Rozglądaj się. Opowieść rozpisana na dziesięć przecznic - Reynolds Jason - ebook

Rozglądaj się. Opowieść rozpisana na dziesięć przecznic ebook

Reynolds Jason

0,0
39,90 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dzieci, które samodzielnie wracają ze szkoły do domu, mogą nazywać siebie szczęściarzami. Oto mają wreszcie trochę wolności. Żaden dorosły nie mówi im, co mają robić i o czym opowiadać. Przez tych kilka chwil można się pośmiać, pogadać, stroić żarty albo stawiać czoła prawdziwym wyzwaniom i udowadniać swoją odwagę. Droga ze szkoły do domu może zająć kilka nieistotnych minut albo stać się prawdziwą eskapadą bocznymi ścieżkami - zupełnie tak jak w dorosłym życiu.

Ta książka podobno miała się rozpocząć jak wszystkie najlepsze opowieści świata: od spadającego z nieba szkolnego autobusu. Tyle że nikt nie widział tego niesamowitego zdarzenia. Wszyscy byli zbyt zajęci rozmowami, psotami, jazdą na desce, planowaniem skomplikowanej ucieczki. Albo po prostu wędrówką ze szkoły do domu. Zamiast więc jeszcze jednej najlepszej opowieści świata znalazło się tu dziesięć historii. Każda przypada na jedną przecznicę pokonywaną codziennie po lekcjach, a wszystkie są w osobliwy sposób ze sobą powiązane. Łączy je też początek: dźwięk dzwonka obwieszczającego koniec zajęć w szkole.

Na dziesięciu przecznicach działy się rzeczy zwykłe i niezwykłe. Jasmine śmiała się z żartów TJ, banda Łysoli goniła wózek lodziarza, a Ty zerwał bukiet polnych kwiatów dla Brysona. Satch planował drogę ucieczki, aby po raz kolejny ocalić swoje życie, a Candace rozsmarowywała balsam na rękach Gregory'ego. Towarzysząc im wszystkim w tych eskapadach, możesz się śmiać albo tylko uśmiechać, wzruszać się albo po prostu towarzyszyć dzieciom i na koniec zadać im pytanie: Jak zamierzacie zmienić świat?

Co się stanie, gdy zejdziesz z głównej drogi?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 183

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jason Reynolds

Rozglądaj się.

Opowieść rozpisana na dziesięć przecznic

Tytuł oryginału: Look Both Ways: ATale Told in Ten Blocks

Tłumaczenie: Wojciech Białas

ISBN: 978-83-283-9926-6

LOOK BOTH WAYS by Jason Reynolds

Text Copyright © 2019 by Jason Reynolds

Published by Atheneum, an imprint of Simon & Schuster Children’s Publishing Division.

Published by arrangement with Pippin Properties, Inc. through Rights People, London.

Translation copyright © 2023 by Helion S.A.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji wjakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, atakże kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące wtekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub wprzeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku!Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreshttps://beya.pl/user/opinie/rozgla_ebookMożesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion S.A.ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwicetel. 32 230 98 63e-mail: [email protected]: https://beya.pl

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Inne książki Jasona Reynoldsa

When IWas the Greatest

The Boy in the Black Suit

All American Boys

As Brave As You

Long Way Down

For Every One

Seria The Track

Ghost

Patina

Sunny

Lu

Dla Eloise Greenfield

Gilomisie wodne

Ta historia miała się rozpocząć jak wszystkie najlepsze opowieści. Od upadku autobusu szkolnego z nieba.

Ale nikt nie widział, jak do tego doszło. Nikt niczego nie usłyszał. Wobec tego nasza opowieść zacznie się tak samo jak wszystkie… dobre historie.

Od smarków.

— Jeśli nie wydmuchasz z nosa wszystkich tych wstrętnych, śluzowatych szkaradzieństw, to przysięgam, że nie idę z tobą do domu. Nie żartuję — stwierdziła Jasmine Jordan, oznajmiając to w taki sam sposób, jak zwykła to robić: całym swoim ciałem. Tak jakby słowa nie dobywały się jedynie z jej ust, ale wręcz spływały jej po kręgosłupie. Było słychać, że mówi serio. Powiedziała to takim samym niepozostawiającym miejsca na wykręty tonem, jakiego używała jej matka, gdy chciała porozmawiać ze swoją córką o jakichś sprawach istotnych dla „prawdziwego życia”, a Jasmine pogłaśniała muzykę w słuchawkach, by zagłuszyć jej słowa, i zaczynała zawzięcie przesuwać palcem po ekranie komórki. Jeśli nie zdejmiesz ze swojej kapuścianej głowy tych głupawek… znaczy słuchawek… albo głośniczków, czy jak je tam zwał, to zaraz sama podkręcę dźwięk — inie chodzi mi bynajmniej omuzykę.

To był właśnie ten ton.

Ostrzeżenie dotyczące usuwania gili było skierowane do zasmarkanego Terrence’a Jumpera, TJ-a, najlepszego przyjaciela Jasmine. Właściwie to dziewczyna nazywała go swoim „najbliższym przyjacielem wśród chłopaków”, ale że nie miała żadnych najlepszych przyjaciółek, więc TJ był po prostu jej najlepszym przyjacielem. A Jasmine jego najlepszą przyjaciółką. Było tak już od dawna. Od kiedy chłopak przeprowadził się na Marston Street i zamieszkał trzy klatki od Jasmine. Od kiedy jedyny sposób na to, żeby ich matki pozwoliły im chodzić do szkoły na piechotę, stanowiło chodzenie we dwójkę, ponieważ okazali się jedynymi dzieciakami w całym bloku. Od sześciu lat, czyli od zawsze.

Rozległ się dzwonek, co oznaczało, że Jasmine i TJ skończyli właśnie ostatnie zajęcia tego dnia, jedyne zajęcia, na które uczęszczali razem. Była to biologia z panem Fantana.

— Wróciłaś do szkoły ledwo dwa dni temu i już do mnie fikasz? — TJ przeszedł bez zająknięcia na miejscową czarną gwarę, jakby wyczuwał zmianę tonu przyjaciółki i umiał wymyślić trafną ripostę.

— Jak niby miałabym tego nie robić? Tylko popatrz na to paskudztwo. Serio, TJ, nie mam pojęcia, jak ty w ogóle dajesz w tej chwili radę oddychać — odparła Jasmine. Ich szafki sąsiadowały ze sobą i całe szczęście, bo w przeciwieństwie do swojego przyjaciela Jasmine otwierała swój zamek z ogromną koncentracją, wpatrując się w niego takim wzrokiem, jakby układ cyfr mógł w dowolnej chwili ulec zmianie albo jakby jej palce miały lada moment przestać działać. Tyle dobrze, że wiedziała, iż gdyby z jakiegoś dziwnego powodu któraś z tych ewentualności rzeczywiście się urzeczywistniła, to TJ stoi tuż obok i jest gotów do pomocy.

TJ wzruszył ramionami i cisnął podręczniki na dno metalowej szafki, a w powietrzu rozszedł się smród stóp niesiony przez wyrzuconą w powietrze chmurę kurzu. Co było wkurzające. Dno szafki chłopaka zaścielały puste opakowania po przekąskach, które Jasmine podsyłała mu ukradkiem przez dwa poprzednie dni, wsuwając je przez wywietrznik w drzwiach. Śmieci… fakt, ale Jasmine i TJ nazywali je „sztandarami przyjaźni”. Makulaturą miłości. A biorąc pod uwagę czasową nieobecność Jasmine, należało te odpadki uznać za swego rodzaju notki wyrażające komunikat tęskniłam za tobą. Upaprane w posypce do chipsów. W tym momencie z nozdrzy chłopaka wychynęły twarde gile przypominające drobne kamyczki, więc TJ zadarł do góry rąbek swojej koszulki i otarł nią nos. Tarł, siąkał i dłubał na tyle intensywnie, by należało uznać, że grzebnął w nosie, choć nie na tyle, by uznać, że grzebał, jednocześnie rozmazał sobie po górnej wardze smugę śluzu.

Chłopak obrócił twarz w stronę Jasmine, tak by dziewczyna miała pełen wgląd w jego nozdrza.

— Lepiej? — zapytał, na wpół szczerze, na wpół z nadzieją, że w jego nosie ostał się choć jeden glut i że jakimś sposobem robi on w tym momencie głupie miny do Jasmine.

Dziewczyna spojrzała w głąb nosa swojego przyjaciela, jakby patrzyła przez brązowy mikroskop wykonany z ludzkiego ciała, w najmniejszym stopniu nieprzejęta faktem, że TJ właśnie użył swojej koszulki — którą miał akurat na sobie — jako chusteczki do nosa. Bo i niby czemu miałaby się tym przejmować? Nie żeby nie było to obrzydliwe (bo było), ale przecież znała go już od bardzo dawna. Widziała, jak wyczyniał takie rzeczy, że w porównaniu z nimi uwalany kozami rąbek koszulki mógł się wydać jedynie swego rodzaju dekoracją. Coś jak lans na gluty. Drobny przejaw stylówki jej przyjaciela. Dziewczyna miała okazję oglądać, jak TJ zdrapywał gumę do żucia z podeszwy swoich adidasów (z jej zresztą też), no a już nic nie mogło przebić tamtego zagrania, gdy rozgniótł komara dokładnie w chwili, gdy ten wkłuł mu się w skórę, a potem zlizał sobie owadzią miazgę z ramienia. Zresztą to Jasmine podjudziła go, żeby to zrobił. Było warto, zarówno dla niego, jak i dla niej.

— Wiesz, mogę ci zajrzeć do samego mózgu — oznajmiła dziewczyna, udając, że w dalszym ciągu się przygląda. — I okazuje się, że masz w nim ogromne dziury. — Uszczypnęła chłopaka w nos. — Żartuję. Nieee, nic ci nie jest. Chyba. Teraz mogę się z tobą pokazać.

— Niech ci będzie. — Trzaśnięcie drzwiami od szafki. — W końcu i tak wszyscy jesteśmy gilami.

— Ty może i tak. — Kolejne trzaśnięcie drzwiami od szafki. — Ale ja na pewno nie jestem żadnym gilem.

— Tak ci się tylko wydaje — podjął TJ, gdy wymienili się tornistrami. Jego był lekki, za to ten należący do Jasmine mieścił podręczniki do wszystkich przedmiotów oraz zapas zeszytów, który wystarczyłby dla całego świata. Dziewczyna miała trochę do nadrobienia. Mogłaby ponieść swój tornister samodzielnie, ale TJ martwił się o jej kręgosłup i o jej mięśnie, bo Jasmine w dalszym ciągu dochodziła do siebie po ataku choroby.

Ruszyli naprzód zatłoczonym korytarzem, tętniącym od skrzypienia podeszew i od rozgardiaszu panującego w szkole pod koniec dnia.

— Bo wiesz, tak się właśnie zastanawiałem. Gile to nic innego jak tylko woda zmieszana z tymi, no, ziarenkami pyłu, drobinkami unoszącymi się w powietrzu i innymi takimi…

— Skąd wiesz? — przerwała mu Jasmine. Na tyle, na ile znała TJ-a, mógł to usłyszeć dosłownie gdziekolwiek, na przykład od Cynthii Sower — nazywanej powszechnie Paplą — która przez dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcznych procenta czasu stroiła sobie żarty.

— Sprawdzałem w necie — wyjaśnił TJ. — Próbowałem pojąć, dlaczego są takie słone.

— Chwilunia — Jasmine podniosła rękę do góry, jakby chciała się odseparować od tego, co TJ zamierzał jej powiedzieć. — Ty je jadłeś?

— Daj spokój, Jasmine. To nie fair obwiniać mnie o to, co było kiedyś. Kurde. — TJ pokręcił głową. — A teraz, jeśli już skończyłaś mi przerywać, to pozwól, że przedstawię ci swoją hipotezę. — Wymawiając słowo „hipoteza”, podzielił je na cztery wyraźnie akcentowane sylaby, żeby wzmocnić jego efekt. Hi-po-te-zę. — No więc gluty to w sumie tylko woda i pył. — Podniósł do góry palec. — A ludzie składają się przecież głównie z wody, prawda? Czy nie tak powiedział Fantana na początku roku?

— Zgadza się.

— OK, to słuchaj dalej. Każdej niedzieli, gdy jesteśmy w kościele, ciągle powtarzają nam, jak to Bóg stworzył człowieka z prochu, prawda? — TJ i Jasmine chodzili do tego samego kościoła, gdzie wspólnie śpiewali w dziecięcym chórze. TJ zawsze prosił pana Bronsona, kierownika chóru, by ten pozwolił mu zaśpiewać solo, mimo że nie potrafił trzymać tonacji. Jego wokal przypominał dzwonki jazgoczące w podmuchach huraganu. A Jasmine nie była od niego wiele lepsza. Jedyna różnica polegała na tym, że dziewczyna zdawała sobie z tego sprawę i nigdy nie przyszłoby jej na myśl, by prosić o solową partię. Uwielbiała nosić uroczyste wdzianko, śpiewać razem z innymi, kołysać się do rytmu i klaskać, wpasowując swój głos w ogólną linię melodyczną, jakby wsuwała szufladę do kredensu. Jej matka zawsze powtarzała, że trzymać melodię to już wystarczający talent.

TJ nie potrafił trzymać melodii — zdecydowanie nie dysponował tym talentem — ale umiał prowadzić rozmowę. Wobec tego kontynuował.

— Bóg stworzył człowieka z prochu, tchnął w niego życie i tak dalej, zgadza się?

— Nooo… chyba.

— Myślisz, że Bóg miał śmierdzący oddech?

— Co?

— Nieważne. Pewnie nie. — TJ porzucił dygresje. — No więc Bóg stworzył mężczyznę z prochu, a jednak z jakiegoś powodu mężczyzna…

— I kobieta — dodała Jasmine.

— Tak, kobieta też… składa się głównie z wody, czyli w gruncie rzeczy jesteśmy pyłem i wodą, zgadza się? — TJ machał rękami, jakby kreślił jakieś wiekopomne równanie na niewidzialnej tablicy. Jasmine nie odpowiedziała, ale nie musiała, bo chłopak przeszedł do podsumowania swojej teorii. — A to oznacza… — urwał TJ, a Jasmine prawie słyszała podkręcający napięcie werbel terkoczący w jego głowie — …że wszyscy jesteśmy w zasadzie… gilami.

Twarz chłopaka przybrała usatysfakcjonowany wyraz, jakby wtarł w nią jakiś luksusowy balsam, podczas gdy na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz dezorientacji, jakby ktoś spoliczkował ją wilgotną dłonią.

— Bez sensu — odparowała.

— Nie musisz mi wierzyć — stwierdził TJ, przytrzymując Jasmine drzwi, gdy wreszcie dotarli do wyjścia z budynku.

— Och, wcale nie wierzę.

— I nie musisz — powtórzył TJ. — Ale to nie znaczy, że to nieprawda. Bo wiesz, niezależnie od tego, co twoim zdaniem robię w szkole, ja naprawdę się uczę. I mówię serio: powinienem zacząć prowadzić zajęcia, bo w czasie kiedy wszyscy ci tak zwani naukowcy i nauczyciele, tacy jak pan Fantana, próbują wykombinować, czy kosmici istnieją naprawdę, mnie udało się odkryć, że gile są jak… jak najbardziej dzidziusiowata forma dzidziusiów!

Jasmine aż sapnęła, słysząc te słowa. Bo choć TJ był niepoważny i wkurzający, a czasem również obrzydliwy, to dziewczyna ceniła sobie fakt, że zawsze ją rozśmieszał, niezależnie od tego, czy miała na to ochotę, czy nie. Zawsze mogła liczyć na to, że skruszy jej pancerz. Że przebije się przez skorupę, którą Jasmine otoczyła się w trakcie tego szkolnego roku.

Był to dla niej trudny okres.

Zaczęło się od separacji jej rodziców i wyprowadzki jej ojca z domu. Obyło się bez dramatycznych scen. Bez żadnych awantur. Nie wydarzyło się nic paskudnego. Było zupełnie inaczej niż na filmach. Przynajmniej tych, o których wiedziała. Odbyła się tylko naprawdę krępująca rozmowa przy kuchennym stole, podczas której jej rodzice spoglądali na Jasmine, jakby była jakąś egzotyczną rybką w torebce śniadaniowej miotającą się wte i wewte, podczas gdy dziewczyna wierciła się na krześle, jakby próbowała wyskoczyć ze skóry.

— Bardzo cię kochamy.

— To nie twoja wina.

— Związki czasem się zmieniają.

— Czasami ludziom jest lepiej, kiedy się rozstaną.

— To ani trochę nie jest twoja wina.

— Twój ojciec i ja bardzo cię kochamy.

— Twoja matka i ja bardzo cię kochamy.

Właściwie to akurat pod tym względem było dokładnie tak jak w filmach. Zwłaszcza w tych, których bohaterkami były dziewczyny w jej wieku. Narada przy kuchennym stole. Późniejsze puk, puk do drzwi sypialni. Dziecko rzucające przekleństwo w twarz ojca. Matka wołająca „Zachowuj się!”. Weekendowe wizyty. Niezręczne pytania obojga rodziców dociekających, czy wszystko jest w porządku, ciągle iciągle, iciągle na nowo.

A to był dopiero początek. Działo się to jeszcze przed tym, jak przeżyła najgroźniejszy atak. I nie był to bynajmniej atak ze strony jakiegoś zewnętrznego przeciwnika. Jasmine nie padła ofiarą napaści ani nic w tym rodzaju. Nie, została zaatakowana przez własne ciało. Od dziecka cierpiała na chorobę krwi — anemię sierpowatą — która może wpływać na funkcjonowanie niemal wszystkich części ciała. Narządów wewnętrznych, stawów, a nawet wzroku. Ale ogólnie rzecz biorąc, Jasmine nie miała z tego powodu żadnych poważnych dolegliwości. Czasami odczuwała drobne bóle, ale nigdy nie stało się nic szczególnie poważnego, aż do tego roku, gdy dotknął ją totalny kryzys, który sprawił, że jej ciało ogarnęła pożoga. A przynajmniej takie miała wrażenie. Dłonie i stopy dziewczyny spuchły niczym plastikowe rękawiczki wypełnione wodą — stały się ciężkie i napięte, jakby miały lada moment eksplodować. Jasmine wydawało się, że jej mięśnie zmieniły się w drewno i prześladowało ją wyobrażenie, że jej kości rozpryskują się w drzazgi i obrastają własnymi kośćmi.

Chorowała przez cały miesiąc. Jej szafka stała nieotwierana. Nikt nie przekręcał klucza w jej zamku.

Wydawało jej się, że jej rodzice dziwacznie sterczą nad jej łóżkiem, razem albo osobno, niczym jacyś filmowi kosmici, co robiło jeszcze bardziej ckliwe wrażenie niż w dramatach dla nastolatków. Chłód panujący między jej mamą a tatą rozpraszał jedyny i niepowtarzalny TJ, który zaglądał od czasu do czasu, rzucał żartami, przełamywał lody i zostawiał przy łóżku Jasmine puste opakowania po chipsach, co stanowiło dodatek do trzydziestu opakowań pozostawionych w szkolnej szafce dziewczyny. Sztandary przyjaźni.

A kiedy dwa dni temu Jasmine wróciła wreszcie do gimnazjum Latimer, najpierw została zasypana pytaniami przez kolegów i koleżanki z klasy, którzy prawie z nią nie rozmawiali przed tym, jak zachorowała — patrzyli na nią z ukosa ze względu na jej bliskie relacje z TJ-em, bo przecież „chłopaki i dziewczyny nie mogą się przyjaźnić” — a potem przyszło jej (z pomocą pedagoga szkolnego, pani Lane) zastanowić się nad tym, jak nadgonić opuszczone zajęcia. Nie mogła się za to wziąć, gdy leżała w łóżku, bo z trudem się poruszała. Bolało ją, kiedy trzymała w palcach długopis. Bolało ją, kiedy przewracała kartki. To właśnie stąd wiedziała, że nie jest gilem. Nie mogła nim być. Nie była wystarczająco papkowata.

* * *

— A może to wszyscy chłopcy są gilami. Zawsze udają, że są jak z kamienia, podczas gdy w rzeczywistości każdy z nich to ciapka zmieszanej z pyłem wody — zażartowała Jasmine, gdy przechodzili wraz z TJ-em na światłach. Zebra była niczym most prowadzący ich ponad smolistą rzeką, od szkoły do dzielnicy. Skręcili w Portal Avenue, wybierając trasę, którą przemierzali już setki razy. Trasę, którą TJ przez ostatni miesiąc musiał pokonywać samotnie. A choć już poprzedniego dnia Jasmine zjawiła się na zajęciach, to jej mama była zbyt przejęta, by pozwolić jej na samodzielny powrót tak od razu po chorobie. W związku z tym dla obojga przyjaciół był to pierwszy dzień, gdy znowu mogli wracać do domu razem. — Ale ja nie jestem gilem — podjęła dziewczyna. — No bo, daj spokój, przecież gile się wyciera i wysmarkuje.

— OK, ale skoro nie jesteś gilem, to czym jesteś? — zapytał TJ.

Jasmine wzruszyła ramionami.

— Yyy… dziewczyną? Jestem sobą.

— No coś ty, Jasmine, nie psuj zabawy. — TJ rozpostarł ramiona. Mówił, używając całego ciała, niczym stary hochsztapler próbujący przekonać ludzi, że jego kradziony towar to prawdziwa okazja. — Gdybyś nie była gilem, ale musiałabyś być czymś innym, to czym byś była?

Dziewczyna zastanowiła się przez moment, skręcając jednocześnie ze swoim przyjacielem w Marston Street, ulicę otoczoną z obydwu stron domami, o których jej mama mawiała, że stoją tam już od bardzo dawna. Stara dzielnica powtarzała zawsze, gdy przejeżdżali przez nowsze, na pierwszy rzut oka ładniejsze osiedla, w których każdy budynek wyglądał tak samo jak poprzedni, jak gdyby stanowiły chór domostw poubieranych w takie same wdzianka, poodwracanych w tę samą stronę i śpiewających tę samą melodię w tej samej tonacji, co dawało w efekcie nużącą, nudną piosenkę. Ale idąc Marston Street, można się było naoglądać wszystkiego po trochu, od fasad z drobnych cegieł po fronty wykonane z luksusowego winylu. Od wykuszów po architekturę kolonialną. Budynki od parterowych aż po takie mierzące trzy piętra. Gdzieniegdzie ogrodzenia, tu i tam furtki i bramki. Trawa. Żwir. Asfalt. Chodniki. Wszystko wystarczająco stare, by dało się poznać, że ktoś tu mieszka. Że ktoś dał tym domom szansę. Były wystarczająco stare, by wyglądały na ogrzane i podniszczone przez całe pokolenie mieszkańców albo i dwa. A może nawet trzy.

— Nie wiem — odparła w końcu Jasmine. — Chociaż o czym to pan Fantana mówił dzisiaj na zajęciach? Czego zdjęcie nam pokazywał? No bo to wyglądało trochę na gila.

— Chodzi ci o to ślimakowate paskudztwo? Jak on to nazwał… niesporczaki?

— Tak… — zaczęła dziewczyna, ale urwała. — Chwilunia… Przede wszystkim to one wcale nie są paskudne. Żebyśmy mieli jasność. Ale to właśnie tym jestem. Niesporczakiem. — Jasmine pokiwała głową.

— No tak, niesporczakiem — powtórzył TJ, chichocząc. — Tym stworem, który ma osiem nóg, a na każdej długachne pazurska jak moja stara matka. A do tego jeszcze te dziwne usta… jak moja stara matka… — TJ wydął wargi, a potem wciągnął je z powrotem, by zaraz znowu je wydąć i znowu wciągnąć, jakby przeżuwał jakąś ogromną gumę. — Te stwory byłyby superprzerażające — jak moja stara matka — gdyby nie to, że są takie maciupeńkie, czym zdecydowanie różnią się od mojej starej matki. Jak dzień i noc.

— Pani Macy wcale nie jest przerażająca, koleś.

— Pani Macy nie jest moją starą matką. To moja nowa matka. A swojej prawdziwej matki w ogóle nie znam od tej strony.

— Tak… jasne. — Jasmine starała się objąć wszystkie te matki umysłem. Kolejne równanie na kolejnej niewidzialnej tablicy.

— Ale moja stara matka… — TJ urwał wypowiedź i wzdrygnął się, jakby targnął nim jakiś dreszcz. Trwało to tylko chwilę. Może chodziło o niedobre wspomnienie. — A tak w ogóle to z jakiej racji chciałabyś być tym stworem? Tym wodnym misiem czy jak tam. Przecież ich nawet nie widać. A gile są przynajmniej widoczne.

— Dlatego że pan Fantana opowiadał, jak naukowcy badali te żyjątka i odkryli, że mogą one być najtwardszymi istotami na świecie. A może nawet we wszechświecie. Powiedział, że potrafią przetrwać najgorsze gorąco. I najbardziej lodowate zimno. I najbardziej cisnące ciśnienie. Przecież wysłano je w kosmos — KOSMOS — a one wróciły na ziemię i zaczęły sobie zwyczajnie pełzać, jak gdyby nigdy nic. Tylko sobie pełzały. Podobnie jak ja przez cały dzień. I nie łamię sobie paznokci. — Jasmine dmuchnęła sobie na palce i zaczęła udawać, że poleruje purpurowy lakier.

— Taa, jeśli w to wszystko wierzyć, to chyba tak.

— Hm, skoro ty wierzysz, że Bóg stworzył nas z kurzu — o czym jestem przekonana, bo jesteś zdecydowanie najbardziej zakurzonym człowiekiem, jakiego poznałam — to ja mogę wierzyć panu Fantanie, gdy opowiada o tych wodnych misiach. Kurde, pewnie depczemy po nich każdego dnia i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.

TJ zerknął szybko na ziemię, nagle zaciekawiony tym, co też żyje w szczelinach pokrywających beton. Podrapał się po ramionach, jakby misie wodne pełzały właśnie przez zagłębienia w jego naskórku, a on nie miał o tym pojęcia, bo ich nie widział. Jasmine przyglądała się wygibasom swojego przyjaciela. Hm. Nigdy wcześniej nie widziała go zdenerwowanego. TJ-a nie przerażały gile, psie kupy, jedzenie robali ani nic w tym stylu, ale może nie bał się tych rzeczy dlatego, że mógł je zobaczyć. Mógł je zmiażdżyć, rozsmarować i sprawić, że znikną. Dziewczynie przyszło do głowy, że chłopaka oblatywał strach, gdy przychodziło mu zmierzyć się z czymś, czego nie mógł zmiażdżyć i rozsmarować. Tym czymś były niewidzialne stworzonka żyjące wszędzie jak okiem sięgnąć, może nawet na jego ciele, a on nie mógł zupełnie nic na to poradzić.

Para przyjaciół dotarła pod dom TJ-a. Żadnej bramy ani ogrodzenia. Spłachetek wysuszonej trawy. Budynek był mały i drewniany, jakby skonstruowano go bez pomocy maszyn. Żadnych buldożerów ani niczego w tym guście. Tylko ludzkie ręce, miłość, młotki, gwoździe i jeszcze więcej miłości. W drzwiach ekranowych widniała dziura, która znajdowała się w tym miejscu już od lat. Odpowiadała za nią stopa TJ-a. Chłopak mawiał, że jego stopy czasem wariują i zaczynają wyczyniać różne rzeczy, na przykład kopać, deptać albo zrywać się do biegu. To nie moja wina, mawiał. A Jasmine parskała śmiechem, bo jego żarty zawsze ją rozbawiały, mimo iż wiedziała, że tak naprawdę prawie nigdy nie były to żarty.

Usiedli na schodkach przed wejściem, ramię w ramię, i podjęli swoją rozmowę na temat misiów wodnych i gili, aż wreszcie doszli do wniosku, że obydwoje mogą być po części i jednym, i drugim.

— Misio-gile wodne? — zasugerowała Jasmine, sznurując buta.

TJ zaproponował drobną korektę nazwy.

— A może … wodne gilomisie?

— Ach, wodne gilomisie — ożywiła się Jasmine, kiwając głową. — Podoba mi się.

Drzwi domu otworzyły się za ich plecami, a skrzypienie moskitiery przypominało uderzająco głos TJ-a.

— Tak mi się wydawało, że coś słyszałam. — Była to jego (nie tak znowu) nowa matka. Jego matka od sześciu lat, pani Macy. Miała na sobie swój roboczy strój: granatowe spodnie i granatową koszulkę z plakietką z nazwiskiem, połączone dla równowagi z mechatymi, wyblakłymi, różowymi kapciami. Kobieta pochyliła się i pocałowała Jasmine, a potem TJ-a w czubek głowy, tak że poczuli wokół siebie echo jej dnia, jakby spowiła ich aura zapracowania. — Jak było w szkole?

— W porządku — odparł TJ, szczerząc zęby, siąkając nosem i drapiąc się po całym ciele.

— Całkiem nieźle — potwierdziła Jasmine.

— To chciałam usłyszeć — skomentowała pani Macy. Obydwoje wiedzieli, co dalej nastąpi. — No to… czego się dzisiaj nauczyliście? — Mimo że pani Macy zadawała to pytanie — takie samo pytanie — każdego dnia, w jej głosie w dalszym ciągu pobrzmiewało zainteresowanie.

Jasmine zerknęła na TJ-a. Chłopak zrewanżował się jej spojrzeniem, a w jego lewej dziurce od nosa było widać nowego gila. Można było odnieść wrażenie, że pojawił się tam zupełnie znikąd, jak to gile mają często w zwyczaju. TJ wytarł go wierzchem dłoni, po czym obydwoje zapiali unisono, jakby śpiewali w niedzielnym chórze.

— Niczego.