Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Szkocja, lata dziewięćdziesiąte.
Mury kilkusetletniego uniwersytetu już trzeci rok są domem dla Brennana i Rhiannon. Tych dwoje uzdolnionych studentów malarstwa rywalizuje ze sobą i jednocześnie unika wzajemnie jak ognia.
Zbliża się noc Samhain, czyli celtyckiego Halloween. Świat żywych i umarłych przenika się w niebezpieczny sposób. Rhiannon ukrywa przed wszystkimi, że już od jakiegoś czasu zmaga się z obecnością mrocznego bytu, ale Brennan przypadkiem odkrywa rąbek jej tajemnicy.
Kiedy ich wspólna koleżanka znika w niejednoznacznych okolicznościach, postanawiają połączyć siły, aby ustalić, co się z nią stało. Poszukiwania doprowadzają ich do wiekowej kaplicy i starych, podziemnych korytarzy… Studenci przekraczają próg świata, o którego istnieniu nie mieli pojęcia.
Pod uniwersytetem od wieków żyje zło. Jego byt przenika do świata żywych, nawołuje, mąci w głowach. Nic jednak nie jest takie, jak się wydaje.
Podążanie za mrocznymi tajemnicami pochłania Brennana i Rhiannon bez reszty, ale także zbliża do siebie w zupełnie nieoczekiwany sposób.
Chłopak powoli odkrywa swoją odmienną naturę, a dziewczyna zaczyna rozumieć, że nawet ona czasem potrzebuje na kimś się wesprzeć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 498
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Prolog
To jest ukryte.
To ma ogromną moc. To spoczywa za ciężkimi drzwiami. To jest pilnie strzeżone. To jątrzy zło imrok. To zapieczętowano wiele lat temu. To nie może się wydostać. To przypominać ma nieludzką czeluść zła. To ma być odczłowieczoną energią wnieznanej materii. To nie ma formy, ale istnieje. To nie jest żywe, ale nie jest też martwe.
To próbuje uciec. To próbuje wydostać się na zewnątrz od zawsze. Potrzebuje silnej straży przez całą dobę, podwójnej obsady strażników na nocnej zmianie, gdyż to odczytuje ich myśli. To kusi ich, nęci, figlarnie wpełza do głów. To pragnie ujrzeć światło dzienne.
To czasem mówi. Czasem nieśmiało puka do wrót, aczasem łomocze wnie tak, że posadzka trzęsie się od tej siły. Czasem milczy kilkanaście dni. Czasem śpiewa nieznanymi słowami, wnieznanym języku toczy swoje melodie. Czasem warczy niczym spieniony ogar. Czasem śpiewa jak maleńki żółty kanarek. Czasem gwiżdże, naigrywając się zpilnujących go strażników. Oni nie wiedzą, czym to dokładnie jest. Boją się tego, lecz znają swoją misję. Należy stać przy drzwiach, nie tracić głowy, aprzede wszystkim nie kontaktować się ztym. To najważniejsze prawa, jakie rządzą strażnikami. Pod żadnym pozorem nie wolno nawiązać ztym kontaktu.
Nie wolno tutaj umrzeć. Na terenie uniwersytetu nie wolno nikomu wyzionąć ducha. To karmi się śmiercią irośnie wsiłę. Zechcieć tu umrzeć to jak wspierać rozwój ciemności.
Na teren uniwersytetu nie wejdzie żadne zwierzę. Taki zakaz, choć formalnie nie istnieje, nie był nigdy potrzebny. Żaden pies, kot ani ptak nie dał się nigdy wnieść przez bramę gmachu. Mroczna, ciemna energia odstrasza wszelką faunę poza człowiekiem. Na dziedzińcu szkoły nigdy nie wylądował ani jeden gołąb. Klucze gęsi omijają kompleks budynków szerokim łukiem.
To czeka.
Jesień
Rozdział 1
Wschodnie Skrzydło Uniwersytetu Młodych Artystów Brims Hill Katedra Sztuk Pięknych 20 października 1994 r.
Korytarz Skrzydła Zimowego zalewała zkażdej strony ciemność. Trzy pociągłe, czarne sylwetki przecinały hol, swoimi krokami mącąc gęstą ciszę.
Wtem jedna zpostaci przystanęła przy podwójnych, drewnianych drzwiach opisanych tabliczką „Pracownia A”.
Dłoń wciemnej, skórzanej rękawiczce nacisnęła klamkę, agłowa okryta kapturem wcisnęła się do środka wszparę pomiędzy lewym aprawym skrzydłem drzwi.
– O co chodzi? – zapytała jedna ztowarzyszących jej osób.
Nostalgiczny wzrok przesunął się po sztalugach, biurkach, taboretach i, na koniec, po wysokich, podłużnych oknach, przez które wpadało nikłe, blade światło księżyca. Zupełnie pusto. Ani żywej duszy.
– Wiecie… Trochę za tym tęsknię – padła odpowiedź.
Druga zzakapturzonych postaci wypuściła zwestchnieniem powietrze iponagliła jedynie:
– Chodźmy, zanim ktoś nas zobaczy.
Kilka godzin później, przez liczne szyby podłużnych okien do tej samej pracowni wpadało światło dzienne. Przepełniał je ten chłodny, jesienny charakter, który grozi nadejściem zimy jak lokalny drań. Wyciągało się białością, by dosięgnąć upchniętych wrogu malarskich sztalug. Wszystkim zaczęło brakować słońca, ale na szczęście temperatura przez jakiś jeszcze czas nie miała spaść poniżej zera.
Pracownię wypełniali studenci – jedni bardziej zaangażowani, przygnani miłością do sztuki, inni zaś znudzeni, zdradzający niewyspanie.
– Panno Spencer… To rozczarowujące.
Profesor MacLeod długo wahał się, nim wyrzucił ten złośliwy wyrok spod gęstego wąsa. Naturalnie wąskie usta zacisnął zdezaprobatą tak mocno, że przestały być dostrzegalne. Mężczyzna był niemal tak wysoki jak pomnik na widocznym zokien dziedzińcu.
To, co go wyróżniało, to nonszalancka postawa krnąbrnego nastolatka, anie człowieka dojrzałego wiekiem izawodowym stażem. Brennan lubił ten przekorny charakter, ale zdarzało się, że działał mu na nerwy.
Możecie się ode mnie wiele nauczyć, profesor powtarzał tak często, że uczynił ztego woczach studentów swoje drugie imię.
Brennan odchylił się na krześle, by rzucić ciekawskim okiem na Rhiannon Spencer.
Ta nie wyglądała na urażoną. Podniosła tylko na MacLeoda podkreślone makijażem oczy izmrużyła je wskupieniu. Nie wypowiedziała ani słowa, dając prowadzącemu przestrzeń na wyjaśnienie tego niepochlebnego stanowiska. Cisza zaczynała gęstnieć.
– Macie tylko kilka miesięcy – przypomniał wykładowca, powoli przechadzając się po pomieszczeniu. Duże dłonie splótł za plecami, pochylając się odrobinę do przodu.
Znowu to samo. Kolejne kazanie, pomyślał Brennan.
– Odkąd was zobaczyłem wpaździerniku dwa lata temu, nie widzę ani grama progresu. Pozbawiona harmonii grupa utalentowanych, lecz zagubionych ludzi, którzy tkwią wtym samym miejscu, grzebiąc swój potencjał. Panno Spencer. – Chrząknął mężczyzna, odwracając się na pięcie tuż przed spotkaniem ze ścianą. Obcasy jego eleganckich monków zaczęły stukać coraz głośniej. Zbliżał się. – Chciałbym zobaczyć coś innego niż te piekielne postrachy.
Patrząc na mijanych studentów zgóry, wyprostował się iruszył dalej, wkierunku okna. Po sposobie, wjaki skończył zdanie, Brennan słusznie wyczuł, że zaraz wznowi wątek.
– Co się zaś tyczy reszty zwas, nie zaprezentowaliście mi dziś nic, oczym mógłbym rozprawiać.
Jego głos nie musiał wcale grzmieć, by przyprawić każde żywe stworzenie wsali onieprzyjemny ścisk żołądka.
Gdy Rhiannon otworzyła usta, prowadzący poprawił na nosie metalowe oprawki okularów iponownie splótł za sobą ręce. Uniesiona brew sugerowała wmilczeniu, że czeka na jej odpowiedź.
– Mówiłam już tysiąc razy, profesorze. Nie potrafię zrobić tego inaczej. Wena jest lub jej nie ma. Moja podpowiada mi tylko to, więc innych obrazów nie będzie.
Zaczyna się… pomyślał Brennan zniezadowoleniem ioparł głowę na dłoni.
– A ja uważam inaczej. Widzę tu niezwykły talent. Obrazy są technicznie bezbłędne. Chciałbym tylko, żeby zachowując styl, ukazać również inną ich treść. Artysta musi się rozwijać!
– Czy nie tak właśnie powinno być, żeby artysta miał swój niepowtarzalny styl? Inaczej stanie się zwyczajnym rzemieślnikiem.
– Tu, panno Spencer, zgodzić się nie mogę. Styl itreść to zupełnie różne kategorie.
Dziewczyna powoli wzięła wdech, by następnie wypuścić powietrze nosem. Jej paznokcie stukały oblat biurka, zdradzając narastającą irytację.
– Nie decyduję otym, co namaluję. Jest wizja – jest obraz – wyjaśniła, odgarniając do tyłu długie, czarne włosy. Błyszczące fale układały się kaskadami na plecach, przykrywając wełniany sweter akademickiego mundurka.
Pośród grupy nie było już osoby, która miałaby energię, by dołączyć do tej dyskusji. Zamknięte koło takich samych pytań iodpowiedzi. Woleli tępo wpatrywać się wponury krajobraz za oknem, niż włączać się wten teatrzyk. Zawsze było dokładnie tak samo.
Po prostu świetnie. Ciągle to samo, pomyślał Brennan.
Słuchał tej dramatycznej debaty już niezliczoną liczbę razy. Od pierwszego tygodnia nauki wBrims Hill, od pierwszych zajęć zprofesorem MacLeodem.
Ona – niespotykany talent imęczennica własnych myśli. Osobliwe, upiorne obrazy, zdolna ręka, która miała prowadzić pędzel sama, silne wizje nawiedzające bezradny umysł. Brak wpływu na końcowy efekt, zawsze przymus malowania czegoś, co się pojawiło wgłowie. Napędzana tym, co ją olśni.
Brennan nie rozumiał, nie próbował ibyć może nie miał nigdy zrozumieć. Według niego, na siłę chciała być wyjątkowa.
Sam Platon artystę uważał za rzemieślnika ijeśli jemu wierzyć, Rhiannon mogłaby namalować cokolwiek chce, araczej cokolwiek jej rozkaże MacLeod. Być może wtedy, wkońcu, ten stary krytyk dałby jej spokój.
Wszyscy by na tym zyskali.
– Wychodzenie poza swoje szablony ischematy może być bardzo rozwijające – profesor kontynuował, spoglądając wokno skierowane na szeroki dziedziniec znajdujący się pomiędzy wiekowymi budynkami uniwersytetu. Rozłożyste drzewo na jego środku mieniło się jesienną szatą złotych liści. Nie sposób było przejść obok bez zachwytu.
Z tyłu niedużej salki dobiegło uszu studenta znużone westchnienie. Każde ze spotkań wpracowni kończyło się wten sam sposób. Zust profesora powtarzalne zalecenia iprzytyki, aze strony Rhiannon Spencer te same tłumaczenia. Byłoby rozkoszną odmianą, gdyby wcentrum uwagi znalazł się ktokolwiek inny. Tymczasem pętla czasu uwikłała dni warsztatowe wniekończący się spektakl.
O mdłości przyprawiał nie tylko ten powtarzalny proces, którego końca nie było widać, ale także bolesna strata czasu. Ciągła rywalizacja ouwagę, ozauważenie iaprobatę, ojakiekolwiek wyróżnienie.
W ostatnich dniach maja odbyć miał się wernisaż, az nim krótki przegląd najlepszych prac całej grupy trzeciorocznych studentów. Specjalne stypendium iwsparcie mecenasa czekać będą tylko na jednego, najbardziej obiecującego znich. To ogromna iniepowtarzalna szansa na to, by nie skończyć ze swoimi obrazami na targowisku pomiędzy sprzedawcą ryb astolarzem.
Szansa, żeby być KIMŚ.
Brennan nieustannie wychylał się wbok, żeby dojrzeć ukradkiem obraz Rhiannon. Czerwono-złote pustkowia, bezkresne tło nicości. Na środku obnażona, wychudzona postać, której czarne paciorki oczu zdawały się poszukiwać pomocy. Powiewała tkanina, osłaniająca poranione ciało.
Gdzieś po prawej majaczyło drzewo, muskularny pień pozbawiony liści, obrany do gołych gałęzi. Coś mu przypominał…
Obrazy Rhiannon. Obrzydliwe, rozżalone, jątrzące iupiorne.Ale doskonałe. To najbardziej psuło mu krew. To jak świetna była ich strona techniczna. Każdy ruch pędzla przemyślany, agłębia iproporcje godne mistrzów. Nikt zobecnych wsali nie prezentował takiego poziomu światłocienia, jaki tej dziewczynie przychodził bez większego trudu.
– W takim razie, jeśli nie potrafię sprostać, może nie zasługuję na uwagę, czas istypendium. – Dziewczyna wzruszyła ramionami.
Głos miała niski, choć bez wątpienia kobiecy, asłowa, które wypowiedziała, zabrzmiały niemal jak gniewne warczenie.
– Być może tak jest, panno Spencer. Pozwolę sobie jednak zadać jedno pytanie.
Nie odpowiadała od razu. Wzrokiem jeżącym włos na karku, wpijała się ostro wopanowaną twarz profesora. Oboje znali tę grę bardzo dobrze.
– Ile znaczy wielki talent, którego nie spotka rozwój?
Dało się niemal dosłyszeć, jak pęka struna.
Trzask.
Rhiannon poderwała ciężką, skórzaną torbę zkafelkowanej posadzki iopuściła wychłodzoną pracownię. Masywne, podwójne drzwi zamknęły się za nią złoskotem, adonośny pogłos jej kroków wypełnił pusty korytarz.
Nareszcie. Ileż można tego słuchać? Brennanowi ulżyło.
Profesor MacLeod nie mrugnął nawet okiem. Żadnego zaskoczenia. Rozważania omonotematyczności sztuki dziewczyny zwykle spotykał właśnie taki koniec.
Chłopak spojrzał na przygarbionego mężczyznę niemal zradością, dobrze wiedząc, że każdy tutaj ma już dosyć słuchania tych powtarzalnych dyskusji.
Na miłość boską, my też tu jesteśmy!, pomyślał zżalem. Cały tuzin studentów, których głowy wypełnia ten sam cel.Też pragniemy wskazówek, też walczymy ostypendium irównież potrzebujemy mentora. Rezygnując, Rhiannon robi nam tylko przysługę.
Zawsze, gdy ona staje wmiejscu choć na moment, inni mogą zrobić dwa kroki do przodu. Wprzeciwnym wypadku, nie mielibyśmy szans jej dogonić.
Brennanowi zależało na tym szczególnie, bo oniczym, nigdy, wcałym swoim życiu nie marzył tak, jak otym stypendium.
Obiecał to sobie. Obiecał!
Miejsce na liście studentów uniwersytetu było spełnieniem marzeń, ale igwałtowną lawiną ambicji, przybierającą ciężkości niczym śnieżna kula. Rosły wsiłę, zajmując całe jego pole widzenia. Toczył się razem ztą kulą od ponad dwóch lat.
– Możemy dziś skończyć wcześniej.
Nie tylko Brennan stężał gwałtownie.
– Co? – rzucił weter, aoburzenie zdało się wlewać wgardło jak kwas żołądkowy. Przełknął zniesmakiem ślinę. – Amy?
– Przecież wplanie mamy jeszcze godzinę. – Zaznaczył ostro głos tuż za jego plecami.
To był Archie (a właściwie Richard) Graham. Nie musiał widzieć twarzy przyjaciela, by wyczuć, że też jest wyraźnie wzburzony. Nie musiał się odwracać, by mieć pewność, że, jak zawsze, zakłada na klatce piersiowej atletyczne ramiona.
– Panie Graham, na pana obrazie nie ma nic, co mógłbym dziś omówić. Poproszę najmniejszego chociaż bohatera, choćby najbardziej miałkiego łabędzia na stawie. Póki co na płótnie nic się nie dzieje – profesor gładko przygasił jego zapał, odchodząc do ciężkiego biurka na końcu wypełnionej białym światłem sali. Usiadł na szerokim krześle zpodobnym umęczonemu człowiekowi westchnieniem, zdjął czarne oprawki okularów izaczął notować.
Wyraźnie dał im do zrozumienia, że skończył. Wpracowni zapanowała wrzawa.
Brennan odwrócił się do przyjaciela, by zobaczyć jego pełną wypieków twarz. Kolorem zrównał się ze swoją bordową lamówką szkolnego swetra.
– Co to ma być? – Archie ciskał zoczu gromy. Wyjątkowo rzadko wpadał wtaki nastrój.
– Też bym chciał wiedzieć.
Wkrótce skierowali się obaj do podwójnych drzwi prowadzących na korytarz, ale MacLeod śledził ich kroki nader uważnie.
– Panie Boyd. Proszę pozwolić na moment.
Brennan zatrzymał się wnapięciu tuż obok biurka mentora.
– Mam dla pana zadanie, które może trochę otworzyć nowy horyzont.
Gdy mówił, ponad jego wąskimi ustami poruszał się rudy, gęsty wąs. Student lustrował spojrzeniem niebieskich oczu kartkę, którą miał przed sobą mężczyzna, ale nie potrafił niczego na niej dostrzec. Pismo profesora było tak nieczytelne, że nawet najsilniejsza ciekawość nie pozwalała doczytać treści.
– Profesorze… – Pochylił głowę, lecz ten nawet na niego nie spojrzał.
Czekając na odpowiedź, przez cały czas czuł za sobą zapach perfum Archiego ijego intensywne spojrzenie wlepione wswoje plecy. Nikt tak nie pilnował sprawiedliwości jak młody Graham. Była to jednocześnie jedna zwielu jego zalet, ale iwad. Ta dokładność ideterminacja wbadaniu codziennej równości. Przewrotnie załamywał ipodtrzymywał harmonię, jaką wokół siebie roztaczał.
Nadawałby się bardziej na nowoczesnego polityka opozycji niż introwertycznego malarza.
– Panie Boyd, proszę wybrać się do biblioteki – kontynuował profesor, splatając duże dłonie na brzuchu. Pokryte były piegami wróżnych odcieniach. – Tam wybrać historię dowolnej dynastii, dowolnego krewnego władcy iwrócić do mnie zportretem tegoż krewnego. Choć zadanie nie ma konkretnego terminu, byłbym rad zobaczyć efekt pana pracy jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia – oznajmił opanowanym tonem.
– Dlaczego przed Bożym Narodzeniem? – Brennan poprawił na ramieniu skórzany plecak.
– Tego jeszcze nie mogę powiedzieć.
Tajemniczy uśmieszek błysnął na jego twarzy, zaraz jednak znikając bezpowrotnie.
– Portret – powtórzył bez przekonania chłopak, nie bardzo panując nad malującym się na twarzy zmieszaniem.
Obserwował, jak mężczyzna za solidnym biurkiem powoli przytakuje głową, przymykając przy tym powieki.
– Co jest dla mnie ważne, to aby zastosował pan wszelkie ważne dla portretu techniki. Zrobi mi pan ogromną przyjemność, wybierając kogoś mniej oczywistego niż najbliższa rodzina władcy – dokończył pogodnie MacLeod.
Nie było trudno rozpoznać wyzwania, jakie Brennanowi rzucił profesor. Portrety nie były nigdy jego mocną stroną. Student przytaknął jedynie, niespokojnie odgarniając przydługie włosy zczoła. Kołnierzyk koszuli zdawał się złośliwie wciskać wgardło. Odpiął go wtej samej chwili, wktórej opuścił chłodną pracownię.
Przez korytarz prowadził chłopaka miarowy stukot obcasów skórzanych trzewików, nieśmiałym echem odbijający się od kamiennych ścian. Było pusto. Nigdzie nie widział Archiego, dostrzegł jedynie po drodze kilka nowych twarzy. Pierwszoroczni. Kolejne świeże talenty odkryte poprzez dokładną weryfikację rektora. Kolejni szczęściarze, maleńki procent kandydujących do prestiżowej uczelni, którzy załapali się na limitowane miejsca. Największe talenty na całych Wyspach – chwała swojego rocznika.
Też kiedyś był pierwszorocznym, zachłyśniętym szansą studiowania tutaj, na Brims Hill. Czuł się wyróżniony, jak nigdy wżyciu.
Szkoła najlepszych. Szkoła na wzgórzu.
Po tym, co dziś usłyszał, nie miał innego pomysłu, niż skierować kroki od razu do biblioteki. Chciał zacząć realizację wyzwania od razu. Im szybciej odnajdzie inspirację, tym prędzej będzie mógł zająć się obrazem.
Rhiannon nigdy nie realizowała takich zadań.
Nigdy.
Były jej zlecane, ale zżadnego się jeszcze nie wywiązała. Ulubienica profesora MacLeoda, niedościgniony talent, osobliwe objawienie… ajak nikt miała to głęboko wdupie.
Przetwarzając wmyślach tę niesprawiedliwość, zniespotykanym od dawna zniecierpliwieniem Brennan przemknął przez skąpany wchłodnym świetle październikowego dnia dziedziniec. Zachmurzone niebo raziło brudną białością woczy.
Z każdej ze stron otaczały go wiekowe, solidne mury ojasnej, choć przybrudzonej elewacji. Pięknie potężny, prawie czterystuletni uniwersytet zajmował sobą całe wzniesienie, dumnie górując ponad lasami iniewielkim Scrabster.
Brennan był pewien, że jego gmach główny to najpiękniejsza rzecz, jaką można było wtym nijakim hrabstwie zobaczyć. Gotycka fasada, zdobione ryzality, eleganckie wykusze na długości całych kondygnacji iszeregi pociągłych okienek, wpuszczających do uniwersyteckich sal cenne, dzienne światło. Gmach wznosił się nad całą okolicą potężną, strzelistą wieżą oczterech iglicach.
Rozłożysty klon pośrodku dziedzińca sięgał konarami niczym ramionami wstronę elewacji, jakby chciał jej po tylu latach wspólnej egzystencji wkońcu dotknąć. Student minął samotne drzewo izniknął pomiędzy szeregami opasłych filarów podcienia.
Po drodze nie widział ani jednego gołębia. Nigdy ich tu nie było.
Profesor Murdoch podkreślała już wielokrotnie, że biblioteka uniwersytetu starsza była nawet od Mony Lisy. Niezmiennie, od początku trwania szkoły, mieściła się wgmachu głównym, tym zpotężną wieżą.
Po wejściu do środka przez solidne, ciężkie drzwi, szedł prosto przed siebie. Już się nie rozglądał. Potrzebował ponad dwóch lat by oswoić się ztymi imponującymi wnętrzami. Zwłaszcza przestrzennym, jasnym holem stworzonym wnawiązaniu do cyklu nocy idnia. Gwiaździste sklepienie, wysoko ponad jego głową, zdobiły malunki nocnego nieba, apodtrzymujące je ściany wypełniono wysokimi, podłużnymi oknami.
Bez znaczenia był wybór, czy dalej podążyć schodami po lewej czy prawej. Obie drogi prowadziły na eleganckie półpiętro. Minął szokujących rozmiarów szkocki pejzaż burzowej doliny iprzeskoczył kilka stopni wgórę. Korytarz prowadził Brennana po zimnej, połyskującej posadzce wstronę ostatniego już biegu schodów. Te wiły się wzdłuż ścian wysuniętej klatki schodowej do podwójnych, otwartych drzwi biblioteki.
Czuł zapach kurzu istarych, pożółkłych stronic.
Przestrzeń pomieszczenia, które miał przed sobą, była, jak zawsze, zdumiewająca. Piętro księgozbioru rozciągało się przed nim przepełnionymi półkami, zaciemnionymi wnękami, filarami imasywnym sklepieniem zciemnego, czarnego niemal drewna.
Po podejściu do balustrady, umysł zdenerwującym opóźnieniem ogarniał poniższe piętro księgozbioru. Jasna posadzka przebijała się pomiędzy czytelnianymi, długimi stołami olakierowanych blatach. Wzrok gubił się wtej przestrzeni, nie chcąc przyswoić ogromu wnętrza. Mroczne sklepienie ponad jego głową zdawało się być tak wysoko jak sam nieboskłon, asala wydawała się ciągnąć wnieskończoność balustradami irzędem filarów.
Mijając opisane prostymi, aczkolwiek eleganckimi tabliczkami wnęki, poszukiwał tej właściwej. Na każdym zczarnych filarów dumnie widniało popiersie innego zklasycznych filozofów. Za ostatnim mieściła się najgłębsza wnęka itam Brennan skierował swoje kroki. Wzupełnej ciszy zbliżył się do zdobionych grzbietów ksiąg iwyciągnął zszyku kolejno Genealogię Tudorów, Genealogię Stuartów, Historię dynastii Oldenburgów iKroniki dynastii Hohenzollernów. Ta pierwsza wydała mu się bez wątpienia najcięższa.
Choć przejrzenie wszystkich tych opasłych tomów było niemożliwe, żadnego nie pozostawił. Stos był na tyle pokaźny, że gdy ułożył go na stojącym pod oknem stoliku, ten zachwiał się niebezpiecznie.
Kilkadziesiąt minut studiowania historii królewskich rodów nie było zadowalającym wynikiem, ale więcej Bren nie potrafił zsiebie dziś wykrzesać. Wszystko było od tych starych ksiąg bardziej interesujące. Przez pełną zacieków szybę podłużnego okna zaczął obserwować dziedziniec, gdzie na równym trawniku Archie grał wbadmintona zFergusem Dalglishem. Hipnotyzowany równą wymianą odbić przyglądał się temu dopóty, dopóki lotka niefortunnie zaginęła gdzieś wrozłożystych gałęziach klonu.
Nieszczelność starych przeszkleń sprawiła, że doskonale usłyszał krzyk zawodu Archiego.
Chwilę później wskupieniu mrużył oczy, przyglądając się obiektowi znacznie bliższemu. Czy dobrze widział?
Szczelina wstarym szkielecie okna skrywała świstek papieru, który mocno odznaczał się świeżością bieli.
Musiałby nie być człowiekiem, żeby nie wyciągnąć po niego ręki. Odwinął więc karteczkę zposzarpaną krawędzią, by odczytać zgrabne pismo. Słowa napisano czarnym atramentem.
„Ta groteskowa świątynia przestarzałej wiedzy to jedynie kurz ipleśń”, odczytał izmarszczył brwi.
Ktoś wtym prastarym budynku musiał mieć bardzo zły dzień… Przyszedł mu do głowy pomysł. Wyrwał znotatnika róg kartki inapisał na nim stalową końcówką pióra:
„Zgodzę się zargumentem dotyczącym kurzu. Mógłbym wysunąć wniosek odobudowanie dla niego nowego skrzydła albo chociaż nakazać mu płacenie czynszu. Pleśni jednak nie zauważyłem”, odparł zarzut izwinąwszy kawałek papieru wniewielką kosteczkę wcisnął go na powrót wszczelinę wykuszu.
***
Październikowe dni stawały się coraz krótsze. Gdy wdrodze do pokoju Brennan przecinał krokami mniejszy, boczny dziedziniec, było już zupełnie ciemno. Archie czekał na niego wpokoju wspólnym, przy kominku. Miał na sobie tę brzydką koszulkę znadrukiem burgera. Nie pasowała do niego igryzła się zeklektycznym, podniosłym wystrojem pomieszczenia.
– Cholera, straciłem dziś ostatnią…
– Lotkę. Wiem.
– Skąd? – Archie uniósł jasne brwi. Jego gęste włosy świeciły się na złoto wblasku kominkowych płomieni.
Pokój wspólny różnił się znacząco wystrojem od reszty uniwersyteckich sal, korytarzy iholów. Była to przestronna przestrzeń ofunkcji salonu poprzedzająca wejścia do sypialni studentów.
– Widziałem was zokna biblioteki – odpowiedział Brennan, wpatrując się wstrzelające iskrami palenisko.
Na skórzaną sofę przysiadł się Fergus, przebrany wdres igrube skarpety. Jego ciało emanowało dziwną energią, był cichszy niż zwykle. Apraktycznie nie zdarzało się, żeby ustępował ilością zapału Archiemu. Przede wszystkim on NIGDY nie był cicho. Fergusa bowiem zawsze najpierw słychać, adopiero później widać.
Dziś było odwrotnie ijakoś częściej nerwowo strzelał palcami.
– Poważnie? Masz zamiar zrobić zadanie dla tego dziada? – Archie zmienił temat. Jego jasne oczy świeciły oburzeniem jak niespokojne ogniki. – Przecież to kretynizm. Ciebie nie interesują sztywniackie portrety władców, tylko…
– Szczery wiejski realizm – dokończył Brennan, rzucając jednocześnie okiem na Fergusa. Dłonie miał sztywno splecione, oparte ouda.
– Tak się płaszczysz, bo chcesz mu zaimponować.
– Może chcę, amoże nie.
– I tak ci się nie uda, bo Rhiannon to zawsze numer jeden – wtrącił Fergus bez entuzjazmu.
Bez entuzjazmu. Musi być chory, pomyślał Brennan, przysiadając się na sofę.
– Dla MacLeoda tak. Dla mecenasa tutejszy ranking nic nie znaczy, ważniejsze będą nasze prace – upierał się, choć ion sam wto zaczynał wątpić.
– Wierzysz wto? – Archie naprawdę się przejął.
– To nie kwestia wiary, tylko dyscypliny. Talent bez rozwoju nic nie znaczy.
– Już nawet mówisz jak on! Czemu aż tak ci zależy? – usiadł obok przyjaciela izakładając ramiona na piersi, wyczekiwał odpowiedzi.
Gdy mięsień jego ramienia napiął się, wzrok Brennana stracił na śmiałości. Przypomniało osobie wspomnienie owyjątkowo nieadekwatnym, choć namiętnym śnie. Na samą myśl ogarnął go wstyd.
Podniósł się zkanapy, by ukryć zażenowanie, na co skóra obicia krótko skrzypnęła wzaskoczeniu. Oparłszy się plecami okominkowy murek, zaczął grzać zesztywniałe po całym dniu plecy.
Ciepło przyjemnie rozlewało się po zmęczonych mięśniach.
– Nieważne. – Spuścił wzrok na dywan oświetlony skromną łuną paleniska. – Jaki wpływ może mieć MacLeod na decyzję tego mecenasa?
– Bren, nie mówisz serio. Oczywiście, że ma wpływ! Aty to dobrze wiesz, bo próbujesz za wszelką cenę być wtym jego rankingu jako pierwszy.
– A itak nie będziesz. – Kolejny ponury pomruk wydobywający się zust Fergusa ściągnął na dobre ich uwagę.
– Fergus, jasny gwint, co się ztobą dzieje? – rzucił Bren nerwowo. Na piegowatej twarzy przyjaciela widział głęboki żal, wciele zaś dziwne napięcie.
– Mów – ponaglał go Archie, starając się przyspieszyć przebieg rozmowy gniewnym spojrzeniem.
– Connie wyrzucono zuczelni.
Pozostała dwójka nie wiedziała, czy bardziej zaszokował ich ton kolegi czy treść jego słów. Obie ztych rzeczy były równie nieprawdopodobne.
– Co?! Connie Blair to prymuska inajgrzeczniejsza studentka, jaką znam. Co ona mogłaby przeskrobać?
Dziewczyna była pierwszą miłością Fergusa. Anioł wludzkiej skórze, mała ipogodna blondynka. Studiowała literaturę – aż do teraz. Szalenie bystra, zabawna, ociętym żarcie iniewinnej buzi. Redagowała uczelnianą gazetkę.
– Oficjalnie wyrzucili ją za plagiat, ale wto nigdy nie uwierzę.
– Plagiat? Błagam, ta dziewczyna jest na to zbyt inteligentna!
– Wiem. Connie by tego nigdy nie zrobiła.
Chłopak wyglądał na kompletnie załamanego. Kiepsko było oglądać go wtym stanie. Tę przybitą twarz ipozbawione nadziei oczy – wodniste, bez wyraźnego koloru. Nawet głośniej oddychał, jakby dusił go smutek.
On iConnie spotykali się od początku drugiego roku, ahistoria ich miłości zawsze rozczulała wszystkich słuchaczy. Małe podchody, nieśmiałe zaloty, intensywne początki. On podsuwał jej rysunki, ona jemu poematy.
– Rozmawialiście otym? – Bren zapytał cicho, uciekając wzrokiem do strzelającego wesoło kominka. Pochylił się, by dołożyć do żaru kolejne dwa odłamki pnia.
– Nie zdążyłem. Dowiedziałem się od jej przyjaciółki, Saoirse, że szukała mnie przed wyjazdem.
Nie zdążyli się nawet pożegnać…
– Cholera, Fergie – młody Graham rzucił ze współczuciem. Od razu sięgnął do ramienia przyjaciela, by mocno je uścisnąć.
– Nawet nie wiem, na jaki numer zadzwonić.
Głos Fergusa był zupełnie pozbawiony nadziei. Od samego brzmienia łamało się serce.
– Może jakoś go zdobędziemy? – Brennan nie dawał za wygraną, lecz odpowiedź na pytanie długo nie padała.
Przyglądał się woczekiwaniu pogrążonym wzamyśleniu przyjaciołom. Zawiesił wzrok na dłużej na Archim, który przesuwał dłonią po potarganych wiatrem jasnych włosach. Wydawały się niepoprawnie wręcz miękkie…
Gdy ten odezwał się nagle, Brennan speszony uciekł spojrzeniem, by nie przyłapano go na tym, co zdawało mu się, że robi.
– W sekretariacie powinny być wszystkie dane studentów istudentek.
– Nie dostaniemy przecież jej numeru. – Westchnął zmarnowany Fergus.
W kominku ogień swoimi językami najpierw gładził, apóźniej zachłannie trawił dołożone do paleniska kawałki drewna.
Kiedy Archie odezwał się ponownie, wgłosie miał tę uwielbianą przez nich iskrę. Oznaczała, że pojawił się pomysł iza wszelką cenę zostanie zrealizowany. Informowała też, że pomysł ten jest co najmniej ryzykowny. Możliwe, że nawet nielegalny, aprawdopodobnie również skazany na niepowodzenie.
– Zdobędziemy go sami.
