Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Schizofrenia to opowieść o młodości w trudnych czasach PRL-u połowy lat 80 - socjalistycznego raju na ziemi. Poznajemy głównego bohatera w przygodach rzucających go w zakasujące miejsca, od wód Bałtyku, przez pracę w kontrwywiadzie wojskowym, aż do piasków południowej Sahary.
Młody chłopak – Ernest, zbuntowany przeciwko systemowi, pełen wewnętrznych rozterek, robi wszystko wbrew. Nie zdaje sobie sprawy, że ten system też w pewien sposób go chroni.
Doświadcza swoich pierwszych miłosnych uniesień, jednak musi emigrować z kraju, zaciąga się do się Legii Cudzoziemskiej. Trafia w centrum rozgrywek geopolitycznych i plemiennych w Czadzie ogarniętym wojną domową w 1986 roku. Poznaje, co to męska przyjaźń, honor, odpowiedzialność za towarzyszy broni, wierność ideałom. Poznaje zwyczaje i życie mieszkańców na pograniczu pustyni i Sahelu, ludu Tubu. Odnajduje miłość swojego życia. Jednak przeznaczenie ma inne plany wobec młodego najemnika. Ociera się o okrucieństwo wojny, widzi ogrom bestialstwa oraz beznadzieję losu ludzi uwikłanych w tę wojnę. Nie potrafi, a może nie chce uwolnić się od klątwy „białego lwa” – zabójcy?
Wreszcie, życie na krawędzi świata wojny i pozornego pokoju, jak w transie, powodują, że sam już nie wie, co jest prawdą a co ułudą. Może to wszystko, czego doświadczył, to rezultat jakiegoś rozdwojenia jaźni – schizofrenii.
Czy żołnierskie braterstwo przetrwa próbę czasu, czy więzy młodzieńczej przyjaźni będą silniejsze niż chwilowe rozczarowanie? Czy Ernest zda perfidny test, jaki przygotował mu socjalistyczny raj? Czy jego doświadczenia okażą się prawdziwe? Czy istnieją dowody na wiarygodność jego opowieści?
Gdy po wielu latach osiąga spokój sumienia, świadomość wypiera i zapomina całe zło, którego doświadczył, klątwa upomina się po swojego sługę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1239
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Sylwester K. Erazmus
SCHIZOFRENIA
2025
Copyright © Sylwester Erazmus 2025
All rights reserved
ISBN: 978-83-978733-0-8 (e-book)
ISBN: 978-83-978733-1-5 (książka w miękkiej oprawie)
Schizofrenia (schizophrenia) – Psychoza, dla której charakterystyczne są: dezintegracja funkcjonowania osobowości, oderwanie się od rzeczywistości, otępienie uczuciowe oraz zaburzenia emocji i procesów myślowych.
Schizofrenia prosta (simple schizophrenia). – Typ schizofrenii, dla którego charakterystyczne jest redukowanie stosunków z innymi ludźmi, apatia, zamknięcie się w sobie, dezintegracja procesów myślowych oraz trudne do zauważenia urojenia lub halucynacje (tzw rozdwojenie jaźni).
Schizofrenia paranoidalna (paranoid schizophrenia). – Typ schizofrenii, w którym występują słabo usystematyzowane urojenia; urojenia często nacechowane wrogością, podejrzliwością i agresywnością, występują także urojenia wielkościowe, jak również dezorganizacja osobowości.
Wg P.G.Zimbardo.
Psychologia i życie, PWN 1998
Zwykłym żołnierzom, wszystkim towarzyszom broni dedykuję.
Dedykuję jeszcze tym, którzy w czasach PRL-u znosili codzienny trud życia w raju, także tym, którzy mieli już dość tego szczęścia i postanowili zawalczyć o naprawianie świata, a także tym, którzy służyli swojej ojczyźnie lub obcej. Wreszcie wszystkim tym, którzy dali się zwieść obietnicom tak zwanych przemian demokratycznych, nowego raju i nowych czasów ogólnej szczęśliwości.
Wszystkie osoby, miejsca i wydarzenia są wymyślone, lub co najmniej znaczna ich część, lub odwrotnie, sam już nie wiem albo nie pamiętam.
To, co wydaje się możliwe i prawdopodobne, to takie jest, a to, co wydaje się nierealne, też takie jest.
Tak naprawdę, to nie ma żadnego powodu, aby opowiedziana historia musiała być prawdziwa, albo, choć trochę przypominać rzeczywistość.
Najpiękniejsza przyjaźń istnieje między ludźmi, którzy wiele od siebie oczekują, ale niczego nie żądają.
Albert Schweitzer
Złośliwi powiadają o facetach po czterdziestce, że ich dziwne decyzje i zachowanie determinowane jest przez objawy kryzysu wieku średniego albo wczesnego starzenia, którymi objawia się początek andropauzy. Żony i dzieci z politowaniem kiwają głowami, obserwując ich kolejne dziwactwa, śmieją się lub obawiają o nich, widząc coraz to dziwniejsze i zabawniejsze wyczyny swoich machos.
Jedni, zmagając się z upływającym czasem, oszukują go poprzez poczernianie siwizny lub zasiew implantów na łysej głowie. Inni jeszcze kupują motocykl i próbują poznawać życie od innej strony mocy. Tych, których na to stać, znajdują sobie nowe, młode żony albo kochanki.
Moje dziwactwo polega na tym, że chcę wam opowiedzieć historię o młodym człowieku. Nie jest ważne czy ta historia jest prawdziwa, nie jest to też żadna powieść ani opowiadanie miłosne. Jeśli brakuje ci jednego słowa, aby wyrazić jakąś myśl, po prostu opowiadasz historię. Gdzieś przeczytałem – nie jesteś skończony, tak długo, dopóki masz dobrą historię i kogoś, komu możesz ją opowiedzieć.
Problem jeszcze w tym, że nikt może nie chcieć uwierzyć moją historię o nim.
Ktoś inny jeszcze powiedział, że w życiu ma się tylko jednego prawdziwego przyjaciela i tylko raz w życiu spotyka się takiego człowieka. Ja też tak myślałem. Jednak myliłem się. To prawda, on był moim przyjacielem i nigdy więcej takiego nie miałem. On jednak miał to szczęście, że miał ich kilku, takich prawdziwych. Jakby ot tak, mimochodem chciało się być jego przyjacielem.
Urodził się i dorastał w czasach dla większości ludzi naznaczonych gonitwą i problemami życia codziennego w raju stworzonym na ziemi przez komunistów, czyli mniejszości zwanej bolszewikami. Mniejszość tej mniejszości stanowili idealiści, i to ich życie w tym raju, wciąż objawiało się przede wszystkim przez walkę o naprawianie świata i poprawianie raju. Był to też ten okres w naszych dziejach, który równie często był naznaczony walką innych idealistów z tymi, którzy świat naprawiali. Czasy o tyle ciekawe, co wyjątkowe, obfitujące w burzliwe, czasem okrutne wydarzenia, sprawiły, że wielu takich jak on, było przeświadczonych o wyjątkowości swojego losu i życia.
Miał rzadkie, niecodzienne imię – Ernest.
Poznałem Ernesta późną wiosną 1988, w wieku prawie dwudziestu trzech lat. Właściwie to wciąż miał wygląd i urodę dużego chłopca. Był średnio wysoki, o szczupłej jeszcze wtedy sylwetce. Ciemne, prawie czarne włosy, wciąż chłopięca twarz z wysokim czołem oraz łagodnymi, ciepłymi i ciemnymi oczami powodowały, że od pierwszego kontaktu nabierało się do niego sympatii i jakiegoś takiego bezwarunkowego zaufania.
To, co zawsze zwracało uwagę, powodując, że nie można było przejść obok niego obojętnie, było jego spojrzenie, zwykle łagodnie i pogodne, ale czasem na wskroś przenikliwe i ostre. Jednak zawsze wywierało wrażenie, odciskając ślad na sercu, piętno na duszy lub w psychice. Nie można go było nie lubić, zresztą był typem, który łatwo dał się lubić, może nawet nieświadomie zawsze chciał być lubiany. Jednak było też czasem w nim i w jego spojrzeniu coś, co u niektórych wywoływało pewien rodzaj awersji lub agresji.
Nikt nie był i nikt nie mógł być wobec niego obojętny.
Mieszkaliśmy w średniej wielkości powiatowym miasteczku na południu, na pograniczu województwa krakowskiego, wtedy tak się jeszcze nazywało.
Zajmowałem się malarstwem sztalugowym, chciałbym móc się określić artystą, nie tylko, dlatego i dzięki temu, że byłem zrzeszony w lokalnym ZPAP-ie. Zarabiałem głównie na wykonywaniu kopii znanych dzieł malarstwa klasycznego. Większość moich prac wędrowała w prywatne ręce towarzystwa partyjnego z komitetu zakładowego i powiatowego. Powodziło mi się całkiem nieźle.
Byłem o prawie 20 lat starszy od Ernesta. Odwiedzał mnie regularnie w moim mieszkaniu i pracowni, przychodził grać ze mną w szachy. Uwielbiał to, chociaż nie był zbyt dobry. Tak naprawdę interesowała go moja praca, obrazy, sztuka. Przez długie chwile wpatrywał się w jakiś obraz, jakby kontemplował go w swoim cichym zamyśleniu. Przy każdym spotkaniu, przy każdej partii piliśmy wódkę, a on opowiadał mi o sobie.
Jeśli głębokość przyjaźni jest definiowana przez ilość butelek razem wypitej wódki oraz ilość czasu wspólnie spędzonego na rozmowach o polityce, o kobietach, o świecie, nierzadko do rana, to nasza relacja była bardzo głęboką przyjaźnią. Polubiłem go pomimo tej znacznej różnicy wieku między nami. Również za jego dziecinny wręcz niewinny wygląd, za jego szczerość w zachowaniu, by nie powiedzieć naiwność.
Nasze spotkania i rozmowy bardzo nas zbliżyły. Lubił i potrafił ciekawie mówić. Za każdym razem, były to opowieści o przeżyciach ze swojego dzieciństwa, albo o wydarzeniach z ostatnich lat.
A pomimo młodego wieku, miał dużo do opowiedzenia.
Poznałem go wtedy dosyć dobrze. Wierzył i ufał ludziom bardzo łatwo, zbyt łatwo. Jego łagodność i dobroduszność wynikała z tych głębokich, trudnych i właściwie tragicznych przeżyć.
Chociaż dzisiaj nie jestem już pewien, ile było w nich prawdy. Niektóre były tak niewiarygodne, niczym zmyślone przez wybujałą wyobraźnię. Jakby tracił poczucie rzeczywistości, zatracał granicę pomiędzy tym, co prawdziwe, a co odrealnione. Opowiadał beznamiętnie, lecz z pełnym przekonaniem, tak jak inni opowiadają na przykład o pogodzie. Przy tym uśmiechał się prawie bez przerwy, w każdej sytuacji, niezależnie, czy smutnej, czy wesołej. Jakby pod maską szerokiego nieustającego i uśmiechu chciał schować całe zło świata, które dane było mu widzieć. Jakby okrucieństwa i tragizm sytuacji, jakich doświadczył, chciał zatuszować permanentnym optymizmem. Swoiste rozdwojenie jaźni, istny obłęd i schizofrenia.
Pewnego dnia przyniósł mi paczkę kilkunastu kopert spiętych gumką. Każda zawierała po kilka kartek odręcznie pisanych listów. Koperty znaczone licznymi śladami brązowych plam jakby zakrzepłej krwi. Pieczęcie odciśniętych palców miały być krwawym świadectwem autentyczności. Oznajmił wtedy, że to jedyna pamiątka, jak mu została z tych ostatnich kilku lat. Pisał te listy do jakiejś francuskiej dziewczyny.
Zostawił mi je, mówiąc, że mogę przeczytać, jako dopełnienie jego opowieści. Znalazłem pośród nich też kilka fotografii i rysunków, jakie wtedy wykonał w swoim pamiętniku. Jednak treść tych listów, ogrom tragizmu, jaki z nich wypływał, poznałem dopiero po pewnym czasie, gdy poprosiłem moją przyjaciółkę o przetłumaczenie. Wtedy zorientowałem się, jakim powiernikiem jego tajemnic zostałem. Z początku nie mogłem pojąć, dlaczego tak postąpił, dlaczego mi zaufał. Odpowiedź okazała się banalnie prosta. Chciał o tym zapomnieć, wyrzucić z pamięci, aby chronić swoją rodzinę, jednocześnie nie skazując na zapomnienie pamięci o tej dziewczynie.
Z tego powodu zaplątałem się w sieci jego przyjaznego usposobienia i ufności. Wciąż nie jestem pewien, czy odpowiedziałem mu swoim pełnym zaufaniem, ale wiem, że mężczyzna ufa innemu mężczyźnie wtedy, gdy porównuje się do niego, gdy widzi w nim siebie, albo, kiedy podświadomie uznaje go za człowieka, którym chciałby być.
Dzisiaj jestem pewien, że to dzięki niemu, dzięki jego ufności w ludzi i wierze w dobro świata, niesieni na fali wydarzeń wczesnej wiosny 1989, zdecydowałem się razem z nim, jakby na złość i wbrew wszystkim moim mocodawcom, zainicjować niezależny komitet wyborczy w mieście, wpadliśmy w wir wydarzeń politycznych, tak zwanych przemian demokratycznych następujących po układach Okrągłego Stołu. Chcieliśmy naprawiać zepsuty przez komunę świat, chcieliśmy zmian.
Tak naprawdę to on chciał. Ja byłem jednak bardziej pragmatyczny. Chcieliśmy wolności i chcieliśmy lepszego życia dla ludzi. Jednak po wielu latach, wciąż zadaję sobie pytanie, czy ci wszyscy ludzie dookoła tego chcieli?
Moje znajomości wśród towarzystwa partyjnego dały mi mocne i stałe miejsce w polityce i łagodne przejście w ich struktury przy tych niby-demokratycznych zmianach.
On jednak, jakby ciągle działał wbrew wszystkim i wszystkiemu, przede wszystkim na przekór swojej matce. Właśnie historia o jego matce była jedną z pierwszych opowieści, które od niego usłyszałem. Wiecznie walcząca z całym światem, zaślepiona powojenną komunistyczną ideą naprawiania świata. Od momentu, gdy w młodości pierwszy raz zetknęła się z ogólnie panującą i jedynie słuszną ideologią socjalizmu, łatwo uległa ułudzie możliwości urządzenia świata na nowo. Zafascynowała ją filozofia równości klas, sprawiedliwości społecznej i równych szans dla wszystkich. Jednak, jako jedna z nielicznych w swoim otoczeniu, była prawdziwą idealistką.
Po kilku latach okazało się, że wspięła się wysoko w hierarchii rządzącej w kraju partii robotniczej. Jednak były to również czasy, gdy to mężczyźni zdominowali całe środowisko polityczne. Jej pozostały znajomości i układy pośród dygnitarzy. Była aktywna, wiecznie zabiegana, zaangażowana i mocno uwikłana w życie polityczne i intrygi struktur partyjnych. Jak sama mawiała, musiała być agresywnie sugestywna, by wpływać na zamierzenia oraz decyzje partyjnych sekretarzy, poczynając od miast powiatowych, kończąc na szczeblu wojewódzkim i centralnym.
Oczywiście miało to swoje konsekwencje w zaniedbywaniu wychowania swojego syna Ernesta.
Wiecznie nieobecna z powodu wyjazdów służbowych na zebrania i narady egzekutywy partyjnej, zostawiała pod opieką niani lub u swojej matki, by jej młodsze siostry mogły zajmować się nim. Równie często zabierała go ze sobą. A on, jako dziecko siedział grzecznie i spokojnie z boku, bo uwielbiał ten splendor tajemniczego świata i czarnych limuzyn ustawionych przed budynkami niczym pałace, należących do dygnitarzy partyjnych. Oczarowywała go atmosfera przesiąkniętą gęstym dymem papierosów, stołów pokrytych zielonym suknem, zastawionych literatkami i licznymi butelkami wódki. Przemowy, dyskusje, układanie planów rozwoju, sposobów i strategii utrzymania władzy partii, a przede wszystkim pozostawania samemu u szczytu, u steru dla narodu.
To oczarowanie z czasem przerodziło się w przeciwne uczucie. Znienawidził system, który zabierał mu matkę, rodziców, bo ojca nie pamiętał.
Ernesta nie widziałem już od kilku lat, odkąd wyjechałem z kraju do Hiszpanii. Uciekłem, zostawiłem wszystko i wszystkich, wmawiając sobie, że chciałem wreszcie doświadczyć innego świata, poznać, zobaczyć kobiety, przepełnione tą subtelnością i niewypowiedzianą tajemnicą. Kobiety, które mają w sobie tę wyjątkową iskrę, temperament, tę zdolność uwodzenia i jednocześnie zdolność wysyłania subtelnych sygnałów, że chcą być uwodzone. Opanowały tę sztukę do perfekcji. Umiejętność odpowiedzi i zachętę do flirtu, bycia zdobywaną, potem odpychania od siebie. Niedopowiedzenia, spojrzenia, gesty, ubiór. Na tym to wszystko polega.
Zamieszkałem na południu w Maladze, mieście Picassa.
Teraz spisuję tę opowieść, a właściwie kilkanaście opowieści Ernesta. Sam nie wiem, dlaczego, może po to, aby nie zostały zapomniane, a może po prostu brakuje mi rozmów z Ernestem, jego maski permanentnego uśmiechu. Nie był jednym z tych, którzy uśmiechają się, żeby coś osiągnąć, ani też nie, dlatego, że napotkał coś naprawdę godnego uśmiechu. Zwyczajnie był po prostu pozytywnie nastrojony i przepełniony przyjacielskim nastawieniem oraz dobrem wobec wszystkich i wszystkiego.
Pamiętam, jak kiedyś powiedział, tak spontanicznie, bez żadnego celu, ani powodu, że przyczyną każdego dobrego uczynku, lub pozytywnego, altruistycznego albo filantropijnego działania jest jakaś mroczna tajemnica. Możliwe, że nie zawsze tak jest, ale w jego przypadku, na pewno.
Wszystko, co przeżył, doświadczył, wypełniało go wewnętrznym bólem, aby łagodzić te objawy, jego umysł tłumił wyrzuty sumienia i wstyd za zło, które przypadło mu w udziale. Pewnie, dlatego druga część jego duszy, dla równowagi uruchamiała w nim ten optymizm i trwały uśmiech.
Wówczas stwierdził też, że z tego powodu właśnie czuje jakieś rozdwojenie jaźni. Bo ta łagodność, ten optymizm, dają ukojenie i spokój sumienia, które staje się milczące i dalekie, jak nieme, niedosięgalne gwiazdy, w momentach, gdy z ukrytych zakamarków jego myśli wypełzają wszystkie jego mroczne tajemnice i ukryte motywy, przywierając od wewnątrz do jego maski wesołości.
W marcu 1985, „Amadeusz” Milosa Formana zostaje uznany za najlepszy film i zdobywa Oscara w kilku kategoriach, jednak w kategorii Muzyka z Piosenkami wygrywa „Purpurowy deszcz” Prince’a.
W dniu 26 kwietnia, w Warszawie, przywódcy państw zależnych od ZSRR podpisali protokół przedłużający istnienie Układu Warszawskiego na kolejne 20 lat.
W Toruniu, 7 lutego zapada wyrok skazujący sprawców śmierci ks. Popiełuszki. Niedługo potem, bo już 13 lutego w Gdańsku, SB zatrzymała pod zarzutem o udział w konspiracyjnym posiedzeniu TKK NSZZ „Solidarność”: Władysława Frasyniuka, Bogdana Lisa i Adama Michnika. A 30 kwietnia OPZZ przejmuje majątek „byłych związków zawodowych” NSZZ Solidarność.
11 czerwca na berlińskim moście Glienicke, Marian Zacharski, agent wywiadu PRL skazany w USA na dożywocie za szpiegostwo zostaje wymieniony na inne osoby szpiegujące na rzecz sił zachodnich.
Na początku roku, w Afryce Środkowej, w Czadzie, fiaskiem zakończyła się operacja Manta, będąca faktycznie francuską interwencją w wojnie domowej sprowokowanej przez Libię rządzoną przez dyktatora Kaddafiego. Misja wojskowa okazała się polityczną klęską prezydenta Francji Mitteranda, zwiedzionego przez libijskiego przywódcę propozycjami rozejmu w celu wycofania wojsk. Dochodzi do inwazji libijskiej, która spowodowała utratę całego terytorium Czadu na północ od szesnastego równoleżnika. Francja traci kontrolę nad spornymi terenami w regionie Aozou, bogatymi w surowce naturalne.
W lipcu na stadionie Wembley podczas koncertu rockowego Live Aid — legendarny już zespół Queen daje najlepsze widowisko „ever”, aż 72 tysiące widzów klaskało w jednym tempie podczas utworu „Radio GaGa”.
Na początku listopada w Zabrzu, prof. Religa przeprowadza pierwszą udaną w Polsce transplantację serca, w połowie tego miesiąca Milicja Obywatelska rozpoczęła akcję „Hiacynt”, polegającą na zbieraniu informacji na temat osób o orientacji homoseksualnej — uzyskane materiały miały służyć do szantażowania homoseksualistów i zmuszania ich do współpracy z SB.
W Genewie, 19 listopada spotykali się Prezydent USA Ronald Regan i przywódca ZSRR Michaił Gorbaczow, który zainicjował w swoim kraju Pierestrojkę.
Dzień później Microsoft zaprezentował swój nowy/nowatorski system operacyjny Windows 1.0.
***
*/Przyp. autora – przegląd wydarzeń na bazie: Portal Historyczny „dzieje.pl” lub pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Wydarzenia
8 lipca 1985 r. - Morze Bałtyckie, poligon morski 9 Flotylli Obrony Wybrzeża
między Helem a Bałtyjskiem w ZSRR (obwód Kaliningradzki),
pokład ORP Flaming z 13. dywizjonu trałowców.
Wzburzony, rozhuśtany Bałtyk raz po raz kołysał kadłubem okrętu, trałowca o numerze bocznym 621, rzucając nim w dół, to znów unosząc dziób. Jakby to była mała łódka na jeziorze. Trójnożny maszt z radarami i anteny miarowo chwiały się na boki dodatkowo kołysane przez mocujące je sprężyny. Miało się wrażenie, że fale tworzą kilkumetrowe zagłębienia, ni to wyrwy w powierzchni morza, po to, by znów spiętrzyć się niczym wzniesienie kilkadziesiąt metrów dalej.
Tak właśnie to widział Ernest Szulkin, gdy przebywał na pomoście śródokręcia za główną nadbudówką, kurczowo trzymając się jedną ręką obramowania podestu na pływaki, aby nie stracić równowagi. Spieniona woda raz po raz zalewała pokład zimnym prysznicem. Z niemałym wysiłkiem, drugą ręką przekładał linę przez oka w obramowaniu, próbując przymocować ogromne metalowe, podłużne pływaki trałowe. Klęczał pochylony na czworaka na żelaznej ramie, plecami odwrócony do rufowej nadbudówki, na której dwie wieże armat przeciwlotniczych dumie patrzyły w niebo swoimi czterema lufami.
Niedawno skończyli ćwiczenia w trałowaniu w ostatnim dniu manewrów morskich z zaprzyjaźnioną flotą radziecką. Było to uroczyste wydarzenie ku chwale i na cześć traktatu Układu Warszawskiego, przedłużonego przeszło dwa miesiące temu.
Teraz, jako najmłodszy marynarz otrzymał to zadanie od szefa minerów, spasionego bosmana, draba z grubym karkiem. Mówiło się, że inteligencja minerów, ta nazwa w ich przypadku określała zespół obsługi trału, jest odwrotnie proporcjonalna do grubości ich szyi. Wszyscy najmłodsi marynarze milcząco, w wyobraźni mierzyli obwody ich karków, w duchu śmiejąc się z nich. Dawało im to odrobinę ulgi i odreagowania na różne szykany ze strony starszych marynarzy, psychiczne i fizyczne znęcanie się oraz ogólne trudy bycia najmłodszym w hierarchii.
Ernest właśnie kończył przywiązywać ostatni pływak, gdy usłyszał za sobą głos jednego z nich.
– Hej baniaku1, kończ to i biegusiem na mostek, wzywa cię DO2.
– Już kończę, jeszcze ostatni.
– Jakie, kurwa, kończę, biegiem, już dawno miały być przysztormowane. Jak się rozsypią przy tej szóstce3, to masz wpierdol, ja nie będę za ciebie roboty odwalał!
– Spoko, już skończyłem, jest solidnie.
Ernest uśmiechnął się, kończąc wiązać ostatni węzeł. Wyprostował się, przytrzymując się pilaru pod rufową nadbudówką, bo w tym momencie pokład uciekł mu spod nóg, opadając o dobre pół metra. Poprawił kombinezon, trzymając się relingów, już chciał prześliznąć się obok minera, nie spuszczając z niego wzroku, gdy ten złapał go za bluzę na piersi.
– A gdzie ty, kurwa, masz kapok? Przy takim wietrze na głównym pokładzie bez kapoka? Przecież mogę teraz cię do wachy4 i nikt by nawet nie zauważył.
Ernest wystraszył się nie na żarty i odruchowo mocniej ścisnął łańcuch relingu. Już drugi raz miał wrażenie, że chcą się go pozbyć po wydarzeniach sprzed dwóch dni. Teraz po ostatnim zadaniu w manewrach mieli wracać do bazy w Helu, czekali tylko na rozkazy przez radio.
Wachtę w kabinie radio miał teraz jego szef Mirek (do cywila jeszcze rok). Podczas mocowania pływaków, pomimo szumu wiatru i fal, Ernest przez otwarty bulaj w kabinie radio znajdującej się tuż nad pomostem, słyszał charakterystyczne piski, kropki i kreski, gdy Darek potwierdzał morsem, właśnie odebrane komunikaty, a potem jak pracuje maszyna deszyfrująca, wydając charakterystyczne zgrzyty i skrzypienia.
– Melduję starszy, że bosman wyrwał mnie po wachcie z kabiny radio, zaraz po wybraniu trału i kazał mi tak, jak stałem, poukładać i przymocować pływaki.
– I do tego, kurwa, jeszcze kapuś. Jak śmiesz?
Ernest zamilkł, wiedział, że każde słowo więcej tylko pogorszy sytuację.
– Dobra, masz szczęście, że cię lubię, biegiem do DO!
To była prawda starszy miner, liczył już ostatnie dni do wyjścia do cywila i nieraz dawał Ernestowi fory.
Cała ta sytuacja była tylko pozą, bo pewne reguły w wojsku są nie zamienialne, uniwersalne, jak porządek, hierarchia i lojalność. „Chociaż” – pomyślał Ernest – „wszystko już mu powinno zwisać”. Ale wiedział też, że źle zrobił i znowu trochę podpadł, mówiąc o poleceniu bosmana i próbując na niego zrzucić winę za brak kapoka.
Otworzył właz do nadbudówki i wspiął się biegiem po trapie na najwyższy pokład GSD5, głośno tupiąc marynarskimi butami, aby był słyszany z daleka.
– Obywatelu kapitanie, marynarz Szulkin melduje się na rozkaz.
Głowy wszystkich obecnych zwróciły się jego stronę. Omiotło go kilka złowrogich spojrzeń, jakby winili go za te wszystkie wydarzenia.
– Wejść i spocznij – usłyszał głos DO, kapitana Drejerskiego – przyszedł rozkaz ze sztabu flotylli w Gdyni, wracacie do Centrum. Oficjalnie, jako instruktor radiotelegrafii. Powiedziałem oficjalnie, bo nie spotkałem się jeszcze z tym, aby przyjeżdżali po instruktora. Wieczorem będziemy w bazie na Helu. Rano zameldujecie się u oficera dyżurnego jednostki w porcie, ktoś z WSW6 ma po was przyjechać na dziewiątą. W nocy się spakujecie. Do rana macie wachtę w radio, myślę marynarzu, że tam bezpiecznie przeczekacie i fala was tam nie dopadnie. Nie pokazujcie się już na apelu porannym przy podniesieniu bandery. Od rana będziecie wykreśleni z ewidencji.
Ernest powiódł oczami dookoła, spojrzenia zebranych na mostku oficerów były jeszcze bardziej nieprzyjazne.
– Chyba trochę uratowałem wasze dupsko – dodał kapitan – mam nadzieję, że nie będziecie zbyt dużo opowiadać o tym, co tu zaszło. Wszystko zostało napisane w raporcie i wysłane do sztabu. Mam nadzieję, że przez te parę miesięcy w naszej jednostce zdążyliście się już nauczyć, co to lojalność. Zwłaszcza lojalność wobec samego siebie. Życzę powodzenia. Chyba już się nie zobaczymy. Odmaszerować.
– Tak jest – odpowiedział Ernest, regulaminowo zasalutował do orzełka na czarnym berecie, wykonał w tył zwrot, opuścił GSD.
Ślizgając się po poręczach trapu, zjechał na niższy pokład, po czym pobiegł do kabiny radio. Jakoś przeczeka do rana, nawet nie zejdzie do kajuty na kolację, o ile szef radia mu nie przyniesie.
Darek właśnie siedział przy radiostacji i stroił odbiornik, popatrzył na młodszego kolegę.
– Wiem już wszystko, to ja im zaniosłem depeszę, jedziesz do Centrum, szczęściarz z Ciebie, ale kto, jeśli nie ty – uśmiechnął się – bo naprawdę dobry w tym jesteś. Z drugiej strony chyba już nie miałbyś tutaj życia po tym wszystkim. Zgnoiliby cię, wykończyli, albo doprowadzili, że sam byś skończył ze sobą. Tak jak Ślązak. Większość cię tu lubiła, nikt za bardzo cię nie ścigał, nawet trepy7.Teraz wszyscy są przeciwko tobie. Nie tolerują buntowania się młodych. Wiedzą, że na starych i doświadczonych żołnierzach mogą polegać. A młodzi muszą się uczyć. To się sprawdza w morzu, w zadaniach bojowych, bo wtedy oni sami mają pełne gacie ze strachu, a doświadczenie i zgrane działanie to podstawa.
Ernest milczał.
Wiedział, że to racja, że tak jest. Marynarka wojenna to jednostki wojskowe praktycznie cały czas wykonujące zadania bojowe, nawet w czasach tak zwanego pokoju. A morze to żywioł, którego nie można lekceważyć.
Ot, twarda i trudna służba w marynarce.
***
Problemy zaczęły się trzy dni temu w piątkowy poranek. Zaplanowano pokazowe ćwiczenia w rozbrajaniu min morskich Pokazowe, bo w obecności okrętów zaprzyjaźnionej floty radzieckiej z Bałtyjska. Dobra okazja dla kadry oficerskiej, aby się pokazać lub zarobić kilka punktów w karierze.
Zadanie polegało na unieszkodliwieniu wytrałowanych min morskich, atrap właściwie, przez ekipy saperskie podpływające w łodzi do unoszących się na powierzchni ładunków. W drugim ćwiczeniu miny miały zostać zdetonowane poprzez ostrzelanie z armaty na wieży dziobowej.
Młody marynarz, artylerzysta, podszedł do sprawy ambitnie, uparcie celował do pływającego obiektu wielkości beczki na paliwo, oddalonego o około 150 metrów od okrętu. Uparcie, bo otrzymał rozkaz, aby strzelić, niezależnie czy trafi w minę, czy tylko obok. Liczyło się oddanie strzału, dowódca okrętu wraz z radzieckim oficerem inspekcyjnym, uzgodnili już wcześniej przy butelce wódki dobrą ocenę. Jednak Ślązak z mozołem próbował zgrać przyrządy celownicze, przeszkadzały mu fale bujające kadłubem okrętu. Już był pewien trafienia, nacisnął triggery, gdy niespodziewanie kolejna fala zakołysała okrętem. Wszyscy wpatrzeni w pływającą minę usłyszeli ogłuszającą podwójną kanonadę z dwóch luf armaty, razem cztery pociski miały uderzyć w jej pobliże. Zaskakująco jednak nic takiego się nie stało, wpatrywali się w obiekt, nadaremno, po blisko pięciu sekundach, ich oczom ukazały się cztery gejzery piasku na plaży pośrodku Mierzei Wiślanej. Z niedowierzaniem pokręcili głowami. Przez megafon rozgłośni natychmiast padła gniewnym głosem komenda, głosem pijanym od agresji i wódki.
– Artylerzysta wstrzymać ogień, zabezpieczyć działo! Natychmiast opuścić stanowisko bojowe, drugi oficer przejąć jebanego baniaka i zamknąć w mesie pod strażą, do przesłuchania!
Afera związana z ostrzelaniem brzegu przez jednostkę pływającą okazała się ogromną kompromitacją przed radzieckim inspektorem. Co prawda ten odcinek mierzei był strefą wojskową i nadgraniczną, z zakazem wstępu cywilom, ale nigdy nic nie wiadomo, poza tym mogli tam znajdować się wojskowi, w szczególności radzieccy.
W konsekwencji kadra podpuściła starszych służbą marynarzy, ci zrobili sobie z przerażonego chłopaka ofiarę i pośmiewisko. Oprócz psychicznych szykan nie mogło obyć się bez przemocy fizycznej, poszturchiwali, popychali go, tak, że odbijał się od ścian lub od innych, starszych członków załogi, którzy tym bardziej go odpychali. Sypały się częste razy w brzuch lub w plecy, jego twarz wkrótce opuchła od ciosów, siniaki, krwawiące usta i oba łuki brwiowe, pokryły twarz strugami krwi.
Załamany wewnętrznie chłopak, czuł się winny tego, co zrobił, ale nie zasługiwał na takie poniżanie i znęcanie się. Przecież chciał jak najlepiej.
W normalnym wojsku powinno skończyć się to regulaminowym sądem wojskowym, z karą zależną od tego, czy były ofiary. Dodatkową odpowiedzialność ponosił dowódca okrętu, odpowiedzialny za wyszkolenie artylerzysty.
Ślązak nie wytrzymał haniebnego, upadlającego traktowania, w nocy wymknął się do łazienki i tam podciął sobie żyły w obu nadgarstkach. Na szczęście, nieprzytomnego już chłopaka odnalazł Ernest, który po skończonej wachcie w kabinie radio, został przydzielony „w ramach odpoczynku” do czyszczenia zęzy. W nocy skończył pracę i poszedł do łazienki się umyć. Wtedy zobaczył leżące na metalowej posadzce ciało w szaro-granatowym kombinezonie. Nie od razu zauważył, co się stało.
Często się zdarzało, że młodzi chowali się w łazience, by na drewnianych gretingach złapać kilkanaście minut snu. Jednak Ernest pośliznął się na lepkiej mazi i przewrócił się na leżącego. Gdy ten nie zareagował, zorientował się, że coś musi być nie tak. Zapalił światło. Lepka maź okazała się karmazynową kałużą krwi, której większość i tak już zdążyła odpłynąć do otworu ściekowego. Zsunął tamtemu skarpety i silnie obwiązał nimi jego nadgarstki. Skarpety nadawały się do tego idealnie, były długie i elastyczne, po związaniu dobrze uciskały. Natychmiast wywołał alarm, meldując oficerowi dyżurnemu na GDO. Wezwano okręt ratowniczo-medyczny, znajdujący się w konwoju eskadry.
– Tak się kończy samowola w wojsku i niewykonywanie rozkazów – skwitował zajście DO – gdyby baniak wykonał rozkaz i strzelił natychmiast, bez ambitnego celowania, nie byłoby problemu. To jest nauczka, że młodzi nadają się do czyszczenia zęzy, nawet nie do zadań, które są proste i łatwe. – Odwrócił się w stronę Ernesta. – Marynarzu, w nagrodę wyczyścicie posadzkę z krwi oraz zdrapiecie ją z tych drewnianych gretingów, do białego. – Wtedy nerwowym ruchem rozbił butelkę po wódce o metalową burtę. – Tutaj macie szkło do drapania drewna. Przystąpić do zadania natychmiast.
Dzięki szybkiej reakcji Ernesta, młodego artylerzystę zabrano do szpitala, po drodze podano mu kroplówki, w rezultacie odratowano. Chłopak przeżył. Po miesiącu zabrano go do wojskowego psychiatryku, po kilku następnych, został zwolniony ze służby wojskowej i wrócił do domu.
Jednak po tej feralnej nocy, tak zwana „fala” zawzięła się na Ernesta. Od rana zaczęły się groźne spojrzenia, odzywki. Zarzucali mu, że za wcześnie poszedł się myć – „coś ty taki czyścioch się zrobił, że w nocy do łazienki chodzisz? ”
Następnego dnia po południu skończył wachtę w radiu, zmienił go Darek, jako dowódca zespołu łączności. Właściwie mieli wakat, bo było ich tylko dwóch do radia. Wachty w kabinie trzymali na zmianę, z tą różnicą, że młody marynarz, zamiast na odpoczynek, udawał się do wykonywania innych czynności pomocniczych, głównie, jako pomoc kuchenna na zmywaku, sprzątanie sanitariatów, lub czyszczenie zęz, które podczas rejsu podlegały stałemu nadzorowi.
Po wyjściu z kabiny zjechał po poręczach przy trapie na dolny pokład. Takie ślizgi, ze względów bezpieczeństwa były zabronione, ale i tak wszyscy i wszędzie się ślizgali.
Drogę zastąpił mu starszy hydroakustyk Roman.
– No mam cię gównozjadzie. Teraz wymyślisz sobie karę za to ślizganie się! – Z tyłu za Ernestem pojawił się inny przedstawiciel „fali”, nie widział, kto to taki, ale jego kombi śmierdziało, naftą, smarem i olejami, więc domyślił się, że to któryś z minerów.
– Przepraszam starszy.
– Jakie przepraszam? Gleba! Padnij! Zastanawiaj się i mów szybko, jaka kara!
Pomiędzy działem czwartym, czyli radiowcami, a piątym, czyli obserwacją techniczną, hydroakustykami i radarowcami panowała napięta atmosfera, utajona rywalizacja o względy dowództwa i kadry. Dlatego ten przedstawiciel działu piątego, doświadczony marynarz, któremu do cywila, po prawie trzech latach służby, zostało zaledwie dwa miesiące z okładem, wyraźnie nie przepadał za Ernestem. Ktoś patrzący na tę sytuację z boku powiedziałby z przekonaniem, że go nienawidził.
Ernest usłuchał polecenia, nie chciał drażnić starego, więc jak długi rzucił się na pokład w pozycji gotowej do robienia pompek.
– Po coś lazł do tej łazienki w nocy? Przecież wstydu nam tyle narobił przed sojusznikami.
– Przepraszam starszy, czy starszy ma mi za złe, że go znalazłem i uratowałem?
– Domyśl się, kurwa, nie ma człowieka, to nie ma problemu!
Ernest nadal w pozycji leżącej z rękoma przy tułowiu wspartymi na posadzce zaryzykował i postanowił odpowiedzieć.
– Chyba byłby większy, gdyby zszedł, bo wtedy to sprawa kryminalna, a tak tylko błąd i nieuwaga przy wykonywaniu zadania bojowego, właściwie nie nawet bojowego tylko ćwiczebnego.
– Ty się tak, kurwa, nie wymądrzaj, tymi regulaminami. Dojebiemy cię i tak! – Wtedy wymierzył kopniaka w prawy bok leżącego Ernesta. Chłopak przekręcił się na bok, usiadł, trzymając się za brzuch łapczywie, prawie teatralnie próbując wyrównać oddech.
– Kto ci pozwolił usiąść? Gleba, jeszcze raz!
Ernest podniósł wzrok na przeciwnika, patrząc mu w oczy z przerażeniem pomieszanym z niewypowiedzianą groźbą. Z każdą sekundą dochodził do siebie, zyskiwał czas. Nie spuszczając wzroku z napastnika, powoli podniósł się i wyprostował. Złowrogie i nienawistne spojrzenie młodego musiało odnieść skutek, bo tamten zamilkł i stracił pewność siebie, zwłaszcza gdy dotarły do niego ciche, prawie szeptane słowa Ernesta.
– Ty pojebany jesteś, wiesz?
Zdezorientowany buntem młodego marynarza, Roman otworzył szeroko usta, zaniemówił. Ernest ciągnął dalej.
– Do cywila zostało ci dwa miesiące, a zachowujesz się jak pajac. Mózg ci tutaj wyprali. Jacy, kurwa, sojusznicy? Jaki wstyd? Chłopak poddał się, bo go zgnoiliście, pociął sobie kable, a tobie rozchodzi się, że przeżył? Co to, kurwa jest więzienie, czy armia? Tak cię kadra nakręciła? Ty, szczególnie ty, już powinieneś mieć już wyjebane na wszystko, a przejmujesz się jak młody rekrut.
Chwila ciszy, zaskoczenie było pełne, miner stojący z tyłu ze słyszalnym świstem wciągnął powietrze i wstrzymał oddech w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Hydroakustyk oprzytomniał dopiero po chwili, wtedy się odezwał:
– Baniaku! To ty jesteś pojebany, właśnie podpisałeś na siebie wyrok.
Był wyższy od Ernesta, dobrze zbudowany, wyćwiczony regularnymi odwiedzinami w siłowni i z pewnością silniejszy od niego. Wykonał zamach prawą ręką, zwijając dłoń w pięść, wymierzył prosty cios, celując w głowę Ernesta. Ten jednak spodziewał się tego, był szybszy i uchylił się, tamten zachwiał się, tracąc na sekundę równowagę. To wystarczyło, gdy wracał do swojej pierwotnej pozycji, Ernest zrobił nagły krok do przodu i głową walnął go centralnie w splot słoneczny.
Uderzenie było tak silne, że starszy marynarz został odrzucony w tył na dwa kroki, zatrzymał się na burcie nadbudówki, dusząc się po utracie tchu.
Wtedy usłyszał złowrogo brzmiące, wypowiedziane z nienawistną pasją, słowa Ernesta.
– Obyśmy nigdy się nie spotkali na głównym pokładzie, bo cię do wachy wjebię. Mnie jest wszystko jedno, bo jeszcze dużo mi zostało w tym syfie, A ty do cywila chcesz wrócić, więc jak cię podpierdolę do politycznego, zrobię aferę o siebie i o tego Ślązaka, to pewnie za rok albo dwa nawet nie wyjdziesz.
Ernest kątem oka zauważył, że miner również próbuje go dosięgnąć, zrobił kolejny unik, chwycił się oburącz poręczy trapu, przeskakując po trzy lub cztery stopnie, w mgnieniu oka znalazł się na wyższym pokładzie. Otworzył właz do kabiny radio i schował się w środku. Biegnący za nim usłyszeli tylko metaliczny szczęk blokowanych rygli. Jednak po minucie właz otworzył się i z kabiny wyszedł Darek, szef radia.
Stanął oko w oko z hydroakustykiem.
– Romek, co ty odpierdalasz? Przecież mało ci zostało. Tak ci się w tym syfie spodobało, chcesz tu zostać? Przecież on zdecydował się, że cię podpierdoli, bo nie ma nic do stracenia. – Darek wyraźnie był zdenerwowany. – Odpuść mu, jeden problem już mamy z tym Ślązakiem, chcesz drugiego nieszczęścia?
– Ale on mi właśnie przyjebał z bańki, nie daruję mu!
– Chyba będziesz musiał, bo on jest pod moją ochroną, ja go potrzebuję. Zresztą, kto to widział?
– Jak to, kto? – Romek nie dowierzał.
– Po prostu przegiąłeś! – Odwrócił się w stronę drugiego przybysza pod drzwi kabiny radio. – Hej, miner widziałeś to?
Gruby kark minera poczerwieniał z niepewności, dodatkowo cały na twarzy razem z uszami. Myślenie przychodziło mu z trudem i chyba w ten sposób się to objawiało.
– Darek, no, co ty? Jak to? Bronisz baniaka?
– Widziałeś? – Tym razem pytanie podszyte groźbą, z bliska, prosto w twarz.
– No właściwie to nie, nic nie widziałem, ciemno było.
– Wracajcie do siebie. Na dzisiaj dosyć. Jutro pogadamy, ochłoniemy i zobaczymy, co z tym zrobimy.
I to był moment przełomowy. Ernest przeczekał do rana w kabinie, nie odważył się pójść do kubryku rufowego, swojego pomieszczenia sypialnego, które znajdowało się, w tylnej części kadłuba, tuż przed przedziałem trałowym. Hydroakustyk miał przydzieloną koję w pomieszczeniu dziobowym, dalej był tylko magazyn i forpik. Jednak uspokoił się, prawdopodobnie dotarło do niego, że jeśli Ernest rzeczywiście poskarży się do oficera politycznego, ten będzie musiał coś z tym zrobić.
Spodziewał się i rozważał, że do końca służby młody nie zazna spokoju, bo donoszenie nie było akceptowane przez nikogo, przez współtowarzyszy, a najbardziej, przez kadrę zawodową. Jednak jemu samemu może grozić prokurator i więzienie, mało opłacalne rozwiązanie na dwa miesiące przed wyjściem do cywila, po trzech latach spędzonych na okręcie.
Ernest jeszcze nie spełnił swojej groźby, a już zachowanie wszystkich wobec niego się zmieniło. Odnosili się do niego oschle, z rezerwą, nieustannie, bez wytchnienia był przydzielany do najrozmaitszych zadań. Kadra z rezerwą i z niesmakiem patrzyła teraz na niego, nie tolerowała na okręcie buntowania się młodych marynarzy. Każdy musiał podporządkować hierarchii, mimo tego, że oznaczało to szykany i wyżywanie się przez „falę”. Chodziło o to, aby utrzymać w ryzach i dyscyplinie całą załogę, zwłaszcza podczas takich rejsów i zadań jak to, które właśnie mieli za dwa dni zakończyć.
Po południu drugiego dnia po feralnym zdarzeniu, DO otrzymał szyfrogram ze sztabu w Gdyni. Depesza informowała, o podjęciu „odpowiednich kroków” wobec próby samobójczej młodego marynarza, nawet jeśli jego stan był stabilny. Po prostu jeszcze jedna sensacja z powodu kolejnego „niefortunnego przypadku”, bo samobójstwa młodych żołnierzy w przeklętej jednostce na Helu nie były rzadkością. Dwa, trzy rocznie, głównie przez podcięcie żył, powieszenie lub utopienie. Z tego powodu ten port wojenny i ta jednostka cieszyła się bardzo złą sławą. W depeszy nie było żadnej wzmianki o ostrzelaniu plaży na mierzei, DO zrozumiał przesłanie, odebrał to, jako pozytywny gest sztabu w tej trudnej sytuacji pod okiem obserwatorów z zaprzyjaźnionej marynarki radzieckiej. Zrozumiał, że musi wyprostować sytuację w załodze i ukrócić trochę szykany na młodym wojsku. Przynajmniej na jakiś czas. Odetchnął z ulgą.
Ernest wyczuł tę zmianę nastrojów, co prawda wszyscy nadal odnosili się do niego z rezerwą, czy z nienawiścią w oczach, to jednak już nikt więcej nie odważył się na szykany fizyczne wobec niego. Nie było już kopniaków ani kuksańców w brzuch, czy tak zwanych blach w potylicę, by zrzucić beret na pokład i sprowokować kolejną okazję do kopniaka, gdy młody schylał się po nakrycie głowy.
Zamiast tego stosowano tak zwane „dojebanie przez pracę”. Przydzielano mu liczne zajęcia i zadania ponadnormatywne i niekoniecznie zgodne z jego przydziałem służbowym wynikającym z numeru okrętowego. Najwięcej w czasie wolnym na odpoczynek pomiędzy jego wachtami. Nocne osuszanie zęzy, czyszczenie solą naczyń po posiłkach, tak zwane „solany”. Z powodu soli wżerającej się w dłonie, braku należytej higieny, skóra na dłoniach popękała, objawiając się krwawymi szczelinami w zgięciach, gdzie wdała się grzybica. To, dlatego też przydzielono mu zadanie przymocowania pływaków trału, a było to zwyczajowe zadanie minerów.
Wtedy trzeciego dnia po zakończeniu treningu trałowania, w momencie, gdy kończył sztormować i mocować pływaki na rusztowaniu pomiędzy nadbudówkami, przyszła ta druga depesza. Szczęśliwy splot zdarzeń, bo był już wyczerpany fizycznie i psychiczne, bliski obłędu i poddania się.
***
Nie był w stanie wytłumaczyć, co się właściwie stało, jakim zrządzeniem losu, teraz akurat zabierają go stąd? Kto za tym stał? Już nie pierwszy raz spotkał go taki „szczęśliwy” zbieg okoliczności, właśnie w momencie, gdy tego najbardziej potrzebował. Jakby ktoś czuwał nad tym jego losem, ktoś lub coś.
W kabinie radio był u siebie, czuł się bezpieczny. To dzięki swoim umiejętnościom i znajomości elektroniki, od początku zaskarbił sobie podziw i uznanie kadry. Wydawało się, że miał mocną pozycję. Był zdolnym radiowcem i szyfrantem. Często był wypożyczany na inne jednostki pływające, jako wsparcie dla sekcji radiowej, podczas trudniejszych zadań lub dalekich rejsów, albo oficjalnych wizyt. Prawdziwy rozgłos przynosiło mu uratowanie honoru okrętu grupowego, na który oddelegowano go do obsługi radio na wezwanie dowódcy eskadry.
Na początku maja, z okazji święta pracy, podczas rejsu z wizytą w NRD-owskim porcie wojennym w Rostoku, przepływali przez duńskie wody terytorialne. Z tej okazji załoga urządziła swoim młodym marynarzom chrzest morski. Stare wojsko miało dobrą zabawę i sporo uciechy, ale da młodych rozbieranie do naga, smarowanie smarem i obsypywanie pakułami i różnymi śmieciami, potem zmuszanie do picia pomyj wiązało się z poniżeniem, upokorzeniami. Powstało zamieszanie, a podczas wizyty rozszalałego orszaku w kabinie radio ktoś wylał kubeł wody na urządzenia elektroniczne, zamiast na młodego, który miał być ochrzczony. Stara, poczciwa lampowa radiostacja WJAZ zaprotestowała snopem iskier w dolnym panelu zasilacza, zaraz także wybuchami szklanych baniek lamp elektronicznych we wzmacniaczu.
Było to, jak wydanie ostatniego tchnienia, po tym wszystko zgasło i zamilkło. W kabinie radio zapanowała głucha cisza. Nawet uciekający z niej marynarze byli niczym koty, bezszelestne i niewidoczne. Zrobiło się pusto. Ernest siedział i nie wierzył własnym oczom.
– Kurrrwaaa! Jak można być tak głupim? Z wiadrem wody do radia? Pojebani jeeesteścieee!
Jego wrzask rozniósł się wewnątrz całej środkowej nadbudówki, z kabiny radio do kabiny nawigacji, stąd do kabiny ekranów radarów, dalej na niższy pokład, do korytarza, messy oficerskiej, pokoju ZDO, a także na najwyższy pokład GSD, gdzie akurat wachtę pełnił DO.
Impreza zakończyła równie nagle, jak szybko zgasły lampki kontrolne w kabinie radio. Młodzi odetchnęli z ulgą, ponieważ wygłupy i pośmiewisko skończyło się nagle, mogli się umyć i ubrać w codzienne drelichowe kombinezony.
Nawet szef radia pobladł, gdy na poziom niższego pokładu ześliznął się po poręczach DO. Stanął przed otwartym metalowym włazem i zajrzał do środka. Rozległ się donośny okrzyk „baczność!”, tak głośny, jakby szef chciał się podlizać nadgorliwością w dyscyplinie. Kapitan gestem ręki odmówił przyjmowania meldunku, widział doskonale rezultat. Okręt stał się głuchy i niemy. Po kilku sekundach penetrowania wzrokiem kabiny, DO odezwał się:
– Twój baniak, chociaż jest tutaj gościnnie, miał rację, kurwa, jak można być tak głupim! – Pokręcił z niesmakiem i politowaniem głową i dodał. – Jeden z was sprząta ten gnój, drugi naprawia sprzęt. Za godzinę meldujesz mi, że mamy przywróconą łączność. Jeśli się nie uda, wszyscy starzy wpadną do zęzy i kubeczkami będziecie wybierać ścieki. Młodzi będą stać przy was i patrzeć się jak zapierdalacie. – Rzucił ostatnie spojrzenie na posadzkę, pośrodku której zebrała się kałuża brunatnej lepkiej cieczy, o smrodzie nafty zmieszanej z odchodami. Odwrócił się, by po trapie wspiąć się na GSD.
– Ernest Potrafisz to naprawić? Znasz się przecież na tym. Dasz radę? – Ton głosu starszego radiowca był błagalny, jakby nie dowierzał, jakby obawiał się, że ten młody będzie chciał się odegrać za wszystkie razy, otrzymane od innych starszych stażem marynarzy, nawet pomimo faktu, że Ernest był w tym rejsie gościem, w celu uzupełnienia stanu załogi.
– Spokojnie starszy, może damy radę. Najpierw posprzątam, trzeba osuszyć wszystko. Mam zapasowe lampy, które przykitrałem z 622, gdy pomagałem im podczas ostatniego rejsu dozorowego. Pobiegnę do minerów po pakuły, przydadzą się do oczyszczenia z tego gówna. Mam nadzieję, że mi trochę dadzą.
– Pójdziemy razem, opowiem, co im grozi, jeśli nie pomogą.
Sprzątali potem wspólnie, solidarnie, młody baniak z żołnierzem tak zwanej „fali”, sytuacja zgoła niewiarygodna, ale napędzana strachem, przed poniżeniem pozostałych członków fali w oczach młodych marynarzy.
Po dwóch kwadransach kabina lśniła czystością, brudy zebrane i wylane za burtę, osłony paneli modułów oczyszczone. Suszarką do włosów, pożyczoną od pierwszego oficera (posiadał takową, bo jego bujne włosy wymagały codziennej pielęgnacji, w ogóle to był typ, który lubił się podobać innym), osuszyli wszystkie panele i gniazda pod lampy. Resztkami spirytusu oczyścił styki każdego wysuwanego panelu. Następnie przez naoczne oględziny oraz za pomocą miernika posprawdzał sprawność lamp. Wyselekcjonował te spalone i uszkodzone oraz popękane.
Kilka minut przed czasem z ostrożnością i niepewnością w ruchach włączył panel zasilacza, chwila na nagrzanie się lamp, potem oddech ulgi, gdy zielone „oczko” głównej kontrolki zamrugało do nich. Włączył pozostałe panele. Sprawdził nastrojoną częstotliwość. Kluczem do nadawania wystukał kod wywołania QRV 8wraz z kodem kontrolnym radiostacji na okręcie, głośniczek podłączony do multipleksera w nadajniku zapiszczał łagodnymi tonami kropek i kresek. W odpowiedzi w odbiorniku obok usłyszeli kod odpowiedzi QRU 9z kodem radiostacji w sztabie portu i zaraz potem QTX10.
Obaj odetchnęli z ulgą. Uradowany szef działu łączności radiowej pobiegł do DO z meldunkiem o wykonaniu zadania. Kapitan z uznaniem tylko kiwnął głową, odprawił starszego marynarza komendą „Odmaszerować!”, po czym zakończył swoje zainteresowanie wydarzeniami. Sięgnął o dwie tabletki relanium i popił dwoma łykami płynu z niewielkiej piersiówki, którą nieustannie miał w ręku, niczym hetmańską buławę. Właśnie taka ksywka przylgnęła do nie niego, z powodu jego uzależnienia od leku i alkoholu.
Dwa dni później okręt grupowy powrócił na Hel, a Ernest na swoją macierzystą jednostkę. Razem z nim jego wyczyn i pochwała do jego DO. Przez chwilę był sławny, w uznaniu otrzymał tygodniowe zwolnienie od sprzątania zęzy, służby w kuchni oraz od czyszczenia naczyń solą.
***
Ernest teraz uśmiechnął się na wspomnienia sprzed kilku miesięcy. W kabinie miał czekać do rana, na niespodziewany koniec swojej służby na ORP Flaming, rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu. Włączył moduł odbiornika, jego okręt, jako pierwszy we flotylli został niedawno wyposażony w nowoczesną, polskiej konstrukcji radiostację Radmor. Było to jak na ten czas, nowoczesne urządzenie z przyjemnym dizajnem, skonstruowane w oparciu o tranzystory. Na czarnym panelu frontowym zaświeciły się na zielono kontrolki ledowe. Założył duże słuchawki stereo, nastroił odbiornik na modną wówczas rozgłośnię Radio Luksemburg. Nie spodziewał się żadnych komunikatów w eterze. Ale na wszelki wypadek włączył nasłuchiwanie dodatkowo w drugim, starego typu, radzieckim odbiorniku „Wołna-K”. Okresowo, co godzinę były wysyłane w eter komunikaty kontrolne do losowo wybranych jednostek, w razie potrzeby będzie w stanie wystukać żądanie powtórzenia, odbierze i odpowie, jeśli trzeba będzie.
Spiker w radiu, po angielsku, szybkim tempem i charakterystycznym chrapliwym głosem, powitał słuchaczy w poniedziałkowy wieczór ósmego lipca. Ernest właśnie obliczył, tkwił tu już prawie osiem miesięcy, i wszystko wskazuje na to, że to już koniec jego przygody z morzem. Z jednej strony czuł ulgę, z drugiej jakąś rozterkę i sentyment za przeżyciami ma morzu. Pomimo udręki był w tej służbie pewien romantyczny pierwiastek.
Znowu usłyszał głos spikera. Opowiadał on przygotowaniach do dobroczynnego koncertu w Londynie i w Stanach, organizowanego przez jakiegoś Boba Geldofa na rzecz głodującej Etiopii. Podobno kęska głodu trwała tam już od trzech lat, cały świat o tym mówił, nawet towarzysze radzieccy próbowali i tam zasiać ziarno dobrobytu i socjalistycznego raju. Nikt nie przewidywał, że od teraz Etiopia na trwałe będzie synonimem typowego kraju głodu. W słuchawkach popłynęła muzyka zespołu Queen z charakterystycznym przestrzennym brzmieniem rozgłośni z Luksemburga.
Zmęczenie wzięło górę, Ernest po chwili zasnął w fotelu przy stole do notowania meldunków, gdy w głośnikach słuchawek sączył się głos Roberta Planta przy akordach „Schodów do nieba”, grupy Led Zeppelin.
Obudził się o piątej, na godzinę przed oficjalną pobudką. Wstał, rozruszał mięśnie odrętwiałe od długotrwałego przebywania w jednej pozycji. Po cichu wyszedł do łazienki, trochę się obmyć i wyczyścić zęby.
Gdy wrócił, postanowił wydrapać scyzorykiem na ścianie nad radiostacją sentencję, jako dowód jego bytności na ORP Flaming – „Nie zna życia, kto nie był w marynarce. Ja byłem, a nadal nie znam! - Ernest Sz.”
Nie żałował niczego. Wiedział, że zachował się prawidłowo, jak mógł najlepiej, był pewien, że postąpiłby w ten sposób jeszcze raz, za każdym razem, gdyby sytuacja w jakiś sposób miała się powtórzyć. Chociaż sprzeciwił się starszym stażem marynarzom, naruszając ustalony, okrutny porządek i relacje pomiędzy żołnierzami służby zasadniczej młodego rocznika, a tak zwaną falą, to jednak pozostał lojalny wobec swojego kolegi, lojalny wobec siebie i własnego sumienia, a przede wszystkim wobec podstawowej przyzwoitości.
Wiedział już też, że pomimo tej morskiej romantyki nie będzie tęsknił do tego miejsca, piekielnego dywizjonu, ostatniej dużej bazy okrętów wojennych w PRL. Jednostki zsyłki dla niefrasobliwych i niepokornych żołnierzy służby zasadniczej. On sam został tutaj zesłany po części na własne życzenie, jako wyraz sprzeciwu i młodzieńczego buntu, a częściowo, jako kara za ten sprzeciw i bunt.
Podczas ośmiu miesięcy ciągłej służby na okręcie, bez przepustek, bez żadnego urlopu, braku możliwości zejścia na ląd, zobaczenia się z rodziną, sporo przeszedł, zahartował swoją psychikę, nauczył się ludzi. Wszystko było jak jeden ciąg i splot następujących po sobie wydarzeń, te osiem miesięcy było jak jeden długi rejs, chociaż prawie połowę tego czasu spędzili w porcie. Codziennie te same gęby zapijaczonych, naćpanych i oszołomionych przez relanium oficerów, te same ponure mordy starszych marynarzy, niezmiennie szykanujących i wyżywających się na młodszych stażem. Nie bez powodu baza morska w Helu była powszechnie uważana za swoistą kolonię karną. Była zsyłką na koniec świata dla oficerów z problemami, różnych wykolejeńców alkoholowych lub wyrokowców z problemami zdyscyplinowania z powodu niewłaściwego światopoglądu, niewpisującego się w oficjalną linię podstawowych organizacji partyjnych w jednostkach wojskowych nadzorowanych przez tzw. oficerów politycznych.
Oficerowie polityczni byli nadzwyczajną kastą tamtych czasów, dzięki opiniom wystawianym przez takich nadzorców poprawności partyjnej, często doświadczeni, wartościowi oficerowie trafiali właśnie do tej bazy, tylko z powodu niewłaściwych poglądów. To było miejsce, gdzie niemoc psychiczna i poczucie zmarnowanej kariery topione były w alkoholu. Inni popadali w uzależnienie od leków, od benzodiazepin, namiastki narkotyków w ludowym wojsku polskim. Nawet ZDO na jego okręcie miał ksywkę „relanium”, skala uzależnień od różnych środków była ogromna.
Taka to była rzeczywistość na tym krańcu półwyspu helskiego, opuszczonym przez normalnych ludzi. Nawet dziwki tu nie przyjeżdżały, dlatego Ernestowi przychodziła do głowy tylko jedna nazwa – „baza ludzi umarłych”. Bez większego trudu dopasowywał ludzkie charaktery do postaci zaprezentowanych w powieści jego ulubionego pisarza, o tym tytule.
W tej jednostce nawet żołnierze zasadniczej służby, których zsyłka trwała trzy lata, byli pozostawieni sami sobie, więc i szykany wobec młodszego rocznika były bardziej zajadłe, fala szalała bez ograniczeń i kontroli. To, dlatego przypadki samobójstw notowano tutaj na najwyższym poziomie. Ernest nie chciał się z tym pogodzić, nie mógł odpuścić.
Przed szóstą rano pojawił się w kabinie Darek, szef radia.
– Przyszedłem się pożegnać.
Nigdy chłopaka nie dręczył, współpracowali ze sobą, żyli razem dobrze, czasem brał go w ochronę przed innymi, zwłaszcza przed minerami. Pomimo różnicy w stażu służby, Ernest wyczuwał jego sympatię, były ku temu dwa powody. Darek poznał, że chłopak zna się na rzeczy, na sprzęcie radiowym i elektronice, ponadto jest oblatany w przepisach obowiązujących w komunikacji radiowej. Pomimo młodego stażu w służbie, był dobry w swoim fachu. Po drugie, pewnego sobotniego wieczoru, Ernest na ochotnika zgłosił się do posprzątania zarzyganego korytarza po ostrym pijaństwie, które chory żołądek Darka niezbyt dobrze zniósł. Najpierw chłopak, zaprowadził swojego starszego kolegę z zespołu, na koję do pomieszczenia mieszkalnego, a potem zabrał się do sprzątania. Musiał zdążyć przed zwyczajowym, wieczornym obchodem i inspekcją pomocnika oficera dyżurnego dywizjonu. Obchód odbywał się zawsze w dni wolne i świąteczne, gdy kadra zawodowa nie była obecna na okrętach.
Od tego momentu Darek wyraźnie wspierał i nawet dawał mu fory. Możliwe też, że to wyrzuty sumienia, bo jego umysł nie był jeszcze wyprany z ludzkich odruchów, a może to jego inteligencja podpowiadała mu, aby mieć Ernesta za sprzymierzeńca. Zawsze coś widział w tym dziwnym chłopaku, ten chytry błysk sprytu w oczach.
– Właściwie to jestem już spakowany, nie mam za dużo w tym moim worku, to było łatwo. Jestem gotowy. Myślisz, że lepiej będzie, jak pójdę, zanim wstaną na zaprawę poranną.
– Chyba tak, odprowadzę cię do kapitanatu portu, poczekasz w sali konferencyjnej obok oficera dyżurnego. O siódmej przyjdzie pani Jadzia do kantyny. Kupisz sobie herbatę albo kawę, no i jej szarlotkę, będziesz za nią tęsknił. Byłeś jej ulubieńcem, tobie zawsze robiła upusty.
Darek uśmiechnął się, na wspomnienie o pani Jadzi, która była zjawiskiem w tej kantynie. Właściwie to była znana w całym porcie. Sama piekła w domu ciasta, przynosiła codziennie rano do bazy i sprzedawała wojskowym, dorabiając sobie w ten sposób do pensji. Jej słynne powiedzenie „stówa się należy”, cokolwiek by to nie było, ciastko, kawa, herbata, czy puszka sardynek, niezmiennie wywoływało uśmiech u każdego. W wieku około pięćdziesiątki, miła i ogólnie lubiana, a oficerowie dyżurni tolerowali jej biznesowe zapędy.
Darek podniósł worek i ruszył przodem, Ernest starał się zaprotestować.
– Daj spokój, przecież wachtowy przy trapie zobaczy cię, jak niesiesz mój bagaż, podpadniesz tym najstarszym.
– O to mi właśnie chodzi, ale spoko, nic mi nie zrobią, mam na nich haka, handlują wódą na dużą skalę, wiem, gdzie jest ich magazyn, a oni wiedzą, że ja wiem.
Ernest pokręcił tylko głową
– Dobrze niech ci będzie, dziękuję.
Wyszli, maszerowali wzdłuż betonowego nabrzeża do budynku sztabu portu, przy kei cumowały cztery pary trałowców, więc byli odprowadzani przez osiem par oczu marynarzy pełniących wachty przy trapie. Za kilka minut ci dyżurni marynarze ogłoszą pobudkę, port ożyje, najpierw zorganizowanymi grupami załóg biegnących na codzienną zaprawę poranną, potem uroczystym podniesieniem bandery na rufach okrętów przy dźwiękach gwizdków, wreszcie zatętni życie na okrętach podczas codziennego rutynowego „kręcenia mechanizmów”, czyli przeglądu, czyszczenia, konserwacji i rozruchu wszelkich urządzeń i aparatów na pokładach.
Wszyscy będą zajęci swoimi obowiązkami, nikt już nie będzie myślał o Erneście, po tygodniu raczej już nikt o nim nie będzie pamiętał. Dopiero po roku Darek, podczas próby napisania swojej sentencji na ścianie nad radiostacją, zauważy tę wydrapaną przez chłopaka, którego właśnie odprowadzał, kolegę i specjalistę z jego działu okrętowego numer 4, łączności radiowej. Chłopaka, któremu wiele zawdzięczał, a który teraz opuszczał jednostkę w niesławie, któremu, w jego rozumieniu należało się, by go godnie pożegnać.
Zatrzymali się przed wejściem do budynku kapitanatu. Nie było pomiędzy nimi przyjacielskiej zażyłości, jedynie poprawne stosunki pomiędzy marynarzami z różnych roczników, więc podali sobie tylko dłonie na pożegnanie.
– Powodzenia Ernest, gdziekolwiek będziesz, no i nie myśl o mnie źle, za bardzo cię nie gnębiłem, trochę ci pomogłem, właściwie to pomagaliśmy sobie nawzajem. Raczej dobrze było, jak myślisz?
– Słuchaj starszy, było w porządku, rozumiem hierarchię, dyscyplinę, nawet falę rozumiem, ale, kurwa, nie rozumiem okrucieństwa, tych kopniaków, łokci w brzuch, tych blach potylicę, tego bezsensownego wyżywania się, przecież my nawet bronić się nie możemy, bo jak komuś oddasz, to masz przejebane.
– Daj już spokój, wojsko to wojsko.
– To nie wojsko jest, to syf, może gorsze od więzienia. Osiem miesięcy świata zewnętrznego nie oglądałem. Ale dziękuję ci za twoją pomoc i opiekę, będę cię dobrze wspominał, jako jednego z nielicznych. Tobie również życzę powodzenia, masz jeszcze osiem miesięcy. Byle do wiosny, gdy na jesień wyjdą do cywila najstarsi, to ty zostaniesz najstarszym, czyli „dziadkiem”. Pewnie przejmiesz ten handel od nich.
Obaj uśmiechnęli się.
– A co z tobą będzie? Jedziesz do Ustki do centrum, będziesz instruktorem. Jesteś dobry w tym, znasz się, więc dasz sobie radę. Przeczekasz tam, a na jesieni osiemdziesiątego szóstego, ty też wyjdziesz do cywila.
Jednak ani on, ani Darek nie przewidywał, jak poplątany los szykuje Ernestowi życie. Los pełen nieoczekiwanych zdarzeń, tragicznych i bolesnych przeżyć.
***
10 lipca 1985 r. Ustka
Komenda Wojskowej Służby Wewnętrznej w Centrum Szkolenia Specjalistów Morskich
Tak, jak zapowiedział Drejerski, przed dziewiątą rano przyjechał po niego ciemnozielony gazik z białym pasem na karoserii i stylizowanym oznaczeniem „WSW”, z obsadą dwóch żołnierzy, jeden kapral kierowca, drugi w randze chorążego, jako dowódca eskorty.
Po uregulowaniu dokumentacji osobowej przez chorążego w ewidencji jednostki, Ernest opuścił miejsce w sali spotkań, pożegnał się z panią Jadzią z kantyny i wyszedł na zewnątrz by wsiąść do wnętrza pojazdu. Odprowadzały go podejrzliwe spojrzenia wojskowych znajdujących się w sztabie portu. Najbardziej złowrogie spojrzenie otrzymał od oficera dyżurnego jednostki, który wypisywał przepustkę do opuszczenia koszar i podróż.
Służbowe auto ruszyło, chorąży na przednim fotelu pasażera od razu zwrócił się do Ernesta.
– No chłopie, głośno się o tobie zrobiło, podobno samo szefostwo, najwyższa góra się o ciebie upomniała. Aż tak tutaj narozrabiałeś? – Kończąc pytanie, wskazał głową na okręty widoczne w oddali po drugiej stronie basenu portowego.
– Właściwie to nie wiem, tylko ująłem się za jednym z baniaków, który podciął sobie kable, przywaliłem z bańki, jednemu ze starych, potem zagroziłem mu, że doniosę na niego do politycznego.
– Ooo, nieźle. Niepozornie wyglądasz, nawet taki trochę wychudzony jesteś. Jak mu dałeś radę?
Ernest wzruszył tylko ramionami i uśmiechnął się.
– No dobra, masz, trzymaj! To dla ciebie. – Chorąży wręczył Ernestowi złożony w połowie
druczek. – To jest wezwanie na dziesiątego, czyli jutro do komendy, do porucznika Popradki, podobno to jakiś krewny samego szefa służb WSW. Mają oko na ciebie.
Do Centrum w Ustce dotarli tego samego dnia, we wtorek dziewiątego lipca około południa.
Nazajutrz, za pięć dziewiąta, zgodnie z wezwaniem, Ernest zameldował się u oficera dyżurnego w budynku komendy WSW, usytuowanego przy bocznej bramie wjazdowej do Centrum Szkolenia Specjalistów Morskich w Ustce11.
Odebrał przepustkę i wszedł na pierwsze piętro, dokładnie o pełnej godzinie zapukał do metalowych drzwi z etykietką „Dział IV Analiz — Zarząd I Kontrwywiadu wojskowego — Kancelaria tajna”, na framudze obok charakterystycznego kapsla na pieczętowanie woskowymi plombami zauważył przyklejoną plastikową wizytówkę „por. mgr Ryszard Popradka. Właściwie to spodziewał się tego wezwania, mógł się nawet domyślać przyczyny, jednak nie był pewien jego celu.
Nikomu nigdy nie wspominał o powiązaniach jego matki z towarzyszem generałem Czesławem, byłym szefem WSW, dobrym znajomym obecnego szefa, generała Popradki, a obecnie jego przełożonym na szczeblu resortu. Po prostu nie było powodu do chwalenia się a tym bardziej do dumy. Nawet trochę czuł się zażenowany powiązaniami z władzą w systemie, z którym jako młody chłopak chciał zawsze walczyć, a przynajmniej się buntować.
– Wejść! – Usłyszał stłumiony głos.
Otworzył, przekroczył próg, natychmiast zamknął za sobą drzwi. Nie rozglądał się, ale i tak spostrzegł, że pomieszczenie było spore, przy oknie na wprost biurko, za którym przodem do wejścia siedział porucznik, w szaro-stalowym moro, charakterystycznym dla marynarki mundurze polowym.
Instynktownie spenetrował wzrokiem pomieszczenie, szukając innego wyjścia, po lewej stronie od wejścia, znajdowały się otwarte na oścież drzwi do drugiego pokoju, kątem okaz zauważył rząd metalowych i zabezpieczonych szaf na dokumenty. Zajmowały całe pomieszczenie.
Ernest stanął wyprostowany w postawie zasadniczej, wykonał regulaminowe skinienie głową i natychmiastowy meldunek.
– Obywatelu poruczniku, starszy marynarz Ernest Szulkin melduje się na wezwanie.
– Ooo, bardzo punktualni jesteście żołnierzu, to oznaka zdyscyplinowania. Spocznij! Możecie usiąść.
Wskazał drewniane krzesło przed biurkiem. Jedyne, co przyszło Ernestowi do głowy to, aby poprawić porucznika – „żadne żołnierzu, ani szeregowy” tylko „marynarzu”, bo tak według regulaminu należało się zwracać do żołnierzy służby zasadniczej w marynarce wojennej.
Jednak bez słowa Ernest skorzystał z zaproszenia, usiadł na wprost młodego oficera. Ocenił go na około sześć, może siedem lat starszego.
Z boku, na blacie biurka leżała tekturowa, szara teczka z wydrukowanym białym paskiem, czerwonym napisem „Akta”, w ramce na środku jakiś odręczny opis czarnym atramentem. Zawartość teczki w postaci kilku kartek zapisanych na maszynie i kilka odręcznym pismem leżała tuż przed oficerem, który najpierw uważnie obserwował Ernesta, przyglądając się uważnie jego ruchom i sposobowi bycia. Po chwili skierował spojrzenie na plik kartek, poniósł na odległość czytania i chwilę studiował.
– Mamy mały kłopot z tobą. Mam polecenie z samej góry. Chyba domyślasz się.
Ernest bez słowa przytaknął skinieniem głowy, Popradka kontynuował.
– Te dokumenty, to twoja teczka, jest w nich połowa twojego dorosłego życia. Od czasów stanu wojennego. To twoja pierwsza wpadka, byłeś wtedy w technikum elektronicznym, w drugiej klasie, zatrzymany podczas ferii zimowych dwunastego lutego 1982 przez tajny patrol, podczas fotografowania obiektów wojskowych, to znaczy kolumny czołgów stacjonujących przed Nową Hutą. Jak to było, że dałeś się złapać? Opowiesz?
Ernest przez kilka sekund zastanawiał się, czy w ogóle rozmawiać z nim, czy może pozwolić sobie na takie zwierzenia, ale pomyślał, że nie ma co ściemniać i tak wszytko mają tutaj, a przynajmniej w ten sposób on ma szansę pokazać swoją opozycyjną naturę.
– Melduję obywatelu poruczniku, że … – Nie skończył, gdyż oficer przerwał mu.
– Nie musisz meldować, porozmawiajmy normalnie, jak ludzie. – Uśmiechnął się, chciał, aby ten uśmiech wyglądał naturalnie, chciał trochę przerobić Ernesta, rozruszać, poznać go od tej prawdziwej strony, zdobyć jego zaufanie, by ten jak najwięcej wyrzucił z siebie, wszystko, co mogłoby okazać się przydatne, co mógłby później wykorzystać. Dokładnie tak jak go uczono podczas szkolenia z przeprowadzania przesłuchań w szkole oficerskiej służby kontrwywiadu.
– Obywatelu poruczniku, sprawa prosta, jak się ma miękkie serce, to trzeba mieć twardą dupę. Wysiadłem z tramwaju, z dwójki, dwa przystanki za zalewem zesławickim. Ruszyłem na piechotę w kierunku budynku administracji kombinatu, było ciemno, ale jeszcze około trzech godzin do godziny milicyjnej. Po kilku krokach napatoczyło się dwóch meneli. Poprosili o drobne na wino, musieli zobaczyć mój sprzęt, jak otwierałem plecak. Nie pilnowałem się ani nie rozglądałem, więc chyba szli za mną, nie jestem pewien. Za pętlą tramwajową jest lasek, więc pod jego osłoną zrobiłem kilkanaście zdjęć. Najpierw przed dyrekcją, potem na skrzyżowaniu. Leżał śnieg, były latarnie uliczne, więc pomimo ciemności, całkiem niezłe naświetlenie. Potem szedłem wzdłuż torów, widziałem w sumie kilkadziesiąt czołgów otaczających hutę szczelnym pierścieniem. Okrężną drogą wróciłem do pętli. Tam zauważyłem jednego z tych meneli, trzymał w ręku krótkofalówkę, gdy mnie zobaczył, speszył się, bo go zaskoczyłem. Było za późno na ucieczkę, gdyż z tyłu usłyszałem biegnącego tego drugiego. Nawet nie uciekałem. Powalili mnie na glebę. Zabrali aparat i zawieźli na posterunek w centrum. Dopiero rano rozpoczęło się przesłuchanie. Na drugi dzień już wypuścili, wcześniej jeszcze dostałem parę razy pałką przez dupsko i nogi.
– No i jak to się stało, że nie oskarżyli cię o szpiegostwo lub działalność wywrotową na rzecz reakcyjnych sił wrogich naszej ludowej ojczyźnie. – Na ustach porucznika pojawił się uśmiech, z lekką, delikatną ironią, jednak na tyle wyraźną, aby Ernest to zauważył.
Była to kolejna sztuczka oficera, by zjednać sobie chłopaka. Ten łatwo, wręcz naiwnie mu wierzył, lecz nie na tyle, aby stracić poczucie rzeczywistości. Wiedział, że władza to władza, a on jest tylko marnym trybikiem.
– Obywatel porucznik chyba się domyśla.
– Nie muszę się domyślać, tutaj zanotowano, że potraktowano to, jak wybryk nieuświadomionego politycznie, młodego człowieka bez odpowiedniego nadzoru nad kształtowaniem socjalistycznej świadomości. Słowem upiekło ci się.
Ernest zwyczajowo wzruszył ramionami.
– A tak naprawdę, to, dla kogo robiłeś te zdjęcia, ktoś ci kazał, zlecił, zapłacił? – Popradka poszedł na żywioł, licząc na coś nowego.
– Nikt mi nie kazał. Sam z siebie. W „Głosie Ameryki” radzili, aby dokumentować w miarę możliwości wszelkie działania wojskowych, tak na później, dla celów historycznych. To tyle i tylko tyle.
– A dlaczego słuchasz tego radia?
– Głownie, aby ćwiczyć angielski, nadają tam lekcje i dialogi. Każda okazja dobra, żeby się uczyć.
Teraz Ernest uśmiechnął się z lekkim przekąsem, również na tyle wyraźnym, aby jego rozmówca to zauważył.
– A czego jeszcze słuchasz? „Wolna Europa”? Przecież zachodnie, wrogie naszemu ustrojowi rozgłośnie są zagłuszane, ale chyba się domyślam. – Porucznik podniósł inną kartkę. – Tu jest napisane, że jesteś, byłeś członkiem klubu krótkofalowców przy LOK12. Prawdziwym zapaleńcem.
– Tak, w klubie, skonstruowałem specjalną aktywną antenę, która wyłapuje fale o określonej długości, potem razem z szefem klubu zmontowaliśmy specjalny elektroniczny filtr, odsiewający szumy i pozostawiający tylko sygnał rozgłośni. Było fajnie, niezła zabawa dużo się od niego nauczyłem, przydało się w szkole no i tutaj w tym syfie. Oprócz RWE najczęściej jednak odbieraliśmy BBC, bo tutaj nadawali w odcinkach powieść Orwella „Rok 1984”. – Zawahał się i dodał. – Ale nie spodziewałem się, że szef klubu będzie wam, bezpiece o mnie opowiadał. – Chwila namysłu, by dodać – czyli, jest, jak wy to nazywacie osobowym źródłem informacji? No tak, to oczywiste, w tej branży, to chyba nawet wskazane, aby mieć takiego.
Ponowny uśmiech oficera, z wyraźną kpiną w spojrzeniu.
– No jak ci się podobało? Mam na myśli tę powieść.
– Bardzo ponura wizja naszej socjalistycznej przyszłości…
– No dobra, wystarczy!
Oficer zawahał się, ale zdecydował się jednak nie ciągnąć tego wątku, znał treść tej powieści.
– Jesteś teraz, jak to nazwałeś w „syfie”, ale niejako na własne życzenie się tu wpakowałeś. Dostałeś wilczy bilet na studia. A jesteś dosyć inteligentny, masz tutaj niezłą opinię – porucznik wskazał gestem głowy leżące papiery – znasz języki, angielski, francuski. To dosyć rzadkie. Gdzie się ich nauczyłeś, bo tutaj nie napisali?
– Od podstawówki matka wysyłała mnie na kurs angielskiego w bibliotece publicznej. A francuski, no cóż, zawadzałem w jej karierze, jeśli tak można nazwać to, co robiła, więc zostawiała mnie często pod opieką niani, to ona mnie nauczyła, mówiła do mnie w dwóch językach.
– Rozumiem… Ale zachciało ci się znowu poszaleć, bo tuż przed maturą miałeś kolejny wybryk niesfornego dzieciaka. I znowu ci się upiekło, ciesz się, że cię dopuścili do matury.
– Cieszę się i byłem ogromnie wdzięczny władzy ludowej, za taką dużą dozę wyrozumiałości w stosunku do mojej niedojrzałej młodzieńczej świadomości politycznej, no i również za ogromne zaufanie, jakim mnie obdarzono na przyszłość, bo obiecałem poprawę, dlatego znowu mnie wypuszczono. Kilka pał przez dupsko i na tym się skończyło.
– Hmm... Mógłbyś wyjść na ludzi. Może za przykładem swojego ojca, nie zastanawiałeś się, że to może jednak dzięki niemu, dzięki swojemu nazwisku, teraz tak łatwo wychodzisz z tych politycznych opresji
Ernest na słowa o ojcu zaniepokoił się, poczerwieniał, serce pod wpływem napięcia emocjonalnego przyspieszyło rytm. Spojrzał stanowczo na oficera. W tym spojrzeniu, oprócz stanowczości było jeszcze coś, co miało znaczyć jak proste, wymowne „odpierdol się!”. Opanował się i spokojnie odpowiedział.
– Tak, oprócz wdzięczności do władzy, to jeszcze okazałem skruchę i wdzięczność mojej matce oraz jej znajomościom.
– Trochę kpisz, cwaniaczysz! Opowiesz, jak było naprawdę?
– Teraz, gdy sobie o tym pomyślę, to wiem, że to wyglądało głupio i dziecinnie, ale my podchodziliśmy do tego bardzo poważnie. To było nasze życiowe przesłanie.
– Wasze?
– Tak, razem z dwoma kolesiami z klasy, założyliśmy organizację.
– Ooo, ciekawe, w tych papierach nie ma nic o tym. – Porucznik poczuł swoją szansę. – Jaką organizację?
– Nazwaliśmy ją „Związek Wolnych Polaków”.
– Założyliście trzyosobowy związek? – Popradka wydawał się wyraźnie rozbawiony.
– Tak, teraz wiem, że to raczej śmieszne. W skrócie ZWP, a lubię rysować, więc zaprojektowałem nawet znak graficzny, taka litera „P” stylizowana jak kotwica z „Polski Walczącej”, czyli dwie litery „W” i „P” w jednym, obok „Z”.
– Mieliśmy nawet patrona, Walerian Łukasiński był naszym idolem, i wzorem romantycznego poświęcenia się dla wolności.
– Dlaczego akurat tego, o ile pamiętam, to był powiązany masonerią, czy coś takiego?
– Właściwie był założycielem „Wolnomularstwa Narodowego”, czytaliśmy jego biografię, to był wzór idealisty, bez oglądania się na prywatne korzyści. To nie to samo, co współcześni działacze partii socjalistycznej.
– Rozumiem cię, ale nie idźmy w tę dyskusję.
– Zaprojektowałem też ulotkę agitacyjną, bo na początku kwietnia Wolna Europa nadała audycję o zbliżającej się rocznicy zbrodni katyńskiej. Kolega miał dojście do ręcznego powielacza, wydrukowaliśmy dwie setki tych agitek.
– Rozumiem, że to przez te ulotki wpadłeś, podczas ich kolportowania. Na dwa tygodnie przed maturą. A dlaczego tylko ty?
