Sawant - Marek Rutkowski - ebook + książka

Sawant ebook

Marek Rutkowski

0,0
42,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nie ma świata bardziej brutalnego niż świat liczb.

James Hupler jest wybitnym analitykiem finansowym. Po rodzinnej tragedii odkrywa, że potrafi dostrzec w liczbach to, czego nie widzą inni. Jego decyzje przynoszą fortuny, ale on sam nie wie, że od dawna jest tylko pionkiem w cudzej grze.

Gdy zaczyna zadawać niewygodne pytania, trafia na ślad tajnej organizacji manipulującej rynkami finansowymi i prowadzącej eksperymenty na ludzkim mózgu. Pomaga mu haker, który od dawna próbuje zdemaskować działalność organizacji.

Wkrótce okazuje się, że największą wartością nie są miliardy na kontach, lecz umysł Jamesa. Zdolności, które uczyniły go wyjątkowym, mogą okazać się jego największym przekleństwem. A stawką tej gry jest znacznie więcej niż jego życie.

„Sawant” to sensacyjna powieść o świecie, w którym ludzki geniusz bywa cenniejszy i groźniejszy niż najpotężniejsze fortuny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 386

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1

Mały ze­ga­rek na szkla­nym sto­li­ku jak zwy­kle za­brzę­czał prze­szy­wa­ją­co i za­wi­bro­wał. O tej po­rze dnia był to wy­jąt­ko­wo nie­przy­jem­ny dźwięk. Ja­mes chciał prze­rwać swo­je cier­pie­nia i prze­sta­wić alarm o ko­lej­ne dzie­sięć mi­nut, ale jego ręka nie mo­gła zna­leźć tego zbrod­nia­rza. W koń­cu się uda­ło, ale do­dat­ko­we chwi­le bło­gie­go spo­ko­ju mi­nę­ły, za­nim zdą­żył się ob­ró­cić na dru­gi bok. Po­now­ny ryk znie­na­wi­dzo­ne­go bu­dzi­ka uświa­do­mił mu, że na ko­lej­ną daw­kę snu może li­czyć do­pie­ro za kil­ka­na­ście go­dzin.

Prze­cie­ra­jąc za­spa­ną twarz, usiadł na łóż­ku. Po­czuł cie­pło spo­co­ne­go cia­ła le­żą­cej obok żony. Sy­pia­ła nago. Mam­ro­cząc coś pod no­sem, prze­krę­ci­ła się ner­wo­wo w jego stro­nę i za­kry­ła so­bie gło­wę po­dusz­ką. Pa­trzył na nią z dumą. Pięk­na, smu­kła syl­wet­ka, sub­tel­nie oświe­tla­na przez za­glą­da­ją­ce przez okno po­ran­ne słoń­ce, wspa­nia­le kom­po­no­wa­ła się z be­żo­wą je­dwab­ną po­ście­lą. Ogar­nę­ło go przy­jem­ne pod­nie­ce­nie, jed­nak gdy zbli­żył się de­li­kat­nie do Lo­re­en, ta gwał­tow­nie za­kry­ła koł­drą na­gie pier­si. Te­raz miał obok ru­lon po­mię­tej po­ście­li, z któ­re­go wy­sta­wa­ły tyl­ko dłu­gie blond wło­sy. Na do­miar złe­go Lo­re­en z lek­ką iry­ta­cją za­żą­da­ła, żeby dał so­bie spo­kój. Jak zwy­kle nie mógł li­czyć na łóż­ko­we fi­gle, choć wła­śnie o tej po­rze dnia miał na nie naj­więk­szą ocho­tę.

Da­lej ra­nek po­to­czył się usta­lo­nym to­rem. Tro­chę po omac­ku, dra­piąc się po ster­czą­cym przy­ro­dze­niu, Ja­mes po­czła­pał do ła­zien­ki. Pro­ce­du­ra usta­wia­nia od­po­wied­niej tem­pe­ra­tu­ry w prysz­ni­cu do­peł­ni­ła ce­re­mo­nii wy­bu­dza­nia. W koń­cu go­rą­ca woda buch­nę­ła gę­stym stru­mie­niem, aby spły­nąć jak bal­sam po jego kar­ku i ra­mio­nach. Roz­ko­szo­wał się nią dłu­go. Usta­wił się tak, aby spa­da­ła mu pro­sto na czu­bek gło­wy i ma­so­wa­ła ple­cy, a po­tem ście­ka­ła swo­bod­nie, gła­dząc po­ślad­ki. Cze­ka­jąc, aż ka­bi­na zu­peł­nie za­pa­ru­je, roz­my­ślał o roz­po­czy­na­ją­cym się wła­śnie dniu.

Wresz­cie sta­nął przed lu­strem i zbli­żył twarz do ta­fli, jak­by upew­niał się, czy to aby na pew­no on. Nie­ste­ty, licz­ba si­wych wło­sów na jego kru­czo­czar­nej gło­wie była z każ­dym dniem więk­sza. Mimo że na­piął wszyst­kie mię­śnie i wcią­gnął brzuch, wi­dok na­dal nie był sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy. Sza­lę iry­ta­cji prze­wa­ży­ła wska­zów­ka wagi, da­ją­ca do zro­zu­mie­nia, że piz­za, któ­rą zjadł wie­czo­rem, wciąż nie zo­sta­ła stra­wio­na.

Po wyj­ściu z ła­zien­ki wy­pił jesz­cze go­rą­cą kawę, przy­go­to­wa­ną w mię­dzy­cza­sie przez Lo­re­en, jak zwy­kle w po­śpie­chu po­łknął śnia­da­nie i – nie po­że­gnaw­szy się na­wet z dzieć­mi – wy­biegł, by zdą­żyć na po­ciąg me­tra od­jeż­dża­ją­cy za trzy­dzie­ści mi­nut.

W wa­go­nie za­jął to samo miej­sce co zwy­kle, go­to­wy jak co dzień na oglą­da­nie tych sa­mych twa­rzy lu­dzi, za­du­ma­nych, za­mknię­tych we wła­snych świa­tach, po­grą­żo­nych w nie­do­stęp­nych dla ni­ko­go poza nimi my­ślach. Każ­da oso­ba mia­ła wła­sną hi­sto­rię, wła­sny splot uni­ka­to­wych do­świad­czeń. Kule zda­rzeń pę­dzi­ły po osob­nych tra­jek­to­riach, rzad­ko tyl­ko od­bi­ja­jąc się od sie­bie. Sły­szał w gło­wie sym­fo­nię me­ta­licz­nych od­gło­sów, cha­otycz­nych zde­rzeń, w któ­rych do­pa­try­wał się ra­do­ści, smut­ku, za­du­my lub stra­chu. To były ty­sią­ce po­dej­mo­wa­nych de­cy­zji, któ­rych kon­se­kwen­cje wła­śnie trwa­ły i któ­re od­dzia­ły­wa­ły na oto­cze­nie.

Jego ulu­bio­nym za­ję­ciem było ob­ser­wo­wa­nie sie­dzą­cych do­oko­ła nie­go pa­sa­że­rów i ukła­da­nie hi­sto­rii od­da­ją­cych stan emo­cjo­nal­ny, w ja­kim – jak mu się wy­da­wa­ło – się znaj­do­wa­li. Jak zwy­kle fo­tel na­prze­ciw­ko za­jął do­brze ubra­ny biz­nes­men z co naj­mniej dwu­dzie­sto­ma pię­cio­ma ki­lo­gra­ma­mi nad­wa­gi. Czy­tał po­ran­ną ga­ze­tę fi­nan­so­wą. Struż­ka potu mie­nią­ca się na jego czo­le wska­zy­wa­ła, że mu­siał wyjść z domu odro­bi­nę za póź­no. Tę twarz Ja­mes znał do­sko­na­le: gru­ba, na­la­na, do­kład­nie ogo­lo­na; świad­czy­ła o tym, że fa­cet miał na­tu­rę pe­dan­ta. Zło­ty ze­ga­rek wy­sta­ją­cy z za­pię­te­go ele­ganc­ki­mi spin­ka­mi rę­ka­wa do­wo­dził z ko­lei wy­so­kiej po­zy­cji. Ner­wo­wość, z jaką prze­glą­dał stro­ny z in­for­ma­cja­mi gieł­do­wy­mi, po­zwa­la­ła stwier­dzić z nie­mal cał­ko­wi­tą pew­no­ścią, że pra­cu­je jako ma­kler na Wall Stre­et.

Ob­ser­wu­jąc go, Ja­mes za­sta­na­wiał się, ja­kie de­cy­zje i pla­ny cho­wa­ją się pod gar­ni­tu­rem za trzy ty­sią­ce do­la­rów. Czy ten ob­raz suk­ce­su jest praw­dzi­wy, czy może ów czło­wiek tak na­praw­dę jest kom­plet­nie za­ła­ma­ny, za­kom­plek­sio­ny, przy­tło­czo­ny try­bem ży­cia, ja­kie wie­dzie?

Na chwi­lę ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły i Ja­mes od­niósł wra­że­nie, że gru­bas przej­rzał jego my­śli. Po­czuł się nie­swo­jo, ale uda­jąc obo­jęt­ność, skie­ro­wał szyb­ko wzrok w inną cześć wa­go­nu.

Po dru­giej stro­nie, w sa­mym ką­cie, sie­dział star­szy, zgar­bio­ny czło­wiek. Miej­sca obok były wol­ne, gdyż bi­ją­cy od nie­go odór był nie do wy­trzy­ma­nia. Lu­dzie zer­ka­li na nie­go z po­gar­dą i wy­mie­nia­li po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Sta­ru­szek, gdy mu się uważ­niej przyj­rzeć, wy­glą­dał na dużo młod­sze­go niż na pierw­szy rzut oka. Lat do­da­wa­ły mu głę­bo­kie bruz­dy i pla­my na twa­rzy przy­sło­nię­tej na­ta­pi­ro­wa­ną bru­dem i ku­rzem czu­pry­ną, przy­po­mi­na­ją­cą daw­no nie­uży­wa­ne­go mopa. Śmiał się i beł­ko­tał coś do sie­bie, szcze­rząc reszt­ki żół­tych zę­bów wy­sta­ją­cych z buj­nej, za­nie­dba­nej bro­dy. Praw­do­po­dob­nie nic so­bie nie ro­bił z li­to­ści i po­gar­dy pa­sa­że­rów, przy­zwy­cza­jo­ny do peł­nych od­ra­zy i współ­czu­cia spoj­rzeń.

Czy był szczę­śli­wy? Szczę­śliw­szy niż nie­na­gan­nie ubra­ny gru­bas? Co do­pro­wa­dzi­ło go do tak skraj­nej nę­dzy? Jaki splot de­cy­zji wpły­nął na to, że stał się klo­szar­dem, któ­re­go do­ro­bek ży­cia skła­dał się z tego, co miał na so­bie, i któ­re­go pod­sta­wo­wym pro­ble­mem było zdo­by­cie po­ży­wie­nia i zna­le­zie­nie schro­nie­nia na noc? Ja­mes za­sta­na­wiał się, czy mia­ła na to wpływ ja­kaś bła­ha de­cy­zja w mło­do­ści, czy może była to wina oto­cze­nia, w ja­kim do­ra­stał.

Zer­ka­jąc to na nie­go, to na gru­be­go ma­kle­ra, za­da­wał so­bie py­ta­nie, czy na­praw­dę coś ich róż­ni­ło oprócz wy­glą­du i gru­bo­ści port­fe­la. Pró­bo­wał prze­wi­dzieć, ja­kie będą ich ko­lej­ne de­cy­zje i jak po­kie­ru­ją swo­imi dal­szy­mi lo­sa­mi. Może gru­bas wy­ko­na dzi­siaj zły te­le­fon, do­ko­na nie­traf­nej trans­ak­cji i stra­ci wszyst­ko, co ma, po­wo­du­jąc dia­me­tral­ną zmia­nę w ży­ciu swo­im i swo­jej ro­dzi­ny? Ale rów­nie do­brze bie­dak może wziąć się w garść i po­szu­kać pra­cy, a z nią zdo­być szan­sę, by coś osią­gnąć. Któ­ry miał wię­cej do stra­ce­nia? Któ­ry bę­dzie wy­gra­ny, a któ­ry prze­gra­ny w fi­nal­nym roz­ra­chun­ku? Czy­je de­cy­zje mia­ły więk­szy wpływ na oto­cze­nie? Czy­ja kula pę­dzi­ła szyb­ciej, aby zde­rzyć się z inną, po­wo­du­jąc nie­od­wra­cal­ne w skut­kach zmia­ny na plan­szy ludz­kich lo­sów?

Gło­śny pisk ha­mu­ją­ce­go po­cią­gu wy­rwał Ja­me­sa z roz­my­ślań. Trze­ba było wy­sia­dać. Me­cha­nicz­nie, ra­zem z resz­tą po­dob­nych do sie­bie pa­sa­że­rów, wto­pił się w ludz­ki nurt wy­le­wa­ją­cy się na pe­ron za­tło­czo­nej sta­cji Wall Stre­et. Przy­po­mi­na­ło mu to układ krwio­no­śny. Czuł się na­tle­nio­ną krwin­ką pły­ną­cą do ser­ca mia­sta, aby za­si­lić je co­dzien­ną daw­ką ener­gii, by da­lej mo­gło tęt­nić swym ryt­mem.

Od­ru­cho­wo skie­ro­wał się w stro­nę scho­dów, któ­re – w ra­mach po­ran­nej gim­na­sty­ki – po­ko­nał dłu­gi­mi su­sa­mi, co czte­ry stop­nie, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy co bar­dziej le­ni­wy­mi prze­chod­nia­mi. Gdy wy­szedł spod zie­mi, blask słoń­ca i po­dmuch świe­że­go po­wie­trza zmie­sza­ne­go z har­mi­drem bu­dzą­ce­go się do ży­cia mia­sta roz­pro­szy­ły zu­peł­nie jego pod­ziem­ne my­śli na te­mat ko­lei ży­cia po­cią­go­wych współ­to­wa­rzy­szy. Jego oczom uka­zał się las gład­kich, mo­nu­men­tal­nych wie­żow­ców, wzno­szą­cych się wzdłuż ulic dziel­ni­cy fi­nan­so­wej. Z dumą pre­zen­to­wa­ły na­zwy naj­więk­szych firm na świe­cie. Spoj­rzał w górę. Bu­dyn­ki były tak wy­so­kie, że wy­da­wa­ły się nie mieć koń­ca, a ich ogrom świad­czył o po­tę­dze ludz­kie­go ge­niu­szu. Po­ma­sze­ro­wał śmia­ło w kie­run­ku tego, któ­ry zda­wał się do­mi­no­wać nad kom­pa­na­mi; jego roz­mia­ry wska­zy­wa­ły, że na tym te­ry­to­rium ma naj­wię­cej do po­wie­dze­nia. Głów­ne wej­ście gma­chu, po­prze­dzo­ne sze­ro­ki­mi, mar­mu­ro­wy­mi scho­da­mi, przy­tła­cza­ło po­wa­gą i bu­dzi­ło gro­zę zwy­kłych prze­chod­niów, pa­trzą­cych z po­dzi­wem i za­zdro­ścią na lu­dzi cho­wa­ją­cych się za du­ży­mi, ob­ro­to­wy­mi drzwia­mi. Były jak pasz­cza po­two­ra do­ma­ga­ją­ce­go się ko­lej­nych por­cji świe­że­go mię­sa.

Po czter­na­stu la­tach pra­cy bu­dy­nek nie ro­bił już na Ja­me­sie wra­że­nia. Me­cha­nicz­nie skie­ro­wał się do wej­ścia i po­ko­nał je, my­śląc o czymś zu­peł­nie nie­zwią­za­nym z za­wo­do­wy­mi obo­wiąz­ka­mi. Ze­bra­ny przed win­da­mi tłu­mek przy­po­mi­nał sta­do pin­gwi­nów, któ­re ocze­ki­wa­ły w ci­szy na swo­ją prze­jażdż­kę prze­szklo­ną klat­ką.

2

Ja­mes był jed­nym z ana­li­ty­ków fi­nan­so­wych zaj­mu­ją­cych się ryn­kiem ob­li­ga­cji. Jego pod­sta­wo­we rocz­ne wy­na­gro­dze­nie się­ga­ło stu ty­się­cy do­la­rów, co pla­so­wa­ło go w gru­pie osób uzna­wa­nych za lu­dzi suk­ce­su. Do tego do­cho­dzi­ły róż­ne apa­na­że, ta­kie jak człon­ko­stwo w pre­sti­żo­wym klu­bie czy pa­kiet me­dycz­ny w luk­su­so­wej kli­ni­ce.

Pra­cę zdo­był zu­peł­nym przy­pad­kiem. W wie­ku dwu­dzie­stu trzech lat zna­lazł w me­trze port­fel na­le­żą­cy do – jak się póź­niej oka­za­ło – jed­ne­go z de­ale­rów fun­du­szu in­we­sty­cyj­ne­go Har­mo­ny In­ve­st­ment. Od­na­lazł wła­ści­cie­la i od­dał cen­ną zgu­bę, a po­ru­szo­ny jego uczci­wo­ścią de­aler za­pro­sił go na roz­mo­wę kwa­li­fi­ka­cyj­ną w swo­jej fir­mie. Za­pro­po­no­wa­li mu pra­cę w dzia­le ana­liz. Przez lata po­zna­wał taj­ni­ki ren­tow­no­ści pro­jek­tów, za­sa­dy wy­ce­ny port­fe­li in­we­sty­cyj­nych, uczył się po­ru­sza­nia w gąsz­czu in­for­ma­cji i wy­ła­py­wa­nia tych, któ­re pro­gno­zu­ją zmia­ny na ryn­ku. Po­wo­lut­ku piął się po dra­bi­nie ka­rie­ry i po­ko­ny­wał ko­lej­ne pro­gi ryn­ko­we­go wta­jem­ni­cze­nia.

Miał dwój­kę dzie­ci – sze­ścio­let­nią Oli­vię i star­sze­go o dwa lata syna o imie­niu Da­vid. Trzy lata temu stwier­dzo­no u nie­go au­tyzm. Wte­dy jego ży­cie ru­nę­ło jak do­mek z kart. Czuł, że za­szła w nim nie­od­wra­cal­na zmia­na, z któ­rą nie umiał so­bie po­ra­dzić. Jego po­strze­ga­nie świa­ta zmie­ni­ło się dia­me­tral­nie. Za­my­kał się na dłu­gie go­dzi­ny w swo­im ga­bi­ne­cie, a noce czę­sto spę­dzał w po­ko­ju syna. Pró­bo­wał zro­zu­mieć, dla­cze­go ta tra­ge­dia przy­tra­fi­ła się aku­rat jemu. Ro­bił wszyst­ko, aby na­wią­zać z mal­cem ja­ki­kol­wiek kon­takt, jed­nak wy­glą­da­ło na to, że dzie­li ich gru­by mur, przez któ­ry nie po­tra­fi się prze­bić.

Wszedł do na­szpi­ko­wa­ne­go mo­ni­to­ra­mi open spa­ce'u. Po­za­wie­sza­ne były w każ­dym moż­li­wym miej­scu oprócz su­fi­tu. Gwar pisz­czą­cych urzą­dzeń mie­szał się tu z pod­nie­sio­ny­mi gło­sa­mi pra­cow­ni­ków, two­rząc z po­zo­ru cha­otycz­ną mie­szan­kę dźwię­ków. Za każ­dym ra­zem, gdy prze­kra­czał próg win­dy na dwu­dzie­stym pią­tym pię­trze, jego zmy­sły się wy­ostrza­ły, a or­ga­nizm wrzu­cał wyż­szy bieg. Puls przy­spie­szał, jak­by pró­bo­wał do­sto­so­wać tem­po do tego pa­nu­ją­ce­go w po­miesz­cze­niu. Ha­łas dzwo­nią­cych te­le­fo­nów i brzę­czą­cych sta­cji de­alin­go­wych, któ­re sa­mym wy­glą­dem od­stra­sza­ły la­ików, pod­no­sił po­ziom ad­re­na­li­ny w or­ga­ni­zmach głod­nych suk­ce­su ban­kow­ców. W po­wie­trzu czuć było na­pię­cie i za­pach potu.

Tu mik­so­wa­ły się kon­se­kwen­cje fi­nan­so­wych de­cy­zji po­dej­mo­wa­nych na ca­łym świe­cie, a chci­wość co­dzien­nie wal­czy­ła ze stra­chem przed stra­tą. Drob­ne kre­dy­ty, oszczęd­no­ści i eme­ry­tu­ry two­rzy­ły ra­zem stru­mień pie­nię­dzy in­we­sto­wa­ny i ob­ra­ca­ny przez mło­dych, nie­kie­dy le­d­wie dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nich chło­pa­ków. Zna­leź­li się w fir­mie przez zbieg pew­nych zda­rzeń i po­śred­nio, a cza­sem i bez­po­śred­nio, de­cy­do­wa­li o przy­szło­ści fi­nan­so­wej ca­łych po­ko­leń. Ich de­cy­zje od­bi­ja­ły się na ży­ciu zwy­kłych lu­dzi; czę­sto od nich za­le­ża­ło, czy ko­goś bę­dzie stać na edu­ka­cję dzie­ci, spła­tę kre­dy­tu lub god­ną sta­rość. Zło­ci chłop­cy, jak ich na­zy­wa­no, swo­imi ope­ra­cja­mi wpły­wa­li też na glo­bal­ną go­spo­dar­kę, roz­grze­wa­jąc ją lub po­grą­ża­jąc w re­ce­sji.

Ja­mes nie są­dził, żeby pra­cow­ni­cy jego fir­my zda­wa­li so­bie z tego wszyst­kie­go spra­wę. Dla nich li­czy­ły się tyl­ko wy­kre­sy i sta­ty­sty­ki. Żą­dza zy­sku po­py­cha­ła ich cza­sa­mi do bar­dzo ry­zy­kow­nych za­cho­wań. Byli wa­bie­ni wi­zją tłu­stych bo­nu­sów, da­ją­cych czę­sto za­bez­pie­cze­nie na całe ży­cie. Roz­ło­że­nie ry­zy­ka było nie­rów­no­mier­ne, a kon­se­kwen­cje ta­kich dzia­łań mo­gły się oka­zać ka­ta­stro­fal­ne. Ja­mes do­brze ro­zu­miał ten me­cha­nizm.

Po przy­go­to­wa­niu kawy prze­ci­snął się mię­dzy pół­okrą­gły­mi biur­ka­mi na swo­je miej­sce, od­dzie­lo­ne du­ży­mi, pla­sti­ko­wy­mi szy­ba­mi od dzia­łu tak zwa­nych ryn­ków wscho­dzą­cych, gdzie sku­pia­no się głów­nie na in­we­sty­cjach w czę­ści Eu­ro­py Wschod­niej i kra­jach ta­kich jak Mek­syk, Bra­zy­lia, Chi­le, Chi­ny i In­die. Włą­czył osiem pła­skich mo­ni­to­rów, któ­re na­tych­miast za­peł­ni­ły się cy­fra­mi, wy­kre­sa­mi i se­ria­mi wia­do­mo­ści z ca­łe­go świa­ta. Gdy usiadł, na­tych­miast po­czuł moc­ne ssa­nie ni­ko­ty­no­we, spo­tę­go­wa­ne ły­kiem zro­bio­nej na szyb­ko lury. Wie­dział już, że znów nie uda­ło mu się rzu­cić pa­le­nia. Reszt­ki wąt­pli­wo­ści co do tej kwe­stii roz­wiał jego do­bry przy­ja­ciel, Bar­ry, któ­ry – gdy tyl­ko go zo­ba­czył – przy­biegł zdy­sza­ny i wy­rzu­cił z sie­bie:

– Sie­masz, Ja­mes, jak for­ma z rań­ca? Może szyb­ka fa­jecz­ka, co? Moż­na by przy­wa­lić w płuc­ko przed otwar­ciem ryn­ku.

Ja­mes tyl­ko cze­kał, aż ktoś za­pro­po­nu­je mu pa­pie­ro­sa, choć nie przy­zna­wał się do tego na­wet so­bie. Na Bar­ry’ego za­wsze mógł li­czyć. W my­ślach obie­cał so­bie oczy­wi­ście, że to ostat­ni dzień pa­le­nia. Po­krze­pio­ny my­ślą, że ma na­łóg pod kon­tro­lą, z czy­stym su­mie­niem po­szedł z kum­plem do pa­lar­ni na ty­łach nie­mniej­szej od bo­iska hali.

Był to nie­du­ży, prze­szklo­ny po­kój, w któ­rym sły­chać było tyl­ko szum wiel­kich wen­ty­la­to­rów wcią­ga­ją­cych dym pa­pie­ro­so­wy. Wy­star­czy­ło za­mknąć szczel­nie prze­zro­czy­ste drzwi, by od­ciąć się od ha­ła­su mia­sta i – jak na nie­mym fil­mie – oglą­dać syl­wet­ki prze­my­ka­ją­cych pra­cow­ni­ków biu­row­ca. Ja­mes za­sta­na­wiał się cza­sa­mi, czy szko­dli­wo­ści pa­pie­ro­sa nie re­kom­pen­so­wa­ła chwi­la ci­szy, któ­rą moż­na było się na­pa­wać w tym akwa­rium.

Po pierw­szym głę­bo­kim hau­ście Bar­ry za­czął roz­mo­wę. Wy­po­wia­da­jąc ko­lej­ne zda­nia, ob­ser­wo­wał, jak z jego ust wy­la­tu­je rzad­ki, nie­bie­ska­wy dym. Ja­mes pa­trzył na przy­ja­cie­la i za­sta­na­wiał się, czy pa­pie­ros spra­wiał mu taką samą przy­jem­ność jak jemu. I za­raz po­ja­wia­ły się ko­lej­ne py­ta­nia. Czy od­czu­cia in­nych lu­dzi były po­dob­ne jak jego? A może wi­dzie­li ko­lo­ry, czu­li sma­ki, za­spo­ka­ja­li swo­je przy­jem­no­ści zu­peł­nie ina­czej? Je­śli tak, to od cze­go to za­le­ża­ło? Czy bo­ga­te­mu gru­ba­so­wi zwy­czaj­na ka­nap­ka z be­ko­nem sma­ko­wa­ła tak jak bez­dom­ne­mu me­ne­lo­wi? Mó­wi­my, że coś jest słod­kie, ale czy dla in­nej oso­by jest tak samo słod­kie jak dla nas? Czyż ka­pi­ta­lizm nie za­wład­nął świa­to­wym ryn­kiem wła­śnie dla­te­go, że lu­dzie w tak róż­ny spo­sób za­spo­ka­ja­li swe pod­sta­wo­we po­trze­by, ta­kie jak od­ży­wia­nie, sen czy seks?

– Hej, mó­wię do cie­bie! Co się z tobą dzie­je?!

Ja­mes uświa­do­mił so­bie, że war­gi roz­mów­cy wciąż się po­ru­sza­ły, ale głos kum­pla le­d­wie po­ko­ny­wał za­po­rę z jego my­śli. Do­pie­ro gdy Bar­ry krzyk­nął, wy­rwał się z za­du­my. Żar pa­pie­ro­sa po­wo­li zbli­żał się do fil­tra.

– Prze­pra­szam cię, za­my­śli­łem się. Co mó­wi­łeś?

Bar­ry się za­śmiał, wy­jął pacz­kę i skie­ro­wał ją w stro­nę Ja­me­sa.

– Masz, za­pal so­bie jesz­cze jed­ne­go – za­chę­cił. – Chy­ba kiep­sko spa­łeś. Py­ta­łem o te ob­li­ga­cje. Jak ob­sta­wiasz, pój­dą jesz­cze w dół? Nie­zły tam syf mają, cho­dzą plot­ki, że Hisz­pa­nia pój­dzie w śla­dy Gre­cji…

– Tak, to praw­da. Ale, wiesz, me­dia lu­bią ta­kie sen­sa­cje…

– No wiem, ale nie zmie­nia to fak­tu, że mam tro­chę ku­pio­nych pa­pie­rów na po­zy­cji, zwłasz­cza tych cho­ler­nych dzie­się­cio­lat­ków. I wła­śnie nie wiem, czy ich nie sprze­dać.

– Tyl­ko co da­lej…

– Mógł­bym za­miast nich na­być tro­chę krót­szych, te przy­naj­mniej nie la­ta­ją w tę i na­zad. Strasz­nie ta zmien­ność mi się od­ci­ska na port­fe­lu. – Bar­ry ana­li­zo­wał sy­tu­ację, za­cią­ga­jąc się co chwi­lę.

– A ile tego masz?

– Ja­kieś pół­to­ra mi­liar­da euro.

– Ożeż w mor­dę, chło­pie, to żeś nie­źle tego na­zbie­rał. Two­je chło­pa­ki o tym wie­dzą?

– Zwa­rio­wa­łeś?! – wzdry­gnął się Bar­ry. – Każ­dy ma od­dziel­ny port­fel, tyl­ko ja mam pod­gląd na ca­łość…

– A góra?

– Góra ma to w du­pie, po­wiem ci. Oczy­wi­ście, że wie­dzą, ale oni nie od­róż­nią ob­li­ga­cji od ak­cji, ich in­te­re­su­je tyl­ko zysk, Ja­mes. W ze­szłym roku mie­li­śmy szes­na­ście i pół mi­lio­na zy­sku na tym kon­kret­nym port­fe­lu, więc wie­rzą śle­po, że wszyst­ko jest pod kon­tro­lą. Poza tym oni nie pierd­ną bez kon­sul­ta­cji ze mną, sam wiesz…

– Sta­ry, ale wiesz, co bę­dzie, jak za­cznie­cie wy­prze­da­wać? Może po­cze­kaj jesz­cze tro­chę. Wkrót­ce ma się od­być ta kon­fe­ren­cja ban­ków cen­tral­nych z ca­łe­go świa­ta, co to ją za­po­wia­da­li od daw­na. Mają de­ba­to­wać nad wspól­ną po­li­ty­ką mo­ne­tar­ną, przed­sta­wić pro­gram na­praw­czy i my­ślę, że jak go klep­ną, to ceny tro­chę po­dej­dą. Nie ma co się wy­ry­wać przed sze­reg. Jak ty się zde­cy­du­jesz, to resz­ta może zro­bić to samo. Wiesz, co to ozna­cza. Lu­dzie za­czną wy­cho­dzić nie tyl­ko z Hisz­pa­nii, ale i z Włoch, Por­tu­ga­lii, nie mó­wiąc o ryn­kach wscho­dzą­cych. Wszyst­ko się zje­bie jak do­mi­no. Z taką po­zy­cją mo­że­cie zro­bić nie­zły ba­ła­gan…

– A co mnie tam, kur­wa, resz­ta, trze­ba być pierw­szym w tym biz­ne­sie, Ja­mes – prze­rwał mu ostro Bar­ry. – Trzy­mam to gów­no już parę mie­się­cy, każ­dy wie, że ma go­rą­ce­go kar­to­fla w port­fe­lu, ale boją się po­ka­zać jak du­że­go. Jak sprze­dam te­raz, to jesz­cze mam szan­sę do­stać do­brą cenę, stra­cę tro­chę, wia­do­mo, ale nie ma bólu. Ja­mes, nie mu­szę ci mó­wić, że naj­waż­niej­sza w tej ro­bo­cie jest in-for-mac-ja. Kto ma ją pierw­szy, ten wy­gry­wa.

– To co za­mie­rzasz?

– Słu­chaj… – Bar­ry zbli­żył się kon­spi­ra­cyj­nie do Ja­me­sa. – Za­nim za­cznę tę ak­cję, dam cynk moim bro­ke­rom i z fu­tu­res, i z opcji za­ła­du­je się każ­dy moż­li­wy in­stru­ment. Z tą wie­dzą mogę za­ro­bić na­praw­dę nie­złą sum­kę, jed­no­cze­śnie po­zby­wa­jąc się cho­ler­stwa.

Ja­mes aż od­sko­czył. Ża­ło­wał, że dał się wcią­gnąć w tę roz­mo­wę.

– Słu­chaj, sta­ry, nie wiem i nie chcę wie­dzieć, co kom­bi­nu­jesz – pod­niósł ręce w obron­nym ge­ście – ale po­wiem ci, że jak się ktoś o tym do­wie, to bę­dziesz miał prze­sra­ne. Zda­jesz so­bie z tego spra­wę, nie? Za­raz na gło­wie bę­dziesz miał ko­mi­sję. Będą szpe­rać i wę­szyć. Te­raz są bar­dzo wy­czu­le­ni na wszel­kie­go typu kom­bi­na­cje. Uwa­żaj, Bar­ry…

– Ja­mes, nie ta­kie nu­me­ry się ro­bi­ło. – Bar­ry mach­nął nie­dba­le. – Kto nie ry­zy­ku­je, ten nie je ka­wio­ru, nie? Ty o ni­czym nie wiesz i jak­by co, to nie było roz­mo­wy, okej? – za­py­tał, po czym po­kle­pał kum­pla po ra­mie­niu, zwal­nia­jąc go z wszel­kiej od­po­wie­dzial­no­ści. – Mó­wię ci to wszyst­ko, bo je­steś je­dy­ną oso­bą, któ­rej mogę za­ufać. I mu­sisz mi tro­chę po­móc. Wiesz, cho­dzi o te two­je ana­li­tycz­ne pier­dy, któ­rych ni­g­dy nie mo­głem ogar­nąć.

– Spo­ko, mo­żesz na mnie li­czyć. Daj znać, to zro­bię ci sy­mu­la­cję two­jej po­zy­cji w róż­nych wa­rian­tach stóp pro­cen­to­wych. Bę­dziesz wie­dział do­kład­nie, na czym sto­isz i jak to wszyst­ko za­bez­pie­czyć, do­bra? – Ja­mes z ulgą wró­cił na zna­ny grunt. Cie­szył się, że nie zo­stał wcią­gnię­ty głę­biej w po­dej­rza­ne trans­ak­cje.

– Spo­ko, stoi. Jak już się upo­ra­my z tym gów­nem, to może trach­nie­my w koń­cu ja­kiś bro­wa­rek po ro­bo­cie, co? Bę­dzie o czym ga­dać.

– Do­bra, ale tyl­ko je­den! Nie tak jak po­przed­nio. – Po­gro­ził mu pal­cem Ja­mes.

–No ba! Do­bra, idzie­my, bo za­raz się za­cznie.

Wró­ci­li szyb­kim kro­kiem na halę. Dzień pra­cy trwał już w naj­lep­sze. In­fla­cja w Sta­nach wy­szła wyż­sza, niż ocze­ki­wa­no, a ceny ame­ry­kań­skich dzie­się­cio­let­nich ob­li­ga­cji spa­dły, po­wo­du­jąc po­waż­ne stra­ty w port­fe­lach wie­lu de­ale­rów. Ja­me­sa cał­ko­wi­cie po­chło­nął świat cyfr. Czuł się jak nu­rek scho­dzą­cy pod wodę, gdzie nie do­cie­rał ża­den ha­łas z po­wierzch­ni. Sły­szał tyl­ko stu­kot wła­snej kla­wia­tu­ry, a jego wzrok nie no­to­wał ni­cze­go poza ko­lum­na­mi liczb, da­nych i in­for­ma­cji prze­su­wa­ją­cych się na ekra­nach.

Sku­pił się na ana­li­zie ob­li­ga­cji, wy­ce­niał ich ren­tow­ność i ry­zy­ko za­ku­pu przy pro­gno­zach zmia­ny stóp pro­cen­to­wych. Cały dzień za­ję­ło mu ob­li­cza­nie róż­ne­go ro­dza­ju współ­czyn­ni­ków, śle­dze­nie wy­kre­sów i pi­sa­nie re­ko­men­da­cji. Im da­lej wcho­dził w gąszcz da­nych, tym bar­dziej wąt­pił, czy to, co robi, w ogó­le ma sens. Cza­sa­mi miał wra­że­nie, że ana­li­tyk mógł­by rów­nie do­brze spy­tać ośmio­lat­ka, co ku­pić, i ubrać to pięk­nie w licz­by i wy­kre­sy. Co­raz czę­ściej uświa­da­miał so­bie, jak mało przy­dat­ne są te wszyst­kie mo­de­le eko­no­me­trycz­ne, któ­re kosz­to­wa­ły bank mi­lio­ny do­la­rów rocz­nie. Za­sad ryn­ku nie dało się po­znać na­wet dzię­ki naj­wy­myśl­niej­szym al­go­ryt­mom, bo­wiem to wy­pad­ko­wa mi­lio­nów de­cy­zji po­szcze­gól­nych kon­su­men­tów kie­ro­wa­ła prze­bie­giem tego pro­ce­su.

Przed ocza­mi Ja­mes wciąż miał gru­ba­sa i bez­dom­ne­go klo­szar­da, chi­cho­czą­ce­go dia­bo­licz­nie. Po­ja­wia­ły się też twa­rze in­nych to­wa­rzy­szy po­dró­ży me­trem, roz­mna­ża­ły się jak bak­te­rie, aż w koń­cu utwo­rzy­ły spo­ry tłum. Gdzieś z tyłu gło­wy wciąż dźwię­cza­ły mu sło­wa Bar­ry’ego… Wie­dział, że jego de­cy­zja może za­chwiać ryn­kiem eu­ro­obli­ga­cji przy tej wraż­li­wo­ści, a zwa­żyw­szy na kry­zys świa­to­wy, wy­wo­łać rów­nież efekt la­wi­ny. Wszyst­kie ana­li­zy wy­mą­drza­ją­cych się w po­waż­nych pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych spe­cja­li­stów moż­na było o kant dupy po­tłuc. De­cy­zja jed­ne­go czło­wie­ka mo­gła prze­kre­ślić set­ki go­dzin pra­cy eks­per­tów fi­nan­so­wych.

Z tego po­wo­du Ja­mes pra­wie w ogó­le nie ufał mo­de­lom za­twier­dzo­nym przez bank, wo­lał po­le­gać na in­tu­icji. Sta­rał się wią­zać dane fi­nan­so­we z za­cho­wa­nia­mi kon­su­men­tów. Czuł, że ro­zu­mie ten me­cha­nizm, że sły­szy każ­dy brzęk od­bi­ja­ją­cej się kuli i jest w sta­nie prze­wi­dzieć kąt jej od­bi­cia. Ro­zu­miał tę grę każ­dym zmy­słem. Wskaź­ni­ki ukła­da­ły mu się w lo­gicz­ne cią­gi, żon­glo­wał nimi, two­rząc mnó­stwo sce­na­riu­szy, a po­tem wy­bie­rał naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne.

– Żeż kur­wa mać!

Okrzyk do­biegł zza jego ple­ców. W se­kun­dę ja­kaś siła wy­rwa­ła go z wy­obra­żo­nej ot­chła­ni ludz­kich in­te­rak­cji. Od­wró­cił się szyb­ko i na­tknął wzro­kiem na Bar­ry’ego, ga­pią­ce­go się na wiel­ką pla­mę kawy na swo­jej ko­szu­li.

– Co za cho­le­ra wy­my­śli­ła te pla­sti­ko­we po­kryw­ki? Ko­szu­la za dwie­ście do­lców, w mor­dę. – Wście­kał się, strze­pu­jąc kro­ple go­rą­ce­go pły­nu. – Mu­szę je­chać ku­pić coś do ubra­nia. Jak mnie klient ta­kie­go zo­ba­czy, to może i da mi kasę, ale na pral­nię. Weź tam po­wiedz, że mu­sia­łem wyjść i nie­dłu­go będę.

– Nie ma pro­ble­mu, uda­nych za­ku­pów – od­po­wie­dział Ja­mes i okrę­ciw­szy się wo­kół krze­sła, po­wró­cił do świa­ta liczb.

Mi­ja­ła jed­nak szes­na­sta, a Bar­ry nie wra­cał. Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Ja­mes ode­brał te­le­fon.

– Słu­chaj, Ja­mes, kur­wa, sta­ry, prze­pra­szam cię, wdep­ną­łem w taki strasz­ny ko­rek, że nie zda­jesz so­bie spra­wy! – wy­krzy­ki­wał Bar­ry. – Ja­kiś ko­leś wy­padł z je­de­na­ste­go pię­tra, chy­ba sa­mo­bój­stwo, czu­jesz? Okrop­na spra­wa. No i całe cen­trum, wy­obra­żasz so­bie, stoi…

Ja­mes od razu przy­po­mniał so­bie gru­be­go biz­nes­me­na z me­tra. Przez chwi­lę miał przed ocza­mi jego ogrom­ne ciel­sko pę­dzą­ce w dół, by roz­trza­skać się z hu­kiem o za­par­ko­wa­ny pod biu­row­cem sa­mo­chód, co wy­wo­ła­ło szok prze­cho­dzą­cych aku­rat lu­dzi. Po­tem le­żał i pa­trzył na nie­go swo­imi świń­ski­mi oczka­mi. „Mia­łeś ra­cję, Ja­mes, to moja wina… Nie chcę już żyć…” – zda­wa­ły się szep­tać jego sine usta.

– Halo, je­steś tam? – darł się do słu­chaw­ki Bar­ry.

Ja­mes po­rzu­cił upior­ne ob­ra­zy i wró­cił do roz­mo­wy.

– Tak, tak… Coś aku­rat ro­bi­łem. Fak­tycz­nie, strasz­na hi­sto­ria!

– Słu­chaj, Ja­mes – kon­ty­nu­ował Bar­ry. – Nie wró­cę już do ro­bo­ty, po­wiedz chło­pa­kom, żeby ja­koś za­mknę­li dzień i nie ro­bi­li nic głu­pie­go, okej?

– Ja­sne, sta­ry, oczy­wi­ście. Trzy­maj się, no i do ju­tra.

Do­pie­ro gdy Ja­mes odło­żył te­le­fon, do­tar­ło do nie­go, że nie za bar­dzo wie­dział, komu miał prze­ka­zać sło­wa przy­ja­cie­la. Zdał so­bie spra­wę, że tak na­praw­dę je­dy­ną oso­bą, któ­rą znał w biu­rze, był Bar­ry. Nie utrzy­my­wał z ni­kim kon­tak­tu. Jego sta­no­wi­sko pra­cy było naj­więk­sze, od­dzie­lo­ne prze­zro­czy­sty­mi szy­ba­mi od resz­ty, co sku­tecz­nie unie­moż­li­wia­ło in­te­gra­cję. Czuł się jak ryba w akwa­rium. Ryba, któ­ra mu­sia­ła te­raz wyjść ze swo­je­go szkla­ne­go pu­dła i po­być tro­chę wśród lu­dzi, w nie­sprzy­ja­ją­cym śro­do­wi­sku. Ogar­nę­ła go pa­ni­ka i do­pie­ro kie­dy otrzy­mał od Bar­ry’ego ese­me­sa, że już wszyst­ko za­ła­twił i nie musi so­bie ni­czym za­wra­cać gło­wy, ode­tchnął z ulgą.

Mógł zo­stać w swo­jej klat­ce.

Ry­nek ame­ry­kań­ski po­wo­li zwal­niał, aby prze­ka­zać pa­łecz­kę gieł­dom w Azji, któ­re wła­śnie przy­go­to­wy­wa­ły się do star­tu. Bieg nie usta­wał. Kie­dy Azja koń­czy­ła, na to­rze roz­grze­wa­ła się Eu­ro­pa. Każ­dy uczest­nik spo­zie­rał na prze­ciw­ni­ka i gdy je­den przy­spie­szał, resz­ta po­dą­ża­ła za nim. A kie­dy zwal­niał, po­zo­sta­li bra­li głęb­szy od­dech.

Ja­mes był wy­czer­pa­ny. W jego gło­wie na­dal kłę­bi­ły się my­śli do­ty­czą­ce ryn­ku, ale po­wo­li za­ni­ka­ły, jak ostat­nie pro­mie­nie słoń­ca.

Od cza­su, kie­dy do­wie­dział się o za­bu­rze­niu syna, pra­ca nie da­wa­ła mu żad­nej sa­tys­fak­cji, a kon­tak­ty z oto­cze­niem były co­raz więk­szym pro­ble­mem. Je­dy­ną ra­dość czer­pał z chwil, w któ­rych za­my­kał się w świe­cie liczb, jego wła­snym za­kąt­ku wszech­świa­ta. Każ­dy dzień był taki sam jak po­przed­ni, po­wta­rzał się w ryt­mie otwie­ra­nia i za­my­ka­nia świa­to­wych giełd. Tym sa­mym po­cią­giem wciąż do­cie­rał do tych sa­mych przy­stan­ków o tych sa­mych go­dzi­nach. Za­kła­dał ma­skę, uda­wał oso­bę, któ­rą już nie był, i grał swo­ją rolę od ósmej trzy­dzie­ści do sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści. Wcho­dził w ty­łek lu­dziom, któ­rym naj­chęt­niej dał­by w mor­dę. La­wi­ro­wał, spraw­dza­jąc je­dy­nie, czy ktoś za jego ple­ca­mi nie pró­bu­je go wy­gryźć i za­jąć jego miej­sca.

Sam już nie wie­dział, kie­dy był sobą – w pra­cy czy poza nią.

Czuł się osa­czo­ny, chciał się wy­rwać z tej mat­ni, ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem. Za­sma­ko­wać tro­chę wol­no­ści. Zro­bić coś sza­lo­ne­go, wy­sko­czyć z pę­dzą­ce­go po­cią­gu, speł­nić ma­rze­nia, któ­re miał za mło­du. Chciał cie­szyć się ży­ciem i czer­pać z nie­go gar­ścia­mi, jak to ro­bił kie­dyś. Jed­nak ro­dzi­na, zo­bo­wią­za­nia i wy­dat­ki sku­tecz­nie od­cią­ga­ły go od ma­rzeń, a za­bu­rze­nie dziec­ka tłu­mi­ła wszel­ką ra­dość. W naj­śmiel­szych ma­rze­niach nie ocze­ki­wał, że bę­dzie za­ra­biał wię­cej niż pięć ty­się­cy do­lców mie­sięcz­nie, nie mó­wiąc już o wła­snym domu w nie­złej dziel­ni­cy, do­brym sa­mo­cho­dzie czy po­sa­dzie w naj­więk­szej in­sty­tu­cji fi­nan­so­wej, a mimo to nie czuł się szczę­śli­wy.

A prze­cież tyle razy to so­bie wy­obra­żał w mło­do­ści. To był cel każ­de­go ab­sol­wen­ta pre­sti­żo­wej szko­ły eko­no­micz­nej. Po­cho­dził z ubo­giej ro­dzi­ny, le­d­wo wią­żą­cej ko­niec z koń­cem. Oj­ciec wy­dał ostat­nie pie­nią­dze, żeby za­spo­ko­ić swo­je nie­zre­ali­zo­wa­ne am­bi­cje i wy­słać go na stu­dia. Za­wsze mó­wił mu, że chce dla nie­go in­ne­go ży­cia, Ja­mes wie­dział jed­nak, że tak na­praw­dę li­czył, że syn osią­gnie to, co jemu się nie uda­ło. Z po­dzi­wem pa­trzył na lu­dzi w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach. Par­ko­wa­li swo­je luk­su­so­we sa­mo­cho­dy za pa­rę­set ty­się­cy do­la­rów, cią­gle się do­kądś spie­szy­li, nie roz­sta­wa­li się z ko­mór­ka­mi. Za­ła­twia­li skom­pli­ko­wa­ne wie­lo­mi­lio­no­we kon­trak­ty. Strasz­nie mu to im­po­no­wa­ło. Nie li­czył, że kie­dy­kol­wiek bę­dzie jed­nym z nich, ale nikt nie za­bro­nił mu o tym ma­rzyć.

Gdy wy­szedł z bu­dyn­ku, na po­wrót po­chło­nął go układ krwio­no­śny mia­sta. Te­raz krew pły­nę­ła w dru­gą stro­nę.

W me­trze znów za­jął swo­je sta­łe miej­sce. Na­le­ża­ło do nie­go od wie­lu lat. Ro­zej­rzał się i zo­ba­czył zna­jo­me twa­rze, lu­dzi, któ­rych spo­ty­kał co­dzien­nie, a o któ­rych nie­mal nic nie wie­dział. Coś jed­nak mu nie pa­so­wa­ło… Jed­no miej­sce było pu­ste. Miej­sce gru­ba­sa. Współ­to­wa­rzy­sze rów­nież mu­sie­li do­strzec tę ano­ma­lię. Spoj­rzał ko­lej­no na każ­de­go z nich. W na­pię­ciu ocze­ki­wał, że biz­nes­men z wy­raź­ną nad­wa­gą przy­bie­gnie zdy­sza­ny w ostat­niej chwi­li. Gdy po­ciąg ru­szył, miał ocho­tę nie­mal krzyk­nąć do ma­szy­ni­sty, aby po­cze­kał… Za­miast swo­je­go gło­su usły­szał jed­nak chrzęst za­my­ka­ją­cych się drzwi. Czuł, że ta mała, nie­zna­czą­ca dla po­stron­ne­go wi­dza zmia­na w ukła­dzie pa­sa­że­rów po­ru­szy­ła ko­lej­ną kul­kę na naj­więk­szej plan­szy.

W koń­cu do­tarł do swo­jej sta­cji. Po­wie­trze było przy­jem­nie cie­płe, więc nie spie­szył się do domu. Spa­ce­ro­wał spo­koj­ną, bo­ga­tą dziel­ni­cą przy­ozdo­bio­ną licz­ny­mi za­gaj­ni­ka­mi i rów­no przy­cię­ty­mi traw­ni­ka­mi. Ci­szę wie­czo­ru za­kłó­ca­ły tyl­ko świersz­cze i syk zra­sza­czy do tra­wy. Nie było tu wie­lu pie­chu­rów, dziel­ni­ca wy­glą­da­ła jak opusz­czo­na. Nie­któ­rzy miesz­kań­cy upra­wia­li jog­ging, ale więk­szość nie wy­ściu­bia­ła nosa z do­mów i sa­mo­cho­dów, któ­re par­ko­wa­li od razu w ga­ra­żach. Ucie­ka­li przed świa­tem ze­wnętrz­nym, by za­mknąć się w swo­im wła­snym.

Ja­mes uwiel­biał spa­ce­ro­wać. Za­pach świe­żo sko­szo­nej tra­wy i wie­czor­ne­go po­wie­trza bar­dzo go re­lak­so­wał. Do­tarł wła­śnie do ład­ne­go kla­sycz­ne­go bu­dyn­ku, oto­czo­ne­go pięk­nie przy­strzy­żo­ny­mi tu­ja­mi, do­brze kom­po­nu­ją­cy­mi się z ku­tym ogro­dze­niem. Z du­żych okien fron­to­wych biło przy­jem­nie cie­płe świa­tło, szar­pa­ne od cza­su do cza­su cie­nia­mi krzą­ta­ją­cych się po sa­lo­nie do­mow­ni­ków. Skie­ro­wał się do wej­ścia.

– Hej, ko­cha­nie, je­stem! – otwo­rzył drzwi i rzu­cił w kąt tecz­kę z pa­pie­ra­mi.

– Cześć, naj­droż­szy, jak tam ci mi­nął dzio­nek?

Lo­re­en wła­śnie koń­czy­ła przy­go­to­wy­wać ko­la­cję. Ob­ci­sły far­tuch sek­sow­nie pod­kre­ślał jej za­dba­ną syl­wet­kę.

– Ech, szko­da ga­dać – wes­tchnął i opadł na krze­sło. – Kry­zys jest co­raz bar­dziej od­czu­wal­ny. Nie wiem, co to bę­dzie. Za­czy­na­my prze­ja­dać na­sze oszczęd­no­ści.

– Och, ko­cha­nie, ko­cha­nie, nie wiem, ile razy już to sły­sza­łam. – Ko­bie­ta po­de­szła do męża i piesz­czo­tli­wie roz­czo­chra­ła mu wło­sy. – Ja­koś wciąż pra­cu­jesz, re­gu­lar­nie jeź­dzi­my na wa­ka­cje i ni­cze­go nam nie bra­ku­je. Nie martw się tak bar­dzo, czu­ję, że bę­dzie do­brze, a wiesz, że na ko­bie­cej in­tu­icji moż­na po­le­gać.

– No, niby tak, ale te­raz jest ina­czej. Coś wisi w po­wie­trzu, mó­wię ci. A co tam u dzie­cia­ków, były grzecz­ne?

– W po­rząd­ku. Oli­vię do­pie­ro co ode­bra­łam ze szko­ły.

– A Da­vid? Jak on się czu­je? Coś się zmie­ni­ło? – za­py­tał me­cha­nicz­nie, ale w jego to­nie sły­chać było rów­nież na­dzie­ję na to, że od­po­wiedź tym ra­zem bę­dzie inna niż zwy­kle.

– Nie, ko­cha­nie, nie­ste­ty. – Lo­re­en wes­tchnę­ła i za­wie­si­ła wzrok gdzieś w dali. Nie prze­sta­wa­ła gła­dzić wło­sów Ja­me­sa.

– Cały czas sie­dzi przed kom­pu­te­rem i pi­sze te swo­je cy­fer­ki? – do­py­ty­wał.

Ko­bie­ta ski­nę­ła gło­wą.

– Cho­le­ra, już sam nie wiem, co o tym wszyst­kim są­dzić. Tak jak­by był pod­łą­czo­ny do tego swo­je­go kom­pu­te­ra. Ostat­nio na­wet z nim śpi. Nie da go so­bie za­brać. Raz pró­bo­wa­łem, to za­czął prze­raź­li­wie wrzesz­czeć. Le­karz niby mó­wił, że to ty­po­we w jego sta­nie. Po­wo­li tra­cę na­dzie­ję, że kie­dyś bę­dzie nor­mal­ny.

– Nie martw się, wszyst­ko bę­dzie do­brze, skar­bie. W spek­trum au­ty­zmu naj­waż­niej­sze są cier­pli­wość i wy­trwa­łość, nie mo­że­my się pod­da­wać.

– Wiem, ko­cha­nie, wiem. Ale to ta­kie trud­ne. Jesz­cze gdy­bym ro­zu­miał te wszyst­kie jego licz­by, rów­na­nia. Ale to dla mnie kom­plet­nie nie­po­ję­te. Wiesz co, Lo­re­en? Cza­sa­mi my­ślę, że on chce nam coś po­wie­dzieć. Nie od­no­sisz ta­kie­go wra­że­nia? By­łem na­wet u jed­ne­go ma­te­ma­ty­ka, mó­wi­łem ci?

– Tak, ko­cha­nie, ale nie wi­dział w tym ni­cze­go sen­sow­ne­go – przy­po­mnia­ła Lo­re­en.

– No wła­śnie… – Ja­mes wes­tchnął cięż­ko. – Stwier­dził, że jest w tym ja­kiś po­rzą­dek, kon­sul­to­wał się na­wet z ko­le­ga­mi, ale nie­ste­ty, nie roz­wi­kłał tej za­gad­ki. Naj­gor­sze, że do­tych­czas nie było tego typu przy­pad­ków na świe­cie. Prze­trzą­sną­łem chy­ba cały in­ter­net. Były inne. Pa­mięć ab­so­lut­na, słuch ab­so­lut­ny, ma­lar­ski ge­niusz. Ale nie było jesz­cze sa­wan­ta, któ­ry by two­rzył ja­kieś al­go­ryt­my czy wzo­ry ma­te­ma­tycz­ne. I aku­rat nam się to przy­tra­fi­ło. Nie­od­ko­do­wa­ny ge­niusz… Ale pew­ne­go dnia może los się do nas uśmiech­nie. Wie­rzysz w to? – Spoj­rzał na żonę szkli­sty­mi ocza­mi, szu­ka­jąc po­cie­sze­nia.

– Mu­si­my, ko­cha­nie, pró­bo­wać, w koń­cu bę­dzie ja­kiś prze­łom, wie­rzę w to, na­praw­dę – od­par­ła pręd­ko. – Nie wy­obra­żasz so­bie, jak bar­dzo bym chcia­ła, żeby ten dra­mat się już za­koń­czył.

– Ja też bym chciał, Lo­re­en, ale to już tyle lat. Po­wo­li za­cie­ra­ją mi się wspo­mnie­nia z cza­sów, jak był nie­zdia­gno­zo­wa­ny – po­wie­dział Ja­mes ci­cho i przy­cią­gnął żonę do sie­bie. Nie chciał, żeby wi­dzia­ła łzy na­pły­wa­ją­ce mu do oczu.

Za­pach jej per­fum spra­wił, że żal ustą­pił miej­sca pod­nie­ce­niu. Za­czął de­li­kat­nie gła­dzić Lo­re­en po ple­cach, po­tem scho­dzić co­raz ni­żej po bio­drach, aż w koń­cu za­trzy­mał się na ak­sa­mit­nych no­gach. Lo­re­en na­chy­li­ła się i mu­snę­ła go de­li­kat­nie usta­mi w oko­li­cach ucha. Do­tyk jej warg i gład­kość skó­ry wy­czu­wa­na pal­ca­mi wy­wo­ła­ły przy­jem­ny dreszcz. Przy­ci­snął ją moc­niej, aż po­czuł jędr­ne pier­si przy­wie­ra­ją­ce do jego ra­mie­nia, i po­żą­da­nie wy­buch­nę­ło z całą mocą. Za­chę­co­ny jej przy­spie­szo­nym od­de­chem, de­li­kat­nie wsu­nął rękę pod jej majt­ki, chwy­cił łap­czy­wie za po­ślad­ki i pod­niósł pręd­ko. Lo­re­en ci­cho jęk­nę­ła, oplo­tła go swo­imi dłu­gi­mi no­ga­mi i ca­ło­wa­ła co­raz za­chłan­niej po szyi, pod­czas gdy jego pal­ce za­ci­snę­ły się na jej po­ślad­kach.

– Stę­sk­ni­łem się za tobą – wy­szep­tał, dy­sząc co­raz szyb­ciej.

– Nie ga­daj tyle, tyl­ko mnie weź, ko­cha­nie.

Ja­mes nie za­mie­rzał się jej sprze­ci­wiać. Za­niósł ją na blat ku­chen­ny, nie prze­sta­jąc łap­czy­wie ca­ło­wać. Czuł, jak jej pa­znok­cie raz za ra­zem wbi­ja­ją mu się w ple­cy. W koń­cu ze­rwał z niej ską­pą bluz­kę, któ­rą mia­ła pod far­tu­chem, i spraw­nym ru­chem roz­piął sta­nik.

– Ja­mes, weź mnie, pro­szę, te­raz! Nie wy­trzy­mam! Ko­chaj się ze mną! – szep­ta­ła roz­pa­lo­na Lo­re­en.

Dłu­żej nie mógł się po­wstrzy­my­wać. Ro­ze­rwał ko­szu­lę, uka­zu­jąc swój lek­ko owło­sio­ny tors, a Lo­re­en w tym cza­sie roz­pię­ła mu pa­sek. Po­czuł, jak jej cie­pło ogar­nia go ca­łe­go. Ci­szę za­kłó­cał jej roz­go­rącz­ko­wa­ny od­dech, prze­pla­ta­ny co­raz gło­śniej­szy­mi ję­ka­mi. Obo­je przy­spie­sza­li, pcha­ni falą eks­ta­zy. Wie­dzie­li, że zbli­ża się ten upra­gnio­ny mo­ment. Ostat­nie chwi­le były zu­peł­nie sza­lo­ne. Ru­nę­li na szaf­kę, zwa­la­jąc z ku­chen­ne­go bla­tu kil­ka na­czyń, któ­re z brzę­kiem roz­sy­pa­ły się po pod­ło­dze. Nie li­czy­ło się już nic, ani dzie­ci, ani ra­chun­ki, waż­ny był tyl­ko ten je­den mo­ment, trwa­ją­cy se­kun­dy, ale ma­ją­cy nie­wy­obra­żal­ną moc.

Na­gle Lo­re­en krzyk­nę­ła, a Ja­mes ze­sztyw­niał jak po­ra­żo­ny prą­dem. Czas się dla nich za­trzy­mał. Za­sty­gli, na­pa­wa­jąc się bły­skiem roz­ko­szy. Ża­ło­wa­li je­dy­nie, że tak krót­ko trwał. Chcie­li za­trzy­mać tę chwi­lę jak naj­dłu­żej, ale ode­szła w nie­byt nie­po­strze­że­nie. Jesz­cze przez ja­kiś czas od­po­czy­wa­li w swo­ich ob­ję­ciach, nie prze­sta­jąc dy­szeć.

– Ko­cham cię – szep­nął Ja­mes, gdy jego od­dech się nie­co usta­bi­li­zo­wał.

– Wiem, Ja­mes, wiem. Ja cie­bie też – od­par­ła rów­nie ci­cho Lo­re­en i zna­la­zła usta­mi jego szy­ję, a po­tem po­skle­ja­ne wło­sy. – Mu­si­my tu­taj po­sprzą­tać, bo nie­źle na­roz­ra­bia­li­śmy – do­da­ła, zer­k­nąw­szy na kub­ki i garn­ki wa­la­ją­ce się po pod­ło­dze.

– Oj tak. – Uśmiech­nął się. – Mam na­dzie­ję, że ni­ko­go nie obu­dzi­li­śmy – do­dał, po czym wstał i za­czął zbie­rać na­czy­nia.

Lo­re­en za­raz do nie­go do­łą­czy­ła. Po­wo­li wra­ca­li do rze­czy­wi­sto­ści.

Gdy w kuch­ni pa­no­wał już po­rzą­dek, Ja­mes po­szedł na górę upew­nić się, że dzie­ci nic nie sły­sza­ły. Wszedł po ci­chu do po­ko­ju có­recz­ki. Sze­ścio­let­nia pięk­ność o dłu­gich, kasz­ta­no­wych wło­sach spa­ła słod­ko, przy­tu­lo­na do plu­szo­we­go pie­ska. Pod­szedł do niej i po­ca­ło­wał ją w czo­ło, gła­dząc jej opa­da­ją­ce na pulch­ną twa­rzycz­kę loki. Była jego skar­bem. Dzię­ki niej było mu ła­twiej prze­trwać ko­lej­ne trud­ne dni.

Na­stęp­nie po­szedł do Da­vi­da. Chło­piec nie spał. Sie­dział wpa­trzo­ny w ekran kom­pu­te­ra. Nie­bie­ska­we świa­tło roz­świe­tla­ło mło­dą, pie­go­wa­tą twarz, na któ­rą spa­da­ły ja­sne, krę­co­ne wło­sy. Utkwił wzrok w mo­ni­to­rze za­peł­nio­nym rzę­da­mi skom­pli­ko­wa­nych dzia­łań ma­te­ma­tycz­nych. Jego pal­ce ska­ka­ły ryt­micz­nie po kla­wia­tu­rze, do­da­jąc do wzo­rów ty­sią­ce no­wych znacz­ków. Kla­wi­sze wy­da­wa­ły dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy od­głos kro­pel desz­czu ude­rza­ją­cych o pa­ra­pet. Poza tym w po­ko­ju pa­no­wa­ła ci­sza.

Da­vid na­wet nie drgnął, kie­dy Ja­mes zbli­żył się do nie­go. Moż­na było od­nieść wra­że­nie, że chło­piec zo­stał za­mknię­ty w nie­wi­dzial­nym, her­me­tycz­nym po­miesz­cze­niu, do któ­re­go nie do­cho­dzi­ły żad­ne bodź­ce ze świa­ta ze­wnętrz­ne­go. Był zu­peł­nie po­chło­nię­ty swo­imi licz­ba­mi.

Ja­mes ob­jął syna, po­ca­ło­wał go w czo­ło i dłu­go pa­trzył, jak wpi­su­je ko­lej­ne cy­fry i sym­bo­le.

– Gdy­bym wie­dział, co sie­dzi w two­jej gło­wie… – szep­nął z wes­tchnie­niem i skie­ro­wał się do drzwi.

Zo­sta­wił Da­vi­da sam na sam z kom­pu­te­rem i zre­zy­gno­wa­ny udał się do sy­pial­ni. Lo­re­en koń­czy­ła wła­śnie zmy­wać ma­ki­jaż. Po­pa­trzył na nią prze­lot­nie, po czym ro­ze­brał się i wszedł pod prysz­nic. Po­tem obo­je w mil­cze­niu po­ło­ży­li się do łóż­ka.

Tej nocy spał jak dziec­ko. Pierw­szy raz od dłuż­sze­go cza­su nie prze­śla­do­wa­ły go przy­kre my­śli i ob­ra­zy. Gdy tyl­ko wy­łą­czył noc­ną lamp­kę, ciem­ność, któ­ra ogar­nę­ła sy­pial­nię, spra­wi­ła, że za­po­mniał o mę­czą­cym dniu i wszyst­kich pro­ble­mach.

3

Na­stęp­ny dzień za­czął się tak jak set­ki po­przed­nich. Wy­ką­pał się, ubrał szyb­ko, po­tem zjadł pysz­ną ja­jecz­ni­cę, przy­go­to­wa­ną tym ra­zem przez słu­żą­cą Mi­la­gros, któ­ra od dłuż­sze­go cza­su miesz­ka­ła z nimi i po­ma­ga­ła Lo­re­en w pro­wa­dze­niu domu, uca­ło­wał dzie­ci i żonę i udał się do wyj­ścia. W ostat­niej chwi­li za­uwa­żył peł­ne dez­apro­ba­ty spoj­rze­nie Lo­re­en.

– Ja­mes, wi­dzia­łeś swój kra­wat? – spy­ta­ła.

– Co z nim nie tak? – Cof­nął się szyb­ko, aby zer­k­nąć w wi­szą­ce w przed­po­ko­ju duże lu­stro.

– No, prze­cież nie mo­żesz tak pójść do pra­cy. – Lo­re­en wska­za­ła pal­cem żół­ty ja­jecz­ny za­ciek na środ­ku nie­bie­skie­go pa­ska ma­te­ria­łu.

– Cho­le­ra! – syk­nął. – Rze­czy­wi­ście, kiep­sko to wy­glą­da. Dzię­ki, ko­cha­nie, do­pie­ro by Bar­ry miał ubaw, gdy­bym się po­ka­zał z taką pla­mą. Wczo­raj wy­lał na sie­bie kawę i od razu po­biegł do skle­pu ku­pić nową ko­szu­lę. Ba, na­wet do pra­cy już nie wró­cił. Wiesz, jaki on jest pe­dan­tycz­ny…

– Wczo­raj? Bar­ry? Cie­ka­we. Roz­ma­wia­łam z jego żoną po po­łu­dniu. Mó­wi­ła, że był z klien­tem na ko­la­cji…

– A nie opo­wia­da­ła ci o tym zda­rze­niu w cen­trum? Ja­kiś fa­cet rzu­cił się z biu­ro­we­go okna, aku­rat jak Bar­ry był w po­bli­żu. Strasz­na spra­wa, na pew­no będą mó­wić o tym w wia­do­mo­ściach. Ko­lej­na ofia­ra kry­zy­su – wes­tchnął Ja­mes.

– Nie, nic mi nie mó­wi­ła. Cie­ka­we, taka hi­sto­ria!

– No, to rze­czy­wi­ście dziw­ne. Lisa lubi so­bie chlap­nąć kie­li­cha, może po pro­stu była pod wpły­wem i mia­ła cie­kaw­sze te­ma­ty – za­uwa­żył zło­śli­wie Ja­mes.

Gdy wią­zał ko­lej­ny kra­wat, spoj­rzał jed­nym okiem na ku­chen­kę i krzyk­nął zdzi­wio­ny:

– O, cho­le­ra! Ten ze­ga­rek w mi­kro­fa­li do­brze cho­dzi? Już tak póź­no? Pę­dzę, ko­cha­nie, bo się spóź­nię na po­ciąg.

Pod­biegł do Lo­re­en, uca­ło­wał ją raz jesz­cze i po­le­ciał na sta­cję. Po­ciąg stał już na pe­ro­nie. Po­gnał w jego kie­run­ku, a gdy pró­bo­wał wy­ha­mo­wać przed kra­wę­dzią pe­ro­nu, po­śli­zgnął się na wy­po­le­ro­wa­nej po­sadz­ce i od­bił od za­my­ka­ją­cych się drzwi. Wszy­scy jego „sta­rzy” zna­jo­mi ob­ser­wo­wa­li to przed­sta­wie­nie, wi­dział ich twa­rze zni­ka­ją­ce jed­na po dru­giej w ciem­nym tu­ne­lu.

– Kur­wa mać! – za­klął siar­czy­ście. – Pie­przo­ny kra­wat. Bar­ry mnie nor­mal­nie za­bi­je, jak nie bę­dzie miał tych ana­liz za­raz na otwar­ciu. Niech to szlag…!

Wście­kły, po­wlókł się w stro­nę ław­ki. Wła­śnie miał usiąść, gdy bez­na­mięt­ny ko­bie­cy głos wy­do­by­wa­ją­cy się z ol­brzy­mich mi­kro­fo­nów ogło­sił ko­mu­ni­kat: „Z przy­czyn tech­nicz­nych na­stęp­ny po­ciąg bę­dzie opóź­nio­ny o pięt­na­ście mi­nut, za utrud­nie­nia prze­pra­sza­my”. Po­krę­cił tyl­ko z re­zy­gna­cją gło­wą i roz­siadł się, pró­bu­jąc wy­my­ślić do­brą wy­mów­kę. Roz­glą­dał się nie­dba­le wo­kół, gdy na­gle zo­ba­czył chło­pa­ka z tor­ni­strem na ple­cach, któ­ry ści­skał obie­ma rę­ka­mi lap­to­pa. Ja­mes od razu po­my­ślał o Da­vi­dzie. Chło­piec był tak po­chło­nię­ty ja­kąś grą, że Ja­mes, mu­siał go po­cią­gnąć do tyłu, gdy po­ja­wił się ko­lej­ny po­ciąg. Dzie­ciak spoj­rzał na Ja­me­sa nie­bie­ski­mi ocza­mi, jak­by z pre­ten­sją, że mu prze­szko­dził, a po­tem ru­szył do wa­go­nu.

Ja­mes usiadł w po­cią­gu obok chło­pa­ka. Nie chciał być wścib­ski, ale mi­mo­wol­nie co ja­kiś czas na nie­go spo­glą­dał, cie­ka­wy, co robi. Wy­wnio­sko­wał po ja­kimś cza­sie, że spi­su­je swo­je po­sta­no­wie­nia. Gdy wresz­cie śmie­lej za­pu­ścił żu­ra­wia, ko­rzy­sta­jąc z tego, że dzie­ciak w ogó­le nie zwra­cał uwa­gi na oto­cze­nie, zo­ba­czył jed­no z nich.

„Dzi­siaj mam za­miar do­stać piąt­kę z mat­my” – na­pi­sał. Po chwi­li pod wpi­sem po­ja­wi­ły się gwiazd­ki i ko­men­ta­rze. Ja­mes zmru­żył oczy, aby od­czy­tać drob­ny tekst. „Po­wo­dze­nia, trzy­ma­my kciu­ki” – brzmia­ła jed­na z od­po­wie­dzi. Wy­ni­ka­ło z tego, że chło­pak jest na ja­kiejś stro­nie in­ter­ne­to­wej, gdzie lu­dzie wpi­sy­wa­li swo­je pla­ny na naj­bliż­szą przy­szłość, a inni je oce­nia­li i ko­men­to­wa­li. Gdy przyj­rzał się bli­żej, zro­zu­miał, że ma to dzia­łać mo­ty­wu­ją­co. Ten, kto po­sta­no­wie­nia do­trzy­mał, mu­siał to udo­wod­nić, do­da­jąc na przy­kład od­po­wied­nie zdję­cie, a w za­mian do­sta­wał wir­tu­al­ne punk­ty. Ich licz­ba wska­zy­wa­ła, że chło­pa­ko­wi uda­ło się zre­ali­zo­wać spo­ro za­mia­rów. Oczy­wi­ście stro­na była po­łą­czo­na ze zna­ny­mi por­ta­la­mi spo­łecz­no­ścio­wy­mi, two­rząc sieć osób pra­gną­cych po­chwa­lić się swo­imi de­cy­zja­mi i ocze­ku­ją­cych wspar­cia lub uzna­nia.

Ja­mes w pew­nej chwi­li zo­ba­czył wpis czło­wie­ka, któ­ry po­sta­no­wił ku­pić dom. Pod tek­stem wid­nia­ło zdję­cie za­do­wo­lo­ne­go czter­dzie­sto­lat­ka trzy­ma­ją­ce­go akt wła­sno­ści. Spoj­rzał na gór­ny pa­sek. Licz­ba za­lo­go­wa­nych uczest­ni­ków wy­no­si­ła czter­dzie­ści pięć ty­się­cy. „Boże, cze­go ci lu­dzie nie wy­my­ślą…” – po­my­ślał ze zdu­mie­niem.

Był spóź­nio­ny już o dwa­dzie­ścia pięć mi­nut. W jego bran­ży to było dużo Wy­obra­ża­jąc so­bie ury­wa­ją­ce się te­le­fo­ny, wście­kłe­go Bar­ry’ego, lu­dzi py­ta­ją­cych z ro­sną­cą zło­ścią, gdzie jest, kil­ko­ma su­sa­mi po­ko­nał mar­mu­ro­we scho­dy, pod­biegł do win­dy i we­pchnąw­szy tecz­kę po­mię­dzy za­my­ka­ją­ce się drzwi, z ulgą do­stał się do środ­ka. Od razu po­czuł na so­bie zi­ry­to­wa­ne spoj­rze­nia lu­dzi. Wy­glą­da­li na rów­nie znie­cier­pli­wio­nych jak on.

Dwu­dzie­ste dru­gie, dwu­dzie­ste trze­cie, dwu­dzie­ste czwar­te… „Pię­tro dwu­dzie­ste pią­te – dział ope­ra­cji ka­pi­ta­ło­wych” – oznaj­mił wresz­cie miły, dam­ski głos do­by­wa­ją­cy się z gło­śni­ka. Ja­mes cze­kał już tyl­ko na otwar­cie win­dy. Wy­sko­czył z niej jak opa­rzo­ny i w jed­nej chwi­li zna­lazł się przy swo­im biur­ku. Ry­nek już ru­szył na do­bre, bzy­cze­nie pra­co­wi­tych psz­czó­łek ro­bi­ło się co­raz gło­śniej­sze.

– No na­resz­cie, Ja­mes, co do cho­le­ry?! – usły­szał na­gle Bar­ry’ego. Męż­czy­zna już od dłuż­sze­go cza­su krę­cił się ner­wo­wo koło jego biur­ka.

– Sor­ry, sta­ry – roz­ło­żył ręce w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście – szko­da ga­dać, me­tro mi spie­przy­ło, a na­stęp­ne było opóź­nio­ne. Już za­bie­ram się do ro­bo­ty, wiem, jak ci za­le­ży na tych ana­li­zach.

– Spo­koj­nie, Ja­mes, trzy­ma­my te pa­pie­ry – po­wie­dział ugo­do­wo Bar­ry. – Prze­spa­łem się z tym i nie ma co pa­ni­ko­wać. My­ślę, że wię­cej za­ro­bi­my, je­że­li jesz­cze tro­chę zo­sta­ną u nas. Hisz­pa­nie klep­ną re­for­my, za­ci­sną pasa, ob­ni­żą sto­py pro­cen­to­we, żeby po­bu­dzić ry­nek, i cena na­szych ob­li­ga­cji pój­dzie w górę. Ta­kie jest moje zda­nie. Mogę się za­ło­żyć o stó­wę, że mam ra­cję – stwier­dził pew­nie.

– Ale jak to, Bar­ry? Jesz­cze wczo­raj mó­wi­łeś zu­peł­nie co in­ne­go. Skąd ta zmia­na?

– A wiesz, po­dzwo­ni­łem tu i tam, po­ga­da­łem z San­tan­de­rem, z Gold­ma­nem i pa­ro­ma in­ny­mi gra­cza­mi. Wszy­scy zgo­dzi­li­śmy się co do tego, że ta­kim ru­chem za­bi­li­by­śmy ry­nek i w dłuż­szej per­spek­ty­wie by­śmy byli strat­ni. Co na­gle, to po dia­ble, jak to mó­wią. Ogar­nij się, rąb­nij se kaw­kę na spo­koj­nie. Dzi­siaj bę­dzie nud­ny dzień. Chodź, za­ja­ra­my so­bie jed­ne­go.

– Kur­de, Bar­ry, obie­ca­łem so­bie, że od dzi­siaj nie będę pa­lił. – Ja­mes miał nie­pew­ną minę.

Bar­ry wy­buch­nął śmie­chem.

– Och, Ja­mes, Ja­mes, po­wta­rzasz to co­dzien­nie. Trzy dni temu wy­po­wie­dzia­łeś iden­tycz­ne zda­nie, pa­mię­tasz?

– Na­praw­dę? Cho­le­ra, w ogó­le tego nie pa­mię­tam…

– Za dużo my­ślisz, czło­wie­ku. Po pro­stu so­bie za­ja­raj, bez zbęd­nych kom­pli­ka­cji.

– Okej, po­cze­kaj, tyl­ko zro­bię kawę.

Pod­czas pa­le­nia po­ru­sza­li luź­ne te­ma­ty, nie­zwią­za­ne bez­po­śred­nio z ich pra­cą. Bar­ry ob­ga­dał po­ło­wę la­sek z pię­tra. Za­ra­biał ol­brzy­mie pie­nią­dze dla fir­my i był na szczy­cie hie­rar­chii. Każ­dy li­czył się z jego zda­niem. Za­rzą­dzał naj­więk­szym port­fe­lem in­we­sty­cyj­nym w fun­du­szu i był jed­nym z nie­licz­nych tre­ade­rów, któ­rzy mie­li cał­ko­wi­cie wol­ną rękę. Ja­mes po­dej­rze­wał, że Bar­ry był waż­niej­szy niż nie­jed­na oso­ba na bar­dziej eks­po­no­wa­nym sta­no­wi­sku. Z ła­two­ścią mógł­by przejść do kon­ku­ren­cji, he­adhun­te­rzy wa­li­li do nie­go drzwia­mi i okna­mi, bili się o spo­tka­nie z nim. Nikt nie wie­dział, jak to się dzie­je, że po­dej­mu­je same traf­ne de­cy­zje. Jed­no było oczy­wi­ste: my­ślał zu­peł­nie nie­stan­dar­do­wo.

Raz przy­szedł do pra­cy i stwier­dził, że trze­ba ku­pić tro­chę fu­tu­re­sów na in­dek­sy ame­ry­kań­skie. Po­wie­dział bez­tro­sko, że roz­ma­wiał z ja­kąś babą w me­trze, któ­ra oka­za­ła się pra­cow­ni­cą sa­lo­nu sa­mo­cho­do­we­go, i ona za­uwa­ży­ła, że od ja­kie­goś cza­su zwięk­szy­ła się licz­ba osób za­in­te­re­so­wa­nych po­sia­da­niem wła­snych czte­rech kó­łek. Bar­ry wy­kom­bi­no­wał, że sko­ro tak, to zwięk­szy się po­pyt na kre­dy­ty, a jak lu­dzie za­czną brać kre­dy­ty, to na­krę­cą ko­niunk­tu­rę. Po­pro­sił wte­dy Ja­me­sa o ob­szer­ną ana­li­zę ryn­ku mo­to­ry­za­cyj­ne­go, szcze­gól­nie dzia­łal­no­ści du­żych firm prze­my­słu sa­mo­cho­do­we­go, i jego prze­ło­że­nie na ru­chy głów­nych in­dek­sów. Na pod­sta­wie przy­go­to­wa­nych ma­te­ria­łów w cią­gu pół roku na sa­mych po­zy­cjach fu­tu­re­so­wych za­ro­bił dla fir­my oko­ło sze­ściu i pół mi­lio­na do­la­rów.

Ja­mes, za­żyw­szy so­lid­ną daw­kę ni­ko­ty­ny, wró­cił do swo­je­go biur­ka spo­koj­niej­szy. Po raz ko­lej­ny obie­cał so­bie, że musi coś zro­bić z tym na­ło­giem. Nie mógł za­po­mnieć tego, co po­wie­dział Bar­ry: „Trzy dni temu wy­po­wie­dzia­łeś te same sło­wa”. Tro­chę go to prze­ra­zi­ło. Zu­peł­nie tego nie pa­mię­tał. Przy­po­mniał mu się chło­pak z me­tra, któ­ry wpi­sy­wał so­bie swo­je po­sta­no­wie­nia na por­ta­lu i udo­wad­niał ich re­ali­za­cję. „Za­raz, za­raz, jak się na­zy­wa­ła ta stro­na?” – pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć.

Wpi­sał szyb­ko w wy­szu­ki­war­kę kil­ka ha­seł i w parę se­kund miał li­stę po­dob­nych por­ta­li. Na pierw­szej po­zy­cji po­ja­wił się link do stro­ny o na­zwie: Sha­rey­our­de­ci­sions.com. Wszedł na por­tal i za­czął go po­wo­li ba­dać. Ku jego zdzi­wie­niu oka­zał się bar­dzo po­pu­lar­ny. Miał mi­lio­ny użyt­kow­ni­ków, więk­szość w Sta­nach, co po­zwa­la­ło mu kon­ku­ro­wać z ta­ki­mi tu­za­mi me­diów spo­łecz­no­ścio­wych jak Fa­ce­bo­ok czy Twit­ter.

Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, za­re­je­stro­wał się. Mu­siał po­dać swo­je dane i wgrać ja­kieś zdję­cie, jed­nak re­je­stra­cja była ła­twa i szyb­ka. Stro­nę moż­na było po­łą­czyć z in­ny­mi por­ta­la­mi, na któ­rych użyt­kow­nik po­sia­dał kon­ta. Ja­mes ob­li­czył w my­ślach, że jed­na szó­sta glo­bu ma gdzieś za­ło­żo­ne kon­to i spę­dza spo­rą część ży­cia w wir­tu­al­nym świe­cie. A w gru­pie osób mię­dzy pięt­na­stym a pięć­dzie­sią­tym ro­kiem ży­cia ten od­se­tek mu­siał być dużo więk­szy.

„Mi­lio­ny te­ra­baj­tów da­nych. Ko­pal­nia wie­dzy” – po­my­ślał i w tej sa­mej chwi­li zre­zy­gno­wał z po­ka­za­nia zdję­cia i ujaw­nie­nia praw­dzi­wych per­so­na­liów. Wy­brał pierw­sze­go z brze­gu awa­ta­ra z do­stęp­ne­go menu i wy­my­ślił nick Ja­me­s37.

Wi­taj, Ja­me­s37! Je­że­li masz ja­kieś po­sta­no­wie­nia na dzi­siaj, po­dziel się z nami, oce­ni­my je i bę­dzie­my ob­ser­wo­wać ich re­ali­za­cję!

Ko­mu­ni­kat o tej tre­ści po­ja­wił się na ekra­nie za­raz po za­ak­cep­to­wa­niu re­gu­la­mi­nu por­ta­lu. Swo­je de­cy­zje mógł przed­sta­wić in­nym użyt­kow­ni­kom na wie­le spo­so­bów. W menu por­ta­lu znaj­do­wa­ła się dłu­ga li­sta opcji. Póki co wy­świe­tlał się ze­staw tych naj­wy­żej pre­mio­wa­nych.

Pierw­sze, co mu przy­cho­dzi­ło do gło­wy, to ze­rwa­nie z na­ło­giem. Tak dłu­go to trwa­ło. Wie­dział, że je­śli ogło­si w tym miej­scu swo­je po­sta­no­wie­nie, kil­ka­na­ście ty­się­cy lu­dzi bę­dzie śle­dzić jego po­czy­na­nia. I mimo że nikt nie mógł­by mu nic udo­wod­nić ani przy­ła­pać go na oszu­stwie, bę­dzie czuł pre­sję.

– A niech to szlag, co mi tam – mruk­nął do sie­bie.

Wła­śnie wy­pa­li­łem ostat­nie­go pa­pie­ro­sa.

Wci­snął od­po­wied­ni przy­cisk i zda­nie po­ja­wi­ło się wśród in­nych po­sta­no­wień.

Nie cze­kał dłu­go. Za­raz po­ja­wi­ła się li­sta gra­tu­la­cji, do­brych rad i wspo­mnień by­łych pa­la­czy. Ze­brał trzy­dzie­ści trzy punk­ty za samo pod­ję­cie de­cy­zji. Na ko­lej­ne mógł li­czyć, je­śli bę­dzie re­gu­lar­nie pu­bli­ko­wał do­wo­dy wy­trwa­nia w swo­im po­sta­no­wie­niu, naj­le­piej wy­ni­ki ba­da­nia spi­ro­me­trem. Por­tal da­wał po­nad­to moż­li­wość bu­do­wa­nia ca­łej sie­ci po­sta­no­wień i ana­li­zy tego, jak dana de­cy­zja wpły­nę­ła na jego ży­cie lub ży­cie in­nych.

Ja­mes spę­dził tam spo­ro cza­su. Naj­bar­dziej za­in­try­go­wa­ła go hi­sto­ria in­ter­nau­ty, któ­ry po­sta­no­wił, że bę­dzie od­da­wał krew – do­stał za to pięć­dzie­siąt czte­ry punk­ty. Nie­ste­ty, ba­da­nia wy­ka­za­ły, że jest no­si­cie­lem wi­ru­sa HIV. Zdru­zgo­ta­ny tą in­for­ma­cją po­sta­no­wił żyć tak, jak­by każ­dy dzień miał być tym ostat­nim. Naj­pierw zre­zy­gno­wał z pra­cy, w któ­rej się mę­czył i któ­ra nie da­wa­ła mu żad­nej sa­tys­fak­cji. Użyt­kow­ni­cy por­ta­lu na­gro­dzi­li go za tę de­cy­zję sto pięć­dzie­się­cio­ma dwo­ma punk­ta­mi. A gdy oszczęd­no­ści ca­łe­go ży­cia prze­zna­czył na za­kup kwia­ciar­ni, w któ­rej pra­co­wał jako chło­piec, speł­nia­jąc w ten spo­sób dzie­cię­ce ma­rze­nie, zy­skał ko­lej­ne dwie­ście pięć­dzie­siąt trzy punk­ty. Po­tem za­ko­chał się w klient­ce i po roku się z nią oże­nił – i już miał na kon­cie pięć­set pięć­dzie­siąt trzy punk­ty. Dziew­czy­na oka­za­ła się wła­ści­ciel­ką ma­łe­go skle­pu in­ter­ne­to­we­go i jego pa­sja po­łą­czo­na z jej przed­się­bior­czo­ścią spra­wi­ły, że po trzech la­tach sta­li się wła­ści­cie­la­mi naj­więk­sze­go por­ta­lu in­ter­ne­to­we­go zaj­mu­ją­ce­go się sprze­da­żą kwia­tów – dzie­więć ty­się­cy pięć­set dwa­dzie­ścia trzy punk­ty. Hi­sto­ria za­koń­czy­ła się tak, że męż­czy­zna za­ło­żył fun­da­cję po­ma­ga­ją­cą cho­rym na AIDS i prze­zna­czał na jej dzia­łal­ność po­ło­wę swo­ich nie­ma­łych do­cho­dów. Na por­ta­lu moż­na było po­znać losy tych, któ­rzy dzię­ki jego hoj­no­ści mo­gli re­ali­zo­wać ma­rze­nia po­mi­mo swo­jej cho­ro­by.

Im bar­dziej Ja­mes wczy­ty­wał się w ludz­kie hi­sto­rie za­miesz­czo­ne na por­ta­lu, tym bar­dziej był nim za­fa­scy­no­wa­ny. Opo­wieść wła­ści­cie­la kwia­ciar­ni po­chło­nę­ła go bez resz­ty. In­for­ma­cja o cho­ro­bie za­dzia­ła­ła w jego przy­pad­ku jak te­ra­pia szo­ko­wa i spra­wi­ła, że jego ży­cie sta­ło się lep­sze i peł­niej­sze. „Sami de­cy­du­je­my o wła­snym ży­ciu. Los tyl­ko nam pod­po­wia­da” – po­my­ślał Ja­mes.

Chcąc się jak naj­wię­cej do­wie­dzieć o tym czło­wie­ku, Ja­mes wpi­sał w wy­szu­ki­war­kę na­zwę jego fir­my: Be­au­ty­flo­wer.com. Licz­by mó­wi­ły wszyst­ko o jego suk­ce­sie. Ka­pi­tał fir­my: dwa­dzie­ścia pięć mi­lio­nów do­la­rów; ob­ro­ty: dwie­ście pięć­dzie­siąt mi­lio­nów rocz­nie.

Wkrót­ce fir­ma mia­ła wejść na gieł­dę.

– Gdy­by czło­wiek dwa lata temu wie­dział, że z tej ma­łej osie­dlo­wej fi­rem­ki wy­ro­śnie taki ko­los, to by nie­źle na niej za­ro­bił – mruk­nął do sie­bie, a za­raz po­tem po­krę­cił gło­wą.

Znów przy­ła­pał się na tym, że ana­li­zu­je świat wo­kół pod ką­tem in­we­sty­cji, ren­tow­no­ści i sto­py zwro­tu. Nie po­tra­fił się jed­nak opa­no­wać i za­czął szu­kać ko­lej­nych in­for­ma­cji na te­mat fir­my. Przy­szedł mu do gło­wy cie­ka­wy i tro­chę sza­lo­ny po­mysł. „A gdy­by tak wy­ko­rzy­stać in­for­ma­cje z por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych do ana­li­zy?” – po­my­ślał z sa­tys­fak­cją.

Licz­ba punk­tów uzy­ska­nych na tym kon­kret­nym por­ta­lu by­ła­by mier­ni­kiem osią­ga­nych suk­ce­sów, pa­rę­set ty­się­cy kon­su­men­tów da­wa­ło­by do­syć spo­rą pró­bę sta­ty­stycz­ną, któ­ra mo­gła­by być w mia­rę wia­ry­god­nym wskaź­ni­kiem przy ana­li­zie na­stro­jów spo­łecz­nych.

Z roz­my­ślań nad tym no­wa­tor­skim po­my­słem nie­spo­dzie­wa­nie wy­rwał go sy­gnał te­le­fo­nu. Dzwo­ni­ła Lo­re­en.

– Słu­chaj, Ja­mes, przy­jeż­dżaj szyb­ko! Z Da­vi­dem coś się dzie­je! – krzy­cza­ła.

– Jak to? Co się dzie­je?! – Po­de­rwał się na rów­ne nogi.

– Nie wiem, na­gle za­czął się dziw­nie za­cho­wy­wać, ma­cha rę­ka­mi i bije się w gło­wę, do­stał krwo­to­ku z nosa, a w koń­cu ze­mdlał. To było strasz­ne, Ja­mes! Nie wiem, co ro­bić. Je­stem prze­ra­żo­na. Po­go­to­wie jest już w dro­dze. Mo­żesz przy­je­chać? Bła­gam.

– Ja­sne, Lo­re­en, będę naj­szyb­ciej, jak się da. Gdzie go za­bie­ra­ją? Wiesz?

– Naj­praw­do­po­dob­niej do kli­ni­ki Lin­col­na na Sto Dwu­dzie­stej Pią­tej. Taką do­sta­łam in­for­ma­cję na li­nii.

– Do­bra, to po­ja­dę od razu tam. Cze­kaj na mnie. Wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Ja­mes pręd­ko odło­żył słu­chaw­kę i po­szu­kał wzro­kiem Bar­ry’ego. Wi­siał na te­le­fo­nie. Nie zwa­ża­jąc na to, że mu prze­ry­wa, szarp­nął go za ra­mię i gło­śno po­wie­dział:

– Bar­ry, prze­pra­szam cię, ale mu­szę się urwać z ro­bo­ty do koń­ca dnia. Spra­wy ro­dzin­ne.

– Co się sta­ło, Ja­mes? – za­py­tał Bar­ry, za­sło­niw­szy słu­chaw­kę ręką.

– Coś z Da­vi­dem. Wpadł w szał, nie wiem do­kład­nie. Po­go­to­wie jest już w dro­dze.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Sa­want

isbn: 978-83-8423-743-4

© Ma­rek Rut­kow­ski i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Alek­san­dra Ka­cia­now­ska-Wer­nik

ko­rek­ta: MAQ PRO­JECTS Sp. z o.o.

okład­ka: Ar­tur Ros­to­cki

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.