Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
On walczy o karierę. Ona – o odwagę, by wrócić.
Dylan Donovan, gwiazda uniwersyteckiej drużyny hokejowej, zostaje zawieszony po jednej nieodpowiedzialnej decyzji. Sierra Romanova, była olimpijka w łyżwiarstwie figurowym, próbuje wrócić na lód po wypadku, który zostawił ją z traumą i panicznym lękiem.
Kiedy zostają zmuszeni do wspólnych treningów, żadne z nich nie jest tym zachwycone. On musi udowodnić, że wie, co to dyscyplina. Ona potrzebuje partnera, który pomoże jej odzyskać pewność siebie. Z czasem napięcie między nimi zmienia się w zaufanie, a współpraca zaczyna znaczyć więcej niż osobiste ambicje. Każde z nich wie jednak, że sukces wymaga poświęceń. Czy rodzące się uczucie okaże się ważniejsze niż kariera?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 482
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Beach Weather Sex, Drugs, Etc.
Olivia Rodrigo Making the Bed
Pink Floyd In the Flesh?
Travis Scott I Know?
Billie Eilish The Greatest
Taylor Swift Mirrorball
Amy Winehouse Back to Black
The Red Clay Strays Wondering Why
ABBA Lay All Your Love On Me
Chris Stapleton Cold
Chase Atlantic The Walls
Tate McRae Sports Car
Måneskin I Wanna Be Your Slave
The Weeknd Starry Eyes
Cigarettes After Sex Nothing’s Gonna Hurt You Baby
Mac Miller and Empire of the Sun The Spins
The Weeknd Coming Down
Grace Potter Something That I Want
Ariana Grande Imperfect for You
The Paper Kites Bloom
TYTUŁ ORYGINAŁU:Revolve
Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska Redakcja: Jarosław Byczkowski Korekta: Patrycja Klempas Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski Ilustracja na okładce: © Leni KauffmanIlustracja na stronach rozdziałowych: © incomible / Stock.Adobe.com
Revolve. Copyright © 2025 by Bal Khabra. By arrangement with the author. All rights reserved.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Karolina Bochenek, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-854-6
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Dla każdego, kto musiał się poskładać na nowo, gdy poszczególne części już do siebie nie pasowały
– Oblałeś test na obecność narkotyków.
Cholera.
Z telefonem przy uchu opieram głowę o kierownicę, czując, jak zimna skóra odciska się na moim czole. Walczę z chęcią walenia w nią tak długo, aż zapomnę o wszystkim, co poszło nie tak, odkąd postawiłem wczoraj stopę na kampusie.
Uniwersytet Daltona oficjalnie wznowił zajęcia. Cóż, ściślej mówiąc, rozpoczną się dopiero za kilka dni, ale hokej już ruszył. W przeciwieństwie do trenerów z innych uczelni, trener Kilner kładzie szczególny nacisk na to, żeby jak najszybciej odhaczyć wszystkie sprawy organizacyjne, bo nie zamierza marnować na to cennego czasu na treningach. Wyobrażam sobie, że budzi się każdego ranka zlany zimnym potem i obsesyjnie sprawdza, czy nadal jest rekordzistą pod względem liczby zwycięstw w Frozen Four1.
Te trzeźwiące słowa usłyszane o szóstej rano przez telefon z ust studenta trzeciego roku medycyny, Vika Chopry, uderzają mnie na tyle, że kac cudownie znika. Kac, którego w ogóle nie powinienem mieć.
Vik jest wolontariuszem w Szpitalu Uniwersyteckim Daltona, dlatego pierwszy wie o wszystkim, co dotyczy zdrowia sportowców akademickich. W zeszłym roku kandydował do mojego bractwa studenckiego Kappa Sigma Zeta, a ja pomogłem mu się do niego dostać. Ten ostrzegawczy telefon od niego to coś w rodzaju spłaty długu wdzięczności wobec mnie.
Impreza sprzed tygodnia, odbywająca się tuż przed naszymi przedsezonowymi testami na obecność narkotyków, była studencką klasyką gatunku: spocone ciała, alkohol i kłęby dymu z marihuany (choć muszę przyznać, że sam urządzałem znacznie bardziej szalone melanże). Niewiele z niej pamiętam, poza dwiema dziewczynami: brunetką i różowowłosą, które bardzo chciały, żebym zobaczył ich sypialnię. Było super, jak zawsze – oczywiście tamtej nocy nie zmrużyliśmy oka. Obudziłem się dopiero w środku dnia, ze słońcem świecącym mi prosto w twarz i śladami po linach na nadgarstkach.
Mam poważne luki w pamięci, ale chyba lepiej, żebym nie pamiętał dokładnie, jak bardzo się urżnąłem i czy rzeczywiście sięgnąłem po coś więcej niż tylko whisky i piwo. Choć najwyraźniej tak właśnie, kurwa, zrobiłem.
Za to aż za dobrze pamiętam rozmowę z rodzicami tuż przed wyjściem z domu. Rozłączyłem się ze złością, nie chcąc ich już słuchać, i właśnie wtedy Tyler Sampson, nasz zastępca kapitana, dał mi cynk o tej imprezie. Gdybym nie był tak wkurzony po tym, co mi powiedzieli, może poszedłbym po rozum do głowy i odrzucił zaproszenie. Już to, że z własnej woli poszedłem na imprezę organizowaną przez Yale, zwiastowało fatalny początek semestru jesiennego.
– Możesz coś z tym zrobić? – pytam.
Oczywiście chodzi mi o to, czy może to jakoś zatuszować.
To naprawdę duża prośba, zważywszy na to, że Vik jest tu na stypendium i pełni funkcję przewodniczącego ds. filantropii w naszym bractwie. Facet organizuje zbiórki charytatywne i nadzoruje je z czystej dobroci serca. To taki typ, któremu możesz bez obaw zostawić drinka, a on go nie wypije – w przeciwieństwie do mnie. Po prostu święty chłopak. Jego siostra natomiast… Powiedzmy, że to z jej powodu stoję teraz na parkingu przed akademikiem Iona House o szóstej rano. Nie mówię mu tego jednak.
– Wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko, D – rzuca z ciężkim westchnieniem. – Ale nawet wynik niejednoznaczny wzbudziłby podejrzenia. Tak czy inaczej ta informacja i tak trafiłaby do dyrektora sportowego oraz twojego trenera.
Słyszę stukot klawiatury.
– Mogę chwilę zatrzymać wyniki u siebie i zobaczę, co da się zrobić.
– Doceniam to, stary. Bądźmy w kontakcie.
Wkładam telefon do uchwytu w konsoli. Jeśli to się wyda, będę skończony. Draft do drużyny Nowego Jorku w zeszłym miesiącu jeszcze nic nie znaczył, bo nie podpisałem kontraktu. Nic tak nie sprowadza człowieka na ziemię jak oblany test na narkotyki.
Słońce dopiero wschodzi, kiedy odjeżdżam spod Iona House. Wczoraj wieczorem siostra Vika, Mehar, która jest w drużynie nurków, zaprosiła mnie na przedsezonową imprezę swojego teamu. Powiedziała, że przypominam jej Nicolasa Vasqueza – piłkarza, na którego punkcie ma obsesję – i zapytała, czy pójdę z nią do jej akademika. Nie miałem nic przeciwko, a jak się okazało, to wcale nie imię Nicolasa wypowiadała, kiedy jej dłonie błądziły po moim ciele, a nogi oplatały mnie w talii.
Kiedy wchodzę do domu hokejowego – mojego schronienia poza kampusem, bo nadal odmawiam zamieszkania w akademiku swojego bractwa – zastaję Kiana leżącego twarzą w dół na podłodze w salonie. Na stoliku kawowym leżą otwarty podręcznik i miska rozmoczonych płatków śniadaniowych.
Z Kianem Ishidą przyjaźnimy się od drugiej klasy podstawówki. Wtedy jeszcze błędnie uważałem go za cichego chłopaka, który dopiero co przeprowadził się z Japonii do Connecticut, żeby zamieszkać tu z ciotką. Od tamtej pory ukarano nas więcej razy za złe zachowanie, niż potrafię zliczyć. Cudem dostaliśmy się na Uniwersytet Daltona.
Wczoraj obiecaliśmy sobie, że to nasza ostatnia impreza i że w tym semestrze nie będziemy już robić głupot. W zeszłym przeszliśmy prawdziwe piekło: trener Kilner dawał nam ostry wycisk po tym, jak ci z Yale zdemolowali nam kampus podczas balangi, na którą ich zaprosiliśmy.
Wygląda na to, że choć Kian wczoraj wieczorem wszedł na stół i darł się jak opętany podczas karaoke, to i tak dziś rano zwlókł się z łóżka na kacu, żeby nadrobić zaległości.
– Co ty wyprawiasz? – pytam.
– To mój czas leżenia na podłodze – mamrocze w perski dywan.
– Ten dywan jest obleśnie brudny. – Był tu, jeszcze zanim się wprowadziliśmy, a imprezy, które od tamtej pory urządziliśmy, zdecydowanie mu nie posłużyły.
– Też jestem brudny – odpowiada Kian. Nagle zrywa się na równe nogi i w popłochu szuka telefonu. – Spóźniłem się na zajęcia? – Wzdycha głośno, gdy widzi, że ma jeszcze czas.
Kieruję się do kuchni i zaglądam do lodówki, choć dobrze wiem, że to smutne cmentarzysko podejrzanych resztek. Znajduję na wpół opróżnione butelki po sosach, resztkę mleka, czerstwy bochenek chleba i trochę soku pomarańczowego.
– Dlaczego jesteś na nogach o tak wczesnej porze? – pyta Kian, kiedy do mnie dołącza. – Trening jest dopiero po południu. Sebastian i Cole już są na lodowisku, tak na wszelki wypadek, żeby zmiękczyć Kilnera.
To wyjaśnia, dlaczego naszych dwóch pozostałych współlokatorów i świeżo upieczonych studentów czwartego roku nie ma w domu. Dom hokejowy wydaje się cholernie pusty, odkąd poprzedni kapitan Aiden Crawford i obrońca Eli Westbrook dostali się do ligi. Gdybyśmy nie obijali się z Kianem przez ostatnie cztery lata, gralibyśmy teraz z nimi. Zamiast tego jednak utknęliśmy tutaj i kończymy ostatni semestr. Chcieliśmy w ten sposób uniknąć zostania wolnymi agentami, w razie gdyby draft nie poszedł po naszej myśli. Na szczęście poszedł, ale i tak musimy jeszcze skończyć studia, zanim przyjmą nas oficjalnie do drużyny w przyszłym roku.
– Dopiero wróciłem do domu. – Wypijam resztkę soku z kartonu.
Byłbym skończonym idiotą, gdybym dał Kianowi choć cień podejrzenia, że właśnie mogłem zrujnować sobie życie i zaprzepaścić karierę. Ten facet ma obsesję na punkcie naprawiania cudzych błędów, a to ostatnie, czego teraz potrzebuję.
– Byłeś z Crystal? Wczoraj mocno się do siebie kleiliście.
Cholera, nie pamiętam. Niczego nie pamiętam, poza tym, że obudziłem się u boku kogoś, kto na pewno nie miał na imię Crystal. Ach, i w pewnym momencie Kian zerwał z siebie koszulkę, która się zapaliła, a potem wszyscy skoczyli do basenu. To wyjaśnia, dlaczego mam na sobie cudzą koszulkę. Pewnie wskoczyłem tam z nimi.
– Wszystko okej? – pyta, kiedy nie odpowiadam.
Obserwuje mnie jak jastrząb, czekając, aż wyjaśnię, dlaczego dopiero wróciłem do domu. Po wiadomości od Vika, w której poprosił, żeby do niego zadzwonić, wymknąłem się z Iony i wsiadłem do samochodu, żeby z nim spokojnie porozmawiać.
– A czemu miałoby nie być?
– Tak tylko pytam. – Kian wzrusza ramionami. – A tak w ogóle przyszło coś do ciebie.
Podaje mi białą kopertę, a gdy tylko dostrzegam na niej pretensjonalny herb rodziny Donovanów, mam ochotę zgnieść ją w dłoni.
– Dzięki – mamroczę pod nosem.
– Wygląda naprawdę elegancko. Co to jest?
Zaciskam zęby na wspomnienie wideorozmowy z rodzicami z zeszłego tygodnia i ich szerokich uśmiechów – sztucznych i wymuszonych. Siedzieli przyciśnięci do siebie, jakby to miało przekonać ich samych i mnie, że wszystko jest w porządku. Gadali o zaczynaniu od nowa i odbudowywaniu rodziny, jakby nic złego się nigdy nie stało. Rozłączyłem się, zanim zdążyli dokończyć.
Jak mama mogła tak po prostu zapomnieć o tych wszystkich nieprzespanych nocach, o dniach, kiedy nie zdołała nic przełknąć, o tym, jak musiałem karmić ją i moją młodszą siostrę Adę, kiedy ona nie potrafiła nawet na nią spojrzeć?
– Nieważne. – Idę do swojego pokoju, zanim zdąży zasypać mnie kolejnymi pytaniami.
Rzucam kopertę na biurko, a ona ląduje za ramką ze zdjęciem moim i Ady z naszych ostatnich zawodów par sportowych w łyżwiarstwie figurowym. Kiedyś je uwielbialiśmy, dopóki nie zorientowaliśmy się, że tylko mama pojawia się na trybunach.
Ruszam pod prysznic, chcąc jak najszybciej zrzucić z siebie ubrania poplamione piwem i przesiąknięte zapachem marihuany. Choć pokój nie wyróżnia się niczym szczególnym, prysznic to mój azyl. Kiedy dziadkowie Aidena kupili mu ten dom na pierwszym roku studiów, bez wahania zaproponował nam, żebyśmy tu z nim zamieszkali, zupełnie za darmo. Wielokrotnie nalegałem, żeby płacić czynsz, ale nie chciał o tym słyszeć. Jestem mu za to wdzięczny. Zwłaszcza że, technicznie rzecz biorąc, wciąż należę do Kappa Sigma Zeta.
Nie planowałem tego – tak się schlałem w tygodniu naborów, że przypadkiem zgłosiłem swoją kandydaturę i od razu zostałem przyjęty. Kian też próbował, ale się nie dostał. Musiałem potem tygodniami wysłuchiwać jego narzekań.
Schylam się pod prysznicem – strumień moczy mi włosy, a piana spływa po ciele. Ból głowy po rozmowie z rodzicami, nowinie od Vika i wczorajszym bezmyślnym imprezowaniu wydaje się spływać ze mnie wraz z wodą do odpływu. To jedyne miejsce, w którym mogę odetchnąć i udawać, że mam wszystko pod kontrolą. Nikt nigdy tu ze mną nie był i tak już zostanie.
Ubieram się, kiedy Kian puka do drzwi.
– Trening przełożony! – krzyczy. – Czekam w samochodzie.
* * *
Ostry dźwięk gwizdka trenera przeszywa moją skacowaną głowę.
– Czy któremuś z was wyglądało to jak gra na poziomie Division I2? – wrzeszczy. – Na litość boską, to już drużyna maluchów grała dziś lepiej od was.
– Trzeba im przyznać, że są całkiem niezłe – zauważam.
– Musisz nam trochę odpuścić, trenerze. Dopiero wróciliśmy z wakacji. Wiesz, jak to jest. – Kian puszcza mu oko i podjeżdża, żeby żartobliwie klepnąć go w brzuch.
Trener Kilner może i porusza się wolniej niż kiedyś, ale w rozgrywce jeden na jeden spokojnie rozłożyłby na łopatki każdego z nas. Ignoruje zaczepkę Kiana i – na szczęście – nie łamie naszemu prawoskrzydłowemu ręki.
– Czeka was dużo pracy. Na następnym treningu macie mi pokazać, że nie opieprzaliście się przez całe lato. Nowy kapitan tego dopilnuje, prawda, Dylan?
Co takiego?
– Nie miał pan na myśli Sampsona?
Tyler Sampson, który został kapitanem po podejściu Aidena, kręci głową. Chociaż spędziliśmy razem prawie cało lato, rozmowy rzadko wykraczały poza gadanie o głupotach przy alkoholu. Nasza relacja była prosta: chodziło o to, żeby się nawalić, a potem to powtórzyć.
– Rezygnuję z funkcji kapitana – oznajmia Sampson i wszyscy zamierają. – Przy moich zajęciach z prawa niemal nie mam na to czasu. Ta drużyna potrzebuje kogoś w pełni zaangażowanego i w głosowaniu wybraliśmy ciebie.
Jakim głosowaniu, do jasnej cholery? Kiedy się ono odbyło?
– Przegapiłeś głosowanie, a tym samym dobrowolnie zrzekłeś się swoich demokratycznych praw – stwierdza trener.
Kian cofa się na łyżwach i wpada na mnie.
– Pamiętasz urodziny Aidena w zeszłym semestrze? Następnego dnia nie przyszedłeś na trening. To wtedy głosowaliśmy.
Na samo wspomnienie tamtego czasu ściska mnie w żołądku. To było w lutym, kiedy mama zadzwoniła do mnie z płaczem, oczywiście z powodu ojca. Wtedy znowu nie wrócił do domu i miała już tego dość.
Odwracam się w stronę chłopaków, którzy patrzą na mnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie, że wybrali mnie na kapitana. Wtedy dociera do mnie, że większość tych idiotów jest w bractwach studenckich, a ja, próbując się bardziej zaangażować w sprawy drużyny i własnego bractwa, wziąłem kilku z nich pod swoje skrzydła. Trenowali ze mną podczas sesji indywidualnych. Tyle że nigdy nie chciałem zostać ich pieprzonym mesjaszem.
– Powitajcie nowego kapitana, Dylana Donovana.
Gwizdy i wiwaty odbijają się echem po lodowisku, a do mnie wciąż to jeszcze nie dociera.
Kapitan? Nie ma, kurwa, mowy.
– Pan chyba żartuje, trenerze?
– Nie mam wpływu na głosy twoich kolegów z drużyny. Sami tak zdecydowali. A zważywszy na to, że w przyszłym roku lecisz do Nowego Jorku, powinieneś się chyba w końcu nauczyć przywództwa i dyscypliny, nieprawdaż?
Świetnie. Zbiera mi się na wymioty, a jego słowa są jak igła trafiająca w już przebity balon.
– I nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia? – pytam.
– Czas dorosnąć, Donovan. Koniec z wygłupami.
Powinienem coś powiedzieć – cokolwiek. Muszę mu jakoś przekazać informację o tym nieszczęsnym teście na obecność narkotyków. Tylko że w głębi duszy wciąż jeszcze mam nadzieję, że Vik jakoś to załatwi i mi się upiecze.
– Nowy skład linii zostanie wywieszony na następnym treningu. Rozejść się – zbywa nas Kilner.
W szatni prawie trafia mnie szlag, gdy chłopaki skandują „DD! DD! DD!”. Zdejmuję strój, a moja frustracja jeszcze rośnie, gdy patrzę na koszulkę. Kiedyś marzyłem, aby widniała na niej litera C, symbol kapitana. Ale to marzenie zgasło, gdy komentatorzy i sędziowie przypięli mi łatkę „brawurowego”, „porywczego” i „agresywnego” zawodnika.
Kian podchodzi do mnie z zakłopotanym uśmiechem.
– Głosowałem na ciebie dla żartu.
– Świetnie, twój pieprzony żart to teraz moja rzeczywistość.
Siada na ławce obok mojej szafki.
– To tylko jeden semestr. Jakoś to przeżyjesz.
Omijam chłopaków, którzy mi gratulują, i ruszam do gabinetu Kilnera. Już mam wpaść z impetem do środka, kiedy zatrzymuję się przy jego drzwiach.
Gdybym zobaczył jeszcze teraz rozczarowanie na twarzy trenera, tylko by mnie to dobiło. No i nie mogę mu przecież powiedzieć, dlaczego to zły pomysł, abym został kapitanem. Najpierw muszę spróbować ogarnąć tę sprawę z testem.
Odsuwam się od drzwi akurat w momencie, gdy Kian wpada na mnie, czym przywraca mnie do rzeczywistości, w której nikt nie wie, jak bardzo wszystko spieprzyłem. Jeszcze nie.
Przyjaciel podnosi na mnie wzrok znad telefonu.
– Wiem, że mieliśmy się już zachowywać jak aniołki – szepcze – ale Beta Phi urządza dziś wieczorem imprezę.
Nie powinienem tam iść. Nie teraz, kiedy moja kariera wisi na włosku. Ale… pieprzyć to. Jutro będę się o to martwił.
– Idziemy – mówię.
1 Frozen Four – półfinały i finały hokejowych rozgrywek drużyn szkół wyższych w Stanach Zjednoczonych. [Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].
2 Najniższa dywizja uczelnianego hokeja.
Moja głowa uderza o lód i słyszę trzask czaszki, zanim jeszcze ciemnieje mi przed oczami.
Przerażony krzyk mamy przebija się przez panujący wokół chaos i miesza z kakofonią dźwięków. Łyżwy wydają się ciężkie jak z ołowiu, gdy leżę nieruchomo na lodzie, czując, jak całe moje ciało drętwieje. Świat miga mi przed oczami – pojawia się i znika. Słyszę przenikliwy wysoki dźwięk syreny karetki.
– Sierra. – Czyjś głos wyrywa mnie z mroku, jakby wyciągał mnie na powierzchnię przez zamarzniętą taflę jeziora.
Oddycham płytko i ciężko, z trudem łapiąc powietrze pod ciężarem wspomnień splamionych krwią.
– Sierra. – Znów przywołuje mnie znajomy głos.
Zaraz potem czuję chłodny dotyk na szyi i ktoś pomaga mi usiąść.
– Już dobrze, już po wszystkim. Jesteś bezpieczna.
„Jesteś bezpieczna” – te słowa rozbrzmiewają echem w mojej głowie, tłumione przez dzwonienie w uszach, głośniejsze niż syreny, które przed chwilą słyszałam. Otwieram oczy, siadam na łóżku i widzę lampkę na biurku rzucającą ciepłe żółte światło na mój pokój.
Obok mnie siedzi Scarlett z tymi swoimi wiśniowymi włosami splecionymi w dwa luźne warkocze. Przykłada mi okład z lodu do karku. Zimna kropla spływa mi po kręgosłupie i wyrywa z odrętwienia. Przyciągam kolana do piersi i opieram na nich głowę, a kołdra unosi się wraz z tym ruchem.
– Przepraszam – szepczę, próbując się skupić na oddechu.
Oddychanie. To naturalna automatyczna funkcja organizmu, a jednak potrzebuję sobie przypominać, jak się to robi. Żałosne.
Budzę się tak każdej nocy, odkąd trzy dni temu wprowadziłyśmy się do akademika. Zwykle sama się z tego otrząsam, dziś Scarlett musiała mnie usłyszeć z pokoju obok przez cienkie ściany.
Podaje mi szklankę wody, a ja biorę ją drżącą ręką i wypijam duszkiem. Chłodny płyn rozlewa się po moim napiętym ciele i nieco mnie rozluźnia.
Bransoletka z zawieszkami brzęczy, gdy Scarlett masuje mi plecy.
– Stresujesz się dzisiejszym dniem?
Hartford w stanie Connecticut to siedziba Uniwersytetu Daltona, a ja mieszkam w tym mieście całe życie. Moja pierwsza jazda na łyżwach odbyła się właśnie na lodowisku należącym do uczelni. Gdy tylko Międzynarodowa Unia Łyżwiarska zatwierdziła uczelniany program łyżwiarstwa figurowego, wiedziałam, że będę na niego uczęszczać.
Dziś po raz pierwszy od czasu wypadku oficjalnie wracam na lodowisko. Po sześciu tygodniach spędzonych w szpitalu Hartford General w zeszłym roku wydaje się, jakby minęła cała wieczność. W świecie łyżwiarstwa figurowego to rzeczywiście szmat czasu. Do tej pory przygotowywałam się do powrotu, ćwicząc na materacach i na siłowni, pływając, uprawiając pilates i balet. Jakaś część mnie doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że traktowałam te wszystkie aktywności jako ucieczkę. Nie mogę już jednak dłużej uciekać. Zanim lodowisko stało się dla mnie tak okrutne i bezlitosne, było moim domem. I już za bardzo za nim tęsknię.
– Pewnie moje ciało przygotowuje się już na wysłuchiwanie wrzasków Lidii przez dwie godziny – odpowiadam.
– Jeśli ktokolwiek da sobie radę, to właśnie ty, Si. Nie chciałabym jednak, żebyś się przeciążała po tym wszystkim, co przeszłaś. Powinnaś się trochę zabawić. Nadmierny wysiłek na pewno nie pomoże ci w rekonwalescencji.
– Minął już ponad rok. Odzyskałam formę.
Scarlett unosi brwi, a ja opadam z powrotem na łóżko. Kłębek żółtej włóczki, w który wbiłam wcześniej druty do robótek ręcznych, turla się u moich stóp.
– Serio, czuję się świetnie. Chcę po prostu wrócić do normalności.
A najlepiej cofnąć się do czasu, kiedy mogłam robić to, co chciałam, zanim umysł zaczął mnie blokować. Do czasu, kiedy się nie bałam.
– Wspaniale, bo dziewczyny z naprzeciwka zapytały, czy chcemy się z nimi zabrać na imprezę.
Ledwo udaje mi się stłumić jęk. Oczywiście chodzi o słynną imprezę powitalną w siostrzeństwie studenckim Beta Phi, do którego należała wcześniej Scarlett. Ze swoimi tatuażami i ufarbowanymi włosami moja najlepsza przyjaciółka to ostatnia osoba, po której można by się spodziewać dołączenia do panhelleńskiej społeczności studenckiej. A jednak była cholernie dobrą członkinią. Świetnie o tym wiem, bo kiedy się wycofała, jej koleżanki wysyłały mi wiadomości z błaganiami, żebym przekonała ją do powrotu.
W tamtym semestrze Scarlett przeszła na nauczanie zdalne i siedziała ze mną w szpitalnym pokoju, podczas gdy ja bezmyślnie oglądałam amerykański kanał pogodowy The Weather Channel. Czasem błagałam ją, żeby mnie zostawiła i pozwoliła mi przejść przez to samej, ale nie chciała o tym słyszeć – nawet gdy pod wpływem emocji mówiłam jej rzeczy, których żałuję do dziś. Moja przyjaciółka za nic w świecie nie zamierzała mnie zostawić. Czekała też na mnie po każdej sesji z terapeutką, a w drodze powrotnej do domu rozmawiałyśmy o wspólnym zamieszkaniu w akademiku na ostatnim roku. Jak na razie oznacza to dla nas przeciekający sufit i ryzyko złapania grzybicy stóp pod wspólnymi prysznicami.
– To impreza neonowa i zawsze mają świetne drinki – dodaje, jakby to miało mnie przekonać.
– Dobra, pójdę, jeśli pożyczysz mi swoją białą spódnicę – ustępuję.
Od razu się rozpromienia, a jej radość jest zaraźliwa. Po raz pierwszy od czasu, gdy okrył mnie ponury płaszcz depresji, patrzy na mnie z autentyczną ekscytacją. Muszę to dla niej zrobić.
– Oczywiście, ale tak na marginesie, mogłabyś pójść nawet w dresach i spranej koszulce, a i tak wyglądałabyś bosko. – Gasi lampkę i puszcza mi oczko w drzwiach przed wyjściem.
Śmieję się, choć to wcale nie łagodzi niepokoju, który podchodzi mi do gardła.
– To lodowisko jest na twoje usługi i ty tu rządzisz – mówię do lusterka w samochodzie.
Ćwiczenia oddechowe wcale nie pomagają mi rozluźnić dłoni, które kurczowo zaciskam na kierownicy. Siedzę tu już od trzydziestu minut i jak jakaś stalkerka przyglądam się zawodnikom drużyny hokejowej opuszczającym arenę. Muzyka w głośnikach dodaje mi odwagi i zanim zdążę zmienić zdanie, zarzucam torbę na ramię i wysiadam.
– Wchodzisz i wychodzisz, Sierra.
Mroczne wspomnienia oblepiają mnie jak smoła już na sam widok budynku areny. Przełykam gulę w gardle i robię niepewnie krok do przodu, a potem cofam się o dwa. Gdyby ktoś mnie teraz obserwował, wziąłby mnie pewnie za wariatkę. Czasem tak się właśnie czuję.
Moje stopy pozostają przyklejone do ziemi, gdy próbuję zatrzymać napływ wspomnień z zeszłego roku. Ale to daremny wysiłek – one i tak powracają.
Wtedy słyszę skrzypienie otwieranych drzwi i wychodzi przez nie tak wielki facet, że prawie całkiem zasłania wejście. Wydaje się pogrążony we własnych myślach, a jednak przytrzymuje mi drzwi, gdy tylko mnie zauważa. Jest wysoki i barczysty, brązowe falujące włosy ma potargane, jakby ciągle przeczesywał je dłońmi, a na ramieniu trzyma wielką torbę hokejową. Typowy hokeista NCAA3, o którym szumią media społecznościowe, z rzeszą fanów i kontraktem w NHL4 w kieszeni.
Czekałam tyle czasu w samochodzie nie tylko z powodu nerwów, lecz także po to, żeby uniknąć takich interakcji. Cóż, może to i dobrze, że go tu spotykam, bo teraz już naprawdę muszę wejść do środka. Powtarzam szeptem swoje afirmacje i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że on wciąż tu stoi i mi się przygląda. Jego brązowe oczy wpatrują się w moje usta, jakbym była czarownicą rzucającą zaklęcia.
– Wchodzisz? – pyta niskim, głębokim głosem i otwiera drzwi szerzej, jakby podejrzewał, że mogę mieć problemy ze słuchem.
Na widok niebieskiego korytarza moje serce zamienia się w tykającą bombę zegarową i mam ochotę zwinąć się w pozycję embrionalną. Boże, to dopiero byłoby żenujące.
– Jak puszczę te drzwi, to się zamkną – mówi ciszej.
Mrugam.
– Nie gryzę, jeśli tego się obawiasz – dodaje z leniwym uśmieszkiem. – Słowo honoru.
Mówi to tak, jakby chciał, żebym sprawdziła, czy to na pewno prawda. Dawna Sierra odpowiedziałaby temu aroganckiemu hokeiście jakąś sarkastyczną ripostą, ale już nie jestem tamtą dziewczyną. Prześlizguję się obok niego i wchodzę na teren lodowiska.
– Dobrej zabawy – rzuca nonszalancko, a jego słowa niosą się za mną echem.
Idę do szatni, wiążę łyżwy i opieram się o szafkę, mamrocząc pod nosem afirmacje. Chwilę później zaczynam odpływać. Krwawe wspomnienia znów przejmują nade mną kontrolę. Widzę przed oczami zapłakaną twarz mamy i słyszę rozpaczliwe wołania: „Diewuszka!”.
Podrywam się gwałtownie i uderzam głową o metalową szafkę. Wtem napływa do mnie podmuch zimnego powietrza i zapach chloru. Podnoszę wzrok i widzę trenerkę Lidię Orlov. Znajome ciemnobrązowe włosy, łukowate brwi i usta zaciśnięte w cienką linię.
Cholera. Te odczucia znów do mnie wracają.
Wypróbowałam już dziś wszystkie swoje techniki uspokajające: oddychanie, odliczanie, opukiwanie EFT i robienie na drutach. Z tym ostatnim trochę przesadziłam – wydziergałam już wystarczająco dużo szalików, żeby ogrzać nimi całą rodzinę.
– Jeśli to dla ciebie zbyt wiele, możemy spróbować w przyszłym tygodniu – mówi Lidia.
Jej litość jest jak ostry nóż wbity w moje wnętrzności. Od wypadku wszyscy patrzą na mnie, jakbym nagle stała się jakąś wyjątkowo kruchą istotą. Zbyt słabą, by mogła wrócić do dawnej formy.
Najwyraźniej nie można oczekiwać, że ludzie będą traktowali cię tak samo po tym, jak rozbijesz sobie głowę o lód, upadniesz na łyżwę partnera i zapadnie ci się płuco.
– Nie, jestem gotowa. Po prostu źle spałam tej nocy.
Tak jak każdej innej, ale tego już jej nie mówię. Nie mogę pozwolić, żeby kolejna osoba mnie skreśliła.
– A jak z tym? – Lidia stuka palcem w czoło, wciąż przyglądając mi się uważnie.
„Z moim mózgiem? Jezu, to kompletny bałagan” – komentuję w myślach.
– Działa jak komputer – odpowiadam zamiast tego.
Teoretycznie nie jest to kłamstwo, jeśli mówimy o komputerze, który roztrzaskał się na drobne kawałki, a te rozsypały się po całym Connecticut i teraz czekają, aż je odnajdę i poskładam z powrotem.
Z tą myślą zakładam ochraniacze na łyżwy i poprawiam rajstopy, wyczuwając bransoletkę na kostce. Nie wiem, dlaczego nadal ją noszę – to prezent od mojego byłego partnera. Jest moim talizmanem na szczęście i tylko raz jej nie założyłam. Zostawiłam ją na stoliku nocnym w jego pokoju hotelowym i właśnie tego dnia upadłam. Przypadek?
– To lód powinien się ciebie bać. – Moje bojowe podejście do dzisiejszego treningu łyżwiarskiego to zasługa różowej tabletki propranololu, którą połknęłam rano.
Tylko dzięki niej nogi jeszcze się pode mną nie ugięły. Wciąż ściska mnie w klatce piersiowej, ale przynajmniej nie wpadnę w panikę. Nie dziś.
Zadzwoniłam niedawno do uczelnianej apteki, żeby odnowić receptę. Miałam brać te tabletki tylko w razie potrzeby, a teraz ewidentnie są mi potrzebne. I cholernie mnie to wkurza, bo moje dawne ja nie wzięłoby ani jednej. Nigdy.
– Rób tylko to, z czym czujesz się dobrze – mówi Lidia, gdy wjeżdżam na taflę.
Ta kobieta zwykle jest chłodna jak rosyjska zima, a teraz obchodzi się ze mną jak z jajkiem.
„Lód cię nie ugryzie, Sierra” – głos Lidii z przeszłości wciąż rozbrzmiewa głośno w mojej głowie. „Jak będziesz się tak ociągać, przejedzie cię maszyna do odświeżania lodu”.
Pierwsze okrążenie wychodzi mi pewnie, przynajmniej takie sprawiam wrażenie. Potem jednak próbuję wykonać toe loop i wszystko się sypie. Ląduję niepewnie jak amatorka, w niczym nie przypominając byłej olimpijki. Następny skok też wychodzi mi niemrawo. Od tych żałosnych prób ściska mnie w żołądku, a oczy zaczynają piec. „Tylko się nie rozpłacz!” – besztam się w myślach.
Powstrzymuję łzy frustracji przez całą godzinę zupełnie nieprofesjonalnego i żałosnego ślizgania się po tafli w stylu jelonka Bambi. To mój pierwszy trening po powrocie, a już wszystkie obietnice, które złożyłam Lidii, okazują się bez pokrycia.
Ku mojemu zaskoczeniu nie wydaje się zła. Ani trochę.
– Dobry początek – stwierdza. – Kilka treningów i będzie lepiej. Podczas twojej przerwy pracowałam nad paroma solowymi programami.
„Przerwa”, tak? Cóż, brzmi lepiej niż doświadczenie bliskie śmierci.
– Ja jeżdżę w parze – odpowiadam od razu.
Porzuciłam karierę solistki w wieku szesnastu lat, czyli cztery lata temu. I nie zamierzam do niej wracać.
Lidia przechyla głowę.
– Nie wiedziałam, że masz już nowego partnera.
No cóż, z tym jest pewien problem. Nikt nie chce się sparować z łyżwiarką, która prawie zakończyła karierę z powodu wypadku. Po tym, jak mój były partner Justin Petrov porzucił mnie jak starą rękawiczkę, stałam się w świecie łyżwiarstwa „towarem z defektem”.
Kiedy przerzuciłam się na jazdę w parze, wybrałam Justina, bo był naprawdę dobry i zadawał się tylko z ludźmi, którzy potrafili mu dorównać. Nigdy wcześniej się dla nikogo nie zmieniłam – dla niego tak.
– Nie mam – odpowiadam, a Lidia natychmiast się krzywi. – Ale szukam!
Tyle że moje poszukiwania online zaowocowały jak dotąd jedynie wiadomościami od podejrzanych facetów próbujących mnie zwabić do piwnicy i łyżwiarzy zainteresowanych raczej przygodą na jedną noc niż rzeczywistym partnerstwem. Łyżwiarze są przesądni, a ja jestem dla nich teraz w zasadzie przeklęta.
– Pamiętasz Champs Camp? Wielu łyżwiarzy stamtąd było zainteresowanych sparowaniem się ze mną. Może mogłabyś się skontaktować z ich trenerami?
To obóz dla najlepszych zaawansowanych łyżwiarzy w kraju.
Lidia mruga szybko. Robi tak tylko wtedy, gdy ma do przekazania złe wieści.
– Sierro, znalezienie nowego partnera na tym etapie jest już właściwie niemożliwe. Nie możemy polegać na zawodnikach sprzed sześciu lat. Uczelnia wymaga, aby łyżwiarze byli zarejestrowani na długo przed pierwszym występem, jeśli chcą się zakwalifikować do zawodów USFS5.
– Wiem, naprawdę. Szukam na własną rękę, ale potrzebuję też twojej pomocy – błagam ją. – Nie mogę zrezygnować. Poza tym to nie musi być ktoś na stałe. Najważniejsze, żeby pomógł mi zdobyć wystarczająco dużo punktów, abym zakwalifikowała się do Grand Prix6. Na przyszły rok znajdziemy kogoś nowego.
– Grand Prix? Jak ty to sobie wyobrażasz? – Robi wielkie oczy. – Zostało już niewiele czasu na treningi! To nie tylko kwestia nauczenia się nowego układu i podnoszeń, ale też chemii między wami. Osiągnięcie perfekcji w parze zajmuje miesiące, a czasem nawet lata. Twój partner musiałby całkowicie dopasować pod ciebie swój grafik. Samo zbudowanie zaufania i wzajemne zrozumienie ruchów w tak krótkim czasie graniczyłoby z cudem.
– Myślałam o tym miesiącami, Lidio. W szpitalu, na fizjoterapii, terapii EMDR i siłowni. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie to marzenie.
Moja terapeutka dr Toor powiedziała, że najlepszym sposobem na pokonanie przeszkody jest jej przeskoczenie. I to właśnie zamierzam zrobić.
– To nie będzie przypominało twoich wcześniejszych treningów. Na pewno jesteś na to gotowa?
– Muszę być – odpowiadam łamiącym się głosem. – Muszę udowodnić, że nadal jestem w tym dobra. Proszę, Lidio.
Brzmię jak desperatka, ale przynajmniej osiągam cel, bo trenerka kiwa głową. Czuję słodki smak małego zwycięstwa. Tym razem mi się uda – wreszcie udowodnię, że jestem wystarczająco dobra.
– Gdyby to był ktokolwiek inny, nawet bym się nad tym nie zastanawiała. – Kręci głową, gdy się uśmiecham. – Tylko nie możesz wybrzydzać!
– Nie będę, obiecuję! – wyrzucam z siebie szybko. – Nie pożałujesz tego.
– Wiem – kwituje. – A teraz powtórz ten układ. Tylko z przekonaniem.
To drobne zwycięstwo musiało mi dodać energii, bo tym razem lód wydaje się odrobinę mniej groźny. Moje ruchy wciąż są do niczego, a serce bije mocno, jakby miało zaraz wyskoczyć z piersi, ale wizja dostania się do finału Grand Prix i udowodnienia wszystkim, że nie jestem przeklęta, dynda przede mną jak marchewka na sznurku.
3 NCAA (National Collegiate Athletic Association) – amerykańskie stowarzyszenie zajmujące się organizacją zawodów sportowych drużyn szkół wyższych.
4 NHL (National Hockey League) – założona w 1917 roku w Montrealu w Kanadzie organizacja zrzeszająca drużyny hokejowe ze Stanów Zjednoczonych i Kanady, walczące w każdym sezonie sportowym o Puchar Stanleya.
5 USFS (pełna nazwa U.S. Figure Skating) – organ zarządzający łyżwiarstwem figurowym w Stanach Zjednoczonych.
6 Grand Prix – cykl zawodów w łyżwiarstwie figurowym organizowany przez Międzynarodową Unię Łyżwiarską.
Zostajemy oblani farbą z zabawkowych pistoletów, gdy tylko przekraczamy próg akademika Beta Phi. W czarnym świetle kolory świecą jasno na mojej białej koszulce i dżinsach. Rzucam zirytowane spojrzenie Kianowi, który jakoś zapomniał mi wspomnieć, że to neonowa impreza. Nikogo nie dziwi, gdy zdejmuje koszulkę przez głowę i gestem zachęca dziewczyny, żeby go pomalowały. Uwielbia przyciągać uwagę swoimi tatuażami.
Wkrótce potem mój przyjaciel świeci na zielono i jaskraworóżowo, a ja nie mam innego wyboru, jak tylko zdjąć koszulkę i też pozwolić się obsmarować. Dziewczyny są ubrane w króciutkie białe spódniczki i bluzeczki, a na ich odsłoniętej skórze widnieją kolorowe smugi. Rozpoznaję jedną z nich z imprezy, na której znaleźliśmy się razem w łazience – maluje mi teraz dłonie i kładzie je sobie na piersi. Już po chwili ma duże odciski moich dłoni na staniku od bikini, a ja mam odciski jej rąk na tyłku.
W kuchni stoi rząd świecących galaretkowych shotów. Pokusa puszczenia hamulców krąży nade mną niczym rój pszczół. I dobrze wiem dlaczego: nie tylko z powodu ogłoszenia mnie kapitanem i oblania testu na narkotyki, ale także dlatego że otworzyłem ten przeklęty list od rodziców.
W środku znalazłem zaproszenie na ceremonię odnowienia ich przysięgi małżeńskiej, która ma się odbyć za kilka miesięcy. Co oznacza, że musieli ją planować już od jakiegoś czasu, ale nic mi wcześniej nie powiedzieli. Doskonale zdawali sobie sprawę, że próbowałbym wyperswadować to mamie. Na pewno skorzystałbym z okazji, aby zadać jej kluczowe pytania i zdjąć z oczu zasłonę, którą nałożył ojciec. Nie mogę uwierzyć, że ludzie, którzy jeszcze parę miesięcy temu mieli się w końcu rozwieść, znowu się pobierają. Niewiarygodne.
Ktoś krzyczy: „No to jedziemy!” i podaje mi drinka. Już mam go automatycznie wychylić, gdy dostrzegam Vika Choprę po drugiej stronie pomieszczenia. Skręca mnie w żołądku, gdy nasze spojrzenia się spotykają.
– Zaraz wracam – mówię Kianowi zajętemu wymienianiem bransoletek przyjaźni z dziewczynami z Beta Phi. – Jakieś wieści? – szepczę do Vika, ciągnąc go do ciemniejszego zakątka.
Na policzkach ma wymalowane neonowe zielone serduszka, a na szyi zawieszoną świecącą na różowo obręcz.
Kręci głową.
– Nic z tego, stary. To gówno jest dobrze zabezpieczone. Chciałem cię ostrzec, jak tylko cię zobaczę.
Jego słowa działają jak trucizna na mój żołądek.
– Wyniki wyjdą jutro. Przykro mi, D.
Nagle czuję się przygnieciony ciężarem całego życia.
– W porządku. Dzięki, że próbowałeś pomóc.
Nigdy nie bałem się konsekwencji. Bo niby dlaczego?
Zwykłe zasady nie obowiązują takich popularnych i lubianych facetów jak ja. Ludzie przymykają oko na moje wybryki, tłumaczą mnie, zamiatają różne wyskoki pod dywan. Tym razem jednak coś mi mówi, że mi się nie upiecze i mogę stracić wszystko.
Cholera, potrzebuję zaczerpnąć świeżego powietrza.
Ktoś mnie woła, ale się nie odwracam, tylko wychodzę na korytarz. Jestem znany z nagłego znikania z imprez. Często ląduję w czyjejś sypialni lub łazience i pojawiam się rozczochrany kilka godzin później.
Wbiegam po schodach po dwa stopnie naraz i otwieram gwałtownie pierwsze drzwi.
W różowym pokoju nad łóżkiem wisi gobelin ze Zmierzchu, a do gniazdka w ścianie jest podłączona lampka lawowa w kształcie fallusa. Już mam zamknąć drzwi, gdy słyszę swoje imię.
– Dylan! Skarbie! – Dziewczyna, która mnie pomalowała, przywiera do mnie i przyciska do ściany.
Całuje mnie w szyję – wyżej nie dosięgnie, choć jest w szpilkach.
– Miałam nadzieję, że tu przyjdziesz.
– Tak? – Bezskutecznie próbuję uruchomić tę część mnie, która potrafi szeptać sprośności do ucha, podnosić dziewczyny jedną ręką i przygważdżać je do ściany. Potrzebuję uciec, a to nie jest coś, co powiedziałby Dylan, którego ona pragnie. Sam nie wiem, czy jestem gotów się z nim rozstać. – Napijmy się czegoś.
– Albo… – Otwiera różową puszkę ze świeżo skręconymi jointami. – Podobało ci się ostatnim razem.
– Ostatnim razem?
Chichocze.
– Tak, na Yale. Nie pamiętasz?
– Aaa, tak – mamroczę.
Wygląda na to, że moje życie zaczęło się sypać, odkąd ją tam poznałem. Trawka, którą macha mi przed nosem, to ostatnie, czego teraz potrzebuję. Odsuwam dziewczynę od siebie i powoli się wycofuję.
Zbiegam po schodach i bez wahania przedzieram się przez tłum na korytarz prowadzący do drzwi wejściowych. Tyler Sampson zatrzymuje mnie, kładąc mi rękę na piersi.
– Hola, hola! Dokąd to, kapitanie? – pyta.
Wiedziałem, że ten cholerny tytuł będzie mnie prześladował.
– Napij się, stary. – Sampson wciska mi piwo do ręki. – Kilka dziewczyn uprawia tu body art.
Każdej innej nocy byłbym tym zachwycony. Cholera – nawet wczorajszej. Ale dziś czuję się, jakby torturowały mnie wspomnienia, których nie potrafię nawet przywołać.
– Wychodzę – oznajmiam i odkładam piwo na stół.
Sampson patrzy na zegarek.
– Jeszcze nie ma północy. Co z tobą?
Zanim zdążę wymyślić jakąś marną wymówkę, drzwi wejściowe się otwierają i mam wrażenie, że cały świat się zatrzymuje. W tle leci kawałek In the Flesh Pink Floyd i chęć ucieczki na chwilę znika.
Wszyscy faceci w pobliżu odwracają głowy w jej stronę, gdy ta dziewczyna przekracza próg budynku, a światło nad drzwiami oświetla jej sylwetkę. Chłopaki z drużyny koszykówki, którzy grali w ping-ponga, pozwalają piłeczce spaść i potoczyć się po podłodze, aż zatrzymuje się przy jej białych butach.
Jedwabiste czarne włosy, jasna cera, czerwone usta i biała spódniczka opinająca biodra zdecydowanie przyciągają uwagę. Prześlizguję się wzrokiem po gładkich umięśnionych nogach. Kiedy podnoszę głowę, przeszywa mnie spojrzenie szmaragdowych oczu. Cholera, co za zjawiskowa laska.
Wtedy rozpoznaję w niej dziewczynę sprzed lodowiska, która mamrotała coś do siebie pod nosem, gdy przytrzymywałem jej drzwi. Wydawała się taka zagubiona. A teraz? Wygląda jak żywy ogień.
Chyba coś jej wtedy powiedziałem. Zażartowałem, że jej nie ugryzę, o ile sama nie zechce, albo coś w tym stylu. Najwyraźniej też to sobie przypomina, bo w jej oczach pojawia się wyraźny błysk. Jej rudowłosa przyjaciółka ciągnie ją do sąsiedniego pomieszczenia.
Oho, kłopoty!
Ten sygnał ostrzegawczy w mojej głowie zwykle zachęca mnie do poderwania dziewczyny – dziś jednak staram się zachowywać jak należy.
– No weź, nie idź jeszcze. Znam to spojrzenie – zwraca się do mnie Sampson, blokując mi drogę.
Ignoruję go i odchodzę.
– Buuu! – krzyczy w moją stronę.
Daję znak Kianowi, że się zwijam, bo gdybym go zostawił bez uprzedzenia, marudziłby mi o tym całymi dniami.
– Nieeeee – jęczy. – Nie idź jeszcze. Zaraz gramy w pijacką Jengę.
– To grajcie. Zobaczymy się w domu.
Podchodzi mnie uściskać, a jego lepki brzuch ociera się o mój. Gdybym się napił, miałbym to gdzieś, ale się nie napiłem i teraz marzę tylko o prysznicu.
Już myślę, że uda mi się wymknąć tylnym wyjściem, zanim znów ktoś mnie zatrzyma, kiedy na drodze staje mi tamta dziewczyna z jointem z góry. Bycie popularnym ma wiele zalet i jeden wielki minus: ludzie nigdy nie dają ci spokoju.
Dmucha mi dymem w twarz, a potem wkłada skręta w usta. W mojej głowie wyją syreny ostrzegawcze, których do tej pory nigdy nie słuchałem.
To dla mnie zupełnie nowe i cholernie irytujące uczucie.
Nie zaciągam się, tylko wyjmuję jointa z ust i jej oddaję. Patrzy na mnie wyraźnie zdziwiona, że nie skorzystałem z okazji. I wtedy dopiero przypominam ją sobie dokładnie – przepaska na oczy, knebel i mnóstwo sznura. Świetnie, nawet dobre wspomnienia nabierają gorzkiego smaku.
Przepycham się obok ludzi blokujących schody na werandę i idę ze wzrokiem utkwionym w boczną furtkę. Po drodze potrącam kogoś w pośpiechu. Późnosierpniowe powietrze jest wciąż ciepłe, więc nie przeszkadza mi mój niechlujnie pomalowany nagi tors.
– Ej, dupku! – krzyczy ktoś za mną.
Nawet się nie odwracam, żeby sprowadzić, kto ośmiela się mnie obrazić.
Czy ta furtka jest zamknięta? Poważnie będę musiał przeskoczyć przez spróchniały płot, żeby zakończyć ten wieczór? Jestem już w połowie drogi przez trawnik usiany plastikowymi kubkami, gdy czyjaś drobna dłoń chwyta mnie za biceps i szarpie do tyłu.
– Hej! Do ciebie mówię – słyszę lekko ochrypły głos, zdecydowanie zbyt pewny siebie jak na tę słabą próbę zatrzymania mnie.
Odwracam się i widzę znajome ciemne włosy, zielone oczy i czerwone usta. Kłopoty.
– Do mnie?
Dziewczyna trzyma ręce na biodrach i mrozi mnie wzrokiem, jakby to ona miała metr dziewięćdziesiąt i przewagę siłową.
– Właśnie potrąciłeś moją przyjaciółkę i oblałeś ją drinkiem – oskarża mnie.
– Przyjaciółkę? – Udaję, że się rozglądam. – Jesteś jedną z tych osób, które mają wyimaginowanych przyjaciół? Wybacz, ale jestem zbyt trzeźwy, żeby udawać, że ich widzę.
Zdecydowanie za bardzo podoba mi się ta interakcja jak na kogoś, kto próbuje uciec z imprezy. Zielone rozgniewane oczy wędrują w stronę werandy, gdzie tłoczą się pijani studenci, a jakaś para obściskuje się niebezpiecznie blisko paleniska.
– Dobra – wzdycham i kieruję wzrok na pustą przestrzeń obok niej. – Cześć, nazywam się…
Odtrąca moją wyciągniętą dłoń, zanim zdążę się przedstawić jej wyimaginowanej przyjaciółce.
– Nie jestem wariatką. Wpadłeś na moją prawdziwą przyjaciółkę.
– W przeciwieństwie do tej zmyślonej, która stoi tu obok ciebie? Na pewno ma ochotę się czegoś napić. Powinnaś jej coś przynieść.
– Rozumiem, że w bractwie studenckim nie uczą dobrych manier – stwierdza sucho.
Przechylam głowę.
– Nie musiałaś wymyślać pretekstu, żeby do mnie zagadać. Jesteś wystarczająco seksowna.
„Wystarczająco” to za mało powiedziane, ale cholera, podoba mi się, jak jej oczy płoną ze złości w reakcji na ten komentarz.
Skup się, Dylan. Zabieraj się stąd.
Dziewczyna prycha.
– Nie miałam najmniejszego zamiaru do ciebie zagadywać. Tam w środku mogłabym spokojnie znaleźć co najmniej dziesięciu takich jak ty.
– Ach tak? To dlaczego za mną biegłaś?
– Żebyś przeprosił. – Zakłada włosy za ucho. – Ale najwyraźniej twoje napompowane ego ci na to nie pozwala.
Kiedy się odwraca, żeby odejść, nie mogę się powstrzymać.
– Przepraszam – mówię.
Spogląda na mnie sceptycznie i lustruje wzrokiem od stóp do głów. Jej spojrzenie zatrzymuje się na moim pomalowanym brzuchu i pasku bokserek wystającym z dżinsów. Z jakiegoś powodu dystans między nami wydaje mi się nie do zniesienia, więc podchodzę do niej – na tyle blisko, że stykają się czubki naszych butów. Pachnie słodko, jak wiśnie.
– Jak mogę jej to wynagrodzić? – pytam.
– Chcesz jej to wynagrodzić? – Przechyla głowę.
– Chcę? Wręcz umieram z pragnienia.
Wypycha językiem policzek.
– Myślę, że wolałaby odłożyć to na później.
– Co konkretnie? – Marszczę brwi.
– Jesteś jej teraz winien przysługę – oznajmia. – Możliwe, że ją wykorzystam.
– Ty?
– To znaczy ona – poprawia się.
– Jasne. – Uśmiecham się szerzej. Nie przeszkadza mi nawet to, co powiedziała o moim ego. – Daj mi znać, kiedy będziesz jej potrzebować.
– Dam – odpowiada z rękami założonymi na piersi.
– Nie powinnaś mi czasem zdradzić twojego imienia? Skąd mam wiedzieć, komu jestem winien przysługę? – wołam za nią, gdy jest już w połowie drogi przez trawnik na werandę.
– Poznasz je, jeśli będziesz miał szczęście! – odpowiada, nie odwracając się do mnie.
– Nie chcesz poznać mojego?
– „Dupek” idealnie do ciebie pasuje. – Tym razem zerka na mnie przez ramię.
I znika za przesuwanymi szklanymi drzwiami. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy, gdy przechodzę wreszcie przez otwartą furtkę. Znika dopiero w chwili, gdy zauważam swój samochód. Zablokowali mi wyjazd.
Błąd nowicjusza.
Jedno jest pewne: nie tęskniłam za studenckimi imprezami.
Gdybym chciała, żeby wpadali na mnie pijani napaleni faceci, poszłabym na imprezę któregoś bractwa. Czy siostrzeństwa studenckie nie powinny być porządniejsze? Beta Phi najwyraźniej nie aspiruje do takich standardów, bo w powietrzu unosi się dym marihuany, a podłogi są aż lepkie od alkoholu. Sądząc po liczbie spoconych ciał, można by pomyśleć, że przyszła tu cała populacja uczelni.
Na dodatek nigdzie nie mogę znaleźć mojej najlepszej przyjaciółki. Scarlett uznała, że ta impreza to świetny pomysł po tym, jak zaliczyłam porażkę na lodowisku na oczach Lidii i niemal spłonęłam ze wstydu. Siedziałam z ponurą miną na kanapie w akademiku i robiłam na drutach, wsłuchana w głos prezentera pogody Dale’a Thundermana na The Weather Channel, dopóki Scarlett nie rzuciła we mnie swoją białą spódniczką i nie kazała mi się szykować.
Z jakiegoś niezrozumiałego powodu postanowiłam spróbować się wpasować: krótka spódniczka, równie krótki top, czerwona szminka. Pomyślałam, że to może być dla mnie szansa, aby odkryć siebie na nowo po tym, jak sport, który kochałam całe swoje życie, przeżuł mnie i wypluł. Czasem mam wrażenie, że nadal leżę nieprzytomna i zakrwawiona na tamtym lodowisku.
Zupełnie się nie spodziewałam, że dziś wieczorem przebudzi się we mnie akurat ta część: buńczuczna, zawzięta i wredna, którą dawno temu pogrzebałam. Ale ten arogancki hokeista wyciągnął ją ze mnie jak luźną nitkę z ubrania.
Sama nie wiem, co w nim tak na mnie podziałało. Nie chodziło tylko o dżinsy opuszczone nisko na biodrach, biały pasek bokserek Calvina Kleina, który wyraźnie odcinał się od złocistej skóry, ani o to, jak słabe światło księżyca odbijało się od spoconego torsu. To te kolorowe rozmazane odciski dłoni na jego skórze… Jakby każdy chciał zostawić na nim swój ślad.
Wszystkie te myśli uleciały mi z głowy w chwili, gdy się odezwał i uśmiechnął ironicznie, a na jego policzku zauważyłam maleńki dołeczek. Dobrze znam ten typ facetów – wysokich, popularnych, zbyt przystojnych, żeby nie zdawali sobie sprawy z własnej atrakcyjności, i traktujących przelotne romanse jak studenckie zajęcia dodatkowe.
Ojciec Scarlett często nas przed takimi ostrzegał. A jednak, choć zdawałam sobie sprawę, że to ostatni facet, z jakim chciałabym się związać, moje serce i tak przyspieszyło, gdy jego bursztynowe spojrzenie przesunęło się wzdłuż mojego ciała.
– Si!
Odwracam się i widzę Scarlett przy zlewie w nowym krótkim topie odsłaniającym misterne tatuaże pokrywające jej ramiona i dolną część pleców.
– Skąd wzięłaś tu proszek do prania i nowy top?
– Kiedyś tu mieszkałam, nie pamiętasz? Gdzie się podziewałaś? Myślałam, że idziesz tuż za mną.
– Och, yyy. Ja tylko…
Scarlett nie znosi, kiedy staję w jej obronie. Jest wręcz podręcznikowym przykładem osoby, która chce wszystkich zadowolić. Ja za to nigdy nie pozwoliłabym nikomu po niej deptać. W drugiej klasie podstawówki, kiedy jakiś chłopak ukradł jej ulubiony długopis, zagroziłam mu, że go zarażę ospą, jeśli się nie przyzna.
– Poszłaś nakrzyczeć na tego kolesia, który mnie potrącił, prawda?
– Może – odpowiadam, a ona unosi brwi. – No dobra, tak. Ale był chamski, arogancki i całkowicie sobie na to zasłużył. Poza tym teraz jest nam winien przysługę.
– Oczywiście, że tak. – Scarlett wykręca mokry top i chowa go do torebki.
Kiedy chwyta mnie pod ramię i ciągnie za sobą, znów czuję na sobie spojrzenia. „Wiedzą, kim jesteś” – przechodzi mi przez myśl.
Problem z wypadkiem na wydarzeniu światowej rangi polega na tym, że nagrania z niego udostępniono we wszystkich mediach społecznościowych i serwisach informacyjnych, jakie tylko istnieją.
„AMERYKAŃSKA ŁYŻWIARKA FIGUROWA OCIERA SIĘ O ŚMIERĆ, CZYLI: JAK SPIERDOLIĆ OLIMPIADĘ”.
No dobra, ten nagłówek brzmiał tak tylko w mojej głowie. Dziś ludzie przyglądają mi się bardziej niż zwykle, ale czego się spodziewać po takich imprezach? Tutaj chodzi o podryw, przygody na jedną noc. Nie mam niczego takiego na swoim koncie, choć czasem chyba chciałabym móc się na to zdobyć.
Blondyn obejmujący jakąś dziewczynę puszcza do mnie oko.
– Typ próbuje cię zwerbować do trójkąta – szepcze Scarlett.
– Szczęściara ze mnie. – Odsuwam się.
Scarlett wyciąga drinki spod stołu i podaje mi jednego. Nagle głośny huk przykuwa moją uwagę – klocki Jengi się rozsypały, a jakiś chłopak unosi ręce w geście porażki. Jego frustracja nie trwa jednak długo, bo zaraz pochyla się, żeby szepnąć coś do ucha dziewczynie obok. Jej wyraz twarzy się zmienia, a kiedy rusza w stronę schodów, on wpatruje się pożądliwie w jej krągłe kształty.
Nieoczekiwanie czuję ukłucie zazdrości. Choć przez większość życia występowałam publicznie i byłam przyzwyczajona do tego, że ludzie na mnie patrzą, to jednak poza lodem nigdy nie miałam poczucia, że przyciągam takie spojrzenia.
Może to dlatego, że nigdy tak naprawdę nie myślałam o tym, jak mnie widzą chłopcy? W liceum często mnie zaczepiali. Scarlett dowiedziała się potem, że to przez jakiś idiotyczny zakład. Urządzili sobie zawody, kto zaliczy najseksowniejsze dziewczyny w naszej klasie. Obrzydliwe.
Pominęłam więc etap nastoletnich numerków. Pierwszy pocałunek zaliczyłam dopiero jako dziewiętnastolatka, a dziewictwo straciłam jako dwudziestolatka. Żadne z tych przeżyć nie było warte zapamiętania. Zrobiłam to tylko po to, żeby nikt nie mógł mi zarzucić, że poświęcam całe życie łyżwiarstwu, choć w głębi serca wiedziałam, że tak jest.
Może to właśnie dlatego zawsze czułam się inna? Nie miałam poczucia, że jestem kimś pożądanym. W końcu ominęło mnie tyle przygód, które inni zdawali się tak bardzo cenić. Do dziś, gdy jakiś chłopak mi się przygląda, umieram z ciekawości, co o mnie myśli.
– Ratunku! – Scarlett łapie mnie za ramię, ale to na nic: zostaje wciągnięta w grę w beer ponga, w którym ponosi totalną porażkę.
Zaledwie dziesięć minut później wraca do mnie podchmielona.
– Ta gra jest do bani. – Wciska mi kubek do ręki.
Ledwo zdążam go opróżnić, a już ciągnie mnie na parkiet, żeby potańczyć. Pozwalam sobie odpuścić, kiedy leci nasza ulubiona piosenka: na chwilę się rozluźniam i zostawiam zmartwienia za sobą. Z początku nie przeszkadza mi nawet pijany koleś, który wkracza w moją przestrzeń osobistą. Gdy jednak jego dłoń dotyka mojej talii i wędruje pod koszulkę, podskakuję i natychmiast ją odtrącam.
To kolejny problem z otarciem się o śmierć: po takim wypadku jak mój zostają blizny. Tej na głowie po pękniętej czaszce akurat się spodziewałam, ale nie tej na brzuchu. Zapadnięte płuco i złamane żebro po upadku na łyżwę mojego partnera Justina zostawiły po sobie ślady. Pamiętam, jak zobaczyłam swoje odbicie w lustrze, kiedy po raz pierwszy brałam prysznic sama w szpitalu. Gdy spojrzałam na ranę po drenie i postrzępioną czerwoną linię na brzuchu, nagle uderzyło mnie, przez co właśnie przeszłam. Po raz pierwszy zostało mi na ciele coś tak szpecącego i trwałego, w przeciwieństwie do znikających z czasem siniaków. Osunęłam się na podłogę łazienki ze szlochem, drżąca i złamana, aż mama weszła do środka i wzięła mnie w ramiona.
Czyjaś delikatna dłoń odciąga mnie do tyłu. Odwracam się i widzę Scarlett, która próbuje zmrozić jakiegoś faceta wzrokiem. Próbuje, bo nawet jej gniewne spojrzenie wydaje się uprzejme. Śmieję się z niej, ale kiedy obraca mnie w jego stronę, rozbawienie natychmiast ulatuje.
Bo na drugim krańcu salonu tańczy mój były partner Justin Petrov.
Justin, którego kiedyś znałam, nigdy nie pił i nawet nie zbliżyłby się do dymu z marihuany. Zawsze obsesyjnie dbał o formę, a teraz tańczy tu swobodnie ze swoją nową partnerką Julią Romero! Ze mną w życiu by sobie na to pozwolił.
Znam Julię od lat – nie osobiście, ale z lodowiska. To utalentowana łyżwiarka, choć nie na tyle, by zostać złotą medalistką. Kiedy ja zdobywałam pierwsze miejsca, ona tylko drugie. Od początku widziała we mnie największą rywalkę i próbowała mnie pokonać, zupełnie jakby na tym opierała się cała jej kariera. Myślałam, że będzie zadowolona, gdy po kilku frustrujących latach zrezygnowałam z kariery solowej. Najwyraźniej jednak to jej nie usatysfakcjonowało, bo teraz też przerzuciła się na jazdę w parze i z Justinem ma realną szansę na wygraną.
Ściska mnie w gardle na wspomnienie jego zdrady i z przejmującej tęsknoty za tamtą dawną Sierrą. Jego niebieskie spojrzenie przypominające odłamki lodu napotyka moje i nagle zapominam, jak się oddycha.
– Hej, co jest… Och – mówi Scarlett. – Mam mu chlusnąć drinkiem w twarz?
– Najpierw ja walnę go pięścią – mamroczę pod nosem i podążam za nią, przeciskając się między spoconymi ciałami.
– Sierra, Scarlett – odzywa się Justin, kiedy nas dogania. – Dawno się nie widzieliśmy.
Znam ten uśmiech. Posyłał go naszym rywalom, a potem się odwracał i obgadywał ich za plecami. Justin to typowy reprezentant toksycznego środowiska łyżwiarzy.
– Tak? A z czyjej winy? – odcina się Scarlett i pociąga mnie za ramię.
– Czekaj, Si. Musimy porozmawiać. – Justin zatrzymuje mnie, łapiąc mocno za rękę.
Patrzę na jego dłoń, a on ją cofa, jakbym nagle go poparzyła. Chciałabym.
– Nie, ona wcale nie musi z tobą rozmawiać – stwierdza Scarlett.
– Ale…
– Nie mam ci nic do powiedzenia – przerywam mu i ruszam za przyjaciółką.
Gardło mam napuchnięte od słów, które chcę z siebie wyrzucić od miesięcy, ale wciąż się powstrzymuję.
W kuchni Scarlett zabiera się za mieszanie nam drinków.
– Wszystko w porządku?
Czuję się krucha pod jej spojrzeniem i nie mogę sobie z tym poradzić. Nienawidzę tego, że tak mnie postrzega. A jeszcze bardziej tego, że sama też się tak czuję. Minęło już przecież więcej niż rok – to całkiem sporo czasu, żeby przygotować się na takie spotkanie.
Miałam szesnaście lat, kiedy zostałam partnerką Justina. To było zaraz po tym, jak zdobyłam złoto w jeździe indywidualnej. Wszyscy z mojego otoczenia – rodzice, trenerzy, drużyna USA – byli zachwyceni zwycięstwem. Dla mnie jednak ten medal był jak pętla na szyi. Osiągnęłam szczyt kariery solowej i wcale mnie to nie usatysfakcjonowało. Czułam się, jakbym uderzyła w betonowy sufit. I wtedy pojawił się Justin, a ja znów ożyłam. Nigdy nie byłam wystarczająco dobra we własnym oczach, ale wtedy zaczęłam się łudzić, że może będę taka dla niego.
– Tak, poradzę sobie. – Próbuję się uśmiechnąć, choć pewnie nie wychodzi mi to przekonująco.
Na szczęście już machają do nas dziewczyny z Iona House i wdają się z nami w rozmowę. Choć muzyka jest głośna, to nie na tyle, by zagłuszyć przykre wspomnienia w mojej głowie. Zwłaszcza te związane z kimś znajdującym się w tym pomieszczeniu. Już po chwili nie mogę znieść tego piekącego bólu w klatce piersiowej.
– Scar, jestem beznadziejna i bardzo cię przepraszam, ale…
– Chodźmy – przerywa mi. – Muzyka jest do bani, a drinki jeszcze gorsze.
Nie chcę jej psuć jedynego wolnego wieczoru, kiedy ma czas się zabawić. Próbuję powiedzieć, żeby została, ale mi na to nie pozwala. Już zamawia ubera i w milczeniu czekamy na krawężniku. Nie pozwala mi za nic przepraszać ani nawet zapłacić.
I ani na chwilę nie puszcza mojej dłoni.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Playlista
Karta redakcyjna
1. Dylan
2. Sierra
3. Dylan
4. Sierra
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
