Rozległy świat - Erin A. Craig - ebook
NOWOŚĆ

Rozległy świat ebook

Erin A. Craig

0,0

39 osób interesuje się tą książką

Opis

Tak jak wszyscy inni mieszkańcy, Greer Mackenzie jest uwięziona w osadzie Mistaken.

Leżąca na skraju Ameryki Północnej maleńka miejscowość cieszy się bogactwem naturalnych zasobów, dzięki którym mieszkańcy żyją w dobrobycie. Lecz przychodzi im ponieść za to pewną cenę. Niestety lasy napełniające ich sakiewki kryją niebezpieczne potwory nazywane Jasnookimi, winne sprowadzenia całkowitej zagłady na pobliskie mieściny. Na szczęście założyciele Mistaken zawarli sojusz z tajemniczymi Łaskawymi, dzięki czemu Kamienie Strażnicze otaczające miasteczko zatrzymują Jasnookich na zewnątrz… ale jednocześnie utrzymują obywateli w środku. Każdy, kto spędzi noc w osadzie, należy do niej już na zawsze.

 

Greer, kartografka i ekscentryczna marzycielka, od zawsze pragnęła poznać świat poza granicami, do których została przykuta. Wiedziała jednak, że ani jej, ani jej wieloletniej miłości, Ellisowi Beaufortowi, nigdy nie zostanie to dane. Aż do dnia, kiedy mieli wreszcie rozpocząć wspólne życie… Lecz zamiast przeżywać chwile radości, Greer patrzy z przerażeniem, jak jej ukochany, ścigany przez potworną bestię, znika za Kamieniami Strażniczymi. Wiedziona potrzebą ratowania ukochanego, znajduje sposób, by po raz pierwszy w życiu wydostać się z Mistaken i wyruszyć w podróż przez zimną i bezlitosną dzicz. Tyle że ona również staje się zwierzyną – nie tylko dla bezlitosnych Jasnookich, lecz także sekretów kryjących się za założeniem miasteczka oraz jej własnym pochodzeniem.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                               Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 454

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: A Land So Wide

Copyright © Erin A. Craig 2025

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka

Redakcja: Anna Suchańska

Korekta: Anna Łakuta-Rudzka, Wiktoria Garczewska, Emilia Ziarnik

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Niniejsze wydanie zostało opublikowane we współpracy

ze Sterling Lord Literistic, USA, i Book/lab Agencja Literacka, Polska

ISBN 978-83-8418-543-8 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Prolog

Cześć I. Mistaken

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

Cześć II. Dzicz

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

Podziękowania

O autorce

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Dla mojego taty, bajarza i strażnika najwspanialszych ciekawostek o zwierzętach,który nauczył tak wielu, by zawszemówili w imieniu drzew. Bardzo Cię kocham.

Geografowie… upychają na obrzeżach swoich map obszary świata, których nie znają, dodając… „Poza tym nie ma nic prócz cudów i zmyśleń… nie ma tam żadnej wiarygodności ani pewności”.

Plutarch, Żywoty równoległe

PROLOG

Podróż rozpoczęła się od wyszeptanej tajemnicy i osobliwego kawałka drewna.

Z początku nie było to nic niezwykłego – ot, zwykła kłoda, przywieziona przez odkrywcę z jego wyprawy na nowy ląd. Cały kontynent stanowiły dziewicze, niezamieszkane lasy, więc drewno nie było zaskakującym zasobem.

Jednak to cięcie, to drzewo… zdawało się inne.

Nie był to dąb ani sosna.

Nie orzech czy wiśnia, klon lub brzoza.

Nie przypominało też niczego, co kiedykolwiek widzieli ludzie.

Niezwykle mocne. Zaskakująco giętkie. Niemożliwie lekkie.

Dzięki drewnu z tego drzewa można było stworzyć najlepszą flotę statków. Można było zbudować mosty, które ciągnęłyby się na mile. Domy i budynki, i pałace. Rosłyby jak chwasty i trwały przez wieki.

Z tego drzewa dałoby się wybudować imperium.

Mężczyzna zapłacił odkrywcy trzykrotnie.

Pierwszy raz za samo ścięcie.

Drugi raz, by odkrywca pokazał mężczyźnie dokładne miejsce, gdzie znalazł te drzewa. Wspólnie przemierzyli ocean, następnie zatokę i zatoczkę. Odkrywca wpłynął kajakiem głęboko w dzicz, podążając za punktami, które wyznaczył na swej mapie i które wskazywały, dokąd się udał i gdzie rosły drzewa.

Mężczyzna wpatrywał się z zachwytem w rozległy las, w tysiące silnych drzew, tysiące złotych monet, które miały przynieść, a w jego wnętrzu rozbudził się dziwny głód.

Zapłacił więc odkrywcy po raz trzeci. Tym razem za jego milczenie.

Odkrywca, uradowany ciężkimi kieszeniami, raz jeszcze wyruszył w morze, tym razem na południe. Chciał znaleźć się w jakimś ciepłym miejscu, zdolnym wypalić wspomnienia drzew oraz ciemnego, dzikiego świata, gdzie rosły. Lecz nawet gdy wygrzewał się połowę świata dalej, całowany przez słońce i otoczony kołyszącymi się palmami, tamte drzewa wywoływały w nim dreszcz.

Powróciwszy do domu na północy, mężczyzna stworzył plan, przygotował statek, zapasy, zebrał załogę i sprzęt. Przemyślał wszystko. Nie pozostawił niczego przypadkowi. Dzień za dniem harował, napędzany tym dziwnym głodem, który wzmagał jego ambicję i zachłanność. Jako pierwszy chciał podbić ten nowy świat, ujarzmić go, jedno powalone drzewo za drugim.

Mężczyzna był sprytny. Bardzo, bardzo sprytny.

Zdawał sobie sprawę, że najważniejszą część tego przedsięwzięcia nie stanowiły ostrza czy maszyneria, nie racje ani transport. Tą rzeczą, tą jedną rzeczą, która mogła sprawić, by jego intryga zadziałała, było morale jego mężczyzn.

Kiedy więc poinformował ich o nowej wyprawie, poinstruował, by zabrali wszystko: wyposażenie domów, swoje żony i dzieci, niezamężne ciotki, rodziców w podeszłym wieku, swych ukochanych i żywy inwentarz. Musieli wziąć wszystko, co wiązało się z ich starym światem. Nie mieli już powrócić. Wyruszali na szlachetną misję ku wyższemu przeznaczeniu. Przed nimi rysowała się niewyobrażalna chwała.

Raczył ludzi swymi opowieściami, a oni, łatwowierni, podążyli za nim.

Podróż trwała długo i okazała się trudna; walcząc z falami, przemierzyli zimne Morze Północne. Niektórzy starsi padli ofiarą chorób. Noce wypełniały łzy, gdyż dzieci były pewne, że już nigdy nie ujrzą lądu. Wątpliwości zakradały się w szeregi załogi, odczuwali je mężczyźni i ich kobiety. Zasnuwały ich myśli, pożerały nadzieję.

Mężczyzna nie słuchał ich obaw. Parł naprzód, kierując statek na Wschód, utkwiwszy wzrok w horyzoncie wody. Przypominał im o czekającym na nich bogactwie. Odbudował ich marzenia.

Nie na długo.

Gdy wreszcie dotarli na ląd, w końcu dostrzegli grube, czarne zębiska kamieni wystających wysoko nad wodę, przypominających śpiące lewiatany, ich kompanię opuściła wszelka radość, jaką odczuwali.

Ustawili się w linii wzdłuż prawej burty statku i oniemiali z wrażenia wpatrywali się w przybliżające się starożytne klify, ciche i ponure. Ta kraina miała w sobie coś osobliwego; niesamowitą czujność powodującą, że włoski na karku stawały dęba. To nie był ląd, który można było zdobyć, wbrew temu, co obiecywał odkrywca. Był to ląd, którego należało się bać.

Mężczyzna nie baczył jednak na tych, którzy pragnęli zawrócić, uciec ku wygodzie swych domów. Zamiast tego pokierował ich w stronę wybrzeża, śledząc linie wyznaczone na mapie odkrywcy, aż dotarli do ujścia szerokiego szlaku wodnego, graniczącego z prastarą puszczą.

Po raz ostatni rzucili okiem na morze za ich plecami i wpłynęli do rozległej zatoki.

Kamieniste urwiska stawały się coraz bardziej strome, tworząc nieprzekraczalne, granitowe góry. Meszki i komary zaroiły się, żądne mięsa i czekającej ich uczty. Silne, jęczące wiatry niosły ze sobą mrożące krew w żyłach krzyki. Nocą na niebie wybuchały połyskliwe płomienie, które tańczyły w ciszy mrocznej pustki.

Kobiety mocno tuliły swe dzieci.

Mężczyźni łkali i wołali własne matki.

A odkrywca siedzący w swej kabinie studiował mapy.

Musiał przeć naprzód, na tyle długo podnosić ludzi na duchu, by zobaczyli, że podjął odpowiednią decyzję. Gdy zobaczą drzewa, zrozumieją. Był tego pewien.

O poranku wstało słońce, czerwone i krwiste, zwiastujące burzę. Złość kwitła, nastroje się zaogniały. Żony się sprzeczały, dzieci zawodziły. Burzowe chmury się piętrzyły. Powietrze skwierczało zgubą.

Błagali odkrywcę o zaniechanie, o powrót.

Dorośli mężczyźni klęczeli na czworakach. Chwytali go za ubranie. Rwali własne.

A mężczyzna i tak się nie uginał.

Pierwszy oficer wyszeptał je przed wszystkimi – to przebiegłe, podstępne, zdradzieckie słowo.

Bunt.

Rozpaliło załogę i podążając niczym linią rozsypanego prochu strzelniczego, przechodziło od mężczyzny do mężczyzny, aż cały statek podniósł wrzawę.

Wtedy jednak z bocianiego gniazda wybrzmiał krzyk. Najstarszy syn mężczyzny, siedzący w górze z mosiężną lunetą, dostrzegł je.

Drzewa.

Wyrastały w zwartych skupiskach wzdłuż odległego wybrzeża. Wysokie. Rozłożyste. Rosły tak gęsto, że serce odkrywcy przyspieszyło, gdy wyobraził sobie niewiarygodne ceny, jakie mógłby za nie pobierać.

Musieli tylko przepłynąć przez wąski przesmyk otoczony skalistymi szczytami, a drzewa mogły należeć do niego. Ta myśl podniosła go na duchu i mężczyzna roześmiał się w głos.

Jego entuzjazm został poniesiony w dal przez ostry powiew.

Niebo pociemniało. Wiatr się wzmógł, fale spiętrzyły ponad dziób statku, wieszcząc nadejście burzy.

Bunt musiał zaczekać.

Nie było czasu, by zawrócić, by zmienić kurs. Pozostanie na pełnym morzu oznaczało pewną śmierć. Otoczona drzewami zatoczka kusiła obietnicą schronienia.

Pierwszy oficer, nie mając innego wyjścia, zacisnął zęby i wskazał na przesmyk.

Prawie im się udało.

Gdy wypływali z tunelu, kadłub zawadził o ukrytą pod wodą skałę. Statek zadrżał. Deski popękały. Słona morska woda zalała dolne pokłady. Ładunek się poprzewracał. Kozy beczały z przestrachem. Woły i konie tratowały drzwi boksów w walce o życie. Rozbłysnął piorun, a podążający za nim grzmot huknął tak głośno, że serce jednego z mężczyzn zatrzymało się w jego piersi.

Świat stał się hałasem i ciemnością, oślepiającym światłem i strachem.

Statek zrobił się ociężały przez wypełniającą go wodę, rozpadał się na kawałki, wyrzucał mężczyzn, kobiety i dzieci w stronę zatoki. Niektórzy płynęli. Inni tonęli. Wszyscy żałowali chwili, w której postanowili podążyć za odkrywcą.

W końcu burza przesunęła się na wschód, pozostawiając za sobą niebo tak jasne, że aż nieprzyzwoite.

Ci, którzy przeżyli, wypluwali wodę, wciągając się na brzeg i oceniając wrak. Rozejrzeli się po okolicy. Przeliczyli zmarłych.

Odnaleźli mężczyznę leżącego pod osłoną drzew.

Z początku zdawało się, że spał.

Wtedy zauważyli wystającą z jego brzucha gałąź – osobliwy, czerwony sok mieszał się z jego wnętrznościami.

Pierwszy oficer ostrożnie dotknął ramienia odkrywcy i obudził go na chwilę.

– To był błąd – wyszeptał mężczyzna, plamiąc przy tym usta krwią. – Przybycie tutaj okazało się błędem. Błędem i…

– Błędem i… – powtórzył za nim pierwszy oficer, ale odkrywca nie odpowiedział.

Z martwym wzrokiem utkwionym w zagajniku, Resolution Beaufort zakończył swą zgubną podróż.

1

Skrob, skrob, szur.

Choć pochylała się nad rysownikiem i siedziała tyłem do brudnej roboty, Greer Mackenzie słyszała każde pociągnięcie noża Louise Beaufort, która rozcinała skórę zająca, tworząc jasną smugę na jego brzuchu.

Machnięcie nożem.

Mokre cmoknięcie futra odrywanego od czerwonego mięsa, połyskujące ścięgna.

Rozciągające się włókna mięśni, pękające na kawałki.

– Ostatni – zaanonsowała Louise, gdy nad ich głowami zaskrzeczał orzeł, z nadzieją zataczający leniwe kółka. Bił skrzydłami na przekór wiatrowi, aż w końcu odleciał w poszukiwaniu bardziej obiecującego posiłku.

Końcówka ołówka Greer wyznaczała fragmenty na miękkim papierze, gdy dziewczyna podwoiła wysiłki nad mapą, starając się odgrodzić od hałasu i skupić na prostych i czystych liniach.

– Nie spiesz się – rzuciła i zerknęła za siebie, czego natychmiast pożałowała, gdy zobaczyła, jak Louise wyrywa serce zająca, przez co jej palce pokryły rdzawe ochłapy. – To prawdopodobnie nasza ostatnia podróż przed Żniwami?

– I do tego niezła – skomentowała Louise. Brzmiała na rozkojarzoną. – Tyle zajęcy, że ojciec z pewnością będzie zadowolony. Nigdy nie widziałam tylu Redcapów.

Wzrok Greer padł na zagajnik pełen szkarłatnych drzew, wyróżniających się na tle zielonych sosen i żółtych modrzewi.

Nazwane tak na cześć morderczych krasnoludków, o których dało się przeczytać w dziecięcych bajkach, Redcapy były niskie i rozłożyste. Ich gałęzie rosły bardziej wszerz niż w górę, przez co przypominały potworne pająki czyhające na ofiarę. Grubą, czerwoną korę znaczyły guzowate sęki. Gdy odpadała, ścieląc ściółkę swoimi odłamkami, w ślad za nią pojawiał się ostry, szkarłatny sok, spływający niczym krew. Szary mech oblepiał skrzypiące gałęzie na obraz kępek włosów.

Drzewa nie były ani okruszynę atrakcyjne, jednakże ich drewno okazało się zaskakująco mocne i giętkie, idealne jako budulec statków i budynków.

To właśnie one ściągnęły Resolutiona Beauforta i jego pracowników na ten ląd: obietnica szczodrości, niewypowiedziana pokusa, łatwe bogactwo.

Ukończywszy skórowanie, Louise siadła na piętach i zaczęła się rozciągać, kierując swą twarz ku słońcu. Z nieba spływało ciepłe, bursztynowe światło, sprawiające, że otaczający ich las zdawał się stać w płomieniach.

– To wszystko, z czym chcę dzisiaj wrócić.

– W takim razie rozwieszę flagi. – Greer wyjęła z plecaka kawałki bawełny, które zebrała z drzew rosnących o milę dalej.

Przesuwanie flag, by oznaczyć każdą kolejną wyprawę, przyprawiało ją o dreszcz podekscytowania; zagarniały otaczające nieznane lądy, jard po jardzie, kawałek po kawałku. Kochała świadomość, że nawet jeśli co noc zostawała zamknięta w granicach Mistaken, to gdzieś tam, w dziczy, pozostawiała cząstkę siebie, maleńkie strzępki oporu, które nie zamierzały ustąpić, nie miały się poddać przyciąganiu Kamieni Strażniczych.

Znaczniki wykonano z niebiesko-białej tkaniny w paski, tak wyraźnej, że nie dało się jej przeoczyć, idealnej, by ostrzec podróżników z Mistaken, że właśnie wkraczali w głębię lasu i nie będą w stanie powrócić przed zachodem słońca. Każdy, kto niefrasobliwie przechodził obok jasnych pasków, musiał wiedzieć, że już nie powróci.

A w każdym razie nie żywy.

Greer przywiązała je do nowych Redcapów, ostrożnie, by nie dotknąć soku, który wywoływał na skórze piekącą wysypkę, jasną jak same drzewa. Dziewczyna zaznaczyła miejsca flag na swojej mapie, dodając znaczniki do pozostałych, biegnących wzdłuż krzywizny wzniesienia.

Oceniła pozycję słońca, po czym obróciła się do przyjaciółki.

– Wszystko spakowane? Zostało tylko kilka godzin do Pierwszego Rogu.

Jesień ogarnęła ląd, noc odgryzała coraz większe kawałki dnia, połykając więcej chwil w promieniach słońca i otulając Mistaken zmierzchem już w okolicach popołudnia. Niedługo słońce miało przestać się pojawiać, pozostawiając ich w zaciśniętej pięści niekończącej się nocy, uwięzionych w miasteczku za Kamieniami Ochronnymi, zmagających się z furią zimy.

Greer nie przeszkadzały zimno ani ciemność, ale ciężar ograniczeń zatoki przytłaczał ją w czasie długich, stacjonarnych miesięcy, uciskał jakikolwiek potencjał na radość i uniesienia. Już czuła zaciskającą się wokół niej w klaustrofobicznym uścisku obawę, skuwającą ją jak kajdany.

Żywo potarła dłońmi przedramiona, by pobudzić krew i pomyśleć o czymś lepszym.

– Idziesz dzisiaj na potańcówkę w stodole?

Louise tylko wzruszyła ramionami. Przywiązała zająca do plecaka obok dwóch pozostałych, już oczyszczonych. Skórę schowała w środku, ale kiedy sięgnęła po organy, Greer ją powstrzymała.

– Czekaj. Nie zamierzasz ich zostawić?

Orzechowe oczy Louise powędrowały za flagi; na jej twarzy pojawiło się wahanie.

– Nie planowałam – powiedziała ostrożnie, delikatnie dobierając słowa. – To jeszcze nie czas Żniw.

Niby nie, ale szron powoli już pozostawiał koronkowe wzory na małym stawie za chatą Mackenzich, a oddech Greer nawet w ciepłe popołudnia zamieniał się w mroźne obłoczki. Klucze czarno-białych gęsi już dawno odleciały do ciepłych krajów, a złote łodygi pszenicy szeleściły o siebie, niemal doprowadzając dziewczynę do szaleństwa wyszeptywanymi między nimi tajemnicami. Nie mogła się doczekać, aż kosy farmerów je uciszą. Łaskawi mieli wkrótce zstąpić ze swojej kolonii wysoko w Górach Severing.

Niektórzy być może już tutaj byli.

Greer wyciągnęła rękę, by powstrzymać Louise, której palce pokrywały krwawe szczątki.

– Tylko to, dobrze? Proszę.

Na twarzy Beaufort pojawił się rumieniec irytacji, pod którym niemal schowały się jej piegi.

– Louise – naciskała Greer. Czuła narastające między nimi nieporozumienie, przypominające mur, coraz wyższy z każdym dołożonym do niego przez przyjaciółkę kamieniem.

Louise zacisnęła usta i Greer była pewna, że dziewczyna powstrzymuje się przed rzuceniem kąśliwej uwagi.

– Masz rację, to jeszcze nie czas Żniw. – Spróbowała ostrożnie, acz szybko, pragnąc uniknąć konfrontacji. – Ale… nie powinniśmy pozostawiać czegoś tylko wtedy, gdy jest to oczekiwane. To wszystko – wskazała na drzewa, na zające – to dar. Ich dar dla nas. Powinniśmy okazać wdzięczność.

Louise prychnęła.

– Brzmisz jak Martha.

W piersi Greer pojawiła się duma – ubóstwiała starszą kobietę, która mieszkała z jej rodziną, odkąd dziewczyna była niemowlęciem – mimo że zdała sobie sprawę, że Louise nie traktowała tego jak komplement. Utrzymała jednak kontakt wzrokowy, nie mając zamiaru się poddać.

Kiedy cisza zaczęła wbijać swe ciernie, Louise skierowała twarz w stronę lasu za barierą flag i dygnęła głęboko, ale nieszczerze.

– Dziękuję wam za zające, które sama musiałam upolować i oczyścić. To bardzo miłe z waszej strony, że pozwoliliście mi tak ciężko pracować. Jestem szalenie wdzięczna! – zawołała głosem zabarwionym przesadną kurtuazją.

– Przestań! – syknęła rozczarowana Greer. – Co, jeśli cię usłyszą?

Louise zakrztusiła się śmiechem.

– Jesteśmy tu tylko ty i ja. Żadnych Łaskawych. Żadnych Jasnookich. Na milę od nas w tej dolinie nie ma nikogo.

– Może nie tutaj – parsknęła Greer, przełykając chęć przypomnienia jej, że Jasnoocy nie byli ludźmi. – Ale tam… – Wskazała dłonią w stronę Redcapów i flag. – Są tam. Oni wszyscy – dodała.

– Oni nie istnieją! – wycedziła Louise, podkreślając każde słowo. – To tylko głupie historie, mające nastraszyć dzieci przed snem.

Greer spojrzała w głąb lasu, szukając śladu charakterystycznych odbić świateł, przekonana, że Louise właśnie sprowadziła na nich zgubę.

– Nie mówisz poważnie.

Louise zawsze maczała palce w tym, w czym nie powinna, chętna do kłótni, chcąca pokazać, że nie miała zamiaru się słuchać tylko dlatego, że tak nakazywały reguły. Kochała wygłaszać przerażające tezy jedynie po to, by sprawdzić, jak ludzie na nie odpowiedzą, i wygładzała je dopiero wtedy, gdy padało na nią ostre spojrzenie jednego z jej starszych braci.

Ale nie było tu teraz z nimi Ellisa Beauforta.

Louise zwilżyła wargi.

– A co, jeśli tak?

– Zachowujesz się jak… – Greer westchnęła, rezygnując z ostatnich słów, by pozostawić tę konwersację za sobą. Po raz pierwszy w życiu żałowała, że nie może pstryknąć palcami i natychmiast powrócić do Mistaken. Wędrówka do domu u boku przekornej Louise w złym humorze zapowiadała się na uciążliwą.

– Jak? Jak się zachowuję?

– Jak idiotka! – Greer nie zdążyła powstrzymać padających słów. Natychmiast wyciągnęła rękę, żeby pocieszyć przyjaciółkę i załagodzić napięcie, ale Louise wcale nie wyglądała na zranioną.

Popatrzyła na Greer z mieszaniną pogardy i litości, po czym wybuchnęła śmiechem.

– To wyrafinowane oskarżenie jak na dorosłą kobietę, która boi się potworów spod łóżka, rozkłada ozdóbki, skarby i próbuje zdobyć przychylność. Czy kiedykolwiek zastanawiasz się nad tym, jak idiotycznie tysię zachowujesz?

– Okazanie wdzięczności nie jest idiotyczne.

Louise zjeżyła się i pokręciła głową.

– To same straty! Tak wiele jedzenia i zasobów pozostawionych w lesie do zgnicia. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo choćby część z nich przysłużyłaby się rodzinom w wiosce? Jak przysłużyłaby się mojej rodzinie?

– One nie gniją. Dary zawsze zostają zabrane. Nigdy nic z nich nie pozostaje – odparowała Greer, choć dobrze wiedziała, że omijała niewygodną prawdę.

W Mistaken naprawdę mieszkały rodziny, dla których złożenie darów było znojem i przez to w czasie ciemnych zimowych miesięcy brakowało im dodatkowej kraty jabłek, ćwiartki jelenia czy worków z mąką. Z pewnością należeli do nich Beaufortowie. Jednakże dary powracały do miasta w dwójnasób, co niwelowało niewielki koszt.

Mieli Kamienie Strażnicze.

Mieli przychylność Łaskawych.

Żadna inna osada wzdłuż brzegu nie mogła powiedzieć tego samego.

Louise westchnęła.

– W tych lasach żyje tysiąc innych istot, gotowych zabrać to, co zostaje złożone na ołtarzu. Rybołowy i kanie, kuny i rysie. Baribale. Lisy. Wilki. I… – Przerwała, jęcząc z frustracji. – To nie Łaskawi je zabierają. Przez wszystkie lata od teoretycznego sojuszu nikt nie widział po nich ani śladu. Dlatego, że ich tam NIE MA – doprecyzowała.

– Kto w takim razie chroni nas przed Jasnookimi?

Przyjaciółka przewróciła oczami.

– Oni też nie istnieją.

W żołądku Greer zadomowiło się przerażenie, przez co zrobiło jej się niedobrze.

– Ale oni…! Oczywiście, że istnieją! Martha ich widziała. Zabili całą jej rodzinę.

Louise miała na tyle przyzwoitości, by wyglądać na zawstydzoną.

– Nie wiemy, co ich zabiło. Nie widzieliśmy tego.

– A co z ocalałymi z innych miasteczek? Wszyscy twierdzą to samo. Znasz ich historie tak dobrze jak ja – zauważyła Greer, wyobrażając sobie krwawy chaos, wołanie o pomoc i niebo rozdzierane przemocą.

– Historie opowiadane przez przywódców. Mężczyzn, w których interesie leży trzymanie ludzi na skraju, żeby ich słuchali i się dostosowywali. Mężczyzn jak Hessel Mackenzie.

– A co ma z tym wspólnego mój ojciec?

Louise uścisnęła grzbiet nosa, rozmazując sobie krew zająca na twarzy. Przez to wyglądała jak zdziczała.

– Jakim cudem tego nie widzisz?

– Nie widzę czego? – Greer czuła we wnętrzu niepokój, niemal słyszała szalone bicie serc jej i Louise.

Powietrze między nimi zdawało się naelektryzowane, jak w chwili tuż przed uderzeniem burzy zasnuwającej grzbiety gór, gotowej, by uwolnić swe strumienie. Greer zaskakiwało, jak szybko nacisk na złożenie podziękowań przekształcił się w pokręcony, uszczypliwy bałagan.

– Różnic między nami! Tego, jak przedzierałaś się dziś przez las w sukience ładniejszej niż moje najlepsze niedzielne odzienie. Że bez problemu możesz zostawić swój obiad na pieńku. Tego, że ja przez cały dzień polowałam i zbierałam jedzenie, próbując stworzyć z tego zapasy na zimę dla mojej rodziny, podczas gdy ty siedziałaś sobie nad tą swoją głupią książką, rysowałaś obrazki, pisałaś notatki i tworzyłaś mapy, które nigdy się do niczego nie przydadzą!

Greer opadła szczęka, gdy ukłuły ją ostre słowa, do tego pochodzące z ust jej najlepszej przyjaciółki. Odwróciła się, bo nie potrafiła znieść ciężaru rozgorączkowanego spojrzenia Louise, i skrzyżowała ramiona na piersi, powstrzymując łzy.

Dopiero wtedy Louise złagodniała.

– Greer, nie miałam tego na myśli.

Dziewczyna się wyprostowała.

– Mówiłaś, że podzielimy dziś między sobą łupy.

– Mówię tak za każdym razem – zauważyła nerwowo Louise. – Ale nigdy z tego nie korzystasz.

– Dzisiaj to zrobię. Zostawię swoją część jako dar.

Louise parsknęła z niedowierzaniem.

– Czy ty… ty mówisz poważnie?

Choć ją to ubodło, Greer się nie poruszyła.

Po długiej, pełnej napięcia chwili Louise rzuciła na ziemię organy, które wylądowały u stóp Mackenzie. Z grymasem obrzydzenia złapała torbę i odmaszerowała.

Greer podniosła wzrok na czas, by zobaczyć obdarte ze skóry zające kołyszące się przy plecaku przyjaciółki jak marionetki.

– Louise – zaczęła, ale przyjaciółka już zniknęła w zaroślach.

Każdy jej krok odbijał się pod mostkiem Greer z hukiem wystrzału armaty, powodując, że serce ją bolało. Chciała, by Louise zawróciła. By wróciła i przeprosiła. Położyłyby dary i wspólnie wróciłyby do domu, a ich przyjaźń zostałaby odbudowana.

Chociaż oczywiście kłóciły się już wcześniej – przyjaźniły się od czasów szkolnych – ich sprzeczki zawsze były małe i przypadkowe. Dotyczyły lalek czy zranionych uczuć w czasie letnich popołudni, gdy panował taki gorąc, że wszyscy mieli nerwy w strzępach. Ciche dni po tym, jak Louise się dowiedziała, że Ellis pocałował Greer na małej kładce nad Strumieniem Curstag. Greer nie powiedziała o tym Louise, bo wiedziała, że ją to zasmuci, oraz dlatego, że po ponad dekadzie dzielenia się z przyjaciółką każdą myślą przyjemnie było zatrzymać dla siebie ten mały sekrecik.

Jednakże ta kłótnia miała inny wydźwięk.

Nie były już dziewczętami. Nie sprzeczały się o wstążki do włosów czy tajemnice.

Stały się dorosłymi kobietami – Greer miała dwadzieścia siedem lat, a Louise dwadzieścia dwa – więc i stawka stała się wyższa, a słowa okrutniejsze.

Mimo to Greer czekała, pewna, że jej życzenia się spełnią.

Sekundy jednak mijały, a nadzieja dziewczyny zaczynała się kruszyć.

Poddawszy się, spojrzała na rząd flag poruszających się na nikłym wietrzyku.

– Nie miała tego na myśli! – zawołała głośno Greer, gotowa przykuć uwagę kogokolwiek, kto mógł jej słuchać. Westchnęła. – Z pewnością nie miała nic z tego na myśli.

Jakby w odpowiedzi nad lasem zapadła cisza; najcichsza w czasie całego popołudnia.

Mackenzie zebrała rozrzucone organy, a następnie schyliła się pod gałęziami Redcapów i przeszła za flagi w poszukiwaniu odpowiedniego ołtarza. Potrafiła określić moment, w którym przekroczyła granicę i wniknęła w nieskalany świat, obcy i nowy, niezaznaczony na żadnej z jej map.

Była pierwszą osobą z Mistaken, która postawiła stopę na tej ziemi, tak daleko od domu, tak daleko od władzy Kamieni. Odetchnęła głęboko, pławiąc się w tym uczuciu. Kiedy jednak przepływał przez nią podziw, tak mocny jak kieliszek najlepszej whiskey Fennecka O’Connella, zauważyła, że w rozciągającym się przed nią gąbczastym mchu widnieją głęboko odbite ślady stóp.

Greer zamrugała, pewna, że to tylko mroczki spowodowane popołudniowym słońcem.

Ślady nie zniknęły.

Kucnęła, by przyjrzeć się im okiem artystki.

Wycisnęły je gołe stopy, zbyt duże.

Zbyt nieregularne.

Zaschło jej w gardle, gdy przy każdym odcisku doliczyła się zaledwie dwóch palców.

Mackenzie znała lasy wokół Mistaken tak dobrze jak własną chatę. Jej mama, Ailie Mackenzie, nauczyła ją każdego gatunku rosnących tam drzew i każdego zwierzęcia, jakie buszowało w gęstwinie. Kobieta nie potrafiła sobie jednak przypomnieć ani jednego, który mógł się pochwalić tylko dwoma palcami u stóp.

To było to.

To był znak.

Louise się myliła. Łaskawi istnieli, tak samo jak przerażający Jasnoocy, przed którymi bronili Mistaken.

Greer niemal zawyła z frustracji, ponieważ nie mogła pokazać przyjaciółce dowodu.

Gdzieś w głębi lasu trzasnęła gałązka i serce jej zamarło, gdy uświadomiła sobie, że prócz niej samej znajdowało się tu to coś, co zostawiło ogromne, dwupalczaste ślady.

– Dary – wyszeptała pośpiesznie. – Znajdź ołtarz, zostaw dary i wracaj do domu. Łaskawi będą wdzięczni. Łaskawi pobłogosławią twoje starania. – Słowa spływały z ust dziewczyny mechanicznie wyuczonymi zwrotami, które Martha przez lata wbijała jej do głowy.

Greer zatrzymała się przy pierwszym napotkanym powalonym drzewie – długim pniu brzozy, od którego odchodziła papierowa kora, odsłaniająca ostre skupiska białych grzybów, których rozgałęzienia były poszarpane jak kręgi.

Uklękła i przycisnęła palce do drzewa, pozwalając sobie na chwilę szacunku1 przed rozpoczęciem zadania.

Choć Martha przekazała jej słowa i sposoby, które najbardziej spodobałyby się Łaskawym, to matka nauczyła Greer, by składać cześć ziemi i cudom, jakie stworzyła. Mackenzie spędziła większość dzieciństwa na eksplorowaniu dziczy z Ailie. W czasie każdej wycieczki znajdowały miejsce, w którym zatrzymywały się dla chwili namysłu. Klękały, rozkładały wokół siebie spódnice, a wiatr niósł ich szepty, łącząc je ze sobą tak, że brzmiały, jakby wypowiadała je jedna osoba.

Praktyki Marthy skłaniały się ku widowisku: starannie rozkładała wnętrzności, upewniała się, że prośby wybrzmiewają z odpowiednią nutą pełnego podziwu zapału, utrzymywała wszystko w sztywnej i uporządkowanej formie, znajomej rutynie.

Jednakże Ailie przepełniała głęboka ciekawość, potrzeba zobaczenia więcej, uczenia się więcej, doświadczania. Wierzyła, że jedynym sposobem na okazanie prawdziwej wdzięczności było przyjęcie tego, co dawane, wędrowanie tak daleko, na ile pozwalały Kamienie Strażnicze, i rozkoszowanie się nieuporządkowaną chwałą świata, czerpanie z niej radości i pozwolenie, by dzikie tętno jej krwi stanowiło własny rodzaj modlitwy.

Wiara Greer łączyła ze sobą nauki obu kobiet. Niemal czuła teraz na sobie ich dłonie, proszące, by się zatrzymała i poczuła ciepłą teksturę kory, kierujące nią, gdy wykładała ohydne i makabryczne dary.

Sznur jelit.

Wątroba.

Nerki.

Serce.

Po tym, jak Louise rzuciła je na ziemię, pokryły się kurzem, więc Greer otarła je najlepiej, jak umiała. Kiedy układ ją zadowolił, usiadła, by objąć wzrokiem ciemną głębię lasu.

Odchrząknęła i jeszcze zanim wygłosiła słowa, poczuła, że jej głos drży.

– Z wdzięcznością i podziękowaniem składam te dary jako ofiarę dla was. – Każdy włosek na plecach Mackenzie stanął na baczność, wyczulony i przygotowany. – Niechaj będą pożyteczne i przyniosą wam wielką radość.

Wstrzymała oddech, ciekawa, czy dziś w końcu usłyszy odpowiedź Łaskawych. Czekała, szukała jakiegokolwiek ruchu, choćby najmniejszego poruszenia.

Tyle że nie byłoby małe, czyż nie?

Spojrzała na prawo.

Ślady były duże, tak duże…

Następnie w lewo.

Dwa palce, co ma dwa palce u stóp?

Pnie świerków pozostały na miejscu, nieporuszone i nieruchome.

Blask modrzewiów zbladł, a otaczające ją lasy pociemniały.

Przybliżyły się.

Czy światło nikło, bo zbliżała się burza i wysoko znad gór nadciągały chmury? Czy zapadała noc?

Czy to byli Łaskawi?

Albo jeszcze gorzej… czy to potwory, które powstrzymywali?

Las czekał, uparcie odmawiając wyjawienia swych sekretów.

Greer wbijała wzrok w wybrzuszenia pokrywające korę rosnącego przed nią drzewa. Ona też potrafiła być uparta.

Kiedy tak klęczała, czekając, a chwila się przeciągała, Greer to poczuła: zachodzące słońce, przyciąganie Mistaken. Kamienie ciągnęły za jej kości jak rybak sprawdzający przynętę. Delikatnie, ale nieprzerwanie.

Dziewczyna policzyła dziś kroki – robiła to zawsze, gdy wymykała się poza granice miasteczka. Mniej więcej dziesięć tysięcy. Prawie pięć mil. Powrót powinien zająć ponad dwie godziny. Co najmniej.

Miała wystarczająco dużo czasu, by zdążyć przed Pierwszym Rogiem.

Ledwie.

Mogła poczekać jeszcze chwilkę.

Jeszcze minutkę. Z pewnością mogła zaczekać jeszcze minutę.

Kiedy napięcie znów wzrosło, szarpiąc ją z niepowstrzymaną zawziętością, Greer poddała się i wstała, pewna, że gdy tylko się odwróci, drzewa ożyją i wyciągną swe macki, by zebrać dary.

Dmuchnęła w pasmo ciemnych włosów zwisających jej przed oczami i potarła palce, które kleiły się od darów. Zamierzała je umyć w pierwszym napotkanym strumieniu, bo Martha nigdy by jej nie wybaczyła, gdyby wróciła do domu, wyglądając jak pomocnica rzeźnika.

Teraz, gdy stopy Mackenzie były skierowane w stronę Mistaken, wypuściła powietrze z płuc. Czuła ulgę, ponieważ jej ciało przestało być ciągnięte. Zebrała rzeczy, ale zawahała się przed zwinięciem mapy.

Była z niej taka dumna, jeszcze zanim ukłuły ją nienawistne słowa Louise zatruwające jej radość.

Przyjrzała się czystym liniom, precyzyjnej skali i serii oznaczeń w miejscach, gdzie napotkały zagajniki Redcapów.

To była świetna robota i Greer zdawała sobie z tego sprawę.

Z determinacją zrolowała ciasno mapę i ostrożnie wetknęła ją do torby. Nie pozwoli Louise tego skazić. Zatrzyma się przy tartaku i pokaże ją Ayaanowi Adairowi, zastępcy swojego ojca. On z pewnością będzie zadowolony.

Gdy przerzuciła pasek torby przez głowę, coś na skraju jej pola widzenia się poruszyło, prześliznęło między drzewami.

Ukradkiem.

Po cichu.

Kobieta nadstawiła uszu, zbita z tropu panującą ciszą.

Odkąd tylko pamiętała, słyszała rzeczy. Duże rzeczy, małe rzeczy. Nieprawdopodobne rzeczy. Najbardziej niemożliwe rzeczy. Trzepot skrzydeł wysoko nad głową, rozmowy z nieodpowiedniej strony pomieszczenia, płatki śniegu osiadające na gałęziach drzew daleko za jej domem. Czasami miała wrażenie, że słyszała bicie serc każdej osoby w Mistaken – cichutkie, niestrudzone pulsy życia, pragnące, by je zauważyć.

Nie wiedziała, dlaczego ani jak, ale była to prawda, od której nie potrafiła uciec.

Dlaczego więc las zdawał się teraz tak nieporuszony?

Nagły lęk przeszył jej wnętrze. Czuła, jak się zbliża, duszący jak mokry koc: złowrogi ciężar czegoś niepojętego.

Pasma włosów zatańczyły za uszami dziewczyny, poruszane jakby oddechem stojącej za nią osoby; za bardzo się bała, by się odwrócić. Za bardzo się bała, by sprawdzić.

Coś się za nią czaiło, a ona niczego nie słyszała.

Niemal nie mogła znieść tej przerażającej niewiadomej.

Greer zacisnęła oczy, niechętnie wyobrażając sobie dzikie i fantastyczne obrazy. Demony i potwory zbyt straszne, by w nie uwierzyć. Drzewa, które potrafiły poruszać się bezgłośnie po lesie jak smugi mgły. Drzewa o rozjarzonych oczach. Drzewa z dwoma palcami. Drzewa o długich, zgrubiałych palcach, sięgające do jej obnażonej szyi…

– Witaj, Szpaczku.

Otwarła oczy.

To usłyszała.

Prawda?

Głos, cichy i czarujący. Tuż za jej plecami. Głos tak prawdziwy jak jej własny.

Greer zwilżyła usta. Nie spojrzy. Nie była w stanie spojrzeć. Tyle że…

Kiedy jej determinacja osłabła i dziewczyna odwróciła się na pięcie, las trwał nieruchomo, a dary zniknęły.

2

Czarne chmury o barwie tworzącego się sińca napłynęły znad północno-zachodniego pasma górskiego, pogrążając świat w mroku na długo przed tym, jak Greer wyszła z kniei. Wisiały nisko, tak nisko, iż wydawało się, że można by je złapać i zerwać.

Niedługo potem z nieba zaczęły spadać olbrzymie, zimne krople deszczu, mocząc ziemię oraz spódnicę dziewczyny. Już teraz mogła sobie wyobrazić, jak bardzo zostanie zrugana przez Marthę za pozostawienie w salonie błotnistych śladów.

Kobieta minęła najszerszy z monolitycznych Kamieni Strażniczych, na którego szczycie widniał ubytek przypominający Greer miejsce po wypadniętym zębie. Gdy dotknęła palcami mokrej powierzchni, ta na powitanie zaczęła opalizować na czerwono. Natychmiast po przekroczeniu linii miasteczka kobieta poczuła, jak opada z niej ciężar – jakby po długiej podróży odłożyła na bok torbę, jej mięśnie się rozluźniły i nareszcie była w stanie odetchnąć pełną piersią.

Kamienie Strażnicze tworzyły wysokie odłamki czarnego bazaltu, które – choć nie zdawały się warte zawieszenia na nich oka – zmieniały się, gdy pod odpowiednim kątem opromieniało je słońce. Wtedy bowiem zaczynały jaśnieć czerwoną poświatą. Setki kamieni będące prezentem od Łaskawych w ramach trwającego dziesiątki lat sojuszu znaczyły granicę Mistaken.

Kamienie były ich opiekunami i trzymały Jasnookich z dala od miasteczka, ale tym samym stały się strażnikami więziennymi, pilnującymi, by mieszkańcy Mistaken nigdy nie opuścili swojej ziemi.

Rzuciwszy ostatnie tęskne spojrzenie na ścianę lasu, Greer skupiła uwagę na miasteczku. Czy jej się to podobało, czy nie, kolejną noc spędzi w domu.

Zatrzymała się na szczycie Wzgórza Pustelnika, by objąć wzrokiem zatoczkę u stóp kamienistych klifów Gardzieli, aż ku Wielkiej Zatoce, która rozmiarem przypominała ocean, a jej wody również smakowały solą. Blisko brzegu często widywano ciemne, eleganckie wieloryby o prążkowanych płetwach, pływające w poszukiwaniu planktonu i krylu, a czasem wiosną na lądzie rozlegały się poszczekiwania młodych fok. Louise twierdziła nawet, że pewnego razu dojrzała w odmętach rekina.

Przez ostatnie dwa dni tuż za Gardzielą cumował szkuner, którego załoga przypłynęła z potrzebnymi zapasami, a której kapitan negocjował ceny drewna z Hesselem i Ayaanem.

Mistaken szczyciło się posiadaniem jedynego tartaku na wybrzeżu, gdzie dało się pociąć Redcapy i przekształcić mokre drewno w piękne deski. Był na nie tak duży popyt, że kupcy żeglowali tysiące mil przez morze i stawiali czoła niezliczonym przeciwieństwom jedynie po to, by dotrzeć do tej odległej i zamkniętej społeczności. Hessel, właściciel tartaku, przez całe lato zacierał ręce w oczekiwaniu na przybycie szkunera i planował, co zrobi z zyskiem.

Teraz jednak Gardziel stała otworem, a wysokie maszty i rozpięte żagle zniknęły.

Troska ukłuła Greer od środka, gdy wpatrywała się w opuszczoną zatokę.

Jeszcze tego ranka Hessel przekazał, że nadal targowano się o ostateczną cenę. Czyżby zdążyli dojść do porozumienia i przetransportowali całe drewno aż do zatoczki?

Mżawka zmieniała się w ulewę, tak głośną, że Greer niemal zmieniła kierunek, by opuścić wioskę i szukać schronienia we własnej sypialni. Schowałaby się na wypchanym słomą materacu i zakryłaby uszy do czasu, aż najgorsza furia burzy by nie przeminęła, a decybele powróciłyby do swego naturalnego poziomu.

Z drugiej strony – jeśli szkuner odpłynął bez drewna, ojciec dziewczyny z pewnością panoszył się po domu w złym humorze, mroczniejszym niż niebo nad jej głową. Mackenzie wzdrygnęła się, wyobraziwszy sobie złość przenikającą dom.

Kiedy stała bez ruchu, próbując zdecydować, co lepsze: dom czy tartak, tartak czy dom, jej uszy wychwyciły nowy dźwięk.

Nie zważając na deszcz czy kałuże, po których stąpali, drogą kroczyli młodzi chłopcy z przewieszonymi przez plecy tabliczkami do pisania, trzymający je niedbale za skórzane paski. Greer przyjrzała się nogawkom ich umazanych błotem spodni i zaczęła współczuć ich matkom. Chłopcy chichotali, opowiadając sobie coś, co tego dnia wydarzyło się w szkole.

Zamilkli, kiedy dostrzegli dziewczynę.

– Czy to nie córka starego Mackenziego? – zapytał jeden przyciszonym głosem, ale pomimo szumu spadających kropli Greer usłyszała go tak, jakby chłopak stał tuż obok.

– Nie patrz! – ostrzegł go inny. – Moja mama mówiła, że przez samo spojrzenie prosto w oczy może odgadnąć wszystkie twoje myśli.

– Moja siostra mówiła, że jej matka mogła złapać cię za rękę i zdradzić ci, jak dokładnie umrzesz – syknął trzeci chłopiec.

Ciche okrzyki zdumienia wśród grupy sprawiły, że niepokój ścisnął Greer w żołądku.

Nie było tajemnicą, iż mieszkańcy Mistaken uważali kobiety z rodziny Mackenzich za osobliwe. Tak było w lepsze dni; w te gorsze twierdzono, że ich nieprawdopodobne talenty zakrawały o absurdalność. Jeszcze przed śmiercią Ailie Greer podsłuchała, jak jej matkę oskarżano o picie krwi konia sąsiada, przemienianie się w stado ptaków czy przepowiadanie przyszłości. Odkąd odeszła, te historie stały się jeszcze gorsze.

Nigdy jednak żadne oskarżenie nie zostało wypowiedziane wprost. Miejsce Hessela w radzie Opiekunów oraz status właściciela tartaku dawały im pewien rodzaj ochrony, jako że żaden mężczyzna nie zamierzał rozjuszyć człowieka, który zatrudniał większość mieszkańców Mistaken. Mimo to szepty nadal znajdowały drogę do jej uszu.

Greer zazwyczaj je ignorowała, lecz wypowiedziane wcześniej przez Louise nienawistne słowa nie dawały jej spokoju, więc nie umiała nie zwrócić uwagi na uszczypliwą paplaninę chłopców.

– Czyżbym widziała Benjamina Donalsona?! – zawołała podniesionym głosem, by ten poniósł się przez deszcz, i zmrużyła oczy.

Chłopcy stanęli jak wryci.

– Na twoim miejscu uważałabym po powrocie do domu.

Benjamin spojrzał po swoich przyjaciołach ze zdumieniem w rozbieganych oczach.

– Dla-dlaczego?

– Twój ojciec wie, kto w zeszłym tygodniu zwinął mu miedziaki z portfela. Jest gotowy wkroczyć na wojenną ścieżkę.

Chłopak pobladł, ale pokręcił głową i wołając swoich kolegów, by za nim poszli, odmaszerował.

To był tylko strzał.

Ale wyglądało na to, że precyzyjny.

Ledwie wczoraj Jeb Donalson kupował w sklepie wielobranżowym puszkę gwoździ. Z drugiej strony alejki Greer usłyszała, jak licząc monety, mamrotał pod nosem, bo czegoś mu brakowało.

Greer się uśmiechnęła i popatrzyła za nimi.

– A to małe sukinsyny.

Odwróciła się w stronę rzędu sklepów i kątem oka dojrzała rudy błysk.

Ellis.

Stał pod markizą piekarni Tywynna Flanagana w fartuszku – kiedyś niebieskim, teraz ubrudzonym mąką. Z rękami założonymi na szerokiej piersi obserwował gromadę chłopców przemykających przez burzę.

Uśmiech kobiety stał się jeszcze szerszy.

Głos Ellisa Beauforta stanowił ulubiony dźwięk Greer na całym świecie. Jego ciepły baryton przypominał magiczną godzinę między Rogami, kiedy to zachodzące słońce malowało świat w odcieniach złota.

Mężczyzna był Beaufortem z krwi i kości – od piwnych oczu, poprzez strzechę kasztanowych włosów płonących jak jesienne liście, aż do głośnego, szczerego śmiechu. Na twarzy Ellisa zawsze malował się uśmiech, ale stawał się najpełniejszy dopiero, gdy dostrzegał Greer.

– Uciekaj stamtąd. – Podał jej rękę i wciągnął ją na drewnianą promenadę, która biegła przed rzędem sklepów. Dzięki niej klienci nie wpadali w zaspy w czasie zimy ani nie topili się w błocie, które nękało Mistaken w czasie pozostałych pór roku. – Dobry wieczór – przywitał się i pocałował ją w czubek głowy. Pachniał ciepłem, rosnącym ciastem, zakwasem i płomieniami z pieca.

– Teraz już taki jest. – Uścisnęła dłoń Ellisa, marząc o tym, by chwycić go za kołnierz i przyciągnąć jego usta do swoich.

Minęło wiele dni, odkąd widziała go po raz ostatni, kiedy to znajdowali się z dala od siebie, w czasie niekończącego się zebrania miasta, oddzieleni szerokim przejściem biegnącym przez środek Domu Opiekuna. Rzucali sobie ukradkowe spojrzenia, by wreszcie po spotkaniu wymknąć się za budynek i pośród cieni kraść sobie pocałunki. Przerwali im nawołujący Ellisa młodsi bracia.

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, a w jego policzkach pojawiły się dołeczki.

– Jak polowanie?

Greer zawahała się, ponieważ przypomniała sobie ostatnie słowa przyjaciółki przed opuszczeniem lasu.

– Dobrze. Louise upolowała trzy zające. Żadna strzała nie chybiła.

Brew chłopaka, tak gruba jak świeżo wymalowane linie na jednej z map Greer, poszybowała w górę.

– Ma coraz lepszy cel. Jutro będzie gulasz – rzekł zadowolony, po czym przechylił głowę. – Czego mi nie mówisz?

Zamrugała, fingując niewinność.

– Znam twoją twarz lepiej niż swoją, Greer Mackenzie – zauważył Ellis. – A teraz wyglądasz, jakbyś zaraz miała wybuchnąć płaczem. Co się stało?

Dziewczyna była pewna, że miała równie zbolałą minę co samopoczucie.

– To nic takiego. Wszystko jest dobrze.

Wpatrywał się w nią uporczywie, więc w końcu westchnęła.

– Po prostu… – Minęła go, by uniknąć ciężaru jego spojrzenia. – Louise nie… nie chciała zostawić żadnych darów.

Mruknął ze zrozumieniem.

– A ty to zrobiłaś.

– Oczywiście. – Z widocznym zakłopotaniem odgarnęła włosy za ucho.

Wcale niezaskoczony Ellis potarł szczękę. Kiedy nadeszły chłodniejsze dni, przestał się golić, dzięki czemu jego kasztanowy zarost przekształcił się w brodę.

– Na co Louise lekkomyślnie palnęła coś głupiego.

Greer się zawahała, bo nie lubiła wciągać chłopaka w utarczki między nią a przyjaciółką. To nie do niego należało rozstrzyganie ich problemów, a poza tym zmuszanie go do obrania jednej ze stron nie wydawało się sprawiedliwe. Mimo to z ociąganiem pokiwała głową.

– W spiżarni rzeczywiście ostatnimi czasy zieje pustką – przyznał cicho Ellis, mimo że nikt nie spacerował po promenadzie. – Chłopcy są gorsi niż szarańcza. To przez bóle wzrostowe.

Latem Rhys i Riley, bliźniacy Beaufortów, skończyli dwanaście lat, tym samym wkraczając w dziwny okres, kiedy to ich kończyny stały się zbyt długie i nieproporcjonalne względem reszty ciała. Potykali się o własne nogi, próbując nauczyć się nowego kształtu, jaki przybrały ich ciała, przez co przypominali Greer puchate kaczątka.

W żołądku dziewczyny osiadło poczucie winy i wybiło ją z rytmu. Co do niektórych spraw Louise miała rację: każdego lata tartak przynosił wiele zysków, Greer nigdy niczego nie brakowało, nie chodziła głodna, nie miała złachmanionych czy zbyt małych ubrań, jako jedynaczka nie musiała się bić z rodzeństwem o posiłek. Jej sytuacja była zdecydowanie odmienna od tej panującej w domu Beaufortów.

– A do tego… – Ellis zamyślił się ze wzrokiem utkwionym w ścianie deszczu przelewającego się przez markizę nad promenadą. – Jest w złym humorze, odkąd Opiekunowie ogłosili swoją decyzję.

– Na temat jej udziału w Łowach? – Greer zmarszczyła brwi. Cały dzień spędziły razem, a Louise nawet się nie zająknęła na ten temat. – Nie wiedziałam, że zgłosiła swoją sprawę, nic o tym nie wspominała. Ojciec też nie.

Po śmierci ojca Ellisa i Louise Mary Beaufort popadła w żałobę, kleistą niczym pajęcza sieć, z której nie potrafiła się wyrwać. Umysł kobiety zawsze był skłonny puszczać wodze fantazji, lecz teraz błądził jeszcze dalej, nęcony zamętem i paranoją. W jej gesty wkradły się dziwne tiki nerwowe i często przerywała rozmowę, czasem również w pół zdania; zdawała się obecna, a po chwili gdzieś odpływała.

Kiedy stało się jasne, że Mary nie mogła dłużej zajmować się gospodarstwem, Louise rzuciła szkołę i przejęła stery – wzięła na siebie opiekę nad młodszym rodzeństwem, chatą oraz zwierzętami, a także pilnowała wydatków. Podczas ostatnich roztopów ukończyła dwadzieścia dwa lata, więc tego roku powinna wziąć udział w Łowach, ale wyznała przyjaciółce, że planowała poprosić Opiekunów, aby mogła zostać w domu, jako że rodzina potrzebowała jej bardziej, niż Mistaken potrzebowało kolejnej panny młodej.

– Co na to Opiekunowie?

Ellis wyglądał na zaniepokojonego.

– Chyba sama powinna ci to powiedzieć.

Dziewczyna przypomniała sobie minę przyjaciółki tuż przed tym, jak odmaszerowała w stronę Mistaken.

– Nie wydaje mi się, aby miała ochotę mi się w tej chwili zwierzać – zaśmiała się głucho. – A nawet jeśli, to nie jestem pewna, czy chcę jej wysłuchać.

Chłopak zwilżył usta.

– Kazali jej wziąć udział w Łowach.

– Ale… nie mogą tego zrobić.

Ellis bezradnie wzruszył ramionami.

– Och, Louise… – Przyjrzała się Beaufortowi, niepewna, jak odczytać jego nastrój. – Nie wiemy, czy zostanie znaleziona – zaczęła ostrożnie, starając się robić dobrą minę do złej gry. – Zawsze była najlepsza w chowanego.

Kącik ust Ellisa powędrował w górę, ale daleko mu było do zwyczajowego uśmiechu.

– Ale jeśli ją złapią… my pozostaniemy razem – zapewniła go Greer. – Ty i ja. Zaopiekujemy się Mary. Bliźniakami, małą Norah, wszystkimi. Nie będziemy daleko.

Przez cały rok Ellis budował chatę dla ich dwojga na końcu ziemi Beaufortów. Teraz, na kilka tygodni przed Łowami, była prawie gotowa, ale chłopak naciskał, by zachować ją w tajemnicy do Łowów i Ceremonii Złączenia. Chciał, by Mackenzie zobaczyła ją po raz pierwszy jako jego żona, którą przeniesie przez próg.

Mężczyzna pokiwał głową, widocznie uspokojony.

– Nie pozwól, by jej zły humor cię gnębił. Jestem pewien, że wcale nie chciała powiedzieć tamtych rzeczy, a jedna ofiara nie mogła zrobić aż takiej różnicy.

– Martha i ja zebrałyśmy wczoraj dużo jagód – zaczęła Greer z namysłem. – Może przyniosę trochę przed potańcówką w stodole…

– Nie dziś – ostrzegł. – Daj jej trochę czasu. Jutro doceni twoją dobroć, tak jak ja bym to zrobił. Poza tym nic nie jest w stanie przebić dżemu Marthy Kingston – dodał radośnie. Według niego kwestia została zamknięta.

Tak bardzo się od niej różnił.

Tam, gdzie Greer stawała się kłębkiem nerwów i zadręczała się błędami, czy to prawdziwymi, czy wyimaginowanymi, tam Ellis był pierwszym, który wybaczał i zapominał o sprawie. Przypominał dziewczynie czarno-białe edredony2 mieszkające w Wielkiej Zatoce. Przemierzały jej szerokość bez względu na stan pogody, szczęśliwe, gdy mogły poślizgać się na falach.

Beaufort wychylił głowę spod markizy, by zerknąć na niebo.

– Burza nie minie zbyt szybko. W piecu piecze się chleb, powinien być niedługo gotowy. Wejdź do środka.

Ellis rozpoczął pracę w piekarni zaraz po ukończeniu szkoły, siedem żniw wcześniej. Zaczynał jako chłopiec na posyłki, pakował zamówienia i przeliczał płatności, pilnował, by wymiany były sprawiedliwe. Teraz Tywynn pozwalał mu pracować na zapleczu przy zagniataniu ciasta, a nawet powierzył mu swoje najlepsze przepisy. Choć nie zostało to ustalone, zdawało się jasne, że gdy stary piekarz postanowi, iż jego czas nadszedł, przekaże biznes Ellisowi, jako że sam nie posiadał dzieci, a jego żona już dawno nie żyła.

– Kusząca propozycja – rzekła Greer.

– Doprawdy? – Jego głos jeszcze się obniżył. Nadal był ciepły, ale teraz dodatkowo stał się chrypliwy od tęsknoty.

Splótł palce z palcami kobiety w czułym uścisku. W jej żołądku rozpalił się głód, kiedy mężczyzna zaczął zataczać kręgi na kostkach, i Greer nagle zapomniała o Louise.

– Czy ktoś się tu kręci?

– Od południa nie miałem żadnego klienta.

– Co za strata. Chyba mogłabym wstąpić i coś kupić.

– Dla Tywynna – rozumował, przesuwając kciukiem po delikatnej skórze wewnętrznej strony nadgarstka.

Oddech dziewczyny utkwił w gardle.

– Dla Tywynna. – Ledwie wydusiła te słowa.

Gdy Greer weszła do środka, zderzyła się ze ścianą smakowitego ciepła. Słyszała płomienie trzaskające w piecu i syk wyrastającego chleba. Sklep był czysty, uporządkowany i wspaniale pusty.

Mimo to Ellis pociągnął ją w odległy kąt pomieszczenia, z dala od witryny. Ściany miały oczy, a ponieważ zbliżały się Łowy, nic nie nakarmiłoby miejskich plotek bardziej niż widok dwójki kochanków w chwili nieostrożności.

Chłopak prześledził krzywiznę jej ucha, szepcząc, jak bardzo za nią tęsknił, po czym zerknął szybko w stronę okna i jego usta opadły na wargi Greer.

Niemal się zaśmiała, ale wtedy ich ciała się zetknęły, a ją zalała ulga. Przez jeden błogosławiony, podniecający moment, gdy stała uwięziona pomiędzy ścianą a postawną sylwetką Beauforta, dziewczyna nie słyszała niczego prócz szeptu jego oddechu, głębokiego pomruku uwielbienia i szalonego trzepotu ich serc. W tej chwili reszta świata nie istniała, pozostawiwszy po sobie tylko ich dwoje.

– Tęskniłam za tobą, Ellisie Beauforcie – wymamrotała, kiedy zostawiał ślad pocałunków wzdłuż szyi.

Przesuwał dłońmi po jej ciele, zaciskał palce na krzywiźnie bioder, gniótł fałdy spódnicy, jakby nie marzył o niczym innym jak o zerwaniu materiału. Ona kreśliła linie na jego plecach, ciągnęła za szelki, przesuwała palcami po skórze głowy, zatapiała palce we włosach. Chciała zatrzymać go w tym miejscu, pozwolić, by ten moment trwał.

Choć trochę dłużej.

Chociaż chwilę…

Ellis się zaśmiał, a następnie oderwał się od niej i dał jej pstryczka w nos.

– Wydawaj dalej takie dźwięki, a zaraz wparuje tu stara Cowen – droczył się.

Greer ujęła jego policzek, zachwycona drażniącą fakturą brody, i prychnęła, wyobrażając sobie, jak owdowiała krawcowa wpada do środka z nożyczkami w dłoni, gotowa, by rozprawić się z płomieniem łączącym parę.

– Czy ty też masz wrażenie, że całe miasto nadal traktuje nas jak dzieci?

Złożył pocałunek na wnętrzu dłoni kobiety i wzruszył ramionami.

– Chyba nimi jesteśmy, póki nie nadejdą Łowy.

– Gdybyśmy wzięli udział w ostatnich – jej dłoń opadła, gdy ogarnęła ją fala melancholii – bylibyśmy małżeństwem. Pewnie mielibyśmy już własne dzieci. A zamiast tego… – Pogroziła mu zakrzywionym palcem, udając wdowę Cowen. Przygryzła wnętrze policzka. – To moja wina…

Nie dokończyła zdania, bo Ellis już ją całował, zagłuszając jej obawy.

– Nie mów tak – zrugał ją. – Nie miałaś wtedy głowy do myślenia o czymkolwiek innym niż Ailie.

– Ale ty miałeś – sprzeciwiła się, doświadczając poczucia winy tak głębokiego, aż łzy napłynęły jej do oczu. – Byłeś gotowy. Mogłeś wziąć udział i znaleźć inną dziewczynę, niesłyszącą rzeczy, które nie powinny docierać do jej uszu, dziewczynę, która nie jest dziwadłem…

– Greer. – Imię padające z jego ust wystarczyło, by zatrzymać spiralę trwogi. Odchylił jej twarz, by móc spojrzeć prosto w oczy. – Dlaczego miałbym chcieć się ustatkować z jakąkolwiek inną dziewczyną, skoro mam ciebie? Zaczekałbym i tysiąc lat, gdyby była taka potrzeba. Z ochotą. Radością. To nigdy nie stanowiło przeszkody. Nigdy – podkreślił, ściskając jej dłonie.

Na fali zbyt wielu zalewających ją emocji Greer nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Wstyd i wdzięczność, poczucie winy i podziw oraz tak wiele odcieni miłości. Każda z nich domagała się poświęcenia jej równej uwagi, każda walczyła, by stanąć na czele wewnętrznej burzy.

Skup się.

Przez niepokój przebiło się wspomnienie głosu Ailie.

Gdy świat zaczyna cię przytłaczać, skup się na prawdach.

Greer odetchnęła pełną piersią. Jeśli chodziło o Ellisa, istniała tylko jedna prawda, która miała znaczenie.

– Kocham cię. – Dziwnie zawstydzona, wspięła się na palcach i szybko ucałowała w policzek mężczyznę, którego kochała od ponad dekady. – Na zawsze.

– Na zawsze – zgodził się, a w jego oczach połyskiwało światło. – Zapomniałem ci o czymś powiedzieć. Przyszło dzisiaj coś wyjątkowego.

Greer poszła za nim za ladę, obserwując, jak ukochany wyjmuje bochenek z foremki i odkłada go na papier do pieczenia.

– Czy to wiórki cynamonowe? – zdziwiła się. Minęły wieki, odkąd piekarnia miała tę przyprawę wśród swoich zapasów.

– Tywynnowi udało się wyprosić od tamtego kapitana cały zapas lasek cynamonowych. – Ellis wytarł ręce o fartuch. – Po południu wypiekłem porcję chleba. Wiem, że Hessel ma do niego słabość.

– To jego ulubiony.

Chłopak się zawahał.

– Założyłem, że w związku z dzisiejszymi problemami w tartaku będzie wdzięczny za kilka kromek.

– Problemami? – powtórzyła, zdjęta trwogą.

Choć Greer trzymano z dala od chaosu panującego w tartaku, ona zdawała sobie sprawę, że praca w nim należała do ciężkich i niebezpiecznych. Całe podwórze zagracały stosy ogromnych powalonych drzew i zębatych pił. Młyn wodny kotłował się bez ustanku, nawet w świąteczne dni, wielkie koła zębate i młoty brzęczały, a młyn nieraz wyrzucał z siebie zbłąkane drzazgi drewna. Nieraz zdarzały się wypadki: przygniecione nogi, poprzecinane dłonie, podziurawione ciała. Sam Hessel miał jedynie dziewięć palców u rąk i siedem u stóp, ale Greer wiedziała, że uważał się za szczęściarza, jako że inni mężczyźni, jak na przykład John, ojciec Ellisa, stracili dużo więcej.

– Czy nikomu nic się nie stało?

– Fizycznie na pewno. – Beaufort obwiązał zapakowany bochenek pasiastym sznurkiem. – Tylko… ten szkuner.

Greer przypomniała sobie opustoszałą Gardziel.

– Nie zatrzymali się na zbyt długo.

Ellis pokręcił głową.

– Z tego, co słyszałem, kapitan zaproponował zdecydowanie zbyt niską cenę za drewno. – Zamilkł, pozwalając, by sama dopowiedziała sobie resztę niewypowiedzianych słów.

Greer pomyślała o tym, jak wszystko się potoczyło. Milczenie Ayaana. Hessel, który najpierw poczerwieniał z obrazy, następnie ze złości.

– Ojciec nie przyjął tego dobrze.

Niczego nie dodając, Ellis podał jej chleb. Greer przycisnęła nadal gorący bochenek do piersi.

– Z pewnością doceni twoją życzliwość.

Oczy chłopaka pociemniały, wypełnione zwątpieniem.

– Dwa tygodnie – przypomniała mu. – Łowy odbędą się za dwa tygodnie, a kiedy wszystko zostanie załatwione, nie będzie miał już nic do gadania.

Ellis lekko wzruszył ramionami. Greer marzyła, by móc zetrzeć wszelki ślad tęsknoty, jaki wkradał się w jego spojrzenie. Melancholia nigdy nie pasowała Ellisowi Beaufortowi – wyglądała jak spodnie po starszym bracie, za luźne, za krótkie.

Zanim jednak miała szansę go pocieszyć, po mieście i zatoce przetoczyła się ściana przeraźliwego ryku, grzmiąca jak krzyk monstrualnej bestii. Greer poczuła za mostkiem niskie wibracje Pierwszego Rogu. W uszach jej piszczało. Miała wrażenie, że głowa zaraz jej eksploduje. Dźwięk wybrzmiewał dokładnie przez dziesięć sekund, po czym zamarł.

– Została godzina do zachodu – rzekła niepotrzebnie. Wyjęła z kieszeni małą monetę i położyła zapłatę za chleb na ladzie. – Potrzebujesz pomocy przy zamknięciu?

Ellis pokręcił głową.

– Dam sobie radę. Tywynn obiecał, że wpadnie tu przed Trzecim.

– Przyjdziesz na otwarcie stodoły?

– Myślisz, że się odbędzie? Pomimo tego, co się wyprawia za oknem?

– Roibart Anderson nigdy by nie pozwolił, by coś takiego jak zła pogoda zrujnowało przyjęcie.

– W takim razie nie mogę się doczekać pierwszego tańca. – Przechylił się nad ladą w poszukiwaniu pocałunku.

Powietrze między nimi wypełnił zapach przypalanego chleba.

– Mój zakwas! – wykrzyknął nagle Ellis i wypadł przez dwuskrzydłowe drzwi do kuchni.

– Widzimy się wieczorem?

Nasłuchiwała metalicznych dźwięków i szurania gorących naczyń wyjmowanych z pieca. Nie odpowiedział, przez co dziewczyna była pewna, że jej nie usłyszał. Zastanawiała się, jakie to uczucie.

– Kocham cię! – spróbowała raz jeszcze.

Bez odpowiedzi.

Kręcąc głową, Greer opuściła piekarnię.

Gdy tylko wyszła spod markizy, otoczyła ją zasłona białego szumu padającego deszczu. Wystarczyło kilka sekund, by cała przemokła.

– Zaczekaj!

Dziewczyna się zatrzymała i odwróciła z uśmiechem na ustach. Czyli Ellis jednakją usłyszał.

Tyle że chodnik ział pustką. Mężczyzna wcale nie stał w progu i nie obserwował, jak odchodzi. Nawet nie widziała go w oknach.

Zdezorientowana, przesunęła wzrokiem wzdłuż promenady, szukając kogoś, kto mógł ją zawołać.

– Szpaczku. – Miękkie, wysyczane słowo brzmiało całkowicie nie na miejscu. I całkowicie nieludzko.

Greer przeskanowała drogę.

Była pusta.

Nikogo na niej nie dostrzegła.

Cień niepokoju o kąsających, ostrych kolcach rozwinął swe macki we wnętrzu Greer.

– Niedługo się zobaczymy, Szpaczku.

1Genuflection – tradycyjny akt uklęknięcia, zwykle w geście szacunku lub modlitwy (przyp. tłum.).

2 Rodzaj kaczek (przyp. tłum.).