Rozdarte serca - Dominik Kozar - ebook
NOWOŚĆ

Rozdarte serca ebook

Dominik Kozar

0,0

Opis

Warszawa, rok 1862. Na ulicach wrze — młodzi Polacy śpiewają patriotyczne pieśni, w kościołach odbywają się manifestacje, a w powietrzu czuć zbliżającą się burzę. W cieniu tych wydarzeń Pola, młoda szlachcianka, wiedzie spokojne, choć pełne ograniczeń życie. Wszystko zmienia się, gdy poznaje Dymitra — kadeta carskiej armii i przyjaciela swojego brata. Wrażliwy, pełen sprzeczności młodzieniec budzi w niej uczucia, których dotąd nie znała.

Gdy jednak w jej życiu pojawia się Kostek — gorący patriota i konspirator, wyrzucony z uniwersytetu za działalność antycarską — serce Poli zostaje rozdarte. Między bezpieczeństwem a ryzykiem, lojalnością a namiętnością, rozumem a uczuciem musi dokonać wyboru, który zaważy na jej dalszym losie.

Tymczasem historia nabiera tempa. Nadchodzi zryw, który na zawsze odmieni losy narodu. Gdy bicie dzwonów ustąpi miejsca hukowi strzałów, Pola zrozumie, że w czasach narodowej próby nawet miłość musi stawić czoło historii.

To opowieść o dojrzewaniu do uczuć, o odwadze rodzącej się z miłości i o sercu, które czasem także staje się polem bitwy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 327

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Dominik Kozar Copyright © 2026 by Lucky

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Źródło obrazu: ana (stock.adobe.com)

Skład i łamanie: Michał Bogdański

Redakcja i korekta: Halina Bogusz

Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom

Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54

e-mail: [email protected]

Wydanie I

Radom 2026

ISBN 978-83-68684-58-2

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Moim Bliskim – za miłość i wsparcie

Pamięć o przeszłości

nadaje sens teraźniejszości

1

Franciszek Godlewski kolejny raz w ciągu ostatniego kwadransa podszedł do okna i poprzez firany wyjrzał na zewnątrz. Ujrzał tam jedynie chodzącego w tę i z powrotem starego sługę Szymona Wróbla. Westchnął głośno i usiadł przy sekretarzyku. Zaczął przeglądać papiery, choć dobrze wiedział, że trudno mu będzie na czymkolwiek się skupić. Tym bardziej że większość dokumentów dotyczyła zarządzanego przezeń folwarku.

Chwilę przyglądał się bezmyślnie szeregowi cyfr oraz przypisanym im informacjom, po czym odłożył je z powrotem. W sumie nie miał powodów do zmartwień. Wszystkie interesy szły bardzo dobrze. Zyski przynosił eksport zboża, mąki oraz hodowla zwierząt. Zwłaszcza koni, którymi mógł się poszczycić przed każdym w okolicy. Konie od jakiegoś czasu były jego chlubą i oczkiem w głowie. Długo zastanawiał się, w co zainwestować pieniądze, których w ostatnich latach miał całkiem sporo, aż wpadł na pomysł prowadzenia hodowli koni. Zyski przerosły jego najśmielsze oczekiwania. Stały się też niestety przyczyną nieporozumień z ojcem, który nie pochwalał pewnych zachowań. Kością niezgody okazało się podpisanie przez Franciszka kontraktu z armią carską na dostawę koni. To bardzo bolało starego Godlewskiego. Na nic zdały się tłumaczenia, że to tylko interesy, a w sercu Franciszka cały czas jest Polska.

– Nie tak cię wychowałem – unosił się dobiegający sześćdziesiątego roku życia nestor. – Żaden Polak nie wyjdzie dobrze na kupczeniu z Moskalami!

Franciszek starał się okazywać ojcu jak najwięcej zrozumienia i szacunku, nie zawsze jednak było to łatwe. Tadeusz Godlewski, weteran wojny polsko-rosyjskiej, po jej zakończeniu musiał emigrować. Schronienie znalazł we Francji. Rodzinny dwór Godlewskich został skonfiskowany przez władze carskie. Tadeusz przez wiele lat usiłował wykupić go z rąk Rosjan. Niestety, bezskutecznie. Rosyjska administracja nie chciała pertraktować z kimś, kto ośmielił się walczyć przeciwko carowi. Tadeusz Godlewski został w Królestwie Polskim uznany za zdrajcę i ciążył na nim wyrok śmierci. Majątek udało się wykupić dopiero jego starszemu synowi – Mikołajowi. Użył nie tylko znajomości wśród rosyjskich urzędników, ale i olbrzymiej sumy pieniędzy, które Godlewscy zabrali, uciekając z ojczyzny. Do Dąbrowy wrócili wszyscy oprócz Tadeusza. Udało mu się to dopiero w 1856 roku, kiedy car Aleksander II po klęsce wojny krymskiej ogłosił amnestię. Tadeusz Godlewski po trwającej ponad ćwierć wieku emigracji powrócił do ukochanego majątku. Czekał tu na niego młodszy syn Franciszek ze swoją rodziną. Starszy – Mikołaj zmarł trzy lata wcześniej na gruźlicę. Zarządzanie w pełni przejął Franciszek, który jak się okazało, miał do tego nie lada talent. W krótkim czasie podwoił zyski, jakie przynosił dwór. Nie wszystko jednak znalazło uznanie w oczach ojca.

W osobach Tadeusza i Franciszka starły się dwa pokolenia, które zupełnie inaczej patrzyły na wiele spraw. To, co dla starego Godlewskiego było święte i nienaruszalne, dla Franciszka nie miało aż tak wielkiego znaczenia. Z pewnością był człowiekiem o bardziej elastycznym kręgosłupie moralnym niż ojciec. Weteran powstania listopadowego był załamany, ponieważ niewiele wskazywało, by sytuacja miała ulec poprawie. A wręcz wyglądało, że może być jeszcze gorzej.

Synowa Tadeusza przez pobyt na emigracji całkowicie przesiąkła tamtejszą kulturą, zgoła różną od tej, którą próbował narzucić Tadeusz. Maria bardziej interesowała się nowoczesnymi trendami w modzie niż historią kraju, z którego się wywodziła. Dla niej ważniejsze były jedwabne suknie w jaskrawych kolorach, dobrze dopasowane gorsety oraz wymyślne kapelusze przyozdobione piórami. Stary Godlewski, patrząc nieraz na nią, odnosił wrażenie, że w tej nakrytej kapeluszem główce mieści się niewielki, dosłownie ptasi móżdżek, który pozwolił swojej właścicielce na zapamiętanie kilku kwestii w języku Balzaca, by mogła je bezmyślnie powtarzać, próbując zaimponować podobnym jak ona kwokom.

Maria urodziła troje dzieci. Najstarszy był Piotr, mający obecnie dwadzieścia jeden lat. Przyszedł na świat we Francji i Maria koniecznie chciała mu dać na imię Pierre, ale jej mąż się na to nie zgodził. Dlatego chłopak został Piotrem, na którego matka wołała Pierre. Wnuk, w którym Tadeusz pokładał nadzieje, że będzie jego dumą i nie tylko przedłuży ród Godlewskich, ale również przyniesie mu chlubę, także zawiódł. Po ukończeniu gimnazjum udał się do Petersburga na kurs oficerski, by kiedyś wstąpić do armii, z którą jego dziadek walczył. Wszystko to sprawiło, że stary Godlewski nadzieje przelał na wnuczkę Elżbietę, kolejną z potomstwa Franciszka i Marii.

Niestety, i tutaj Tadeuszowi się nie poszczęściło. Ela przejęła bowiem wszystkie cechy matki, dokładając co nieco od siebie. Oprócz fascynacji wszystkim co zagraniczne i pogardą do większości polskich tradycji dziewczyna ponad dobra duchowe przedkładała materialne. Były dla niej najważniejsze. Pomimo że nigdy nie zaznała biedy, a jej rodzinie dobrze się powodziło, wciąż chciała więcej. Imponowali jej ludzie, którzy potrafili w krótkim czasie zdobyć i pomnożyć fortuny. Dlatego też nikogo za bardzo nie zdziwiło, że Elżbieta, odrzuciwszy umizgi wielu przystojnych kawalerów z zacnych i na wskroś polskich rodzin, postanowiła wydać się za mężczyznę dwukrotnie od niej starszego, w dodatku z życiorysem, z którego człowiek pokroju jej dziadka na pewno nie byłby dumny.

Albowiem Leon Trawiński był zupełnym przeciwieństwem starego Godlewskiego. Nie brał udziału w powstaniu listopadowym, chociaż był wówczas w wieku jak najbardziej odpowiednim. Wolał stać z boku i obserwować. Szybko zorientował się, że walka jest skazana na porażkę, a powstańcy zostaną srogo ukarani. Trawiński czekał na rozwój wydarzeń. W żaden sposób nie pomagał walczącym rodakom. Niektórzy twierdzili, że donosił Moskalom o ruchach wojsk polskich i zdradzał miejsce koncentracji poszczególnych oddziałów. Ile było w tym prawdy, trudno powiedzieć, bo niczego mu nie udowodniono. W każdym razie niezmiernie podejrzany i świadczący na niekorzyść Trawińskiego był fakt, że po zakończonej klęską Polaków wojnie otrzymał on prawo pierwokupu skonfiskowanych przez władze carskie majątków. Cena, jaką zaproponowano Trawińskiemu, była konkurencyjna. W krótkim czasie stał się właścicielem kilku posiadłości, które później sprzedał za dużo większe sumy.

Trawiński nie cieszył się dobrą opinią ani szacunkiem, ale rekompensował to sobie faktem, że był najbogatszy w okolicy. To zupełnie mu wystarczało. A szacunek mógł sobie przecież kupić. Stać go było. W sumie to stać go było na wszystko. I właśnie to zaimponowało Elżbiecie Godlewskiej. Pieniądze i władza, którą dawały. Dlatego postanowiła zrobić wszystko, by stało się to również jej udziałem. A droga prowadziła przez małżeństwo. Zupełnie nieistotne było, że Trawiński miał już czterdzieści siedem lat, a ona dopiero dziewiętnaście.

Ela pomimo młodego wieku była osobą pragmatyczną. Nie wierzyła w twierdzenia innych kobiet, że miłość przyjdzie z czasem. W przypadku związku jej i Leona mogłaby czekać aż do późnej starości na miłość, a i tak by nie nadeszła. To małżeństwo było tylko interesem. Niczym więcej. Z obu stron. Transakcja. Ona zyskiwała duży majątek, a on młodą i piękną żonkę, która przy jego boku miała się ładnie prezentować. Trawiński miał już wprawdzie dorosłego syna, ale tajemnicą poliszynela pozostawało, że to straszny hulaka i utracjusz. Dlatego Elżbieta liczyła, że to urodzone przez nią dzieci będą dziedzicami majątku Leona.

I właśnie owa myśl o przyszłym potomstwie budziła największe obawy panny Godlewskiej. Bała się nie tylko porodu, ale wręcz przerażała ją myśl o dzieleniu łoża z Trawińskim, który był, najłagodniej mówiąc, mężczyzną mało atrakcyjnym. Olbrzymia tusza, nalana czerwona twarz, sapiący, nieświeży oddech i krótkie, wygięte w pałąk nogi, które musiały dźwigać tę karykaturalną postać. Wszystko to sprawiało, że młodziutka panienka bladła na myśl o nocach, które miała spędzić, leżąc obok tego indywiduum. W takich momentach przypominała sobie słowa, które zawsze powtarzał jej ojciec – cel uświęca środki.

Powoli stawała się coraz bliższa osiągnięcia upragnionego celu. Dziś miały się odbyć uroczyste zrękowiny, dlatego pan Franciszek Godlewski był tak podekscytowany i co rusz podchodził do okna, by sprawdzić, czy pod ganek nie zajechał już narzeczony córki.

Trzecim dzieckiem państwa Godlewskich była siedemnastoletnia Apolonia. Ładna, kruczoczarna dziewczyna o zgrabnej sylwetce i czarnych jak węgliki psotnych oczach. Była najmłodsza, więc wszyscy ją rozpieszczali, a ona nie miała nic przeciwko temu. Polcia stanowiła przeciwieństwo starszej siostry. Obcy był jej cechujący Elżbietę pragmatyzm. Ona nie planowała. Żyła chwilą. Tu i teraz, starając się uszczknąć z życia jak najwięcej. Miała duszę romantyczki. Twierdziła, że jeżeli kiedykolwiek wyjdzie za mąż, czego tak naprawdę nie brała pod uwagę, zrobi to wyłącznie z miłości. Żadne inne cele nie będą jej przyświecały. Dlatego właśnie nie potrafiła zrozumieć postępowania siostry.

– Nie wiem, siostrzyczko – mawiała nieraz z przymilnym uśmiechem – co ty widzisz w tym starym, posapującym wieprzu.

Elżbieta nie dawała się wyprowadzić z równowagi. Wzruszała jedynie ramionami i z wyższością przypisaną starszej siostrze odpowiadała:

– Taka gówniara jak ty i tak nie zrozumie.

– Lepiej, jakbyś wydała się za jego syna – nie ustępowała Polcia.

– Za Atanazego?! Tego bawidamka i utracjusza?! W życiu!

– Czyli z dwojga złego wolisz starca?

– Oczywiście. Pan Leon jest statecznym i poważnym mężczyzną, na którym zawsze będę mogła polegać.

– Zapomniałaś dodać, że ma też olbrzymi majątek – mówiła z kpiarskim uśmiechem Apolonia. – Chyba że to, kochana siostrzyczko, nie ma dla ciebie żadnego znaczenia?

W takich momentach Elżbieta już nie wytrzymywała i wyganiała młodszą siostrę z pokoju.

Pola nie gryzła się w język, mówiła to, co myśli, nie zważając przy tym na godność i status. Niejednokrotnie było to źródłem kłopotów, częściej jednak uchodziło jej płazem ze względu na młody wiek i wdzięk. Ta czarnowłosa siedemnastolatka lubiła zaskakiwać i być w centrum zainteresowania. Dlatego nie do końca potrafiła pogodzić się z myślą, że główną bohaterką dzisiejszego dnia miała być jej starsza siostra.

Niestety, w opinii Tadeusza Godlewskiego żadne z trojga wnucząt nie rokowało dobrze. Swego syna Franciszka dawno spisał na straty i pogodził się, że nie jest odpowiednim spadkobiercą rodowych tradycji. Liczył jednak, że w kolejnym pokoleniu znajdzie godnego następcę. Póki co, były to płonne nadzieje. Wnuk Piotr miał aspiracje do zrobienia kariery w carskiej armii, wnuczka Elżbieta lada chwila miała zostać żoną człowieka o mocno nadszarpniętej reputacji. Natomiast najmłodsza Pola była trzpiotką, pragnącą zawsze znajdować się w centrum zainteresowania. Nic więcej jej nie interesowało.

Stary Godlewski nie raz ubolewał nad tym wszystkim i zastanawiał się, gdzie popełnił błąd. Doszedł do wniosku, że w wyniku przymusowej emigracji zaprzepaścił wychowanie syna. Nie zdążył wpoić mu miłości do ojczyzny. A ten nie mógł przekazać swoim dzieciom czegoś, czego sam nie czuł.

Niby wszyscy mieszkali pod jednym dachem, ale każdy z nich był inny. Niewiele ich łączyło. Nazwisko Godlewski traciło swoją dawną moc. Powoli stawało się pustym, nic nieznaczącym słowem. Czy to wszystko uda się jeszcze naprawić? – zastanawiał się Tadeusz, siedząc na ganku i czyszcząc cybuch starej fajki.

Gdy sięgał po woreczek ze świeżym tytoniem, usłyszał dochodzący z oddali turkot kół. Podniósł głowę i spojrzał. Po brukowanym podjeździe jechała bryczka. Woźnica nie oszczędzał koni, co rusz smagając je batem. Tadeusz skrzywił się z niesmakiem. Nie lubił niepotrzebnej brawury, a nadjeżdżający pojazd gnał w stronę ganku. Bryczka podskakiwała na nierównych kocich łbach, jednak grube resory amortyzowały większość szarpnięć. Na pierwszy rzut oka można było poznać, że czterokołowa bryczka kosztowała krocie i poruszał się nią ktoś znaczny. Starzec splunął z niesmakiem. Oprócz brawury nie znosił również zbędnej ekstrawagancji. Jemu coś takiego zupełnie nie imponowało. Niestety, wielu osobom tak. A wśród nich znajdowała się jego wnuczka Elżbieta.

Bryczka zatrzymała się z piskiem hamulców tuż przed schodami. Cztery piękne rumaki niemal stanęły w miejscu. Woźnica poczekał, aż zupełnie się uspokoją, odłożył bat, po czym zwinnie zeskoczył z kozła. Podszedł do prawych drzwi i otworzył je na oścież.

– Jesteśmy na miejscu, panie – oznajmił, zginając się w ukłonie.

Stary Godlewski z niedowierzaniem pokręcił głową i jął dalej upychać tytoń do fajki.

Bryczka zakołysała się mocno i nachyliła w jedną stronę, kiedy wysiadał z niej pasażer. Był to niedużego wzrostu, ale olbrzymiej tuszy mężczyzna, w którym Tadeusz od razu rozpoznał ziemskiego potentata Leona Trawińskiego.

– Dziedzic Godlewski w domu? – spytał Trawiński, patrząc nieprzychylnie na Tadeusza, którego najpewniej po tylu latach nieobecności nie rozpoznał.

Stary był rad, że służący Szymon Wróbel akurat gdzieś się zapodział, a gość jego właśnie wziął za służbę. Siedział więc w dalszym ciągu na ławce w ganku, w ogóle nie mając zamiaru podrywać się, by powitać przybyłego, co ewidentnie było tamtemu nie w smak. Zamiast od razu odpowiedzieć na pytanie Trawińskiego, Tadeusz wyciągnął z kieszeni spodni zapałki i odpalił nabitą fajkę. Spoza dymu cały czas obserwował przybysza, którego twarz robiła się coraz bardziej czerwona.

– Pytałem, chamie, czy dziedzic w domu!

Stary Godlewski raz jeszcze pyknął z fajeczki, po czym spokojnym głosem powiedział:

– Niech będzie pochwalony, bo widzę, że nie nauczono pana, że kultura nakazuje, by najpierw się przywitać, a dopiero potem zaczynać rozmowę.

Trawiński gotował się coraz bardziej.

– Witać mogę się z równymi sobie, a nie z takimi chamami!

– Nie poznajesz mnie, Leonie, co? – spytał Tadeusz, siląc się przy tym na uśmiech. – Fakt, trochę się zmieniłem. Gdy ty spokojnie tutaj obrastałeś w tłuszcz, ja byłem na łasce obcych ludzi i na ich chlebie. Jednak cierpliwość została nagrodzona i wróciłem.

Trawiński milczał. Sapiąc głośno, przyglądał się siedzącemu na ganku człowiekowi.

– Pan Tadeusz? – spytał z niedowierzaniem.

– We własnej osobie – odparł.

Trawiński kręcił z niedowierzaniem głową.

– Myślałem, że pan... – Leon urwał wpół zdania. – Kiedy pan wrócił?

Godlewski nie zdążył odpowiedzieć. W drzwiach stanął Franciszek. Na twarzy miał szeroki uśmiech, jakby pragnął przykryć zakłopotanie sytuacją, która miała przed chwilą miejsce.

– Witam w moich skromnych progach! Jest mi niezmiernie miło przyjmować tak zacnego gościa! Zapraszam do środka.

Trawiński także rozciągnął usta w sztucznym uśmiechu i uścisnął wyciągniętą w jego kierunku dłoń.

Mężczyźni weszli do dworu. Zanim zupełnie zamknęły się za nimi drzwi, stary dziedzic zdążył jeszcze usłyszeć słowa syna:

– Proszę się nie przejmować moim ojcem. Niedawno wrócił z emigracji i jeszcze trochę nieswój.

– Zauważyłem – zgodził się Trawiński. – Coś jakby szwankował na umyśle.

– To całkiem możliwe, panie Leonie – skwapliwie przytaknął Franciszek.

Stary Godlewski z rezygnacją pokręcił głową. Włożył fajkę do ust i przyglądał się woźnicy wyprzęgającemu konie.

A więc zostaną na dłużej – pomyślał, zdając sobie sprawę, że pewna epoka właśnie się skończyła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki