Siedem obrączek - Nora Roberts - ebook

Siedem obrączek ebook

Nora Roberts

4,7
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Siedem obrączek. Pradawna klątwa. I kobieta, która może ją złamać.

Gdy Sonya MacTavish dziedziczy tajemniczą posiadłość na wybrzeżu Maine, nie spodziewa się, że stanie się częścią historii pełnej duchów, dawnych namiętności i niewyjaśnionych tragedii. Z czasem poznaje prawdę na temat siedmiu obrączek skrywających mroczną klątwę, która przez pokolenia niszczyła życie kolejnych kobiet.

W miarę jak Sonya odkrywa sekrety przeszłości, zaczyna rozumieć, że tylko ona może przerwać krąg cierpienia. Pomaga jej Trey, mężczyzna, który z czasem stanie się dla niej kimś więcej niż tylko sprzymierzeńcem.

Nora Roberts łączy w Siedmiu obrączkach romans, tajemnicę i elementy nadprzyrodzone w hipnotyzującą opowieść o miłości silniejszej niż czas.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 631

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (26 ocen)
20
4
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
dawaad

Dobrze spędzony czas

Wciągająca.
00
helutek7

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo polecam
00
roszpunka88

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze czyta się jednym tchem, cała trylogia jest swieta, można się wczuć w fabułę jako część drużyny
00

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: The Seven Rings

Wydawca: Adrian Tom­czyk Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Cecy­lia Kobie­rzycka Korekta: Ewa Gra­bow­ska

Copy­ri­ght © 2025 by Nora Roberts All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Kata­rzyna Rosłan, 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68812-53-4

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Dla Leslie i Amy, przy­ja­ció­łek i part­ne­rek

Część pierwsza. Szaleństwo

Część pierw­sza

Sza­leń­stwo

W tym sza­leń­stwie jest metoda.

Wil­liam Szek­spir, Ham­let, przeł. Sta­ni­sław Barań­czak

Prolog

W latach osiem­dzie­sią­tych XVIII wieku Arthur Poole, młody czło­wiek o wiel­kich ambi­cjach, wsiadł na sta­tek pły­nący przez Atlan­tyk. Podróż zawio­dła go na ska­li­ste, sma­gane wia­trem i falami wybrzeże Maine, do Nowego Świata, który szybko uznał za wła­sny.

Tu pra­co­wał, uczył się i roz­wi­jał.

Jako chło­pak z wizją, zajął się budową łodzi, two­rząc pod­wa­liny przed­się­bior­stwa szkut­ni­czego. W tro­sce o jego przy­szłość wże­nił się w zamożną, wysoko posta­wioną rodzinę.

Z cza­sem, niczym kwiat na ugo­rze, w jego mał­żeń­stwie roz­kwi­tła miłość.

Z myślą o dal­szych latach i następ­nych poko­le­niach kon­se­kwent­nie budo­wał trwałe, solidne przed­się­bior­stwo. A na urwi­sku ponad wzbu­rzo­nym, huczą­cym morzem posta­wił wielki – tak samo trwały i solidny – dom o kamien­nych, kry­tych drew­nem ścia­nach, z wie­życz­kami wznie­sio­nymi ku niebu i potęż­nymi drzwiami z naj­szla­chet­niej­szego maho­niu.

Jako miło­śnik morza, zadbał o to, by na dachu domo­stwa zna­lazł się taras. Sto­jąc na nim, śle­dził wzro­kiem wypro­du­ko­wane w jego fir­mie statki, sunące po kapry­śnych wodach Atlan­tyku.

To tu, w tej posia­dło­ści, przy­cho­dziły na świat, a potem bawiły się, bie­gały po ogro­dach, wędro­wały po pobli­skim lesie, uczyły się jeź­dzić konno i żeglo­wać jego dzieci.

Arthur Poole był z sie­bie zado­wo­lony. Wie­dział, że odniósł suk­ces – nie tylko jako przed­się­biorca, który z nędzy doszedł do bogac­twa i mieszka w rezy­den­cji góru­ją­cej nad mia­stecz­kiem nazwa­nym od jego nazwi­ska, lecz rów­nież jako speł­niony mąż i ojciec. Że jest nie tylko głową rodziny, lecz przede wszyst­kim w pełni odda­nym jej czło­wie­kiem.

Był dumny ze swo­ich dzieci, w szcze­gól­no­ści z pier­wo­rod­nego syna – jed­nego z bliź­nia­ków – który zdo­był serce i sta­rał się o rękę uro­czej (i zamoż­nej) panny.

Col­lin Poole miał się oże­nić z Astrid Gran­dville nie ze względu na awans spo­łeczny czy pie­nią­dze, lecz z miło­ści.

Pew­nego chłod­nego, jesien­nego dnia, który miał się oka­zać ostat­nim dniem jego życia, Arthur jechał konno przez las, roz­my­śla­jąc – jak to czę­sto bywało – o przy­szło­ści. Snuł wizję uda­nego ślubu syna – naj­pięk­niej­szej i naje­le­gant­szej uro­czy­sto­ści, jaką miało oglą­dać mia­steczko Poole’s Bay. Pla­no­wał też roz­bu­dowę domu, by zapew­nić miej­sce i wygodę przy­szłym wnu­kom.

Nie wie­dział jesz­cze, że nie będzie mu dane ich poznać, ani nawet uczest­ni­czyć w uro­czy­sto­ści zaślu­bin syna. Że w ten chłodny, jesienny dzień pad­nie ofiarą wiedźmy goto­wej posu­nąć się do wszyst­kiego, byle dostać w swe ręce jego wła­sność.

Nie cho­dziło jej jed­nak ani o rodzinę, ani o firmę, ani nawet o mają­tek.

Gra toczyła się o dom. W dąże­niu do tego, by zostać panią Domu Poole’ów, Hester Dobbs nie miała zaha­mo­wań.

Ci zaś, któ­rzy znali i kochali Arthura Poole’a, nie mogli odża­ło­wać tego, co go spo­tkało – tra­gicz­nego w skut­kach upadku z konia.

Gdy się oka­zało, że śmierć Arthura Poole’a nie przy­nie­sie Hester Dobbs tego, czego pra­gnęła, wiedźma z zimną krwią zamor­do­wała Astrid Gran­dville Poole w dniu jej ślubu.

Ponie­waż bestial­ski mord, krew Poole’ów na rękach i na języku, a obrączka Astrid na palcu rów­nież nie wystar­czyły, Dobbs rzu­ciła klą­twę na upra­gniony dom wraz z całą jego przy­szło­ścią.

Odtąd miała w nim zgi­nąć panna młoda z każ­dego poko­le­nia Poole’ów.

Ucie­kł­szy spod stryczka, obłą­kana wiedźma powró­ciła do domu, na któ­rego punk­cie miała obse­sję. Gdy zegar wybił trze­cią w nocy, pod bie­le­jącą nad ciem­nym morzem pełną tar­czą księ­życa przy­pie­czę­to­wała klą­twę wła­sną krwią.

Rzu­ciła się z murka oka­la­ją­cego urwi­sko.

Kamienny dom przez ponad dwa stu­le­cia góro­wał nad bez­kre­sem morza. Jego mury były świad­kami pierw­szych i ostat­nich tchnień. Zgod­nie z zamie­rze­niem Arthura Poole’a wycho­wy­wały się w nim jego wnuki, ich dzieci, a potem ich dzieci i wnuki.

W każ­dym poko­le­niu docho­dziło jed­nak do tra­ge­dii: panna młoda padała ofiarą bez­li­to­snej Hester Dobbs.

Miało się tak dziać aż do czasu, gdy zgi­nie ich sie­dem, a na pal­cach wiedźmy zalśni sie­dem ślub­nych obrą­czek.

W murach tego domu uwię­zione były teraz ich duchy. Pozo­sta­wał tu także duch Dobbs oraz duchy innych ludzi, któ­rzy albo sami posta­no­wili tu zostać, albo nie zna­leźli dotąd spo­sobu, by się stąd wydo­stać.

Błą­dzili więc po jego kory­ta­rzach, pra­co­wali i obser­wo­wali.

Trwali w ocze­ki­wa­niu na kogoś, kto zdej­mie klą­twę.

I oto przy­była – kobieta, w któ­rej żyłach pły­nęła krew Poole’ów, choć ona sama nie miała o tym poję­cia. Nie wie­działa też, że jej ojciec miał brata bliź­niaka ani że po śmierci ich matki, która tuż po poro­dzie padła ofiarą klą­twy Hester Dobbs, dzieci zostały w okrutny spo­sób roz­dzie­lone.

Nie była świa­doma obec­no­ści duchów, ist­nie­nia złego czaru ani roli, jaką sama miała ode­grać w tej spra­wie.

Lecz z cza­sem o wszyst­kim się dowie­działa.

Przy­była do domu samot­nie, choć nie miała samotna pozo­stać. Poznała nie­obecną dotąd w jej życiu rodzinę, jej histo­rię, a także przy­czynę, dla któ­rej jej ojciec został bru­tal­nie wyrwany z rodzin­nego gniazda.

Jak to moż­liwe, że choć przed tra­giczną, przed­wcze­sną śmier­cią ni­gdy nie gościł w tym domu, spor­tre­to­wał go na obra­zie? I jakim cudem, choć ni­gdy nie poznał swego bliź­niaka, nary­so­wał lustro w ramie rzeź­bio­nej w dra­pieżne zwie­rzęta, a w jego tafli – odbi­cie swego sobo­wtóra?

Cho­dząc po domu, żyjąc w nim i pra­cu­jąc, Sonya stop­niowo pozna­wała odpo­wie­dzi na te pyta­nia.

Kiedy poczuła zew zwier­cia­dła, prze­szła przez nie na drugą stronę. Tra­fiła do prze­szło­ści, gdzie na jej oczach roze­grały się sceny śmierci sied­miu panien mło­dych. Opła­kała je. Będąc świad­kiem kra­dzieży sied­miu obrą­czek, przy­się­gła je odzy­skać.

To, co Sonya Mac­Ta­vish uzna­wała dotąd za nie­moż­liwe, stało się teraz jej codzien­no­ścią. Zro­zu­miała, że aby zdjąć klą­twę z Domu Poole’ów i na zawsze prze­pę­dzić z niego Hester Dobbs, musi zdo­być obrączki sied­miu jej ofiar.

Ze względu na wszyst­kich, któ­rzy żyli tu przed jej przy­by­ciem, ze względu na miej­sce, w któ­rym odna­la­zła praw­dziwy dom i ze względu na sie­dem nie­szczę­snych panien mło­dych – obie­cała sobie, że tu zosta­nie. Że będzie szu­kać i wal­czyć.

Że wytrwa, mimo że wszę­dzie wokół cza­iła się śmierć.

Rozdział 1

Umarli wypeł­niali swą obec­no­ścią dom, ale nie w spo­sób, do któ­rego Sonya przy­wy­kła i który w pew­nym sen­sie nawet polu­biła. Teraz wypeł­niali go krwią, oka­le­czo­nymi cia­łami, ago­nią i roz­pa­czą.

Sonya zaś, patrząc na powięk­sza­jącą się czer­woną plamę na bia­łej sukni Astrid Poole i spo­glą­da­jąc na koły­szące się na stryczku ciało pierw­szego Col­lina Poole’a, prze­ży­wała ich ból i prze­ra­że­nie niczym wła­sne.

U stóp scho­dów obok ciała pierw­szej panny mło­dej w nie­na­tu­ral­nej pozy­cji leżało zalane krwią ciało tej ostat­niej – Johanny Poole. Obok niej, z dło­nią na jej dłoni, spo­czy­wał Col­lin Poole, który, prze­żyw­szy żonę o kilka dekad, zmarł po upadku z tych samych oka­za­łych scho­dów.

Choć umie­rał jako czło­wiek dużo star­szy niż jego bliź­niak, Sonya roz­po­zna­wała w jego twa­rzy rysy ojca. Teraz oprócz bólu i stra­chu malo­wał się na niej smu­tek – rap­towny i nie­spo­dzie­wany.

Chcąc poczuć cie­pło i życie, Sonya odru­chowo chwy­ciła Treya za rękę.

– To Col­lin. Brat mojego taty.

– Tak. Leży dokład­nie tak jak wtedy, gdy go zna­la­złem.

Dla Treya, czyli Oli­vera Doyle’a III, praw­nika z trze­ciego poko­le­nia Doyle’ów, przy­ja­ciela i kochanka Sonyi, Col­lin Poole był czło­wie­kiem tak bli­skim jak czło­nek rodziny. W odru­chu współ­czu­cia Sonya przy­tu­liła się do męż­czy­zny.

– Jest mi tak strasz­nie przy­kro, Treyu. Tak przy­kro. – Mocno zaci­snęła powieki. – Boże, sły­szy­cie ich? Sły­szy­cie ich wszyst­kich?

– Sły­szę. Owe­nie! – Trey odwró­cił się do przy­ja­ciela, kuzyna Sonyi.

– Trudno sły­szeć cokol­wiek innego, oczy­wi­ście prócz wycia psów.

– Postaw mnie już. – Cleo szturch­nęła Owena w pierś, by odsta­wił ją na zie­mię. – Upu­ści­łam szklankę. Uwa­żaj­cie pod nogi, wszy­scy jeste­śmy boso.

Pode­szła do Sonyi, wzięła ją za rękę i stwier­dziła, że dłoń przy­ja­ciółki jest tak samo lodo­wata jak jej wła­sna.

– Ja posprzą­tam. – Owen się zgło­sił na ochot­nika.

Cleo spio­ru­no­wała go spoj­rze­niem.

– Ani mi się waż stąd ruszać. Ani mi się waż.

– Musimy coś zro­bić. – Sonya nie wytrzy­mała i zakryła uszy rękami. – Ona ich tor­tu­ruje. Musimy to ukró­cić.

– Pamię­taj­cie, Dobbs się karmi stra­chem – przy­po­mniała im Cleo. – Ze wszyst­kich sił sta­ram się nie dać jej ani odro­biny, ale… – zawie­siła głos i skie­ro­wała spoj­rze­nie na schody. – O, mój Boże. Nie!

Stała tam Johanna w towa­rzy­stwie jakiejś nie­wy­raź­nej postaci. Mimo hałasu wyraź­nie usły­szeli chrup­nię­cie, towa­rzy­szące gwał­tow­nemu ruchowi jej głowy, i bez­władne ciało kobiety runęło w dół po scho­dach – tak samo jak w dniu jej ślubu.

– Ponow­nie je zabija. Wszyst­kie, jak leci. Każda umiera powtór­nie. Musimy coś z tym zro­bić – oznaj­miła Sonya. – Pie­przyć ten cho­lerny strach. – Ście­rała łzy z policz­ków, czu­jąc, że nara­sta­jący gniew wypala jej prze­ra­że­nie. – Każe im to prze­ży­wać jesz­cze raz, drę­czy je na naszych oczach, a na nas wywiera pre­sję.

Kiedy mówiła, pierw­szy Col­lin Poole ze strycz­kiem na szyi sko­czył ze scho­dów. Dało się sły­szeć trza­śnię­cie sznura podobne do chrup­nię­cia jego karku.

– Bru­talne – mruk­nął Owen. – Jeśli cho­dzi o pie­prze­nie stra­chu, jestem cały na tak.

– Two­rzymy krąg, złap­cie się za ręce! – roz­ka­zała Cleo.

– Dla­czego?

– Słu­chaj, Owe­nie, wiem, że jestem ama­torką, ale w jed­no­ści siła. Przy­po­mnij sobie, co zro­bi­łeś, kiedy Pye popę­dziła pod drzwi Zło­tego Pokoju pod­czas napadu wście­kło­ści tej jędzy?

– Pobie­głem za nią.

– I zaczą­łeś śpie­wać. Więc śpie­wajmy, do cho­lery. No, już. Wszy­scy razem – śpiew.

– Co? – zdu­miał się Trey. – Mam teraz śpie­wać?

Cleo wzru­szyła ramio­nami.

– Lep­sze to niż tylko stać i patrzeć, i dalej słu­chać. Clo­ver poro­zu­miewa się z nami za pomocą muzyki, więc dla­czego by nie.

– Dobra, śpie­wamy, tylko co? – zasta­no­wił się Owen, mocno ści­ska­jąc dło­nie Cleo i Sonyi, pod­czas gdy Astrid Poole z ręką przy­ci­śniętą do krwa­wią­cej rany chwiej­nie scho­dziła po scho­dach.

– Cho­lera, nie mam poję­cia. Nic mi nie przy­cho­dzi do głowy.

– Jeste­śmy wku­rzeni! – zawo­łał Trey, a jego twarz wykrzy­wiła się z wście­kło­ści, gdy ciało męż­czy­zny, któ­rego kochał jak dru­giego ojca, sto­czyło się po scho­dach.

– Jeste­śmy, i to jak! – Choć łzy spły­wały po jej policz­kach, Sonya powtó­rzyła: – Jeste­śmy cho­ler­nie wku­rzeni.

– W takim razie lecimy z tym kok­sem. – Trey prze­krzy­ki­wał płacz, szlo­chy i wycie. – Keep you in the dark, you know they all pre­tend (Nie mówi­łem ci, ale wiesz, że wszy­scy udają) – zaśpie­wał pio­senkę Foo Figh­ters.

Jego głos – głos daw­nego lidera lice­al­nej kapeli z sie­dzibą w garażu – zabrzmiał mocno i czy­sto. Natych­miast pod­ła­pał go Owen.

Sonya odszu­kała w pamięci te upiorne słowa i wraz z Cleo włą­czyła się w śpiew.

– „Dawaj tu swoje szkie­lety”.

Pio­senka pie­kiel­nie dobrze pasuje do oko­licz­no­ści, pomy­ślała. Śpie­wali o opo­rze i wyzwa­niu, z mocą wykrzy­ku­jąc słowa, w któ­rych nie wybrzmie­wał nawet cień stra­chu.

Świa­tła zapa­lały się i gasły, drzwi otwie­rały się i zamy­kały z trza­skiem. Ale kosz­marne odgłosy udręki powoli, stop­niowo cichły.

Kiedy doszli do refrenu, a póź­niej zaśpie­wali dalej o „ręce, która cię znisz­czy”, Sonya wczuła się w tekst całym ser­cem.

Gdy skoń­czyli, w domu zapa­no­wała cisza. W holu przy scho­dach nie leżało żadne ciało; nikt nie koły­sał się na stryczku nad ich gło­wami.

– Foo Figh­ters. – Owen i Trey stuk­nęli się pię­ściami. – To był natchniony wybór.

– Uzna­łem, że The Pre­ten­der (Uzur­pa­tor) będzie ide­alny, bo tym wła­śnie jest Dobbs. Uzur­pa­torką, któ­rej się zdaje, że jest panią tego domu. – Uniósł dłoń Sonyi do ust. – Dobrze się czu­jesz, skar­bie?

– Nie, ale zaraz się poczuję. – Dziew­czyna się schy­liła, by pogła­skać Yodę drep­czą­cego u jej stóp. – Ale się wystra­szy­łeś, co? Wszyst­kie się wystra­szy­ły­ście, pie­ski.

– Moja dama też – rze­kła Cleo, gdy czarna kotka prze­śli­zgnęła się mię­dzy jej nogami, a potem otarła o łydkę Owena. – Całej czwórce przyda się krótki spa­cer. Sama też chęt­nie ode­tchnę świe­żym powie­trzem.

– Tylko nie zamy­kaj drzwi – popro­siła Sonya. – Niech się tro­chę prze­wie­trzy. A ja posprzą­tam szkło.

– Daj, ja to zro­bię. – Trey zgło­sił się na ochot­nika. – Ty idź się przejść z Cleo.

Kiedy Sonya zago­niła na dwór Yodę, Mookiego – psa Treya oraz Jonesa, nie­od­łącz­nego towa­rzy­sza Owena, Trey ruszył do kuchni po szczotkę. Wró­ciw­szy, zastał Owena wpa­trzo­nego w miej­sce, gdzie przed chwilą leżał Col­lin.

– Widzia­łeś, jak spa­dał – rzekł Trey.

Owen ski­nął głową.

– Tak. Zawsze się oba­wia­łem, że mogła to być jego wła­sna decy­zja, że miał dość życia bez Johanny. Albo jesz­cze gorzej – że Dobbs mu to zro­biła.

– A on się zwy­czaj­nie potknął. Też podej­rze­wa­łem to co ty, ale nie, on się potknął. Był na wpół przy­tomny, wyrwany ze snu.

– Od paru dni męczyło go prze­zię­bie­nie.

– Ach, więc tym bar­dziej. Ale coś go zbu­dziło, zasko­czyło. Myślę, że widział…

– …Johannę – dokoń­czył Owen. – U stóp scho­dów. Nie wiem, czy naprawdę ją widział, czy tylko ją sobie wyobra­żał, czy sobie przy­po­mniał, że ją tam zna­lazł – w każ­dym razie wytrą­ciło go to z rów­no­wagi.

– Nie sądzę, by to była sprawka Dobbs. Col­lin zwy­czaj­nie potknął się, upadł i runął.

– Trzy­mał dłoń na dłoni Johanny. Teraz, kiedy go widzie­li­śmy. Raczej nie zro­bił tego celowo, ale myślę, że było mu przy­jem­nie. Dobbs popeł­niła błąd, że nam to poka­zała, bo dzięki temu czuję się lepiej. Kiedy wiem, że stra­cił rów­no­wagę i spadł ze scho­dów, ale osta­tecz­nie było mu przy­jem­nie. Poko­namy ją, Owe­nie.

– To nie ulega wąt­pli­wo­ści, bez­sprzecz­nie tak. – Owen wyszcze­rzył zęby. – Odkry­wam w sobie nie­koń­czące się pokłady muzycz­nych natchnień.

Clo­ver, szó­sta panna młoda i zara­zem bab­cia Sonyi, puściła utwór Rihanny Don’t Stop the Music (Nie wyłą­czaj muzyki).

– Się robi, laska. A idąc dalej tym tro­pem, zjadł­bym jakieś śnia­da­nie. Za godzinę i tak trzeba by było wsta­wać. – Owen zer­k­nął na otwarte drzwi. – Jak myślisz, jaka jest szansa, że namó­wię Cleo do zro­bie­nia nam omle­tów przed świ­ta­niem?

– Sam powi­nie­neś wie­dzieć, to ty z nią sypiasz.

– Sza­cuję, że pięć­dzie­siąt pro­cent, a jeśli będę na nią cze­kał z kawą, to nawet wię­cej.

Trey ze szczotką i śmiet­niczką pełną odłam­ków szkła wró­cił do kuchni.

– Rób tę kawę – pora­dził. – Wszy­scy potrze­bu­jemy chwili na ochło­nię­cie. To było zupeł­nie coś innego niż zwy­kła świa­do­mość, że miesz­kamy pod jed­nym dachem z duchami. Patrzy­li­śmy, jak umie­rają. Sły­sze­li­śmy to. I czu­li­śmy.

– Dobbs uci­chła. Przy­go­to­wa­nie tego wido­wi­ska kosz­to­wało ją sporo ener­gii.

– Chciała ich skrzyw­dzić. Wszyst­kich, któ­rzy prze­by­wają w tym domu, żywych czy umar­łych. Jedy­nym spo­so­bem jej uniesz­ko­dli­wie­nia jest odna­le­zie­nie obrą­czek. Ode­bra­nie ich. Zdję­cie klą­twy. Wtedy stąd znik­nie.

– A Sonya widziała już wszyst­kie sie­dem panien mło­dych. Ich śmierć.

– Wła­śnie. Od tej chwili będzie tylko trud­niej, Owe­nie. – Trey, który sie­dział przy kuchen­nej wyspie, wbił rękę w zmierz­wione włosy. – Nie możemy prze­cież tu być dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. A dziew­czyny tu miesz­kają. Pra­cują.

Włą­czyw­szy eks­pres do kawy, Owen wyjął jajka, ser i bekon. Uznał, że jeżeli nie uda mu się nakło­nić Cleo do zro­bie­nia śnia­da­nia, sam coś skleci.

– Rozu­miem, co masz na myśli. Też się mar­twię. Ale tak szcze­rze? – Rzu­cił przy­ja­cie­lowi krót­kie spoj­rze­nie. – Nie znam dwóch innych kobiet – co tam kobiet, ludzi! – któ­rzy radzi­liby sobie z czymś takim lepiej niż one.

– Zwier­cia­dło, kiedy się pojawi, nie zosta­wia wyboru. Sonya musi przez nie przejść. To sil­niej­sze od niej.

– A ty nie możesz iść z nią. – Owen, mie­rząc Treya sta­now­czym spoj­rze­niem zie­lo­nych oczu Poole’ów, podał mu kubek z kawą. – Za to ja mogę. O ile tu jestem. Ale ty i Cleo musi­cie zostać po tej stro­nie. Rozu­miem, jakie to trudne do prze­łknię­cia dla faceta, który ma w natu­rze poma­ga­nie ludziom i napra­wia­nie świata. I ma do tego wszel­kie pre­dys­po­zy­cje.

– Powiem ci, że za każ­dym razem coraz trud­niej jest mi wie­rzyć, że stam­tąd wró­ci­cie.

– Oto, co myślę. – Owen wziął do ręki kubek z kawą. – Ponie­waż rama lustra rzeź­biona jest w dra­pież­niki, czło­wiek odru­chowo myśli, że zaraz pożre go żyw­cem. Ale na zdrowy rozum musi być odwrot­nie: lustro jest po naszej stro­nie, bo ina­czej po co poka­zy­wa­łoby Sonyi, co ma robić, by pozbyć się tej wiedźmy?

– Też to sobie powta­rzam. Z tego, co wiemy lub uzna­jemy za prawdę, Col­lin i ojciec Sonyi nawią­zy­wali ze sobą kon­takt. Może ni­gdy tak naprawdę nie poj­mo­wali, jak to moż­liwe ani dla­czego.

– Ojciec Sonyi raczej nie poj­mo­wał, ale Col­lin musiał do tego dojść – zwłasz­cza po tym, jak twój tata opra­co­wał drzewo gene­alo­giczne Poole’ów. Kiedy się dowie­dział, że ma brata bliź­niaka, z któ­rym go roz­dzie­lono i któ­rego oddano do adop­cji, musiał to roz­pra­co­wać.

– A kiedy to roz­pra­co­wał i posta­no­wił się skon­tak­to­wać z Andrew Mac­Ta­vi­shem, ten już nie żył.

– Tak, nie żył, więc zapi­sał dom jego jedy­nej córce. Ty się w niej zako­cha­łeś. Ona spro­wa­dziła tu swoją kum­pelę, w któ­rej zako­cha­łem się ja. Widzę tu pewną syme­trię. Nie mam poję­cia, co ona ma ozna­czać, ale nie da się ukryć, że ist­nieje.

Doszły do nich odgłosy wbie­ga­ją­cych do domu psów.

– Zobaczmy, czy zako­chała się we mnie na tyle, by mi zro­bić omlet.

Zanim Cle­opa­tra Faba­res prze­pro­wa­dziła się z Bostonu do Maine, wschody słońca zda­rzało jej się obser­wo­wać wyłącz­nie po zarwa­nych nocach – czy to na impre­zo­wa­niu, czy na pracy twór­czej.

Jeśli zaś cho­dzi o szy­ko­wa­nie śnia­dań – lub w ogóle jakich­kol­wiek posił­ków – to zde­cy­do­wa­nie nie zda­rzało jej się to ni­gdy.

Ale to było kie­dyś. A teraz się zmie­niło.

Cleo przy­jęła pro­po­zy­cję Sonyi, by wpro­wa­dzić się do jej domu w Maine, i bez chwili waha­nia zaanek­to­wała stu­dio malar­skie Col­lina Poole’a w wie­życzce. Posta­wiła jed­nak waru­nek, że zaj­mie się zaku­pami i kuch­nią.

Opa­no­wa­nie sztuki kuli­nar­nej kosz­to­wało uro­dzoną w Luizja­nie pla­styczkę sporo zachodu, ale powio­dło się. I co wię­cej, dawało Cleo mnó­stwo frajdy.

A ponie­waż ostat­nia pobudka o trze­ciej nad ranem i póź­niej­sze mocne prze­ży­cia, które po niej nastą­piły, pobu­dziły rów­nież jej ape­tyt, o zro­bie­nie omle­tów nie trzeba było jej długo pro­sić.

Teraz zebrała w koczek burzę kar­me­lo­wych loków i wysłała Owena do ogródka po pie­truszkę i estra­gon. Po czym zabrała się do pracy.

Cie­szyła się, że ma się czym zająć, a co waż­niej­sze – wie­działa, że daje przy­ja­ciółce czas na wyci­sze­nie emo­cji.

W Sonyi na­dal kipiał gniew, a Cleo była ostat­nim czło­wie­kiem, który chciałby go stłu­mić. Zauwa­żyła jed­nak, że Sonya pobla­dła, a widoczne w jej ciem­no­zie­lo­nych oczach zmę­cze­nie spo­wo­do­wane jest czymś dużo poważ­niej­szym niż nie­prze­spana noc.

To ona dźwi­gała na sobie naj­więk­szy cię­żar. A oni – pozo­stała trójka – mogli jej w tym pomóc, lecz nie mogli wziąć jej brze­mie­nia na sie­bie.

Poma­gamy, jak możemy, pomy­ślała Cleo. Robiąc śnia­da­nie, dotrzy­mu­jąc towa­rzy­stwa, wyko­nu­jąc ruty­nowe czyn­no­ści.

Trey i Sonya nakar­mili zwie­rzaki, a Owen roz­sta­wił naczy­nia na stole.

Zamie­sza­nie, zwy­czajne życie, bycie razem – to wszystko nio­sło ulgę.

Brzęk­nął timer. Sonya wyjęła bekon z pie­kar­nika, a Trey, który aku­rat wkła­dał chleb do tostera, pod­niósł na nią wzrok.

Boi się, że Sonya się roz­sy­pie, pomy­ślała Cleo, zsu­wa­jąc trzeci z czte­rech omle­tów z patelni na talerz i wkła­da­jąc go do nagrza­nego pie­kar­nika, by nie wystygł.

Ale ona się nie roz­sy­pie.

W każ­dym razie nie bar­dziej, niż roz­sy­pa­liby się Trey czy Owen po przy­mu­so­wym oglą­da­niu na żywo śmierci kogoś bli­skiego.

Żaden z nich by się nie roz­sy­pał.

Kiedy ostat­nia por­cja masła spie­niła się na patelni, Cleo wylała na nią masę jajeczną z serem i zio­łami.

– Chyba pójdę dziś malo­wać w ogro­dzie na tyłach domu. Może jakiś siel­ski wido­czek. O, wiem! Nama­luję wiste­rię na per­goli.

– Ze względu na mnie nie musisz trzy­mać się bli­sko domu, Cleo.

– Ale mogę, jeśli aku­rat mam na to ochotę. A czuję, że chce mi się malo­wać w ogro­dzie i tyle. Chyba że namó­wię cię na wspólny rejs moją ślicz­niutką łódeczką? Hm? Nie chcia­ła­byś prze­wie­trzyć głowy?

– Muszę zro­bić parę rze­czy w związku z kam­pa­nią dla Ryder Sports. Nie, dziś nie daję sobie wol­nego.

– To co, w naj­bliż­szy week­end?

Sonya się uśmiech­nęła, ale jej oczy patrzyły z powagą.

– W week­end chęt­nie, rzecz jasna.

Kiedy ostatni omlet wraz z beko­nem i tostem wylą­do­wał na tale­rzu, usie­dli razem przy stole, a wszyst­kie cztery zwie­rzaki zapa­dły w poranną drzemkę.

– Cleo, wspa­niałe te omlety – powie­działa Sonya.

– Uwie­rzę ci, jak zoba­czę, że jesz.

– Będę jadła. Prze­pra­szam, jestem dziś tro­chę… przy­cięż­kawa.

– Nie jesteś – zapro­te­sto­wał Trey.

– Ale tak się czuję. Widzia­łam… widzia­łam wpraw­dzie zdję­cia, a Col­lin w chwili śmierci był dużo star­szy niż mój tata, ale… nie wiem, jakoś nie byłam przy­go­to­wana na to podo­bień­stwo. Dla cie­bie i Owena musiało to być jesz­cze gor­sze doświad­cze­nie, wiem, ale sama nie mogę się na razie z tego otrzą­snąć. A od wczo­raj wie­czo­rem, kiedy skoń­czyła się impreza, nie sły­sze­li­śmy w ogóle Clo­ver. A prze­cież ona ma zawsze tyle do powie­dze­nia. Teraz się mar­twię, że…

Kiedy to mówiła, tablet leżący na kuchen­nym bla­cie zagrał I’m Still Stan­ding (Cią­gle się trzy­mam) Eltona Johna.

Do oczu Sonyi napły­nęły łzy, a Trey wycią­gnął do niej rękę.

– Nie, nie, już mi lżej. Wła­śnie to potrze­bo­wa­łam usły­szeć. My też się trzy­mamy, Clo­ver. – Nadziała na wide­lec kawa­łek omleta i wło­żyła do ust. Kiedy się uśmiech­nęła, zro­biła to całą sobą. – Cleo, jest tak świetny, na jaki wygląda.

Ludzie jedli, zwie­rzęta spały, a tablet grał. Jakby się wcze­śniej umó­wili, nie roz­ma­wiali o tym, co się zda­rzyło w nocy. Na razie. Wie­dzieli, że przyj­dzie na to czas, lecz na razie sprawa musiała się odle­żeć.

– Ech, Lafay­ette, ty to masz talent. – Owen pochło­nął ostatni kęs omleta.

– No, na to wygląda.

– Ale dziś wie­czo­rem dajemy ci wolne – ode­zwał się Trey. – Co wy na to, żeby­śmy przy­wieźli coś na wynos?

– Moje uczu­cia na tym nie ucier­pią – zapew­niła go Cleo. – Będę miała wię­cej czasu na malo­wa­nie. Kiedy już zade­cy­duję, czy to będzie lekka akwa­relka czy mocny olej.

– A w jaki spo­sób decy­du­jesz? – zacie­ka­wił się Owen.

– Spon­ta­nicz­nie. – Spoj­rzała na niego zmru­żo­nymi oczami. – Uwiel­biam iść przez życie na spon­ta­nie.

– Bar­dzo się cie­szę, że robisz sobie wolne, żeby malo­wać. – Sonya wzięła do ręki kubek z kawą i odchy­liła się na opar­cie krze­sła. – I zoba­czysz, twoja jesienna wystawa w Bay Arts zrobi furorę.

– O tym się dopiero prze­ko­namy, ale tak, ja też się cie­szę. A kiedy lato minie, znów będę gotowa ilu­stro­wać. Boże, zapo­mnia­łam ci powie­dzieć, że dosta­łam prze­uro­czy liścik od Burta Sprin­gera, któ­remu wysła­łam egzem­plarz uko­cha­nej książki jego wnuczki z auto­gra­fami – moim i autorki.

– Burt jest prze­mi­łym gościem. Naprawdę uwiel­biam z nim współ­pra­co­wać. Ja nie żyję ani nie pra­cuję na spon­ta­nie, ale fre­elan­cerka zawio­dła mnie w zupeł­nie nowe miej­sca. Rok temu nie wyobra­ża­łam sobie, że będę pro­wa­dzić wła­sną firmę gra­ficzną.

– I to z jakim suk­ce­sem – rzu­cił Trey, a ona się do niego uśmiech­nęła.

– Tak. W życiu sobie tego nie wyobra­ża­łam. Ani też tego, że zamiesz­kam we wspa­nia­łym, ogrom­nym, nawie­dzo­nym wik­to­riań­skim domu na wybrzeżu Maine. Ani że będę mieć ulu­bio­nego kuzyna – dodała, uno­sząc kubek z kawą w stronę Owena. – Ani też że będę z tobą, praw­ni­kiem w trze­cim poko­le­niu, który będzie mi przy­wo­ził kola­cję z mia­steczka i utwier­dzał mnie w prze­ko­na­niu, że daję radę. – Sonya odrzu­ciła do tyłu włosy i wes­tchnęła. – Żadne numery Dobbs tego nie zmie­nią. Ona nas nie powstrzyma. Cleo już to mówiła, i to prawda. Nasy­camy ten dom świa­tłem i życiem. I nie prze­sta­niemy.

– Połowa roku to wcale nie za wcze­śnie, by zacząć pla­no­wać wielką imprezę świą­teczną, prawda?

Sonya wyce­lo­wała pal­cem w przy­ja­ciółkę.

– Nie. Ani odro­binę nie za wcze­śnie.

– I znowu nas zaprzę­gną do dźwi­ga­nia mebli, stary. – Owen wstał. – Będę się zbie­rał, ale naj­pierw ogarnę naczy­nia. Domy­ślam się, że Molly też ma za sobą ciężką noc.

Cleo wstała razem z nim, poło­żyła dło­nie na jego pociem­nia­łych od wczo­raj­szego zaro­stu policz­kach i z entu­zja­zmem go poca­ło­wała.

– Nale­żysz do wytraw­nych face­tów, Owe­nie, ale masz w sobie aku­rat tyle sło­dy­czy, ile trzeba. Słońce może i wstało, ale ja? Kładę się spać.

– Po takim śnia­da­niu i cze­kaj… ilu kawach? Dwóch?

– Nie ma takiej siły, która powstrzy­ma­łaby Cleo od spa­nia, jeśli Cleo chce spać.

– W prze­ci­wień­stwie do mojej przy­ja­ciółki, która już rusza do pracy, mimo że nie ma jesz­cze szó­stej.

– Robota czeka, klienci muszą być zado­wo­leni.

Z tabletu dobie­gły dźwięki utworu Johnny’ego Casha i June Car­ter Cash Time’s a Wastin’ (Nie ma czasu do stra­ce­nia).

– Nie wydaje mi się, żeby to była pio­senka o pracy. – Owen spon­ta­nicz­nie objął Cleo, prze­giął ją do tyłu i z zapa­łem poca­ło­wał.

– Cóż, zależy, co kto ma na myśli.

– Zawsze mam to na myśli, ale Jones i ja też mamy huk roboty i klien­tów, któ­rych też trzeba zado­wo­lić.

– Wpisz­cie i mnie na tę listę. – Trey wstał. – Pomogę Owe­nowi i też zni­kam. Wyką­pię się i prze­biorę u sie­bie. Wrócę z kola­cją. Jakieś spe­cjalne zamó­wie­nia?

– Nie, zaskocz nas – popro­siła Sonya.

– Nie ma sprawy.

Teraz ona ujęła jego twarz w dło­nie i zaj­rzała mu w jaskra­wo­błę­kitne oczy.

– Prze­szła­bym przez to i bez cie­bie, bo nie mia­ła­bym wyj­ścia. Ale cie­szę się, że nie musia­łam.

Oto­czyła go ramio­nami i przy­trzy­mała.

– Naprawdę się cie­szę. – Przy­ci­snęła wargi do jego ust. – Idę na górę, tro­chę się ogarnę i sia­dam do pracy.

– Dzwoń, gdyby coś się działo.

– Jasne.

– Idę wypu­ścić Pye i Yodę, a potem się kładę. W razie czego szu­kaj nas na górze.

Wszyst­kie cztery czwo­ro­nogi chęt­nie wybie­gły na dwór, a Cleo przy­sta­nęła w otwar­tych drzwiach.

– Och, to będzie ide­alny dzień na malo­wa­nie en plain air. Sonya da sobie radę – dodała, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od traw­nika, ogrodu i ciem­nej ściany lasu. – Przy­wią­zała się do tego miej­sca, a kiedy Sonya jest cze­muś oddana, naprawdę trudno ją do tego znie­chę­cić.

Odwró­ciła się.

– Wła­śnie dla­tego trzy­mała się Bran­dona, mimo że miała wąt­pli­wo­ści, czy powinna za niego wycho­dzić. A kiedy nakryła go w łóżku z kuzynką? – Cleo pstryk­nęła pal­cami. – Nastą­pił koniec. Gdyby ten dupek oka­zał skru­chę, może by mu wyba­czyła, ale na pewno by do niego nie wró­ciła. Przy­ta­czam jego przy­kład tylko po to, żebyś się o nią tak strasz­nie nie mar­twił. To, że Sonya się nie podda, to jedno. A to, że się wyrwie, jeśli ją przy­przeć do muru, to dru­gie. Ostat­nia noc to był błąd. – Cleo wska­zała pal­cem w górę, na Złoty Pokój i Hester Dobbs. – Potężny błąd.

– Co kon­kret­nie masz na myśli? – spy­tał Owen, prze­ry­wa­jąc łado­wa­nie zmy­warki.

– To, co ta zołza uczy­niła sied­miu pan­nom mło­dym. Będzie musiała za to zapła­cić. Trzeba ją powstrzy­mać. Ale to wszystko prze­szłość. Mimo że Sonya prze­szła na drugą stronę lustra i widziała to na wła­sne oczy, te rze­czy już się wyda­rzyły. Kie­dyś. Dawno. A wczo­raj­sza noc? Wczo­raj Dobbs skrzyw­dziła ludzi, któ­rzy są nam dro­dzy. To się zda­rzyło tu i teraz. I było wymie­rzone w nas.

– Sonya musiała się otrzą­snąć ze smutku i odna­leźć w sobie żar.

Cleo uśmiech­nęła się do Treya.

– Znasz ją. Mówię to jako ktoś, kto ją zna i kocha dłu­żej niż ty. Że ona się nie zła­mie. Nie podda.

– Cza­sem strasz­nie mnie to mar­twi.

– Potrze­buje tego domu i wszyst­kiego, co go sta­nowi – z jed­nym wyjąt­kiem, oczy­wi­ście – a ten dom i wszystko, co go sta­nowi, potrze­buje jej. Moc jest po naszej stro­nie. Trzeba w to wie­rzyć.

– Mogę cię o coś pro­sić? Trzy­maj się dziś w pobliżu.

– Jasne. A teraz wpusz­czę Yodę i Pye, żeby­ście mogli spo­koj­nie odje­chać. A potem idę spać. Brak snu szko­dzi na urodę.

Wycho­dząc, prze­cią­gnęła pal­cem po policzku Owena. Ten zaś, patrząc za nią, pokrę­cił głową.

– Ech, bra­chu, wpa­dłem na całego. Ta kobieta ma mnie w małym paluszku. I wiesz co? Ona się nie myli. We wszyst­kim, co powie­działa, ma rację.

– Wiem. Dam radę z tym żyć. Ty też.

– Pew­nie, że ja też. Napisz mi, jak będziesz gotowy jechać po żar­cie, to się spo­tkamy.

Kiedy po dłu­gim, gorą­cym prysz­nicu Sonya wyszła z łazienki, zastała w sypialni Yodę, a na schlud­nie poście­lo­nym łóżku – parę leg­gin­sów do pół łydki i luźny tiszert.

Głę­boko wzdy­cha­jąc, powstrzy­mała łzy.

– Dzięki, Molly. Z przy­jem­no­ścią się w to ubiorę.

Młoda irlandzka poko­jówka z dawno minio­nych cza­sów nie prze­sta­wała jej usłu­gi­wać. I robiła to raczej z miło­ści niż z obo­wiązku – Sonya nie tylko to wyczu­wała, lecz szcze­rze w to wie­rzyła.

Te same motywy kie­ro­wały Jac­kiem – chłop­cem, który zmarł w tym domu, nie mając nawet dzie­się­ciu lat – kiedy po kry­jomu bawił się z Yodą. A także Jerome’em, który czu­wał nad całą posia­dło­ścią i dba­jącą o domową zie­leń Ele­anor.

Ich duchy – wraz z duchami innych, któ­rych imion Sonya nie znała – były tu na­dal obecne i sta­no­wiły część Domu Poole’ów, tak samo jak szyby w oknach i deski pod­łóg.

Sonya miała wobec nich zobo­wią­za­nia – tak wobec nich, jak i wobec sied­miu panien mło­dych: Astrid, Cathe­rine, Marianne, Aga­thy, Lis­beth, Clo­ver i Johanny. To dla nich – jesz­cze bar­dziej niż dla sie­bie i dla Cleo – pra­gnęła zacho­wać ten dom.

Dom, który miał pozo­stać i pozo­sta­nie Domem Poole’ów – czyli tym, czym był od początku.

To dla nich – myślała, ubie­ra­jąc się – zostanę tu, będę tu pra­co­wać i wal­czyć. Odbiorę jędzy skra­dzione obrączki i zła­mię jej klą­twę.

Jeśli ma to ozna­czać pobudki o trze­ciej nad ranem – czyli o godzi­nie, o któ­rej Hester Dobbs rzu­ciła się z urwi­ska, by wła­sną krwią przy­pie­czę­to­wać klą­twę – będę wsta­wać o trze­ciej. Jeśli ma to ozna­czać cią­głe prze­cho­dze­nie na drugą stronę lustra, by być świad­kiem kosz­ma­rów – będę prze­cho­dzić przez lustro.

I znajdę wresz­cie spo­sób, by zdjąć z pal­ców mar­twej wiedźmy wszyst­kie nie­na­le­żące do niej obrączki.

Mimo snu­cia tych myśli Sonya wcale nie wie­działa, jak tego dokona.

Zamiast od razu wysu­szyć włosy, zaplo­tła je w war­kocz. Trudno, gdyby zda­rzyło jej się spo­tka­nie online, sko­rzy­sta z awa­ryj­nego zestawu do maki­jażu, który trzy­mała w biurku.

Gdy ruszyła do drzwi, Yoda zerwał się, prze­biegł przez salo­nik i razem z nią wyszedł na kory­tarz. Zauwa­żyła, że drzwi sypialni Cleo są lekko uchy­lone. To pew­nie dla Pye, by mogła do woli krą­żyć w tę i z powro­tem.

Ponie­waż dosko­nale znała swoją przy­ja­ciółkę – w aka­de­miku dzie­liły wszak pokój – spo­dzie­wała się, że Cleo pośpi co naj­mniej do połu­dnia.

Żało­wała, że sama tak nie potrafi.

Nie pozo­sta­wało jej nic innego, jak tylko pójść do odle­głej wie­życzki, miesz­czą­cej biblio­tekę, w któ­rej urzą­dziła sobie gabi­net.

Rzu­ciw­szy okiem na tablicę inspi­ra­cji, usia­dła za biur­kiem usta­wio­nym na wprost sze­ro­kich drzwi.

Ależ tu cisza, pomy­ślała, gdy Yoda mościł się u jej stóp, by dotrzy­mać towa­rzy­stwa w pracy. Zza okien dobie­gał tylko huk morza. Sonya poko­chała już odgłos fal z impe­tem ude­rza­ją­cych o skały. Do pokoju wpa­dało poranne słońce. Na para­pe­cie kwi­tła na różowo Xena – fio­łek afry­kań­ski, poda­ro­wany jej przez Cleo pierw­szego dnia na uczelni.

Tu, w dwu­po­zio­mo­wej biblio­tece, ota­czały ją książki, piękno i histo­ria.

Pra­co­wało jej się tu dosko­nale – twór­czo i sku­tecz­nie – wie­działa, że to się nie zmieni. Wyko­nała tu już kawał dobrej roboty – i wykona jesz­cze nie­je­den.

Ten gabi­net, ten dom oraz wszystko, co się w nim znaj­do­wało, nale­żało teraz do niej. Podob­nie jak duże pie­nią­dze, dzięki któ­rym mogła żyć i pra­co­wać na wła­snych warun­kach, ponie­waż Col­lin Poole prze­ka­zał jej, córce swego brata, cały mają­tek. Jego śmierć przy­nio­sła jej nowe życie. A ona nie mogła prze­stać o tym myśleć.

Włą­czyła kom­pu­ter.

Naj­pierw mejle – prze­czy­tać i odpo­wie­dzieć. Wpro­wa­dzić zmiany i poprawki do dotych­cza­so­wych, roz­po­czę­tych już pro­jek­tów. I dopiero przejść do tych bie­żą­cych.

Nagle przy­ci­snęła palce do oczu.

– Boże, Clo­ver. Muszę to powie­dzieć i mam nadzieję, że mnie teraz słu­chasz. Strasz­nie się z tym czuję, że zafun­do­wała ci taki kosz­mar. Potwor­nie mi żal wszyst­kich panien mło­dych, ale cie­bie naj­bar­dziej. Ona ode­brała życie tobie, lecz Char­lie sam je sobie ode­brał. Ukra­dła ci nie tylko ślubną obrączkę, lecz także wszyst­kie marze­nia. Dom, który chcie­li­ście z Char­liem tu stwo­rzyć. Sztukę, która miała tu powstać. Ogród, który pra­gnę­li­ście upra­wiać. I dzieci, które mogły się wam jesz­cze uro­dzić.

Zro­biła głę­boki wdech, by się uspo­koić.

– A zeszłej nocy, kiedy to wszystko sły­sza­łam, widzia­łam i czu­łam – jed­no­cze­śnie – nagle coś do mnie dotarło i skle­iło się w całość. Gdyby te straszne rze­czy nie przy­tra­fiły się tobie, wam wszyst­kim, począw­szy od Astrid, a skoń­czyw­szy na Johan­nie, mnie by tu nie było. – Zamil­kła. – Nie mia­ła­bym tego, co mam. Czasu cof­nąć nie mogę, ale przy­się­gam, że znajdę spo­sób, aby to napra­wić. Żeby nie wiem co, wyna­gro­dzę to tobie, wam wszyst­kim. Zro­bię to dla cie­bie. Bo jesteś matką mego ojca. Moją naj­bliż­szą rodziną. I jestem ci to winna.

Tablet zagrał pio­senkę Invi­si­ble String (Nie­wi­dzialna nić) Tay­lor Swift.

Sonya otarła łzę. Obie­cała sobie, że to już ostat­nia, która sto­czyła się dziś po jej policzku.

– Tak, tak, to prawda. Wła­śnie to nas łączy. Nas wszyst­kich. I przy­się­gam, że jej nie zerwę. Graj nam dalej, dobrze? Co tylko chcesz. Myślę, że muzyka służy nam obu.

Wresz­cie uspo­ko­jona otwo­rzyła pierw­szy mejl i przy­stą­piła do pracy.

Rozdział 2

Pierw­szą prze­rwę zro­biła, kiedy kotka weszła do gabi­netu, usia­dła i wle­piła w nią wzrok.

– Co? Pora na dwór? No cóż. Skoro wycho­wało się kota na psa, trzeba ponieść kon­se­kwen­cje. Ale dobra, przyda mi się zastrzyk kofe­iny. Idziemy, futrzaki.

Zeszła na dół i wypu­ściła Yodę i Pye fron­to­wymi drzwiami. Postała chwilę na cudow­nym słońcu, spo­glą­da­jąc na morze i sunące po nim łodzie i statki.

Wró­ciła do kuchni po colę, po czym sta­nęła z nią przy tyl­nym wyj­ściu, by nacie­szyć się wido­kiem traw­nika, ogrodu i gęstej, zie­lo­nej ściany lasu.

Na dźwięk kro­ków gwał­tow­nie się odwró­ciła.

– No, pomy­li­łam się o dwa­dzie­ścia minut. Zakła­da­łam, że nie zerwiesz się przed dwu­na­stą. A tu pro­szę, zwarta i gotowa. I to przed kawą.

Cleo odsta­wiła skrzy­neczkę z przy­bo­rami, skła­dane szta­lugi i sto­łe­czek.

– Po tym nie­ludzko wcze­snym śnia­da­niu na­dal czuję kofe­inę we krwi.

W kape­lu­szu z sze­ro­kim ron­dem, spodniach przed kostkę i luź­nym tiszer­cie Cleo wyglą­dała na gotową na wyzwa­nia dnia. Napeł­niła bidon wodą.

– Może­cie mnie odpro­wa­dzić. Jeśli zwie­rzaki będą chciały wró­cić, to je potem wpusz­czę.

– Jasne. Na dwo­rze jest cudow­nie, więc może zostaną. To jak nastrój, co się kroi? Coś cięż­kiego czy lek­kiego?

– Po nocy czuję się przy­cięż­kawo, ale dzi­siej­szy dzień aż się prosi o lek­kość.

– Fakt, nie ma co się dalej obcią­żać.

– Wła­śnie. To do zoba­cze­nia potem.

Sonya przy­trzy­mała jej drzwi.

– Miłego two­rze­nia.

Popi­ja­jąc colę, patrzyła, jak przy­ja­ciółka zmie­rza w stronę per­goli. Wybie­gł­szy jej naprze­ciw, Yoda powi­tał ją w pod­sko­kach, a Pye z gra­cją prze­smyk­nęła się mię­dzy jej nogami.

Cała scena spra­wiała idyl­liczne wra­że­nie. Żaden przy­godny obser­wa­tor nie domy­śliłby się, że w tym samym miej­scu pano­szy się bru­talne zło.

– Ale ja wiem, że tak jest – mruk­nęła pod nosem Sonya.

Przez pogrą­żony w ciszy dom prze­szła do biblio­teki, w któ­rej roz­le­gała się muzyka.

Usia­dła i otwo­rzyła kolejny plik.

W dru­giej poło­wie popo­łu­dnia poczuła, że ogar­nia ją znu­że­nie.

– Dobra, może potrze­buję godzinki prze­rwy i dawki świe­żego powie­trza.

Ponie­waż słońce na­dal jasno świe­ciło, się­gnęła po oku­lary prze­ciw­sło­neczne i czapkę z dasz­kiem. Nie jest ona ani odro­binę tak roman­tyczna ani sek­sowna jak kape­lusz Cleo, ale co tam!, pomy­ślała, prze­cią­ga­jąc kucyk przez otwór z tyłu czapki.

Wyszła głów­nymi drzwiami i ruszyła w stronę nad­brzeż­nego murka. Wiał pory­wi­sty wiatr, który szar­pał jej koń­skim ogo­nem i prze­ga­niał gęstą mgłę z głowy. Marsz­czył taflę wody, koły­sał łodziami i pędził fale z hukiem roz­bi­ja­jące się o skały.

W oddali Sonya dostrze­gła naj­pierw krótki, prze­lotny błysk, a potem stadko wyska­ku­ją­cych z wody del­fi­nów.

Jej życie cał­ko­wi­cie się zmie­niło – była tego świa­doma. Stało się to w ów mroźny zimowy dzień, kiedy Oli­ver Doyle II zapu­kał do drzwi jej domu w Bosto­nie z wia­do­mo­ścią, że wuj, o któ­rego ist­nie­niu nie miała poję­cia, prze­pi­sał jej swój mają­tek. Czyli to wszystko.

I jesz­cze wię­cej.

Pra­gnęła tego bar­dziej, niż można sobie wyobra­zić – tego potęż­nego sta­rego domo­stwa i wszyst­kiego, co w sobie mie­ściło. Z duchami włącz­nie.

Odwró­ciła się i ogar­nęła wzro­kiem budy­nek. Był taki solidny, a jed­no­cze­śnie piękny. Zoba­czyła, że kilka okien jest otwar­tych.

To Molly, pomy­ślała z uśmie­chem. Na pewno wie­trzy pokoje.

Ona, Sonya, nie była jedy­nym czło­wie­kiem, któ­remu dobro sta­rego Domu Poole’ów leżało na sercu. Wie­rzyła, że aby zapew­nić mu jak naj­lep­szy los, nale­żało po pro­stu żyć. Żyć i robić swoje.

Okrą­żyła dom i zna­la­zła się w ogro­dzie, gdzie buj­nie roz­ra­stały się rośliny posa­dzone późną wio­sną. Główki kwia­tów lekko chwiały się na cie­płym, won­nym wie­trzyku.

Kotka roz­cią­gnęła się na dachu wik­to­riań­skiej psiej budy z wie­życzką, którą zbu­do­wał Owen. Yoda prze­cią­gnął prę­go­wane ciałko i przy­łą­czył się do swo­jej pani, która zmie­rzała w stronę sto­ją­cej przy szta­lu­gach przy­ja­ciółki.

Na płót­nie malar­skim powy­krę­cane pną­cza wspi­nały się na per­golę, by zwie­sić się z niej kwit­nącą fon­tanną. W tle, niczym spo­wita mgłą tajem­nica, zie­le­niała ściana lasu. Na ziemi pod per­golą leżały opa­dłe płatki kwia­tów.

Nad tym wszyst­kim jaśniało zaś niebo tak czy­ste i błę­kitne, że aż zapie­rało dech w piersi.

– Cleo – wes­tchnęła Sonya.

– No co? Miało być lekko, to jest.

– Cudowna praca. Dosłow­nie chwyta za serce.

– Nama­luję też hor­ten­sje, jak już na dobre roz­kwitną. W podobny spo­sób. Na począ­tek jedną z tej rabaty przy naszej dróżce. Mam też ochotę na stu­dia poje­dyn­czych kwiat­ków. W każ­dym razie pra­wie skoń­czy­łam. Tak mi się przy­naj­mniej wydaje.

– Śnia­da­nie było wieki temu. Idę skle­cić jakąś prze­ką­skę.

– Nie powiem, też bym coś zja­dła.

– Dobrze. Dam ci znać, jak będę gotowa. Mogły­by­śmy zjeść na tara­sie.

Pies i kot podą­żyły za nią do kuchni. Na miej­scu przy­pa­try­wały się, jak Sonya wykłada na deskę kawałki sera i owoce.

– Wiem, wiem. Zaraz też dosta­nie­cie.

Kiedy posta­wiła na tacy szklanki z lodem i dzba­nek z lemo­niadą, na górze trzy­krot­nie trza­snęły drzwi. Huk był podobny do odgłosu wystrza­łów.

Tele­fon Sonyi zagrał Rude (Nie­grzeczna) zespołu Magic.

– Zga­dza się, cała ona. Ale nie damy się zastra­szyć.

Poło­żyła na tacy psie cia­steczko i kilka chru­pek dla kota i wzięła ją do rąk.

Gdy pode­szła do drzwi, te same się otwo­rzyły.

– Dzięki.

Po jej wyj­ściu drzwi deli­kat­nie się za nią zamknęły.

Ach, ile tu dobra, pomy­ślała. O ileż wię­cej dobra niż zła.

Odsta­wiła tacę na stół na tara­sie i zawo­łała Cleo, która już pako­wała przy­bory malar­skie do skrzy­neczki.

Wycią­gnąw­szy z kie­szeni oku­lary prze­ciw­sło­neczne, ruszyła na taras.

– To musiało ją strasz­nie drę­czyć – rze­kła Cleo. – Kiedy widziała, że obie pra­cu­jemy i czer­piemy z tego satys­fak­cję. Ach, Boże, ile frajdy dało mi dzi­siej­sze malo­wa­nie.

Cleo odsta­wiła przy­bory, usia­dła i wes­tchnęła z zado­wo­le­niem. Paznok­cie jej stóp poma­lo­wane na kolor nieba przy­po­mniały Sonyi, że sama od dawna nie robiła pedi­kiuru.

– Pod koniec lata poczuję już pew­nie nie­do­syt ilu­stro­wa­nia i będę chciała zdo­być jakieś dobre, cie­kawe zle­ce­nie. Ale na razie czuję się jak w raju.

Się­gnęła po kra­kersa i nało­żyła na niego pla­ste­rek camem­berta.

– Prze­ką­ska na tara­sie w piękne let­nie popo­łu­dnie to też miła rzecz – zauwa­żyła Sonya.

– Co prawda, to prawda. – Cleo unio­sła szklankę z lemo­niadą, któ­rej nalała jej przed chwilą przy­ja­ciółka. – Wypijmy za wię­cej takich chwil.

– Za dużo wię­cej.

– Zdaje się, że Jack też się nie mógł oprzeć pięk­nej pogo­dzie.

Sonya wypro­sto­wała się na fotelu.

– A co, widzia­łaś go?

– Nie, ale był tu. Nagle prze­le­ciała koło mnie piłeczka, za którą pognał Yoda. Ale kiedy się odwró­ci­łam – a minęło parę sekund – już nic nie zoba­czy­łam. Póź­niej przez dłuż­szy czas sły­sza­łam galo­padę Yody i śmiech Jacka. To było dziwne, ale z dru­giej strony…

– Miłe.

– Tak, miłe. Potem led­wie się powstrzy­my­wa­łam, żeby nie oglą­dać się za sie­bie, bo wiem, że Jack nie jest jesz­cze gotowy. Pomyśl tylko: dziecko, które nie żyje od ponad wieku, tre­nuje z psem apor­to­wa­nie i ma z tego radość. To dużo mówi o miej­scu, w któ­rym miesz­kamy.

Sonya spró­bo­wała ostrego sera pep­per jack.

– Zanim się wpro­wa­dzi­łaś, a Trey i Owen zaczęli tu noco­wać, też sporo się działo.

– Ale od tam­tego czasu wszystko się nasi­liło.

– Tak, nasila się i słab­nie na zmianę, ale masz rację. Po pierw­sze, Dobbs jest coraz bar­dziej aktywna, a po dru­gie – ujaw­nili się inni. Z początku w ogóle tego nie rozu­mia­łam. Kiedy zasta­wa­łam zaście­lone łóżko albo pozmy­wane naczy­nia, myśla­łam, że tracę rozum. To samo z prze­ryw­ni­kami muzycz­nymi Clo­ver.

– A por­trety w schowku?

To dopiero był szok, pomy­ślała Sonya, popi­ja­jąc lemo­niadę. I ogromna, choć zara­zem budząca nie­po­kój radość.

– Część pędzla Col­lina, część znów mojego taty. Mamy już wszyst­kie panny do Marianne Poole. Czyli do trze­ciej panny mło­dej.

– Dziś, jak wsta­łam, też spraw­dza­łam. Ale nie, Cathe­rine się nie poja­wiła.

– Ale przyj­dzie dzień, kiedy otwo­rzymy scho­wek i będzie cze­kać. A jeżeli Owen się nie myli, to znaj­dziemy jesz­cze jedną – Astrid, ale pew­nie inny por­tret. Bo ten w głów­nym holu nie pasuje do kom­pletu.

– Myślę – Cleo wzięła do ust malinę – że Owen ma rację. Mię­dzy innymi dla­tego, że jeden z nich musi ją nama­lo­wać. Albo twój wujek, albo twój tata. I obraz ten musi zostać zawie­szony obok pozo­sta­łych sze­ściu.

– Wiem – a raczej muszę przy­jąć to do wia­do­mo­ści – że znaj­dziemy ją we wła­ści­wym cza­sie. A na razie cho­dzi mi po gło­wie coś w rodzaju zor­ga­ni­zo­wa­nia wiel­kich poszu­ki­wań, które – wziąw­szy pod uwagę roz­miar tego domu i liczbę miesz­czą­cych się w nim szaf, szu­flad i kufrów – mogą potrwać wieki.

– Jestem za. – Cleo wybrała małą kiść wino­gron i zaczęła poje­dyn­czo obry­wać owoce. – Wiesz o tym. Możemy zaprząc do roboty panów, więc będzie nas już czworo. Tylko czego mamy szu­kać, Son? Myślisz, że tak od razu znaj­dziemy obrączki?

– Nie, to by było za łatwe. Prze­cież wiemy, że ona nosi je na pal­cach, wszyst­kie sie­dem. Ale być może, gdy­by­śmy porząd­nie prze­świe­tlili dom, wpa­dli­by­śmy…

– Na jakiś trop?

Chcąc nie chcąc, Sonya musiała się zaśmiać sama z sie­bie.

– To zabrzmiało bar­dzo w stylu Sco­oby’ego-Doo, ale ow­szem, tak. Dom, zwier­cia­dło, miesz­kańcy – ci dawni i ci obecni – odsła­niają się przed nami stop­niowo, po kawałku. Jeśli dowiemy się wię­cej, być może zdo­łamy zło­żyć te kawałki w całość.

– Jestem za, powta­rzam. To dom pełen skar­bów i za każ­dym razem, kiedy się po nim szwen­dam, znaj­duję coś, co wzbu­dza mój podziw. Ale.

– Ale będziesz logiczna, tak?

– Tak, na swój spo­sób. Mamy tu całą gro­madę ludzi, któ­rzy żyli i umie­rali w tym domu przez dwa stu­le­cia. A Dobbs w tym cza­sie gro­ma­dziła obrączki. Myśla­łaś o tym, że ktoś z jego miesz­kań­ców mógłby wie­dzieć, jak je zna­leźć i odzy­skać?

– Gdyby tak było, już dawno wymy­śliłby spo­sób, by nas o tym poin­for­mo­wać.

Clo­ver natych­miast zagrała pio­senkę U2 I Still Haven’t Found What I’m Looking For (Na­dal nie zna­la­złem tego, czego szu­kam).

– To jesz­cze nie zna­czy, że my nie znaj­dziemy – mruk­nęła Sonya. – Ale tak, masz rację, roz­wią­za­nie samo nam nie spad­nie z nieba.

– Prze­cież szu­kamy. Nagle może się oka­zać, że odkry­jemy coś, co nas nakie­ruje na coś innego. Szcze­rze mówiąc, pro­po­nuję, żeby­śmy od razu po jedze­niu wybrały sobie jakiś pokój i z mar­szu przy­stą­piły do dzia­ła­nia.

Sonya mimo­wol­nie obej­rzała się za sie­bie i pod­nio­sła wzrok.

– Tylko który?

Cleo, wodząc spoj­rze­niem po domu, wzięła do ust kolejne wino­grono.

– Zacznijmy od biura Col­lina. On był ostat­nim, który tu miesz­kał i tu umarł, to po pierw­sze. Wiemy już, że przy­czyną jego śmierci był zwy­kły wypa­dek. To po dru­gie. Col­lin nie zgi­nął z ręki Dobbs, z jej woli ani za sprawą jej cho­ler­nej czar­nej magii.

– Tro­chę już tam grze­ba­łam, choć nie­zbyt szcze­gó­łowo. Coś mnie powstrzy­muje, czuję się tam jak intruz. Wiem, że to bez sensu, ale cóż.

Cleo pokle­pała ją po kola­nie.

– To świad­czy wyłącz­nie o two­jej wraż­li­wo­ści. Będziemy to robić z sza­cun­kiem.

– Jego gabi­net to dobry począ­tek. Póź­niej prze­su­niemy się dalej w głąb domu. Aha, i przy oka­zji się zorien­tu­jesz, czy chcia­ła­byś urzą­dzić tam sobie biuro.

– Aha. No dobra. To co?

– Zaczy­namy.

– Zaniosę przy­bory do pra­cowni i spo­tkamy się w gabi­ne­cie.

Sonya poszła z tacą do kuchni, zosta­wiła ją na bla­cie i ruszyła naj­pierw głów­nym kory­ta­rzem, a następ­nie przez labi­rynt pokoi do gabi­netu wuja.

To było sza­le­nie miłe miej­sce, pomy­ślała. Prze­stronne, jasne, z dostę­pem dużej ilo­ści natu­ral­nego świa­tła i wido­kiem na boczną część ogrodu. Stało w nim wiel­kie, piękne stare biurko i dwa porządne, obite skórą fotele – dla gospo­da­rza i dla gościa. Półki ugi­nały się od ksią­żek, pamią­tek i zdjęć. Żad­nego z tych przed­mio­tów Sonya nie miała serca ruszać.

W kącie wisiał obraz przed­sta­wia­jący dom autor­stwa jej taty.

Jak czę­sto, zasta­na­wiała się, Col­lin spo­glą­dał na ten por­tret i roz­my­ślał o okru­cień­stwie swej babci? O tym, że roz­dzie­liła osie­ro­cone bliź­nięta, żąda­jąc, by jej córka wybrała jedno spo­śród nich i uznała je za wła­sne?

Patri­cia Poole nie ponio­sła kary za swe okru­cień­stwo. Być może cenę zapła­ciła jej córka, zamknięta w świe­cie wła­snych uro­jeń.

Jeżeli klucz do tajem­nicy obrą­czek skry­wała któ­raś z nich, to na pewno był on nie­osią­galny.

Poszu­ki­wa­nia nale­żało więc zacząć od samego Col­lina.

Sonya usia­dła przy biurku wuja i zro­biła to, na co nie mogła się dotąd zdo­być: uży­wa­jąc kodu, który prze­ka­zał jej ojciec Treya, uru­cho­miła kom­pu­ter.

W drzwiach sta­nęła Cleo z dwoma kar­to­nami.

– Pomy­śla­łam, że może natkniemy się na jakieś doku­menty, które powinny iść do Deuce’a i praw­ni­ków. Albo inne rze­czy, które będziesz chciała im poka­zać.

– O, na pewno. Szu­flady są pełne papie­rów.

– W takim razie od nich zacznę.

– To tu pła­cił rachunki. I pro­wa­dził domową księ­go­wość. Mam wszyst­kie jego hasła. – Stuk­nęła pal­cem w kartkę wyjętą ze środ­ko­wej szu­flady. – Wło­ży­łam tu listę, żeby mieć je pod ręką, kiedy się wresz­cie zmu­szę do przej­rze­nia jego rze­czy.

Cleo usia­dła na pod­ło­dze i otwo­rzyła szu­fladę z prze­gród­kami na doku­menty.

– Wszystko opi­sane i uło­żone w porządku alfa­be­tycz­nym. To, czego moim zda­niem nie będziesz potrze­bo­wać, scho­wam do pudła do przej­rze­nia dla Doyle’ów.

– Chyba wydru­kuję jego pliki, bo chcia­ła­bym wyczy­ścić twardy dysk. Uwa­żam, że powin­ny­śmy oddać ten kom­pu­ter dla potrze­bu­ją­cych. Żadna z nas go nie wyko­rzy­sta.

– Słu­chaj, mam pewien pomysł. Oczyść dysk, ow­szem, ale może postawmy ten kom­pu­ter w jed­nym z salo­ni­ków na górze. Można by w nim urzą­dzić coś w rodzaju biura dla gości. Na przy­kład gdyby Trey lub Owen albo ktoś inny potrze­bo­wał sko­rzy­stać.

Sonya wydęła wargi i ski­nęła głową.

– Czyli obej­mu­jemy w posia­da­nie i przy­spo­sa­biamy kolejny pokój. Świetny pomysł.

– Ale biurko zostaje tutaj. Jest prze­piękne. Gdy­bym zde­cy­do­wała się korzy­stać z tego miej­sca, a ty chcia­ła­byś prze­wie­sić obraz taty, to…

– Nie, chcę, żeby został na swoim miej­scu. Mam tu też kore­spon­den­cję. Mejle – zawo­dowe, ale też do rodziny, co czę­sto się pokrywa, rzecz jasna. O, jest i kalen­darz. Poza­zna­czane uro­dziny, rocz­nice.

Prze­glą­da­jąc zapi­ski w elek­tro­nicz­nym kalen­da­rzu, Sonya zamarła.

– Cleo, miał zapi­saną datę moich uro­dzin.

– Czyli myślał o tobie.

– Ow­szem. I dzień uro­dzin mamy. Rocz­nicę ślubu rodzi­ców. Myślał o nas wszyst­kich.

– I jak się z tym czu­jesz?

Po chwili namy­słu Sonya się uśmiech­nęła.

– Dobrze. Wspa­niale.

– I to jest wła­ściwa odpo­wiedź. Zosta­wiam wszyst­kie papiery zwią­zane z ubez­pie­cze­niem domu, samo­chodu i sprzę­tów. Ale jest też jego polisa na życie i zdro­wie, doku­men­ta­cja medyczna i tak dalej. Wkła­dam je do pudła.

– Tak. Cleo, słu­chaj. On sobie stwo­rzył plik o mnie.

– O tobie?

– O mojej edu­ka­cji – od przed­szkola w górę. Znał nawet adres domu, w któ­rym miesz­ka­ły­śmy razem na ostat­nim roku stu­diów. Wie­dział o moim dyplo­mie, stażu i pracy. O moim sze­re­gowcu w Bosto­nie. Miał infor­ma­cje o nie­któ­rych kam­pa­niach i pro­jek­tach, które współ­two­rzy­łam. O moich zarę­czy­nach. I o tym, że zakoń­czy­łam pracę w By Design i otwo­rzy­łam wła­sną firmę.

Serce jej się ści­snęło, gdy zauwa­żyła krótką notkę: „Nowy rok, nowy począ­tek. Skon­tak­tuj się z Sonyą”. Nie­stety zgi­nął, zanim zdą­żył to zro­bić.

– Pamię­tał i myślał o tobie – powtó­rzyła Cleo. – Śle­dził, co u cie­bie sły­chać. Nie odbie­ram tego jako naru­sze­nie two­jej pry­wat­no­ści.

– Ja też nie. Tak mi przy­kro, że wyszło, jak wyszło. Dobrze cho­ciaż, że nie był sam. I nie tylko z powodu duchów. Miał Doyle’ów. Zawsze byli bli­sko.

– Tak.

– Śle­dził twój roz­wój i zosta­wił ci swój mają­tek nie tylko dla­tego, że byłaś córką jego brata bliź­niaka, lecz rów­nież dla­tego, że podo­bało mu się to, co o tobie wie­dział. Ufał ci.

– Widzę też inne notki. Na przy­kład przy infor­ma­cji o moich zarę­czy­nach: „Mogła i powinna wybrać lepiej”.

– Punkt dla niego – par­sk­nęła Cleo.

– A kiedy otwo­rzy­łam firmę Visual Art, napi­sał: „Idzie naprzód”.

– W tym też się nie mylił.

– Wiesz co? Mam wra­że­nie, że kiedy to czy­tam, prze­glą­dam jego rze­czy, lepiej go poznaję. – Odwró­ciła się razem z krze­słem, by spoj­rzeć na przy­ja­ciółkę. – Polu­bi­ły­by­śmy go, wiesz? Ja, ty i mama. Na bank.

– Son, prze­cież go lubimy.

– Masz rację. Tak. – Sonya wypu­ściła powie­trze i odkrę­ciła się z powro­tem. – Dobra. Bierzmy się do roboty.

Przej­rzały kolejny fol­der, potem kolejny i kolejny, a czas pły­nął. Nagle Sonyę coś tknęło. Ode­rwała się od pracy i wypro­sto­wała.

– Od kiedy zaczę­ły­śmy, Clo­ver nie dała znaku życia. Prze­glą­damy rze­czy jej syna, jego życie. Kawa­łek po kawałku.

Z pokoju muzycz­nego dobie­gła melo­dia ze sta­rego gra­mo­fonu Vic­trola.

Cleo unio­sła palec.

– Znam to. Moja grand-mère to śpiewa. God Bless the Child (Boże, bło­go­sław temu dziecku). To Bil­lie Holi­day. Jeśli mnie pytasz, to ma na myśli Col­lina oraz chyba two­jego tatę. Ale cie­bie też, Son.

– Pew­nie woli nie być świad­kiem tego, co robimy. Nie patrzeć. Rozu­miem. Rysuje mi się w gło­wie coraz wyraź­niej­szy obraz Col­lina, a prze­glą­da­nie jego rze­czy w tym pomaga. O, ten plik zawiera listę orga­ni­za­cji non pro­fit, które regu­lar­nie wspie­rał. Musimy to utrzy­mać.

Spę­dziły na prze­glą­da­niu rze­czy Col­lina pra­wie dwie godziny. Czy­tały, dru­ko­wały, roz­dzie­lały na kupki, pako­wały do kar­to­nów.

– Choć zacho­wu­jemy kom­pu­ter, i tak oczysz­czę twardy dysk. W tym cza­sie zer­k­nijmy jesz­cze na półki. W sumie to ty powin­naś je przej­rzeć, zoba­czyć, co chcesz tu zosta­wić – o ile w ogóle masz zamiar zosta­wić cokol­wiek.

– Urzą­dzę je tro­chę po swo­jemu, może poprze­no­szę część rze­czy do innych poko­jów. W każ­dym razie uwiel­biam ten mosiężny sek­stant i ten stary baro­metr. Prawdę mówiąc, mam tyle sym­pa­tii dla Col­lina, że chęt­nie zosta­wi­ła­bym tu rze­czy, które lubił.

Clo­ver puściła pio­senkę Halla i Oatesa You Make My Dre­ams (Speł­niasz moje marze­nia).

Cleo pokle­pała tele­fon w kie­szeni.

– No, on na pewno pomógł speł­nić moje.

Sonya oto­czyła Cleo ramie­niem. Przez chwilę wszyst­kie trzy nama­cal­nie czuły łączącą je więź.

– Słu­chaj, coś mi przy­szło do głowy – powie­działa Sonya. – Tamta szafka.

– No, piękna jest – odparła Cleo. – Chęt­nie bym zro­biła z niej uży­tek, chyba że wolisz ją dokądś prze­nieść.

– Nie, nie, tutaj pasuje dosko­nale, ale na razie pełno w niej pude­łek, a w pudeł­kach zdjęć, wycin­ków z gazet, arty­ku­łów i tak dalej. Jesz­cze ich wszyst­kich nie przej­rza­łam. Na razie gdzieś je odłóżmy. Na póź­niej.

To powie­dziaw­szy, Sonya pode­szła do wyso­kiej, pięk­nie rzeź­bio­nej witryny i otwo­rzyła prze­szklone drzwi. Wyjęła pierw­sze lep­sze pudełko i posta­wiła je na biurku.

– Mnó­stwo zdjęć i ofi­cjal­nych por­tre­tów. Pocho­dzą z wielu dzie­sią­tek lat i wielu poko­leń z tego, co widzę.

– Założę się, że pla­no­wał je kie­dyś upo­rząd­ko­wać według jakichś kate­go­rii. – Cleo unio­sła ręce i roz­cza­pie­rzyła palce. – Bo powiedz sama, kto nie ma w gło­wie tego typu pro­jektu, który by cze­kał na odpo­wied­nią chwilę i nastrój?

– Zga­dza się. Na stry­chu jest wię­cej zdjęć. Więc mogły­by­śmy stwo­rzyć gale­rię. Przej­rzeć fotki i wybrać te naj­lep­sze, cofa­jąc się w cza­sie tak daleko, jak się da. Powsta­łaby gale­ria rodziny i przy­ja­ciół Poole’ów.

– Świetny pomysł. Jestem za.

W zie­lo­nych oczach Sonyi błysz­czały zapał i deter­mi­na­cja.

– A, i w swoim cza­sie wyko­rzy­stamy też Złoty Pokój. Kiedy już eks­mi­tu­jemy bez­prawną loka­torkę, i tak nie chcia­ła­bym w nim nikogo gościć. No, po pro­stu… nie i już. Ale mieć osobny pokój – i to wła­śnie ten, nie inny – prze­zna­czony wyłącz­nie na gale­rię… wiesz, że na pewno znaj­dziemy fer­ro­typy i minia­tury… a gdyby się oka­zało, że ktoś z rodziny został pomi­nięty, wyko­namy repro­duk­cje.

– No, powiem ci, że to genialny plan. Tylko naj­pierw oka­dzę ten pokój białą szał­wią. Trzy razy. A potem go opróż­nimy i wysprzą­tamy. Urzą­dzimy meblami, które znaj­dziemy w schow­kach, i urzą­dzimy w nim gale­rię. Z mroku wypro­wa­dzimy świa­tło.

– Wiem, że mój tata tu nie miesz­kał, ale tu się uro­dził. Zawie­szę też jego zdję­cia – jako chłopca. I zdję­cie ślubne rodzi­ców.

– Robi się coraz bar­dziej genial­nie – zaczęła Cleo, a Clo­ver gło­śno puściła You’re sim­ply the best (Jesteś po pro­stu naj­lep­sza) Tiny Tur­ner.

– Zanie­śmy parę tych pudeł do jadalni. Na duży stół.

Kiedy przy­byli Owen z Treyem, Sonya i Cleo zdą­żyły już poroz­kła­dać część zdjęć na stole i nalać sobie po dru­gim kie­liszku wina.

– Co to ma być? – spy­tał Trey.

– Bły­sko­tliwy pomysł two­jej dziew­czyny – odparła Cleo. – Kiedy już wyko­piemy Dobbs z domu, urzą­dzimy w Zło­tym Pokoju gale­rię rodziny i przy­ja­ciół Poole’ów.

– Spójrz tylko na to, Treyu. – Sonya wycią­gnęła z jed­nego z pude­łek foto­gra­fię. – To twój tata z Col­li­nem jako dzie­więt­na­sto-, dwu­dzie­sto­lat­ko­wie. Ależ jesteś do niego podobny! Byli chyba gdzieś na plaży.

– Dwóch musku­lar­nych pod­ry­wa­czy – wtrą­ciła Cleo.

Trey z uśmie­chem przy­glą­dał się zdję­ciu mło­dych chło­pa­ków w kąpie­lów­kach na piasz­czy­stej plaży.

– Pamię­tam, jak o tym gadali. To chyba musiało być na stu­diach, kie­dyś w waka­cje wybrali się do Outer Banks. Pró­bo­wali się nauczyć sur­fo­wa­nia, nic im z tego nie wyszło, ale mieli mnó­stwo frajdy.

– Czło­wiek w życiu by się nie domy­ślił, ile w tym domu jest zdjęć. – Owen prze­su­nął wzro­kiem po foto­gra­fiach poukła­da­nych wokół blatu. – Do któ­rego poko­le­nia zamier­za­cie się cof­nąć?

– Do Arthura Poole’a.

Owen podra­pał się po bro­dzie.

– Wie­cie, że za jego cza­sów nie ist­niały jesz­cze apa­raty foto­gra­ficzne?

– Ale były minia­tury i wiem, że jakieś znaj­dziemy. Poza tym są jesz­cze fer­ro­typy. Ale bez waszej pomocy nie usta­limy, kto jest kim.

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami.

– Z czym dam radę, to pomogę, ale na pewno nie przed jedze­niem. Przy­wieź­li­śmy bułki z homa­rem.

– Dosko­nały wybór. – Cleo wstała. – Zjedzmy na tara­sie, dobrze? A co macie do bułek?

– Sałatkę ziem­nia­czaną – odrzekł Trey – cole­slaw i za namową naszej ulu­bio­nej sze­fo­wej kuchni ser­niczki cytry­nowe na kru­chym spo­dzie.

– O, kto jak kto, ale Bree wie, co dobre. – Cloe, prze­cho­dząc, pokle­pała Treya po policzku. – Gdzie czwo­ro­nożna reszta rodziny?

– Wszy­scy na dwo­rze, z kotem włącz­nie. – Owen, który nie zamie­rzał dać się zbyć klep­nię­ciem w poli­czek, przy­cią­gnął ją do sie­bie i schy­lił się do jej ust.

– Mmm, skoro jesteś aż tak głodny, może pomo­żesz wynieść naczy­nia na taras?

– Naprawdę mamy z tego wielką frajdę – powie­działa Sonya, po czym wstała i zarzu­ciła Trey­owi ręce na szyję. – Zaczę­ły­śmy po pracy. Naj­pierw porząd­ko­wa­ły­śmy gabi­net Col­lina, by Cleo mogła się w nim urzą­dzić.

– O, dobrze. – Trey pocią­gnął Sonyę do kuchni, gdzie wyjął z lodówki po piwie dla sie­bie i dla Owena.

– Mam nadzieję, że nie zmie­nisz zda­nia, kiedy się dowiesz, że mamy spore pudło papie­rów, z któ­rymi nie wie­dzia­ły­śmy, co zro­bić, i pomy­śla­ły­śmy, że zwa­limy to na barki praw­ni­ków z kan­ce­la­rii Doyle’ów.

– Nie ma sprawy, zaj­miemy się tym.

– Przej­rza­łam też pliki w kom­pu­te­rze. Opo­wiem ci o tym przy kola­cji. To w więk­szo­ści same miłe rze­czy i Owen też powi­nien o nich usły­szeć. A kiedy już skoń­czymy, wyczysz­czę dysk i urzą­dzimy w jed­nym z salo­ni­ków gościnne biuro. Każdy, kto nas odwie­dzi, będzie mógł z niego sko­rzy­stać.

– Jesz­cze lepiej. – Trey, mie­rząc Sonyę spoj­rze­niem, upił łyk piwa. – Widzę, że nie próż­no­wa­łaś.

– Nie, dzi­siaj bar­dzo potrze­bo­wa­łam kon­kret­nego zaję­cia. A że skoń­czyło się na pla­no­wa­niu gale­rii? Ten pomysł ude­rza wprost w to, co urzą­dziła wczo­raj Dobbs.

– Wiesz, jaka jest jedna z nie­skoń­czo­nej, jak się zdaje, listy cech, które w tobie uwiel­biam?

– Nie mam poję­cia, mów.

Prze­su­nął pal­cami po jej wło­sach, któ­rych kolor przy­po­mi­nał mu gęsty syrop klo­nowy.

– Że zawsze sta­jesz na nogi. Cokol­wiek cię przy­gnie­cie, ty to odrzu­casz i się dźwi­gasz.

– No pro­szę, a mia­łam nadzieję, że cho­dzi ci o mój świetny styl i nie­po­wta­rzalną oso­bo­wość.

– One też są wysoko na liście.

W tej chwili Sonya dostrze­gła w jego spoj­rze­niu coś, na czego widok zadrżało jej serce.

Nagle z dworu wpadł z impe­tem Owen.

– Mówi, że nie będzie jeść z pojem­ni­ków na wynos, domaga się tale­rzy, misek i tak dalej.

Wychwy­ciw­szy w powie­trzu wyjąt­kowy nastrój, spoj­rzał na Treya, a potem na Sonyę.

– Co?

– Nic, tylko podzi­wia­łem tę damę.

Ponie­waż czar prysł, Sonya roz­pro­mie­niła się w uśmie­chu.

– Przy­da­dzą się też sztućce do ser­wo­wa­nia. A ponie­waż Cleo to Cleo, weź jesz­cze ostry sos.

Świet­nie zna­jąc przy­ja­ciółkę, sama się­gnęła po płó­cienne ser­wetki.

Pod­czas pysz­nej kola­cji, którą roz­ko­szo­wali się pod gołym nie­bem, Sonya i Cleo wta­jem­ni­czyły Owena i Treya w to, co się zda­rzyło w ciągu dnia.

– Więc kiedy ja skoń­czy­łam pracę, a Cleo tę cudną akwa­relę, posta­no­wi­ły­śmy wziąć się za gabi­net Col­lina.

– Wła­śnie sły­sza­łem. – Owen ugryzł bułkę z homa­rem.

– Sonya zajęła się tym, co na biurku, a ja tym, co w szu­fla­dach. Twój wujek był nie­sa­mo­wi­cie porząd­nym gościem.

– Trzy­mał się swo­ich zasad. Każde urzą­dze­nie w tym domu – czy to elek­tro­nika, czy kotły i piece grzew­cze – ma ozna­czoną datę zakupu i instruk­cję. W razie koniecz­no­ści naprawy czy kon­ser­wa­cji wszystko jest pod ręką.

– Nudy.

Sonya, patrząc na Owena, pokrę­ciła ze śmie­chem głową.

– Cleo z natury odrzuca takie rze­czy.

– Po co mi instruk­cja, skoro mogę zamó­wić fachowca, który przy­je­dzie i mi to naprawi? A kiedy naprawi, to to coś zacznie znowu dzia­łać? Ale zna­jąc Sonyę, abso­lut­nie niczego nie wyrzu­ci­łam.

– Pliki z kom­pu­tera. Kore­spon­den­cja. Wydru­ko­wa­łam mejle, które pomy­śla­łam, że mogą się komuś przy­dać, i te, które warto zacho­wać ze wzglę­dów sen­ty­men­tal­nych. Col­lin stwo­rzył cały plik na mój temat. Nie wyda­jesz się zdzi­wiony – zwró­ciła się do Treya. – Wie­dzia­łeś o tym?

– Domy­śla­łem się. Tata wspo­mi­nał, że śle­dzi twoje losy. A ponie­waż z natury był taki porząd­nicki, zało­żył sobie plik. Czy to ci jakoś prze­szka­dza?

– Nie. Pomy­śla­łam sobie, że gdyby w moim życiu stało się coś złego, gdy­bym zna­la­zła się w tara­pa­tach i potrze­bo­wała pomocy – ale tak naprawdę potrze­bo­wała – wkro­czyłby do akcji. Doda­wał też sobie w róż­nych miej­scach notki na mój temat i to jest… takie miłe. Oprócz tego zna­la­złam plik z infor­ma­cjami o dorocz­nych daro­wi­znach, więc chcia­ła­bym je kon­ty­nu­ować. Czy można to zro­bić tak, by Col­lin na­dal był wymie­niony jako ofia­ro­dawca?

Poru­szony Trey nakrył dłoń jej dło­nią.

– Da się to zała­twić, jasne.

– Świet­nie. I wła­śnie to wszystko napro­wa­dziło nas na pomysł zdjęć, a wtedy zja­wi­li­ście się wy.

– Lubię ten gabi­net – ode­zwała się Cleo. – Nie chcia­łam tak od razu się w nim urzą­dzać, bo wyda­wało mi się to nie­sto­sowne. Ale po tym, jak dziś spę­dzi­łam tam tyle czasu, już nie mam opo­rów. Uwa­żam, że lepiej nie mie­szać biu­ro­kra­cji ze sztuką. Strasz­nie się przez to roz­pra­szam.

– Serio?

Cleo spio­ru­no­wała Owena wzro­kiem.

– Zabawne. Iden­tyczna wydaj­ność we wszyst­kich dzie­dzi­nach ozna­cza­łaby dosko­na­łość. A każdy, kto chce być dosko­nały, jest głupi. Ja głu­pia nie jestem. – Unio­sła kie­li­szek i upiła łyk. – Za to zro­bi­łam się dziw­nie roman­tyczna. W każ­dym razie mia­ły­śmy boski dzień.

– Poza serią trza­śnięć drzwiami nic wię­cej z sie­bie nie wykrze­sała.

– Och, poło­mo­tała tro­chę w ściany na górze. – Cleo lek­ce­wa­żąco mach­nęła ręką. – Sła­bi­zna.

– Ni­gdy nie będzie sil­niej­sza od was obu. – Dla pod­kre­śle­nia swych słów Trey uniósł piwo jak do toa­stu. – Wred­niej­sza tak, sil­niej­sza – nie. A wy dzień po dniu wyci­ska­cie z niej coraz wię­cej. Cho­ciażby przez to, że tu teraz sie­dzimy, jemy pyszne żar­cie, a po podwórku bie­gają wesołe zwie­rzaki. To wszystko się liczy.

– Sprzą­ta­nie gabi­netu Col­lina też ma zna­cze­nie – zauwa­żył Owen. – Zresztą i tak kie­dyś trzeba było to zro­bić. Col­lin uwiel­biał swoje biurko. Bo kto by nie kochał takiego mebla? To lity mahoń. Było wyko­nane na zamó­wie­nie dla któ­re­goś z Poole’ów – nie pamię­tam już w tej chwili dla kogo, ale pod koniec dzie­więt­na­stego wieku, bli­żej prze­łomu stu­leci. Jest w ide­al­nym sta­nie.

Uniósł szklankę do ust, po czym ją odsta­wił.

– Zatrzy­mu­jesz je, prawda? Na miej­scu, w gabi­ne­cie?

– Co, boisz się, że waży tysiąc ton, a my będziemy wam kazały je dźwi­gać?

– Ow­szem, ja się boję – wtrą­cił natych­miast Trey. – Mój krę­go­słup i ja drżymy na samą myśl.

– To rów­nież, ale przede wszyst­kim cho­dzi o to, że ide­al­nie pasuje do tego pokoju. Daj spo­kój, Treyu, ono musi tam zostać i już. Jest wspa­niałe.

Cleo, szcze­rze roz­ba­wiona jego tro­ską o mebel, unio­sła brwi.

– W takim razie na pewno się ucie­szysz, że jestem tego samego zda­nia co ty. Poczu­łam to od razu. Teraz mam dwa wspa­niałe biurka. I nie będzie­cie musieli nic tar­gać po scho­dach.

– Dobrze. Bar­dzo dobrze. – Mówiąc to, nie spusz­czał swych zie­lo­nych oczu z jej bursz­ty­no­wych. – A ta witryna? Z cza­sów króla Jakuba Pierw­szego.

– Też zostaje.

Na tę wieść Owen roz­luź­nił się na tyle, by móc znowu pocią­gnąć z butelki.

– Słuszna decy­zja.

– Ej, patrz­cie na to. – Trey wska­zał brodą na traw­nik, na któ­rym psy po krót­kim odpo­czynku znów roz­po­częły goni­twę. – Kotka jedzie na Mookiem. Wsko­czyła mu na grzbiet.

– Pasa­żerka na gapę. – Owen się zaśmiał. – A Mook­sowi w to graj. Zobacz­cie, jaki szczę­śliwy.

Cleo zaśmie­wała się z wido­wi­ska.

– Mała prze­jażdżka, pro­szę pani? To zapra­szam!

Rozdział 3

Posie­dzieli jesz­cze tro­chę nad cia­stecz­kami i cap­puc­cino, po czym prze­nie­śli się do jadalni.

Dzięki Owe­nowi i przy­go­to­wa­nej przez Deuce’a księ­dze rodzin­nej Poole’ów ziden­ty­fi­ko­wali nie­które z osób na foto­gra­fiach.

– Co do tych tutaj nie mam pew­no­ści. Więk­szo­ści nie zna­łem, zmarli, zanim się uro­dzi­łem. Jest szansa, że Cla­rice i Con­nor będą umieli ich roz­po­znać. I może Mike – dodał Owen, robiąc w myślach prze­gląd kuzy­nów. – Może, ale zaczął­bym od Cla­rice. Ona naj­bar­dziej inte­re­so­wała się rodziną.

– Mogła­bym ją tu zapro­sić, żeby na nie spoj­rzała – odrze­kła Sonya. – Ale pudeł ze zdję­ciami jest tak dużo, że jak to zoba­czy, to się zała­mie.

– Lepiej daj mi ze dwa, trzy, to jej pod­rzucę. Przej­rzy je sobie na spo­koj­nie. Wta­jem­ni­czę ją, w czym rzecz.

– Tylko powiedz, że nie ma pośpie­chu. Przy­niosę jesz­cze jedno puste pudełko. Do jed­nego będziemy wkła­dać zdję­cia osób, które roz­po­zna­jemy, a do dru­giego – tych, które chcia­ły­by­śmy opra­wić i wyeks­po­no­wać, ale nie wiemy, kto to jest. I to zawie­ziesz Cla­rice. Trze­cie pudełko będzie na zdję­cia, któ­rych nie pla­nu­jemy wyko­rzy­stać.

– Pro­szę, to się nazywa sku­tecz­ność Poole’ów – ode­zwał się Trey.

– Co pora­dzę – wes­tchnęła Sonya.

– Mnie też daj jedno pudełko – rzekł Owen. – Popro­szę rodzi­ców, żeby zer­k­nęli.

– O, świet­nie. W swoim cza­sie chęt­nie opi­szę wszyst­kie, więc to byłby dobry począ­tek. Idę po kolejne pudełko.

Kiedy Sonya poszła do gabi­netu, by wziąć z biurka następny kar­ton ze zdję­ciami, zauwa­żyła, że jeden z nich jest odsu­nięty na bok. Na leżą­cej na wierz­chu foto­gra­fii roz­po­znała Johannę.

– Dobra, Clo­ver, jasne.

Jej tele­fon natych­miast odpo­wie­dział: It Wasn’t Me (To nie byłam ja).

– Jeśli nie ty, to… kto? – Sonya pod­nio­sła zdję­cie. – Johanna? Może. Zresztą nie­ważne. Biorę ten.

Zanio­sła go do jadalni.

– Clo­ver. Na­dal gra na moim tele­fo­nie.

– Wybrała Chucka Berry’ego – zauwa­żył Owen.

– Nie mam poję­cia, kto to zro­bił, ale ona od razu odpo­wie­działa: „To nie ja”. To pudełko stało odsu­nięte na bok, a to zdję­cie leżało na wierz­chu.

Trey wziął foto­gra­fię do ręki.

– Johanna. Może ona też ci teraz pomaga.

– Albo sam Col­lin – dorzu­cił Owen.

– To krze­piąca myśl. – Cleo wska­zała na niego ręką. – Jeżeli Col­lin na­dal tu jest – a jest na pewno – to chce wtrą­cić swoje trzy gro­sze. Tak by się przy­naj­mniej zda­wało.

– Nie­ważne, kto to był, ważne, że to pudełko ma być przej­rzane jako następne.

Usia­dła, zdjęła pokrywkę i jej oczom uka­zało się wię­cej zdjęć Johanny, Johanny z Col­li­nem i ich obojga z rodzi­cami Treya.

– O, to ty, Treyu? Tu u Col­lina na rękach?

– Tak, rodzice też mają tę odbitkę. Johanna trzyma Annę, a Col­lin – mnie. To musiało być na krótko przed ich ślu­bem.

– Zde­cy­do­wa­nie idzie do gale­rii.

Sonya wycią­gnęła z pudełka plik zdjęć i zanu­rzyła rękę głę­biej.

– Cze­kaj­cie! Są fer­ro­typy i… Tak! Minia­turki! Opra­wione! – Wyjąw­szy je, deli­kat­nie roz­ło­żyła je na stole. – To! O, mój Boże!

– Sie­dem panien mło­dych – dokoń­czył za nią Trey. – Czyli wszyst­kie. Uwaga – i nie były tu wcze­śniej prze­cho­wy­wane. Nie widzia­łem tej pozy­cji w spi­sie inwen­ta­rza. – Prze­glą­da­jąc podo­bi­zny, krę­cił głową. – Nie, nie ma mowy. Zapa­mię­tał­bym, gdy­bym to widział. Spraw­dza­li­śmy każde pudełko, widzie­li­śmy te wszyst­kie zdję­cia, ale niczego takiego przed­tem nie było.

– Nie wiemy, czy to trop do roz­wią­za­nia zagadki, ale to wiel­kie odkry­cie. I ogromna pomoc w przy­go­to­wa­niu gale­rii.

– To Clo­ver – mruk­nęła Sonya, pod­no­sząc jedną z foto­gra­fii. – Clo­ver i Char­lie w dniu swo­jego ślubu. Widzia­łam ich we śnie. Widzia­łam, jak tań­czyli na łące.

– Wyglą­dają na takich szczę­śli­wych – dodała Cleo. – Mło­dych i szczę­śli­wych.

Clo­ver zagrała Wed­ding Song (Pio­senkę ślubną) Boba Dylana.

– Opra­wimy je i trafi do gale­rii, ale przed­tem wyeks­po­nu­jemy je gdzie indziej – powie­działa Sonya. – Ślubne zdję­cie Col­lina i Johanny też. I wszyst­kie inne por­trety ślubne, które znaj­dziemy.

– O, to rów­nież. To Lis­beth, prawda? Piąta panna młoda. Ofi­cjalne zdję­cie ze ślubu. – Owen pod­niósł foto­gra­fię w górę.

– Tak. Boże, jaka ona pro­mienna. Dosłow­nie czuć, jak grzeje ten blask.

– Mam Aga­thę i Owena. Bar­dzo ofi­cjalne uję­cie. Ale z nich przy­stojna para – dodała Cleo. – O, jest kolejne. Dru­gie mał­żeń­stwo Owena. Owen i Moria. Wie­cie co? Widać, że ani ona, ani on nie są spe­cjal­nie szczę­śliwi.

– Mam tu fer­ro­typ – wtrą­cił Trey. – To Marianne i Hugh.

– Minia­turki. Cathe­rine, druga panna młoda. Nie ze ślubu, ale wtedy nie było czasu na pozo­wa­nie, bo prze­cież zmarła w noc poślubną. I Astrid – to musiało zostać zro­bione przed cere­mo­nią. Może to pre­zent dla Col­lina, bo widać spory frag­ment sukni. To na pewno suk­nia ślubna.

– Więc mamy je wszyst­kie – powie­działa Cleo. – Sie­dem panien mło­dych.

– I dużo wię­cej – dodał Trey. – Na przy­kład por­tret Clo­ver przed domem.

– Jak kobiety mogą dźwi­gać taki balast? – zasta­na­wiał się Owen. – Ten brzuch cią­żowy jest wielki jak góra.

– Mamy krę­go­słupy ze stali, nie wie­dzia­łeś? – wyja­śniła mu Cleo. – Na ziemi leży śnieg, Clo­ver ma śnieg we wło­sach. Śmieje się.

Clo­ver zagrała pio­senkę Cosmic Char­lie (Kosmiczny Char­lie) grupy Gra­te­ful Dead.

– Świetny utwór – rzekł Owen.

– Nie­długo po tym musiały przyjść na świat bliź­niaki. Patri­cia Poole nie widziała tych zdjęć – rzekł Trey. – Kiedy pró­bo­wała wyma­zać Clo­ver i two­jego tatę z histo­rii Poole’ów, nie wie­działa o ist­nie­niu tych foto­gra­fii. Lub nie wie­dział o nich ten, któ­rego tu przy­słała, bo jej stopa ni­gdy nie postała w tym domu.

– Mimo to nie pominę jej w gale­rii.

– Oso­bi­ście bym się nie obra­ził, gdy­byś to zro­biła – rzu­cił Owen.

– Nie zro­bię tego, bo sta­nowi część całej histo­rii. Nie­chlubną, ale jed­nak część. Zawie­szę naj­brzyd­sze jej zdję­cie, jakie znaj­dziemy.

Trey wyszcze­rzył do niej zęby.

– Widzę, że i ty potra­fisz być jędzą.

– A co? Potra­fię! Ale na razie nie zamie­rzam zaprzą­tać sobie tym głowy. Ani myśleć o Patri­cii Poole. Mamy tu wszyst­kie panny młode, więc oto roz­po­czy­nam poszu­ki­wa­nia ramek pasu­ją­cych do każ­dego z wybra­nych zdjęć. Zarówno panien mło­dych, jak i pozo­sta­łych osób.

– A kiedy ta wiedźma stąd znik­nie, poza­wie­szamy je na ścia­nach i zmie­nimy Złoty Pokój w dobre, pozy­tywne, ważne miej­sce.

Trza­snęło kil­koro drzwi, a lekki powiew zako­ły­sał żyran­do­lem nad ich gło­wami.

Sonya rzu­ciła zło­wro­gie spoj­rze­nie na sufit.

– Tak, o tobie mówię – sark­nęła. – Uwa­żaj, bo jesteś na wylo­cie. Lepiej przy­wyk­nij do tej myśli.

I znowu Trey nakrył dłoń Sonyi swoją.

– To może tro­chę potrwać, skar­bie.

– Nie­ważne kiedy: dziś, za tydzień czy za rok, ale znik­nie stąd, to pewne. A dzięki tym zdję­ciom mam teraz nowy cel.

– Możesz już zacząć myśleć nad pro­jek­tem eks­po­zy­cji. Roz­pla­no­wać ją sobie w gło­wie, opra­co­wać układ zdjęć – wtrą­cił Owen. – Kiedy już wybie­rzesz kon­kretne foto­gra­fie i poznasz wymiary i kształty ram, trzeba będzie to wszystko roz­ry­so­wać.