pora na dwór? No cóż. Skoro wychowało się kota na psa, trzeba ponieść konsekwencje. Ale dobra, przyda mi się zastrzyk kofeiny. Idziemy, futrzaki.
Zeszła na dół i wypuściła Yodę i Pye frontowymi drzwiami. Postała chwilę na cudownym słońcu, spoglądając na morze i sunące po nim łodzie i statki.
Wróciła do kuchni po colę, po czym stanęła z nią przy tylnym wyjściu, by nacieszyć się widokiem trawnika, ogrodu i gęstej, zielonej ściany lasu.
Na dźwięk kroków gwałtownie się odwróciła.
– No, pomyliłam się o dwadzieścia minut. Zakładałam, że nie zerwiesz się przed dwunastą. A tu proszę, zwarta i gotowa. I to przed kawą.
Cleo odstawiła skrzyneczkę z przyborami, składane sztalugi i stołeczek.
– Po tym nieludzko wczesnym śniadaniu nadal czuję kofeinę we krwi.
W kapeluszu z szerokim rondem, spodniach przed kostkę i luźnym tiszercie Cleo wyglądała na gotową na wyzwania dnia. Napełniła bidon wodą.
– Możecie mnie odprowadzić. Jeśli zwierzaki będą chciały wrócić, to je potem wpuszczę.
– Jasne. Na dworze jest cudownie, więc może zostaną. To jak nastrój, co się kroi? Coś ciężkiego czy lekkiego?
– Po nocy czuję się przyciężkawo, ale dzisiejszy dzień aż się prosi o lekkość.
– Fakt, nie ma co się dalej obciążać.
– Właśnie. To do zobaczenia potem.
Sonya przytrzymała jej drzwi.
– Miłego tworzenia.
Popijając colę, patrzyła, jak przyjaciółka zmierza w stronę pergoli. Wybiegłszy jej naprzeciw, Yoda powitał ją w podskokach, a Pye z gracją przesmyknęła się między jej nogami.
Cała scena sprawiała idylliczne wrażenie. Żaden przygodny obserwator nie domyśliłby się, że w tym samym miejscu panoszy się brutalne zło.
– Ale ja wiem, że tak jest – mruknęła pod nosem Sonya.
Przez pogrążony w ciszy dom przeszła do biblioteki, w której rozlegała się muzyka.
Usiadła i otworzyła kolejny plik.
W drugiej połowie popołudnia poczuła, że ogarnia ją znużenie.
– Dobra, może potrzebuję godzinki przerwy i dawki świeżego powietrza.
Ponieważ słońce nadal jasno świeciło, sięgnęła po okulary przeciwsłoneczne i czapkę z daszkiem. Nie jest ona ani odrobinę tak romantyczna ani seksowna jak kapelusz Cleo, ale co tam!, pomyślała, przeciągając kucyk przez otwór z tyłu czapki.
Wyszła głównymi drzwiami i ruszyła w stronę nadbrzeżnego murka. Wiał porywisty wiatr, który szarpał jej końskim ogonem i przeganiał gęstą mgłę z głowy. Marszczył taflę wody, kołysał łodziami i pędził fale z hukiem rozbijające się o skały.
W oddali Sonya dostrzegła najpierw krótki, przelotny błysk, a potem stadko wyskakujących z wody delfinów.
Jej życie całkowicie się zmieniło – była tego świadoma. Stało się to w ów mroźny zimowy dzień, kiedy Oliver Doyle II zapukał do drzwi jej domu w Bostonie z wiadomością, że wuj, o którego istnieniu nie miała pojęcia, przepisał jej swój majątek. Czyli to wszystko.
I jeszcze więcej.
Pragnęła tego bardziej, niż można sobie wyobrazić – tego potężnego starego domostwa i wszystkiego, co w sobie mieściło. Z duchami włącznie.
Odwróciła się i ogarnęła wzrokiem budynek. Był taki solidny, a jednocześnie piękny. Zobaczyła, że kilka okien jest otwartych.
To Molly, pomyślała z uśmiechem. Na pewno wietrzy pokoje.
Ona, Sonya, nie była jedynym człowiekiem, któremu dobro starego Domu Poole’ów leżało na sercu. Wierzyła, że aby zapewnić mu jak najlepszy los, należało po prostu żyć. Żyć i robić swoje.
Okrążyła dom i znalazła się w ogrodzie, gdzie bujnie rozrastały się rośliny posadzone późną wiosną. Główki kwiatów lekko chwiały się na ciepłym, wonnym wietrzyku.
Kotka rozciągnęła się na dachu wiktoriańskiej psiej budy z wieżyczką, którą zbudował Owen. Yoda przeciągnął pręgowane ciałko i przyłączył się do swojej pani, która zmierzała w stronę stojącej przy sztalugach przyjaciółki.
Na płótnie malarskim powykręcane pnącza wspinały się na pergolę, by zwiesić się z niej kwitnącą fontanną. W tle, niczym spowita mgłą tajemnica, zieleniała ściana lasu. Na ziemi pod pergolą leżały opadłe płatki kwiatów.
Nad tym wszystkim jaśniało zaś niebo tak czyste i błękitne, że aż zapierało dech w piersi.
– Cleo – westchnęła Sonya.
– No co? Miało być lekko, to jest.
– Cudowna praca. Dosłownie chwyta za serce.
– Namaluję też hortensje, jak już na dobre rozkwitną. W podobny sposób. Na początek jedną z tej rabaty przy naszej dróżce. Mam też ochotę na studia pojedynczych kwiatków. W każdym razie prawie skończyłam. Tak mi się przynajmniej wydaje.
– Śniadanie było wieki temu. Idę sklecić jakąś przekąskę.
– Nie powiem, też bym coś zjadła.
– Dobrze. Dam ci znać, jak będę gotowa. Mogłybyśmy zjeść na tarasie.
Pies i kot podążyły za nią do kuchni. Na miejscu przypatrywały się, jak Sonya wykłada na deskę kawałki sera i owoce.
– Wiem, wiem. Zaraz też dostaniecie.
Kiedy postawiła na tacy szklanki z lodem i dzbanek z lemoniadą, na górze trzykrotnie trzasnęły drzwi. Huk był podobny do odgłosu wystrzałów.
Telefon Sonyi zagrał Rude (Niegrzeczna) zespołu Magic.
– Zgadza się, cała ona. Ale nie damy się zastraszyć.
Położyła na tacy psie ciasteczko i kilka chrupek dla kota i wzięła ją do rąk.
Gdy podeszła do drzwi, te same się otworzyły.
– Dzięki.
Po jej wyjściu drzwi delikatnie się za nią zamknęły.
Ach, ile tu dobra, pomyślała. O ileż więcej dobra niż zła.
Odstawiła tacę na stół na tarasie i zawołała Cleo, która już pakowała przybory malarskie do skrzyneczki.
Wyciągnąwszy z kieszeni okulary przeciwsłoneczne, ruszyła na taras.
– To musiało ją strasznie dręczyć – rzekła Cleo. – Kiedy widziała, że obie pracujemy i czerpiemy z tego satysfakcję. Ach, Boże, ile frajdy dało mi dzisiejsze malowanie.
Cleo odstawiła przybory, usiadła i westchnęła z zadowoleniem. Paznokcie jej stóp pomalowane na kolor nieba przypomniały Sonyi, że sama od dawna nie robiła pedikiuru.
– Pod koniec lata poczuję już pewnie niedosyt ilustrowania i będę chciała zdobyć jakieś dobre, ciekawe zlecenie. Ale na razie czuję się jak w raju.
Sięgnęła po krakersa i nałożyła na niego plasterek camemberta.
– Przekąska na tarasie w piękne letnie popołudnie to też miła rzecz – zauważyła Sonya.
– Co prawda, to prawda. – Cleo uniosła szklankę z lemoniadą, której nalała jej przed chwilą przyjaciółka. – Wypijmy za więcej takich chwil.
– Za dużo więcej.
– Zdaje się, że Jack też się nie mógł oprzeć pięknej pogodzie.
Sonya wyprostowała się na fotelu.
– A co, widziałaś go?
– Nie, ale był tu. Nagle przeleciała koło mnie piłeczka, za którą pognał Yoda. Ale kiedy się odwróciłam – a minęło parę sekund – już nic nie zobaczyłam. Później przez dłuższy czas słyszałam galopadę Yody i śmiech Jacka. To było dziwne, ale z drugiej strony…
– Miłe.
– Tak, miłe. Potem ledwie się powstrzymywałam, żeby nie oglądać się za siebie, bo wiem, że Jack nie jest jeszcze gotowy. Pomyśl tylko: dziecko, które nie żyje od ponad wieku, trenuje z psem aportowanie i ma z tego radość. To dużo mówi o miejscu, w którym mieszkamy.
Sonya spróbowała ostrego sera pepper jack.
– Zanim się wprowadziłaś, a Trey i Owen zaczęli tu nocować, też sporo się działo.
– Ale od tamtego czasu wszystko się nasiliło.
– Tak, nasila się i słabnie na zmianę, ale masz rację. Po pierwsze, Dobbs jest coraz bardziej aktywna, a po drugie – ujawnili się inni. Z początku w ogóle tego nie rozumiałam. Kiedy zastawałam zaścielone łóżko albo pozmywane naczynia, myślałam, że tracę rozum. To samo z przerywnikami muzycznymi Clover.
– A portrety w schowku?
To dopiero był szok, pomyślała Sonya, popijając lemoniadę. I ogromna, choć zarazem budząca niepokój radość.
– Część pędzla Collina, część znów mojego taty. Mamy już wszystkie panny do Marianne Poole. Czyli do trzeciej panny młodej.
– Dziś, jak wstałam, też sprawdzałam. Ale nie, Catherine się nie pojawiła.
– Ale przyjdzie dzień, kiedy otworzymy schowek i będzie czekać. A jeżeli Owen się nie myli, to znajdziemy jeszcze jedną – Astrid, ale pewnie inny portret. Bo ten w głównym holu nie pasuje do kompletu.
– Myślę – Cleo wzięła do ust malinę – że Owen ma rację. Między innymi dlatego, że jeden z nich musi ją namalować. Albo twój wujek, albo twój tata. I obraz ten musi zostać zawieszony obok pozostałych sześciu.
– Wiem – a raczej muszę przyjąć to do wiadomości – że znajdziemy ją we właściwym czasie. A na razie chodzi mi po głowie coś w rodzaju zorganizowania wielkich poszukiwań, które – wziąwszy pod uwagę rozmiar tego domu i liczbę mieszczących się w nim szaf, szuflad i kufrów – mogą potrwać wieki.
– Jestem za. – Cleo wybrała małą kiść winogron i zaczęła pojedynczo obrywać owoce. – Wiesz o tym. Możemy zaprząc do roboty panów, więc będzie nas już czworo. Tylko czego mamy szukać, Son? Myślisz, że tak od razu znajdziemy obrączki?
– Nie, to by było za łatwe. Przecież wiemy, że ona nosi je na palcach, wszystkie siedem. Ale być może, gdybyśmy porządnie prześwietlili dom, wpadlibyśmy…
– Na jakiś trop?
Chcąc nie chcąc, Sonya musiała się zaśmiać sama z siebie.
– To zabrzmiało bardzo w stylu Scooby’ego-Doo, ale owszem, tak. Dom, zwierciadło, mieszkańcy – ci dawni i ci obecni – odsłaniają się przed nami stopniowo, po kawałku. Jeśli dowiemy się więcej, być może zdołamy złożyć te kawałki w całość.
– Jestem za, powtarzam. To dom pełen skarbów i za każdym razem, kiedy się po nim szwendam, znajduję coś, co wzbudza mój podziw. Ale.
– Ale będziesz logiczna, tak?
– Tak, na swój sposób. Mamy tu całą gromadę ludzi, którzy żyli i umierali w tym domu przez dwa stulecia. A Dobbs w tym czasie gromadziła obrączki. Myślałaś o tym, że ktoś z jego mieszkańców mógłby wiedzieć, jak je znaleźć i odzyskać?
– Gdyby tak było, już dawno wymyśliłby sposób, by nas o tym poinformować.
Clover natychmiast zagrała piosenkę U2 I Still Haven’t Found What I’m Looking For (Nadal nie znalazłem tego, czego szukam).
– To jeszcze nie znaczy, że my nie znajdziemy – mruknęła Sonya. – Ale tak, masz rację, rozwiązanie samo nam nie spadnie z nieba.
– Przecież szukamy. Nagle może się okazać, że odkryjemy coś, co nas nakieruje na coś innego. Szczerze mówiąc, proponuję, żebyśmy od razu po jedzeniu wybrały sobie jakiś pokój i z marszu przystąpiły do działania.
Sonya mimowolnie obejrzała się za siebie i podniosła wzrok.
– Tylko który?
Cleo, wodząc spojrzeniem po domu, wzięła do ust kolejne winogrono.
– Zacznijmy od biura Collina. On był ostatnim, który tu mieszkał i tu umarł, to po pierwsze. Wiemy już, że przyczyną jego śmierci był zwykły wypadek. To po drugie. Collin nie zginął z ręki Dobbs, z jej woli ani za sprawą jej cholernej czarnej magii.
– Trochę już tam grzebałam, choć niezbyt szczegółowo. Coś mnie powstrzymuje, czuję się tam jak intruz. Wiem, że to bez sensu, ale cóż.
Cleo poklepała ją po kolanie.
– To świadczy wyłącznie o twojej wrażliwości. Będziemy to robić z szacunkiem.
– Jego gabinet to dobry początek. Później przesuniemy się dalej w głąb domu. Aha, i przy okazji się zorientujesz, czy chciałabyś urządzić tam sobie biuro.
– Aha. No dobra. To co?
– Zaczynamy.
– Zaniosę przybory do pracowni i spotkamy się w gabinecie.
Sonya poszła z tacą do kuchni, zostawiła ją na blacie i ruszyła najpierw głównym korytarzem, a następnie przez labirynt pokoi do gabinetu wuja.
To było szalenie miłe miejsce, pomyślała. Przestronne, jasne, z dostępem dużej ilości naturalnego światła i widokiem na boczną część ogrodu. Stało w nim wielkie, piękne stare biurko i dwa porządne, obite skórą fotele – dla gospodarza i dla gościa. Półki uginały się od książek, pamiątek i zdjęć. Żadnego z tych przedmiotów Sonya nie miała serca ruszać.
W kącie wisiał obraz przedstawiający dom autorstwa jej taty.
Jak często, zastanawiała się, Collin spoglądał na ten portret i rozmyślał o okrucieństwie swej babci? O tym, że rozdzieliła osierocone bliźnięta, żądając, by jej córka wybrała jedno spośród nich i uznała je za własne?
Patricia Poole nie poniosła kary za swe okrucieństwo. Być może cenę zapłaciła jej córka, zamknięta w świecie własnych urojeń.
Jeżeli klucz do tajemnicy obrączek skrywała któraś z nich, to na pewno był on nieosiągalny.
Poszukiwania należało więc zacząć od samego Collina.
Sonya usiadła przy biurku wuja i zrobiła to, na co nie mogła się dotąd zdobyć: używając kodu, który przekazał jej ojciec Treya, uruchomiła komputer.
W drzwiach stanęła Cleo z dwoma kartonami.
– Pomyślałam, że może natkniemy się na jakieś dokumenty, które powinny iść do Deuce’a i prawników. Albo inne rzeczy, które będziesz chciała im pokazać.
– O, na pewno. Szuflady są pełne papierów.
– W takim razie od nich zacznę.
– To tu płacił rachunki. I prowadził domową księgowość. Mam wszystkie jego hasła. – Stuknęła palcem w kartkę wyjętą ze środkowej szuflady. – Włożyłam tu listę, żeby mieć je pod ręką, kiedy się wreszcie zmuszę do przejrzenia jego rzeczy.
Cleo usiadła na podłodze i otworzyła szufladę z przegródkami na dokumenty.
– Wszystko opisane i ułożone w porządku alfabetycznym. To, czego moim zdaniem nie będziesz potrzebować, schowam do pudła do przejrzenia dla Doyle’ów.
– Chyba wydrukuję jego pliki, bo chciałabym wyczyścić twardy dysk. Uważam, że powinnyśmy oddać ten komputer dla potrzebujących. Żadna z nas go nie wykorzysta.
– Słuchaj, mam pewien pomysł. Oczyść dysk, owszem, ale może postawmy ten komputer w jednym z saloników na górze. Można by w nim urządzić coś w rodzaju biura dla gości. Na przykład gdyby Trey lub Owen albo ktoś inny potrzebował skorzystać.
Sonya wydęła wargi i skinęła głową.
– Czyli obejmujemy w posiadanie i przysposabiamy kolejny pokój. Świetny pomysł.
– Ale biurko zostaje tutaj. Jest przepiękne. Gdybym zdecydowała się korzystać z tego miejsca, a ty chciałabyś przewiesić obraz taty, to…
– Nie, chcę, żeby został na swoim miejscu. Mam tu też korespondencję. Mejle – zawodowe, ale też do rodziny, co często się pokrywa, rzecz jasna. O, jest i kalendarz. Pozaznaczane urodziny, rocznice.
Przeglądając zapiski w elektronicznym kalendarzu, Sonya zamarła.
– Cleo, miał zapisaną datę moich urodzin.
– Czyli myślał o tobie.
– Owszem. I dzień urodzin mamy. Rocznicę ślubu rodziców. Myślał o nas wszystkich.
– I jak się z tym czujesz?
Po chwili namysłu Sonya się uśmiechnęła.
– Dobrze. Wspaniale.
– I to jest właściwa odpowiedź. Zostawiam wszystkie papiery związane z ubezpieczeniem domu, samochodu i sprzętów. Ale jest też jego polisa na życie i zdrowie, dokumentacja medyczna i tak dalej. Wkładam je do pudła.
– Tak. Cleo, słuchaj. On sobie stworzył plik o mnie.
– O tobie?
– O mojej edukacji – od przedszkola w górę. Znał nawet adres domu, w którym mieszkałyśmy razem na ostatnim roku studiów. Wiedział o moim dyplomie, stażu i pracy. O moim szeregowcu w Bostonie. Miał informacje o niektórych kampaniach i projektach, które współtworzyłam. O moich zaręczynach. I o tym, że zakończyłam pracę w By Design i otworzyłam własną firmę.
Serce jej się ścisnęło, gdy zauważyła krótką notkę: „Nowy rok, nowy początek. Skontaktuj się z Sonyą”. Niestety zginął, zanim zdążył to zrobić.
– Pamiętał i myślał o tobie – powtórzyła Cleo. – Śledził, co u ciebie słychać. Nie odbieram tego jako naruszenie twojej prywatności.
– Ja też nie. Tak mi przykro, że wyszło, jak wyszło. Dobrze chociaż, że nie był sam. I nie tylko z powodu duchów. Miał Doyle’ów. Zawsze byli blisko.
– Tak.
– Śledził twój rozwój i zostawił ci swój majątek nie tylko dlatego, że byłaś córką jego brata bliźniaka, lecz również dlatego, że podobało mu się to, co o tobie wiedział. Ufał ci.
– Widzę też inne notki. Na przykład przy informacji o moich zaręczynach: „Mogła i powinna wybrać lepiej”.
– Punkt dla niego – parsknęła Cleo.
– A kiedy otworzyłam firmę Visual Art, napisał: „Idzie naprzód”.
– W tym też się nie mylił.
– Wiesz co? Mam wrażenie, że kiedy to czytam, przeglądam jego rzeczy, lepiej go poznaję. – Odwróciła się razem z krzesłem, by spojrzeć na przyjaciółkę. – Polubiłybyśmy go, wiesz? Ja, ty i mama. Na bank.
– Son, przecież go lubimy.
– Masz rację. Tak. – Sonya wypuściła powietrze i odkręciła się z powrotem. – Dobra. Bierzmy się do roboty.
Przejrzały kolejny folder, potem kolejny i kolejny, a czas płynął. Nagle Sonyę coś tknęło. Oderwała się od pracy i wyprostowała.
– Od kiedy zaczęłyśmy, Clover nie dała znaku życia. Przeglądamy rzeczy jej syna, jego życie. Kawałek po kawałku.
Z pokoju muzycznego dobiegła melodia ze starego gramofonu Victrola.
Cleo uniosła palec.
– Znam to. Moja grand-mère to śpiewa. God Bless the Child (Boże, błogosław temu dziecku). To Billie Holiday. Jeśli mnie pytasz, to ma na myśli Collina oraz chyba twojego tatę. Ale ciebie też, Son.
– Pewnie woli nie być świadkiem tego, co robimy. Nie patrzeć. Rozumiem. Rysuje mi się w głowie coraz wyraźniejszy obraz Collina, a przeglądanie jego rzeczy w tym pomaga. O, ten plik zawiera listę organizacji non profit, które regularnie wspierał. Musimy to utrzymać.
Spędziły na przeglądaniu rzeczy Collina prawie dwie godziny. Czytały, drukowały, rozdzielały na kupki, pakowały do kartonów.
– Choć zachowujemy komputer, i tak oczyszczę twardy dysk. W tym czasie zerknijmy jeszcze na półki. W sumie to ty powinnaś je przejrzeć, zobaczyć, co chcesz tu zostawić – o ile w ogóle masz zamiar zostawić cokolwiek.
– Urządzę je trochę po swojemu, może poprzenoszę część rzeczy do innych pokojów. W każdym razie uwielbiam ten mosiężny sekstant i ten stary barometr. Prawdę mówiąc, mam tyle sympatii dla Collina, że chętnie zostawiłabym tu rzeczy, które lubił.
Clover puściła piosenkę Halla i Oatesa You Make My Dreams (Spełniasz moje marzenia).
Cleo poklepała telefon w kieszeni.
– No, on na pewno pomógł spełnić moje.
Sonya otoczyła Cleo ramieniem. Przez chwilę wszystkie trzy namacalnie czuły łączącą je więź.
– Słuchaj, coś mi przyszło do głowy – powiedziała Sonya. – Tamta szafka.
– No, piękna jest – odparła Cleo. – Chętnie bym zrobiła z niej użytek, chyba że wolisz ją dokądś przenieść.
– Nie, nie, tutaj pasuje doskonale, ale na razie pełno w niej pudełek, a w pudełkach zdjęć, wycinków z gazet, artykułów i tak dalej. Jeszcze ich wszystkich nie przejrzałam. Na razie gdzieś je odłóżmy. Na później.
To powiedziawszy, Sonya podeszła do wysokiej, pięknie rzeźbionej witryny i otworzyła przeszklone drzwi. Wyjęła pierwsze lepsze pudełko i postawiła je na biurku.
– Mnóstwo zdjęć i oficjalnych portretów. Pochodzą z wielu dziesiątek lat i wielu pokoleń z tego, co widzę.
– Założę się, że planował je kiedyś uporządkować według jakichś kategorii. – Cleo uniosła ręce i rozczapierzyła palce. – Bo powiedz sama, kto nie ma w głowie tego typu projektu, który by czekał na odpowiednią chwilę i nastrój?
– Zgadza się. Na strychu jest więcej zdjęć. Więc mogłybyśmy stworzyć galerię. Przejrzeć fotki i wybrać te najlepsze, cofając się w czasie tak daleko, jak się da. Powstałaby galeria rodziny i przyjaciół Poole’ów.
– Świetny pomysł. Jestem za.
W zielonych oczach Sonyi błyszczały zapał i determinacja.
– A, i w swoim czasie wykorzystamy też Złoty Pokój. Kiedy już eksmitujemy bezprawną lokatorkę, i tak nie chciałabym w nim nikogo gościć. No, po prostu… nie i już. Ale mieć osobny pokój – i to właśnie ten, nie inny – przeznaczony wyłącznie na galerię… wiesz, że na pewno znajdziemy ferrotypy i miniatury… a gdyby się okazało, że ktoś z rodziny został pominięty, wykonamy reprodukcje.
– No, powiem ci, że to genialny plan. Tylko najpierw okadzę ten pokój białą szałwią. Trzy razy. A potem go opróżnimy i wysprzątamy. Urządzimy meblami, które znajdziemy w schowkach, i urządzimy w nim galerię. Z mroku wyprowadzimy światło.
– Wiem, że mój tata tu nie mieszkał, ale tu się urodził. Zawieszę też jego zdjęcia – jako chłopca. I zdjęcie ślubne rodziców.
– Robi się coraz bardziej genialnie – zaczęła Cleo, a Clover głośno puściła You’re simply the best (Jesteś po prostu najlepsza) Tiny Turner.
– Zanieśmy parę tych pudeł do jadalni. Na duży stół.
Kiedy przybyli Owen z Treyem, Sonya i Cleo zdążyły już porozkładać część zdjęć na stole i nalać sobie po drugim kieliszku wina.
– Co to ma być? – spytał Trey.
– Błyskotliwy pomysł twojej dziewczyny – odparła Cleo. – Kiedy już wykopiemy Dobbs z domu, urządzimy w Złotym Pokoju galerię rodziny i przyjaciół Poole’ów.
– Spójrz tylko na to, Treyu. – Sonya wyciągnęła z jednego z pudełek fotografię. – To twój tata z Collinem jako dziewiętnasto-, dwudziestolatkowie. Ależ jesteś do niego podobny! Byli chyba gdzieś na plaży.
– Dwóch muskularnych podrywaczy – wtrąciła Cleo.
Trey z uśmiechem przyglądał się zdjęciu młodych chłopaków w kąpielówkach na piaszczystej plaży.
– Pamiętam, jak o tym gadali. To chyba musiało być na studiach, kiedyś w wakacje wybrali się do Outer Banks. Próbowali się nauczyć surfowania, nic im z tego nie wyszło, ale mieli mnóstwo frajdy.
– Człowiek w życiu by się nie domyślił, ile w tym domu jest zdjęć. – Owen przesunął wzrokiem po fotografiach poukładanych wokół blatu. – Do którego pokolenia zamierzacie się cofnąć?
– Do Arthura Poole’a.
Owen podrapał się po brodzie.
– Wiecie, że za jego czasów nie istniały jeszcze aparaty fotograficzne?
– Ale były miniatury i wiem, że jakieś znajdziemy. Poza tym są jeszcze ferrotypy. Ale bez waszej pomocy nie ustalimy, kto jest kim.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Z czym dam radę, to pomogę, ale na pewno nie przed jedzeniem. Przywieźliśmy bułki z homarem.
– Doskonały wybór. – Cleo wstała. – Zjedzmy na tarasie, dobrze? A co macie do bułek?
– Sałatkę ziemniaczaną – odrzekł Trey – coleslaw i za namową naszej ulubionej szefowej kuchni serniczki cytrynowe na kruchym spodzie.
– O, kto jak kto, ale Bree wie, co dobre. – Cloe, przechodząc, poklepała Treya po policzku. – Gdzie czworonożna reszta rodziny?
– Wszyscy na dworze, z kotem włącznie. – Owen, który nie zamierzał dać się zbyć klepnięciem w policzek, przyciągnął ją do siebie i schylił się do jej ust.
– Mmm, skoro jesteś aż tak głodny, może pomożesz wynieść naczynia na taras?
– Naprawdę mamy z tego wielką frajdę – powiedziała Sonya, po czym wstała i zarzuciła Treyowi ręce na szyję. – Zaczęłyśmy po pracy. Najpierw porządkowałyśmy gabinet Collina, by Cleo mogła się w nim urządzić.
– O, dobrze. – Trey pociągnął Sonyę do kuchni, gdzie wyjął z lodówki po piwie dla siebie i dla Owena.
– Mam nadzieję, że nie zmienisz zdania, kiedy się dowiesz, że mamy spore pudło papierów, z którymi nie wiedziałyśmy, co zrobić, i pomyślałyśmy, że zwalimy to na barki prawników z kancelarii Doyle’ów.
– Nie ma sprawy, zajmiemy się tym.
– Przejrzałam też pliki w komputerze. Opowiem ci o tym przy kolacji. To w większości same miłe rzeczy i Owen też powinien o nich usłyszeć. A kiedy już skończymy, wyczyszczę dysk i urządzimy w jednym z saloników gościnne biuro. Każdy, kto nas odwiedzi, będzie mógł z niego skorzystać.
– Jeszcze lepiej. – Trey, mierząc Sonyę spojrzeniem, upił łyk piwa. – Widzę, że nie próżnowałaś.
– Nie, dzisiaj bardzo potrzebowałam konkretnego zajęcia. A że skończyło się na planowaniu galerii? Ten pomysł uderza wprost w to, co urządziła wczoraj Dobbs.
– Wiesz, jaka jest jedna z nieskończonej, jak się zdaje, listy cech, które w tobie uwielbiam?
– Nie mam pojęcia, mów.
Przesunął palcami po jej włosach, których kolor przypominał mu gęsty syrop klonowy.
– Że zawsze stajesz na nogi. Cokolwiek cię przygniecie, ty to odrzucasz i się dźwigasz.
– No proszę, a miałam nadzieję, że chodzi ci o mój świetny styl i niepowtarzalną osobowość.
– One też są wysoko na liście.
W tej chwili Sonya dostrzegła w jego spojrzeniu coś, na czego widok zadrżało jej serce.
Nagle z dworu wpadł z impetem Owen.
– Mówi, że nie będzie jeść z pojemników na wynos, domaga się talerzy, misek i tak dalej.
Wychwyciwszy w powietrzu wyjątkowy nastrój, spojrzał na Treya, a potem na Sonyę.
– Co?
– Nic, tylko podziwiałem tę damę.
Ponieważ czar prysł, Sonya rozpromieniła się w uśmiechu.
– Przydadzą się też sztućce do serwowania. A ponieważ Cleo to Cleo, weź jeszcze ostry sos.
Świetnie znając przyjaciółkę, sama sięgnęła po płócienne serwetki.
Podczas pysznej kolacji, którą rozkoszowali się pod gołym niebem, Sonya i Cleo wtajemniczyły Owena i Treya w to, co się zdarzyło w ciągu dnia.
– Więc kiedy ja skończyłam pracę, a Cleo tę cudną akwarelę, postanowiłyśmy wziąć się za gabinet Collina.
– Właśnie słyszałem. – Owen ugryzł bułkę z homarem.
– Sonya zajęła się tym, co na biurku, a ja tym, co w szufladach. Twój wujek był niesamowicie porządnym gościem.
– Trzymał się swoich zasad. Każde urządzenie w tym domu – czy to elektronika, czy kotły i piece grzewcze – ma oznaczoną datę zakupu i instrukcję. W razie konieczności naprawy czy konserwacji wszystko jest pod ręką.
– Nudy.
Sonya, patrząc na Owena, pokręciła ze śmiechem głową.
– Cleo z natury odrzuca takie rzeczy.
– Po co mi instrukcja, skoro mogę zamówić fachowca, który przyjedzie i mi to naprawi? A kiedy naprawi, to to coś zacznie znowu działać? Ale znając Sonyę, absolutnie niczego nie wyrzuciłam.
– Pliki z komputera. Korespondencja. Wydrukowałam mejle, które pomyślałam, że mogą się komuś przydać, i te, które warto zachować ze względów sentymentalnych. Collin stworzył cały plik na mój temat. Nie wydajesz się zdziwiony – zwróciła się do Treya. – Wiedziałeś o tym?
– Domyślałem się. Tata wspominał, że śledzi twoje losy. A ponieważ z natury był taki porządnicki, założył sobie plik. Czy to ci jakoś przeszkadza?
– Nie. Pomyślałam sobie, że gdyby w moim życiu stało się coś złego, gdybym znalazła się w tarapatach i potrzebowała pomocy – ale tak naprawdę potrzebowała – wkroczyłby do akcji. Dodawał też sobie w różnych miejscach notki na mój temat i to jest… takie miłe. Oprócz tego znalazłam plik z informacjami o dorocznych darowiznach, więc chciałabym je kontynuować. Czy można to zrobić tak, by Collin nadal był wymieniony jako ofiarodawca?
Poruszony Trey nakrył dłoń jej dłonią.
– Da się to załatwić, jasne.
– Świetnie. I właśnie to wszystko naprowadziło nas na pomysł zdjęć, a wtedy zjawiliście się wy.
– Lubię ten gabinet – odezwała się Cleo. – Nie chciałam tak od razu się w nim urządzać, bo wydawało mi się to niestosowne. Ale po tym, jak dziś spędziłam tam tyle czasu, już nie mam oporów. Uważam, że lepiej nie mieszać biurokracji ze sztuką. Strasznie się przez to rozpraszam.
– Serio?
Cleo spiorunowała Owena wzrokiem.
– Zabawne. Identyczna wydajność we wszystkich dziedzinach oznaczałaby doskonałość. A każdy, kto chce być doskonały, jest głupi. Ja głupia nie jestem. – Uniosła kieliszek i upiła łyk. – Za to zrobiłam się dziwnie romantyczna. W każdym razie miałyśmy boski dzień.
– Poza serią trzaśnięć drzwiami nic więcej z siebie nie wykrzesała.
– Och, połomotała trochę w ściany na górze. – Cleo lekceważąco machnęła ręką. – Słabizna.
– Nigdy nie będzie silniejsza od was obu. – Dla podkreślenia swych słów Trey uniósł piwo jak do toastu. – Wredniejsza tak, silniejsza – nie. A wy dzień po dniu wyciskacie z niej coraz więcej. Chociażby przez to, że tu teraz siedzimy, jemy pyszne żarcie, a po podwórku biegają wesołe zwierzaki. To wszystko się liczy.
– Sprzątanie gabinetu Collina też ma znaczenie – zauważył Owen. – Zresztą i tak kiedyś trzeba było to zrobić. Collin uwielbiał swoje biurko. Bo kto by nie kochał takiego mebla? To lity mahoń. Było wykonane na zamówienie dla któregoś z Poole’ów – nie pamiętam już w tej chwili dla kogo, ale pod koniec dziewiętnastego wieku, bliżej przełomu stuleci. Jest w idealnym stanie.
Uniósł szklankę do ust, po czym ją odstawił.
– Zatrzymujesz je, prawda? Na miejscu, w gabinecie?
– Co, boisz się, że waży tysiąc ton, a my będziemy wam kazały je dźwigać?
– Owszem, ja się boję – wtrącił natychmiast Trey. – Mój kręgosłup i ja drżymy na samą myśl.
– To również, ale przede wszystkim chodzi o to, że idealnie pasuje do tego pokoju. Daj spokój, Treyu, ono musi tam zostać i już. Jest wspaniałe.
Cleo, szczerze rozbawiona jego troską o mebel, uniosła brwi.
– W takim razie na pewno się ucieszysz, że jestem tego samego zdania co ty. Poczułam to od razu. Teraz mam dwa wspaniałe biurka. I nie będziecie musieli nic targać po schodach.
– Dobrze. Bardzo dobrze. – Mówiąc to, nie spuszczał swych zielonych oczu z jej bursztynowych. – A ta witryna? Z czasów króla Jakuba Pierwszego.
– Też zostaje.
Na tę wieść Owen rozluźnił się na tyle, by móc znowu pociągnąć z butelki.
– Słuszna decyzja.
– Ej, patrzcie na to. – Trey wskazał brodą na trawnik, na którym psy po krótkim odpoczynku znów rozpoczęły gonitwę. – Kotka jedzie na Mookiem. Wskoczyła mu na grzbiet.
– Pasażerka na gapę. – Owen się zaśmiał. – A Mooksowi w to graj. Zobaczcie, jaki szczęśliwy.
Cleo zaśmiewała się z widowiska.
– Mała przejażdżka, proszę pani? To zapraszam!
Posiedzieli jeszcze trochę nad ciasteczkami i cappuccino, po czym przenieśli się do jadalni.
Dzięki Owenowi i przygotowanej przez Deuce’a księdze rodzinnej Poole’ów zidentyfikowali niektóre z osób na fotografiach.
– Co do tych tutaj nie mam pewności. Większości nie znałem, zmarli, zanim się urodziłem. Jest szansa, że Clarice i Connor będą umieli ich rozpoznać. I może Mike – dodał Owen, robiąc w myślach przegląd kuzynów. – Może, ale zacząłbym od Clarice. Ona najbardziej interesowała się rodziną.
– Mogłabym ją tu zaprosić, żeby na nie spojrzała – odrzekła Sonya. – Ale pudeł ze zdjęciami jest tak dużo, że jak to zobaczy, to się załamie.
– Lepiej daj mi ze dwa, trzy, to jej podrzucę. Przejrzy je sobie na spokojnie. Wtajemniczę ją, w czym rzecz.
– Tylko powiedz, że nie ma pośpiechu. Przyniosę jeszcze jedno puste pudełko. Do jednego będziemy wkładać zdjęcia osób, które rozpoznajemy, a do drugiego – tych, które chciałybyśmy oprawić i wyeksponować, ale nie wiemy, kto to jest. I to zawieziesz Clarice. Trzecie pudełko będzie na zdjęcia, których nie planujemy wykorzystać.
– Proszę, to się nazywa skuteczność Poole’ów – odezwał się Trey.
– Co poradzę – westchnęła Sonya.
– Mnie też daj jedno pudełko – rzekł Owen. – Poproszę rodziców, żeby zerknęli.
– O, świetnie. W swoim czasie chętnie opiszę wszystkie, więc to byłby dobry początek. Idę po kolejne pudełko.
Kiedy Sonya poszła do gabinetu, by wziąć z biurka następny karton ze zdjęciami, zauważyła, że jeden z nich jest odsunięty na bok. Na leżącej na wierzchu fotografii rozpoznała Johannę.
– Dobra, Clover, jasne.
Jej telefon natychmiast odpowiedział: It Wasn’t Me (To nie byłam ja).
– Jeśli nie ty, to… kto? – Sonya podniosła zdjęcie. – Johanna? Może. Zresztą nieważne. Biorę ten.
Zaniosła go do jadalni.
– Clover. Nadal gra na moim telefonie.
– Wybrała Chucka Berry’ego – zauważył Owen.
– Nie mam pojęcia, kto to zrobił, ale ona od razu odpowiedziała: „To nie ja”. To pudełko stało odsunięte na bok, a to zdjęcie leżało na wierzchu.
Trey wziął fotografię do ręki.
– Johanna. Może ona też ci teraz pomaga.
– Albo sam Collin – dorzucił Owen.
– To krzepiąca myśl. – Cleo wskazała na niego ręką. – Jeżeli Collin nadal tu jest – a jest na pewno – to chce wtrącić swoje trzy grosze. Tak by się przynajmniej zdawało.
– Nieważne, kto to był, ważne, że to pudełko ma być przejrzane jako następne.
Usiadła, zdjęła pokrywkę i jej oczom ukazało się więcej zdjęć Johanny, Johanny z Collinem i ich obojga z rodzicami Treya.
– O, to ty, Treyu? Tu u Collina na rękach?
– Tak, rodzice też mają tę odbitkę. Johanna trzyma Annę, a Collin – mnie. To musiało być na krótko przed ich ślubem.
– Zdecydowanie idzie do galerii.
Sonya wyciągnęła z pudełka plik zdjęć i zanurzyła rękę głębiej.
– Czekajcie! Są ferrotypy i… Tak! Miniaturki! Oprawione! – Wyjąwszy je, delikatnie rozłożyła je na stole. – To! O, mój Boże!
– Siedem panien młodych – dokończył za nią Trey. – Czyli wszystkie. Uwaga – i nie były tu wcześniej przechowywane. Nie widziałem tej pozycji w spisie inwentarza. – Przeglądając podobizny, kręcił głową. – Nie, nie ma mowy. Zapamiętałbym, gdybym to widział. Sprawdzaliśmy każde pudełko, widzieliśmy te wszystkie zdjęcia, ale niczego takiego przedtem nie było.
– Nie wiemy, czy to trop do rozwiązania zagadki, ale to wielkie odkrycie. I ogromna pomoc w przygotowaniu galerii.
– To Clover – mruknęła Sonya, podnosząc jedną z fotografii. – Clover i Charlie w dniu swojego ślubu. Widziałam ich we śnie. Widziałam, jak tańczyli na łące.
– Wyglądają na takich szczęśliwych – dodała Cleo. – Młodych i szczęśliwych.
Clover zagrała Wedding Song (Piosenkę ślubną) Boba Dylana.
– Oprawimy je i trafi do galerii, ale przedtem wyeksponujemy je gdzie indziej – powiedziała Sonya. – Ślubne zdjęcie Collina i Johanny też. I wszystkie inne portrety ślubne, które znajdziemy.
– O, to również. To Lisbeth, prawda? Piąta panna młoda. Oficjalne zdjęcie ze ślubu. – Owen podniósł fotografię w górę.
– Tak. Boże, jaka ona promienna. Dosłownie czuć, jak grzeje ten blask.
– Mam Agathę i Owena. Bardzo oficjalne ujęcie. Ale z nich przystojna para – dodała Cleo. – O, jest kolejne. Drugie małżeństwo Owena. Owen i Moria. Wiecie co? Widać, że ani ona, ani on nie są specjalnie szczęśliwi.
– Mam tu ferrotyp – wtrącił Trey. – To Marianne i Hugh.
– Miniaturki. Catherine, druga panna młoda. Nie ze ślubu, ale wtedy nie było czasu na pozowanie, bo przecież zmarła w noc poślubną. I Astrid – to musiało zostać zrobione przed ceremonią. Może to prezent dla Collina, bo widać spory fragment sukni. To na pewno suknia ślubna.
– Więc mamy je wszystkie – powiedziała Cleo. – Siedem panien młodych.
– I dużo więcej – dodał Trey. – Na przykład portret Clover przed domem.
– Jak kobiety mogą dźwigać taki balast? – zastanawiał się Owen. – Ten brzuch ciążowy jest wielki jak góra.
– Mamy kręgosłupy ze stali, nie wiedziałeś? – wyjaśniła mu Cleo. – Na ziemi leży śnieg, Clover ma śnieg we włosach. Śmieje się.
Clover zagrała piosenkę Cosmic Charlie (Kosmiczny Charlie) grupy Grateful Dead.
– Świetny utwór – rzekł Owen.
– Niedługo po tym musiały przyjść na świat bliźniaki. Patricia Poole nie widziała tych zdjęć – rzekł Trey. – Kiedy próbowała wymazać Clover i twojego tatę z historii Poole’ów, nie wiedziała o istnieniu tych fotografii. Lub nie wiedział o nich ten, którego tu przysłała, bo jej stopa nigdy nie postała w tym domu.
– Mimo to nie pominę jej w galerii.
– Osobiście bym się nie obraził, gdybyś to zrobiła – rzucił Owen.
– Nie zrobię tego, bo stanowi część całej historii. Niechlubną, ale jednak część. Zawieszę najbrzydsze jej zdjęcie, jakie znajdziemy.
Trey wyszczerzył do niej zęby.
– Widzę, że i ty potrafisz być jędzą.
– A co? Potrafię! Ale na razie nie zamierzam zaprzątać sobie tym głowy. Ani myśleć o Patricii Poole. Mamy tu wszystkie panny młode, więc oto rozpoczynam poszukiwania ramek pasujących do każdego z wybranych zdjęć. Zarówno panien młodych, jak i pozostałych osób.
– A kiedy ta wiedźma stąd zniknie, pozawieszamy je na ścianach i zmienimy Złoty Pokój w dobre, pozytywne, ważne miejsce.
Trzasnęło kilkoro drzwi, a lekki powiew zakołysał żyrandolem nad ich głowami.
Sonya rzuciła złowrogie spojrzenie na sufit.
– Tak, o tobie mówię – sarknęła. – Uważaj, bo jesteś na wylocie. Lepiej przywyknij do tej myśli.
I znowu Trey nakrył dłoń Sonyi swoją.
– To może trochę potrwać, skarbie.
– Nieważne kiedy: dziś, za tydzień czy za rok, ale zniknie stąd, to pewne. A dzięki tym zdjęciom mam teraz nowy cel.
– Możesz już zacząć myśleć nad projektem ekspozycji. Rozplanować ją sobie w głowie, opracować układ zdjęć – wtrącił Owen. – Kiedy już wybierzesz konkretne fotografie i poznasz wymiary i kształty ram, trzeba będzie to wszystko rozrysować.
