Kim jest John Smith? - Maria Krasowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Kim jest John Smith? ebook i audiobook

Maria Krasowska

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kim jest John Smith?

John Smith spędził wiele lat w poszukiwaniu miejsca na ziemi, które mógłby nazywać domem. W końcu znalazł je w Santa Teresie – małej wiosce w Kostaryce. Teraz mężczyzna mieszka przy oceanie, codziennie surfuje, trenuje zawodników oraz uczy angielskiego w miejscowej szkole. Wydaje mu się, że wiedzie idealne życie… Aż któregoś dnia pada ofiarą kradzieży.

W Santa Teresie panuje zamieszanie. Ktoś okrada mieszkańców i nikt nie wie, kto. Do tego Sofia - ośmiolatka, którą John trenuje - traci matkę w podejrzanych okolicznościach. Mała surferka prosi swojego nauczyciela o pomoc, a on musi podjąć wiele decyzji, które tylko utrudnią mu życie.

Czy Johnowi uda mu się pokonać przeciwności losu? Co się stanie z Sofią? I jaki sekret znajduje się w skradzionym portfelu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 597

Data ważności licencji: 6/3/2031

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 18 godz. 20 min

Lektor: Jędrzej Bigosiński

Data ważności licencji: 6/3/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki: Magdalena Kaczanowska

Adaptacja projektu do druku: Piotr Wszędyrówny

Redakcja: Marcelina Metera

Redaktor prowadzący: Małgorzata Święcicka

Redakcja techniczna: Maciej Grzmiel

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Karolina Mrozek

Droga Czytelniczko/Drogi Czytelniku,

ta książka porusza trudne tematy dotyczące między innymi zdrowia psychicznego, depresji, leczenia psychiatrycznego, samookaleczania i samobójstwa. Jeżeli czujesz, że tego typu treści mogą źle na Ciebie wpłynąć lub nie są dla Ciebie odpowiednie, odłóż tę książkę. Twoje samopoczucie jest najważniejsze.

Marysia

Grafiki w środku: pl.freepik.com

© for the text by Maria Krasowska

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

ISBN 978-83-287-4147-8

You&YA

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

You&YA

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

SŁOWNICZEK

AIR

[wymawiaj: er]

Manewr, podczas którego surfer wyskakuje z deską w powietrze, a następnie ląduje z powrotem na fali.

FINY

Płetwy zamocowane pod spodem deski surfingowej, służące do stabilizacji.

HEAT

[hit]

Pojedyncza runda zawodów surfingowych, w której kilku surferów rywalizuje ze sobą przez określony czas, zazwyczaj 20–35 minut.

LEASH

[lisz]

Smycz przymocowana do deski surfingowej i kostki u nogi surfera, zapobiegająca zgubieniu deski po upadku.

LINE-UP

[lajnap]

Miejsce na spocie (patrz: hasło „spot” w słowniczku), gdzie surferzy siedzą na deskach i czekają na fale.

LOKALSI

Surferzy, którzy od urodzenia (lub od bardzo dawna) mieszkają przy danym spocie (patrz: hasło „spot” w słowniczku) i traktują go jako własny.

PADLOWANIE

Pływanie na desce surfingowej w pozycji leżącej, polegające na wiosłowaniu rękami.

PEAK

[pik]

Najwyższy punkt fali, gdzie zaczyna się ona załamywać. Zazwyczaj jest to najlepsze miejsce do startu.

PRIORYTET

Pierwszeństwo do przejazdu na fali, które zazwyczaj ma surfer startujący najbliżej szczytu fali.

QUIVER

[kłiwer]

Duży pokrowiec na deski surfingowe.

SESJA

Pojedyncze wyjście na surfing.

SET

Grupa kilku większych fal, które nadchodzą w regularnych odstępach czasu, zazwyczaj co kilkanaście sekund.

SHORTBOARD

[szortbord]

Krótsza deska surfingowa, zazwyczaj mająca mniej niż 7 stóp (czyli mniej niż 213 cm) długości, zaprojektowana do technicznie wymagających, radykalnych i szybkich manewrów na falach.

SNAP

Manewr polegający na szybkim i gwałtownym zwrocie deski, wykonywany zazwyczaj na samej górze fali.

SPOT

Miejsce do surfowania, najczęściej fragment oceanu/morza przy plaży, gdzie łamią się zdatne do surfingu fale.

TOP TURN

[top tern]

Manewr, w którym surfer wykonuje zwrot na szczycie fali.

TUBA

Fala tworząca pusty tunel, w którym surfer może płynąć.

WARUN

Potoczne określenie na warunki do surfowania. Jeżeli fale danego dnia dopisują, to można powiedzieć, że jest dobry warun.

WIPEOUT

[łajpałt]

Upadek surfera z deski w dramatyczny sposób, często w wyniku załamania się fali lub utraty równowagi.

WOSK

Nakłada się go na górną powierzchnię deski surfingowej, aby zapewnić lepszą przyczepność stóp.

WYMOWA

Drodzy Czytelnicy,

akcja tej powieści dzieje się w Kostaryce – kraju położonym w Ameryce Środkowej. Mówi się tam po hiszpańsku, w związku z czym zobaczycie tutaj słowa, których wymowa prawdopodobnie nie będzie dla Was intuicyjna. Zostawiam Wam więc krótką ściągę, byście mogli odczytywać je prawidłowo. Wyrazy, które czyta się tak samo, jak się je pisze, pomijam. Pogrubiam za to sylaby, na które należy położyć akcent inaczej, niż wskazuje nam nasza polska intuicja.

Alejandra/Aleja – Alehandra/Aleha

Álvaro Jimenez – Albaro Himenes

Blanca – Blanka

Camila – Kamila

Carmen – Karmen

Hermosa – Ermosa

Jacó – Hako

Javier – Habier

Julio – Hulio

Ligia – Lihja

patacones – patakones

Pavones – Pabones

pico de gallo – piko de gajo

pochote – poczote

Raquel – Rakel

San José – San Hose

Sofía Sánchez-Díaz – Sofija Sanczes-Dijas

1. JOHNGdzie się podział mój portfel?

Wszedłem do domu z deską surfingową pod pachą i zamknąłem drzwi. Coś tu nie gra, pomyślałem. Zmrużyłem przekrwione od soli oczy. Był niedzielny poranek, wyjątkowo słoneczny mimo pory deszczowej.

– Hmmm… – Przeszedłem po drewnianej podłodze, zostawiając mokre ślady stóp. Okrążyłem stary stół i zerknąłem na meble kuchenne, z których odchodziła biała farba. Zajrzałem do mojej małej łazienki i do sypialni. Przejechałem dłonią po idealnie pościelonym łóżku. Narzuta nagrzała się od słońca, które wpadało przez okno, przebijając się przez palmy, drzewa mango i pochote1.

Może jakieś zwierzę wpadło z nieproszoną wizytą? Wróciłem do kuchni, żeby sprawdzić, czy nie zostawiłem przypadkiem resztek jedzenia na wierzchu. Chętnie korzystały z nich gryzonie, karaluchy, nietoperze i małpy.

Kuchnia lśniła jednak czystością.

Nadstawiłem uszu, ale nie usłyszałem nic oprócz zwykłych odgłosów zwierząt, dobiegających przez nieszczelne okna. Zrobiłem jeszcze krok i zmarszczyłem brwi na widok powiewającej firanki.

– Przecież przed wyjściem zamknąłem wszystkie okna… – Podszedłem do parapetu. Na zewnątrz soczysta zieleń dżungli kontrastowała z jasnymi skrawkami nieba.

A może faktycznie zostawiłem to jedno otwarte?

– Hm.

Intuicja podpowiadała mi, że wciąż coś tu nie gra, ale oczy niczego nie spostrzegły. Odłożyłem deskę surfingową w kąt, wziąłem zimny prysznic (ciepłego nie miałem), opłukałem ciemnobrązowe włosy z soli (byłyby czarne, gdyby słońce i oceaniczna sól regularnie ich nie rozjaśniały) i przebrałem się w prawie suche spodenki (w porze deszczowej nic nie schło do końca). Wróciłem do kuchni… i nagle otworzyłem szeroko oczy.

Gdzie się podział mój portfel?

Zerknąłem pod pusty stół, na którego środku zostawiałem zazwyczaj pieniądze i dokumenty. Cholera. Przebiegłem po domu, pewien, że zostawiłem je tym razem gdzie indziej, ale nie znalazłem zguby. Serce waliło mi, gdy przeszukiwałem kieszenie. Zakamarki. Torbę. Plecak.

Niczego nie znalazłem.

Stanąłem jak wryty przed otwartym oknem. Ktoś się włamał, kiedy surfowałem!

John, nie przesadzaj. Przeszukaj dom jeszcze raz. Może portfel wpadł za komodę albo pod szafę, uspokajałem sam siebie.

Krew szumiała mi w żyłach, gdy zaglądałem pod i za każdy mebel. Nagle przypomniałem sobie o spodniach suszących się w ogrodzie. Wybiegłem na zewnątrz, przeszukałem ich kieszenie drżącym dłońmi, aż trafiłem na plastikowy prostokąt. Wtedy odetchnąłem z minimalną ulgą. Wyjąłem dokument. Przynajmniej prawko ocalało. Szczęście w nieszczęściu.

Wróciłem do domu, usiadłem przy stole i wziąłem głęboki oddech. Ścisnąłem w ręce prawo jazdy, dziękując losowi, że wyjąłem je z portfela parę dni wcześniej i przypadkiem wsadziłem do tych konkretnych spodni. Przyjrzałem mu się dokładnie. Na górze widniał napis „Republika Kostaryki”, a obok moje niewyraźne zdjęcie. Na jego widok pomyślelibyście „przeciętny facet z lekko kręconymi ciemnymi włosami”, lecz dla Kostarykan nie byłem przeciętny. Kolor włosów pomagał mi zlać się z tłumem, ale europejskie rysy twarzy i zbyt jasna jak na te rejony świata cera sprawiały, że nikt nie pomyliłby mnie z miejscowym.

Niżej na dokumencie widniały moje dane. Imię: John. Nazwisko: Smith. Pole z drugim nazwiskiem świeciło pustką, ponieważ jako imigrant nie posiadałem takowego. Dalej była data urodzenia – za parę miesięcy miałem skończyć dwadzieścia osiem lat, ale to dopiero w porze suchej. Obecnie trwała deszczowa, co łatwo było poznać po szosach pokrytych błotem sięgającym kostek. Okoliczne strumienie zamieniły się w rzeki i wylewały do oceanu, żłobiąc koryta na plaży. To wszystko służyło roślinom, które rozkwitały jak szalone po miesiącach upalnych susz, tworząc zielony raj, który tak kochałem.

Chwilowo jednak miałem przyrodę w nosie. Pomachałem prawem jazdy i jeszcze raz obszedłem dom, by upewnić się, że portfel naprawdę zaginął.

– Nie wierzę… – Zajrzałem do ostatniej kieszeni w płaszczu. – Okradli mnie!

Ale jakim cudem? W Santa Teresie nikt przecież nie kradnie. Mieszkałem tu już szósty rok i coś podobnego nigdy nie miało miejsca. Żyłem na odludziu, gdzie miejscowi trzymali się razem, a przyjezdnych brakowało z uwagi na najgorszy dojazd w historii najgorszych dojazdów. Aby tutaj dotrzeć, należało przejechać dziesiątki kilometrów błotnistą trasą, którą pokonywały jedynie wysokie auta z napędem na cztery koła.

Przeszukałem dom po raz kolejny, a potem sprawdziłem jeszcze ogródek, quad i samochód. Przeszedłem w tę i z powrotem wąską, gliniastą ścieżką przez las na plażę, szukając czegoś, co mogło mi wypaść z kieszeni.

Ale na ziemi leżały wyłącznie liście i gałęzie.

Niemożliwe, żebym zgubił portfel!, myślałem, wracając z plaży. Przecież wczoraj kładłem go na stole.

Wróciłem pod dom i jeszcze raz zajrzałem do pojazdów, ale oczywiście niczego nie znalazłem.

– Dobrze, że chociaż prawko ocalało… – próbowałem się pocieszyć, oparty o zabłoconego quada. Rzadko mi się ten dokument przydawał, bo najbliższy komisariat policji znajdował się o trzy godziny stąd, a tylko funkcjonariusze mogli wymagać okazania prawa jazdy. Czasami jednak jeździłem w głąb lądu, do cywilizacji, a tam nie ryzykowałbym jazdy bez uprawnień. Mandaty nie mieściły się w moim skromnym budżecie.

– A może to małpy zwinęły mi portfel? – Zerknąłem na zwierzęta na drzewach.

Nie. One wzięłyby jedzenie.

Wróciłem do domu i zerknąłem na zegar. Wybiła dziesiąta. Zagryzłem zęby, zdenerwowany, bo okradziono mnie w najgorszy możliwy dzień. Była końcówka sierpnia, a to oznaczało coroczny wyjazd do Pavones na zawody surfingowe. Jako trener lokalnej drużyny zabierałem zawodników na południe kraju, a że w okolicy brakowało autobusów, brałem własne auto i robiłem za jednego z kierowców.

Pokręciłem głową. Stratę gotówki rzędu czterdziestu tysięcy colonów mogłem przeboleć (brzmi jak masa pieniędzy, ale to około osiemdziesięciu dolarów amerykańskich – czyli dalej dużo, jednak nie na tyle, żebym zbankrutował), jednak martwiła mnie utrata kart płatniczych. Na koncie miałem parę tysięcy dolarów. Brak dowodu osobistego również mi się nie uśmiechał, ale najgorsze, że zniknęło zdjęcie, które trzymałem w portfelu od lat. Serce bolało mnie na myśl, że fotografia przepadła.

Pokrążyłem jeszcze chwilę po domu i sprawdziłem, czy nie zniknęło nic innego (na szczęście wszystko było na swoim miejscu), a potem oparłem się o parapet otwartego okna. Wziąłem głęboki oddech. Wyluzuj, John. To tylko pieniądze.

Nie wyluzowałem. Byłem na siebie wściekły. Gdybym nie zapomniał o tym oknie… Ale ze mnie idiota!

Złość nie zmieni przeszłości.

Oj, zamknij się, rozmawiałem z głosem w głowie. Mam prawo się wściekać.

Owszem, masz, ale nie musisz z niego korzystać.

Wziąłem głęboki oddech i wysiliłem umysł, by znów trzeźwo myśleć. Pocieszał mnie fakt, że w promieniu stu kilometrów nie było żadnego bankomatu, terminala czy banku. Żałowałem jednak, że brakowało też zasięgu, bo w innym wypadku zablokowałbym karty płatnicze.

Może złodziej wciąż jest w miasteczku? Może nigdy z nich nie skorzysta?

Bądź realistą, rzucił drugi głos. Pewnie właśnie jedzie do miasta i namierza bankomat.

Nie zna PIN-u.

No to namierza sklep. Nie każda płatność wymaga PIN-u.

Cholera, pomyślałem po raz kolejny tego dnia. Padłem na kanapę, starą i wygniecioną, aż trzeszczały pode mną sprężyny. Zanurzyłem twarz w dłoniach i jęknąłem przeciągle. Że też zachciało mi się mieszkać na takim zadupiu.

Santa Teresa leżała za górami, odcięta od świata. Kiedyś docierał tu zasięg i prowadziła asfaltowa droga, przez co w okolicy roiło się od bogatych turystów, ale te czasy dawno minęły. Osiemnaście lat temu planetę nawiedził Wielki Kryzys Żywiołowy – w skrócie zwany Kryzysem – a wtedy liczne tsunami, huragany i inne przerażające zjawiska pogodowe zniszczyły wybrzeża na całym świecie, w tym w Santa Teresie. Gospodarka cierpiała latami, a ta lokalna wręcz upadła. Ludzie wrócili do uprawiania ogródków, pól i hodowli zwierząt. Wybuchy setek wulkanów doprowadziły też do czteroletniej wulkanicznej zimy i ochłodziły klimat tak, że połowa wiosek w okolicy nie przetrwała.

Niektóre kraje świetnie odbudowały się po Kryzysie, natomiast inne, w tym Kostaryka, cofnęły się technologicznie o parę dekad. Bardziej cywilizowane obszary odrestaurowano, natomiast te dziksze, jak półwysep Nicoya, pozostały odcięte od świata.

Między innymi dlatego przeprowadziłem się tutaj z Portugalii. Mogłem żyć blisko fal, ale z dala od technologii. Lubiłem taką codzienność. W naszej spokojnej okolicy nic złego się nigdy nie działo.

Aż do dziś.

Przeszukałem dom po raz ostatni, a gdy nie znalazłem portfela, zamknąłem z trzaskiem to przeklęte okno i pospieszyłem do wyjścia.

– Może Javier coś wie – mruknąłem, ściskając w pięści kluczyki.

Pokonałem quadem kilometr wyboistej drogi pnącej się po wzgórzu i zaparkowałem u przyjaciela. Wyczyściłem zabłocone łydki wężem ogrodowym, a potem zapukałem i wszedłem jak do siebie.

– To ja, John! – krzyknąłem.

Z pokoju obok wyszedł Javier, uśmiechnięty od ucha do ucha. Wyglądał jak mój kostarykański odpowiednik – surfer tego samego wzrostu i postury z kręconymi włosami, tyle że o ciemniejszej karnacji i lokalnych rysach twarzy.

– Hej, bracie! Wpadłeś na kawę? – Otworzył ramiona, witając mnie.

– I na pogawędkę – odpowiedziałem, a gdy tylko usiedliśmy przy stole z jego żoną, streściłem mój poranek.

– Ciebie też okradli? – zdziwiła się Raquel.

– Też? – Zmarszczyłem brwi. – To kogo jeszcze okradziono? I z czego?

– Paru naszych znajomych zgubiło portfele lub gotówkę dziś na targu. – Młoda kobieta zaplatała długie ciemne włosy w warkocz, rozmyślając. – Nikt nie podejrzewał kradzieży, bo w tych okolicach nie grasują złodzieje, ale…

– Ktoś musiał kraść, bo niemożliwe, abyśmy wszyscy zgubili pieniądze tak nagle, przypadkiem – dokończyłem.

Javier posłał mi zmartwione spojrzenie.

– Zobaczę, czy mój portfel nie zginął. – Poszedł do sypialni, a po chwili wrócił i odsapnął z ulgą. – Na szczęście nie. Pożyczyć ci trochę kasy? Nie mam za wiele, ale coś się wymyśli. – Otworzył kieszonkę z gotówką.

– Dzięki, ale mam oszczędności. Bardziej mnie martwi, że przepadł mój dowód i karty płatnicze.

Oraz zdjęcie. Pieniądze można odzyskać, ale jego nie. Serce znów zakłuło mnie na myśl, że przepadła ta najcenniejsza odbitka.

– John? – rzucił Javier, a wtedy zorientowałem się, że odpłynąłem myślami.

– Przepraszam, odcięło mnie – westchnąłem. – Możesz powtórzyć? Mówiłeś coś o kościele? – zgadywałem na podstawie strzępków słów, które pozostały mi w głowie.

– Podejdę do księdza przed mszą i poproszę, żeby nagłośnił temat. A potem pogadam z ludźmi. W ten sposób dowiemy się czegoś szybciej, niż gdybyśmy mieli objechać całą wioskę. – Javier zerknął na zegar. Dochodziła jedenasta, a niemal wszyscy mieszkańcy Santa Teresy i sąsiedniej Hermosy uczęszczali na mszę o dwunastej.

Stukałem palcami o stół, myśląc intensywnie.

– Kto mógłby tutaj kraść? – dziwiłem się. – W porze deszczowej nie ma tu ani jednego turysty, a lokalsi nie kradną. Zauważyliście kogoś nowego na targu? – Uniosłem wzrok na Javiera.

– Nie, i to jest najdziwniejsze. – Mężczyzna pokręcił głową, zamyślony. – Policja nie pomoże, bo jej tu nie ma… Na twoim miejscu kupiłbym nowy portfel i zamykał dom na kłódkę.

Westchnąłem przybity.

– Tak zrobię. – Wstałem od stołu. – Jadę, bo muszę się ogarnąć przed kościołem. – Zlustrowałem swój znoszony T-shirt i lekko brudne spodenki. – Jeśli spotkam kogoś po drodze, podpytam, czy czegoś nie wiedzą.

– Ktoś na pewno coś wie – zapewnił Javier. – To za mała miejscowość, by cokolwiek się tu ukryło.

– Miejmy nadzieję. Naprawdę chciałbym odzyskać ten portfel.

– Jeśli mogę ci jakoś pomóc, mów.

– Dzięki.

Wsiadłem na quada mokrego od mżawki, znów pokonałem mnóstwo kałuż, umyłem nogi wężem ogrodowym i wpadłem do domu. Musiałem jak najszybciej znaleźć się pod kościołem. W Santa Teresie nie było lepszego miejsca do zdobywania informacji niż parking przy plebanii w niedzielne południe.

2. JOHNCo się stało Sofíi?

Podjechałem pod kościół znacznie lepiej ubrany i nawet przyzwoicie uczesany. Do mszy zostało pół godziny. Byłem jedną z pierwszych osób pod budynkiem. Pojawiałem się tu co niedzielę od mojej przeprowadzki, choć nie przychodziłem dla Boga, w którego nie wierzyłem, tylko dla własnych interesów. Kościół zapewniał mi poczucie wspólnoty z miejscowymi. To właśnie dzięki niemu mieszkańcy Santa Teresy zaakceptowali mnie jako jednego ze swoich szybciej niż zwyczajnego przyjezdnego. Udzielałem się, jak tylko mogłem, by zrozumieli, że przyjechałem tu na stałe i że jestem jednym z nich.

Akurat gdy parkowałem przy budynku, zerwała się ulewa.

– Przeklęta pora deszczowa… Co za fatalny moment na oberwanie chmury – burknąłem, zerkając przez okno. Chciałem porozmawiać z ludźmi przed wejściem do kościoła, gdzie aktualnie lało, za to w środku nie wypadało hałasować.

Na szczęście ulewa przeszła równie prędko, co przyszła. Parę minut później wyszedłem z samochodu i z uśmiechem powitałem parkującą obok mnie Camilę – dyrektorkę jedynej w promieniu dwudziestu kilometrów szkoły. Kobieta około sześćdziesiątki o ciemnych włosach, miejscami siwych, odwzajemniła mój uśmiech. Lubiła mnie, jak wszyscy w okolicy. To dzięki niej pracowałem jako nauczyciel angielskiego. Nigdy nie marzyłem o tej posadzie, ale potrzebowałem pieniędzy, a praca trenera surfingu nie popłacała wystarczająco – zarabiałem sporo, ale dochody przeznaczałem na stypendia dla biedniejszych dzieciaków. O dziwo, szybko polubiłem posadę nauczyciela. Dorobiłem się nawet ulubionej klasy i uczniów.

– Dzień dobry – przywitałem dyrektorkę.

– Johnny! Witaj, kochanieńki! – Camila powitała mnie ciepło. – Pięknie wyglądasz, jak zawsze. Najprzystojniejszy kawaler w Santa Teresie. – Złapała mnie za ramiona. – Kiedy w końcu znajdziesz dziewczynę? Mieszkasz tu już tyle lat!

– Czas pokaże, a Bóg zadecyduje. – Uśmiechnąłem się uprzejmie, po czym zmieniłem temat. Nie szukałem partnerki, czego lokalsi raczej nie rozumieli. – Jak się pani miewa? Zaraz koniec wakacji i trzeba wracać do szkoły…

– Och, wprost nie mogę się doczekać! – szczebiotała Camila. – Tyle wolnego nie przystoi ani nauczycielom, ani uczniom. Kto to widział siedzieć tak długo w domu.

Uczniowie przebywali raczej w oceanie, na plaży, w skateparku lub na placu zabaw i mieli się doskonale – wiedziałem z pierwszej ręki, bo miałem z nimi kontakt na treningach. Ale ten temat też pominąłem, bo czas uciekał, a ja potrzebowałem informacji.

– Słyszała pani, że w okolicy grasuje złodziej?

– Och, tak! – oburzyła się. – Dzisiaj rano okradli mojego syna na targu! I, co najgorsze, nikt nie ma pojęcia, kto za tym stoi! Nasi by tego nie zrobili, a obcych nikt nie widział… Rozmawiałam z sąsiadami, ale nikt nie zauważył niczego podejrzanego.

Moja głowa pracowała na pełnych obrotach.

– Co ukradli pani synowi, jeśli wolno spytać?

– Pieniądze. Trzymał je w tylnej kieszeni, jak to młodzi dzisiaj – narzekała. – Tyle razy mówiłam mu, żeby tego nie robił, bo je kiedyś zgubi… Ale że go okradną? Tego nigdy nie podejrzewałam! Cóż, mam nadzieję, że choć ty masz się dobrze. – Spojrzała na mnie z troską.

Zacisnąłem usta.

– Właściwie to mnie też okradli – wyznałem.

– Cóż ty opowiadasz! Niemożliwe! Jak to się stało?

Streściłem jej całą historię, a potem szybko się pożegnałem, bo do mszy został kwadrans, a ja miałem jeszcze wiele rozmów do przeprowadzenia. Łapałem ludzi na parkingu i przepytywałem. W duchu dziękowałem sobie, że przez ostatnie lata mój hiszpański z poziomu „pożal się, Boże” poszybował na „jestem tak bardzo miejscowy, jak to tylko możliwe dla obcokrajowca”. Opłaciło się chodzenie do kościoła, zagadywanie surferów i ślęczenie nad podręcznikami niemal każdego wieczoru przez pierwsze miesiące.

W ławce zasiadłem dopiero minutę przed mszą. Teraz tylko odbębnić godzinkę, a potem jedziemy na zawody. Stłumiłem uśmiech. Nie mogłem się doczekać wyprawy do Pavones, chociaż byłaby ona znacznie przyjemniejsza, gdybym wciąż miał portfel.

Po mszy wróciłem do domu i błyskawicznie spakowałem bagaże – a raczej dopakowałem to, czego wcześniej nie włożyłem do plecaka. Zmieniłem też ubranie na luźniejsze, zjadłem obiad, a potem ruszyłem ponownie pod kościół, gdzie czekała na mnie spora grupa zawodników i zawodniczek, niektórzy wraz z rodzicami.

– Przepraszam za spóźnienie – sapnąłem, stając przed nimi z teczką na dokumenty. Zerknąłem na zachmurzone niebo. Oby się nie rozpadało. Musiałem się pospieszyć, by zdążyć przed kolejnym oberwaniem chmury. – Proszę was o stuprocentową uwagę, żebyśmy to szybko załatwili.

Gdy przemawiałem, dziesiątki par oczu wbijały we mnie czujny wzrok. Miałem posłuch, ponieważ byłem wymagającym trenerem. Dzieciaki pływające rekreacyjnie traktowałem łagodnie, ale te zaawansowane, które marzyły o zawodach, nie dostawały taryfy ulgowej – a właśnie one przede mną stały.

– Trenerze, przepraszam za spóźnienie! – krzyknął siedemnastoletni Felipe wbiegający na parking z wielkim plecakiem i deską surfingową pod pachą. Był najstarszym zawodnikiem pod moją opieką. Wiedziałem, że nie spóźniłby się przez zaniedbanie, więc tylko kiwnąłem w stronę tłumu, dając chłopakowi znak, żeby tam dołączył.

– Wyczytam was teraz od najstarszego do najmłodszego – rzuciłem głośno do zawodników. – Wyczytany niech podejdzie z dokumentami, a gdy upewnię się, że niczego w nich nie brakuje, ładujcie się do aut. Zwróćcie uwagę na młodszych. W razie czego pomoże wam Javier. – Wskazałem na przyjaciela, który stał przy swoim aucie i jak na każdym drużynowym wyjeździe surfingowym robił za dodatkowego kierowcę. – Lub mama Adriany.

Kobieta przy kolejnym aucie uniosła dłoń. Ona także wspierała mnie w dowozie.

– Chętnie pomogę – odpowiedziała z uśmiechem.

Omiotłem zawodników wzrokiem.

– Przygotujcie papiery, zanim do mnie podejdziecie, żebyśmy nie stali tu do wieczora. Felipe. – Przywołałem chłopaka dłonią i rozpocząłem sprawdzanie dokumentów. Surferzy podchodzili jeden za drugim, starsi sami, a młodsi z rodzicami. Szło sprawniej, niż się spodziewałem, i aż byłem dumny, jak porządną mam drużynę.

Jako ostatnia podeszła do mnie ośmioletnia Sofía Sánchez-Díaz. Sama. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jej mamy, która zazwyczaj odbierała córkę z treningów. Ojca nawet nie szukałem, bo wiedziałem, że go tu nie znajdę. Mało było w Santa Teresie osób, których nie lubiłem, ale Daniel widniał na szczycie tej listy. Był wyjątkowo wstrętny i miał w nosie swoje dziecko (wszystkie inne zapewne też).

– Dzień dobry, panie Smith. Tutaj jest wszystko. – Sofía podała mi kartę kwalifikacyjną, legitymację i resztę dokumentów. Spojrzała mi w oczy na ułamek sekundy, a potem spuściła wzrok, przez co zmarszczyłem podejrzliwie brwi. Nie należała do nieśmiałych, dlatego od razu poczułem, że coś się stało. – Upewniłam się, że nie ma błędów – dodała uparcie, gdy przeglądałem pliki. – Naprawdę!

To brzmiało bardziej jak ona.

– Wiem, ale i tak muszę sprawdzić – odpowiedziałem. Sofía była perfekcjonistką, ale miała tylko osiem lat, dlatego nie ufałem jej na słowo, choćby najszczersze. – Gdzie twoja mama? – zapytałem, gdy ogarnąłem dokumenty, w których faktycznie wszystko się zgadzało.

Drobna dziewczynka wbiła wzrok w ziemię i wierciła dziurę czubkiem buta.

– Jest chora – mruknęła. – A tato pojechał do domu zaraz po mszy, bo powiedział, że nie będzie tu stał jak jakiś idiota.

Przekląłem Daniela w myślach. Jak można mieć tak wspaniałą córkę i tak bardzo o nią nie dbać?

– Co cię martwi? – Pochyliłem się nad dziewczynką, ściszając głos. – Dobrze by było, żebyś mi powiedziała, skoro przez najbliższe dni będziesz pod moją opieką.

Sofía dalej unikała mojego wzroku. W palcach zawijała końcówkę jednego ze swoich długich ciemnych warkoczyków.

– Denerwuję się zawodami – mruknęła, próbując wziąć się w garść. – Chcę wygrać. Muszę wygrać.

Czułem, że nie mówi mi całej prawdy.

– Trenerze, kiedy wyruszamy? – krzyknął Felipe z samochodu Javiera.

– I jak długo będziemy jechać? – dopytywał jedenastoletni Álvaro.

– Zatrzymamy się po drodze w McDonaldzie? – Adriana kontynuowała lawinę pytań.

– Zaraz ruszamy. – Wyprostowałem się. – Jeśli nie narobicie kłopotów po drodze, rozważę McDonalda – dodałem z nutą groźby. I tak planowałem tam przystanek, bo niemal każdy z moich podopiecznych miałą taką okazję tylko raz w roku, gdy jechaliśmy do Pavones, a ja lubiłem ich uszczęśliwiać.

– Hurra! – rozległo się na parkingu.

Przeskanowałem wzrokiem auta, szukając miejsca dla Sofíi.

– Leć do Javiera – poleciłem dziewczynce. Przyjęła to z wahaniem. – Chyba że wolisz jechać ze mną, to kogoś przesadzę – dodałem od razu.

Jej oczy rozbłysły i na krótki moment spotkały moje.

– A mogę siedzieć z przodu? – zapytała z uśmiechem, który łamał wszystkie opory. Zreflektowałem się jednak. Nie powinienem nikogo faworyzować. Kiepsko mi szło, ale przynajmniej starałem się nie robić tego zbyt jawnie.

– Wszyscy chcą siedzieć z przodu, więc będziecie się zmieniać – odparłem i zaprowadziłem dziewczynkę do auta. Wkrótce ruszyliśmy w długą drogę do Pavones.

Na zawody zabierałem ze sobą sześciu zawodników i sześć zawodniczek – same nastolatki oraz Sofíę. Na co dzień szkoliłem osoby od szóstego do nawet sześćdziesiątego roku życia, ale najmłodsi nie nadawali się na zawody, a pełnoletni mieli za zadanie samodzielnie dostać się do Pavones. Mnie wystarczył tuzin rozrabiaków pod opieką. Nie potrzebowałem dodatkowych uczestników wyprawy, którzy będą zadawać pytania i zawracać głowę.

– Trenerze, niedobrze mi – jęknął Mario z tylnego siedzenia. Zerknąłem na niego w lusterku, jadąc przez wertepy. Chłopak był blady jak ściana.

– Masz chorobę lokomocyjną? – zapytałem.

– Mhm… – mruknął niechętnie.

– Będziesz wymiotował, czy po prostu ci niedobrze?

– Po prostu mi niedobrze. Na razie.

Włączyłem światła awaryjne, zatrzymałem się na błotnistej drodze i kazałem Sofíi zamienić się z Mariem miejscami. Mała była zawiedziona, ale uznała, że przynajmniej z tyłu nikt na nią nie zwymiotuje, więc przelazła między siedzeniami bez dyskusji. Mario w ten sam sposób przeszedł do przodu, unikając wysiadania w błoto.

– Dzieciaki zamieniają się miejscami – poinformowałem Javiera oraz mamę Adriany przez krótkofalówkę. Używaliśmy ich, kiedy nie było zasięgu.

– Już myślałem, że auto ci padło – odparł Javier z ulgą.

– Jedziemy dalej – zarządziłem.

Korowód trzech aut z deskami surfingowymi na dachach znów ruszył ślimaczym tempem. Zawrotne piętnaście kilometrów na godzinę było najwyższą rozsądną prędkością przy tych wertepach, inaczej mielibyśmy awarię z dala od cywilizacji, i to na drodze, którą jeździło maksymalnie kilka pojazdów dziennie. Dodajcie do tego mżawkę i dżunglę po obu stronach szosy, a wyjdzie katastrofa.

– Trenerze, jednak będę wymiotował – jęknął Mario dziesięć minut później.

– Dawaj przez okno, ale wychyl się daleko, żeby nic nie wylądowało na aucie. – Zwolniłem blokadę szyb, po raz kolejny zadowolony, że jest nas tylko trzy samochody. Przy większej grupie dojazd do Pavones zająłby nam tydzień. Poleciłem reszcie nas wyprzedzić, a sam się zatrzymałem.

– Mogę wyjść? – pytał zestresowany nastolatek.

– Po co? Żeby bardziej zmoknąć i zabłocić nogi, a potem samochód? Rzygaj przez okno – zachęciłem go jak przy wielkiej fali.

Minutę później zwymiotował prosto w błoto.

Po paru sekundach Sofía poszła w jego ślady.

– Przepraszam – jęknęła, siadając znów na fotelu. – Jak Mario zaczął rzygać, też mi się zachciało.

– Nie szkodzi. – Podałem jej chusteczki. Że też chciało mi się brać pod opiekę dzieci. Miałem ochotę powiedzieć „nigdy więcej”, ale ten konkretny tuzin zabrałbym nawet na koniec świata. To byli moi najlepsi zawodnicy. Pragnąłem ich sukcesów tak bardzo jak oni sami. – Ktoś jeszcze zamierza zwracać obiad czy możemy jechać dalej? – zapytałem.

Nikt się nie odezwał. Ruszyłem więc i poprzysiągłem sobie, że w najbliższym mieście pójdę nie tylko do banku, by zablokować skradzione karty, ale też do apteki, po leki na chorobę lokomocyjną.

Przed Kryzysem trasa do Pavones zajęłaby nam dziewięć godzin, ale przy obecnym stanie dróg ten czas niemal się podwajał. Podróż trzeba było rozłożyć na dwa dni. Jechaliśmy aż na kraniec kraju, prawie na granicę z Panamą.

Chcieliśmy zrobić jak najwięcej kilometrów przed zachodem słońca, więc zatrzymaliśmy się tylko kilka razy – za pierwszym na stacji benzynowej, gdzie moi zawodnicy wykupiliby wszystkie słodycze, gdyby ich było stać, a potem w większym mieście. Tam odzyskałem zasięg, więc zabrałem się za najważniejszą sprawę i zablokowałem skradzione karty. O dziwo, moje oszczędności pozostały nienaruszone. Czyli złodziej albo dalej siedzi w Santa Teresie, albo jest małpą.

Odstawiłem towarzystwo do McDonalda, a sam skoczyłem do banku, żeby wypłacić gotówkę i złożyć wniosek o nową kartę płatniczą. Zamierzałem ją odebrać w drodze powrotnej. Innej opcji zresztą nie było, bo na półwysep Nicoya nie docierała poczta.

Przez resztę dnia Jeep śmierdział frytkami, kurczakiem i sosami – charakterystyczną kompozycją „Byliśmy w Macu”. Nie mogłem nawet otworzyć okien, bo padało. Pogodziłem się więc z wonią smażonego oleju, na pociechę mając uśmiech najedzonej fast foodami Sofíi.

Noc spędziliśmy w namiotach na przypadkowej plaży, a następnego ranka ruszyliśmy prosto do Pavones.

Czas wyjaśnić, dlaczego jechaliśmy przez pół kraju do wiochy zabitej dechami. Przecież sami mieszkaliśmy w świetnym miejscu do surfingu! Dlaczego nie organizowano zawodów u nas? Otóż organizowano, tyle że w porze suchej. Moja drużyna zdobyła wtedy ponad połowę miejsc na podium. Rozgrywki w Pavones były jednak ważniejsze, i to z dwóch powodów.

Po pierwsze: rozbija się tam legendarna lewa fala, jedna z najdłuższych na świecie. Przy dobrych warunkach można na niej surfować nawet półtora kilometra. Takich miejsc na ziemi jest garstka. Jechaliśmy więc nie tylko po puchary, ale też dla doświadczenia, rozrywki i urozmaicenia.

Po drugie: zawody w Pavones organizowała Międzynarodowa Liga Surfingu, co oznaczało większy prestiż i możliwości rozwoju. Finaliści kategorii Open Women i Open Men – czyli tych, gdzie przyjmowano każdego – zdobywali cenne punkty, które mogły im pomóc w awansie do zawodów wyższej rangi. Jeden z moich zawodników w zeszłym roku zdobył w ten sposób sponsora i teraz jeździł po świecie, żyjąc z surfingu.

– Jak trener myśli, kto w tym roku wygra? – zapytał Mario po drodze.

– Ja! – rzucił Esteban z uśmiechem.

– Nieprawda, bo Felipe – mądrzyła się Sofía. – I Adriana z dziewczyn.

– Nie pytam was, tylko pana Smitha – ciągnął Mario.

– Felipe i Adriana mają szanse na finał w Open – zgodziłem się z Sofíą.

– Widzicie? Miałam rację. – Mała przeszyła kolegów wzrokiem.

– Jeszcze nic nie wiadomo. Pogadamy po zawodach – odparł Esteban, a wtedy Sofía pokazała mu język. Widziałem to w lusterku, ale postanowiłem nie reagować. Gdybym czepiał się wszystkiego, spędziłbym cały wyjazd na upominaniu dzieci.

– Trenerze, Sofi pokazała mi język! – zrzędził Esteban.

Powstrzymałem się od westchnięcia.

– To ją zignoruj. I nie donoś.

Obojgu zrobiło się wstyd, gdy nasze spojrzenia spotkały się w lusterku.

– Przepraszamy – wybełkotali i na parę minut zapadła cisza. Cieszyłem się nią, póki trwała, bo przeczuwałem, że następnym razem zaznam jej dopiero po powrocie do Santa Teresy, kiedy zamknę się sam w domu.

Niedługo przed zachodem słońca dotarliśmy do Pavones i rozbiliśmy namioty na krańcu szerokiej plaży. Kolejne dni płynęły w tym samym rytmie. O wschodzie budziło nas słońce, wznosząc się nad tropikalnym lasem i rozświetlając namioty nawet przez chmury. Wtedy jedliśmy śniadanie i lecieliśmy na trening. Do wody nie było daleko – pięćdziesiąt metrów przez piasek. Moi zawodnicy zakładali pomarańczowe koszulki, a ja siadałem pod parasolem z aparatem fotograficznym i robiłem zdjęcia, gdy pływali. Analizowaliśmy je wspólnie podczas obiadu, który jedliśmy codziennie w tej samej taniej lokalnej knajpce.

Jako organizator miałem ręce pełne roboty. Samo dbanie, by każdy dzieciak trzy razy dziennie dostał coś porządnego do jedzenia, było wyzwaniem. Nasz budżet był do bólu skromny. Jedliśmy więc to, co najtańsze. Poza tym w kółko rozwiązywałem konflikty i problemy, a także pilnowałem, by nikt nie narobił głupot. Niby wszyscy wiedzieli, że za dwa przewinienia – lub jedno duże – wyrzucę ich z zawodów, ale miałem świadomość, że w przypadku młodzieży nie należy liczyć na zdrowy rozsądek.

– Czy wy się dobrze czujecie? – rzuciłem któregoś dnia do chłopaków tak zajętych zawijaniem Estebana w hamak (mój hamak) i zakręcaniem go jak na ruszcie, że nawet mnie nie zauważyli. Podskoczyli dopiero na te słowa. Żaden się nie odezwał. Puścili za to hamak i razem patrzyliśmy, jak Esteban wiruje i najpierw piszczy z wrażenia, a potem spada twarzą w piach, ledwo przytomny.

Uniosłem wymownie brwi, gdy chłopiec pluł piaskiem.

– My… przepraszamy – rzucił, gdy odzyskał wzrok.

– Nie wiedzieliśmy, że nie wolno – powiedział Álvaro.

– To była tylko zabawa – tłumaczył Rafael.

– Ruszcie więc głowami i wymieńcie, co mogło pójść nie tak. – Wskazałem ostentacyjnie na hamak.

Na początku chłopcy milczeli, ale potem stworzyli z moją pomocą listę możliwych konsekwencji i zrozumieli własną głupotę. Na tym mi zależało.

– Następnym razem bawcie się tak, żeby nie narażać kolegi na kontuzję i nie psuć mi hamaka – dodałem ostro. – Gdyby Esteban pechowo wypadł, wybiłby bark, palec albo coś złamał. Nie marnujmy czasu na wycieczki do szpitala i dbajmy o rzeczy oraz o psychikę trenera. Zrozumiano?

– Mhm – mruknęła cała gromadka, rumiana ze wstydu.

Potem ruszyłem na dalszy obchód obozowiska. Felipe rozmawiał z Blancą, a że się sobie podobali, odchrząknąłem wymownie i wskazałem palcami na moje czujne oczy, a potem na nich.

– Trener widzi wszystko – rzuciłem, przechodząc obok. – Cokolwiek głupiego przyjdzie wam do głowy, wstrzymajcie się z tym do powrotu do domu.

– Ale my nic nie robimy…

– Tylko winni się tłumaczą.

Mijałem kolejne namioty, których z dnia na dzień przybywało, ponieważ nie tylko nasza drużyna wybrała darmowy nocleg. Nagle dostrzegłem Sofíę. Stała zamyślona przy sznurku na stroje i lycry, który rozpięliśmy między palmami. Mokre kostiumy nigdy nie dosychały z uwagi na krótki czas między sesjami, ale dzięki rozwieszaniu gniły wolniej – choć pod koniec wyjazdu i tak wszyscy śmierdzieli jak stara szmata.

Ośmiolatka z warkoczykami też nie zauważyła, że nadchodzę. Ze zmartwioną miną przyglądała się swojemu body z lycry. Co ją tak trapi? Od niedzieli nie jest sobą.

– Co cię martwi, Sofi? – zapytałem.

Dziewczynka podskoczyła na moje słowa, a wtedy zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Sofía czasami reagowała w podobny sposób, gdy ktoś ją zaskoczył, ale dziś była zdecydowanie zbyt przerażona. Wlepiła we mnie brązowe oczy, takie same jak jej mamy, tyle że zazwyczaj żywsze – choć nie dziś. Potem przeniosła wzrok na swój strój.

– Lycra mi się pruje. Ma pan nitkę?

– Gdzie się pruje? – Zerknąłem zmartwiony.

Dziewczynka zademonstrowała mi trzy dziury: przetarcie na łokciu, na biodrze oraz spruty szew pod pachą.

– Nie wyrosłaś z niej przypadkiem? – zasugerowałem.

– Wyrosłam, ale tato powiedział, że nie kupi mi nowego stroju, bo to strata pieniędzy. I że mam surfować w ubraniach, skoro tak urosłam. – Sofía złapała się za rękaw luźnego T-shirtu i pociągnęła go w dół, a potem oplotła przedramię dłonią, jakby chciała coś ukryć.

– Podnieś ten rękawek – poprosiłem ostrożnie. Dziewczynka wahała się, ale uniosła materiał i moim oczom ukazał się siniak w kształcie dłoni. Sądząc po kolorze, miał kilka dni. Syknąłem, zaciskając zęby.

– Czyja to sprawka? – Spojrzałbym Sofíi w oczy, gdyby zechciała oderwać je od piasku pod nogami.

– Pokłóciłam się z chłopakami… w skateparku.

– O co?

– No… Wryłam im się w kolejkę i ich wkurzyłam.

– Który cię tak złapał? – Sięgnąłem w stronę jej przedramienia i obejrzałem siniaka. Delikatnie przyłożyłem do niego własną dłoń. Ktokolwiek to zrobił, był dużo starszy od Sofíi. Może nawet dorosły, a jeśli nie, to prawie.

– Nieważne. Już się nie będę wpychała. – Dziewczynka złapała za miejsce z siniakiem, by je zakryć.

– Czy ta osoba jest tu z nami na wyjeździe? – drążyłem poważnie. – Sofi, spójrz mi w oczy i powiedz prawdę. Masz być bezpieczna. Jeżeli ktokolwiek się nad tobą pastwi, załatwię to natychmiast. Możesz mi zaufać.

Dziewczynka wbiła we mnie wielkie oczy. Pokręciła głową.

– Nie ma go tu.

W to akurat uwierzyłem. Świdrowałem dziewczynkę wzrokiem, a gdy niczego więcej nie zdołałem się dowiedzieć, ponownie zerknąłem na jej zniszczone body.

– To twój jedyny strój?

– Tak. Mama powiedziała, że uszyje mi nowy, ale najpierw musi znaleźć materiał, a w Santa Teresie takiego nie ma – złościła się, że mieszka w małej miejscowości.

Patrzyłem to na dziewczynkę, to na jej stary strój. Serce mi się krajało. Kupię jej nowy. Muszę tylko wymyślić, jak to zrobić, żeby nikt się nie dowiedział. Zaraz znów będzie awantura o faworyzowanie.

– Santa Teresa ma swoje zalety – pocieszałem Sofíę. – Może i nie nosisz najdroższych strojów, ale dzięki treningom na naszych falach jesteś wspaniałą surferką. Masz szansę na puchar, chociaż będziesz musiała się postarać, by go zdobyć, bo twoja kategoria wiekowa się nie odbędzie – powiedziałem to, z czym do niej przyszedłem.

Oczy dziewczynki zrobiły się jeszcze większe.

– Jak to? – przejęła się.

– Taką informację dostałem na spotkaniu organizacyjnym. Byłabyś jedyną uczestniczką, więc Liga uznała, że odwołuje damskie U102. Wiesz, niewiele dziewczyn w twoim wieku surfuje w tych regionach.

– Czyli nie wystartuję? – Sofía była bliska płaczu. – Ale przecież…

– Sofi, spokojnie. Wystartujesz w innych damskich kategoriach, a do tego wcisnąłem cię do męskiego U10. Na początku Liga nie chciała się zgodzić, ale argumentowałem, że skoro w pierwszej trasie mistrzów po Kryzysie kobiety startowały z mężczyznami, bo odwołano ich kategorię, to tobie też powinni umożliwić start z chłopakami.

– Czyli… wystartuję z dużo starszymi dziewczynami? – Sofía się zlękła, ale jej oczy i tak rozbłysły, głodne rywalizacji.

– Tak, no i z chłopcami w twoim wieku i nieco starszymi. – Posłałem jej cwany uśmiech, którego nie potrafiłem powstrzymać. Sofía mogła pokonać ich wszystkich.

Mała przełknęła ślinę, po czym zagryzła zęby z determinacją.

– Jeśli niczego nie wygram, będę zła. Muszę wygrać chociaż dziewczyńskie U12. Myśli pan, że dam radę?

Kucnąłem przed nią.

– Miejsce nie jest ważne. Liczy się tylko, żebyś dała z siebie wszystko.

– Nieprawda. Miejsce jest bardzo ważne i liczy się tylko pierwsze – dyskutowała, zaplatając ręce na piersi.

– Drugie i trzecie też dostają nagrody pieniężne – przypomniałem jej.

– Ale nikt o tych surferach nie pamięta. Poza tym pierwsze dostaje też deskę. Przydałaby mi się deska. Nie lubię w kółko pożyczać od innych. Surfowałabym dużo lepiej, gdybym miała swoją.

Czułem, że jej nie przegadam. Już nieraz rozmawialiśmy, że najważniejsza w surfingu jest dobra zabawa, ale do Sofíi to nie trafiało. Dla niej liczyło się też zwycięstwo. Robiłem więc wszystko, by ją do niego doprowadzić. Pożyczałem jej moje deski, które, choć nie były idealne, pasowały lepiej niż czyjekolwiek inne. Pływałem wyłącznie na krótkich shortboardach i małych litrażach dla najbardziej zaawansowanych surferów. Long­boarda wyciągałem tylko, gdy nadchodziły maleńkie fale.

– Jeżeli chcesz wygrać, musisz mieć dużo siły – wytknąłem chudej dziewczynce. – Ostatnio mało jesz. Jak chcesz po tym dobrze surfować?

Sofía przygryzła policzek.

– Jestem zbyt zdenerwowana, żeby jeść więcej – bąknęła. – Brzuch mi się skurczył.

Zawody miały się odbyć kolejnego dnia i wszyscy zawodnicy ładowali się właśnie węglowodanami. Jedni jedli żelki, inni kanapki z dżemem, a jeszcze inni masę owoców. Sofíi też by się coś przydało.

– A miałabyś ochotę na lody? – zapytałem, unosząc kąciki ust.

Jej szeroki uśmiech powiedział mi wszystko.

Wieczorem, kiedy zawodnicy z różnych zakątków Kostaryki bawili się przy ognisku, zabrałem Sofíę na zakupy. Najpierw zaszliśmy do sklepu surfingowego i mimo wcześniejszych rozterek sprezentowałem jej nową lycrę, bo przecież nie mogła pływać w dziurawej, a potem poszliśmy do lodziarni. Próbowałem wyciągnąć z niej trochę informacji, zmartwiony jej humorem, ale gdy tylko poruszałem temat siniaka, dziewczynka zamykała się w sobie. Odpuściłem więc. Dałem jej do zrozumienia, że jeśli zechce porozmawiać, może na mnie liczyć, a potem obejrzeliśmy powtórkę zeszłorocznych zawodów i omówiliśmy strategię na kolejny dzień. Sofía chłonęła każde moje słowo, chociaż większość dzieci w jej wieku już dawno by się znudziła.

– Jeżeli się jutro nie zestresujesz, masz duże szanse na wygraną – powiedziałem jej. – A wiesz, co zrobić, żeby się nie stresować?

– Nie przejmować się wynikami – rzuciła niechętnie. Znała moje zdanie, ale nie potrafiła wcielić go w życie.

– Oraz? – Wbiłem w nią surowy trenerski wzrok.

– Surfować najlepiej, jak umiem.

– I jak jeszcze?

Sofía zastanowiła się, aż wpadła na odpowiedź.

– Mądrze?

– Dokładnie. To jak, chcesz dokładkę lodów?

Chciała, ale pokręciła głową. Coś sobie ubzdurała i się tego trzyma.

– Za dużo pan za mnie zapłacił, a ja nie mam pięniędzy – odparła.

Podszedłem do lady.

– Poproszę jeszcze jedną porcję – powiedziałem do sprzedawczyni, po czym zerknąłem na moją małą zawodniczkę. – Sofi, powiedz pani, jakie chcesz smaki albo sam ci jakieś wybiorę.

Sofía wstała z wahaniem.

– Śmiało – zachęcałem. – Lody pomagają w wygrywaniu.

– Naprawdę? – zdziwiła się.

– Naprawdę.

Po tych słowach od razu wybrała trzy gałki.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

PRZYPISY

1   pochote – wysokie, kolczaste drzewo rosnące w Ameryce Środkowej. Czytaj: poczote. [wróć]

2   U10 – kategoria zawodów, gdzie uczestnicy mają 10 lat lub mniej. [wróć]