Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
18 osób interesuje się tą książką
Jak dziewczynie z Tanzanii udało się odnaleźć swoje miejsce na świecie – tysiące kilometrów od domu?
„Safari ya Maisha Yangu – Podróż mojego życia” to poruszająca, pełna emocji opowieść kobiety, która z trudnych doświadczeń uczyniła swoją największą siłę. Od dzieciństwa pełnego wyzwań po dorosłość, w której odnalazła równowagę, pasję i sens.
Jej historia pokazuje, że nawet z najbardziej bolesnych doświadczeń może narodzić się coś pięknego – wiara, nadzieja i miłość do siebie. Że niezależnie od tego, gdzie zaczynamy, możemy trafić dokładnie tam, gdzie mamy być. Że w każdym z nas jest światło – nawet jeśli najpierw trzeba przebić się przez ciemność.
To nie tylko autobiografia. To podróż przez dwa światy, dwie kultury i jedno serce, które mimo wszystko nie przestało wierzyć.
Nie ma tu lukru. Jest prawda – surowa, ale niosąca nadzieję.
Inspirująca, prawdziwa i pełna serca – jak biżuteria, którą tworzy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 242
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Podziękowania
Od Autorki
Mam na imię Aisha i urodziłam się w Dar es Salaam, w Tanzanii, 7 lipca 1994 roku. Choć ta data widnieje w moich dokumentach, czasami sama mam wątpliwości, czy jest ona rzeczywiście poprawna. Może to dlatego, że moje przyjście na świat wiązało się z wieloma komplikacjami. Moi rodzice byli wtedy bardzo młodzi i nieprzygotowani na odpowiedzialność, którą niesie wychowywanie dziecka.
Największy ciężar tej sytuacji spadł na moją matkę. W tamtych czasach w Tanzanii ciąża młodej dziewczyny była traktowana jak wyrok. Społeczność patrzyła na nią z potępieniem, a jej rodzice nie mogli znieść tego wstydu. Zamiast wesprzeć, obwinili moją matkę. W ich oczach stała się symbolem porażki, kimś, kto splamił rodzinne imię. Wyrzucili ją z domu.
Matka nie miała innego wyboru, niż zamieszkać z moim ojcem, który, podobnie jak ona, był młody i niepewny swojej przyszłości. Ojciec wciąż przebywał wówczas w domu swojej matki – mojej babci. Żyli w trudnych warunkach, przez co zaczął brać udział w nielegalnych walkach bokserskich i sprzedawał używane ubrania na ulicach miasta.
Babcia, pełna troski o swojego syna, obawiała się, że jego los może potoczyć się tragicznie. Postanowiła działać, zanim będzie za późno. Usłyszała o konkursie recytacji Koranu, w którym nagrodą główną był wyjazd do Syrii – szansa na nowe życie, z dala od ulicznych kłopotów. Przyjaciel mojego ojca wygrał w tym konkursie, ale nie był w stanie dopełnić wszystkich formalności, więc postanowił sprzedać mu wygraną.
W tamtych czasach nikt z naszej rodziny nie miał pieniędzy. Babcia miała jedynie lodówkę – symbol pewnego dostatku, który bardzo ułatwiał nam życie. Decyzja o jej sprzedaży była trudna, ale babcia postanowiła ją poświęcić, aby zapewnić synowi przyszłość. Dzięki jej determinacji ojciec mógł wyjechać. Opuścił nas, gdy miałam zaledwie dwa miesiące.
Po jego wyjeździe emocje w domu mamy stopniowo opadały. Dziadkowie zaczynali rozumieć jej sytuację i przyjęli ją z powrotem. Wsparcie płynęło teraz z obu stron, wciąż było trudno, ale niosło to nadzieję na lepsze dni.
Pamiętam, że kiedy miałam około pięciu lub sześciu lat, zaczęłyśmy z mamą otrzymywać od ojca wiadomości. Często chodziłyśmy do jej znajomej, która miała telefon stacjonarny. W tamtych czasach, gdy komórki były rzadkością, każda rozmowa z nim była dla nas wielkim wydarzeniem.
Pamiętam, jak szłyśmy wzdłuż torów kolejowych, gdzie odgłosy pędzących pociągów mieszały się z ciepłym, wilgotnym powietrzem Dar es Salaam. Słońce świeciło jasno, a ja trzymałam rękę mamy, czując, że mimo wszystko mamy siebie. Te spacery były dla mnie jak bajka. Czułam się szczęśliwa, bo wiedziałam, że idziemy porozmawiać z moim ojcem, którego w rzeczywistości nigdy wcześniej nie widziałam.
Podczas naszych spacerów z mamą często pytałam ją o swoje wczesne dzieciństwo. Chciałam poznać tę część siebie, której nie pamiętałam – z czasów, kiedy byłam jeszcze bobasem. Mama opowiadała mi, że byłam słodkim, radosnym dzieckiem z kręconymi włosami, które przyciągało ludzi. Każdy, kto mnie widział, chętnie się mną zajmował i otaczał czułością.
Szczególnie wspominała babcię ze strony ojca, która bardzo mnie kochała. Brała mnie do siebie tak często, a czasem nie chciała mnie oddać, nawet na noc. Mama mówiła, że płakała z bólu, bo jej piersi były pełne mleka, a ona nie mogła mnie nakarmić. Kiedy babcia zwlekała z oddaniem mnie, ten ból i tęsknota stawały się nie do zniesienia. Opowiadała też, jak jej siostry musiały jechać do babci, by prosić i czasem nawet kłócić się o to, by mnie zwróciła. Choć byłam wtedy bardzo mała, zawsze mówiłam mamie, że pamiętam babcię. Mama uważała, że to niemożliwe, bo babcia zmarła, kiedy byłam malutka, ale ja w pamięci wciąż widzę jej twarz. Pamiętam ją jako wysoką, silną kobietę, której pokój pachniał maandazi – naszymi pączkami z mlekiem kokosowym i kardamonem. Może to tylko owoc wyobraźni, ale dla mnie wciąż jest wyraźny i prawdziwy.
Czekając na telefon od ojca, spędzałyśmy z mamą wiele czasu w mieszkaniu jej znajomej. Rozmawiałyśmy o wszystkim – a zwłaszcza o tym, co chciałabym dostać. Ojciec też zawsze o to pytał, a ja z radością opowiadałam mu o swoich marzeniach. Szczególnie uwielbiałam bawić się lalkami – choć były to najczęściej te, które same szyłyśmy z resztek tkanin, bo plastikowe, te z długimi włosami, zbyt wiele kosztowały.
Marzyłam o takiej właśnie lalce – błyszczącej, z miękkimi, długimi włosami, które można czesać i ozdabiać. Ojciec obiecywał, że wyśle pieniądze przez mojego wujka, jego brata. Ta obietnica była dla mnie jak światło w ciemności. Każdy telefon od ojca budził we mnie falę ekscytacji i nadziei, że moje marzenia wreszcie się spełnią.
Choć te lalki były tylko zabawkami, stanowiły coś więcej – symbol troski, bliskości i wiary, że mimo przeciwności losu ktoś o mnie pamięta i chce dla mnie jak najlepiej.
Gdy zbliżał się Id al-Fitr, czyli święto kończące Ramadan1, już około godziny piętnastej zaczynało się gotowanie. Przygotowania angażowały całą rodzinę, choć to głównie kobiety przejmowały stery w kuchni. W powietrzu unosił się zapach różnorodnych potraw – znajdowały się wśród nich dania słone, ale głównie przygotowywałyśmy słodkie rzeczy: gotowaną w mleku kokosowym czerwoną fasolkę z cukrem, cienkie nitki makaronu na słodko, czasem także na mleku kokosowym, oraz obowiązkowy napój z mąki maniokowej2 lub zwykłej, lekki i aromatyczny, robiony na wodzie z dodatkiem kardamonu, dużej ilości czarnego pieprzu i świeżo wyciśniętego soku z cytryny.
Zanim jednak można było cokolwiek zjeść, trzeba było pójść po lód – bo nie mieliśmy lodówki. Wrzucaliśmy go do dużego pojemnika z wodą, by ją schłodzić, a wszyscy czekali z niecierpliwością, aż rozlegnie się adhān – wezwanie do modlitwy rozbrzmiewające z minaretu, czyli wieży meczetu. Ten dźwięk oznaczał, że można już rozpocząć iftar – pierwszy posiłek po całym dniu postu.
Podczas iftaru siadaliśmy wszyscy razem na mkeka lub jamvi – matach plecionych z liści palmowych, rozłożonych na podłodze. Mężczyźni osobno, kobiety osobno. Dzieliliśmy się jedzeniem, śmiechem i opowieściami. To był czas wdzięczności, bliskości i spokoju, który trudno opisać słowami.
Po iftarze dzieci często zostawały jeszcze na podwórku. Siadały w kręgu, wymyślając przeróżne historie – czasem zabawne, czasem straszne. Grały w karty, śmiały się i rozmawiały, dopóki noc nie wypełniła się ciszą.
Późnym wieczorem, czasem dopiero po północy, a nawet około drugiej w nocy, siadaliśmy jeszcze raz – tym razem do ostatniego posiłku przed świtem, zwanego suhur. Ten posiłek był już słony, pożywny i miał dać siłę na kolejny dzień postu.
Ramadan trwał miesiąc. Po jego zakończeniu przychodziło święto Id al-Fitr, które w języku arabskim oznacza „Święto Zakończenia Postu”. To dzień radości, przebaczenia i wdzięczności – szczególnie wyjątkowy dla dzieci, które dostawały nowe ubrania. Dzień wcześniej dziewczynki i kobiety malowały dłonie i stopy henną w misterne wzory – symbol radości i piękna.
Świętowanie trwało trzy dni, a każdy chciał, by były one pełne ciepła, odwiedzin bliskich i uśmiechu. Pamiętam, że dzień przed świętem trzeba było koniecznie iść do fryzjera – kolejki były wtedy ogromne!
W pierwszy dzień Id mężczyźni, kobiety i dzieci udawali siędo meczetu na wspólną modlitwę. W tym czasie w domach trwały ostatnie przygotowania – smażenie, gotowanie. Na śniadanie pojawiały się samosy, maandazi, chapati i różne słodkości, a na obiad obowiązkowo pilau – aromatyczny ryż z mięsem, ziemniakami, cebulą i przyprawami. Do tego zawsze kachumbari – świeża sałatka z pomidora, kapusty, ogórka, cebuli, papryki, cytryny i odrobiny ostrej papryczki.
Cały dom pachniał przyprawami. Wspólne gotowanie, rozmowy, śmiech – wszystko to tworzyło atmosferę, której nie sposób zapomnieć. Każdy szczegół – od lodu w napoju po ciepłe chapati – był częścią naszej tradycji, którą pamiętam do dziś, tak wyraźnie, że niemal mogę ją poczuć.
Po południu, po obiedzie, każde pięknie ubrane i uczesane dziecko wychodziło na zewnątrz, by pokazać się rodzinie i sąsiadom. Zbieraliśmy się w grupach, odwiedzaliśmy różne domy i dostawaliśmy drobne pieniądze – można było potem wieczorem wybrać sobie coś, na co miało się ochotę, bez ograniczeń.
Id al-Fitr to nie tylko koniec postu, ale przede wszystkim święto serca – rodzinne, pełne wdzięczności, smaków, śmiechu i miłości, przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Tata zawsze wtedy dzwonił i mówił, że powinnam udać się do wujka, bo wysłał mu dla mnie pieniądze. Każda taka wiadomość budziła we mnie ogromne podekscytowanie. Bez wahania ruszałam do wujka, z bijącym sercem i nadzieją, że czeka tam na mnie coś wyjątkowego.
Droga do niego była wyzwaniem, ponieważ miałam problem z zapamiętywaniem nazw ulic. Lepiej rozpoznawałam miejsca, obrazy, drzewa, które widziałam – jestem wzrokowcem. Mimo to zawsze trafiałam do celu.
Pamiętam długi, wąski korytarz prowadzący do kuchni stanowiącej serce domu. Aromaty jedzenia wypełniały całe wnętrze, a prababcia troszczyła sie o to, by nikt nie był głodny. Na mój widok uśmiechała się serdecznie. Pytała, czy nie jestem głodna, a potem dawała mi coś do jedzenia. W domu panował gwar, kręciło się w nim mnóstwo ludzi o różnych odcieniach skóry, z różnych miejsc. Często wyglądali jak Arabowie. Dom tętnił życiem.
Gdy się pojawiałam, niektórzy pytali, czyje to dziecko. Na początku byłam zaskoczona, ale z czasem przyzwyczaiłam się do tego. Ludzie, widząc mnie, nie od razu wiedzieli, kim jestem, ponieważ różniłam się wyglądem od reszty rodziny. Stało się niemal zwyczajem, że przy każdym moim wejściu słyszałam podobne uwagi. Było to nawet trochę zabawne.
Prababcia zawsze pytała, co u mnie, a potem siadałyśmy na mkeka – tradycyjnej macie plecionej z ukili, czyli cienkich pasków liści kokosowych, którą w Tanzanii często rozkłada się w domu. Masowała mi nóżki, rozciągała każdy palec u stopy, a na końcu mówiła: „Idź do swojego wujka, ma coś dla ciebie. Tata wysłał mu pieniądze”.
Nie zawsze jednak dostawałam to, na co liczyłam. Wiele razy wujek wręczał mi ubrania, ale zdarzało się, że wracałam do domu z pustymi rękami. W takich momentach mama musiała „kombinować”, byśmy mieli nowe stroje na święta. Mimo wszystko te dni były cudowne – pełne radości, śmiechu i wspólnego świętowania.
Pewnego dnia jednak dowiedziałam się prawdy. Okazało się, że mój ojciec regularnie wysyłał wujkowi całkiem duże sumy pieniędzy, które były przeznaczone dla mnie. Pieniądze, które miały spełniać moje marzenia, ulżyć mojej mamie, sprawić, że choć trochę poczuję jego obecność. Ale te środki nigdy do mnie nie trafiały.
Wujek zatrzymywał wszystko dla siebie – dzielił pieniądze między swoją rodzinę, dzieci i żonę, jakby należały do niego. Odkrycie tego było dla mnie ogromnym szokiem. Nagle wszystkie te chwile nadziei, wszystkie rozmowy z ojcem, w których czułam się ważna, zaczęły mieć inny wymiar. Poczułam żal, rozczarowanie i bezsilność.
Świadomość, że przez cały ten czas nie otrzymywałam tego, co było mi przeznaczone, zmieniła sposób, w jaki patrzyłam na tamte wizyty. Żadna następna podróż do wujka już nigdy nie była taka sama. Coś we mnie pękło – zaufanie, dziecięca ufność, że dorośli wiedzą, co robią. A jednak – mimo tego wszystkiego – wciąż tam jeździłam. Wciąż próbowałam, bo wierzyłam, że może tym razem się uda. Że może w końcu otrzymam coś, co i tak od początku było moje. Nie przestawałam liczyć na uśmiech szczęścia – nawet wtedy, gdy los wydawał się nie po mojej stronie.
Dowiedziałam się również, że powinnam była chodzić do prywatnego przedszkola, za które ojciec także płacił. Miałam wtedy około sześciu, może siedmiu lat, i chociaż w Tanzanii przedszkole nie było obowiązkowe, to jednak ojciec bardzo chciał dać mi tę szansę. Szkoła, nawet publiczna, także wiązała się z miesięcznymi opłatami, co czyniło edukację wyzwaniem. Ostatecznie nie chodziłam do przedszkola. Zamiast tego wujek od czasu do czasu przyjeżdżał do mnie swoim samochodem, który, jak się później dowiedziałam, również został kupiony za pieniądze mojego ojca. Wsiadałam do auta, on zaś woził mnie bez celu w kółko po mieście. Te wycieczki, które miały wyglądać na troskliwe gesty, w rzeczywistości były kolejnym kłamstwem, które powoli zaczęłam rozumieć.
Z naszej perspektywy może się wydawać niezrozumiałe, jak mogło dojść do takiej sytuacji, ale w moim kraju system działa inaczej – choć być może dziś trochę się to zmieniło, jednak nie mam pewności. W tamtym czasie mama zaczęła już prowadzić swoje życie – nie była w formalnym związku z moim ojcem, więc w praktyce każde z nich żyło osobno i miało własne obowiązki. To wujek był traktowany jak osoba odpowiedzialna za mnie, więc nikt z zewnątrz nie ingerował w to, co się działo, zwłaszcza że tata bardzo mu ufał.
W Tanzanii nie było systemu opieki społecznej ani instytucji, które kontrolowałyby sytuację rodzinną tak jak w Europie. Rodziny kierują się głównie zaufaniem i hierarchią starszeństwa, dlatego, nawet jeśli ktoś zauważał problem, często brakowało odwagi, by o nim mówić głośno.
1 Ramadan – święty miesiąc w kalendarzu muzułmańskim. To czas postu, modlitwy, refleksji i duchowego oczyszczenia. W tym okresie wierni powstrzymują się od jedzenia, picia oraz współżycia od świtu do zachodu słońca. Ramadan to czas wdzięczności, współczucia i bliskości z Bogiem. Dla dzieci to przede wszystkim moment obserwowania dorosłych, wspólnej modlitwy i nauki duchowych wartości. Te, które z własnej woli chcą, mogą częściowo pościć.
2 Mąka maniokowa jest pozyskiwana z manioku, czyli bulwy podobnej do ziemniaka.
Minęło wiele lat od wyjazdu ojca, a mama straciła nadzieję na jego powrót. Z czasem zaczęłam odczuwać brak jej obecności, ponieważ spotykała się z pewnym bardzo dobrym człowiekiem. Jego rodzina mnie poznała i od razu polubiła. Najbardziej jego mama – dla mnie była jak prawdziwa babcia. Zawsze, gdy ją odwiedzałam, okazywała mi mnóstwo ciepła. Pamiętam, jak na pożegnanie wołała: „Czekaj, moja wnuczko!” i wkładała mi coś do rąk, najczęściej pieniądze. Jednak wspominam ją nie ze względu na to, co mi dawała, ale za to, jak mnie traktowała – jak własną wnuczkę. To było dla mnie niezwykle ważne i sprawiało, że czułam się kochana.
Mimo tego, że byłam otoczona miłością, brakowało mi mamy. Często nie było jej nocami, a ja czułam się samotna. Kiedy wracała, wiedziałam o tym bez słów – zawsze zostawiała dla mnie pod poduszką moje ulubione ciasteczka maślane. Gdy znajdowałam je rano, moje serce przepełniała radość. Wiedziałam, że znów jest blisko, a to było dla mnie najważniejsze.
Mama brała mnie potem na ręce, kąpała i dbała o mnie. Każda chwila, którą mogłam z nią spędzić, była dla mnie wyjątkowa. Cieszyłam się z jej obecności, nawet jeśli były to tylko krótkie momenty.
Nie wiem, co dokładnie wydarzyło się między nią a tamtym mężczyzną. Nie znałam szczegółów, nie rozumiałam, jak do tego doszło, ale pewnego dnia dowiedziałam się czegoś, co całkowicie zachwiało moim światem – postanowiła wyjść za mąż za kogoś innego. Dla mnie to był szok. Nie znałam tego człowieka. Był mi zupełnie obcy, jakby pojawił się znikąd i w jednej chwili zajął miejsce, które do tej pory należało tylko do nas – do mnie i mamy.
Z dnia na dzień musiałam pogodzić się z faktem, że ktoś nowy wkracza w nasze życie, a ja nie mam na to żadnego wpływu. Co gorsza, ten człowiek wydawał mi się niepokojący – nie dlatego, że był dla mnie obcy, ale dlatego, że wiedziałam, kim jest jego ojciec. Mieszkał niedaleko nas, lubił alkohol, a kiedy się napił, stawał się agresywny. Często krzyczał i wszczynał awantury. Sama wielokrotnie widziałam, jak zataczał się na ulicy, a dzieci z sąsiedztwa uciekały, gdy tylko się pojawiał.
Jego matka była zupełnie inna – pochodziła z Zanzibaru i tam właśnie, po ślubie, moja mama i jej nowy mąż postanowili zamieszkać. Dla mnie oznaczało to tylko jedno – że mama wyjedzie. Że mnie zostawi.
I tak też się stało. Po ślubie opuściła Tanzanię, zostawiając mnie pod opieką babci. To był moment, w którym coś we mnie pękło. Miałam wrażenie, że ten mężczyzna nie tylko zabrał mi mamę, ale też poczucie bezpieczeństwa. Nagle zostałam bez niej, z całą masą pytań, na które nikt nie potrafił lub nie chciał mi odpowiedzieć.
Zamieszkałam z babcią w domu, który należał do moich dziadków – w dużym, wielopokoleniowym budynku. Składał się z sześciu pokoi wewnętrznych i dwóch zewnętrznych, z kuchnią, dwiema łazienkami i małym lokalem handlowym z przodu, który można było wynajmować. Dom żył własnym rytmem, ale dla mnie, mimo przestrzeni, był wypełniony ciszą. Tęskniłam. Czułam się jak gość w miejscu, które miało być moim domem. Każdy zakamarek przypominał mi o mamie. Każde spojrzenie babci przepełniała troska, ale to nie mogło zastąpić matki. Miałam wrażenie, że wszystko działo się gdzieś poza mną – że życie toczyło się dalej, a ja zostałam sama ze swoim smutkiem.
Babcia miała dziesięcioro dzieci – pięć córek i pięciu synów, w tym parę bliźniaków. Rodzina była duża, barwna i różnorodna, a każdy z jej członków w pewnym momencie obrał własną drogę. Najstarsza z moich ciotek wynajmowała mieszkanie w innej części miasta, a inna miała męża i własny dom, dlatego nie mieszkała z nami. Bliźniacy, moi wujkowie, również prowadzili niezależne życie. Obaj mieli dobrą pracę i osiedlili się poza Dar es Salaam, gdzie założyli rodziny i budowali swoją przyszłość.
W naszym domu, który mimo upływu czasu i trudów codzienności wciąż tętnił życiem, zostali trzej wujkowie i dwie ciocie. Dwóch z nich darzyłam szczególną sympatią – byli moimi ulubieńcami. Potrafili rozbawić mnie w najmniej oczekiwanym momencie, zawsze gotowi do pomocy, ciepli, serdeczni, z sercem na dłoni. Trzeci wujek był inny – chłodny, zdystansowany. W jego obecności czułam napięcie zamiast ciepła. W jego spojrzeniu częściej dostrzegałam ocenę niż zrozumienie. Miałam wrażenie, że nie potrafi zaakceptować faktu, iż przyszłam na świat poza małżeństwem – jakby ten jeden szczegół wystarczał, by oddzielić mnie od reszty rodziny niewidzialnym murem. Choć dzieliliśmy wspólną przestrzeń, emocjonalnie byliśmy sobie obcy.
Babcia, długoletnia wdowa, sama dźwigała odpowiedzialność za cały dom, który dla wielu stanowił schronienie. Dziadek zmarł, gdy byłam jeszcze bardzo mała – nie zachowałam żadnych wspomnień z nim związanych. Spałam zwykle z jedną z ciotek, babcia dzieliła pokój ze swoją najmłodszą córką, a wujkowie mieszkali w pokojach zewnętrznych, które zapewniały im odrobinę prywatności. Pozostałe pomieszczenia – zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne – babcia wynajmowała. To właśnie dochody z wynajmu pozwalały nam przetrwać. Nie były one jednak regularne – lokatorzy zwykle płacili z góry za rok lub półtora, a potem trzeba było długo czekać na kolejnych. Zdarzały się więc miesiące, gdy pieniędzy brakowało, a potrzeby się piętrzyły.
W takich momentach szczególne znaczenie miała codzienna pomoc jednego z moich ulubionych wujków – tego, który pracował jako czyściciel butów. Codziennie rano, zanim jeszcze ruszył do pracy, przychodził do babci, witał się z szacunkiem i zostawiał jej pieniądze. Nigdy nie czekał, aż go o to poprosi – wiedział, że dom potrzebuje wsparcia. Te pieniądze przeznaczane były na proste śniadanie i składniki na obiad. A kiedy wieczorem wracał zmęczony po całym dniu pracy, robił to samo – ponownie kładł pieniądze na stół, mówiąc, że to „na kolację”.
Nawet gdy sytuacja nieznacznie się polepszyła, a z wynajmu wpłynęła jakaś kwota, on nie przestawał – to był jego sposób na okazanie wdzięczności babci i troski o nas wszystkich. Bez słów pokazywał, co znaczy odpowiedzialność i miłość do rodziny. To było coś więcej niż obowiązek. To był akt miłości. Ten jego cichy, powtarzany każdego dnia gest był dla mnie jak mały cud – dyskretny, ale niezwykle ważny. Pokazywał, czym naprawdę jest lojalność, szacunek i oddanie. Dla mnie wujek był bohaterem – nie takim z bajek czy książek, ale prawdziwym, obecnym każdego dnia w moim życiu.
Babcia miała również inne źródła dochodu – była położną, znaną i szanowaną w całej okolicy. Pamiętam, że zawsze, gdy ktoś miał rodzić, albo przyjeżdżano po nią, albo sama wyruszała do potrzebujących. Niezależnie od pory dnia czy nocy była gotowa nieść pomoc. Nie wiem, skąd dokładnie miała takie doświadczenie – nikt nigdy tego nie tłumaczył – ale pamiętam, że często wyjeżdżała na szkolenia i kursy, stale się dokształcała, jakby wiedziała, że to, co robi, ma dla innych ogromne znaczenie.
Interesowała się również polityką i była osobą bardzo zaangażowaną społecznie. Choć głęboko religijna, zakorzeniona w wierze muzułmańskiej, potrafiła łączyć duchowość z działaniem. Była kimś, do kogo przychodzono nie tylko po pomoc przy sprowadzaniu dzieci na świat, ale też po radę, wsparcie, rozwiązanie konfliktów. Dbała o wszystko i wszystkich – w naszej dzielnicy uchodziła za osobę godną zaufania, sprawiedliwą, rozważną. To czyniło ją jedną z ważniejszych postaci w lokalnej społeczności – wydawała się sercem tego miejsca.
Była wysoką, solidnie zbudowaną kobietą o pogodnym wyrazie twarzy. Jej serdeczność i ciepło wyczuwało się od pierwszych chwil. Miała krótkie, miękkie włosy, które zawsze rozczesywała starannie, ale bez zbędnych ozdób czy fryzur. Do pielęgnacji używała oleju kokosowego – ten zapach do dziś mi się z nią kojarzy. Malowała jedynie oczy, prostą czarną kredką, co dodawało jej spojrzeniu siły i wyrazistości. Wyróżniała się nie tylko wyglądem, ale przede wszystkim dobrym sercem. Ludzie zapamiętywali ją właśnie przez to – jej hojność, troskę, gotowość do działania.
Często zabierała mnie ze sobą, gdziekolwiek szła, czy to do pacjentki, do sąsiadki, na spotkanie, czy do sklepu. Mówiła, że dobrze zapamiętuję drogi, że jako wzrokowiec szybko orientuję się w przestrzeni. Dlatego, gdy przyjeżdżała dalsza rodzina i ktoś chciał wyjść, zawsze powtarzała: „Weźcie Aishę, ona zapamięta drogę”. Nazywała mnie Isha – to było zdrobnienie, którego nikt inny nie używał i które zawsze brzmiało dla mnie jak coś bardzo osobistego, czułego.
Jednak babcia, mimo całej swojej dobroci, potrafiła być też surowa – zwłaszcza jeśli chodziło o porządek i czystość. Miała zasadę, że wszystko w domu musi być zadbane, dopilnowane, na swoim miejscu. Gdy gotowała, każda rzecz musiała być wcześniej dokładnie umyta – warzywa, naczynia, ręce – wszystko. Zmywanie było naszym wspólnym obowiązkiem, ale nikt nie robił tego niedbale, bo wiedzieliśmy, że babcia i tak sprawdzi. Jeśli talerz chociaż odrobinę się ślizgał pod palcami – znaczyło, że jest tłusty, i należało umyć go jeszcze raz. Podobnie z praniem ubrań – babcia zawsze robiła to ręcznie, z niezwykłą starannością i dokładnością. Zmieniała wodę tyle razy, ile trzeba było, aż stawała się zupełnie czysta. Każdy kawałek materiału musiał być dokładnie wypłukany, bez śladu mydlin. Uważała czystość nie tylko za kwestię higieny, ale wyraz szacunku – do siebie samej, do domu i do innych ludzi.
Poranna i wieczorna kąpiel była czymś zupełnie normalnym dla każdego z nas, a dla babci – wręcz świętym rytuałem, który potrafiła powtarzać nawet trzy razy dziennie. Pamiętam, że kiedy zdarzało mi się u niej zasnąć, zawsze najpierw sprawdzała, czy mam czyste stopy – niezależnie od godziny. Jeśli zauważyła choć odrobinę brudu, budziła mnie i kazała wstać, by je umyć, nawet jeśli wcześniej się kąpałam. W jej domu nie wolno było chodzić w kapciach – taką mieliśmy tradycję. Chodziliśmy boso, więc stopy dotykały podłogi i brudziły się bardzo łatwo. Dbanie o czystość było więc obowiązkiem nieustannym, codziennym, niemal rytualnym.
Babcia miała też swoje małe, codzienne rytuały, które nadawały życiu smak i rytm. Każdego ranka wspólnie parzyłyśmy herbatę z przyprawami – kardamonem, goździkami i cynamonem. Dla niej herbata bez tych aromatów nie miała żadnej wartości, jakby traciła duszę. Zawsze siadała z nią w swoim pokoju, tuż przy oknie, z którego mogła obserwować, co się dzieje: kto przyszedł, kto wyszedł, kto przechodził przez nasz korytarz. Uwielbiała mieć wszystko pod kontrolą – nie z potrzeby władzy, lecz z troski. Nic nie mogło umknąć jej uwadze.
Mieszkałam u babci przez pewien czas – pomagałam jej w sprzątaniu, wykonywałam domowe obowiązki i chodziłam po wodę. Choć w domu był kran, z którego leciała słodka woda, niestety nie płynęła codziennie. Czasami pojawiała się dopiero o pierwszej w nocy i płynęła do czwartej rano. Dla mnie to były chwile radości. Czułam się wtedy potrzebna i odpowiedzialna. Czuwałam, byśmy najpierw my – domownicy – mogli napełnić swoje naczynia i wiadra, a dopiero potem pozwalałam na to osobom wynajmującym pokoje u babci. W ten sposób, cicho i bez słów, starałam się dbać o nasz dom.
Kiedy słodka woda się kończyła, trzeba było zdobyć słoną. W naszej okolicy oznaczało to coś bardzo konkretnego: ci, których było na to stać, kopali płytkie doły w ziemi, aż spod powierzchni zaczynała sączyć się woda. Mówiliśmy na to kuchimba kisima – co po suahili oznacza „kopać studnię”. Choć nie były to prawdziwe, głębokie studnie, a prowizoryczne otwory, to dawały dostęp do tzw. maji ya kisima – słonawej, twardej wody, która występowała stosunkowo płytko. Zdarzało się, że niektórzy wydobywali ją nie tylko na własny użytek, ale również na sprzedaż – była to codziennie dostępna, tańsza alternatywa dla wszystkich.
Taka woda nie nadawała się do picia – była ciężka i słona. Czasem trudno było jej nawet używać do prania, bo niezależnie od tego, ile dodało się proszku, piana się nie pojawiała. Mogła służyć głównie do codziennego użytku – do mycia, sprzątania i gotowania, choć nie wszystkiego.
A do picia? Do picia trzeba było wodę… kupić.
W tamtych czasach w okolicy pojawiały się osoby, które zajmowały się sprzedażą słodkiej wody. Jeździli specjalnymi wózkami, które po suahili nazywały się toroli, i przewozili na nich duże plastikowe beczki – tzw. madumu ya maji. Zazwyczaj czerpali słodką, czystą wodę z miejsc, gdzie była łatwiej dostępna, napełniali swoje pojemniki i przywozili je z powrotem do naszej dzielnicy. Potem sprzedawali wodę mieszkańcom – po kilka litrów, w zależności od potrzeb i możliwości finansowych. Dla wielu z nich stanowiło to jedyne źródło dochodu – tak zarabiali na życie, dzień po dniu, kropla po kropli.
Dla nas było to codzienne doświadczenie – wiedzieliśmy, skąd i jak zdobyć wodę, kiedy brakowało jej w kranie. I choć bywało trudno, nikt nie narzekał. Tak zostaliśmy wychowani – by być wdzięcznym za to, co się miało, i by poradzić sobie nawet w najprostszych warunkach.
Redakcja: Wydaj To!, Małgorzata Stefanik
Korekta: Wydaj To!, Julia Diduch-Stachura, Magdalena Olejnik
Opracowanie okładki: Wydaj To!, Krzysztof Krawiec
Skład i łamanie: Wydaj To!, Anna Szarko
Przygotowanie wersji elektronicznej – Kasia Kotynia
www.wydajto.pl
Niektóre imiona i szczegóły zostały zmienione. Prawda jednak pozostała ta sama.
Redakcja uszanowała indywidualny styl i wizję autorki, by w pełni oddać autentyczność jej głosu.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być przedrukowywana ani udostępniana bez zgody autorki, z wyjątkiem krótkich cytatów wykorzystywanych w celach recenzenckich.
Copyright © by Aisha Johnson, 2025
Zielona Góra, 2025
Wydanie I
ISBN ebook: 978-83-978325-1-0
Okładka
Spis treści
Tekst
Strona redakcyjna
Spis treści
