Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
14 osób interesuje się tą książką
Poruszająca saga o sile kobiet, ciężarze milczenia i odwadze, która rodzi się z bólu.
W drugiej połowie XVII wieku, wśród barwnych krajobrazów Ziemi Łowickiej, dojrzewa historia, która naznaczy dwa rody na długie lata.
Dorota i Andrzej wchodzą w dorosłość w świecie rządzącym się surową hierarchią, w którym uczucie bywa luksusem, a niesprawiedliwość potrafi sięgać głębiej niż czas.
To pełna emocji saga o ranach przekazywanych z pokolenia na pokolenie, o kobietach trwających mimo bólu i o rodzinach szukających ocalenia w tym, co najprostsze i najprawdziwsze.
Opowieść, która przenosi w epokę, gdzie korzenie dawały siłę przetrwania, a skrzydła – nadzieję na wolność serca.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 266
Data ważności licencji: 9/11/2030
Książki Magdaleny Kołosowskiej,
które ukazały się w Wydawnictwie Replika:
Tęcza nad jeziorem
Noc spełnionych marzeń
CYKL RODZINNE SEKRETY
Tamta dziewczyna
Dawne obietnice
Szepty przyszłości
CYKL POD WSPÓLNYM NIEBEM
Kiedyś dogonimy Paryż
Zanim zobaczymy Neapol
Jutro pokochamy Rzym
CYKL LEPSZE JUTRO
Słońce za horyzontem
Pod niebieskim księżycem
Za ostatnią gwiazdą
Copyright © Magdalena Kołosowska
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Magdalena Kawka
Korekta
Paulina Kawka
Projekt okładki
Izabela Szewczyk
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-72-5
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań
[email protected] | www.replika.eu
Od Autorki
Łowiczanka jestem, dana, dana, dana,
Mogę śpiewać, tańczyć do białego rana (…)
Najlepsze tancerze – łowickie chłopoki,
Najlepsze mężowie – łowickie Ksinzoki
Jestem Ksinzonka. Tak po prostu. Moja rodzina zamieszkiwała Księstwo Łowickie od pokoleń. Tutaj się rodzili, żenili, tutaj wychowywali dzieci. Kochali, nienawidzili, kłócili się i godzili. Byli wszystkim, co można powiedzieć o Ksinzokach: „ludzie zadowoleni, zamożni i pięknie odziani, (…) różniący się od swych sąsiadów mową, ubraniem i zwyczajami[1]”.
W czasie spotkań autorskich, jakie odbywałam w Łowiczu, czy w czasie rozmów z przyjaciółmi albo znajomymi, wielokrotnie padało pytanie: „Kiedy napiszesz książkę, której akcja dzieje się w naszym mieście?”. Pomimo upływu lat wciąż nie miałam tematu, który pasowałby do tego miasta. Jak się jednak okazało, nie trzeba szukać daleko, wystarczyło zagłębić się w dzieje rodziny.
Historia moich przodków nie różni się zbytnio od innych, ale to właśnie na jej podstawie przyszedł mi do głowy pomysł na opowieść o ludziach związanych z tą ziemią od pokoleń. Bo czy można lepiej opowiedzieć o Łowiczu i Ziemi Łowickiej, niż przez ukazanie tych, którzy o nią walczyli i nade wszystko ją ukochali?
Śledząc jedną z gałęzi mojej rodziny, dotarłam do ksiąg parafialnych z 1697 roku, w których po raz pierwszy pojawia się nazwisko rodowe mojej Mamy. Miejscowość – Stępów. Kolejne ważne wydarzenia: w roku 1813 – prapraprapradziadek zamieszkał z żoną w Duplicach, w 1883 roku prapradziadek kupił majątek, dawne ziemie folwarczne, w mojej rodzinnej miejscowości.
Nie jest łatwo pisać o swoim domu, bo tak traktuję Łowickie. Wszystko tu jest znajome i tak zwykłe, że czasami trudno doszukać się w tym niezwykłości. Nie jest łatwo podchodzić do tego zadania bez emocji.
To nie jest powieść historyczna, to jest opowieść o ludziach. O tych szczególnych, zamieszkujących Ziemię Łowicką. O ludziach dumnych, oddanych rodzinie, ziemi i swojemu miejscu. Ludziach, którzy mimo wszystko mieli łatwiej niż inni. Żyjąc pod rządami arcybiskupów gnieźnieńskich nie doświadczali takich trudów pańszczyzny jak mieszkańcy wsi szlacheckich. Księżacy z szacunkiem odnosili się do rządów biskupów, mówiąc: „Nami rządzili prymasi przy katedrze starej w Gnieźnie, jak również w Łowiczu u fary (…), rząd ich był łagodny, pod ten czas mało który rok był głodny[2]”. „Łowicz wraz z «Księstwem Łowickim»(…) był słabo uzależniony od władzy królewskiej i w pewnej mierze tworzył jakby państwo w państwie[3]”.
Czy tak wyglądała wieś łowicka w XVII wieku? Na pewno różniła się od innych. Z jednej strony zniszczenia wojenne po potopie szwedzkim, z drugiej dbałość arcybiskupa o swoich poddanych, zwolnienie po wojnie z czynszu na pięć lat i sprowadzanie inwentarza z Niderlandów. Pańszczyzna, ale też troska. Na pewno mieszkańcy Ziemi Łowickiej mieli lżej, ale jak wszędzie, tak i tam można było spotkać różne ludzkie charaktery. Mówiąc o tym regionie, trudno porównywać go do innych. Może stąd wynikają cechy, które charakteryzują Ksinzoków: duma, poczucie własnej wartości, przywiązanie do ziemi i głęboka wiara.
Wejdźcie w mój świat. Zobaczcie Łowicz i Księstwo moimi oczami, zobaczcie, dlaczego tak się wyróżnialiśmy kiedyś i wyróżniamy dzisiaj. Poznajcie rodziny Musiałów i Wardów. Mam nadzieję, że przyjmiecie ich równie ciepło i serdecznie, jak bohaterów moich poprzednich książek, a ta opowieść zapadnie Wam w pamięć.
Wszystkie nazwy miejscowości i fakty historyczne są prawdziwe, natomiast ludzie, nazwiska i wydarzenia są wytworem mojej wyobraźni. Pamiętajcie o tym, czytając :)
Miłej lektury
Magdalena
[1] J. Chmielińska, Księżacy (Łowiczanie), 1925.
[2] M. Marciniak, Z dziejów wsi Retki, 2011.
[3] J. Wegner, Łowicz w czasach potopu, 1947.
Sagę tę dedykuję pamięci moich Przodków.
Są tylko dwa trwałe zapisy, które możemy mieć nadzieję przekazać naszym dzieciom. Jednym z nich są korzenie, drugim skrzydła.
– Johann Wolfgang von Goethe
Stępowo, 1665 rok
Powietrze jeszcze pachniało nocnym deszczem, a leśne runo lśniło w promieniach wschodzącego słońca. Przemykające gdzieniegdzie zwierzęta starały się nie zwracać na siebie uwagi. Jedynie drżące liście krzewów i drzew informowały, że przed chwilą ktoś lub coś obok przechodziło.
Dorota co rusz schylała się i wydłubywała z mokrego runa grzyby i wkładała je do zawiniętego fartucha. Poszła do lasu, gdy tylko na zewnątrz zaczynało dnieć, i spieszyła się, by jak najszybciej nazbierać grzybów i wrócić do domu na ranny opszontek. Raz po raz rozglądała się, czy czasem ktoś jej nie obserwuje. Nie bała się lasu, zwierzęta nie były jej straszne. Jedyne, co ją przerażało, to nowy zarządca z majątku państwa Stępowskich. Już od dłuższego czasu upatrzył ją sobie i widać było, że szuka okazji, by wreszcie ją wykorzystać. Dotąd udawało jej się go unikać, ale bała się, że mężczyzna w końcu postawi na swoim. Już i tak wyruszała do pracy przerażona. Nie chciała chodzić w pole kawał od wsi, gdzie nie było możliwości ratunku.
Zadrżała, po czym rozejrzała się przestraszona. Coś zwróciło jej uwagę. Wstrzymała oddech i nasłuchiwała. Zewsząd dobiegały odgłosy budzącego się do życia lasu. Nagle do jej uszu doszło coś jeszcze, dźwięk niepodobny do innych. Zamknęła oczy i przez chwilę zdała się na swój instynkt, a potem obejrzała się przez lewe ramię. Za oddaloną nieco sosną ktoś stał. Bała się poruszyć, choć zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Zawinęła mocniej fartuch, by grzyby nie wypadły, i przygotowała się do ucieczki. Raz jeszcze spojrzała za siebie, ale za drzewem nikogo już nie zauważyła. Wiedziała, że najwyższy czas, by wracać, jeśli nie chciała mieć kłopotów. Odwróciła się.
– A dokund to?
Usłyszała głos i zamarła. Stojący przed nią chłopak był groźniejszy niż zarządca.
– A do chałupy – odparła hardo, patrząc mu prosto w oczy. Serce waliło jej jak oszalałe, ale za wszelką cenę postanowiła nie dać po sobie poznać, że to spotkanie w jakikolwiek sposób ją poruszyło. Czuła na sobie wzrok chłopaka. Jego brązowe oczy zdawały się przewiercać ją na wskroś. Mimowolnie zadrżała. Zauważył to i się uśmiechnął. Zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się, ale niemal natychmiast poczuła za plecami mokrą korę drzewa. Chłopak podszedł, oparł ręce obok jej głowy i się nachylił.
– A mnie się widzi, coś łuciec chciała? – zapytał szeptem.
Dorota oddychała coraz ciężej. Obiema rękami ściskała fartuch, jakby chciała wyżąć z niego wodę.
– Łostow me – powiedziała.
Spojrzał na nią, po czym uniósł jej brodę tak, by patrzyła mu prosto w oczy.
– Łuciekos przede mną – stwierdził.
Prędzej by umarła, niż przyznała się, że tak rzeczywiście było. Od jakiegoś czasu unikała Andrzeja. Widziała jego spojrzenia, uśmiechy. Kiedyś ją śmieszyły, ale ostatnio za każdym razem czuła się skrępowana. Dziwnie na niego reagowała i starała się unikać jego towarzystwa, co nie było łatwe, bo mieszkali po sąsiedzku. Łapała się na tym, że szukała go wzrokiem i nasłuchiwała jego głosu. A wtedy serce o mało nie wyskakiwało jej z piersi. Za każdym razem, gdy na nią spoglądał, czuła błogość rozchodzącą się po całym ciele.
– Cym ci jaz tak niemiły? – zapytał, nachylając się jeszcze bliżej. Jego usta zatrzymały się o milimetry od jej warg. Zauważyła, że drżały jak jej, a w oczach chłopaka czaiła się niepewność. Nie rozumiała dlaczego.
– Nie – powiedziała, nie odrywając wzroku od jego ust.
Andrzej dotknął dłonią jej policzka. Nim się zorientował, wtuliła się w nią.
– Dorcia – niemal jęknął zaskoczony.
Patrzył na nią, jakby czekał na coś zgoła innego. Pragnął jej od dawna, ale dotąd zawsze odrzucała go i żartowała z niego. Nie spodziewał się, że teraz mogłoby być inaczej. Zamierzał podroczyć się z nią, a potem wrócić do domu. Tylko że dziewczyna nie wyglądała na skorą do jakichkolwiek żartów. Oddychała ciężko. Widział jej falujące piersi i zarumienione policzki.
– Dorcia – powtórzył z niedowierzaniem.
Odgarnął z jej czoła kosmyki jasnych włosów. Błękitne oczy patrzyły na niego przyjaźnie. Uśmiechała się lekko. Dotknął ustami jej ust. Nieśmiało, spodziewając się protestów. Ale Dorota nie protestowała. Cofnął się zaskoczony.
Dziewczyna patrzyła na niego roziskrzonymi oczami.
– Po toś psysed? – zapytała cicho.
Nie odpowiedział na wyraźną zaczepkę. Patrzył na nią, palcami delikatnie zakładał jej włosy za uszy.
– Nie – powiedział w końcu. – Nie chciołym, żeby ci się co złego stało.
– A co mi się może stać? Chyba, że od ciebie…
– Jo bym cię nigdy nie skrzywdzieł – powiedział. – Nigdy.
– Nie? – zapytała, a gdy skinął głową, kontynuowała: – Za co tak? Cego ty chces ody mnie?
Andrzej odsunął się od niej i stanął wyprostowany.
– Cobyś była moja.
– Twoja? A to niby cymu? Za co myślisz, że będę cię chciała? Żeś lepsy od innych? – zapytała, choć w głębi ucieszyła ją deklaracja chłopaka.
– Nie wim, cym lepsy. – Podszedł i spojrzał jej głęboko w oczy. – Wiem tylko, że mi się ckni do ciebie. We dnie i w nocy o tobie myślę. Dlatego żem tu przyszedł. Gadają, co chcą cię wydać za Michałowego Walka. Prawda to?
Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na Andrzeja, na jego brązowe oczy, szczupłą twarz i długawe włosy. Zastanawiała się, dlaczego nie powie wprost, o co mu chodzi.
– A to się jesce okaze – odparła, siląc się na wesołość. – Coś taki ciekawy?
– Powiedz, Dorcia, czym ci miły? Chciałabyś mnie?
Dorota otworzyła usta, ale nie była w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Skinęła tylko lekko głową. Andrzejowi rozbłysły oczy. Nachylił się i po raz kolejny dotknął jej ust. Tym razem dłużej. Objął ją i przyciągnął do siebie. Była szczuplutka, niższa od niego. Poczuł radość, gdy trzymał ją w ramionach. Sam nie wiedział, kiedy zaczęło mu zależeć na Dorocie. Znał ją od zawsze, ale nigdy wcześniej nie myślał jak o dziewczynie dla niego, kobiecie, którą chciał mieć. Była od niego młodsza o dwa lata i do niedawna traktował ją bardziej jak młodszą siostrę. Ale od jakiegoś czasu patrzył na nią inaczej. Zrozumiał, że zależy mu na niej. Starał się być blisko niej na polu, by żaden mężczyzna nie zrobił jej krzywdy. Chodził za nią do lasu, by z daleka jej pilnować. Dotąd go nie zauważała, ale dzisiaj nie zdążył się schować.
Pogłębił pocałunek. Dorota nie protestowała. Wypuściła z ręki fartuch nie zważając, że zawartość rozsypała się po runie. Nieśmiało objęła chłopaka.
– Mojaś ty…
Usłyszała niższy niż zwykle głos Andrzeja i poczuła jego dłonie na piersiach. Jęknęła zaskoczona. Po jej ciele rozlała się przyjemność. Spojrzała na chłopaka.
– Jędruś – szepnęła. Przesunęła dłonią po jego twarzy, zaznaczając linię szczęki, w końcu kciukiem potarła usta.
Andrzej zawahał się chwilę, po czym wsunął dłonie pod jej lnianą koszulę. Poczuł, że dziewczyna zadrżała. Nachylił się i delikatnie ją pocałował. Nie chciał, aby czegokolwiek się obawiała. Nie jego. Powoli przesunął dłonie po jej ciele, czując, jak naturalnie układają się na krągłościach. Przeniósł je wyżej, na małe piersi. Dorota zassała powietrze i zaczęła szybciej oddychać. Andrzej poczuł napięcie między nogami. Patrząc dziewczynie w oczy, podciągnął jej koszulę. Dorota instynktownie zakryła ciało.
– Jakaś ty pinkna – szepnął.
Ujął jej dłonie w swoje i odsłonił piersi, po czym nachylił się i pocałował jej sutki. Trzymając ją, delikatnie położył na wilgotnej trawie.
Dziewczyna drżała. Sama nie wiedziała, czy z emocji, czy też z chłodu. A może z niecierpliwości. Jej ciało domagało się czegoś i była pewna, że chłopak jest w stanie jej to dać. Andrzej poluzował portki i położył się na niej. Całował ją niezdarnie, ostrożnie uniósł rąbek kiecki i zaczął wędrówkę dłonią wzdłuż jej nogi. Dorota oddychała coraz szybciej. Czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Nie chciała, aby przestawał. Była pewna, że to dopiero początek i pragnęła dalszego ciągu.
Dłoń Andrzeja znalazła się na jej brzuchu. Dorota jęknęła głośno i uniosła biodra, jakby to miało pomóc. Chłopak uśmiechnął się, po czym wsunął dłoń między jej uda. Delikatnie rozgarnął palcem włoski i dotknął jej wnętrza. Dziewczyna poczuła ciarki. Zacisnęła uda i zadrżała. W budzącym się do życia lesie rozległ się jej wypełniony namiętnością krzyk.
Andrzej nie czekał dłużej. Podwinął jej spódnicę, rozsunął uda i wszedł w nią powoli.
– Boli – jęknęła.
Cofnął się i spojrzał na leżącą pod nim dziewczynę.
– Dorcia – powiedział i pocałował ją. – Dorcia… wytrzymasz?
Objęła go i odwzajemniła pocałunek. Nawet nie zorientowała się, że Andrzej znów w nią wszedł, dopiero gdy zaczął się w niej poruszać, otworzyła szeroko oczy i syknęła. Tym razem ból nie trwał długo. Kiedy Andrzej poruszył się po raz kolejny, poczuła przyjemność, a po chwili unosiła biodra, dostosowując się do rytmu nadawanego przez chłopaka. Coraz szybciej oddychali, coraz głośniej jęczeli. Dorota miała wrażenie, że ręce i usta Andrzeja są wszędzie. Nagle chłopak znieruchomiał. Usłyszała jego urywany oddech i poczuła ostatnie ruchy, a potem jakby coś przez nią przepływało.
Nie mieli czasu na delektowanie się swoją bliskością. Kiedy Andrzej uspokoił oddech, wstał i narzucił na siebie ubranie, po czym pomógł Dorocie założyć koszulę.
– Twoje grzyby... – szepnął, patrząc na runo. Natychmiast schylił się i zaczął je zbierać. – Nie możesz wrócić do domu z pustymi ryncami.
Dorota zdawała się nie myśleć o grzybach. Patrzyła na chłopaka i wyglądała, jakby chciała mu coś powiedzieć.
– Jędruś – zaczęła w końcu. – Jędruś – powtórzyła bardziej stanowczo, gdy nie zareagował tak, jak tego oczekiwała.
Uniósł głowę. Wsunął palce w jej włosy i oparł czoło na jej czole.
– Mojaś ty – powtórzył. – Żaden cię nie będzie miał.
– Co ty godos? To co teraz będzie? – zapytała cicho.
– A co ma być? Pójdzies do domu.
– Przecie ja nie o tym! Z nami co będzie?
Andrzej nachylił się i położył dłonie na jej ramionach.
– Dobrze będzie. Pogadam z ojcem. Powim, że chcę się z tobą łozynić.
Dorota się uśmiechnęła.
– Idź już. – Wręczył jej fartuch wypełniony grzybami.
– A ty?
– Lepi, coby nas razem nie widzieli. Przyjdź wieczorem nad rzekę za krzyżem, będę czekał.
Dorota chwyciła fartuch i zacisnęła na nim palce. Po raz ostatni spojrzała na chłopaka i po chwili zniknęła między drzewami.
Zniecierpliwiony Antoni Znyk chodził po obejściu i szukał syna, który ostatnio znikał bez słowa i włóczył się, Bóg wie gdzie. Mężczyzna coraz częściej myślał o tym, by znaleźć mu żonę. Wiek miał już odpowiedni, a i w chałupie przydałoby się więcej rąk do roboty. Ciężko było wszystko ogarnąć, gdy byli tylko we trójkę i nie stać ich było nawet na byle jakiego parobka. Ale zaraz przychodziły inne myśli. Chłopak miał osiemnaście wiosen, mógł jeszcze ze dwa lata poczekać. Może w tym czasie Antoni odbiłby się trochę, bo odkąd osiem lat wcześniej przeszła przez wieś nawałnica księcia Rakoczego, zabierając dwóch starszych synów i paląc zabudowania, jego gospodarstwo podupadło i trudno było mu się podnieść. Nie chciał, aby Jędrek żenił się z pierwszą lepszą. Może nie był dobrą partią, bo i gospodarstwo zaniedbane, i chałupa, mimo że niestara, nadawała się do podszykowania, ale był dobrym dzieciakiem. Tylko ostatnio coś chodził zamyślony i małomówny.
Antoni zerknął na sąsiednie obejście. Zawsze zazdrościł Bartłomiejowi, bo czego tamten by nie dotknął, wszystko mu się darzyło. Znajdował czas i na odróbkę w folwarku, i na zajęcie się swoim gospodarstwem. Nawet po przejściu Węgrów szybko stanął na nogi. Nie sposób było nie porównywać sąsiadujących ze sobą gospodarstw. I zawsze Antoniemu przykro było, że u niego wszystko szło wolniej i gorzej. U niego chałupa chyliła się ku ziemi i lada chwila groziła upadkiem, podczas gdy u Bartłomieja zeszłego lata galancie chatę podszykowali.
Odwrócił wzrok. W oczach niespodziewanie pojawiły się łzy. Brakowało mu sił. Nawet wiarę tracił i trudno było mu sobie wyobrazić, że i dla niego nadejdzie lepsze. Jedyne, czego pragnął, to lepszego życia dla Andrzeja. Po śmierci starszych synów w domu został mu tylko on. To jemu przypadnie w spadku i ziemia, i obejście. Antoni chciał, aby synowi było w życiu lżej, ale patrząc na chwiejne zabudowania, zdawał sobie sprawę, że przekaże wszystko w dużo gorszym stanie, niż sam otrzymał. Trudno mu było się z tym pogodzić. Męczyło go to, i nie raz, nie dwa, budził się w nocy wystraszony.
Przysiadł na ławie i oparł się o ścianę. Z obórki dobiegły go odgłosy głodnych zwierząt, które właśnie obrządzała jego Maryna. Dobrze, że chociaż mleka im nie brakuje.
– Niech będzie pochwalony, Antoni.
Usłyszał nagle tubalny głos sąsiada. Uniósł głowę i popatrzył na jego zwalistą sylwetkę.
– Na wieki wieków, Bartłomieju – odpowiedział na pozdrowienie. Podniósł się i powoli podszedł do płotu.
– Coście tacy zamyśleni? Stało się co?
– Nic, jeno Andrzej znowu gdzieś polazł. Skaranie boskie z tym chłopokim!
– Może powinniście mu babę znaleźć? Młody jest, nosi go. Jakby w domu miał, to nie latałby za innymi. – Warda się zaśmiał.
– Skąd wiecie, że on na baby łazi? – zapytał zaczepnie Antoni. Nie znosił, kiedy tamten miał rację.
– Oj, Antoni, Antoni! A toście młodzi nie byli? Nie pamiętacie już?
Antoni schylił głowę, przypominając sobie młodzieńcze lata. Trzydzieści lat wcześniej wszystko wydawało się bardziej znośne. Gdyby tak cofnąć się do tamtych czasów. Wtedy nawet mógłby myśleć o córce Wardy jak o kandydatce na żonę Jędrusia, różnice między nimi nie były aż tak widoczne.
– Żeby tylko z tego jakiego bałaganu nie było – mruknął do siebie. Nie chciało mu się wierzyć, żeby syn był zainteresowany jakąkolwiek dziewczyną.
– Nie będzie, nie będzie. Młodych trza pozynić, niech zajmą się sobą – rzekł sąsiad z westchnieniem.
– Podobno chcecie Dorotę wydać?
Bartłomiej spojrzał na Antoniego i się uśmiechnął.
– Ani jej, ani mnie się nie spieszy. Niechby sobie jeszcze panienką pobyła, toż ledwo szesnaście jej minęło. Co ją mam za byle kogo wydawać?
– Mówią, co zalotniki do was zachodzą.
– Ano przecie nikomu nie będę bronił przychodzić, pogadać z każdym można. A czy co z tego wyjdzie, to jeden Pan Bóg wie. A co, wy też chcecie przyjść pogadać? – zapytał zaczepnie Warda.
– Przecie gadamy. – Antoni poprawił czapkę na głowie.
Nie spodobało mu się, w jaki sposób Bartłomiej odezwał się do niego. Jakby jasno dał mu do zrozumienia, aby Antoni nawet o tym nie myślał. A przecież nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ich dzieci zeswatać. Jeszcze przed wojną wielokrotnie mówili, że mogliby połączyć gospodarstwa, a nawet zwiększyć o łan albo i pół, ale to było wtedy, gdy Antoni miał trzech synów. Wtedy wszystko wyglądało inaczej. Teraz boleśnie zdał sobie sprawę, że nawet gdyby poszedł do Bartłomieja, to byłby dla niego nikim więcej niż „byle kim”. Warda mógł przebierać w zalotnikach. Dochodziły słuchy, że o Wardową córkę chcieli się starać dla synów i Ozimek z Woli, i Śmiałek z Retek, a nawet Młynarczyk ze Złakowa. W porównaniu z nimi Antoni był niemal żebrakiem.
Chrząknął, bo zaschło mu w gardle, choć nie miał już ochoty dłużej rozmawiać z sąsiadem.
– Z Bogiem, Bartłomieju. Po co po próżnicy gadać, jak robota czeka. – Skłonił się i odszedł.
Bartłomiej odprowadził Antoniego wzrokiem. Już od dawna przestał się z nim dogadywać. Owszem, rozmawiali ze sobą, ale traktowali się jak obcy, a przecież znali się całe życie i całe życie mieszkali obok siebie. Po śmierci synów Antoni zamknął się w sobie, stał się bardziej małomówny. Nie było w nim dawnej wesołości, a takiego go przecież Bartłomiej pamiętał.
Pokręcił głową. Źle się działo ostatnio. Wieś nie przypominała już tej sprzed kilku lat. Wielu ludzi zginęło w czasie wojny, ale najwięcej pomarło z głodu, w efekcie pozostało ledwie kilkanaście dymów. Odbudowa wsi przychodziła z trudem, bo pan Stępowski wymagał, aby na jego polu robota była zrobiona i jego zabudowania remontowane. Na inne prace brakowało czasu.
Bartłomiej pomyślał, że jego dzieciom musi być lepiej, nie powinny pracować ciężej od niego. I choć były zwyczajne pracy w polu, trudno mu się patrzyło na wysiłek, jaki mimo wszystko musieli włożyć, by związać koniec z końcem. Cieszyło go, że przynajmniej dobrze trafiły. Najstarsza córka, Basia, wyszła za Zabosta z Duplic. Starszy syn, Jakub, gospodarzył na Woli. W domu został dwudziestoletni Wojtek i najmłodsza Dorota. Z powodzeniem mógł pożenić dzieci, ale mu się nie spieszyło. Może dlatego, że nie widział, by się kim interesowały, a może nie widział dla nich nikogo odpowiedniego.
Rzucił jeszcze okiem na zagrodę sąsiada. Antoni szykował się do wyjścia w pole i nie wyglądał, jakby chciał jeszcze rozmawiać. Bartłomiej odwrócił głowę. Na drodze od lasu dostrzegł sylwetkę Andrzeja. Przez moment się przestraszył, że młody sąsiad wraca razem z jego Dorotką, ale uspokoił się, gdy zauważył córkę wychodzącą z chałupy. Widocznie nie zauważył, jak wróciła.
– A kiedyś to wróciła, Dorka? – zagadnął.
Zaśmiała się.
– A to tatulo nawet nie wie? Przecie ja już grzyby rozłozełam do susenia! Zara w pole trza iść! Matula już się szykują…
– Dorka… – Bartłomiej jej przerwał, wciąż patrząc na idącego drogą Andrzeja. – A w lesie nie widziałaś może sąsiada? – Spojrzał na córkę i od razu zauważył cień, który przebiegł jej po twarzy.
– A bo ja z sąsiadem na grzyby chodzę? – rzuciła szybko, nie odpowiadając jednak na pytanie, i odwróciła głowę, gdy z chałupy wyszła jej matka.
Elżbieta, mimo że skończyła już czterdzieści lat, wciąż trzymała się prosto. Twarz miała ogorzałą, wokół oczu aż gęsto było od zmarszczek, ale spojrzenie miała jeszcze figlarne. Dorota odziedziczyła po niej to samo spojrzenie.
– Zostańże, Dorcia – powiedziała, widząc, że córka szykuje się do roboty i gotowa z nią iść. – Trza obrządzić zwiezynta i krowy wydoić. Ja pójdę do dworu – zadecydowała. Spojrzała znacząco na Bartłomieja, a ten lekko skinął głową. – Ojciec z Wojtkiem i Józiem pójdą w pole, a ty pod las wypasać krowy. I nie zapomnij kaszy nagotować.
– Nie zapomnę, matulu – odparła zaskoczona Dorota.
– To zostańcie z Bogiem. – Elżbieta się przeżegnała i ruszyła w kierunku dworu.
Im bliżej Andrzej miał do wsi, tym wolniej szedł. Całą drogę myślał o Dorocie, a ilekroć zobaczył w myślach jej twarz i przypomniał sobie, do czego między nimi doszło, trudno mu było się poruszać. W spodniach robiło się ciasno i czuł ból przy chodzeniu. Zatrzymywał się więc i czekał, aż mu przejdzie. Ale po chwili dziewczyna znów wchodziła do jego głowy i wszystko się powtarzało. Gdyby mógł, poszedłby do niej i powtórzył to wszystko jeszcze raz. Sam nie wiedział, w jaki sposób wytrzyma do wieczora. Gotów był iść do starego Wardy i prosić, co by mu ją dał. Wiedział, że albo ona będzie jego, albo żadna.
Z daleka dostrzegł sylwetkę sąsiada. Nie sposób było go pomylić, Bartłomiej wyraźnie się wyróżniał na tle gospodarzy we wsi. Był wyższy niż inni. Praca w polu wyrzeźbiła jego sylwetkę i choć w ostatnim czasie nieco się pochylił, wciąż wyglądał imponująco.
Andrzej poczuł na sobie jego wzrok, miał wrażenie, że Warda doskonale wie, co takiego robili w lesie. Szybko zebrał myśli. Zastanawiał się, co powinien powiedzieć i żałował, że nie umówił się z Dorotą, żeby mówić to samo.
Był już blisko wsi, gdy wreszcie dostrzegł dziewczynę. Wydawało mu się, że uśmiechnęła się do niego, ale zaraz odwróciła głowę w kierunku ojca. Znów poczuł pęcznienie w spodniach. Westchnął cicho i przystanął. Odwrócił się w stronę lasu, przeżegnał i zmówił krótką modlitwę. Chciał, aby wszystko dobrze mu się ułożyło z Dorotą.
Wchodząc na podwórko, skłonił się sąsiadowi, jednak nie zdążył nic powiedzieć, bo usłyszał zniecierpliwiony głos ojca.
– A gdzie ty łazisz, zamiast za robotę się brać?
– Idę przecie. – Zerknął na sąsiednie obejście. Bartłomieja nie było, na podwórzu została tylko Dorota, patrzyła na niego. Mógłby przysiąc, że miała zarumienione policzki. Uśmiechnął się.
– Roboty nie masz?! – krzyknął mu nad uchem ojciec i Andrzej poczuł mocne uderzenie w głowę. – Nie gap się na nią, ona nie dla ciebie.
– Może jakbyście pogadali z Bartłomiejem… – zaczął, rozcierając bolące miejsce.
– Gadał nie będę – przerwał mu twardo Antoni. – Na co niepotrzebnie ozorem mielić? Już wim wszystko i godom ci, ona nie dla ciebie. Bierz się za robotę.
Andrzej jeszcze raz spojrzał na sąsiednie obejście, ale na podwórzu nikogo już nie było. Westchnął. Miał nadzieję, że Dorota nie zapomni i przyjdzie wieczorem w umówione miejsce.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
