Raróg - Anna Sokalska - ebook

Raróg ebook

Anna Sokalska

3,4

Opis

Żyła, aby poznać prawdę. Teraz prawda zagraża jej życiu…
Latem 1985 roku we własnym ogrodzie zamordowany zostaje boss lokalnej mafii, a jedynym świadkiem zbrodni jest pięcioletnia córka gangstera. Trzydzieści lat później Sonia nadal próbuje odnaleźć zabójców ojca i poznać losy matki. Chcąc rozwikłać tajemnicę sprzed lat, musi położyć na szali pragnienie zemsty i swoją przyszłość. To, co zobaczy, nie było przeznaczone dla czyichkolwiek oczu. Jaką drogę wybierze Sonia? Czy zbuduje normalne życie u boku prokuratora Szafrańskiego? Jakie intencje ma nieznany nikomu gangster oferujący współpracę?

Brutalna rzeczywistość i oniryczna podróż w głąb siebie, gangsterskie porachunki i próba rozliczenia się z przeszłością… W swojej najnowszej książce autorka wychodzi poza ramy gatunku: na gruncie kryminału buduje duchową, kobiecą opowieść o odnajdywaniu w życiu drugiej szansy, z silnym motywem zemsty oraz nieoczywistą słowiańską symboliką.

Anna Sokalska jest wrocławianką, autorką bestsellerowego cyklu „Opowieści z Wieloświata” wydanego nakładem Liry. Jej „Wiedźma” znalazła się w wąskim gronie tytułów nominowanych do Książki Roku 2019 w kategorii fantasy portalu Lubimyczytać.pl, a „Kuglarz” otrzymał nagrodę jury oraz internautów jako najlepsza książka na jesień portalu Granice.pl. Autorka jest z zawodu radcą prawnym, pisaniem powieści i opowiadań zajmuje się od ponad dziesięciu lat, a w wolnych chwilach uprawia sporty walki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Anna Sokalska, 2020

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: © Andrii/AdobeStock,

© Piyagoon Panyo/123rf.com

Zdjęcie Anny Sokalskiej: © Aleksandra Macewicz

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Joanna Dzik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-37-3 (EPUB); 978-83-66503-38-0 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

KRZYK WRONY
PROLOG

W mojej głowie tkwi odłamek. Ciało obce, którego natury nie potrafię ocenić i właściwie opisać. Obrósł częściowo moimi wspomnieniami, po części zaś jest twardym, ostrym faktem, a w części jeszcze innej – przezroczystą, giętką hipotezą.

Moja wiedza, wyobrażenia i uczucia związane z tamtym dniem są niepewne, lecz niepewność ta zdefiniowała całe moje życie, napędzając mnie do poszukiwania prawdy.

Tamten dzień... Nie rozróżniam już dokładnie, co z niego pamiętam w zamazanych wspomnieniach, co zrekonstruowałam na bazie dowodów, a czego intuicyjnie się domyśliłam.

Tamten dzień...

*

– Dzień dobry, pogotowie gazowe. Mamy wyciek do sprawdzenia.

– Wyciek? – powtórzyła kobieta i jakby miało jej to pomóc w zrozumieniu, przełożyła słuchawkę domofonu do drugiej ręki. Ubrana w schludny kostium pomocy domowej, była jedną z kilku osób pracujących w willi Wołosa, samozwańczego pomazańca władcy podziemi, boga magii, przysiąg i bogactwa. Mogła mieć niewiele ponad trzydzieści lat, ale na jej twarzy los odcisnął zmęczenie, którego nie zatarłby już żaden odpoczynek.

– O co chodzi? – zapytał kobietę wyrosły jak spod ziemi potężny ochroniarz, którego również przywołał dźwięk dzwonka. Nienaturalna masa mięśni i pozbawiona szczególnych rysów twarz włączały go do kręgu mężczyzn, którzy całą wolę życia i upór skoncentrowali na swych ciałach, jak zaprzęgnięte do wozów woły wierząc, że zdolni będą przeciągnąć każdy zadany im ciężar. Starannie skrojone ubrania służby krępujące ich kanciaste pospolitością sylwetki współtworzyły nowobogacką atmosferę domostwa, które wzniesiono z przemycanych z zagranicy materiałów, zaprawionych sowitymi łapówkami i zaimpregnowanych strachem. Fasada przepychu i elegancji skrywała fundamenty z bólu i nieszczęścia. Rozumiał to każdy, kto spędził tam dłużej niż dobę.

*

Był słoneczny sierpniowy dzień 1985 roku. W ogrodzie na tyłach ocierającego się o kicz, imponującego domu wypoczywał Wołos z żoną i pięcioletnią córeczką Sonią. Mężczyzna o posturze boksera i przenikliwych, inteligentnych oczach podrzucał drobną dziewczynkę ku niebu, kręcił nią wokół siebie i sadzał sobie na ramionach. Dziecko śmiało się głośno, raz po raz ściągając na siebie nerwowe spojrzenia matki – dwudziestoparoletniej, zawieszonej pomiędzy dziewczęctwem a kobiecością. Bladą skórę jej twarzy zdobił tylko rumieniec wywołany gorącem, a ciemne, mokre jeszcze po kąpieli włosy opadały jej na plecy, malując na cienkim podkoszulku wilgotne plamy. Niczym Marzanna, bogini śmierci i zimy, życia i roślinności, pani całej natury i jej cyklu, ukryta w cieniu rozłożystego drzewa, półleżąc na ogrodowym szezlongu, czytała książkę. Nad nią, w konarach drzewa usadowiła się głośna wrona; niegdyś jedna ze śmiertelnej trójcy, obok kruka i gawrona, posłanników wojny, chorób i złej wróżby, uświęcona i okryta tabu pośredniczka między światem żywych i umarłych, żywiąca się trupami i zanosząca dusze do Wyraju – teraz żywiła się resztkami z ludzkich stołów, skacząc po czarnych workach w śmietnikach i uciekając przed ciskanymi w nią przez dzieci kamieniami. Skrywała się w gęstwinie liści, niedostrzegalna jak cień, a jej wrzaski w jednej chwili brzmiały lękliwie, w innej zaś przypominały szyderczy śmiech.

Zniecierpliwiona kobieta co kilka kartek przyciskała palce do skroni i spoglądała na odłożony obok zegarek na złotej bransoletce. Wreszcie, po kolejnym głośnym wybuchu śmiechu córeczki, zamknęła czytany tom.

– Sonia! – zawołała, znów przykładając dłoń do głowy. – Sonia, chodź tu na chwilę.

Dziecko, tuląc pluszowego misia, radośnie podbiegło do matki. Wydawało się, że są odbiciem tej samej osoby, emanacją jednego bóstwa – dziewczynka całą urodę odziedziczyła po rodzicielce i tylko czasami, gdy mrużyła oczy, poznać w nich można było czujność ojca.

– Kochanie... – podjęła młoda matka, skrywając swoje zniecierpliwienie. – Mamusię boli głowa. Może pobawisz się z tatusiem w chowanego? Tylko ukryj się dobrze i ładnie czekaj, aż tatuś cię znajdzie. Zgoda?

– Zgoda! Sonia ochoczo pomknęła w głąb ogrodu, wyrzucając na boki nieporadne rączki i nóżki.

*

– Pogotowie gazowe, jest jakiś wyciek – powtórzyła ochroniarzowi pokojówka.

Wyciągnął dłoń po słuchawkę.

– Niczego nie zgłaszaliśmy – zwrócił się do czekających po drugiej stronie linii mężczyzn, jednocześnie odruchowo zaglądając przez firankę za okno. Jego wzrok jednak nie mógł sięgnąć dalej niż do broniącego posiadłości muru i ciężkiego metalowego cielska bramy.

– Czujniki zanotowały spadek ciśnienia w okolicy, gdzieś musi być wyciek – zaskrzeczał głos w słuchawce. – Sprawdzamy to. Proszę zadzwonić do sąsiadów, u nich też szukamy.

– Chwileczkę.

Ochroniarz odłożył słuchawkę i podniósł do ust krótkofalówkę.

– Hannibal – rzucił hasło i skierował się do drzwi.

Chwilę później zmierzał już do sąsiadującej z bramą furtki, także wykonanej z grubego, litego stopu. Zza węgła domu, w pełnej gotowości, obserwował go inny ochroniarz. W napięciu, gotów na wszystko, nacisnął działającą tylko od wewnątrz klamkę.

– Proszę przede mną – zwrócił się do pracowników gazowni, otwierając szeroko skrzydło furtki. Ani na sekundę nie spuszczając ich z oczu, rozłożoną dłonią wskazał kierunek.

– Tam, w lewo? – upewnił się pierwszy z trzech.

– Tak, proszę. Co panów tak dużo?

Ruszyli przez długi dziedziniec w kierunku domu i dalej, wzdłuż jego murów, w stronę pomieszczeń gospodarczych.

– Młodzi na szkoleniu – wyjaśnił ten, który najwyraźniej im przewodził.

Ochroniarz badał ich dokładnie wzrokiem, nie wiedząc, czego szuka i czy w ogóle jakaś wskazówka czeka na odnalezienie. Ubrani w sfatygowane robocze stroje, z przewieszonymi przez ramię torbami i czapkami, które mimo upału nasunęli głęboko nad oczy, potrącali w ochroniarzu jakąś strunę przeczucia, ale nie mógł odgadnąć granej przez nią melodii. Milcząca dwójka wcale nie wyglądała na dopiero uczących się fachu „młodych”, byli wyraźnie po trzydziestce, ale w tych czasach nie gardziło się żadną robotą. Z ich obojętnych, przeciętnych w wyrazie twarzy trudno było cokolwiek odczytać, może poza znużeniem upałem. Tylko ich szef – niewiele starszy, niski, krępy – cały czas mówił.

– Nie ma żartów, wie pan, gorąco jest – nawijał poufale. – Coś się rozszczelniło, to pewne, bo wie pan, ciśnienie spadło, znaczy, że gdzieś ucieka. Ale nie wiemy, gdzie dokładnie, to musimy chodzić od domu do domu i sprawdzać. Widzi pan, tu taki czujnik mam. – Pokazał ochroniarzowi urządzenie z pokrętłami i zielonym ekranikiem. – Musimy się przejść koło zaworów i tak dalej, czy czegoś nie zwęszy. Gazu, nie? No i tak chodzimy, w ten upał, wie pan, ale w takim upale znowu to i o wypadek łatwiej, jakaś iskra, coś, gorąco, wszystko wyleci w cholerę.

– To nie zakręciliście głównego zaworu? – spytał ochroniarz, który z uwagą słuchał całej tej paplaniny. W napięciu czekał na odpowiedź, jak wędkarz czeka na ruch linki: złapało się czy nie?

Doszli już do ścian domu i wyłożoną kamieniami dróżką szli w kierunku murowanej przybudówki, której dach widoczny był zza gęstej roślinności. Gadatliwy fachowiec zrobił przerwę na złapanie oddechu i grubą dłonią przejechał sobie po twarzy, ścierając z niej kropelki potu. Te kilka sekund skręciło wnętrzności ochroniarza – czy facet ociąga się z zawodowej nonszalancji, czy złapany w sidła własnego niedoskonałego kłamstwa szuka sposobu ucieczki?

– E, no, zakręciliśmy – odparł wreszcie w tym samym niefrasobliwym tonie. – Ale te zawory daleko od siebie są...

Urwał zdanie, bo weszli właśnie pomiędzy krzaki i niskie drzewka nasadzone po bokach biegnącej przy domu dróżki. Musieli przez kilkanaście metrów iść gęsiego, więc ochroniarz znów puścił ich przodem.

– No, chłopcy, włączcie maszynki – polecił szef.

Ochroniarz nie dosłyszał. „Młodzi” sięgnęli do swoich toreb.

– Co proszę?... – zapytał.

Jeden z „młodych” odwrócił się do niego zwinnie i kilka razy prawie bezgłośnie wystrzelił ze schowanej wewnątrz torby broni. Ochroniarz nie zdążył zareagować – padł bezwładnie na chropowate kamienie. W tym czasie drugi „młody” zanurkował w krzaki, a szef ruszył do ogrodu.

Zza rogu domu wychylił się drugi z ochroniarzy obserwujący ich cały czas z dystansu. Wycelował w pierwszego napastnika i strzelił – nie trafił. Ułamek sekundy później powietrze rozpruł drugi pocisk – tym razem nadlatujący od strony krzaków. Ochroniarz, który jeszcze nie zdążył całkiem cofnąć się za mur, dostał w ramię. Obaj „młodzi” ruszyli jednocześnie w jego stronę.

*

Sonia pobiegła na sam koniec ogrodu, gdzie rosły obok siebie dwa ogromne krzewy cisu. Rączkami rozgarnęła miękkie gałązki trującej rośliny i zanurkowała w jej głąb, aż do pnia, przy którym przycupnęła. Na początku jej kilkuletnie serduszko biło szybko, podekscytowane, ale po chwili się uspokoiła – wdech i wydech, wdech i wydech. Miejsce emocji zajmował spokój, wiedziała, że tu nikt dorosły jej nie znajdzie. Usiadła na gołej ziemi i zaczęła przyglądać się zacienionemu wnętrzu krzewu, w przedzierających się między mrowiem zielonych igieł nitkach słonecznego światła badając każdy szczegół utkanej magicznej opończy, tak jak tylko dzieci potrafią – w stanie skupienia podobnym do hipnozy i mogącym trwać przez długie minuty. W końcu Sonia zamknęła oczy i oparta o pień przysnęła.

Obudził ją miękki, ciepły dotyk i szorstki, jednostajny dźwięk. Otworzyła oczy, zaskoczona, a z buzi wymsknął jej się słabiutki pisk. Biało-rudy kot z dzwonkiem na szyi, sam zlękniony, spłoszył także ciszę i wybiegł spod gałęzi cisu, by ruszyć dalej swoimi tajemnymi ścieżkami. Sonia natychmiast zapomniała o zabawie w chowanego i ruszyła za dachowcem.

*

W ogrodzie Wołosa roiło się od milicjantów i techników kryminalistycznych. Na wiklinowym szezlongu leżał porzucony złoty zegarek i Makbet z wetkniętą w środek zakładką. Obok nich jak strażnicy stały tabliczki z numerkami: dwunastka przy książce i trzynastka za zegarkiem.

Na środku trawnika, z dramatycznie rozrzuconymi na boki rękoma, leżał na wznak Wołos. Jego otwarte jasne oczy skierowane były wprost ku wiszącemu nad ziemią słońcu, które milcząco tryumfowało nad namiestnikiem podziemi. Jeden z techników krążył nad ciałem, z precyzją przykładając obok ran skalówkę i robiąc zdjęcie za zdjęciem.

– Tata?

– Hm? – Technik nacisnął spust starej lustrzanki i odwrócił głowę. – Ożeż... – Ugryzł się w język w ostatnim momencie, przecinając tym samym przekleństwo.

Z drugiej strony, nad ciałem Wołosa, stała zdezorientowana Sonia.

I
NOC Z 2 NA 3 PAŹDZIERNIKA 2015

Światła reflektorów przebijają się przez nocne powietrze wypełnione gęstą, smętną mżawką. W wyobraźni miga mi obraz batyskafu penetrującego ciche dno czarnego oceanu. W oddali błyskają światła latarek, gdzieś krótko szczeka pies. Policja przeczesuje pole, funkcjonariusze przedzierają się przez okoliczne zarośla. Ja, razem z grupą kilkunastu kolejnych osób, skupiam się na jednym miejscu.

– Macie ten namiot? – pytam mijającego mnie właśnie technika.

Nazywam się Sonia Kosowicz, córka kosa, ptaka pustelników, prawdy, czarów i snów, obrońcy przed piorunami. Nie ma jednak we mnie ani magii, ani marzeń, nieobce są mi kłamstwa i może tylko ludzie, których poszukuję, pozostają daleko ode mnie, porzuciwszy mnie jak pustelniczkę. Oto moje przeznaczenie.

Stoję nad zwłokami znalezionej dziewczyny – Los sprawił, że stanie nad zwłokami jest naturalnym elementem mojego życia. Dziewczyna, bo tym razem to dziewczyna, jest ubrana w zwykły szary dres, w którym powinna siedzieć na kanapie i oglądając serial, jeść chrupki. Długie tlenione włosy, które może jeszcze rano dokładnie rozczesywała, są rozrzucone w nieładzie jak groteskowa aureola, a tusz do rzęs, od kilku godzin opłakiwany przez mżawkę, spłynął po jej gładkiej twarzy.

– Nie możemy znaleźć – odpowiada znużony technik. Brak namiotu jest nie pierwszym i niejedynym absurdem, do jakich wszyscyśmy się już przyzwyczaili. Jest druga nad ranem, noc z drugiego na trzeciego października 2015 roku.

– Lekarz jedzie? – pytam. Cicho i delikatnie, jak zawsze. Robię to celowo, w ten sposób zaklinam rzeczywistość, balansuję ją, uspokajam, tłumię jej pęd.

– Jedzie, dzwonili. Ma być za pół godziny. Może koc przyniosę? – proponuje technik.

– Nie, kocem jej nie przykryjemy.

– Ale nie dla niej... – wyjaśnia.

– Ach... – teraz rozumiem. – Nie, dzięki, ja nie marznę.

Mam na sobie wąskie dżinsy, sportową bluzę i przezroczystą przeciwdeszczową pelerynę. Nie jest mi zimno, a może jest, ale nie zwracam na to uwagi – całą poświęcam dziewczynie na ziemi. Teraz wszyscy są tu dla niej, choć trochę też i dla siebie, dla ideałów praworządności i społecznego ładu; za kilka, kilkanaście dni zapomną, poświęcając się innym pechowcom, pozostaną tylko imię i nazwisko, przekazywane kolejnym funkcjonariuszom publicznym, przerzucane na kartach akt i wreszcie wyryte na nagrobku. Całe życie sprowadzone do tych kilku liter. Właściwie wszyscy tu jesteśmy tylko po to, aby udać, że jesteśmy warci trochę więcej niż te kilka dźwięków, które ktoś kiedyś może odczytać, przechodząc koło naszych grobów.

Mężczyzna, którego troskę odrzuciłam, wzrusza ramionami i odchodzi tam, gdzie miał iść, pewnie zadowolony, że może szukać nieistniejącego namiotu jeszcze przez chwilę, unikając innych zadań.

– O, przepraszam. – Inny technik potrąca mnie, jakby na całym tym polu nie było miejsca dla nas wszystkich. Trzyma w ręku kompaktowy aparat z doczepioną lampą błyskową. Cofam się o krok, żeby zrobić mu przestrzeń, i obserwuję, jak dokumentuje miejsce zdarzenia i kolejne ślady. Flesz co chwila oświetla nieżywą dziewczynę upiornym światłem. Błysk za błyskiem, jakby to jej ciało migotało gasnącym światłem ulatującej duszy. Bolą mnie oczy, zaciskam mocno powieki i przenoszę wzrok na rosnące nieopodal młode brzozy. Biała kora wątłych, prawie ogołoconych z liści drzew majaczy ponuro w nocnej scenerii. Ktoś rusza policyjnym reflektorem i snop światła pada w stronę, gdzie pośród brzeziny dostrzegam dziewczęcą sylwetkę. Stoi nieruchomo, ubrana w szary dres, jasne włosy sięgają jej łokci.

– No, Kosowicz – słyszę za sobą. – Już jestem. A to co? Gdzie namiot?

Odwracam się w kierunku energicznego męskiego głosu. Prokurator Damian Szafrański, dziedzic nieszczęśliwie zakochanego w nimfie, przemienionego w kwiat Krokusa, niepomny swego dawnego wcielenia, lat czterdzieści, kilkudniowy zarost na twarzy, oczy bezsenne, podkrążone od zbyt wielu godzin na jawie. Idzie z kapturem naciągniętym nisko na czoło, choć aż tak mocno nie pada. W jednej ręce trzyma telefon, w drugiej kubek termiczny z parującą kawą – zapach wyprzedza go o krok. Mimo zmęczenia Damian jak zwykle ma dobry nastrój. To jego sposób na przetrwanie – zachowywać pogodę ducha, nie narzekać i się nie denerwować, trzymać na dystans męczącą rzeczywistość.

– Nie ma namiotu – mówię. Rzucam jeszcze raz okiem w kierunku brzóz. Zjawa zniknęła.

– Nie ma namiotu – powtarza Damian, jakby językiem chciał zważyć ciężar tych słów. – To tak jak kaloszy – dodaje nieoczekiwanie. – Wszystkie trzy pary, które mamy w prokuraturze, są już w terenie, na ostatnią spóźniłem się o pół godziny. – Macha ręką, na szczęście tą z telefonem, nie z kawą. – Co my tu mamy?

– Dziewczyna, lat około dwudziestu – opisuję, co widzę. – Bez śladów walki, bez śladów wykorzystania. Przynajmniej na oko, bo lekarz jeszcze nie przyjechał.

– To ja się spieszę... – Damian kręci z niezadowoleniem głową, ale żeby jej sobie nie ukręcić, pociąga łyk kawy. – Na pewno nie chcesz?

– Na pewno. – Nie mam ochoty na kawę od kilku lat. – Rana cięta na gardle – kontynuuję ze starannością. – Pod paznokciami nic nie ma, ktoś ją dobrze wyczyścił, zanim ją tu zostawił.

– Zostawił? I żadnych śladów?

Ruchem głowy wskazuję na horyzont, gdzie jak błędne ognie tańczą snopy świateł z latarek.

– Żadnych. Zbadaliśmy prawie cały teren, nic nie ma, psy też nie złapały tropu. Musieli ją przywieźć samochodem, porzucić, zetrzeć z podłoża odciski butów i odjechać.

W telepatycznym porozumieniu oglądamy się za siebie, na biegnącą kawałek dalej asfaltową drogę.

– No tak. – Damian na moment traci wesołość, ale szybko się opamiętuje i wraca do zwykłego tonu. – Ani śladu buta? Ani pół? A guzik? Fajka?

– Niczego nie ma, Damian, tylko dziewczyna. Ktoś ją bardzo sprawnie zamordował i równie sprawnie wyrzucił w szczere pole. Siedzimy tu już kolejną godzinę, czekamy tylko na ciebie i lekarza i się stąd zawijamy. Rano jeszcze raz obejrzymy krzaki i będziemy myśleć.

– A kto ją znalazł? Wiemy coś? – dopytuje, próbując chyba ustalić, jak szeroka jest nasza niewiedza.

– Anonimowe zgłoszenie. Nic nie wiemy. Dokumentów przy ciele nie ma, odciski będą jutro, rozpytywać o tej porze nie ma kogo. Zresztą do najbliższej wsi jest kilka kilometrów.

– No dobra. – Damian bierze kolejny łyk kawy, ostatni, z samego dna, i rusza w stronę swojego samochodu. Idę z nim. – To dlaczego tu jesteś? Dziewczyna raczej nie wygląda na gangstera.

– A jednak... – Nie kończę.

– Jednak – powtarza za mną wesoło.

Mijamy szereg zaparkowanych samochodów, głównie radiowozów, i zatrzymujemy się przy ostatnim, którym przyjechał Damian. Rozglądam się kontrolnie. Jesteśmy sami.

– Zgłoszenie przez telefon przyszło około dwudziestej trzeciej – zdradzam. – Mężczyzna podał dokładną lokalizację i określił zamordowaną jako „bieluńskie ścierwo”.

– A to ciekawe. – Damian aż przestępuje z nogi na nogę. Zaczyna pocierać się po zaroście nieustannie trzymaną w ręce komórką. – Czyli pracowała dla Bielunia – skonstatował i wcale nie chodziło mu o halucynogenną, śmiertelnie trującą roślinę, choć nie bez powodu taki pseudonim połączył się z jego nosicielem.

– Załóżmy – dopuszczam jego hipotezę. – Mamy wówczas dwa wyjścia, znaczy zabili ją ludzie Bielunia albo ktoś inny. Ludzi nie od Bielunia jest więcej, ale dlaczego zdradzaliby się swoją pogardą? Aby coś zamanifestować? Czy z braku profesjonalizmu? – myślę na głos. – Czy ktoś niebędący jego wrogiem miałby dość negatywnych emocji, aby jego człowieka nazywać ścierwem? I czy ktoś niebędący jego wrogiem byłby tak profesjonalny? Pozostają nam więc wrogowie Bielunia, ale ci raczej nie obnoszą się ze swymi aktami zemsty, zresztą nie muszą – kto ma wiedzieć, ten wie. Wracamy więc do samych ludzi Bielunia. Jeśli zabili swoją, to dlaczego nazwali ją „bieluńskim ścierwem”?

Damian szura butem po twardej nawierzchni jezdni, rozrysowując w myślach moją klasyfikację i badając jej poprawność. Przypomina to grę w rozpoznawanie rzeczy, o której myśli druga osoba, kiedy jedynym drogowskazem mogą być odpowiedzi „tak” lub „nie”: to rzecz żywa czy nieożywiona? Jeśli żywa, to jest człowiekiem czy zwierzęciem? Jeśli człowiekiem, to kobietą czy mężczyzną? I tak dalej, eliminacja aż do wytypowania celu. Tylko że trudniejsza. I bez tak oczywistych wskazówek.

Damian zbiera myśli, łączy znane nam fakty z żywotów przestępców, plotki i domniemania, aby zrozumieć, jakie mogli mieć motywy.

– Może powiedzieli tak, żebyśmy byli pewni, że to oni ją zabili – podsuwa. – A do mediów poszła wiadomość, że ludzie z gangu Bielunia tak traktują brak posłuszeństwa. Pozostali zobaczą to w telewizji i nie odważą się wycinać żadnych numerów – naprędce wymyśla wersję.

– Wtedy mogliby powiedzieć: „tak kończą zdrajcy Bielunia”. Prosty przekaz, nagranie zgłoszenia wyciekłoby do wiadomości i mieliby spokój na jakiś czas. A „bieluńskie ścierwo”? To jednak nie brzmi jak słowa kogoś, kto pracuje dla Bielunia.

– Zostaje albo konkurencyjny gang, albo ktoś zupełnie niezwiązany, kto chce zmylić trop – wnioskuje Damian.

– Albo jednak ludzie Bielunia – wtrącam. – Też próbujący zmylić trop.

Wątek, który podchwyciliśmy, doprowadził nas donikąd; kręcimy się wokół własnych myśli jak psy, które zgubiły trop.

– To „bieluńskie ścierwo” tylko nam miesza, zamiast pomóc – podsumowuje Damian. – Od początku. Ktoś zabił dziewczynę jednym dokładnym cięciem, umył ją, przebrał, wywiózł autem na odludzie, rzucił na pole, odjechał i zadzwonił na policję, podając dokładne współrzędne miejsca. Profesjonalista albo psychopata. Stawiam na profesjonalistę, wątpię, żeby psychopata chował się za porachunkami gangów.

Kiwam głową. I tak czekamy na lekarza, więc mimo zmęczenia, dla wątpliwej rozrywki i zabicia czasu, choć gdybanie bez dowodów niewiele może dać, wymyślam pierwszą lepszą, a zarazem najprostszą wersję, jaka przychodzi mi do głowy.

– Dziewczyna mogła uciec z burdelu Bielunia – mówię. – Złapali ją i zabili dla utrzymania reszty w ryzach. Zabójca, w takim przypadku człowiek Bielunia, rzuciłby w zgłoszeniu: „bieluńskie ścierwo”, żeby zmusić nas do wymyślenia kilku dodatkowych wersji zdarzeń i tym samym utrudnić śledztwo.

– Burdel może należeć też do kogoś luźniej związanego z Bieluniem. – Damian proponuje inny przebieg zdarzeń. – Może płaci mu haracz albo dostaje od niego dziewczyny. Może kręcił coś na boku, ona to odkryła, szantażowała go, więc ją zabił.

– Mogła też rozprowadzać narkotyki – podsuwam. – Wystarczy, że weszła na obcy teren albo pochwaliła się niewłaściwej osobie, trafiła na kogoś, komu ludzie Bielunia zaszli za skórę.

– Tylko kogo? Grupa Bielunia kontroluje wszystko w całym regionie. Nawet jeśli dziewczyna jest płotką i zabicie jej nie ściągnie na zabójcę ostrej reakcji Bielunia, to nazywanie jej „bieluńskim ścierwem” jest prowokacyjne.

– Między innymi dlatego tak dobrze zatarto ślady – zauważam.

– Sądzisz, że bardziej ze strachu przed Bieluniem niż przed nami? – śmieje się Damian, wyjątkowo gorzko jak na niego.

– O ile przyjmiemy taką wersję... – zaznaczam. – Ale najważniejsze jest to, że jeśli „bieluńskie ścierwo” nie jest zmyleniem tropu, to ktoś, nieważne, czy celowo, czy w emocjach, wymierzył Bieluniowi policzek. Czyli albo wewnątrz grupy pojawił się ferment, albo zęby ostrzy sobie ktoś z zewnątrz. Pytanie brzmi, jaki będzie ciąg dalszy i jaka będzie skala wydarzeń.

W dłoni Damiana ożywa telefon, który pozbawiony głosu warczy groźnie. Damian spogląda na wyświetlacz i odbiera.

– Jesteś już? Dobra, idziemy. – Rozłącza się i wreszcie chowa komórkę do kieszeni. – Chodź, lekarz przyjechał. Niech rzuci okiem, podpiszmy protokół i zbierajmy się stąd.

II

Wchodzę do mieszkania. Zielone cyfry kuchennego zegarka wyświetlają godzinę 4.18. Zsuwam ze stóp przemoczone adidasy i zdejmuję przeciwdeszczową pelerynę, rzucam ją byle jak do kabiny prysznicowej, żeby ściekła z niej woda. Kiedy wracałam do miasta, deszcz rozpadał się na dobre. Między parkingiem a bramą bloku ciężkie krople dosięgły części mojego ubrania jak ogary dopadające zająca tuż przed jego norą.

Włączam telewizor, niemal bezgłośny. Obrazy na ekranie rozjaśniają mały pokój połączony z kuchnią. Przechodzę do jeszcze mniejszej sypialni i nie zapalając światła, po omacku przebieram się w piżamę i owijam szczelnie szlafrokiem. Wracam do kuchni, wyciągam z szafki schowaną w foliowy woreczek drożdżówkę, nalewam sobie szklankę mleka i siadam na miękkiej, wysłużonej sofie naprzeciwko telewizora. Z głośników sączy się ledwo słyszalny szept, ale ja nie jestem zainteresowana treścią nadawanego reportażu. Nie myślę o niczym, gryzę suchą, zimną drożdżówkę i przełykam, popijając mlekiem; po kilku kęsach sięgam do szlafroka po słoiczek z tabletkami. Wyjmuję jedną, łykam, popijam, pustą szklankę odstawiam na stolik obok sofy i biorę pilota. Wyłączam telewizor. Nie... nie wyłączam. Na ekranie widzę dom. Cofam palec znad czerwonego przycisku.

Na ekranie widać dom, charakterystyczną, dużą willę otoczoną wysokim murem. Na przestrzeni lat pojawiała się w mediach tyle razy, że większość ludzi potrafi ją rozpoznać. To willa Wołosa.

Robię głośniej.

– ...to właśnie w tym ogrodzie nastał niespodziewany koniec jednego z najpotężniejszych szefów polskiej mafii, lidera gangu zorganizowanego jeszcze przed mafijnym rozkwitem przypadającym na początek lat dziewięćdziesiątych. Mariusz Kosowicz, pseudonim Wołos, został zamordowany przez niezidentyfikowanych sprawców. Zginęli także jego ochroniarze i pracujące w domu dwie pomoce domowe. O zlecenie zbrodni podejrzewany był przywódca rodzącej się wówczas konkurencji Wołosa, kryjący się pod pseudonimem Bieluń. Niestety, w wyniku przekształcenia milicji w policję duża część akt zaginęła, a z braku dowodów śledztwo utknęło w martwym punkcie. Niespełna kilka tygodni temu sprawa się przedawniła. Losy rodziny Wołosa nie są znane.

– Nic nowego – zwracam się do telewizora i przełączam kanał. Pokój wypełnia się błękitnym kolorem oceanu.

– Rekin, aby przeżyć, musi pozostawać w ciągłym ruchu – oznajmia popularna lektorka, a w kadr wpływa przedstawiciel gatunku o mało bystrym wyrazie pyska. Tylko groteskowe rzędy zębów budzą respekt przed ślepą, pierwotną siłą. – Płynąc do przodu z otwartym pyskiem, pozwala wodzie z tlenem obmywać jego skrzela, dzięki czemu oddycha. W tym celu może też wykorzystywać morskie prądy, jednak aby nie opaść na dno, wciąż musi się poruszać, nawet podczas snu. Rekiny bowiem nie mają pęcherza pławnego. W podwodnym królestwie jednym z największych wrogów rekina jest jego własny, niedoskonały organizm.

Lektorka milknie. Oglądam ciche ujęcia nieznających odpoczynku rekinów, a gdy zastępują je płaszczki, wyłączam telewizor. Odkładam pilota na stolik i wzrokiem zahaczam o drzwi prowadzące na karykaturę balkonu. Na nim, za szybą, w słabym świetle ulicznej latarni, pośród ulewy stoi zamordowana dziewczyna. Ubrana w ten sam dres, w którym oglądałam ją kilka godzin temu, z długą raną na szyi i mokrymi, rozpuszczonymi włosami. Nie widzę dokładnie jej twarzy, ale nie mam wątpliwości – to ta sama osoba. Patrzę na nią, a ona patrzy na mnie. Przyglądamy się sobie nawzajem w milczeniu i bezruchu, wymieniając się ciszą. Trwam zastygnięta, jak łucznik przed wypuszczeniem strzały – z jedną ręką wyciągniętą, opartą o stolik, na który odłożyłam pilota, a drugą przy tułowiu; mój oddech jest wolny i płytki. Nieżyjącą dziewczyną nie wstrząsa nawet pojedynczy dreszcz. Zawsze się pojawia – prędzej czy później. Ból. Czuję prąd w skroniach, pochylam się i przykładam ręce do głowy. Zaciskam mocno powieki, na próżno, boli dalej, przeszywa. Schylam się niżej, masuję palcami okolice czoła. Zaraz przejdzie, już powoli ustępuje. Przyciskam do czoła nadgarstek, na którym mam złoty zegarek, starą pamiątkę – chłód metalu niczego nie zmienia, ale jest przyjemną iluzją. Wreszcie coś w moim organizmie zaskakuje i ból mija równie nagle, jak się narodził. Prostuję się ostrożnie. Patrzę w stronę balkonu, ale zamordowanej dziewczyny już tam nie ma. Moje gardło opuszcza jęk – nie mój, lecz jęk mojego zmęczonego ciała. Kulę się na sofie i niemal w tej samej chwili zasypiam.

III
3 PAŹDZIERNIKA 2015, SOBOTA

Bębny, miarowe bicie w bębny, czyjś krzyk. Czy to krzyk strachu, nienawiści, czy rozkoszy – nie poznaję, mój umysł jest zbyt otumaniony. Membrany bębnów wibrują, echo odbija się w mojej czaszce, coraz krócej, coraz szybciej, coraz ostrzej; po chwili to już nie bębny, lecz strzały. Ktoś zawodzi, nie, ktoś śpiewa prostą piosenkę. Z płytkiego, wypełnionego chaotycznymi obrazami snu wyprowadzają mnie rytmiczne dźwięki beztroskiej muzyki.

Ostre światło słońca wdziera się do pokoju przez wąskie okno i pada prosto na moją twarz, drażniąc odchodzące od oczu nerwy. Choć kilka godzin temu zasnęłam na kanapie w pokoju obok, teraz leżę w sypialni – o ile tak można nazwać pokój z szafą, łóżkiem, biurkiem i pozostałym pustym metrem kwadratowym. Odwracam głowę w drugą stronę i patrzę nieruchomo przed siebie, obserwując przepływający obok mnie czas. Muzyka urywa się, a z włączonego w kuchni radia dobiega ożywiony głos prezentera. W moim ciele drga pierwszy mięsień, a po nim jak fala ruszają kolejne.

Krzywię się, przeciągam i wstaję. Wychodzę z pokoju; przy kuchennej ladzie krząta się Damian.

– Wyspałaś się? – pyta, jak zawsze w dobrym nastroju.

– Wyspałam – mówię bez przekonania.

– Zrobiłem sałatkę – wskazuje na miskę pełną warzyw. Mam wrażenie, że wyglądają dużo lepiej niż ja.

– Daj mi pięć minut – rzucam bezmyślnie i idę do łazienki.

Przeciwdeszczowa peleryna, którą wczoraj cisnęłam do kabiny prysznicowej, wisi na haczyku przyklejonym koło kaloryfera. Pod nią stoi plastikowa miska, na dnie zebrało się trochę wody. W ogóle cała łazienka wygląda jakoś czyściej i pachnie detergentem. Damian musiał z samego rana cicho jak mysz wśliznąć się do mieszkania i zrobić porządki. Czasami denerwuje mnie to jego posłannictwo uśmiechu, irytująca maniera ulepszania i rozjaśniania wszystkiego, czego się dotknie. Ale wiem, że właśnie to pozwala mi oddychać. Potrzebuję go, i tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego on zachowuje się, jakby potrzebował mnie.

Patrzę w lustro. Wyglądam jak duch. Mam spękane wargi, moja twarz jest blada, a piwne oczy wyraźnie kontrastują ze skórą. Kasztanowe falowane włosy są przesuszone i potargane. Kiedyś, dawno temu, ścięłam je, ale mściły się na mnie za to przez długie, długie miesiące.

Przyciskam ręce do twarzy, a przed zamkniętymi oczami pośród mroczków przebiegają mi urywki scen z przełomu wczorajszej późnej nocy i dzisiejszego wczesnego poranka. Puste, zniechęcone spojrzenie tamtej dziewczyny, flesz aparatu błyskający jak wściekłe pioruny. Wspomnienia zakrzywiają moje poczucie czasu i zaczyna mi się kręcić w głowie. Cofam ręce i odganiam myśli o wczorajszych czynnościach, skupiając uwagę na błahej procedurze nowego poranka.

Umyta, owinięta w szlafrok, z umysłem dużo jaśniejszym niż ledwie kwadrans temu, wracam do kuchni. Na mikroskopijnym stoliczku stoją ciasno koło siebie wszystkie elementy przygotowanego przez Damiana śniadania. Wykorzystał chyba całą zawartość lodówki i szafek, musiał też zrobić zakupy, bo ja nie kupuję cykorii. Siedzi na taborecie niepasującym do niczego w tym mieszkaniu i czeka na mnie. Zajmuję miejsce na krześle.

– Wyłączyłem ci budzik, żebyś spokojnie odpoczęła.

– Dzięki.

Odgarniam wilgotne włosy. Może byłoby lepiej, gdyby budzik zadzwonił. Tusz do rzęs spływający po policzkach dziewczyny nacieka na moje myśli, gdy smaruję kromkę chleba masłem.

– Może gdzieś dziś pójdziemy? – proponuje Damian. – Zapowiada się ładny dzień.

Damian mówi, bo lubi mówić; a może robi to dla mnie, dostrzegając moje odrętwienie? Nadziewam na widelec niewinne liście sałaty i pokawałkowane warzywa, wkładam je do ust. Przeżuwam dokładnie sałatkę z chlebem i spoglądam na świat za przeszklonymi drzwiami prowadzącymi na balkon. Pogoda jest piękna, na niebie nie da się dostrzec najmniejszej chmury.

– Twoja siostra dzwoniła? – pytam, przełknąwszy kęs.

– Wcześnie rano, czekają na skurcze.

– Urodzi dzisiaj?

– Na to liczą. Najpóźniej jutro.

– Może powinniśmy do niej pojechać?

– Lepiej nie. To już trzecie, a wiesz, jaka jest Kaśka. Pewnie wszystkie włosy Karolowi powyrywa. Pojedziemy, jak emocje opadną.

Kiwam głową, przyznając mu rację.

– Powiedz lepiej, co z nami – wtrąca Damian bez sensu.

– Przecież wiesz – odpowiadam spokojnie, jak zawsze. – Nie jesteśmy gotowi. – Smaruję następną kromkę i kładę na niej ser.

– Nikt nigdy nie jest gotowy – stwierdza Damian filozoficznie. – Rozmawiałem kilka dni temu z kolegą z uczelni. Mówi, że znalazłoby się dla mnie miejsce.

– Na uniwersytecie?

– Nie, na prywatnej.

Krzywię się.

– To dobra praca, na długo, z niezłą pensją. – Damian broni pomysłu.

– Bez gwarancji zatrudnienia, nudna. Nie pasujesz do tego – staram się uciąć temat.

– Ale za to bez siedzenia po nocach w deszczu, na środku pola.

– Przecież to lubisz.

– Prawda, ale pod warunkiem, że w domu nie czekają na mnie żona i dziecko.

– Dlatego ślub i dziecko nie są dobrym pomysłem – podsumowuję.

Damian wie, że nie będzie łatwo – prowadziliśmy podobną rozmowę już kilka razy.

– No, to nie zmienię pracy... – zaczyna.

Wiem, że chce przejść do alternatywnej wersji, więc mu przerywam:

– ...a wtedy żadne z nas nie będzie miało czasu zająć się dzieckiem. Skoro nie ma sensu, żebyś ty zmieniał pracę, to może ja to zrobię – odczytuję jego myśli. – Ale ja nie chcę zmieniać pracy, Damian, rozmawialiśmy już o tym. Jeszcze nie teraz.

– Jeśli nie teraz, to kiedy? – Damian stara się nie zdradzać swojego rozżalenia. – Nie możemy tego odsuwać w nieskończoność. Sprawa Wołosa się przedawniła. Nic już nie zrobisz.

Moje serce wypada z rytmu i pomija jedno uderzenie. Nic już nie zrobię? Jak to: nic już nie zrobię? Zaciskam zęby i patrzę prosto w oczy Damiana. Myśli galopują przez mój umysł. Ma rację. Minęło trzydzieści lat, sprawa jest nieodwracalnie zamknięta. Nic już nie zrobię. Spuszczam oczy i rozluźniam twarz.

– Sonia, najwyższa pora dać odejść przeszłości. Nic ci nie przywróci rodziny, ale możemy zbudować własną. Damy radę, nie ma co się martwić na zapas. Zobaczysz, odetchniesz. Kaśka na pewno nam pomoże, zaopiekuje się małym, jak będzie jakaś awaryjna sytuacja, jedno dziecko więcej nie zrobi jej różnicy. Z pracy też nie będziesz musiała zupełnie rezygnować. Ślub możemy zrobić kameralny...

Słucham go cierpliwie – co mogę odpowiedzieć? Wszystkie argumenty, których jeszcze niedawno używałam, straciły swoją moc. Pracoholizm, poświęcanie każdej wolnej chwili na śledztwo – tym, co mnie motywowało, była sprawa Wołosa. Teraz ta motywacja zniknęła. Co innego Damian, on wybrał swoją karierę, bo lubił to robić. Gdyby miał zająć się czym innym, pewnie by cierpiał. A mnie przecież powinno być już teraz wszystko jedno. Mogłabym zająć się wychowywaniem dziecka, potem wrócić na kilka lat do pracy na jakieś pomocnicze, papierkowe stanowisko, doczekać wcześniejszej emerytury i czekać na męża i dziecko z gorącą zupą, ewentualnie zostać trenerką fitness albo uczyć kobiety samoobrony.

Przerywa nam dzwonek mojego telefonu odłożonego na skraj kuchennego blatu. Wstaję po komórkę, na ekranie wyświetla się imię „Marek”. Odbieram.

– Słucham?... Jasne... Kto?... Rozumiem, już jadę.

Rozłączam się i odwracam do Damiana; otwiera usta, chcąc coś powiedzieć, ja swoje też otwieram, ale pierwszy odzywa się telefon – tym razem Damiana. Wyciąga go z kieszeni spodni i odbiera. Rzeczywistość puka do drzwi naszych wyobrażeń, burząc ich mury, jakby były zrobione z piasku.

– No co tam?... No... Co?... O matko. Dobra, będę za godzinę.

– Marek? – odgaduję.

– Marek – burczy Damian i nie wiadomo po co zaczyna robić porządek na stole.

– No to jedziemy razem – mówię. – Zostaw to, później posprzątam.

Wychodzimy, zostawiając niedojedzone śniadanie i poniewierające się okruchy marzeń.

IV

Pokój przesłuchań jest świeżo po remoncie – ma gładkie białe ściany, podłogę wyłożoną dużymi szarymi kaflami, na środku stoją biurko i dwa krzesła. Z sufitu zwisa goła żarówka; ktoś albo zapomniał o zamówieniu lamp, albo zwyczajnie zabrakło na nie funduszy. W środku czuć jeszcze mocny zapach farby do ścian, mieszający się teraz z wonią alkoholu, potu, krwi i pomniejszych aromatów ludzkiej fizjologii.

Na jednym z krzeseł siedzi skuty kajdankami dwudziestoparolatek w fatalnym stanie. W koszuli ubrudzonej krwią, najwyraźniej z jego własnego, spuchniętego nosa, w czarnych spodniach i taniej marynarce z zaciekami z wody i błota. Siadam naprzeciwko, Damian staje obok. Chłopak patrzy na nas półprzytomnie, zaczerwienionymi oczami.

– Dobry i zły policjant – bełkocze. – Nie ze mną te numery.

Kładę przed nim zwilżony ręcznik i plastikową butelkę z wodą. Dali mi to dla niego, jak wchodziłam do pokoju.

– Masz.

Chłopak prycha kpiąco i patrzy pogardliwie na ręcznik; przełamuje się jednak i sięga po niego skutymi rękoma. Przykłada wilgotną, szorstką tkaninę do twarzy. Trwa tak jakąś chwilę, aż Damian posyła mi zdezorientowane spojrzenie. Czekamy. Znam to uczucie – każdego ranka i wieczora tak samo zagłębiam moją twarz, jakbym koncentrowała w niej całą siebie, w tę namiastkę ciepłego i bezpiecznego schronienia. Chłopak odczuwa w końcu ulgę, przesuwa kilka razy ręcznikiem po twarzy i odkłada go z powrotem na stół. Odkręcam dla niego wodę, w kajdankach byłoby mu trudno; on dostrzega ten gest, ale nie komentuje. Sięga po półlitrową butelkę i opróżnia za jednym podejściem.

– Patryk – zwracam się do niego. Chłopak odstawia butelkę na stół i łypie na mnie. Ma w oczach mieszaninę złości i strachu, waleczności i beznadziei, niezrozumienia i przebiegłości. Jak wszyscy ci młodzi, zagubieni, przedwcześnie dorastający i mimo wszelkich starań nieszczęśliwi. – Zostałeś już pouczony przy zatrzymaniu, więc rozumiesz, że nie jesteś oskarżony, a co najwyżej podejrzewany. Od ciebie zależy, jak to się zmieni. Jeśli nic nam nie powiesz, prawdopodobnie zostaniesz w areszcie. Dowody, które znaleźliśmy, mogą dać podstawy oskarżenia i zastosowania tymczasowego aresztowania. Tylko ty możesz nam teraz wytłumaczyć, co się stało. Co się stało, Patryk? – pytam go ze spokojem, jak zawsze.

– Nie pamiętam – mamrocze.

– Piłeś?

– Coś piłem.

– Chyba sporo – zauważam, znając wyniki jego badań. Wytrzeźwiał już, ale w momencie zatrzymania miał wysokie stężenie alkoholu.

– No może.

– Z kimś piłeś czy sam?

– Sam...

– Pamiętasz, o której zacząłeś?

Nie odpowiada. Ściąga brwi i wykrzywia usta w coraz silniejszym, rozpaczliwym wyrazie. Wygląda, jakby miał się zaraz rozpłakać.

– No o której?

– Nie wiem – jęczy.

Otwieram leżącą przede mną papierową teczkę z aktami. Zaglądam pod pierwszą kartkę i wyciągam spod niej zdjęcie. Legitymacyjne, przedstawia dziewczynę, nad której ciałem stałam jeszcze kilka godzin temu. Wygląda jak osoba z równoległego świata, zadowolona z życia, dumna. Podsuwam je chłopakowi.

– Znasz ją?

Patrzy na zdjęcie i krzywi się jeszcze bardziej. Znów zaglądam do teczki. W foliową koszulkę wsunięta jest pognieciona i ubrudzona kartka A4 z wydrukowanymi w słabej jakości dwoma zdjęciami. Tym razem przedstawiają zwłoki dziewczyny.

– Poznajesz tę kartkę? Miałeś ją w kieszeni.

Chłopak pociąga nosem i przykłada skute ręce do twarzy.

– Skąd masz tę kartkę? Ktoś ci ją wysłał? – dopytuję.

Kartka, oprócz siatki zagnieceń, nosi ślady równych zagięć. Musiała być choć raz złożona, prawdopodobnie po to, by się zmieścić do koperty.

Tym razem chłopak kiwa kilkukrotnie głową, nadal trzymając się rękoma za twarz. Przyciska palce tak mocno, jak by chciał sięgnąć sobie w głąb czaszki. Czekam. Damian się niecierpliwi. Zakłada jedną rękę pod pachę, a dłonią drugiej zaczyna skubać włosy kiełkującej brody.

– Listem przyszła? – podpowiadam w końcu chłopakowi.

Kręci przecząco głową.

– Patryk. Patryk, popatrz na mnie. Jak nie listem, to czym? Mailem? Sam ją wydrukowałeś?

– Pod drzwi, wsunięta – wydusza z siebie schrypniętym głosem.

– Znalazłeś ją pod drzwiami i co dalej?

Damian, widząc, że zanosi się na długie przesłuchanie, przestaje skubać brodę i przytyka dłoń do ust, tłumiąc westchnięcie.

– Byłeś w mieszkaniu czy wracałeś? – przyspieszam.

Chłopak najwyraźniej coś sobie przypomina – nie odrywając dłoni od twarzy, kuli się coraz bardziej w sobie, jest bliski oparcia głowy o stół. Wstrząsają nim pojedyncze, coraz częstsze skurcze, być może wywoływane tłumionym szlochem. Oczywiście całość może być równie dobrze przedstawieniem.

Damian traci cierpliwość lub też podjął decyzję, że to odpowiedni moment na uderzenie. Opiera się o stół, nachylając w kierunku chłopaka, i kilka razy mocno uderza otwartą dłonią w blat, aby przykuć jego uwagę.

– Słuchaj, gówniarzu – podnosi głos. – Zarżnąłeś dziewczynę jak prosiaka i mazanie się gówno ci teraz pomoże. Gadaj, po co ci te zdjęcia! Zrobiłeś sobie na pamiątkę? Chciałeś się kumplom pochwalić? Czy szefowi pokazać, że zrobiłeś robotę?

Unoszę lekko brwi – nie mogę się powstrzymać. Zawsze gdy Damian uderza w ten ton, mam to samo nieprzyjemne uczucie dysonansu. Damian, którego widzę, nie pokrywa się z obrazem Damiana, którego zam. Wiem, że to gra, ale czy na pewno? Czy udawałby tak dobrze, gdyby nie było w nim pierwiastka brutalnej siły? Jak to możliwe, że ta sama uśmiechnięta twarz, miękki, opowiadający żarty głos, przygotowujące śniadanie ręce, że to samo ciało, ta sama osoba może mieć tak różne dwa oblicza?

– Taki dumny z siebie jesteś, co? – ciągnie Damian groźnie. – Fajnie było? Pierwszy raz czy wcześniej też już kogoś zabiłeś?

Chłopak odrywa ręce od twarzy i uderza nimi o stół. Tłumi jęk, choć kajdanki z pewnością boleśnie wżęły się w jego nadgarstki. W jego spojrzeniu dominują teraz gniew i rozpacz.

– To moja siostra – wrzeszczy i wybucha bezsilnym płaczem. – Nie zabiłem jej! – wykrzykuje z trudem i jakby opadł z sił, więdnie, znów zwiesza głowę i opiera ją o stół.

Damian bez słowa prostuje się i cofa o krok, a ja chowam zdjęcia do teczki i odchylam się na krześle. Patrzę na łkającego chłopaka i myślę.

– Wiesz, kto to zrobił? Ktoś od Bielunia? – pytam i daję mu czas.

Zawodzi jeszcze przez chwilę, ale jego myśli załapały przynętę. Kalkuluje coś w głowie, wreszcie uspokaja się i siada prosto, choć nadal patrzy w dół.

– Sam siostry nie pomścisz, za mały na to jesteś – zauważam. – Poza tym trochę tu posiedzisz za inne imprezy, mamy twoje odciski w bazie. No, chyba że się jakoś dogadamy.

Chłopak pociąga nosem.

– To ci nowi – odzywa się wreszcie matowym głosem.

– Jacy nowi? – wtrąca się Damian i przejmuje pałeczkę.

– Od Raroga.

Kogo?

– Kogo? – Damian czyta mi w myślach.

– Raroga.

– Co to za jeden?

Chłopak bierze głęboki oddech.

– To zależy, których plotek słuchać. Jedni mówią, że sam zbiera chłopaków, którzy jak on nie dostali roboty u Bielunia albo dostali, ale słabą; inni mówią, że ze swoimi ludźmi przyjechał ze Wschodu.

– No dobra, i co? Po co mieliby zabijać twoją siostrę? – pyta Damian bezwzględnie. Niezbyt mu leży rysująca się wersja wydarzeń.

Chłopak wzrusza ramionami.

– Bo ich wystawiłem – przyznaje wprost.

Drzwi się uchylają, w szparze pojawia się twarz Marka. Macha w moim i Damiana kierunku trzymanymi w ręku kartkami, dając znać, żebyśmy podeszli. Zostawiamy przesłuchiwanego chłopaka pod nadzorem policjanta, którego nie kojarzę, pewnie nowy, i wychodzimy porozmawiać z Markiem. Ma wyniki badań.

– Krew na koszulce jest tylko jego. Musiał się walnąć po pijaku w twarz albo z kimś pobić – wyjaśnia Marek, podając Damianowi papiery.

Marek jest po pięćdziesiątce, ma szlachetnego wąsa i lekką nadwagę wywołaną nadmiarem papierkowej roboty. Od lat nie był w terenie, za to doskonale porusza się po mapie formalności.

– Mówi, że ofiara to jego siostra – wtrąca Damian, przeglądając pobieżnie wyniki badań DNA i treść opinii. – Sprawdźcie to, a jego na razie dajcie do aresztu. I pamiętajcie zanieść papiery do sądu – poleca i oddaje mi kartki. Rzucam na nie okiem, ale mimo kilku stron tekstu nie ma w nich nic nadzwyczajnego.

– Mam je na biurku – zapewnia Marek i zabiera ode mnie wyniki. – Z samego rana w poniedziałek ktoś zaniesie.

– Aha. – Damian pociera brodę. – Trzeba będzie jeszcze raz porównać te ostatnie sprawy, które nam się pourywały. Słyszałeś, co mówił o tym jakimś Rarogu?

– Słyszałem, w poniedziałek w tym pogrzebiemy – zapewnia Marek.

– Dobra. – Damian nie ma już nic do dodania. – To do poniedziałku.

– Jakby było coś nowego, dzwoń natychmiast – wtrącam jeszcze.

– Żadnego dzwonienia – zastrzega Damian. – Weekend to weekend.

– To dzwonić czy nie dzwonić? Chyba bardziej boję się nie posłuchać Soni. – Marek śmieje się serdecznie.

– No, no! – Damian grozi mu palcem. – Praca nie zając, nie ucieknie.

– Praca nie gęś – oponuje Marek. – Sama się nie wytopi.

– Inne książki czytaliśmy. – Teraz to Damian się śmieje. – Trzymaj się – rzuca do Marka na odchodne i zwraca się do mnie: – Idziemy?

Przytakuję skinieniem głowy, uświadamiając sobie, że mimowolnie też się uśmiecham.

V

– Zgłodniałem – oznajmia Damian w samochodzie.

– Niedawno jadłeś.

– Zjadłbym coś na ostro. – Udaje, że mnie nie słyszy. – Jedziemy do Rynku?

Stoimy na czerwonym świetle, na skrzyżowaniu ulic Sądowej i Piłsudskiego.

– Możemy jechać – zgadzam się.

Jakby rozumiejąc nasze słowa, telefon znów dzwoni, aby pokrzyżować nam plany. Sięgam po komórkę Damiana leżącą w schowku pomiędzy mną a fotelem kierowcy.

– Karol – odczytuję z ekranu i odbieram w trybie głośnomówiącym. – To ja, Sonia. Damian prowadzi. Jesteś na głośnym.

– Kaśka rodzi! – przerywa mi w pół zdania rozemocjonowany.

– Rodzi?! – Damian aż podskakuje na fotelu, przy okazji dociskając pedał gazu. Silnik z warkotem gwałtownie zwiększa obroty i gdyby nie neutralna pozycja skrzyni biegów, wystrzelilibyśmy jak koń z boksu maszyny startowej.

– Rodzi!

– Już do was jedziemy!

– Będziemy za jakieś czterdzieści minut – informuję, zachowując spokój. Ktoś musi.

– Zadzwońcie, jak zaparkujecie!

– Zadzwonimy – zapewniam, ale nie wiem, czy to usłyszał, bo połączenie się urwało. Czekam chwilę, ale Karol nie dzwoni drugi raz. Odkładam telefon do schowka.

– Czyli jednak dzisiaj – zauważam.

– Cholera, nie mamy prezentu. – Damian znów drapie się po brodzie.

– Chcesz teraz coś kupić?

– No nie wiem. Chyba szkoda czasu. Jak myślisz?

– Jedźmy od razu do nich.

Damian skupia się na omijaniu sobotnich kierowców, a ja w ciszy obserwuję drogę za boczną szybą. Trzeci października, będzie Waga, myślę. Czas umyka i niecałą godzinę później pospiesznym krokiem pokonujemy długie szpitalne korytarze. Karol wychodzi nam naprzeciw. Jego tyczkowata sylwetka z daleka rzuca się w oczy. Długie jasne włosy związane w kucyk noszą ślady potargania – widać Kaśka naprawdę dopuściła się podczas porodu kilku rękoczynów.

– I co? Syn?! – wypala Damian bez zbędnych wstępów, uśmiechając się szeroko do męża siostry. Małżeństwo zdecydowało, że tym razem poznają płeć dziecka dopiero przy porodzie.

Karol wita się z nim uściskiem dłoni, drugą ręką pocierając oko. Wygląda, jakby całą dobę nie spał.

– Cześć, Sonia – rzuca w moim kierunku.

– Hej, Karol. Gratuluję. – Podaję mu rękę.

– To syn w końcu czy znowu... – niecierpliwi się Damian.

– Córka – gasi go Karol i ziewa.

Damian zachłystuje się powietrzem, ale nie traci dobrego humoru.

– To masz do kompletu – żartuje. – Świetna sprawa! I na ubraniach zaoszczędzisz. Macie imię? Rodzice jadą? W którym pokoju jesteście? A, właśnie, jest tu jakaś kawa?

Damian zalewa nieprzytomnego Karola falą najróżniejszych pytań. Wkrótce wszyscy gromadzimy się w osobnym pokoiku, w którym leży Kaśka i jeszcze dwie inne matki z noworodkami. Dołączają do nas rodzice Damiana i Kaśki oraz matka Karola. Spotkania rodzinne, szczególnie przy takich okazjach, są dla mnie trudne. Nie wiem, o czym rozmawiać, nie wiem, jak się zachowywać. Jak utrzymać właściwy dystans? Nie brzmieć ani zbyt oschle, ani zbyt poufale. Grzecznie się uśmiecham, wypowiadam uprzejme zdania, ale nie ma w nich głębi – wiem to ja i oni też z pewnością to wyczuwają. Znają mnie, więc pewnie myślą: „Biedna dziewczyna, nie wie, co to bliskość rodziny, tylko praca i praca przeplatana samotnością”. Widzę w ich oczach współczucie, ale też pretensję – czy ta miła, dobra, cicha, ambitna dziewczyna nie mogła znaleźć sobie kogoś innego, czy nasz Damian nie mógłby być z jakąś milszą, lepszą, trochę głośną i może mniej ambitną? Sierota, to nie szkodzi, że sierota, ale lepiej, gdyby miała rodzinę, i nie, to nic, że jej ojciec był przestępcą – przecież to w genach nie przechodzi, ale mógłby być przynajmniej bezrobotnym. Nawet nieżywym, trudno, ale dlaczego akurat gangster?

Wolałabym, gdyby mi nie współczuli, gdyby mówili, że nie pasuję do Damiana, bo on jest prokuratorem, prawnikiem, w każdej chwili mógłby zostać adwokatem albo sędzią, zrobić karierę i mieć respekt, a ja? Ja jestem nie dość, że z krwi tych, których on zwalcza, to w dodatku przygnieciona ciężarem przeszłości, bez perspektyw, zmarnowana, skupiona tylko na swoim celu, niezainteresowana rodzeniem dzieci i gotowaniem. Dobrze wiem, że w głębi duszy myślą o tym, czekają, aż Damian pęknie, pewnie podpowiadają mu to między słowami i może nawet chwalą jego koleżanki prokuratorki, pytają, u której to sędzi był ostatnio na rozprawie, zachwycają się dziećmi Kaśki, jakby mówili: „Twoje mogłyby być jeszcze lepsze”.

Tak, u mnie wszystko dobrze, dziękuję. Może zrobię herbaty? Albo skoczę po coś do sklepu? Zawsze w takich sytuacjach pokazuję moje dobre intencje przez drobne, pożyteczne czynności. Z zaangażowaniem pytam, jak mogę pomóc, i z ulgą, której nikt nie widzi, wyrywam się z klatki niezręcznej sytuacji. Idę przez szpitalny korytarz, mijam obcych ludzi i jestem sobą. Kilka razy pokonuję tę samą trasę, przynosząc wszystkim herbatę i kawę z maszyny na drugim końcu szpitalnego skrzydła. Idę też do pobliskiego sklepu po słodycze dla Kaśki i herbatniki dla wszystkich (poza mną, ja nie jem). Patrzę na ich roześmiane twarze, żarty i ciepłe gesty i myślę, że mogą mieć rację – jestem sztywna, chłodna i bez przyszłości.

W końcu Kaśka zasypia, mimo siedzących dookoła jej łóżka osób. Na chwilę jeszcze przenosimy się na korytarz, ale ja nie potrafię skupić się na prowadzonej rozmowie. Damian spogląda na mnie i z mojej twarzy odczytuje zagubienie. Patrzy ostentacyjnie na zegarek i przerywa rozmowę.

– Słuchajcie, musimy z Sonią jechać, straszny młyn w pracy, zdzwonimy się.

Rodzina Damiana nawet nie próbuje nas zatrzymywać czy proponować wspólnego obiadu, wszyscy są zbyt zaaferowani porodem. Żegnamy się i opuszczamy szpital.

– To co, do Rynku? – pyta Damian, gdy idziemy przez parking.

– Do Rynku – zgadzam się, choć jest mi wszystko jedno.

*

Wieczorem, po obiedzie, Damian odwozi mnie do mieszkania. Wchodzi do środka, ale zatrzymuje się w drzwiach, nie ściągając kurtki.

– Zostań – proponuję przyciszonym głosem, gdy widzę, że chce już odejść. Dziwi się, choć próbuje tego po sobie nie pokazywać. Rzadko zostajemy u siebie na noc; mieszkamy osobno, choć i tak wiele osób wie o naszym związku. To ja chciałam zachować niezależność, własną przestrzeń, zwłaszcza że tak często widujemy się w pracy. Mówiłam, że lepiej jeszcze być na etapie randkowania, że wspólna codzienność dwadzieścia cztery godziny na dobę nas zmęczy, zdławi nasz wzajemny sentyment, obedrze wszystko z namiastek wyjątkowości i zaangażowania, które towarzyszy napięciu oczekiwania. W gruncie rzeczy wszystko to moje wymówki.

– Może skoczę po piwo? – pyta najbardziej naturalnie, jak potrafi.

– Jest w lodówce – odpowiadam i idę przynieść nam dwie puszki. Damian odwiesza kurtkę, zdejmuje buty i wchodzi do środka – czynności, na których tak mu zależy, by wykonywać je wspólnie, wychodzą mu z pewną niezręcznością. Siadamy razem na kanapie, w świetle lampki. Dopiero teraz odczuwam nagromadzone we mnie zmęczenie, Damian też musi być wyczerpany.

– Przepraszam – zaczynam po chwili ciszy.

Mogłabym żyć bez niego, mogłabym go puścić i nawet pozostać z nim w koleżeńskich relacjach, odwiedzić go, gdy jego uśmiechnięta żona urodzi mu potomka; z nią też byłabym w dobrych relacjach, na pewno. Ale nie chcę, żeby odchodził. Choć nie czuję przy nim drżenia ciała ani uderzeń gorąca – czy kiedykolwiek je czułam? – to jest mi lepiej, spokojniej, normalniej, gdy wiem, że jest ze mną. To chyba egoizm, ale przecież zależy mi, żeby i jemu było dobrze. Staram się. Na tyle, na ile mogę. A jednak czuję się winna.

– Dlaczego? – Damian naprawdę nie rozumie moich przeprosin.