Rozdarte niebo - Robert Zawada - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Rozdarte niebo ebook i audiobook

Robert Zawada

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Serce nie podlega zasadom aerodynamiki, a najtrudniejszym lotem jest ten w głąb własnych uczuć

Pilot Konrad Kruk w powietrzu szukał wolności, na ziemi walczył o bliskość, która zawsze okazywała się niebezpieczniejsza niż największe przeciążenia. Jedna kobieta stała się jego początkiem i końcem, a późniejsze relacje jedynie odsłaniały to, co w nim pozostało niezaleczone. W górze panował nad każdym drgnieniem maszyny, na ziemi mierzył się z uczuciami, które wymykały mu się spod kontroli.

„Rozdarte niebo” to opowieść o człowieku, który szuka dla siebie miejsca między pasją a tęsknotą, wolnością a lękiem, między tym, czego pragnie, a tym, czego boi się najbardziej. To historia o namiętności, która unosi, i rozczarowaniu, które uczy oddychać od nowa. O miłości, która niszczy, i o tej, która może jeszcze ocalić. Ta opowiedziana przez mężczyznę emocjonalna podróż przez wspomnienia, tęsknotę i próby odnalezienia uczucia tam, gdzie wcześniej była tylko głęboka rana, jest wzruszającą, intymną, pełną prawdy historią o tym, jak trudno jest wybaczyć i pokochać na nowo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 298

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 48 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Roch Siemianowski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



PROLOG

Powietrze było dziś wyjątkowo czyste, niemal przejrzyste jak szkło. Czułem, że maszyna reaguje na każdy najmniejszy ruch ręki. Była częścią mnie, a drążek – przedłużeniem mojego ramienia. Gdy zaczynaliśmy figury, miałem wrażenie, że unoszę się w tańcu, a nie lecę na granicy praw fizyki.

Plan pokazu naszej grupy znałem na pamięć, ale na wszelki wypadek, korzystając z sekundy przerwy, spojrzałem na nakolannik. Wszystko zgodnie z harmonogramem. Kolejność rozrysowanych ręcznie figur potwierdzała to, co ćwiczyliśmy od dawna.

Wcześniej wykonaliśmy synchroniczne beczki. Cały czas widziałem Szymona, metr w metr, jakby nasze samoloty były połączone niewidzialną nicią. Każde przechylenie, każde wychylenie sterów odbywało się w idealnym rytmie. Serce waliło mi szybciej nie z lęku, lecz z radości. To było czyste piękno – chwila, dla której warto żyć.

Jeszcze tylko narysujemy parafiną serce na niebie, potem niska mijanka i do lądowania.

– Obrót – padła komenda od Szymona.

Zaciągnąłem mocniej drążek, powoli przewracając maszynę na plecy, tak jak przy klasycznej pętli.

Ciąg silnika wciskał mnie w fotel, krew napływała mi do ramion, czułem ciężar własnej głowy. W takich momentach uśmiech nie schodził mi z twarzy.

Wiedziałem, że naprzeciwko mnie to samo w lustrzanym odbiciu wykonuje Szymon. Na pewno czuł się podobnie.

Biały, gęsty dym wydobywający się z naszych smugaczy rysował kształt, który widzowie na ziemi mieli ujrzeć jako symbol miłości.

W kabinie lekko pachniało benzyną lotniczą i rozgrzanym olejem, a ja czułem wzruszenie. Oto my, dwaj piloci, potrafimy namalować na niebie coś tak prostego i tak idealnego.

W chwilach takich jak ta wszystko miało sens. Wysiłek, pot wylewany na treningach, każda kontuzja karku od przeciążeń. To było moje życie.

Oddałem drążek od siebie, rozpędzając Extrę pionowo ku ziemi. Wskazówka prędkościomierza szybko przesuwała się w prawo, aż zatrzymała się na trzystu pięćdziesięciu kilometrach na godzinę.

Spojrzałem na wysokościomierz. Dwieście metrów. Zaciągnąłem ponownie ster, aby wyrównać lot na ustalonej wcześniej wysokości. Samolot sunął z prędkością trzystu dwudziestu kilometrów na godzinę, idealnie trzymając zadany przeze mnie kurs.

Po drugiej stronie na tej samej wysokości leciał w moją stronę Szymon.

Ziemia pod nami stanowiła jedynie tło, nie istniała. Byliśmy tylko my dwaj, na kursie kolizyjnym, jak dwa pociski pędzące na siebie z naprzeciwka. Wiedziałem, że to ostatni akt pokazu, wisienka na torcie. Poczułem spokój. Taki, który przychodzi tylko wtedy, gdy wszystko w tobie wie, że jesteś dokładnie tam, gdzie powinieneś być.

Za kilka sekund mieliśmy minąć się w odległości około dwudziestu metrów. Mijanka zawsze wygląda efektownie. Dwa samoloty z dużą prędkością lecą na siebie na tej samej wysokości. Z ziemi nie widać, że dzieli je kilkadziesiąt metrów w płaszczyźnie poziomej. Wydaje się, że maszyny prawie się o siebie ocierają, kiedy się mijają.

– Widzę – podałem przez radio, gdy tylko zauważyłem lecącego w moją stronę Szymona.

– Widzę – potwierdził krótko, dając do zrozumienia, że również mnie obserwuje.

Poprawiłem się w fotelu i mocno zacisnąłem dłoń na drążku sterowym. Sylwetka samolotu Szymona robiła się z każdą chwilą coraz większa i wyraźniejsza.

Jeszcze sekunda, jeszcze pół. Widziałem jego postać, jasny błysk kabiny w słońcu. Oddychałem spokojnie, czułem ciepło promieni na twarzy. Byłem częścią nieba.

Nagle, w ułamku sekundy, tuż przed miejscem mijania, samolot Szymona wykonał gwałtowne przechylenie i skierował się w moją stronę.

Uderzenie przyszło niespodziewanie. Głuchy trzask, metal zderzający się z metalem, wstrząs przeniesiony prosto na kręgosłup. Moim samolotem szarpnęło, jakby ktoś kopnął go z boku. Poczułem zapach ozonu i spalenizny. Odruchowo spojrzałem w lewo. Końcówka skrzydła była poszarpana, zwisały z niej strzępy blachy i oderwane światło pozycyjne.

Samolot ściągało w prawo mimo silnego kontrowania. Wcisnąłem prawą nogę w pedał aż do bólu, jednocześnie wyrównując lot ruchem drążka. Samolot drżał, jakby chciał się wyrwać spod mojej kontroli. Pot spływał mi po karku, a w ustach czułem metaliczny smak.

Po chwili szybko sprawdziłem maszynę. Drążek chodził, lotki reagowały, ster wysokości sprawny. Nie myślałem o niczym innym, tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w miarę bezpiecznie na ziemi, do której coraz bardziej się zbliżałem.

W radiu panował chaos, ale ja nie słuchałem, o czym mówią. To nie był czas na korespondencję.

Wiedziałem, że muszę lądować z prostej. Żadnych zakrętów. Starałem się utrzymać prędkość większą niż przy normalnym podejściu. Prędkość daje w takim przypadku bezpieczeństwo. Czułem, jak samolot chwieje się na uszkodzonym skrzydle, jakby chciał ściągnąć mnie do samej ziemi.

Na ostatniej prostej każdy metr był walką. Dłoń miałem mokrą, drążek ślizgał się w palcach.

Przed sobą zobaczyłem rosnącą w oczach ścianę lasu. Zdałem sobie sprawę, że aby przeżyć, muszę wylądować jak najszybciej.

Na kilka sekund przed przyziemieniem skrzydło Extry zaczęło wibrować, jakby traciło ostatnie siły.

Wreszcie dotknąłem trawiastego pasa, sadzając maszynę na trzypunktowe podwozie. Samolot trząsł się, wyhamowując; miałem wrażenie, że zaraz rozpadnie się na drobne kawałki.

Las zbliżał się do mnie nieubłaganie.

WTEDY—START

W kabinie śmigłowca panowała grobowa cisza, zakłócana jedynie równomiernym łopotem obracającego się nad głową wirnika.

Nasza nocna, dwugodzinna misja dobiegała wreszcie końca. Maszyna leciała praktycznie sama w kierunku, w którym według obliczeń nawigatora powinien znajdować się okręt. Nasz dom.

– Ale pizda – usłyszałem w słuchawkach głos Krzyśka.

Spojrzałem na niego. Wypuszczał powoli dym z papierosa, pochylony w stronę swojego okna, wpatrując się w bezkresną czarną otchłań poza kabiną.

– Takie były prognozy na tę noc. Chmury zasłaniające gwiazdy, a na dole czarna dupa oceanu – skomentowałem.

– Marzę o ciepłej koi. Nie lecimy już dzisiaj nigdzie, Raven? – spytał błagalnym tonem Krzysiek. – Powiedz, że nie.

– Nie. Na dzisiaj wystarczy. Znajdźmy ten nasz cholerny złom i chodźmy spać – uspokoiłem wszystkich.

– Na radarze jeszcze niczego nie widzę. Jesteśmy za daleko. Może spróbuj ich wezwać przez radio – wtrącił się siedzący z tyłu Andrzej, nawigator.

– Okręt, tu śmigłowiec, jak mnie słyszysz? – powiedziałem, wcisnąwszy przycisk zewnętrznego radia.

Cała załoga zamilkła, nasłuchując jakiejkolwiek odpowiedzi. Ta jednak nie nadeszła.

– Musimy podlecieć bliżej. Daj znać, jak coś zobaczysz na radarze, Jędrek. Kris, sprawdź paliwo – przekazałem komendy.

– Paliwa mamy na trzydzieści pięć minut – odpowiedział drugi pilot.

– Jeśli na okręcie chociaż trochę o nas myślą i nie oddalili się za bardzo od swojej pozycji, to powinniśmy dolecieć za jakieś dwadzieścia minut – zameldował Andrzej.

– Jasne, na pewno o nas myślą. W dupie nas mają. Nie wiem, czy oni w ogóle pamiętają, że nas dokądś wysłali – skomentował Krzysiek.

– Widzę na radarze grupę. Popraw kurs na dwa, jeden, pięć.

Zmieniłem kurs na podany przez Andrzeja i dostroiłem odbiornik okrętowej radiolatarni. Strzałka lekko zadrgała, po czym ustawiła się dokładnie na kursie, którym lecieliśmy.

– Mamy około siedemdziesięciu mil do mamusi. Kurs prawidłowy, wysokość okej – usłyszałem głos nawigatora.

– Dobra, to kilka minut odpoczynku, a potem trochę roboty, żeby bezpiecznie posadzić dupę na mamuśce – przekazałem.

– Śmigłowiec, tu okręt, jak mnie słyszysz? – rozbrzmiał w słuchawkach kobiecy głos.

– Słyszę cię bardzo dobrze. Wracamy do was, możecie szykować gorącą kąpiel z pianą. – Serce zawsze biło mi mocniej, kiedy w końcu nawiązywaliśmy łączność z okrętem.

– Czekamy na was. Bądźcie ostrożni.

– Bądźcie ostrożni? Dlaczego tak powiedziała? – Krzysiek wydawał się zaskoczony.

– Skąd mam wiedzieć? Może po prostu się o nas martwi? – rzuciłem. – Skąd ta troska? Stęskniłaś się za nami? – próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej z radia, jednocześnie nie zdradzając załodze, że się zaniepokoiłem.

– Czekamy. Zgłoś się na prostej do lądowania. Pogoda nie sprzyja. – Głos w radiu nie podtrzymywał na duchu.

– Dobra, dziewczyny, musimy znaleźć nasz dom. Zniżam powoli i lecę na przyrządach. Krzysiek, łeb za kabinę i szukaj jakichkolwiek świateł. Andrzej, ty na razie w radar, a na prostej za okno i szukasz z Krzyśkiem – wydałem komendy, po czym chwyciłem mocno stery i rozpocząłem zniżanie z jednoczesnym zakrętem na kurs, którym powinien iść nasz okręt. – Dwieście stóp. Zniżam – zameldowałem załodze. – Sto pięćdziesiąt.

– Nic nie widzę. Czarna dziura. – Krzysiek poprawił się nerwowo w fotelu.

– Sto stóp. Zwalniam. Andrzej, jaka jest odległość od krypy?

– Pół mili.

Włączyłem reflektor lądowania i nacisnąłem przycisk radia.

– Okręt, widzisz mnie? Jestem na prostej do lądowania.

– Widzę reflektor, masz zgodę na lądowanie – odpowiedziała kontrolerka.

– Widzę zielone światło. Zwolnij, Raven, bo przypieprzymy w hangar! – Krzysiek podniósł głos.

Oderwałem wzrok od przyrządów i spojrzałem przed siebie.

Światła okrętu stawały się coraz wyraźniejsze. Wyhamowałem do zera w chwili, kiedy byliśmy już nad oświetlonym pokładem. Utrzymywałem maszynę w miejscu i czekałem na odpowiedni moment, żeby przyziemić, kiedy pokład wystarczająco się ustabilizuje. Wystarczyło zdecydowanie wcisnąć dźwignię w podłogę, aby wreszcie poczuć się bezpiecznie.

– Zabraniam lądować! Odleć znad pokładu i wykonaj podejście do lądowania jeszcze raz – usłyszałem w słuchawkach.

Jednocześnie na krawędzi hangaru zaczęły złowieszczo migać czerwone lampy oznaczające zakaz lądowania.

– Co jest, kurwa?! – krzyknął Krzysiek.

Trzymałem śmigłowiec jeszcze przez chwilę w zawisie, w nadziei, że ktoś się pomylił i zaraz dostanę zgodę na przyziemienie.

Nic takiego się nie stało. Lampy wydawały się mrugać coraz intensywniejszą czerwienią.

Podniosłem maszynę, skręciłem w lewo i wleciałem z powrotem w czarną otchłań nocy.

Po osiągnięciu bezpiecznej wysokości wykonałem dwa zakręty, żeby ponownie znaleźć się na kursie do lądowania.

– Raven, tu wieża. Tym razem pamiętaj o wypuszczeniu podwozia – usłyszałem w słuchawkach.

– Roger – skwitowałem i nabrałem głęboko powietrza. – Krzysiek, czytaj checklistę. Spokojnie i powoli. To nasza ostatnia szansa, żeby spać dzisiaj w suchym łóżku.

– Podwozie wypuszczone, reflektor włączony, paliwa mamy na kilka minut. Szukam świateł – zameldował Krzysiek.

– Mila do okrętu, popraw kurs o pięć w prawo – dodał Andrzej.

– Zniżam i wyhamowuję. Sto pięćdziesiąt, sto – informowałem.

– Są światła. Widzisz, Raven? – upewnił się Kris.

– Widzę, hamuję, zniżam – potwierdziłem.

Tym razem przyziemiłem, jak tylko wleciałem nad pokład. Dałem sygnał załodze naziemnej, żeby przymocowali śmigłowiec łańcuchami, i wyłączyliśmy silniki. Znowu nastała grobowa cisza. Krzysiek odpalił papierosa i mocno się zaciągnął. Andrzej wszedł do kabiny pilotów i poklepał mnie po ramieniu, po czym udał się do wyjścia. Ja siedziałem nieruchomo, wpatrując się w słabo oświetloną wieżę kontroli.

– Chyba musimy się dzisiaj napić, Konrad – zaproponował Krzysiek, gasząc niedopałek w swojej podręcznej popielniczce.

– Pewnie tak. Ale później. Mam jeszcze coś do załatwienia – odrzekłem i skierowałem wzrok w stronę pomieszczenia nad hangarem.

Kornelia zbierała ostatnie dokumenty ze swojego stolika, kiedy wszedłem do wieży.

– Coś ty odjebała?! Wiesz, że mogliśmy skończyć w pierdolonym oceanie?! – wrzasnąłem na nią na powitanie, wcześniej upewniwszy się, że jesteśmy sami.

– Konrad, uratowałam ci dupę. Chciałeś posadzić ptaszka bez podwozia? Rozjebałbyś go. To byłby trzeci dzisiejszej nocy.

– Wystarczyło powiedzieć, żebym wypuścił podwozie, kiedy wisiałem nad pokładem. Nie muszę mieć prędkości, żeby to zrobić. Ale skąd ty, kurwa, możesz to wiedzieć? Jesteś tylko niedouczonym marynarzem. – Byłem naprawdę zły.

– Nie obrazisz mnie. Zrobiłam wszystko zgodnie z procedurami. Następnym razem pamiętaj o takim szczególe jak podwozie, panie zajebisty pilocie.

Patrzyłem na nią wściekły i ciężko oddychałem.

– Co ty powiedziałaś? – spytałem po chwili.

– Że jesteś dupkiem – odrzekła.

– Nie, nie to. Jaki trzeci dzisiejszej nocy?

– Nic nie wiesz? Może i lepiej. Grupa straciła dzisiaj dwa śmigłowce. Kanadyjczycy nie mieli tyle szczęścia co ty i nie trafili w pokład. Ich maszyna się rozbiła i poszła na dno.

– Ja pierdolę. Żyją?

– Tak, wyszli z wraku pod wodą i się uratowali. Z kolei Amerykanie nie dolecieli do swojego okrętu. Zabrakło im paliwa i musieli wodować.

– Źle obliczyli paliwo?

– Wiesz, jak oni przestrzegają przepisów. Mają te swoje noktowizory i przepis mówi, że pół godziny przed lądowaniem muszą zaadaptować wzrok do lotu z widocznością. Zanim minęło to pół godziny, skończyło im się paliwo.

– Serio? Debile. Tylko oni potrafią rozjebać się zgodnie z przepisami.

– No niestety. Ważne, że wam się nic nie stało. Nie dziękuj – dodała, po czym pospiesznie wyszła z pomieszczenia.

Stałem jeszcze przez chwilę, patrząc z góry na bujający się w rytm fal pokład. Następnie zszedłem powoli na dół, do hangaru.

– Pogruchałeś sobie z Kornelią? Niezła z niej dupa. – Krzysiek uśmiechał się, wyciągając w moim kierunku rękę z butelką whisky. – Szkoda, że leci na ciebie, a nie na mnie. Ja bym się z nią chętnie zabawił – dodał.

– Sądzisz, że na mnie leci? Przecież ona jest piętnaście lat młodsza. I ma męża. – Wziąłem butelkę i pociągnąłem spory łyk.

– Mówisz, jakby miało to dla ciebie znaczenie. Jest super laską i widać, że jej się podobasz. Nie rób z siebie takiego świętoszka. – Uśmiechnął się szczerze.

– Ile ty już zdążyłeś wypić, Kris? Mam nadzieję, że cię nikt nie widział. Znasz zasady. W morzu nie pijemy. Nie chcę znowu świecić oczami na dywaniku u dowódcy okrętu – odrzekłem i wziąłem kolejny łyk. Oddałem butelkę rozbawionemu koledze. – Idę spać. Tobie też radzę. Jutro pewnie trzeba będzie polatać. Dojdzie nam roboty, bo zespół ma dwa śmigła mniej – poinformowałem, po czym udałem się w stronę swojej kajuty.

Kajuta dowódcy była jedynym pomieszczeniem na okręcie, w którym mogłem chociaż na chwilę zapomnieć, że jestem uwięziony pośrodku oceanu. Było w niej wystarczająco dużo miejsca, żeby swobodnie minęły się dwie, trzy osoby. Dzięki kilku sporym bulajom do środka dostawały się promienie słońca, oświetlając pomieszczenie naturalnym światłem. Obite drewnem ściany były przyozdobione obrazami bitew morskich nieznanego mi artysty. W lewym rogu kajuty stał prostokątny stół, solidnie przymocowany do wyłożonej miękką, zieloną wykładziną podłogi.

– Wzywałeś mnie, Adam? – spytałem retorycznie, przekraczając próg kajuty.

– Siadaj, Konrad. – Dowódca wskazał ręką na wyłożoną miękkimi poduszkami kanapę, która rozciągała się wzdłuż stołu. – Napijesz się czegoś?

– A co tam masz? Jakiegoś łyskacza zawsze chętnie łyknę – odparłem.

Adam odwrócił się powoli w moją stronę i spojrzał na mnie gniewnie.

– No właśnie między innymi w tej sprawie cię poprosiłem – powiedział, patrząc mi głęboko w oczy.

– Wiem, wiem: nie pijemy, kiedy jesteśmy w morzu. Pijemy, gdy okręt stoi w porcie. Nie wtedy, kiedy płynie – wyrecytowałem z przekąsem.

Adam był niskim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Srebrne, krótko przystrzyżone włosy, długa, gęsta, mało zadbana broda i sumiaste wąsy sprawiały, że wydawał się dużo starszym, niż był w rzeczywistości. Nie wiem, czy jego brak starań o własny wygląd brał się z tego, że po prostu miał to gdzieś, czy też dążył do tego, by wyglądać jak doświadczony, budzący respekt wilk morski. Jedynie jego oczy, ukryte pod krzaczastymi, nieprzystrzyżonymi brwiami, zdradzały, jak poczciwy i dobry z niego facet.

– Konrad, kurwa, okręt idzie. Nie płynie. Pływa gówno, a okręt chodzi. Naucz się tego w końcu. Jesteś częścią tej jednostki. Nie zapominaj o tym.

– Przecież wiesz, że się z tobą droczę, Adam. Luzuj majty. – Uśmiechnąłem się lekko.

– Posłuchaj. Ja rozumiem: wy, piloci, jesteście z innej gliny. Bardzo was lubię, szanuję i podziwiam. Ale ty też zrozum. W morzu są pewne zasady. I wszyscy muszą ich przestrzegać. To jest mój okręt i ja decyduję, co można, a czego nie można. Jeśli już naprawdę musicie się napić, to zamknijcie się w swojej sali briefingu, udawajcie, że jesteście zajęci, i po cichu sobie tam coś sączcie. Ale niech tego, do cholery, nie widzą moi marynarze. Niech twoi ludzie nie łażą po okręcie pijani, nie śpiewają, nie namawiają do picia innych i, do kurwy nędzy, niech nie podrywają dziewczyn. One potem przychodzą się do mnie skarżyć i co ja mam im powiedzieć?

– Adam, tyle czasu w morzu. Młodzi chłopcy, dziewczyn na okręcie jak na lekarstwo. No nie powstrzymamy ich od zalotów. Mają się nie odzywać?

– Konrad!

– Dobra, dobra. Pogadam z chłopakami. Polej już coś, bo przestanę lubić do ciebie przychodzić – starałem się jak najszybciej zakończyć niezręczny temat i rozluźnić nieco atmosferę.

Adam przez chwilę się wahał, po czym westchnął głęboko i podszedł do miejsca, w którym stał solidny, metalowy sejf. Wcisnął kilka cyferek, przekręcił masywne koło i otworzył ciężkie drzwiczki.

– Może być rum?

– Nie będę wybrzydzał – przystałem ochoczo na jego wybór.

Adam nalał po sporym kieliszku jasnobrązowego trunku, postawił go na stole i usiadł ciężko naprzeciwko.

– Tak naprawdę to chcę z tobą porozmawiać o jeszcze jednej sprawie – zaczął tajemniczo. – Doszły mnie słuchy, że źle traktujesz Kornelię.

– Źle traktuję? A cóż to niby znaczy? Pożaliła się? Nie wierzę – powiedziałem zdumiony, sięgając po kieliszek.

– Ona się dopiero uczy. Jest bardzo pojętna i inteligentna. Ma jaja. Dlatego to ją wyznaczyłem na kontrolerkę waszych lotów. Mógłbyś być dla niej mniej surowy i pomóc jej się wdrożyć w tę robotę? To przyniesie korzyść wszystkim, bo ona będzie mogła skupić się jedynie na swojej pracy, a wy dzięki temu będziecie bezpieczniejsi. Mogę cię o to prosić?

– Ja nie jestem jej niańką, Adam. I nie mam zamiaru być. Jak się nie nadaje, to daj nam kogoś innego. Taki los marynarza, sam to przecież wiesz najlepiej. Nie ma miękkiej gry. – Podniosłem głos.

– Konrad. Po prostu się dogadajcie. Mam naprawdę za dużo na głowie, żeby się jeszcze takimi sprawami zajmować. Pojutrze schodzimy na ląd. Gdzie macie tym razem odprawę pilotów?

– U Niemiaszków – odparłem.

– Okej, to zabierzesz Kornelię ze sobą na tę odprawę. Niech się wdraża – zdecydował dowódca. – Twoje zdrowie – dodał szybko, kiedy nabierałem powietrza, aby zaprotestować.

– Zdrowie, dowódco – odpowiedziałem jedynie, stukając kieliszkiem w kieliszek Adama.

Postoje w portach to poza lataniem najlepszy czas w kilkumiesięcznych rejsach. Nie przywiązywałem większej wagi do tego, w jakim kraju cumujemy. Najważniejsze było to, by jak najszybciej postawić kołysane przez dwa tygodnie falami ciało na stabilnym podłożu. Poczuć przestrzeń. Ruch, gwar, ludzie, których nie znam, obcy język, zapachy. Odnosiłem wtedy wrażenie, jakbym wychodził z więzienia na przepustkę. Na wolność.

Ten postój miał być ostatnim podczas naszego trzymiesięcznego rejsu. Malta.

Załoga okrętu zajęta była czynnościami dobijania do portu, a ja jak zwykle w tym czasie przeprowadzałem krótką odprawę ze swoim komponentem lotniczym.

– Sami wiecie, że muszę to powtórzyć po raz kolejny. Ostatni podczas tego rejsu. Niebawem będzie można opuścić okręt. Pamiętajcie, że reprezentujecie polską Marynarkę Wojenną, ale również siły NATO. Postarajcie się zachowywać godnie. Pijcie z głową, nie wdawajcie się w bójki, bądźcie ostrożni w kontaktach z paniami czekającymi już zapewne na brzegu, rozkochanymi w was, a raczej w waszych grubych, według nich, portfelach. O dwudziestej drugiej powinniśmy wszyscy wrócić na okręt, a opuścić go możemy ponownie dopiero jutro po śniadaniu. Nie będę tego sprawdzał, wierzę, że wszyscy jesteśmy dorośli. Życzę dobrej, bezpiecznej dwudniowej zabawy. Pamiętajcie, że za dwa dni działamy dalej, i to ostro. Chcę was mieć wszystkich wypoczętych i gotowych. Czy są jakieś pytania?

Omiotłem szybko wzrokiem kilkunastoosobową załogę, ale upewniłem się tylko, że jedyne, o czym teraz myślą, to zejście na ląd. Nie miałem złudzeń – wiedziałem, że to, co mówię, wpada wszystkim do głowy jednym uchem, a wypada drugim, wypompowywane chęcią szalonej zabawy.

– Zatem do jutra na śniadaniu. Można się rozejść – zakończyłem.

– Idę się przebrać i widzimy się za pół godziny przed trapem? – spytał podekscytowany Krzysiek. – Zrobimy nocną rundkę po lokalach, a potem zobaczymy, co przyniesie los. – Krzysiek objął mnie i Andrzeja za szyję i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Nie przebieram się jeszcze – oznajmiłem.

– Co? Idziesz w miasto w kombinezonie? Rozumiem, laski lecą na lotnicze śpiochy. Dobry pomysł. – Krzysiek strzepnął niewidzialny pyłek ze swojego kombinezonu, wyraźnie zastanawiając się, czy powinien zmienić ubranie.

– Przebiorę się, ale później. Muszę iść na odprawę lotniczą do Niemców – wyjaśniłem.

– Zapomniałem. No to dobrej zabawy. Dołącz do nas potem, przyślę ci pinezkę, gdzie będziemy się bawić. Chodź, Jędrek. – Klepnął w plecy niższego o głowę kolegę, po czym ruszyli wąskim korytarzem w stronę swojej kajuty.

– Podobno mam iść z tobą na odprawę – usłyszałem nagle za sobą głos Kornelii.

– A, tak. Jesteś gotowa?

– Nie wiem. Mam notatnik, długopis. Powinnam zabrać coś jeszcze? – spytała niepewnie.

– Pas cnoty. Tam będzie mnóstwo wygłodniałych pilotów.

– Sądzisz, że jestem taka atrakcyjna?

– Nadinterpretujesz.

– Jesteś jednym z nich, Konrad. Też jesteś wygłodniały?

– Chodźmy już. Każda sekunda na tej łajbie to czas stracony – uciąłem, kierując się w stronę trapu.

Odprawa pilotów naszego zespołu okrętów odbywała się jak zwykle w pomieszczeniu Bojowego Centrum Informacji. Tym razem organizowali ją Niemcy. Każde BCI było dosyć słabo oświetlone, wyposażone w ekrany radarów, komputery i radiostacje. To tutaj podczas zadań bojowych zbierano wszelkie informacje i podejmowano ważne decyzje.

– O, jesteś, Raven. Czekaliśmy tylko na was. Miło nam was powitać całych i zdrowych. W takim razie chyba możemy zacząć – przywitał nas Jurgen, dowódca niemieckiego komponentu lotniczego.

– Nam również miło was widzieć całych. Szczególnie ciebie, Tom. Przykro mi z powodu waszego śmigłowca. – Podałem rękę stojącemu tuż przy drzwiach kanadyjskiemu pilotowi.

– Tak bywa, Raven. Mamy drugi – odrzekł, ściskając mi mocno dłoń.

– To jest Kornelia, nasza kontrolerka. Chciałem, żeby was poznała osobiście, bo do tej pory jedynie słyszała wasze głosy przez radio. Była ciekawa, jak wyglądają twarze niektórych zboków – zażartowałem, rozweselając większość obecnych.

– Miło cię poznać, Kornelio. Może przedstawimy się po odprawie. Zróbmy ją szybko i miejmy to za sobą – zadecydował Jurgen.

Kolejna godzina minęła na podsumowywaniu tego, co do tej pory jako lotnictwo wykonaliśmy, omawianiu niedociągnięć, wyciąganiu wniosków na przyszłość oraz planowaniu działań na pozostałą część rejsu. Kornelia notowała skwapliwie w swoim notatniku, jakby od tego zależały losy świata. Wyglądało to dosyć komicznie, biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie ustalenia miały zostać skrupulatnie spisane i przesłane mailem każdemu z uczestników spotkania. Nie powiedziałem jej tego. W końcu miała się czegoś nauczyć.

– To chyba wszystko. Jeśli nie ma więcej pytań, to ogłaszam BRAWO INDIA OSKAR – zakończył spotkanie Jurgen.

Na twarzach zgromadzonych pojawiły się szczere uśmiechy, skrywane do tej pory pod maskami powagi. W BCI zrobiło się gwarno, a po chwili piloci zaczęli wychodzić, konwersując ze sobą na mniej służbowe tematy.

– Konrad, co znaczy BRAWO INDIA OSKAR? W tabeli kodowej nie ma tego skrótu – odezwała się cicho wyraźnie zmieszana Kornelia.

– To bardzo tajny kod. Zdradzę ci go, ale nigdzie go nie zapisuj. Nikomu nie przekazuj. Gdyby cię kiedyś wzięli do niewoli i torturowali, powiedz wszystko poza tym – starałem się zachować poważny, konspiracyjny ton odpowiedzi. – BIO oznacza – zawiesiłem głos – BAR IS OPEN! – dokończyłem i roześmiałem się głośno.

– Dupek – odpaliła, zdenerwowana.

– Wyluzuj już. Chodźmy za nimi. Wypijemy jakieś piwko, pośmiejesz się trochę z ich durnych żartów i mamy wolne. – Położyłem dłoń na jej ramieniu i pchnąłem ją lekko do przodu.

Niemcy zawsze mieli u siebie dobrze schłodzone, smaczne piwo i mnóstwo pysznych przekąsek. Tak było i tym razem. Zanim ktokolwiek przekroczył próg oficerskiej mesy, w której przygotowano część nieoficjalną spotkania, dostał do ręki butelkę złotego trunku. Przez kolejną godzinę zdążyłem z każdym zamienić kilka słów, wypić cztery browary oraz napchać żołądek krewetkami, koreczkami i słonymi paluszkami.

Kornelia w tym czasie świetnie radziła sobie sama. Oczywiście, zgodnie z moimi przewidywaniami, każdy chciał ją jak najlepiej poznać i zaprezentować jej swoją niepowtarzalną zajebistość.

Udawałem, że kompletnie mnie nie interesuje, czy się dobrze bawi, ale złapałem się na tym, że przez cały czas dyskretnie obserwuję, co robi i z kim rozmawia. Widziałem kątem oka, jak śmieje się z żartów Torresa, zachwyca wspomaganą gestykulacją opowieścią o lataniu Iana czy zatroskana słucha historii o wypadku Toma.

Po godzinie przeprosiła swoich rozmówców i podeszła do mnie.

– Mogę na słówko, Konrad? – przerwała moją rozmowę z Jurgenem.

Niemiec wyciągnął w naszą stronę rękę z butelką piwa, podniósł ją powoli, po czym odszedł do stojącej obok grupy pilotów.

– Wiesz, będę się już zwijała.

– Okej, nie musisz mi o tym mówić. Rób, co chcesz.

– Tak, wiem. Ale… – Kornelia opuściła głowę i zawiesiła głos. Chwilę potem spojrzała na mnie ponownie i niespodziewanie zaproponowała: – Nie miałbyś ochoty spotkać się ze mną dzisiaj w Valletcie? Zjedlibyśmy razem kolację, porozmawiali?

Patrzyłem na nią zaskoczony. Przyłożyłem do ust butelkę z piwem i bardzo powoli przechylałem dno ku górze, zyskując tym samym czas na wymyślenie odpowiedzi.

– Obiecałem spędzić wieczór z Krzyśkiem i Andrzejem… – odezwałem się wreszcie.

– Rozumiem. Może innym razem. Dobra, spadam. Baw się dobrze. – Kornelia odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę wyjścia z mesy.

– Ale byłem już z nimi tyle razy, że jeśli dziś pobawią się trochę sami, to się pewnie nic nie stanie. Ambrosia? Za godzinę? – zaproponowałem.

– Znajdę. Do zobaczenia. – Uśmiechnęła się szeroko, po czym wyszła z pomieszczenia, zamykając za sobą ciężkie, metalowe drzwi.

Szybki, gorący prysznic dodał mi nowej energii. Czułem, jakbym zmywał z siebie dwutygodniowe zmęczenie, pozbywał się okrętowego zapachu, by na chwilę stać się kimś zupełnie innym. Otworzyłem małą szafkę z ubraniami i wyjąłem z niej białą, lnianą koszulę oraz wąskie, ciemnoniebieskie dżinsy. Zastanawiałem się przez moment, jakie obuwie założyć. W taki upał najwygodniej byłoby wskoczyć w wygodne klapki, jednak czekało mnie pewnie sporo chodzenia. Wybór padł na brązowe, skórzane półbuty.

Zawsze przykładałem wagę do ubioru. Dbanie o strój i wygląd zewnętrzny sprawia, że łatwiej nawiązać znajomości i przyciągnąć do siebie ludzi, a co najważniejsze – zyskuje się większą pewność siebie i lepsze samopoczucie.

Niestety, okręt ograniczał moje możliwości strojenia się do minimum. Kiedy byliśmy w morzu, obowiązywały nas mundury i kombinezony lotnicze. Rzeczy cywilne przydatne podczas pobytu na lądzie ograniczały się do kilku sztuk ze względu na brak miejsca do przechowywania tak mało istotnych dla marynarzy pierdół.

Spacer do Ambrozji zajął mi niecałe dwadzieścia minut. Z jednej strony chciałem iść bardzo wolno, by delektować się każdym krokiem stawianym na maltańskiej ziemi, obserwować zachłannie wszystko wokół i cieszyć się widokiem tubylców; z drugiej jednak nie chciałem się spóźnić, co zdecydowało o tym, że przyspieszyłem.

Miałem świra na punkcie punktualności. Uważałem, że jest ona wyrazem szacunku. To szanowanie czyjegoś czasu. Ktoś, kto tego nie rozumie i nie przestrzega, już na starcie znajomości ma u mnie minus na swojej białej do tej pory karcie.

Te dwadzieścia minut wystarczyło mi jednak, żeby poczuć maltański klimat. Trasa w większości prowadziła wzdłuż wybrzeża. Po prawej stronie roztaczał się błękit Morza Śródziemnego, na które z tej pespektywy patrzyłem z rozkoszą. Z lewej mijałem natomiast budynki z piasku, jak je nazwałem z powodu ich jasnożółtego koloru oraz kształtu przypominającego zamki, które budowałem mozolnie na plaży, kiedy byłem dzieckiem. Choć uliczki były bardzo wąskie, nie brakowało straganów czy kawiarnianych stolików kuszących turystów do zostawienia paru euro.

Redakcja: Adrianna Hess

Korekta: Katarzyna Wieczorek, Agnieszka Zienkowicz

 

Projekt okładki i stron tytułowych: Małgorzata Uglik

 

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

tel. +48 505 636 224

 

ISBN 978-83-68608-50-2