Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
530 osób interesuje się tą książką
Dostanie się na Juilliard było największym marzeniem Penelope Daniels. A jednocześnie czymś, co najbardziej ją przerażało.
Poppy całe życie tańczyła solo. Trenując balet, czuła kontrolę i bezpieczeństwo. Nowy Jork miał być dla niej czystą kartą i szansą na ucieczkę od bolesnej przeszłości. Życie jednak brutalnie zweryfikowało jej wyobrażenia, zwłaszcza gdy już pierwszego dnia przeżywa nieprzyjemne spotkanie z Justinem Harringtonem.
Justin jest uosobieniem tego, czego Poppy zawsze unikała. Bogaty, uprzywilejowany, pewny siebie i przekonany, że cały świat leży u jego stóp. Kiedy nagła kontuzja partnerki stawia pod znakiem zapytania jego udział w najważniejszym występie semestru, Justin desperacko zaczyna poszukiwać zastępstwa. Wybiera Poppy, nieświadomy tego, jak wielkim wyzwaniem okaże się nawiązanie z nią bliskości.
Wspólne, pełne napięcia i uczuć treningi sprawiają, że Penelope zaczyna toczyć walkę z własnymi traumami. Im bardziej Justin próbuje zburzyć mur, który Poppy budowała przez lata, tym bardziej dziewczynę przerażają nieznane jej do tej pory uczucia.
Gdy tajemnice z przeszłości wychodzą na światło dzienne, Penelope będzie musiała zdecydować: czy dalej chce uciekać… czy w końcu zawalczy o siebie i swoje marzenia.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
Dowiedz się więcej o książce www.outofstep.pl
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 563
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Weronika AncerowiczCopyright © Wydawnictwo Iskra
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved
Realizacja procesu wydawniczego: atonce.plKoordynacja: Teresa Naumiuk [atonce.pl]Redakcja językowa: Katarzyna Myszkorowska [atonce.pl]Korekta: Magdalena Kokosińska [atonce.pl]Skład i łamanie: Wiaczesław Krysztal [atonce.pl]Projekt okładki i Przygotowanie do druku: Wioletta Anna Rybailustracje na zadruku: Wioletta Anna Rybak
www.wydawnictwoiskra.pl
ISBN: 978-83-978592-3-4
I nadszedł dzień, w którym ryzyko pozostania zamkniętym w pąku stało się bardziej bolesne niż ryzyko, które trzeba podjąć, by rozkwitnąć.Anaïs Nin
Dla wszystkich, którzy czasami czują się krok za innymi. Nie poddawajcie się tylko dlatego, że Wasza droga wygląda inaczej niż cudza.
Od dziecka marzyłam o przeprowadzce do Nowego Jorku. Wyobrażałam sobie to miasto jako miejsce, gdzie każdy może być sobą i nic go nie ogranicza, ale jednocześnie może zniknąć w tłumie. Tysiące razy w myślach widziałam siebie na hałaśliwych ulicach, wśród kolorowych billboardów, przechadzającą się między budkami z hot-dogami. Byłam przekonana, że w Nowym Jorku za każdym rogiem kryje się ekscytująca przygoda. Miałam dość ciszy i rutyny, chciałam żyć. A Nowy Jork zdecydowanie żył.
Moje wyobrażenie jednak dość szybko legło w gruzach.
Ale zacznijmy może od samego początku.
Miałam się za osobę zorganizowaną, ale chyba każdy by wymiękł, gdyby miał spakować większość swojego dobytku do jednej walizki. Jak ja miałam przeżyć tyle czasu w Nowym Jorku bez wszystkich swoich ubrań i codziennych pierdół? Co chwilę łapałam się na tym, że przypominałam sobie o coraz to nowszych przedmiotach, które mogłyby mi się przydać. Od samego rana biegałam w tę i z powrotem, dopakowując ostatnie rzeczy. Na początku chciałam wziąć ze sobą tylko jedną walizkę, ale w końcu przegrałam walkę z samą sobą i z przerażeniem myśląc o niewygodnej podróży, zapakowałam jeszcze torbę na ramię oraz plecak. Akurat gdy go zakładałam, do pokoju wszedł tato. Obrzucił odrobinę przerażonym wzrokiem moje bagaże i zakłopotany podrapał się po siwiejącej już skroni.
– A może jednak odwiozę cię samochodem, myszko?
– Nienawidzisz jeździć po dużych miastach tak samo jak ja. W dodatku wiesz, że jak władujemy się w Nowym Jorku w korki, to do jutra stamtąd nie wyjedziesz.
– Na pewno dasz radę z tym… wszystkim?
Po tonie jego głosu domyśliłam się, że mówi nie tylko o ilości bagażu, ale ogólnie o tej wielkiej zmianie. Przez ostatnie lata mieszkałam tylko z nim, a teraz w końcu miałam zaznać samodzielnego życia z dala od domu rodzinnego. Każdy rodzic w tej sytuacji martwiłby się o swoje dziecko, a wiedziałam, że on miał jeszcze dodatkowe powody do troski ze względu na przeszłość. Ale właśnie o to w tym chodziło. Chciałam w końcu zaznać normalności. Dusiłam się w tym mieście, w tym domu, gdzie każdy traktował mnie niczym delikatne jajko. Musiałam zostawić to wszystko za sobą. I tak zwlekałam zbyt długo. Już rok temu dostałam się na Juilliard, o którym marzyłam od zawsze. Wtedy jednak zwyciężyły strach i niepewność. Choć same przesłuchania były trudne, jakoś dałam radę, ale gdy przyszedł list akceptacyjny, zamiast myśleć o tym, że właśnie spełniam swoje marzenia, poczułam przerażenie na myśl o samej sobie w innym mieście, bez znajomych i rodziny. Ataki paniki nasiliły się, dlatego psychiatra wspólnie z moją terapeutką stwierdzili, że ze względu na mój stan powinnam jeszcze poczekać, a Juilliard ze względu na specjalne okoliczności zgodził się odroczyć moje przyjęcie.
Nadszedł jednak czas, gdy stwierdziłam, że nie wyzdrowieję w pełni, jeśli będę się cały czas chować po kątach, a trauma będzie decydować o moim życiu i wyborach. Miałam wrażenie, że ten rok przerwy był potrzebny nie tylko mnie, ale również tacie, by móc przyzwyczaić się do myśli, że czas pójść dalej i że naprawdę dam sobie radę.
– Obiecuję, że jeśli poczuję się gorzej, to wrócę. Choć bardzo bym tego nie chciała. To byłoby jak poddanie się.
– A wiemy, że ty się nie poddajesz. – Uśmiechnął się lekko. Napięcie opadło mu odrobinę z ramion, jakby dotarło do niego, że to naprawdę się dzieje i nie może tego zatrzymać.
– Nigdy – odpowiedziałam, kręcąc głową, również z lekkim uśmiechem. Wiedział, jak zdeterminowana byłam i że jeśli raz postawię sobie jakiś cel, będę do niego dążyć za wszelką cenę.
– Rozumiem, że skończyłaś pakowanie i wyjeżdżamy? – Kiwnął głową w kierunku zamkniętej już walizki.
Jej srebrny, błyszczący kolor miejscami był już przetarty, ale co gorsze rysy przykryłam najróżniejszymi naklejkami. W oczy rzuciła mi się jedna z nich, okrągła z prostokątnym napisem Nowy Jork i Statuą Wolności w tle. Patrząc na nią, nie mogłam uwierzyć, że to wszystko naprawdę właśnie się dzieje i niedługo sama będę w Nowym Jorku.
– Tak. – Przeniosłam wzrok na tatę. – Wyjeżdżamy.
Do Bostonu dostaliśmy się w czterdzieści minut i tylko przy samym South Station natknęliśmy się na małe korki. Tato pomógł mi z walizką i weszliśmy do środka. Nie chciałam się spóźnić, dlatego pojawiliśmy się aż godzinę wcześniej. Zdecydowaliśmy się pójść na kawę, żeby tam poczekać na pociąg. Starałam się skupić na rozmowie i miałam wrażenie, że tato robi to samo, byleby zająć myśli czymś innym niż moim wyjazdem.
Na samym początku byliśmy ja, on, mama i Blaise. Później mama zmarła i zostaliśmy w trójkę, aż w końcu tylko we dwójkę, gdy Blaise przeprowadził się do Waszyngtonu ze swoją narzeczoną Natalie. Dlatego byłam mocno związana z tatą i ta rozłąka była trudna, nawet już abstrahując od mojego strachu związanego z przeprowadzką. Po prostu wiedziałam, że będę tęsknić za swoim jedynym rodzicem.
Otworzyłam oczy szeroko, gdy sobie o czymś przypomniałam.
– Pozytywka. Zapomniałam wziąć pozytywki od mamy.
– Przecież to jedna z pierwszych rzeczy, którą włożyłaś do walizki – uspokoił mnie.
Rozluźniłam się, gdy uświadomiłam sobie, że ma rację. To było prawie tydzień temu, dlatego wypadło mi z głowy.
– Pamiętaj, że jeśli czegokolwiek zapomniałaś, doślę ci.
Pokiwałam głową, czując coraz większy ucisk w żołądku. Mocniej złapałam za kubek z kawą. Modliłam się w duchu, aby nie nadszedł żaden atak paniki. Wtedy ojciec na pewno nie pozwoli mi jechać, a przecież dzieliło mnie od tego tak niewiele. Przekierowałam znów myśli na znajome i bezpieczne tory. Problem polegał na tym, że ani ja, ani tato nie należeliśmy do zbyt gadatliwych osób, więc przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Mimo że była komfortowa, potrzebowałam zająć sobie czymś głowę.
– Zaraz obok Juilliarda jest Bloch, chciałabym kupić sobie nowy trykot i baleriny, słyszałam, że są świetnie zaopatrzeni – rzuciłam, licząc, że pociągnie temat i pomoże mi choć przez chwilę zapomnieć o wyzwaniach, które na mnie czekają.
On jednak tylko kiwnął głową w roztargnieniu, jakby duchem przebywał gdzie indziej. Zapewne też się zamartwiał. Byliśmy w tym tacy podobni.
– Myślisz, że jak wyglądają sale treningowe na Juilliardzie? Słyszałam, że są wielkie i nowoczesne. Nie mogę się już doczekać pierwszych lekcji – spróbowałam jeszcze raz.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko, a w okolicach jego oczu pojawiły się zmarszczki.
– Na pewno są lepsze niż w Westwood. Będziesz pod dobrą opieką. Ale obiecasz, że będziesz pisała?
– Oczywiście. – Zmusiłam się do lekkiego uniesienia kącików ust.
Tato chyba w końcu zrozumiał, że próbuję czymś zająć głowę, bo inaczej zacznę wątpić w słuszność podjętych decyzji, i poprowadził rozmowę, mówiąc o atrakcjach, które powinnam odwiedzić w Nowym Jorku.
Gdy zostało tylko kilkanaście minut do odjazdu pociągu, złapał za moją walizkę, a ja przewiesiłam sobie torbę przez ramię i założyłam plecak. Żołądek znów mi się ścisnął, a świat niebezpiecznie zachwiał.
– Idziemy – powiedziałam pewnym tonem, choć w środku cała drżałam. Wielka gula w gardle utrudniała mi przełykanie śliny, co powodowało mdłości, które starałam się opanować.
Potarłam kciukiem o palec wskazujący, powtarzając sobie w myślach niczym mantrę, że moje ciało jest tylko moje i mogę nad nim zapanować. W końcu tego całe życie się uczyłam, prawda? Panowania nad ciałem. Aż do momentu, gdy ktoś odebrał mi nad nim kontrolę… Pokręciłam szybko głową, niemal się przewracając.
– Wszystko w porządku? – Tato popatrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Byłam pewna, że nauczył się dostrajać do mnie na tak idealnym poziomie, że widział niepokazane i słyszał niewypowiedziane.
– Tak. – Kiwnęłam niemrawo głową.
– Wiesz, że jeśli nagle się rozmyśliłaś, to nic się nie stanie…
– Juilliard nie przytrzyma mi miejsca przez jeszcze jeden rok, niezależnie od tego, jak jestem utalentowana. Mają setki tysięcy innych chętnych.
– Ale…
Uniosłam rękę.
– Żadnych ale. Idziemy. Jest dobrze. Dam radę. Nie będę wiecznie się chować. Czas, by życie toczyło się razem ze mną, a nie obok mnie.
Tato przymknął na chwilę oczy i wypuścił powietrze z ust. Martwił się. Tak cholernie się martwił. Jedyne, co mogłam zrobić, to nie dawać mu więcej powodów do troski i po prostu sobie poradzić. Przezwyciężyć swoje słabości i pokazać, że jestem silna.
Nic już nie powiedział, choć wydawał się markotniejszy niż chwilę wcześniej. Znaleźliśmy odpowiedni peron i stanęliśmy w chwilowej ciszy w oczekiwaniu na pociąg. Obok mnie znajdowało się kilka osób również z walizkami, ale niektórzy mieli ze sobą tylko torby czy plecaki.
– Będzie dobrze, tato, naprawdę – powiedziałam cicho, ale z pewnością, którą tym razem poczułam całą sobą. – Jak tylko coś się stanie albo poczuję się gorzej, wsiądę w pierwszy pociąg i wrócę. Będziemy mieć ze sobą kontakt, obiecuję dzwonić, a jak będziesz chciał, to możemy nawet pogadać na kamerce, żebyś zobaczył, że u mnie naprawdę jest w porządku.
Wygłosiłam swoją tyradę i dopiero wtedy spojrzałam na niego. Zobaczyłam, że jego oczy były odrobinę przeszklone.
– Moja mała córeczka – wyszeptał łamiącym się głosem.
W moich oczach również stanęły łzy.
– Przestań. Wiesz, że nienawidzę pożegnań, zwłaszcza ckliwych. Nie traktuj tego jak koniec czegoś, tylko jak początek nowej ery. Ery, w której twoja córka nie jest już małą córeczką, a młodą, niezależną kobietą. – Wyszczerzyłam zęby, chcąc rozluźnić atmosferę. Naprawdę nienawidziłam pożegnań, źle mi się kojarzyły. A to przecież nie jest ostatni raz, gdy widzę tatę, więc mogliśmy pominąć całą tę ściskającą za serce otoczkę.
– Daj znać, jak tylko będziesz na miejscu – poprosił, gdy w głośnikach rozbrzmiał kobiecy głos informujący o tym, że za chwilę nadjedzie mój pociąg.
– Oczywiście.
Zerknęłam na telefon. Miałam sześćdziesiąt procent baterii, ale ostatnio coś szwankowała i rozładowywała się szybciej niż normalnie. Musiałam pamiętać o podłączeniu telefonu do ładowania w pociągu.
Gdy wagony wjechały na tor, uścisnęłam tatę, wzięłam od niego swoją walizkę i stanęłam przed otwierającymi się drzwiami. Po raz ostatni odwróciłam się i pomachałam mu, a potem wsiadłam razem z innymi ludźmi. Na samym początku wagonu zostawiłam na stojaku swoją wielką walizkę i zaczęłam iść korytarzem. Parę osób usiadło na fotelach, ale było względnie pusto. Wybrałam odpowiadające mi miejsce, położyłam torbę i plecak na półkę nad siedzeniami i usiadłam pod oknem, które wychodziło na peron. Odnalazłam wzrokiem tatę i jeszcze raz mu pomachałam, wymuszając uśmiech. Wiedziałam, że tego nie kupił, bo zbyt dobrze mnie znał, ale robiłam wszystko, by podnieść go na duchu. On również zmusił się do uśmiechu, aby i mi pokazać, że się trzyma. Uniosłam kciuki ku górze, na co odpowiedział tym samym. Pociąg ruszył, a gdy tylko straciłam tatę z oczu, znów powróciły mdłości i ten nieznośny ucisk w żołądku. Kąciki ust mi opadły, a ręce zaczęły się trząść, złapałam więc za telefon i włączyłam logiczną gierkę, która zawsze mnie uspokajała.
Na początku podróż przebiegała spokojnie, na pierwszej stacji dosiadło się niewiele ludzi, ale już w New Haven pociąg zaczął się wypełniać, a gwar rozmów rozbrzmiał w całym wagonie. Dosiadła się do mnie kobieta po czterdziestce z kotem w transporterze, który położyła sobie na kolanach, przez co zrobiło się odrobinę ciasno. Zorientowałam się wtedy, że w sumie wypadałoby podłączyć telefon do kontaktu, bo stan baterii malał mi w oczach. Mamrocząc pod nosem przeprosiny, wpięłam wtyk do kontaktu, ale ładowanie się nie załączyło. Wypięłam i wpięłam jeszcze raz wtyczkę w telefonie, co niestety nic nie dało. Spróbowałam podłączyć ładowarkę do drugiego gniazdka, tego bliżej nogi kobiety, ale również nie działało. Przeklęłam w myślach, wstałam i zaczęłam się przeciskać między kolanami kobiety a fotelem przed nią. Skoro ładowarka nie działała, musiałam skorzystać z powerbanka, którego zapakowałam do torby włożonej nad siedzenia. Znalazłam go i wróciłam na swoje miejsce, cicho przepraszając. Kobieta siedziała sztywno z niezadowoloną miną, a jej kot w transporterze prychał. Powerbank na szczęście zadziałał i tylko modliłam się, aby to wystarczyło, by utrzymać żywotność mojej baterii.
Na następnym przystanku zrobiło się zdecydowanie gęściej, wsiadło mnóstwo osób w garniturach i z aktówkami w dłoniach. Co gorsza, ledwo wyjechaliśmy ze Stamford i przystanęliśmy, mimo że do Nowego Jorku jeszcze trochę drogi pozostało. Po chwili przez głośniki nadano komunikat, ale słabo go zrozumiałam przez zakłócenia i niewyraźny głos pracownika. Nie musiałam się jednak szczególnie wysilać, aby zrozumieć, że mieliśmy wymuszony postój. Opóźnienia na linii kolejowej Northeast Corridor nie były czymś zaskakującym, mimo to nie sądziłam, że potrwa to prawie półtorej godziny. Nie tylko ja poczułam irytację, po wszystkich było widać złość. Mężczyzna na fotelu przede mną, nie przebierając w słowach, informował kogoś przez telefon, że nie zdąży na konferencję, a chłopak siedzący obok niego dzwonił, sądząc po jego tonie i czułych zwrotach, do swojej dziewczyny, by przekazać, że spóźni się na ich spotkanie. Miałam już dość tego gwaru i napięcia wiszącego w powietrzu, założyłam więc słuchawki z funkcją wygłuszania otoczenia i włączyłam muzykę.
Dopadła mnie ulga, gdy w końcu ruszyliśmy, a za oknem zaczęły wyłaniać się pierwsze wieżowce. Otworzyłam mapę w telefonie i zobaczyłam, że zbliżamy się już do stacji. Nie chciałam później w popłochu zabierać bagaży, ryzykując, że nie zdążę wysiąść, dlatego już teraz wstałam i przecisnęłam się na korytarz. Kobieta tylko mocniej ścisnęła transporter, a kot znów zasyczał. Ściągnęłam swoją torbę razem z plecakiem i przeszłam na początek wagonu, tam gdzie na półeczce zostawiłam swoją walizkę. Zdjęłam ją i stanęłam przed drzwiami, gotowa w każdej chwili wysiąść. Kilka osób poszło za moim przykładem, zaczęło chować laptopy do toreb i zakładać plecaki.
Niedługo potem pociąg zwolnił i… zatrzymał się tuż przed wjazdem na Penn Station.
Rozejrzałam się wokół, ale każdy wydawał się tym zdziwiony. Popatrzyłam przez okno i upewniłam się, że nie dotarliśmy jeszcze do dworca.
Znów popłynął niewyraźny komunikat z głośników. Tym razem z trudem, ale zrozumiałam, że przez wcześniejsze opóźnienie teraz czekamy na zwolnienie toru na samej stacji. Westchnęłam ciężko. W tej samej chwili dostałam wiadomość od taty, który martwił się, że nie daję znaku życia, bo według rozkładu powinnam być na miejscu od dawna. Poinformowałam go o opóźnieniach, a on odpisał, że mógł mnie jednak zawieźć samochodem. Nie chciałam, żeby miał wyrzuty sumienia, więc pocieszyłam go, że jesteśmy już prawie na stacji i zaraz zacznę swoją nowojorską przygodę. Przemilczałam, jak bardzo przerażało mnie, że na zewnątrz robi się coraz ciemniej, a z dworca Penn Station, położonego praktycznie w samym centrum Nowego Jorku, musiałam jeszcze dotrzeć na Juilliard na Upper West Side.
Z tego, co słyszałam, taksówki były niebotycznie drogie, więc początkowo planowałam jechać metrem. Ale metro nocą w Nowym Jorku nie wywoływało pozytywnych, a przede wszystkim bezpiecznych skojarzeń.
Przypuszczałam, że będziemy stać pięć, góra dziesięć minut, ale przeciągnęło się to do ponad pół godziny, podczas której żałowałam, że tak gorliwie wstałam wcześniej ze swojego miejsca.
Byłam już porządnie zniecierpliwiona i wystraszona coraz to późniejszą godziną, gdy pociąg w końcu ruszył. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej, aż poczułam znajome szarpnięcie, które oznaczało, że zatrzymaliśmy się na stacji.
Kiedy drzwi się otworzyły, uderzył we mnie przytłaczający hałas.
Wygramoliłam się ze swoją walizką na zewnątrz, a torba obijała się o moje biodro przy każdym kroku. Przeszłam kilka metrów, schodząc wysiadającym pasażerom z drogi, i zatrzymałam się zagubiona.
Powietrze na Penn Station było gęste i pełne zapachów, a wszyscy poruszali się szybko i bez zawahania, jakby każdy doskonale wiedział, dokąd zmierza. Ja jedna stałam w miejscu, próbując złapać oddech.
Spojrzałam odrobinę błędnym wzrokiem po tablicach z rozkładem odjazdów, które zmieniały się co chwilę, po gnających ludziach i po kilku bezdomnych, którzy leżeli w kącie. Poczułam duszność i zawroty głowy od tych wszystkich bodźców. Przymknęłam oczy, wzięłam kilka oddechów i zebrałam w sobie całą siłę, którą miałam. Otworzyłam powieki, wyznaczając sobie listę zadań. To zawsze pomagało mi się skoncentrować. Wyciągnęłam telefon i otworzyłam mapę, żeby wiedzieć, z której strony powinnam wyjść.
Przeklinając siebie za to, że zapakowałam tak dużo rzeczy, poprawiłam na głowie czapkę z daszkiem, by lepiej widzieć, i ruszyłam w odpowiednim kierunku. Wymijałam ludzi, aż w końcu udało mi się wyjść na zewnątrz.
Zaatakował mnie jeszcze większy hałas niż w środku, a olbrzymie wieżowce naparły na mnie, powodując niemal natychmiastową klaustrofobię.
Nowy Jork powitał mnie całą swoją okazałością… i nie wyglądał ani trochę jak w moich wyobrażeniach.
Ulicę wypełniał dźwięk klaksonów, syren i prowadzonych rozmów. Różne języki mieszały się ze sobą, co jeszcze mocniej potęgowało odczuwany przeze mnie chaos. Asfalt był mokry, odbijał światła neonów i latarni, a powietrze pachniało spalinami, czymś metalicznym, jedzeniem z budek i marihuaną.
Czułam zielsko już wcześniej w życiu i nie powiedziałabym, że uwielbiam ten zapach, ale na pewno mi nie przeszkadzał. Aż do teraz. Był tak intensywny, że aż zakręciło mi się w głowie i zebrało na wymioty. Zerknęłam w bok i zobaczyłam, że o budynek stoi opartych kilku mężczyzn i pali największe jointy, jakie kiedykolwiek widziałam. To pierwsza różnica, która mnie uderzyła między tym, co znałam, a tym, co dla mnie nowe. W Westwood można było posiadać marihuanę, ale panował zakaz palenia jej w przestrzeni publicznej. Tu było to legalne, co wydało mi się olbrzymim minusem przez ten obrzydliwy, drażniący zapach.
Skierowałam się w stronę przejścia dla pieszych i zobaczyłam, że mimo czerwonego światła i jadących samochodów ludzie przechodzą przez pasy, kompletnie wszystko i wszystkich ignorując. Ja grzecznie przystanęłam na krawężniku i zaczekałam na sygnał, aż będę mogła przejść w pełni bezpiecznie. Gdy nadszedł i postawiłam stopę na jezdni, jakiś samochód zjechał ze skrzyżowania i stanął na przejściu, całkowicie je blokując. Inni po prostu go omijali, nie przejmując się tym, jakby to był chleb powszedni. Czułam, jak pot spływa mi po karku, kiedy zaczęłam ciągnąć walizkę, by zrobić to samo, ale zajęło mi to tak dużo czasu, że znów zapaliło się czerwone. W tym samym czasie obok przejechała policja na sygnale, nie zważając na to, że jeszcze nie zdążyłam zejść z jezdni. Głowa prawie mi wybuchła od tych wszystkich hałasów i bodźców.
Ledwo weszłam na krawężnik, a zaczepił mnie jakiś czarnoskóry mężczyzna, proponując zakup czegoś, prawdopodobnie zielska, choć przez ten tłok i zamieszanie nie zrozumiałam, co mówił. Gdy odmówiłam grzecznie, zaczął pytać, dokąd idę, co już mi się nie spodobało. Przyspieszyłam kroku, nie zważając na ból mięśni spowodowany ciągnięciem walizki. Minęłam go, choć jeszcze coś za mną wołał. Słońce już prawie zaszło i zaczynało się robić coraz ciemniej, co napawało mnie przerażeniem. Jeszcze raz zerknęłam na mapę w telefonie, ze strachem zauważając, że powerbank nie naładował mi telefonu do stu procent, a poziom baterii spadał w zatrważającym tempie. Zobaczyłam tylko, gdzie jest wejście do metra, do którego powinnam się kierować, aby dojechać do Upper West Side, i schowałam go do kieszeni bluzy, pilnując, by regularnie sprawdzać, czy jeszcze tam jest. Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś mnie okradł.
Byłam w Nowym Jorku dopiero od kilku minut, a już miałam go dość. Chciało mi się pić i przede wszystkim jeść, hałas sprawiał, że pękała mi głowa, samochody nieprzerwanie na siebie trąbiły, nie było chwili, aby coś nie przejeżdżało na sygnale, cały czas ktoś na mnie wpadał, a raz zostałam zwyzywana, bo moja walizka zahaczyła o czyjś but. Światło było ostre i nienaturalne, co tylko potęgowało ból głowy. Bezdomni non stop mnie zaczepiali, przez co szłam napięta i w strachu, ale i tak najbardziej przeszkadzał mi ten smród na ulicach.
Odetchnęłam, gdy znalazłam wejście do metra, ale moja ulga nie trwała długo.
Po pierwsze nie było ruchomych schodów, a nie wyobrażałam sobie nieść walizki taki kawał, w dodatku z dyndającą na ramieniu torbą, o ciężkim plecaku nie wspominając. Po drugie na schodach zauważyłam ludzką kupę, a po trzecie na samym dole, tuż przy wejściu, siedział mężczyzna o mętnych oczach, który kołysał się i mówił coś do siebie.
Cofnęłam się i przez przypadek na kogoś wpadłam. Przeprosiłam cicho i odeszłam od wejścia do metra pod najbliższy budynek. Zdjęłam czapkę i przetarłam mokre od potu czoło, po czym założyłam ją z powrotem i głęboko odetchnęłam. Moja terapeutka przekonywała mnie, że oddech to podstawa i gdy nauczę się go kontrolować, będę mogła kontrolować też reakcje swojego ciała. Tym razem potrzebowałam aż dziesięciu wdechów i wydechów, by się uspokoić i zacząć trzeźwo myśleć.
Niby byłam sama w zupełnie obcym mieście z wielkimi bagażami, ściemniało się, a ja nie wiedziałam, jak dostać się do akademika, ale w końcu wylądowałam w Nowym Jorku i miałam zacząć spełniać swoje marzenia, prawda? Prawda?
Ręka drgnęła mi, jakby sama, bez udziału mojej woli, chciała sięgnąć po telefon, żeby zadzwonić do taty, bym mogła wyżalić mu się i poprosić, aby po mnie przyjechał. Ale to byłoby tchórzostwo. A ja nie byłam tchórzem.
Jeszcze raz sięgnęłam po telefon i zobaczyłam, ile miałam na piechotę do głównego budynku Juilliarda. Czterdzieści minut prostą drogą. Z walizką pewnie zajmie mi to godzinę, może dłużej. Gdy tylko wyobraziłam sobie, że jeszcze tyle czasu będę przepychała się z tymi bagażami między ludźmi, zrobiło mi się słabo, a łzy bezsilności załaskotały mnie pod powiekami. Miałam już dość tego dnia, marzyłam tylko o jakimś bezpiecznym miejscu. A Nowy Jork nocą wcale nie wydawał mi się bezpieczny.
Zamrugałam kilka razy, by odgonić łzy, i weszłam na Ubera, by sprawdzić ceny za przejazd. Gdy zobaczyłam kwotę czterdziestu dolarów, aż zazgrzytałam zębami. Przecież to tylko jakieś dwadzieścia minut jazdy samochodem, wiedziałam więc, że ta cena była wygórowana i że nie powinnam wydawać tylu pieniędzy, i to tuż po przyjeździe. Ale… Czy miałam inny wybór? Czy naprawdę, ledwo postawiwszy stopę w Nowym Jorku, już chciałam zniweczyć cały swój trud włożony w przyjazd tu, pakując się w jakąś niebezpieczną sytuację? Wiedziałam, co mój tato powiedziałby w tej chwili. Kazałby mi się nie zastanawiać i od razu brać taksówkę. Stwierdziłam, że najwyżej będę głodować, i zamówiłam przejazd. Odetchnęłam z ulgą, gdy zlecenie przyjęła kobieta, nie mężczyzna.
Kiedy na nią czekałam, napisałam do taty i dałam znać, że jestem na miejscu i zdecydowałam się zrezygnować z metra na rzecz samochodu. W międzyczasie zdążyło zaczepić mnie dwóch bezdomnych z prośbą o pieniądze, a jeden z nich był na tyle natarczywy, że wygrzebałam zaskórniaki z kieszeni i wrzuciłam mu je do kubeczka, pragnąc, by po prostu sobie poszedł i dał mi spokój. Zorientowałam się, że stojąc z bagażami na chodniku, jestem łatwą ofiarą dla wszelkich naciągaczy, dlatego nasunęłam granatową czapkę z daszkiem głębiej na twarz i udałam, że jestem zajęta telefonem, bacznie śledząc, czy Uber się zbliża.
W końcu samochód nadjechał. Upewniłam się, że rejestracja się zgadza, i podeszłam bliżej. Kobieta o latynoskiej urodzie wysiadła, pomogła mi wsadzić walizkę i torbę do bagażnika, a gdy weszłam do ciepłego auta, od razu poczułam się lepiej, choć moje samopoczucie wciąż było dalekie od idealnego. Nienawidziłam, jak plany mi się sypały. Chciałam jeszcze dzisiaj podpisać wszystkie dokumenty na Juilliardzie i uzyskać karty dostępu. Bałam się, że jeśli tego nie zrobię, nie wpuszczą mnie do akademika. To byłoby idealne zwieńczenie tej pełnej trudów podróży – pozostanie na noc bez dachu nad głową.
Po kilku minutach rozluźniłam się i zaczęłam podziwiać Nowy Jork za szybą. Dojeżdżaliśmy właśnie w okolicę Times Square i te wszystkie billboardy i neony naprawdę robiły wrażenie, zwłaszcza że już całkowicie się ściemniło. Problem był jednak taki, że po placu kręciło się mnóstwo, ale to mnóstwo ludzi i samochodów. Nikt nikogo nie szanował, ludzie wchodzili przed auta, a te jechały, nie zważając na ludzi na ulicach, przy okazji wszystkich otrąbiając. Rozluźnienie odeszło tak szybko, jak przyszło. Bałam się, że zaraz dojdzie do jakiejś stłuczki. Więcej było stania niż jazdy, co chwilę podrywało mnie gwałtowne hamowanie, a w pewnym momencie kobieta z Ubera tak nagle wyminęła samochód przed nami, że aż zarzuciło mną w bok. Złapałam za uchwyt pod sufitem, modląc się, aby dotrzeć w jednym kawałku na miejsce. Kiedy patrzyłam na ten tłum za oknem i hałas, który docierał nawet do wnętrza samochodu, obiecałam sobie, że moja noga prędko nie postanie w tej okolicy.
Moje założenie dwudziestu minut było bardzo optymistyczne, bo dopiero po ponad trzydziestu minutach kobieta zatrzymała się przy skrzyżowaniu Columbus Avenue, nawet nie pytając, czy to tutaj. Chyba nie mówiła po angielsku, bo w ogóle się do mnie nie odzywała. Dlatego nawet się nie wysilałam, żeby powiedzieć jej, aby wjechała w uliczkę obok, bo dopiero tam jest główny budynek Juilliarda. Stwierdziłam, że tyle już dzisiaj przeżyłam, że przejście kilku dodatkowych metrów nie zrobi mi żadnej różnicy. Kobieta wyszła i wyjęła moje bagaże, po czym niemal od razu odjechała.
Pozwoliłam sobie przystanąć na kilka sekund i spojrzeć na budynek, który tak wiele razy widziałam w internecie na zdjęciach czy filmikach. Już jako mała dziewczynka uwielbiałam wchodzić na YouTube i oglądać nagrania z występów, które odbywały się przed Juilliardem. A teraz sama tu byłam. Trudno było mi w to uwierzyć, ale jednocześnie myślałam, że ta chwila będzie bardziej podniosła. Zmęczenie, stres i głód zdominowały uczucie ekscytacji, ale starałam się myśleć o tym, że jutro na pewno będzie już lepiej i nadejdzie radość ze spełnienia długo wyczekiwanego marzenia.
Z daleka widziałam również budynek Lincoln Center. Nie dało się go pomylić z żadnym innym. Jednym z moich największych marzeń, oprócz dostania się na Juilliard, było stanięcie na deskach David H. Koch Theater. To tam występował New York City Ballet ze ścisłej światowej czołówki.
Westchnęłam cicho, zastanawiając się, czy kiedyś uda mi się dołączyć do elity tańca klasycznego.
Po drugiej stronie na sygnalizacji zapaliła się sylwetka idącej postaci, dlatego w trochę lepszym humorze zarzuciłam torbę na ramię, wzięłam walizkę za rączkę i postawiłam stopę na jezdni. W tej samej chwili przejechał przede mną wypasiony, żółty sportowy wóz, a ja tak raptownie się cofnęłam, że aż zahaczyłam stopą o krawężnik i upadłam na tyłek.
– Co za debil – mruknęłam pod nosem.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy żółty samochód zaparkował zaraz przed Juilliardem na miejscu zakazu, wysiadł z niego jakiś blondwłosy chłopak i wszedł pospiesznym krokiem do budynku. Wyglądało, jakby nawet nie zauważył, że właśnie prawie kogoś potrącił.
Złorzecząc na niego pod nosem, upewniłam się, że mimo światła dla pieszych tym razem nic nie jedzie, i przeszłam przez ulicę. Dotarłam pod główne wejście i przez oszklone drzwi zobaczyłam, że w środku jest ochroniarz. Pociągnęłam za klamkę i najpierw przepchnęłam przed siebie walizkę, a potem sama weszłam. Mężczyzna w mundurze niemal od razu do mnie podszedł:
– Co panią tu sprowadza?
Czy naprawdę wyglądałam tak podejrzanie? Wiedziałam, że miałam potargane włosy, zapewne rozmazany makijaż i na pewno też nie pachniałam najprzyjemniej, bo mocno spociłam się przez stres i długą podróż, ale nie musiał mówić do mnie takim ostrym tonem, jakbym była przestępcą.
– Dobry wieczór. – Ja z kolei wysiliłam się na miły ton, aby zatrzeć złe pierwsze wrażenie. – Jestem studentką pierwszego roku i chciałam wypełnić dokumenty.
– Biura są już zamknięte. Proszę wrócić jutro rano.
Opadły mi kąciki ust, a ja całą siłą woli walczyłam o to, by się nie rozpłakać.
– Na pewno nie ma nikogo, kto mógłby mi udzielić dostępu? Mój pociąg miał opóźnienie…
– Nikogo już nie ma. Wróć jutro.
– Ale jak dostanę się do akademika… – Głos mi się załamał, gdy przed oczami stanęła mi perspektywa spędzenia nocy na ulicy.
Ochroniarz westchnął, widocznie zirytowany.
– Nie zajmuję się takimi sprawami, dzisiaj już nic tu nie załatwisz.
Zwiesiłam ramiona, gotowa się wycofać. W głowie już przeliczałam pieniądze, zastanawiając się, czy wystarczy mi na noc w hotelu.
– O co chodzi? Czego ta młoda dama tu chce? – Z korytarza wyszła elegancko wyglądająca kobieta w ciasno spiętym koku. Jej wyprostowana postawa i lekkość, z jaką stawiała kroki, podpowiadały mi, że być może ma coś wspólnego z tańcem.
– Chciałam uzyskać dostęp do akademika. Nie podpisałam jeszcze papierów, pociąg mi się opóźnił i…
– Nikt ci już dzisiaj nie wyda kart – przerwała mi. – Ale w mailu zapewne dostałaś wszystkie szczegóły dotyczące twojego miejsca w akademiku. Opiekun powinien być w środku, podaj swoje dane, on cię zweryfikuje i wpuści do pokoju, a jutro z samego rana przyjdź tu, by podpisać dokumenty – powiedziała suchym tonem, ale dostarczyła mi bardzo jasnych i konkretnych informacji, za co poczułam ogromną wdzięczność. – Oddaję kartę do sali – zwróciła się do ochroniarza, wyciągając dłoń. Zwracała się do niego tak samo oschle jak do mnie, więc był to chyba jej normalny sposób porozumiewania się.
– Dziękuję – szepnęłam tylko, choć już żadne z nich nie zwracało na mnie uwagi.
Z korytarza wyszedł znajomy blondyn ze sportową torbą na ramieniu, której nie miał, gdy wysiadał z samochodu. Dopiero teraz mogłam w pełni mu się przyjrzeć i niestety z przykrością musiałam stwierdzić, że należał do najgorszego typu ludzi, których już miałam okazję w życiu spotkać. Jego uroda aż biła po oczach. Był przystojny w taki sposób, że nikt na ulicy nie przeszedłby obok niego obojętnie. Cała jego postawa, mimika, a nawet nonszalancki sposób ułożenia włosów wskazywały, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak wygląda. Jego ubiór tylko potwierdzał to, co zauważyłam już po samochodzie: był dziany i otwarcie się tym szczycił, zapewne często wykorzystując swoją pozycję. Zdawałam sobie sprawę, że nie powinno się oceniać człowieka po pozorach, ale tego chłopaka od razu zaszufladkowałam jako bogatego dupka, jednego z tych, co widzą tylko czubek własnego nosa, a innych ludzi nie szanują.
Na jego widok kobieta uniosła swoje cienkie brwi w wyrazie przyjemnego zdziwienia.
– Dopiero kończysz trening?
Odrobinę mnie to przeraziło i poczułam się, jakbym była do tyłu. Jeszcze oficjalnie nie zaczął się rok akademicki, a niektórzy już trenowali?
– Wiesz, że się przykładam – odpowiedział gładko. Nie byłam pewna, czy kłamał. Z jednej strony widziałam, że dopiero co przyjechał, pewnie po torbę, której zapomniał, ale z drugiej strony mógł przecież chwilę wcześniej skończyć rzeczony trening i cofnąć się niemal od razu po swoje rzeczy.
Nie chciałam wyjść na jeszcze większą dziwaczkę, która stoi i gapi się, podsłuchując obcych ludzi, dlatego złapałam za walizkę i odwróciłam się w stronę drzwi.
– Lecę – rozbrzmiał jeszcze raz głos chłopaka. – Do widzenia, Mike.
– Do widzenia, panie Harrington – odpowiedział ochroniarz ulegle i grzecznie, całkowicie inaczej, niż zwracał się do mnie.
Niemal się odwróciłam, bo nazwisko zabrzmiało mocno znajomo, ale w tym samym momencie blondyn przemknął obok, znów jakby mnie nie widząc, i pociągnął drzwi z impetem. Wypadł na zewnątrz, nie zwracając uwagi na to, że mnie nimi uderzył, i to na tyle mocno, że torba spadła mi z ramienia.
Jęknęłam, zastanawiając się, czy ten dzień może być jeszcze gorszy. Wyszłam z budynku i tylko widziałam, jak chłopak wsiada do auta i odjeżdża z piskiem opon, nie bacząc na nic ani na nikogo.
Gdy opiekun akademika wpuścił mnie do przydzielonego mi pokoju, mojej współlokatorki nie było w środku. Nic nie wskazywało na to, że w ogóle już przyjechała. Rok akademicki miał się zacząć dopiero za kilka dni, więc stwierdziłam, że pewnie pojawi się później.
Skorzystałam z przywileju, że dotarłam wcześniej od niej, i pozwoliłam sobie wybrać swoją stronę pokoju. Padło na tę bliżej okna, bo stwierdziłam, że będzie lepiej oświetlona. Chociaż czułam ogromne zmęczenie, napisałam do taty, że jestem już w akademiku, wypakowałam się, ustawiłam pozytywkę od mamy na stoliku przy łóżku i dopiero później poszłam skorzystać z łazienki, ciesząc się ciszą i spokojem po tak trudnej i chaotycznej podróży.
Nazajutrz wstałam wcześnie, by stawić się w biurze w budynku głównym, gdy tylko się ono otworzy. Chciałam jak najprędzej załatwić formalności, bo nie znosiłam niedokończonych spraw. Bałam się, że ktoś zaraz po mnie przyjdzie i wywali mnie z akademika, skoro nie mam jeszcze oficjalnego dostępu.
Narzuciłam na siebie swoją ulubioną, o kilka rozmiarów za dużą szarą bluzę, w której czułam się najbezpieczniej, i wyszłam z akademika. Nowy Jork za dnia nie wyglądał już tak przerażająco. Okolica wokół Juilliarda nie miała nic wspólnego z chaosem przy Times Square. Ulice były spokojniejsze, szersze, a ruch bardziej uporządkowany. Zjadłam szybkie śniadanie w uroczej kawiarni obok i wzięłam kawę na wynos, by nie tracić czasu na jej picie.
W budynku głównym nie spotkałam ochroniarza Mike’a, jak nazwał go ten dupek. Był za to jakiś starszy jegomość, który od razu pokierował mnie, gdzie mam iść. Biura mieściły się na niższych piętrach, tuż przy wejściu. Myślałam, że będę pierwsza, ale przede mną w kolejce stały już trzy osoby.
Wszyscy wyglądali na pierwszaków. Nie rozmawiali ze sobą, tylko wpatrywali się w ekrany swoich telefonów. Wymamrotałam przywitanie i ustawiłam się za nimi. Na szczęście kolejne osoby dość sprawnie wchodziły i wychodziły. Nim się obejrzałam, nadeszła moja kolej.
Pomieszczenie było jasno oświetlone i stało w nim kilka biurek z komputerami. Podeszłam do wolnego krzesła i podałam swoje dokumenty, które już wcześniej sobie naszykowałam.
– Dzień dobry. Penelope Daniels. Zaczynam pierwszy rok.
– Dzień dobry – odpowiedziała znudzonym tonem obsługująca mnie blondynka. Zabrała moje papiery, zaczęła klikać coś w komputerze, po czym wyciągnęła kilka kartek. – Proszę podpisać w wyznaczonych miejscach.
Przejrzałam na szybko regulamin uczelni, akademika oraz zgody administracyjne i podpisałam je długopisem przyczepionym cienkim łańcuszkiem do blatu.
Gdy skończyłam, kobieta wciąż coś wypełniała na komputerze. Nagle jej oczy rozbłysły i spojrzała na mnie, tym razem bardziej świadomie.
– Była pani egzaminowana online?
– Tak – odpowiedziałam cicho. – Przez specjalne okoliczności.
– I została pani przyjęta już rok temu?
– Tak – potwierdziłam znów.
Oderwała ode mnie oczy, znów wlepiając je w ekran monitora, i przez chwilę się do mnie nie odzywała, dalej coś klikając i wpisując. Siedziałam cała spięta, tylko czekając, aż mi powie, że moje przyjęcie zostało jednak cofnięte przez to, że nie stawiłam się w tamtym roku.
– Wszystko się zgadza – powiedziała w końcu. – Proszę przejść do pokoju obok, tam zrobią pani zdjęcie.
– T-teraz? – zapytałam niepewnie, wiedząc, że ani się rano nie uczesałam, ani nie pomalowałam, a moja wielka bluza wyglądała trochę niepoważnie jak na studentkę Juilliarda.
– Tak, teraz. – Machnęła niedbale ręką w kierunku drzwi po prawej stronie, patrząc wciąż w ekran.
Robienie zdjęcia było szybkie i bezosobowe. Usłyszałam tylko, że mam usiąść prosto i nie uśmiechać się za bardzo. Ściągnęłam bluzę i zostałam w samym białym podkoszulku, czując się mocno niezręcznie przed fotografem. Gdy tylko oznajmił, że mam wrócić do stanowiska, przy którym byłam obsługiwana, by odebrać kartę, od razu z powrotem nałożyłam na siebie bluzę, drżąc lekko.
Kobieta przy biurku wytłumaczyła mi jeszcze, jak zalogować się na konto studenta i gdzie znajdę najważniejsze informacje oraz plan zajęć. Całość była mocno sucha i formalna. Nie oczekiwałam wielkiej inauguracji i powitań, ale miałam cichą nadzieję, że moment spełnienia mojego największego marzenia naprawdę będzie trochę bardziej uroczysty. Oficjalnie zostałam studentką Juilliarda, ale patrząc na swoją ponurą minę na zdjęciu, wcale się tak nie czułam. Wiedziałam jednak, że to dopiero początek i na pewno po rozpoczęciu roku, podczas pierwszych zajęć, w końcu poczuję, że jestem w miejscu, w którym być powinnam.
Moja współlokatorka pokazała się dzień przed rozpoczęciem zajęć.
Rozmawiałam właśnie przez FaceTime’a z przyjaciółką ze szkoły średniej, która już od roku studiowała marketing na Suffolk University, i opowiadałam jej o Nowym Jorku, gdy drzwi otworzyły się z łoskotem, odbijając się od ściany.
– O nie, dali mi jakiegoś żółtodzioba z pierwszego roku – jęknęła czarnoskóra dziewczyna, gdy tylko przekroczyła próg. W jednej ręce trzymała wielką walizkę, a w drugiej futerał na skrzypce.
Za nią wszedł wysoki chłopak z ciasno splecionymi warkoczykami tuż przy skórze głowy. Po obu stronach miał walizki. Z obawą zerknęłam na jedyną szafę w tym pokoju. Zajęłam równo trzy półki na sześć dostępnych, stosując sprawiedliwy podział, ale gdy zobaczyłam, ile rzeczy ma ze sobą ta dziewczyna, zaczęłam się obawiać, że będę musiała jej odstąpić swoją przestrzeń.
– Oddzwonię do ciebie później – pożegnałam się z Laną i rozłączyłam się. Usiadłam na łóżku po turecku i zapytałam swojej współlokatorki: – Skąd wiesz?
– Co skąd wiem? – Weszła do pokoju i odstawiła bardzo ostrożnie futerał w kąt.
– Że jestem z pierwszego roku. – Przechyliłam głowę w bok, patrząc na nią zaciekawiona, ale jednocześnie onieśmielona. Z jakiegoś powodu od razu wyczułam u niej niechęć do mnie.
– Nietrudno zgadnąć. – Machnęła ręką w stronę ściany po mojej stronie, gdzie ponaklejałam plakaty z panoramą Nowego Jorku i kilka pięknych kadrów złapanych podczas występów baletowych. – Widać, że jeszcze żyjesz marzeniami.
Nim zdążyłam zrozumieć jej enigmatyczną odpowiedź, wtrącił się chłopak, popychając walizki do pokoju.
– Gdzie mam ci je położyć?
– Gdziekolwiek. – Machnęła ręką. – Jak widać, żółtodziób zajął moją stronę, więc muszę poczekać, aż się z niej wyniesie.
Uniosłam brew na jej słowa.
– Nie mam takiego zamiaru. Obie strony były wolne, gdy przyjechałam, i nie zauważyłam, by którakolwiek była podpisana – powiedziałam spokojnie.
Dziewczyna odwróciła się do mnie, położyła ręce na biodrach i zmierzyła mnie niezbyt życzliwym spojrzeniem.
– Wybaczam ci to, maleńka, bo jesteś nowa i może jeszcze nie znasz panujących tu zasad, ale na Juilliardzie obowiązuje prawo dżungli. Zaczynam drugi rok, a cały poprzedni spałam na łóżku, na którym teraz ty siedzisz.
Wzruszyłam ramionami.
– To trzeba było przyjechać wcześniej i zająć sobie swoją stronę. Wiesz, gdybyś uprzedziła mnie albo teraz poprosiła, może bym ci ustąpiła, ale chamstwa nie znoszę, tak samo jak panoszenia się. – Wstałam, bo nie chciałam, aby nade mną górowała.
– Daj spokój, Kayla, nie bądź wiedźmą. – Jej towarzysz odstawił walizki i wszedł między nas. Nie wiem, czy wyczuł, że zaraz rzucimy się na siebie, ale jego interwencja sprawiła, że dziewczyna opuściła ramiona i przewróciła oczami.
– Pieprzona paniusia – wymamrotała. – Chodźmy zjeść, zanim wytargam jej kudły. A pomyśleć, że w tamtym roku narzekałam na Celine. Gdyby nie zrezygnowała, nie musiałabym męczyć się z nadętą białaską. – Wzięła chłopaka pod ramię i wyszła, zostawiając swoje bagaże na środku pokoju, przez co całkowicie zablokowały przejście.
Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, opadłam na łóżko z ciężkim westchnieniem, przytłoczona tą krótką, ale intensywną konfrontacją. Wiedziałam, że droga do spełniania marzeń bywa trudna, ale nie sądziłam, że od samego początku wszystko będzie szło jak po grudzie.
Stwierdziłam, że najroztropniej postąpię, unikając jej przez pewien czas, żeby złość na mnie trochę jej przeszła. Liczyłam, że gdy zobaczy, że wcale nie jestem kłopotem, zmieni nastawienie.
Nie chciałam być w pokoju, gdy wróci się rozpakować, dlatego włożyłam ulubioną bluzę, zapakowałam torbę sportową, po czym nałożyłam na głowę czapkę z daszkiem, na którą dodatkowo nasunęłam kaptur, i wyszłam. Był już prawie wieczór, więc stwierdziłam, że to może dobry pomysł, aby trochę poćwiczyć przed rozpoczęciem zajęć. Już wcześniej zwiedziłam budynek i mniej więcej rozeznałam się w jego układzie, dlatego teraz przywitałam się z ochroniarzem, odbiłam kartę i udałam od razu na samą górę, gdzie znajdowały się sale taneczne.
W dwóch z nich paliło się światło, a kiedy przechodziłam obok, zobaczyłam, że w jednej drobna, ruda dziewczyna tańczyła coś, co przypominało hip-hop i taniec uliczny, w drugiej zaś znajdowały się dwie osoby. Przystanęłam, gdy rozpoznałam blondyna.
Właśnie obracał dziewczynę, a jej wysoko upięty, miodowy kucyk przeciął powietrze, gdy wykonała zgrabny ruch głową. Przyciągnął ją do siebie, a ona schyliła się w sensualnym ruchu i przeciągnęła dłonią po swojej nodze, prostując się powoli. Rozciągnął między nimi ramiona, odpychając ją w następnej figurze, ale dziewczyna nie nadążyła. Potknęła się, choć na szczęście zdołała zachować równowagę.
Zamiast kontynuować, blondyn zatrzymał się i powiedział coś do niej z wyraźną irytacją, nerwowo przeczesując palcami włosy. Dziewczyna poprawiła bokserkę i luźną bluzkę, która opadła jej na ramię, a jej jasne oczy ciskały gromy. Krzyknęła coś głośno i niemal go popchnęła.
Ruszyłam dalej, by nikt nie przyłapał mnie na podglądaniu kłótni, i otworzyłam wolną salę. Pogrążona w myślach, zapaliłam światło. Słyszałam o tym, że rywalizacja na Juilliardzie była zaciekła, ale teraz zobaczyłam to na własne oczy. Dopiero jutro miały się zacząć zajęcia, a niektórzy trenowali już teraz. O ile ruda dziewczyna mogła to robić dla rozluźnienia i wyżycia się, tak jak ja miałam zamiar zrobić to teraz, o tyle blondyn i ta ładna dziewczyna wcale nie wyglądali, jakby robili to dla przyjemności. Wręcz przeciwnie, trenowali, i to ostro, sądząc po złości, która pojawiła się przy drobnym potknięciu.
Podłączyłam się do sprzętu i puściłam swoją ulubioną playlistę do tańczenia. Jako pierwsze poleciało Ocean Eyes.
Nie ściągnęłam kaptura ani czapki, tylko przymknęłam oczy, wsłuchując się w głos Billie Eilish. Pozwoliłam, żeby oddech zrównał się z tempem melodii. Ramiona same opadły, jakby ciężar dnia wreszcie z nich spłynął. Uniosłam powoli ręce i miękko zarysowałam nimi łuk w powietrzu, a potem zrobiłam pierwszy krok.
Nie myślałam zbyt wiele, ciało samo podążało za rytmem. Wszystkie troski, złość, stres, smutek i zmartwienie wyparowywały. Moja głowa stawała się lekka i pusta.
Gdy piosenka dobiegała końca, miałam wrażenie, że usłyszałam coś przed salą. Przystanęłam i odwróciłam się, zaskoczona, ale nie zobaczyłam nikogo w okienku. Potrząsnęłam głową. Może po prostu ktoś przechodził obok.
W głośnikach rozbrzmiało Clair de Lune Debussy'ego, ustawiłam więc ciało w osi i wróciłam do tańca.
Przesunęłam się w bok, cicho stawiając stopy w skarpetkach na parkiecie. Kręgosłup wyciągnął się sam, a ciało poszło za ruchem, gdy zatoczyłam półobrót. Zatrzymałam się na chwilę, balansując na jednej nodze, zanim opuściłam ją wolno. Gdy muzyka zaczęła narastać, pochyliłam się do przodu, jakbym chciała schować się w tym ruchu, a potem wyprostowałam, unosząc ramiona wysoko i otwierając klatkę piersiową. Zrobiłam kilka kroków w tył, miękko i płynnie, pozwalając biodrom i ramionom podążać za linią melodyczną.
Precyzja ruchów nie zostawiała miejsca na przypadek. Każdy gest miał swój początek i koniec, każde przesunięcie stopy było świadome. W tańcu klasycznym nic nie działo się samo. To ja decydowałam, kiedy ciało się otworzy, a kiedy zamknie. To moja przestrzeń, w której czułam, że wszystko zależy ode mnie. Tu nie było żadnych niespodzianek. Tylko rytm, oddech i granice, które sama wyznaczałam. Gdy unosiłam ramiona, robiłam to dlatego, że chciałam. Kiedy się pochylałam, było to moją decyzją. Każdy krok przypominał mi o tym, że miałam pełną kontrolę nad swoim ciałem.
Pokochałam balet już jako dziecko, zanim w ogóle zrozumiałam, czym tak naprawdę jest. Wszystko zaczęło się od jednego przedstawienia. Rodzice zabrali mnie do teatru na Dziadka do orzechów. Nie rozumiałam wtedy historii, ale to nie miało dla mnie znaczenia. Byłam zachwycona tym, jak baletnice unosiły się nad sceną, jakby grawitacja ich nie dotyczyła. Patrzyłam na nie jak zahipnotyzowana. Były piękne. Lekkie. Idealne. Niemal nieludzkie. Tego wieczoru, gdy wróciliśmy do domu, powiedziałam, że też chcę zostać baletnicą.
Rodzice zapisali mnie na zajęcia, bo wtedy jeszcze mogli sobie na to pozwolić. A potem nadeszła choroba mamy, długi, kłótnie i ciągłe liczenie pieniędzy. Wszyscy w domu chcieli trzymać mnie z daleka od problemów, ale i tak wiedziałam, co się dzieje. Tato i Blaise pracowali więcej, niż powinni, żebym wciąż mogła chodzić na lekcje, przy okazji cały czas opłacając leczenie mamy. I chyba dlatego tak mocno się starałam. Wiedziałam, że każdy mój krok na sali jest dla nich wysiłkiem i poświęceniem. A przy okazji lubiłam to, że z każdym tygodniem stawałam się coraz lepsza. W lustrze widziałam dziewczynkę w ślicznym baletowym stroju, która wyglądała ładnie, nawet gdy świat przestał dla niej taki być.
Potem poznałam Natalie, narzeczoną Blaise’a, która też uczęszczała na lekcje baletu do tej samej szkoły i była perfekcyjna w każdym calu. Patrzyłam na nią, na to, jak tańczy, i myślałam tylko o tym, że chciałabym być taka jak ona. Wydawała się niczym nie martwić, była taka chłodna, zdystansowana i elegancka. Wtedy też chciałam przestać się tak bardzo przejmować stanem zdrowia mamy i tym, że dzieci w szkole się ze mnie wyśmiewały, bo zaczęłam chodzić w za małych ubraniach, często brudnych i zniszczonych. Wtedy stwierdziłam, że gdy będę jak Natalie, gdy będę tańczyć tak dobrze, jak ona, będę również wystarczającodobra.
Z czasem balet przestał być dla mnie tylko marzeniem, a stał się ucieczką. Miejscem, w którym nie musiałam myśleć o chorobie, pieniądzach i strachu. Na sali liczyły się tylko ruch, muzyka i to, czy uda mi się zrobić kolejny krok lepiej niż poprzedni.
I chyba dlatego zostałam z nim na tak długo. Bo balet był jedyną rzeczą, która nigdy mnie nie zawiodła.
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa dopiero po przetańczeniu prawie siedmiominutowego Nuvole Bianche. Wyczerpana, osunęłam się na podłogę i ścisnęłam łydki. Wiedziałam, że jutro będę cierpieć, ale potrzebowałam tego, żeby przypomnieć sobie, po co tu jestem i przede wszystkim: dlaczego.
Co z tego, że Nowy Jork zawiódł moje oczekiwania? Co z tego, że jak na razie potraktowano mnie na Juilliardzie bardzo oschle, a moja współlokatorka okazała się wredna? Przebyłam całą tę drogę, żeby tańczyć.
I nic innego nie miało dla mnie znaczenia.
Blaise
Powodzenia, młoda!
Natalie
Trzymam za Ciebie kciuki, poradzisz sobie :) Zadzwoń później i poopowiadaj, jak było.
Lana
Wielki pierwszy dzień!!! *kop w dupę na szczęście*
tato
Dasz radę, córeczko, spełniaj marzenia, pamiętaj, że jesteś w stanie osiągnąć wszystko, co sobie wymarzysz
Odpisałam wszystkim i z uśmiechem zablokowałam telefon, po czym schowałam go do kieszeni.
Gdy tylko otworzyłam rano oczy, zalał mnie strach. Bałam się, że przerazi mnie tłum ludzi, że sparaliżuje mnie, gdy ktoś mnie dotknie, że będę gorsza od innych, że nauczyciele będą zbyt wymagający i nie dam rady dotrzymać narzuconego tempa. Szykowałam się w ciszy, wdzięczna, że Kayla wyszła przede mną i nie musiałam stawiać jej czoła. Pięć razy sprawdzałam, czy mam wszystko w torbie. Dopiero przy wyjściu zerknęłam na telefon, a gdy zobaczyłam czekające na mnie cztery pokrzepiające wiadomości… wtedy już wiedziałam, że dam radę.
Zjadłam lekkie śniadanie i udałam się na pierwsze lekcje tego dnia. Były to zajęcia teoretyczne, czyli coś, na co czekałam najmniej. Na szczęście odbywały się w trybie rotacyjnym. Odrobinę podnosiła mnie na duchu świadomość, że nie będę musiała codziennie znosić poranków z historią tańca, tak jak dziś, bo mieszała się z teorią muzyki i anatomią ruchu. W szkole średniej najlepiej szły mi te przedmioty, które szczerze mnie interesowały, dlatego miałam nadzieję, że te wykłady tylko brzmiały tak nudno.
Poszłam pod odpowiednią salę, która okazała się już otwarta. Jeszcze raz upewniłam się, że numer na drzwiach sali zgadza się z tym w moim planie lekcji, i weszłam do środka.
Aula była ogromna. Rzędy siedzeń wznosiły się amfiteatralnie ku tyłowi, ułożone w szeroki łuk. Przy każdym krześle znajdował się mały, składany blat, a na samym dole stało podium i wisiał duży ekran projekcyjny. Część studentów siedziała już rozłożona niedbale z kawą w ręku. Zajęłam miejsce w środkowym rzędzie i odłożyłam swój kubek. Wyciągnęłam notes i długopis, zwracając uwagę na to, że większość miała ze sobą laptopy. Dużo bardziej wolałam notatki pisane odręcznie, bo wiedza szybciej wchodziła mi do głowy, ale obawiałam się, że skoro tak wiele osób korzystało z nowej technologii, tempo prowadzenia wykładu mogło być szybkie i nie nadążę pisać.
– Wolne?
Uniosłam głowę i zobaczyłam stojącą obok blondynkę, która wyglądała jak wyjęta prosto z Pinteresta. Biała spódniczka, koszula i sweterek narzucony na wierzch sprawiały, że wyglądała uroczo i elegancko jednocześnie. Do wysokich podkolanówek dobrała kozaki, a znaczek Chanel nie umknął mojej uwadze.
– Tak – odpowiedziałam, naciągając rękawy swojej szarej bluzy na dłonie, aby uniknąć dotyku, gdyby pomyślała o podaniu mi ręki na przywitanie. – Jestem Penelope – wyszłam z inicjatywą, choć nie przyszło mi to łatwo. Od czasu szkoły średniej i tego, co się wydarzyło, prawie całkowicie wycofałam się z życia społecznego. Miałam tylko jedną prawdziwą przyjaciółkę, dlatego obiecałam swojej terapeutce, że otworzę się w Nowym Jorku na poznanie nowych ludzi. – Choć bliscy mówią na mnie Poppy. A ty?
Zobaczyłam, że zaczęła wyciągać kolorowe długopisy i zakreślacze na blat biurka, co uznałam za dobry znak, że coś nas łączy i nie tylko ja wolę ręczne notatki.
– Sloane. – Uśmiechnęła się do mnie białymi, prostymi zębami. – Wydział taneczny?
– Tak, ze specjalizacją baletową.
– O, ja też! Pierwszy rok?
– Tak. – Kiwnęłam głową.
– Super, więc może będziemy mieć razem zajęcia. Po wykładach masz technikę baletową?
– Tak. – Znów kiwnęłam, bo nie wiedziałam, co jeszcze mogłabym dodać. Byłam naprawdę nędzna w niezobowiązującej gadce.
Sloane chyba też wyczerpały się tematy do rozmów, bo rzuciła mi ostatni uroczy uśmiech i zajęła się zapisaniem w swoim notesie „Historia tańca, wykład pierwszy”, co podkreśliła różowym zakreślaczem.
Drzwi do sali zamknęły się, a rozmowy natychmiast ucichły. Do środka weszła kobieta o idealnie wyprostowanej sylwetce. Miała na sobie płaszcz, dopasowaną, czarną sukienkę sięgającą kolan i eleganckie buty na niewysokim obcasie, w których poruszała się niemal bezgłośnie. Włosy upięła gładko z tyłu głowy. Jej twarz była piękna w surowy sposób, ale ostre rysy, wysokie kości policzkowe i usta zaciśnięte w cienką linię nie sprawiały przyjaznego wrażenia.
Od razu ją skojarzyłam. Choć egzamin wstępny miałam rok temu, to nie dało się zapomnieć tej kobiety.
Położyła teczkę na biurku, zdjęła cienki płaszcz i zawiesiła go na oparciu krzesła z precyzją, która zdradzała lata dyscypliny. Dopiero wtedy uniosła wzrok. Przesunęła spojrzeniem po auli powoli, jakby poddawała nas ocenie. Miałam wrażenie, że jej wzrok spoczął na mnie o chwilę dłużej niż na pozostałych, ale zaraz przesunęła go na Sloane, bez żadnego słowa w moim kierunku, więc stwierdziłam, że może mi się tylko wydawało.
– Dzień dobry wszystkim – odezwała się w końcu, a jej głos był spokojny, ale chłodny. – Dla tych, którzy mnie od razu nie poznali… Nazywam się Margaret Whitmore.
Albo była kimś sławnym, albo miała bardzo duże ego.
Odwróciła się i zapisała swoje imię i nazwisko na tablicy. Jej pismo było proste i klasyczne.
– Egzaminowała mnie – szepnęłam do Sloane, gdy Margaret zaczęła opowiadać, czego będziemy uczyć się w tym semestrze. – Ciebie też? Wszyscy byli względnie mili, choć profesjonalni, ale ona… – Nie dokończyłam, tylko skrzywiłam się wymownie.
– Naprawdę? – Otworzyła szeroko oczy, gdy na mnie popatrzyła. – Słyszałam o niej różne rzeczy. Podobno jest bardzo wymagająca. Mnie egzaminowała jej siostra, pani Harrington. Też była surowa, ale nie w taki wredny sposób, raczej jakby dużo wymagała, ale jednocześnie chciała, żeby poszło mi dobrze.
Drgnęłam, gdy ponownie usłyszałam to nazwisko. W taki sposób ochroniarz zwrócił się do dupkowatego blondyna. Czyżby byli rodziną? I czyżby pochodzili od TYCH Harringtonów?
– Czyli obie uczą na Juilliardzie? – dopytałam zaciekawiona, na razie zostawiając temat sławnego nazwiska.
– Nie kojarzysz sióstr Whitmore? – szepnęła dziewczyna, nachylając się bliżej, bo wykładowczyni na chwilę ucichła, żeby puścić prezentację.
Pokręciłam głową i zachęciłam ją gestem ręki, by mówiła dalej.
– Robiły karierę w latach dziewięćdziesiątych na Broadwayu. Ale Catherine ustawiła się lepiej, bo wyszła za Jamesa Harringtona i teraz należy do elit.
– James Harrington… od Harrington Group? – zapytałam cicho. – Od tej sieci hoteli?
– Nie tylko. Mają całą spółkę deweloperską i udziały w liniach lotniczych – dopowiedziała. – Mój tato zaprojektował wszystkie wnętrza ich hoteli – dodała dumnie.
Zamilkłam, próbując sobie to wszystko poukładać. To nie tak, że poczułam się od razu gorsza, ale to trochę przytłaczające, że otaczały mnie elity. Wiedziałam, że nie wszyscy utrzymywali się dzięki stypendium na Juilliardzie, jak ja, a wręcz przeciwnie, większość była na tyle bogata, że mogła sobie pozwolić na pełne opłacenie czesnego, i domyślałam się, że niektórzy pochodzili z rodzin artystycznych, które uczęszczały tu od pokoleń. Mimo wszystko zerknęłam z lekkim wstydem na swoje przetarte dżinsy i zabrudzone Conversy.
Kiedyś również byliśmy bogaci, choć było to tak dawno temu, że ledwo to pamiętałam, ale to i tak nic w porównaniu z rodzinami, o których teraz słuchałam. Westwood, a nawet Boston nie umywały się do nowojorskiej klasy wyższej. Natalie robiła teraz karierę w polityce w Waszyngtonie, więc obracała się wśród ważnych osób i kilka razy dostałam od niej zaproszenia na różne przyjęcia, ale nie czułam się tam dobrze, tak samo jak Blaise. Mieliśmy nawet małą umowę – zawsze w trakcie udawałam, że boli mnie brzuch, a on ze mną wychodził, ciesząc się, że nie musi rozmawiać z tymi nadętymi sztywniakami, jak ich nazywał.
Przez to wszystko byłam gdzieś pomiędzy. Z jednej strony liznęłam życia elit, poznałam smak eleganckich przyjęć i obracałam się wśród ważnych nazwisk, a z drugiej czułam się jak dziewczyna z małego miasteczka, która uczy się dzięki stypendium i liczy każdego centa. Natalie z Blaise’em mieli kasę, ale nigdy nie chciałam nic od nich brać. Wiedziałam, że tato też nie czuł się z tym komfortowo, bo właściwie te pieniądze w większości należały do Natalie, a mimo że ją uwielbiałam, nie była nawet naszą rodziną, tylko narzeczoną Blaise’a. On zarabiał jedynie na sprzedaży swoich obrazów, ale to było bardziej jego hobby, bo oboje skupili się na karierze Natalie.
Razem ze Sloane zajęłyśmy się słuchaniem wykładu i notowałyśmy wszystko, co spływało z ust pani Whitmore. Była bardzo konkretna, nie miała monotonnego głosu i nie rozwodziła się nad nic nieznaczącymi szczegółami, dlatego dobrze się jej słuchało, chociaż czasami niektóre informacje przedstawiała w aż zbyt suchy sposób. Podobały mi się jednak jej slajdy, bo zawierały piękne zdjęcia, a czasami filmiki, które uzupełniały to, co mówiła. Nie było aż tak nudno, jak się bałam. Dostaliśmy jednak pracę domową, czego nie spodziewałam się już po pierwszych wykładach. Mieliśmy wybrać dowolny spektakl taneczny i opisać, w jaki sposób jego forma, muzyka i ruch odpowiadały realiom epoki, w której powstał. Coś czułam, że nie obędzie się bez wizyty w bibliotece. Kochałam taniec, ale nigdy nie patrzyłam na niego od strony historii. Nie znałam przełomowych momentów ani nazwisk, które zmieniały bieg poszczególnych technik, nigdy też nie zastanawiałam się nad jego kulturowym ani politycznym znaczeniem.
– Myślałam, że jak mamy ten przedmiot tylko raz w tygodniu, to będzie luźno, ale chyba się myliłam. – Sloane zarzuciła swoją torbę na ramię i poczekała, aż również wstanę.
– Też nie masz pojęcia, jaki spektakl taneczny wybierzesz?
– A nie, to akurat dość prosty wybór. Napiszę pewnie o Christmas Spectacular. Sama należę do Rockettes. – Uniosła wysoko głowę. – Tańczyła tam moja babcia, mama i teraz tańczę ja, choć na razie jako tancerka zespołowa.
Poczułam podziw. Nie dość, że pochodziła z rodziny tancerzy, to w dodatku już miała na koncie osiągnięcia, a przecież dopiero zaczynała pierwszy rok na Juilliardzie.
– Słyszałam o Rockettes! Naprawdę tam tańczysz?
Musiała być z tego dumna, i słusznie, bo jej twarz rozjaśnił ogromny uśmiech.
– Tak, teraz mamy intensywny okres, bo szykujemy się na świąteczne występy. W tamtym roku zadebiutowałam, więc to wciąż dla mnie coś nowego i ekscytującego, a tegoroczna choreografia jest naprawdę wymagająca. – Widać było, że to coś, o czym lubiła mówić, bo się ożywiła. Szłyśmy przez korytarz pełen ludzi, ale ona zdawała się nie zwracać na nikogo ani na nic uwagi, skupiając się na swojej opowieści. – Oglądałaś kiedyś jakiś występ Rockettes?
Pokręciłam głową, zerkając na telefon, by upewnić się, do której sali mamy się kierować.
– Jesteś w grupie pierwszej na zajęciach z baletu? – upewniłam się.
– Chyba tak, czekaj, sprawdzę. – Wyciągnęła z torby telefon i po chwili powiedziała: – Tak, czyli jesteśmy razem, super. A co do Rockettes, to powinnaś przyjść na nasz świąteczny spektakl, jest naprawdę dopracowany. Ludzie z całego kraju, a czasami nawet i świata, przyjeżdżają, żeby nas zobaczyć. Pamiętam swoje pierwsze przedstawienie i to, jak się zestresowałam, gdy zobaczyłam zapełnione dosłownie do ostatniego miejsca Radio City Music Hall, które przecież jest ogromne! A ty, występowałaś już gdzieś?
Uśmiechnęłam się lekko, słysząc jej entuzjazm.
– Nie na tak dużej scenie jak ty. Ale szkoła baletowa, do której chodziłam, co roku organizowała występy dla miasta. Wiesz, klasyka: Dziadek do orzechów, Jezioro łabędzie, Giselle czy Carmen.
Weszłyśmy na wyższe piętro. Były tu sale, których nie udało mi się wcześniej zwiedzić, bo pozostawały zamknięte, ale teraz korytarz tętnił życiem, a niemal w każdym pomieszczeniu ktoś ćwiczył.
– Chodźmy się przebrać przed zajęciami. – Skinęłam w kierunku szatni.
Większość dziewczyn przebierała się przy ławkach, ale ja skręciłam w stronę jednej z kabin i zasunęłam za sobą zasłonkę.
Założyłam czarne legginsy, cienki longsleeve i body. Na nogi wciągnęłam getry i założyłam baletki. Materiał otarł się o miejsca poznaczone odciskami, które nigdy do końca się nie zagoiły. Jednym ruchem związałam włosy w ciasny kok, tak jak robiłam to od lat. Na koniec narzuciłam na siebie krótką, zapinaną bluzę.
Włożyłam swoje rzeczy do jednej z szafek i wyszłam na korytarz. Przed drzwiami czekała na mnie Sloane w przeuroczym pudroworóżowym body na cienkich ramiączkach, kremowych legginsach i różowych getrach, lekko zsuniętych na kostki. Włosy związała w niski kok, trochę niedbale, ale nie można było zaprzeczyć, że wyglądała przepięknie. Przypominała mi te baletnice, które widziałam podczas swojego pierwszego przedstawienia.
– Idziemy? – zapytała, łapiąc mnie pod ramię.
Spięłam się lekko na ten niespodziewany kontakt, ale nie odsunęłam.
– Tak. – Sztywno skinęłam głową i zmusiłam się do wykonania naturalnego kroku do przodu.
Podeszłyśmy do sali, a przez niewielkie okienko w drzwiach zobaczyłam kilka osób już rozciągających się przy drążkach.
Gdy weszłyśmy do środka, serce niemal wyskoczyło mi z piersi.
Pomieszczenie było ogromne i jasne. Jedną ścianę w całości zajmowały lustra, idealnie czyste, z długimi, drewnianymi drążkami biegnącymi wzdłuż nich. Podłoga była sprężysta i profesjonalna, taka, która współpracuje z ciałem, a nie utrudnia taniec, jak te w salach, w których trenowałam do tej pory. Wysokie okna wpuszczały naturalne światło, a powietrze pachniało drewnem.
Zatrzymałam się na moment tuż za progiem.
To nie była już szkolna sala baletowa w Westwood, w której znałam każdy odprysk farby na ścianie i każdą skrzypiącą deskę. To miejsce, w którym trenowali ludzie naprawdę należący do tego świata. Profesjonaliści. Przyszli zawodowcy.
Poczułam, jak żołądek ściska mi się z ekscytacji i strachu jednocześnie. Palce u stóp mimowolnie napięły się w pointach, jakby ciało samo chciało sprawdzić podłoże. Byłam tu. Naprawdę tu byłam.
– To pani Harrington – szepnęła do mnie Sloane, która przystanęła razem ze mną i wciąż ściskała mi ramię, ale już przestałam zwracać na to uwagę. – I Justin.
Zerknęłam tam, gdzie patrzyła, i rozpoznałam kobietę, którą spotkałam swojego pierwszego dnia. Dopiero teraz zobaczyłam podobieństwo do Margaret Whitmore. Obie miały bardzo ostrą i surową urodę.
Rozmawiała ze znajomym mi już blondynem. Gdy poznałam wszystkie powiązania rodzinne, i u niego zobaczyłam coś z pań Whitmore. Ewidentnie odziedziczył po nich wyraziste kości policzkowe i pełen wyniosłości wyraz twarzy.
– Syn pani Harrington? – upewniłam się.
Podeszłam do jednego z drążków i zaczęłam rozciąganie, odwracając się tyłem do rozmawiającej ze sobą dwójki. Sloane poszła moim śladem, ale stanęła naprzeciwko mnie, by móc zerkać za moje plecy. Zdawało się interesować ją to bardziej niż ćwiczenia rozciągające.
– Złoty chłopiec Harringtonów i oczko w głowie swojej mamy – odpowiedziała niemal rozmarzonym tonem. Z zaskoczeniem zauważyłam, że nie tylko ona zerkała w jego kierunku. – Jest na trzecim roku i już zyskał status legendy na wydziale. Co roku wygrywa występy na koniec semestru.
– To je się wygrywa? – zapytałam zaskoczona, zainteresowana bardziej tym niż chłopakiem. – Myślałam, że po prostu oceniane są nasze zdolności i postępy.
– Wprowadzili to kilka lat temu, chyba żeby jeszcze bardziej podkręcić i tak już zaciekłą rywalizację. – Zyskałam jej chwilową uwagę, ale zaraz znów przeniosła maślane spojrzenie za mnie. – Oprócz zwykłej oceny odbywa się też konkurs. Ten, kto zajmie pierwsze miejsce, ma zapewnione stypendium na kolejny rok, wygrywa dziesięć tysięcy dolarów i co najważniejsze, dostaje szansę występu na Broadwayu w spektaklu reżysera współpracującego z Juilliardem.
– Na Broadwayu? – szepnęłam z zachwytem.
Kiwnęła głową z entuzjazmem. Swoją energią zaczynała przypominać mi małego, cieszącego się chihuahuę. Znów przeniosła na mnie spojrzenie i tym razem utrzymała je na dłużej.
– Tak! I wiesz, jeśli ktoś naprawdę się wyróżni, może zostać zauważony i jego kariera nabierze tempa. Justin wygrał już na swoim pierwszym roku, no bo mówiłam ci, że zawsze wygrywa, nie? Wtedy to w ogóle było coś niezwykłego, bo pierwszaki rzadko zwyciężają, w końcu w konkursie biorą udział wszystkie roczniki na wydziale. No ale dążę do tego, że został zauważony już na pierwszym roku, bo reżyser, który z nim wtedy współpracował, był nim tak zachwycony, że później zaprosił go też do innych przedstawień.
– Skoro już wtedy zdobył prestiż i sławę, to po co starał się wygrywać po raz kolejny? Kasy mu chyba nie brakuje i stypendium raczej nie jest mu potrzebne?
– Harrington miałby przegrać? – prychnęła cicho. – Masz rację, nie zależy mu ani na stypendium, ani na kasie, choć możliwość występu na Broadwayu zawsze jest szansą, z której warto skorzystać. Chodzi raczej o to, żeby zawsze być najlepszym. – Wzruszyła ramionami. – Kwestia ambicji. Jak raz wejdziesz na szczyt, nie możesz pozwolić sobie z niego spaść. Zwłaszcza kiedy wszyscy patrzą. A uwierz mi, jego naprawdę obserwują wszyscy. Nawet nie ze względu na ojca, a raczej na matkę i ciotkę. Gdyby raz przegrał, ludzie zaczęliby się zastanawiać, czy naprawdę ma talent, czy tylko nazwisko i koneksje.
Przez jedną, naprawdę krótką chwilę, poczułam współczucie do tego chłopaka. Presja ciążąca na nim musiała być ogromna. Ale gdy zerknęłam przez ramię i zobaczyłam, jak mówi coś cicho do swojej mamy, a potem wycofuje się w stronę drzwi, uśmiechając się z pewnością siebie do obserwujących go dziewczyn, współczucie minęło. Poprawił włosy, które i tak były już idealnie ułożone, puścił oczko do grupy chichoczącej w kącie i wyszedł, krocząc z gracją kogoś, kto jest przeświadczony o tym, że cały świat powinien leżeć u jego stóp.
Pomyślałam o jego partnerce tanecznej i to w stosunku do niej poczułam teraz żal, bo przypomniało mi się, jak się na nią wydarł, gdy popełniła błąd. Być może Harrington wygrywał co roku, ale miałam pewność, że dążył po trupach do celu. Cieszyłam się, że choć często tańczyliśmy w grupie i wymagano od nas idealnej synchronizacji, w balecie rzadko musiałam oddawać komuś pełną kontrolę nad swoim ciałem. Tak jak w życiu, tak i w tańcu wolałam niezależność, samotność i poleganie wyłącznie na sobie.
