Lato, by cię odzyskać - Morgane Moncomble - ebook

Lato, by cię odzyskać ebook

Morgane Moncomble

0,0

Opis

Jasmine od zawsze wierzyła w miłość. Organizuje śluby innych, choć sama dawno straciła wiarę, że podobna historia mogłaby zdarzyć się jeszcze jej. Po trudnym rozstaniu chciałaby wreszcie zamknąć przeszłość i ruszyć dalej.
 
Kiedy przyjaciele zapraszają ją na swój ślub, Jasmine wie, że nie będzie to łatwy weekend. Uroczystość ma się odbyć w słonecznej, leniwej włoskiej miejscowości, gdzie czas płynie wolniej, a każdy wieczór pachnie owocami i winem.
 
Na liście gości jest też on - Andréa Moretti.
Jej pierwsza miłość. Człowiek, o którym nigdy do końca nie zapomniała.
 
Andréa wciąż zastanawia się, co by było, gdyby wtedy o nią zawalczył. Teraz los ponownie splata ich drogi, zmuszając do wspólnej podróży po Włoszech, między rozpalonym słońcem, wąskimi uliczkami i willami skrytymi wśród drzew.
 
Między nimi nadal jest zbyt wiele niewypowiedzianych słów i uczuć, które nie zdążyły wygasnąć. W cieniu cyprysów, nad brzegiem wody i przy dźwiękach włoskich piosenek będą musieli zmierzyć się z tym, co wciąż do siebie czują. Czy tym razem odważą się na nowy początek?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 444

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Un été pour te retrouver

© Morgane Moncomble, Hugo Publishing 2024 This edition is published by arrangement with Hugo Publishing in conjunction with its duly appointed agents Books And More Agency #BAM, Paris, France and Book/lab. All rights reserved.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Artur Łuksza, 2026

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Adrian

Redakcja: Magda Wołoszyn-Cępa

Korekta: Beata Buko, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i strony tytułowe: Florian Rychlik

Ilustracje na okładce:Oranges and poppies, Percy J. Callowhill LithFrom the Garden, Flowers and Birds, Ferdinand von WrightVarious objects, Louis Léopold BoillyLa comtesse de La Tour Maubourg, Théodore Chassériau

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-82-1

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Dla wszystkich moich Jasmine, moich Nolii,

moich Camelii i moich Lily.

Dla wszystkich kobiet w moim życiu,

sióstr mojego serca,

które inspirują mnie każdego dnia.

Dziękuję. Kocham was.

PLAYLISTA

Olivia Rodrigo – happier

ROSÉ – Gone

Taylor Swift – Bigger Than The Whole Sky

Eric Nam – Love Die Young

Ariana Grande – We Can’t Be Friends (Wait For Your Love)

Conan Gray – Memories

Gracie Abrams – I Miss You, I’m Sorry

Sofia Carson – Still Love You

Joshua Bassett – Set Me Free

V – Love Me Again

Harry Styles – Love Of My Life

Peter Manos – In My Head

BTS – Euphoria

Stephen Sanchez – Until I Found You

Gracie Abrams – I Know It Won’t Work

James Morrison (feat. Nelly Furtado) – Broken Strings

Bruno Mars – When I Was Your Man

Halsey – So Good

Dua Lipa – No Goodbyes

Sabrina Carpenter – Things I Wish You Said

Zara Larsson – Never Forget You

Jade LeMac – Same Place

Daniel Schulz – Turn Back Time

Keane – Somewhere Only We Know

Jeremy Zucker – emily

Taylor Swift – august

Przed

.

JASMINE

Gordes, Francja

Moja mama uważa, że pierwsza miłość nigdy nie umiera. Mój tata z kolei jest zdania, że istnieje ona po to, by nas czegoś nauczyć. Co do mnie, to mam piętnaście lat i jeszcze nigdy nie byłam zakochana. Jeśli jednak wierzyć Edowi Sheeranowi, którego słucham na okrągło, nic tak nie boli jak pierwsza miłość. Dlatego nie mam pewności, czy jestem zainteresowana.

Poza tym jestem zbyt zajęta, żeby mieć chłopaka. Wieczorami uczę się lub maluję na ceramice. Weekendy spędzam na wsi, gdzie spaceruję, zrywam kwiaty, które potem suszę między stronami moich książek, robię na szydełku wełniane kapelusze dla mojego królika Marca1...

Któż ma czas na miłość?

– Trzymaj – mówi mama, wręczając mi jedno euro. – Pójdź, proszę, po bagietkę, taką mniej wypieczoną.

Kiwam głową i wkładam swoją kamizelkę w grzyby, czym sprowadzam na siebie strapione spojrzenia obojga rodziców.

– Kiedyś w końcu ją spalę – mówi pod nosem mama.

Odchylam się, przyciskając materiał do siebie, jakbym chciała go przed nią zasłonić.

– Zwariowałaś? Przecież sama mi ją uszyłaś!

– No wiem – wzdycha. – Myślę, że odgadnie to każdy, kto na nią spojrzy. Popatrz, cała się już zmechaciła.

Spuszczam wzrok urażona. Nie mam jednak czasu na ripostę, bo mama już zniknęła w salonie. Jestem przyzwyczajona do komentarzy, którymi raczą mnie rodzice, gdy wychodzę z domu, choć teraz przejmuję się nimi o wiele mniej niż kiedyś.

W szkole też słyszę podobne rzeczy.

„Dziwna jest”.

„Ciągle z głową w chmurach”.

„Widzisz jej ciuchy?”

„Nic dziwnego, że nikomu się nie podoba...”

Clémence regularnie staje w mojej obronie. Sama w ogóle nie zwracam na to uwagi. Czemu miałabym się wstydzić tego, kim jestem, jeśli jestem szczęśliwa?

– Ruchy, bo zaraz zamykają! – krzyczy tata, by sprowadzić mnie na ziemię.

Trzaskam za sobą drzwiami i wsiadam na mój ukochany rower, z wiklinowym koszem, odchodzącą zieloną farbą i niedziałającym klaksonem. Nie wyrzucę go jednak, bo nie uzbierałam wystarczająco dużo pieniędzy, żeby kupić nowy.

Na rowerze jeżdżę dosłownie wszędzie. Kocham bolesne pieczenie w łydkach, powiewy wiatru we włosach i jego świst, kiedy wdziera się pod słuchawki, podczas gdy leci w nich muzyka.

Jest dwunasta dwadzieścia pięć i Piekarnia Babuni Jeanne niedługo się zamknie. To jedyne miejsce, którego wypieki mój tata – pan maruda, jak go nazywam – akceptuje.

W Gordes, na południu Francji, zaczyna się lato i już teraz jest upalnie. Manewruję między pieszymi na kostce brukowej, przejeżdżam wąskimi, mniej uczęszczanymi uliczkami, w akompaniamencie wody płynącej w fontannach, które mijam. Woń lawendy miesza się z zapachami znajdującego się nieopodal targu prowansalskiego. Na moment zawieszam oko na serach, świeżych owocach i kuszących oliwkach, ale zaraz ponownie skupiam się na drodze i w ostatniej chwili omijam starszego pana.

– Przepraszam, przepraszam! – wołam po tym, jak na mnie nakrzyczał. – Miłego dnia!

Przejeżdżając koło kościoła, macham kilku znajomym twarzom, a dzwony biją na całego.

Dwunasta trzydzieści. Kurczę, jestem spóźniona.

Zatrzymuję się przed piekarnią z piskiem opon. Chyba nadal otwarte. Zostawiam rower na chodniku i wpadam zdyszana do środka.

– Ledwo zdążyłaś – zauważa łagodnie piekarka. – Czego ci potrzeba, słoneczko?

Poprzedni klient wymija mnie i wychodzi na zewnątrz. Nie zwracam na niego uwagi.

– Poproszę jedną bagietkę, taką mniej wypieczoną.

– Przykro mi, właśnie wydałam ostatnią...

Burczę rozczarowana i dziękuję sprzedawczyni. Wychodząc, dostrzegam, że chłopak, który skradł ową bagietkę, nadal się nie oddalił. Stoi przed piekarnią z nosem w telefonie, ale natychmiast go rozpoznaję.

Andréa Moretti.

Koledzy z klasy niezbyt mnie interesują, ale jego istnienia nie sposób ignorować. Słyszałam wiele określeń, którymi go opisywano, zwłaszcza ze strony innych uczniów, a czasami też nauczycieli: „magnes na problemy”, „najgorszy w klasie” – zakładam, że dysleksja raczej nie pomaga – „zawsze pierwszy do bójki”...

Niewielu go lubi, a jednak... mnie on intryguje.

– Zamierzasz zjeść całą?

Spogląda na moje buty i ze zdumieniem w swoich błękitnych oczach podnosi wzrok, jakby nie miał pewności, czy mówię do niego. Nie jest wybitnie przystojny, ale jest w nim coś szelmowskiego, z czym bardzo mu do twarzy.

– Arrietty? – bełkocze, sprawiając wrażenie, że mnie rozpoznał.

– Jestem Jasmine. Jasmine Pham.

Kręci głową, jakby brał się w garść, i odchrząkuje. Chowa telefon do kieszeni, a moja uwaga w całości skupiona jest na ciepłej bagietce w jego ręce. Mój skarb.

– Wiem. Od roku chodzimy razem do klasy, nie jestem głupi.

Wydaje się urażony, co mnie zdumiewa. Pytam więc, czemu nazwał mnie Arrietty.

– Przypominasz mi ją – wyjaśnia, wzruszając ramionami. – Wiesz, tę z animacji Ghibli. Też ma czternaście lat i mieszka na wsi, w domu otoczonym kwiatami i roślinami. Trochę tak sobie wyobrażam ciebie poza szkołą...

Pierwszy raz słyszę, by tyle mówił.

Opieram się pragnieniu, by powiedzieć mu, że mam piętnaście lat. Nie jestem już gówniarą; w końcu za parę miesięcy idziemy do liceum.

– Mówisz tak, bo moja rodzina jest z Azji? Mam korzenie w Wietnamie, nie w Japonii.

Andréa otwiera buzię, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Wydaje się jednocześnie oburzony, jak i zakłopotany, co mnie bawi. Sprawia wrażenie... innego, niż malują go ludzie.

– Spokojnie, żartuję! Bardzo lubię Arrietty, choć wolę Księżniczkę Mononokę.

– Nic dziwnego – mamrocze pod nosem, a kącik jego ust lekko się unosi.

Zakładam, że moje zamiłowanie akurat do tego dzieła Hayao Miyazakiego nie jest specjalnym zaskoczeniem, bo przecież podejmuje kwestie odpowiedzialności człowieka wobec natury i potępia nasz destrukcyjny wpływ na środowisko.

Nagle przypominam sobie, dlaczego tu w ogóle jestem. Andréa robi krok w tył, gdy niespodziewanie się do niego przybliżam.

– Dam ci jedno euro w zamian za bagietkę – proponuję, wyciągając przed siebie monetę. – Mój ojciec marudzi jak najęty, kiedy nie ma z czym zjeść sera. Jeśli dzisiaj będzie w złym humorze, to nic z nim nie załatwię.

– Sorki, u mnie w domu jest to samo – mówi i odchodzi.

Cóż, przynajmniej próbowałam. Odwracam się, by odejść. Podnoszę rower, doganiam Andréę i zaczynam jechać obok niego.

Robi mi więcej miejsca na chodniku, ale nie patrzy na mnie.

– A wiesz, jaką postać Ghibli ty przypominasz? – pytam.

– Hauru? – Uśmiecha się, wyprężając klatkę piersiową. – Wszystkie dziewczyny na niego lecą. Przystojny jest, nie?

Prycham. Moja reakcja chyba mu się nie podoba, bo posyła mi gniewne spojrzenie. Nie czuję jednak żadnego zagrożenia. Wygląda raczej niegroźnie.

– Jeśli powiesz, że Szkarłatnego Pilota2, to... – grozi ponurym głosem. – Wiem, że też jest Włochem, ale to nie powód, by mnie obrażać.

Oho, widzę, że trafiłam na prawdziwego fana. Muszę przyznać, że Andréa Moretti coraz bardziej mi się podoba.

– Przypominasz mi Kalcyfera3 – rzucam i od razu zaczynam tłumaczyć swój wybór. – Po pierwsze, to żywiołak ognia. Tak samo jak on łatwo wpadasz w gniew, jesteś porywczy, rozpala cię choćby najmniejsza iskra. Po drugie, jest łobuzerski i sarkastyczny, trochę jak ty na lekcjach. Po trzecie... po jakimś czasie okazuje się naprawdę uroczy.

Andréa unosi brew w zdumieniu. Znamy się rok, ale to nasza pierwsza prawdziwa rozmowa i jestem pozytywnie zaskoczona. Nie licząc trudności z panowaniem nad gniewem, których byłam świadkinią, wydaje się całkiem spoko.

– Pasuje mi to – mamrocze, a jego uszy lekko czerwienieją. – Wszyscy lubią Kalcyfera. Hauru czerpie swoje moce właśnie od niego.

Uśmiecham się do niego promiennie, szczęśliwa, że sprawiłam mu przyjemność.

– Cóż, muszę wracać. Do zobaczenia! – Macham do niego. – Może w liceum też trafimy do tej samej klasy.

– Czekaj.

Łapie za moją kamizelkę w chwili, gdy chcę przyspieszyć, zmuszając mnie do zatrzymania. Patrzę na niego wyczekująco, a on przełamuje bagietkę pośrodku.

Mama dostałaby szału, widząc, że ktoś rwie pieczywo gołymi rękami, ale mnie to bawi.

– Trzymaj – mówi, podając mi połowę. – Lepsze to niż nic.

Przyjmuję pół bagietki i czuję, jak dziwne gorąco zalewa moje policzki. Miło z jego strony. Chcę mu dać w zamian wspomniane euro, ale on wrzuca monetę do kieszeni mojej beżowej lnianej sukienki.

– Fajna kamizelka.

Nie jestem w stanie wykrztusić ani słowa. Stoję nieruchomo niczym grecki posąg, gdy Andréa macha do mnie i rusza w swoją stronę.

– Pa, Arrietty. Miłego lata!

Bez słowa, ze stygnącą bagietką w dłoni, patrzę, jak odchodzi. Na moich ustach rozkwitł głupawy uśmiech i łapię się na bardzo ciekawej myśli. Nie wiem jeszcze, co to oznacza, ale...

Mam ogromną nadzieję, że się zaprzyjaźnimy.

Lipiec

1

JASMINE

Positano, Włochy

– Za dziesięć minut idę na ślub i potrzebuję partnera, żeby mój były był zazdrosny. Co ty na to?

Nieznajomy, do którego właśnie wypaliłam prosto z mostu, odwraca się do mnie zdumiony i wiem, co widzi: zdesperowaną kobietę w sukience w kolorze zielonego jabłka, z dłońmi złożonymi jak do modlitwy.

Zgódź się, zgódź się, zgódź się.

W duszy przeklinam tego, który miał ze mną iść, a który w ostatniej chwili zostawił mnie na lodzie, zmuszając do sięgnięcia po drastyczne środki.

– Nie jestem szalona, serio – dodaję pośpiesznie. – Po prostu żałośnie samotna i zbyt tchórzliwa, by dać byłemu wygrać w „które z nas lepiej poradziło sobie z zerwaniem”.

Nie chcę, żeby wiedział, że od trzech lat nie uprawiałam seksu i że płaczę na każdej pierwszej randce z Tindera, na którą idę.

Pewnie nie powinnam była wchodzić w szczegóły. Mój rozmówca serio pomyśli, że jestem szalona. Najgorsze jest to, że naprawdę dobrze poradziłam sobie z zerwaniem!

Nie kocham już Andréi. Przyznam, że na początku było ciężko. To jedyny mężczyzna, jakiego kiedykolwiek prawdziwie poznałam pod względem emocjonalnym, dlatego przeraża mnie wizja pójścia do łóżka z innym. W końcu jednak jestem gotowa.

Gdy dowiedziałam się, że będzie na ślubie Clémence i Kaia – a do tego nie sam – wzięłam sprawy w swoje ręce. Za pomocą CharmMate, aplikacji służącej do wyszukiwania osób towarzyszących, założonej przez męża jednej z moich najlepszych przyjaciółek, znalazłam kandydata idealnego. Idealnego aż do chwili, gdy zadzwonił godzinę temu, by oznajmić, że nie uda mu się dotrzeć. Ależ nawrzucam Camille’owi Levesque’owi!

– No, no – rzuca nieznajomy. – Kusząca propozycja. Pozwolisz mi się chwilkę zastanowić?

Kiwam gorączkowo głową. Czemu wybrałam akurat jego? Bez wyraźnego powodu. Wystarczyło, że siedział przed kościołem i był elegancko ubrany.

Prawdę mówiąc, miałam wybór między nim a panem po sześćdziesiątce, który karmi nieopodal ptaki.

Teraz, gdy przed nim stoję, gratuluję sobie w myślach. To bez wątpienia najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego w życiu spotkałam. Ciemne tęczówki i magnetyczne spojrzenie spod zmarszczki nakątnej, mięsiste wargi i czarne włosy na tyle długie, by kosmyki opadały na czoło, ale nie aż tak, by je związać. Jego cera jest jeszcze jaśniejsza niż moja i zdradza korzenie z Azji Wschodniej.

– A co mi tam, niech będzie.

Mrugam, wracając na ziemię. Nieznajomy trzyma ręce w kieszeniach; ubrany jest w cienką białą koszulę i karmelowe spodnie, a stroju dopełnia enigmatyczny uśmiech.

– Czyli... zgadzasz się? Naprawdę?

– Jedzenia za darmo nie odmawiam – rzuca jako jedyne wyjaśnienie. – A poza tym jesteś taka przekonująca.

Domyślam się, że się ze mnie naśmiewa, ale nie daję się sprowokować. Jest moją jedyną nadzieją, bo nie ma opcji, że stanę przed Andréą bez partnera.

Nasi wspólni znajomi dręczą mnie pytaniami, czy wszystko w porządku, przekonani, że rozkleję się w jakimś kącie przy pierwszej lepszej okazji.

Wszystko dobrze! – odpisuję. Chciałabym tylko, żeby ludzie mi wierzyli, gdy to mówię.

– Przypominasz mi... – urywam, niepewna.

Od kiedy poznałam Andréę, nowo napotkanych ludzi kojarzę z postaciami studia Ghibli. Na początku robiłam to dla zabawy, ale z biegiem lat weszło mi to w nawyk.

Czasami zapominam, że inni ludzie nie mają wglądu do mojej głowy, jak teraz.

– ...Hauru – kończę.

Na jego twarzy odmalowuje się zaskoczenie.

– Mówisz tak, bo jestem Japończykiem? – pyta.

Otwieram usta zażenowana. Już chcę mu powiedzieć, że wcale nie dlatego, ale nagle jego wargi wykrzywiają się w rozbawionym uśmieszku.

– Wyluzuj, tylko żartowałem. Uwielbiam Ruchomy zamek Hauru.

Schodzi z kamiennego murku, na którym siedział, gotowy mi towarzyszyć. Jest przynajmniej o głowę wyższy ode mnie.

– Jeśli dobrze zrozumiałem, to mamy jeszcze parę minut – mówi, rzucając okiem na zegarek. – Zdradzisz mi swoje imię czy mam nazywać cię Sophie4?

– Jasmine Pham – przedstawiam się. – Dla przyjaciół Jazz.

Wyciąga dłoń. Ściskam ją i zaskakuje mnie ciepło, które od niej bije. Od dawna nie doświadczyłam podobnej temperatury, ale tutaj, na wybrzeżu Amalfi, to chyba nic wyjątkowego.

– Chodźmy. – Zmuszam się do działania i ciągnę go za sobą do kościoła Santa Maria Assunta.

Nie mogę uwierzyć, że mój plan wypalił... Mam tylko nadzieję, że koleś nie jest mordercą na wolności. Jeśli jednak jest, to proszę jedynie, by wstrzymał się z mordowaniem do jutra.

To najszczęśliwszy dzień w życiu Clémence i nikt go nie zepsuje. Nie na mojej warcie!

Uwielbiam śluby. Miałam ledwie dziewięć lat, gdy film Dwadzieścia siedem sukienek odcisnął piętno na mojej osobowości. Czternaście lat później przekułam fascynację w zawód i zatrudniłam się jako wedding planerka.

Jestem zakochaną w miłości marzycielką i mediatorką. Dlatego zaczęłam tworzyć baśnie na jawie... choć od jakiegoś czasu mam wrażenie, że spełniam marzenia, w które coraz trudniej mi wierzyć.

– Gdzie Clem? – pytam druhny, które ustawiły się przed wejściem.

Zaglądam do środka, by upewnić się, że Kai, jej narzeczony, czeka już przed ołtarzem. Wszyscy goście są na miejscach i ceremonia może się rozpocząć.

– Tata po nią poszedł – uspokajają mnie. – Zaraz będą.

Odwracam się do mojego towarzysza i mówię, żeby poszedł usiąść w ławce i na mnie poczekał. Robi to bez wahania, jakby cała ta sytuacja była całkowicie normalna.

– A co, jeśli popełniam największy błąd w swoim życiu? – wybrzmiewa głos panny młodej.

To smutne, ale od kiedy zaczęłam tę pracę, to chyba najczęściej słyszane przeze mnie zdanie.

Odwracam się w kierunku mojej przyjaciółki; jej wilgotne dłonie gniotą bukiet różowych piwonii. Jej sukienka jest przewspaniała i wygląda w niej, jakby wyszła prosto z bajki Disneya.

Zielone oczy skryte pod długimi rzęsami, opalona skóra zdradzająca hiszpańskie pochodzenie i brązowe włosy opadające wzdłuż doskonale symetrycznej twarzy – krótko mówiąc, jest zachwycająca.

Jej tata próbuje ją uspokoić, ale to na mnie pada jej zaniepokojone spojrzenie.

– Myślisz, że powinnam uciec? Powiedz, że przygotowałaś się na taką możliwość i zostawiłaś kluczyki na desce rozdzielczej Mustanga z napisem Just married na tylnej szybie.

Poprawiam tren jej sukni, by wyglądał doskonale, gdy Clémence pojawi się w głównej nawie kościoła.

– Dobra, po pierwsze, trochę późno dajesz znać, że chcesz Mustanga z takim napisem – upominam ją łagodnym tonem. – A po drugie, gdybym zostawiła kluczyki na desce rozdzielczej, to raczej nie postałby tam długo.

Moja przyjaciółka uśmiecha się lekko na znak, że powoli się odpręża. Obiecuję jej, że wszystko będzie dobrze, i całuję powietrze obok policzka, by nie zniszczyć jej makijażu.

– Dzięki, Jazz. Wiesz, że cię kocham, nie?

– Wiem. Ja ciebie też, Clém.

Myślę o tym, że poznałyśmy się, gdy miałyśmy dwanaście lat... i o tym, że to moja przyjaciółka z najdłuższym stażem. Organizowanie jej ślubu to dla mnie prawdziwy zaszczyt.

– Dobra, wszyscy na miejsca. Dziewczyny, szykujcie się!

Po raz ostatni pouczam zebraną wokół mnie grupkę, jak będzie wyglądała procedura wejścia, i krótkim gestem daję znać kwartetowi smyczkowemu, że zaczynamy.

Show time!

Chwilę później skrzypkowie wygrywają pierwsze nuty utworu i zaraz dołącza do nich pianista. Siostry Clémence wkraczają do nawy jako pierwsze, z kwiatami w dłoniach i pełnymi wzruszenia uśmiechami na ustach.

Nagle w moich myślach odzywa się tłumiony do tej pory strach.

On tu jest. On mnie zobaczy. W końcu, po trzech latach.

Serce wali mi w piersi. Zostałyśmy tylko ja i Clémence, która zamyka pochód.

Przywołuję na twarz sztuczny uśmiech i ruszam w rytm muzyki. Czuję na sobie spojrzenia innych i wiem, że jedno z nich należy do Andréi, mojej pierwszej miłości.

Jedynego mężczyzny, jakiego kiedykolwiek kochałam.

Nagle mój umysł znajduje schronienie w miejscu dotychczas zamkniętym na klucz i w moich myślach wybrzmiewa echo znajomego głosu.

„Pewnego dnia cię poślubię, Jasmine Pham”.

Muzyka ginie, twarze rozmywają się przed moimi oczami i widzę, jak się do mnie błogo uśmiecha, jakby składał mi obietnicę.

Wspomnienie zostaje jednak rozmyte przez znajomy mrok, który czasem nawiedza mnie w nocy i spędza mi sen z powiek.

„To koniec, Jazz... Już dłużej nie mogę. Poddaję się.”

Moje gardło się zaciska i muszę skoncentrować się na oddechu, by zmusić się do powrotu do teraźniejszości.

Skup się, Jasmine. To przeszłość.

Udaje mi się ukradkiem posłać wspierający kciuk w górę Kaiowi, który odpowiada miną wyrażającą wdzięczność. Jego rodzice uśmiechają się do mnie z pierwszego rzędu; oboje ubrani są w tradycyjne japońskie stroje, pełne haftów i kolorowych wzorów.

Zajmuję miejsce po lewej stronie, obok pozostałych druhen. Moje dłonie drżą; staram się je ukryć, gdy zgromadzeni wstają.

Clémence wkracza do kościoła z rozmachem i wszyscy zachwycają się jej pięknem. Płacze, wywołując serdeczne uśmiechy, ale trzeba przyznać, że dzielnie walczyła, by nie zepsuć makijażu. W końcu dociera przed ołtarz i staje przed Kaiem; ten całuje ją w czoło i nie potrzebuję więcej dowodów na to, że miałam rację.

Naprawdę są dla siebie stworzeni.

Mam tylko nadzieję, że uda im się przetrwać i pokonać wszelkie trudności, jakie przyniesie życie.

Ściskam swój bukiet tak mocno, że soki z łodyg sączą się pod moje paznokcie. Już nie mogę się doczekać, aż uda mi się wymknąć i wypić kieliszek wina... albo trzy.

Ceremonia jest dokładnie tak wzruszająca, jak sobie to wyobrażałam. Ich przysięgi wycisnęły łzę albo dwie. Obiecali sobie miłość, wierność i wsparcie. Następnie oglądamy, jak zgodnie z japońską tradycją przyjmują prezenty, między innymi algi wachlarz, skorupę słuchotki, pieniądze...

– Ogłaszam was mężem i żoną – oznajmia duchowny. – Możesz pocałować pannę młodą.

Kaiowi nie trzeba dwa razy powtarzać. Można przypuszczać, że to był najbardziej wyczekiwany przez niego moment. Pochyla się, odchylając swoją żonę, a moim oczom ukazuje się mężczyzna, którego do tej pory mi zasłaniał.

Nasze spojrzenia spotykają się nad naszymi przyjaciółmi niczym dwa magnesy. Cała zamieram i ciężko mi oddychać.

Jest tutaj. Patrzy na mnie.

Nie mogę przestać na niego spoglądać. Wymiana spojrzeń trwa najwyżej pięć sekund, ale to wystarczy. Pożeram wzrokiem jego oczy, karmelowe włosy i błękitne tęczówki, w których od zawsze byłam zakochana. Jego skóra jest opalona, a ramiona nabrały mięśni.

To już nie jest nieśmiały, chociaż porywczy nastolatek, którego poznałam niecałe dziesięć lat temu. To mężczyzna.

A jednak to ten sam Andréa, którego znałam. Minęły trzy lata, dla mnie niemal wieczność, ale mam wrażenie, jakbyśmy rozstali się wczoraj.

W kościele wybucha aplauz. Nasi przyjaciele się prostują, zasłaniając mojego byłego, i odzyskuję panowanie nad swoimi myślami.

Muszę znaleźć się gdzie indziej. Potrzebuję jakiejś wymówki, jabłkowej wódki i kryjówki.

– Tutaj jesteś, moja droga – szepcze mi na ucho jakiś rozigrany głos. – Wszędzie cię szukałem.

Podskakuję, rozpoznając mojego udawanego partnera, który kładzie dłoń na moim ramieniu. Jego słowa przypominają te, które Hauru wypowiedział do Sophie, gdy pierwszy raz się spotkali, i przewracam oczami w rozbawieniu.

Widzę, że wziął sobie zadanie do serca!

– Wyglądasz, jakbyś miała dostać zawału – dodaje cicho. – To on, prawda?

Podążam za jego spojrzeniem i widzę brzuchatego staruszka siedzącego w pierwszym rzędzie. Mimowolnie się krzywię.

– Serio? Naprawdę myślisz, że to jest mój były?

– Czemu nie? Wygląda na uroczego. Wspaniały ma ten tweedowy garnitur, no i ten jego... inhalator.

Ludzie zaczynają wychodzić z kościoła, by ustawić się przed nim z płatkami kwiatów w dłoniach w oczekiwaniu na parę młodą.

– Ma ze sto lat – zrzędzę, odsuwając się od niego.

– Miłość nie ma wieku.

Dostrzegam jego prześmiewczy uśmieszek i dociera do mnie, że się nabija. Postanawiam więc nie odpowiadać i biorę go pod ramię.

– Idziemy.

*

Do willi Tréville, w której odbywa się wesele, docieramy jako pierwsi.

Gdy Clémence i Kai powiedzieli mi, że chcą się pobrać na wybrzeżu Amalfi, natychmiast pomyślałam o tym miejscu, usytuowanym w samym sercu Positano. To dawna posiadłość Franca Zeffirellego, sławnego włoskiego reżysera, przeobrażona w hotel.

Położona jest na klifie i ma całkiem sporo tarasów, balkonów i ogrodów, od których biją elegancja i luksus. I nic dziwnego: wesele odbywa się bezpośrednio nad Morzem Śródziemnym.

Słońce właśnie zaczyna zachodzić za wzgórzami. Korzystam z chwili, by upewnić się, że wszystko jest idealnie przygotowane, od DJ-a, przez catering, aż po malarza, którego zadaniem jest uwiecznić parę młodą na obrazie.

– To ty to zorganizowałaś, prawda? – pyta Hauru, który siada na pierwszym lepszym krześle.

Zdaję sobie sprawę, że nie znam jego imienia, bo przecież nawet o nie nie zapytałam. Chcę już to nadrobić, gdy nagle ogarnia mnie panika. Mój wzrok pada na imię wyhaftowane na krześle naprzeciwko mojego i zalewa mnie fala niepokoju.

Andréa.

Nastąpiła pomyłka. Andréa został posadzony zbyt blisko mnie, choć wyraźnie zaznaczyłam, by nie sadzać go przy tym samym stole.

Nie, nie, nie, nie! Który partacz to zrobił?

Pierwsi goście docierają na miejsce, które wzbudza ich niepohamowany zachwyt.

Mam jeszcze trochę czasu, więc podbiegam do krzesła Andréi, by zamienić je z krzesłem kogoś innego, nieważne czyim.

– Potrzebujesz może pomocy? – oferuje mój partner, nawet nie wstając, dalej siedzi z nogą założoną na nogę.

– Świetnie daję sobie radę sama!

– Właśnie widzę, brawo – drwi.

Gdy podnoszę krzesło, pod stołem dostrzegam widelec. Ktoś musiał go zrzucić. Pochylam się, by go podnieść. Cała jestem rozgrzana.

Moja dłoń łapie za sztuciec, ale w chwili, gdy chcę już się wynurzyć, słyszę głos Andréi:

– Co robi Jasmine?

Zamieram. Moje imię na jego ustach... Minęło dużo czasu. Za dużo.

Teraz już za późno na zamianę krzeseł. Jeśli jednak wrócę na swoje miejsce... wszyscy zobaczą, jak wychodzę spod stołu. A im dłużej zwlekam, tym bardziej niezręczna staje się sytuacja.

– Szuka... swojego kapelusza – swobodnie wymyśla na poczekaniu Hauru.

Raczej mojej godności, ale chyba próżno się za nią rozglądać.

Następuje okropna cisza i zastanawiam się, co się dzieje ponad moją głową.

– Rozumiem – odpowiada Andréa spokojnym głosem. – A ja, głupi, myślałem, że wskoczyła pod stół, żeby się schować.

Zaciskam powieki ze wstydu. Nikt nie zaprzecza i dam wiarę, że mój udawany partner nie może powstrzymać swojego rozbawionego uśmieszku.

Nagle krawędź obrusa się podnosi. Znajome błękitne tęczówki spotykają się z moimi.

Klęczę z widelcem w dłoni. Andréa patrzy na mnie bez słowa, z obojętną miną.

A następnie postanawia mnie dobić.

– Cześć, Arrietty. Kopę lat.

PRZYPISY

1 Odniesienie do Marca, postaci z Ruchomego zamku Hauru. ↩

2 Główna postać filmu o tym samym tytule. Jest pilotem z głową świni. ↩

3 Postać z Ruchomego zamku Hauru.↩

4 Bohaterka filmu animowanego Ruchomy zamek Hauru. ↩